Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wątek zamknięty 
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Gruzowisko
#1
Tekst wróci tutaj jak tylko go gruntownie poprawię, a to może trochę potrwać :P Nie wiem, czy powinnam go tak sobie usuwać na czas poprawy, ale poczucie wstydu i miłość własna nie pozwalają mi go zostawić do czytania w pierwotnej postaci.
Pozdrawiam :*

JA TO NAPRAWIĘ! :D
Chyba wyrzuciłaś coś swojego, ale nie martw się! Pogrzebałem w śmietniku i udało mi się to znaleźć. Łap!


Jako nowa użytkowniczka pragnę wszystkich powitać :)
To moje pierwsze opowiadanie, więc mam nadzieję, że wybaczycie mi niedociągnięcia... Lubię sobie coś skrobnąć w wolnym czasie i chciałabym wiedzieć, czy w miarę da się to czytać. Z góry dziękuję za przebrnięcie przez moją skrobaninkę.
________
Łowca Sirius O’Dare wszedł do pokoju, w którym urzędował Cedric Affrey, zwany Lordem na Gruzowisku, i zamknął za sobą drzwi. Cedric był przywódcą mieszkających w schronie wygnańców i jednym z jego najlepszych przyjaciół. Teraz siedział za stołem skleconych ze starych desek i obracał w dłoniach lampę wykonaną ze świecigłazu. Mlecznobiałe, mętne światło tańczyło po jego siwiejącej brodzie i rzucało cienie na drobną postać stojącą kilka metrów od biurka.
Sirius O’Dare dopiero teraz zwrócił na niego uwagę — drobny, niewysoki chłopiec stał po w drugim końcu pomieszczenia ze zwieszoną głową. Jego twarz przysłaniały kosmyki rozczochranych, brązowych włosów, lecz kiedy uniósł ją na chwilę, mleczne światło błysnęło w jego zielonych oczach.
— Chciałeś mnie widzieć — zwrócił się do Affrey’a zamiast powitania. Mężczyzna pokiwał głową i wyciągnął ku niemu rękę. Sirius podszedł, by uściskać mu dłoń. Kiwnął głową w stronę chłopca — Czy to nie jest syn Oscara Blyte’a?
— To powód, dla którego cię wezwałem — odparł tamten, kręcąc z lekka głową i drapiąc się po brodzie — William Blyte. Sprawia nam duże problemy — odwrócił głowę i spojrzał na chłopaka — Prawda, Will?
Chłopiec nie odpowiedział. Stał z opuszczoną głową nieruchomy jak posąg.
— Nadal nie rozumiem — Zniecierpliwił się łowca — Z całym szacunkiem, mój czas jest cenny.
— Dziś przyprowadził go jeden ze strażników — odparł Affrey z westchnieniem niezadowolenia — Chłopak od kilku tygodni wymyka się na zewnątrz. Nie chodzi nawet o to, że bez niczyjej wiedzy opuszcza schron. On wychodzi poza Przystań — dodał z naciskiem — Ludzie są oburzeni. Domagają się sprawiedliwości.
Sirius powoli pokiwał głową. Wychodzenie poza granice Przystani było niezgodne ze wszystkimi zasadami, które wyznawali. Ludzie o zdrowych zmysłach nigdy nie sprzeciwiali się temu zakazowi; poza Przystanią czekali na nich tylko dzicy oraz straszliwe istoty, które każdą nocą obejmowały we władania ruiny Caunan.
— To poważne wykroczenie — zgodził się Sirius — Chłopak naraża na niebezpieczeństwo i siebie, i nas.
— Wytłumacz to jemu — westchnął Cedric Affrey. Wstał, podszedł do Siriusa i dodał przyciszonym głosem — Niedługo ludzie zaczną domagać się wyroku. Nie chcę zbezcześcić pamięci Blyte’a. Zginął jak bohater. Był dobrym człowiekiem.
— Wiem, o czym mówisz — odparł łowca, spoglądając na Williama ponad ramieniem przyjaciela — Ale nie możesz pozwolić, żeby jego syn panoszył się po mieście. To cud, że jeszcze nie ściągnął kłopotów na siebie i na nas.
— Dlatego chciałbym cię prosić o przysługę — wyjaśnił tamten — Chłopak szanuje cię i podziwia. Jeśli ty nie przemówisz mu do rozsądku, ja będę musiał wydać wyrok.
— Jestem ci winien wiele przysług — zgodził się Sirius niechętnie — Jednak…
— Postąpisz z nim jak będziesz chciał — przerwał mu Affrey. Tym razem przemówił głośno; chłopiec drgnął zaskoczony i uniósł głowę — Możesz ukarać go w każdy sposób, jaki wyda ci się odpowiedni.
Sirius westchnął bezgłośnie i pokręcił głową ze zniechęceniem. Do wszystkich obowiązków, które spoczywały na nim z racji jego stanowiska, Affrey obciążył go nowym zadaniem. Patrząc w oczy przyjaciela i przełożonego łowca odnosił wrażenie, że Lord na Gruzowisku ma w tym własny, ukryty cel.
— Idziemy, Blyte — powiedział szorstko — Im szybciej to zakończymy, tym lepiej dla wszystkich.
**
Will ledwie nadążał za łowcą, gdy ten prowadził ciemnym korytarzem. Na każdy krok mężczyzny musiał zrobić dwa; nigdy nie widział, żeby ktoś tak szybko chodził.
Gdy strażnicy przyprowadzili go do lorda Affray’a ścisnął go strach. Zrozumiał, że przekroczył granicę; do tej pory wartownicy wściekali się na niego, czasami go bili. Tym razem, przekraczając próg pokoju Affray’a naprawdę bał się, co go czeka.
Kara, którą straszył go Cedric Affray, okazała się jednak nagrodą. Will podążał za łowcą z lękiem i ekscytacją. Podziwiał tego człowieka i od lat marzył, by pójść jego drogą. Chciał uczynić wszystko, by tacy ludzie jak jego ojciec nie musieli ginąć na daremno.
Sirius O’Dare przypominał mu ojca; wysoki i muskularny, zawsze trzymał głowę wysoko i nikomu się nie kłaniał. Był silny i tej siły świadomy. Co dzień w milczeniu wykonywał swoją pracę, niezauważenie opuszczając granice Przystani. Był jedną z niewielu osób, które tak naprawdę wiedziały, co znajduje się dalej.
— Wyglądasz na zadowolonego — odezwał się teraz łowca, wyrywając Willa z zamyślenia.
Chłopak natychmiast opuścił głowę, starając się przybrać pełen skruchy wyraz twarzy.
— Wiem, że źle postąpiłem — przyznał. Nie doczekał się odpowiedzi — I to wiele razy — dodał niepewnie — Ale naprawdę nie chciałem nikomu zaszkodzić.
Łowca zatrzymał się gwałtownie. Will wpadł na niego, zupełnie zaskoczony. Mężczyzna chwycił go za przód koszulki i docisnął do zimnej, kamiennej ściany. Gdy pochylił się nad chłopcem, jego twarz przesłonił cień. Stał teraz tyłem do świecigłazu wiszącego na sąsiedniej ścianie i jedynym szczegółem, który Will zdążył dostrzec na jego obliczu, były ciemne, drapieżne oczy.
Chłopiec zamarł w bezruchu. Był pewny, że łowca słyszy uderzenia jego serca i odczuwał z tego powodu głęboki wstyd. Nienawidził słabości.
— Wydaje ci się, że to zabawa — syknął mężczyzna — Wydaje ci się, że możesz wyjść stąd i wrócić, kiedy tylko ci się podoba. Swoimi czynami narażasz wszystkich, którzy tutaj żyją i którzy otoczyli opieką ciebie i twoje siostry.
— Ja tylko…
— Nie przerywaj mi! Nie chodzi mi o twoje życie. Sądzisz jednak, że jeśli pochwycą cię dzicy i zaczną torturami wyciągać z ciebie, gdzie trzymamy broń i jedzenie, zdołasz dotrzymać tajemnicy?!
— Nic bym im nie powiedział! — krzyknął Will, zaciskają ręce na dłoni łowcy. Próbował podważyć palce, które mężczyzna zaciskał na jego koszuli — Nie wydałbym was!
— Kłamiesz, i dobrze o tym wierz — Sirius O’Dare mówił cichym, niskim głosem — Ludzie potrafią być okrutni. Nie tylko dzicy — powiedział z naciskiem — Do tego miasta trafiają najgorsi przestępcy, jacy stają przed sądami. Złodzieje, gwałciciele i zabójcy. Czy dotrzymałbyś tajemnicy, gdyby jakiś psychopata odrąbywałby ci palce, kawałek po kawałeczku?
Will zacisnął zęby. Odwrócił głowę, lecz łowca wolną ręką chwycił go za podbródek i zmusił, by na niego spojrzał.
— Każde społeczeństwo musi mieć prawo. Łamiąc je, plujesz w twarz każdemu z nas. Bezcześcisz imię swojego ojca, który wierzył w nie, walczył za nie i zginął w jego obronie. Zastanów się nad tym.
Mężczyzna wbił w jego oczy intensywne spojrzenie i Will ostatkiem sił zmusił się, by nie odwrócił wzroku. Naraz łowca puścił go i odwrócił się, po czym ruszył przed siebie korytarzem.
Will przez chwilę wahał się. Opuścił głowę, by ukryć rumieńce wstydu, które pokryły jego policzki. Zwilgotniały mu oczy i siłą woli powstrzymywał łzy. Nie mógł zawrócić. Jedyne, co mu pozostało, to ruszyć przed siebie i podążać dalej za Siriusem O’Darem.
— Pospiesz się, chłopcze — ponaglił go mężczyzna. Zatrzymał się na rozwidleniu korytarzy i poczekał na Willa, który niechętnie szedł w jego stronę — To, co ci powiedziałem, to nie wszystko. Affray chciał, żebym cię ukarał, i mam zamiar wywiązać się z danego mu słowa jeszcze dzisiaj.
Will posępnie pokiwał głową. Po takim wstępie nie spodziewał się, że jego uczynki zostaną po prostu zapomniane.
— Co zamierza pan ze mną zrobić? — zapytał, nie podnosząc wzroku.
— Zabiorę cię tam, dokąd z uporem się wymykałeś — odparł mężczyzna twardo — Pójdziesz ze mną na Gruzowisko. Dziś w nocy.
**
Z początku Will nie wierzył własnym uszom. Jednak godzinę później łowca wyprowadził go z Przystani. Powoli zachodzące słońce rzucało długie cienie na pełne gruzu ulice. Szli środkiem drogi, w bezpiecznej odległości od drzwi i powybijanych okien a także kawałków tynku czy dachówek, które podmuch wiatru mógł zrzucić na głowę nieuważnym przechodniom. Stare budynki podtrzymywały wrastające w ściany potężne drzewa, lecz nikt nie mógł przewidzieć, kiedy dana konstrukcja z hukiem obróci się w pył i stertę kamieni.
Sirius O’Dare cały czas rozglądał się czujnie. Niósł długi, prosty łuk, na który nałożył już pierwszą strzałę. U jego pasa cicho postukiwał długi, ostry tasak. Will podążał za nim jak cień. Każdy szelest wywoływał gęsią skórkę na jego przedramionach. Chłopiec rozglądał się z lękiem i fascynacją.
— Dokąd właściwie idziemy? — zapytał szeptem..
Łowca nie zwolnił kroku ani nie odwrócił się.
— Milcz — uciszył go surowo — To nie miejsce na rozmowę.
Will pokiwał głową. Nagle usłyszał cichy szelest. Odwrócił się napięcie. Dzicy?! Wielki kruk wylądował pod młodą brzozą i patrzył na niego nieruchomym spojrzeniem. Will przyglądał mu się przez krótką chwilę, nim znów ruszył za łowcą. Na Gruzowisku wierzono, że kruki przynoszą pecha. Ludzie unikali jedzenia ich mięsa, chyba że byli na skraju śmierci głodowej. Powszechnie panowało przekonanie, że kto dotknie kruka, po tego kostucha upomni się szybciej niż po pozostałych.
Sirius O’Dare zatrzymał się przed budynkiem z jasnego kamienia, który nie przypominał Willowi niczego, co widział do tej pory. Budowla była olbrzymia; przed wielkimi wrotami stał rząd zdobionych kolumn, w niektórych z ogromnych okien zachowały się szyby z kolorowego szkła. Z dachu wyrastała strzelista wieża, tak wysoka, że chmury mogłyby rozpruć się o jej ostry dach.
Łowca gestem dał Willowi znać, by trzymał się blisko. Chłopiec ruszył za nim do wnętrza budowli. W środku okazała się wspanialsza niż z zewnątrz. Wszystkie ściany pokrywała plątanina płaskorzeźb, a w ciemne sklepienie wprawiono świecigłazy, imitujące gwiazdy na nocnym niebie.
— Gdzie jesteśmy? — zapytał Will, zadzierając głowę, by dojrzeć zdobienia u szczytu wysokich kolumn, podtrzymujących strop.
Łowca odwrócił się do niego i z irytacją przyłożył palec do ust.
— Kiedyś to była świątynia — odparł cicho.
Chłopiecozglądał się po kątach między ścianami a sufitem, aż nagle znieruchomiał .Will podążył wzrokiem za jego spojrzeniem. W rogu pomieszczenia, ze sklepienia zwisał ciemny, długi kształt. Wokół niego strop znaczyły ślady ostrych pazurów.
Łowca pchnął Willa lekko; chłopiec cofnął się nieznacznie, obserwując, jak Sirius O’Dare napina potężny łuk. Sekundę później rozległ się świst i cichy brzęk. Powietrze rozdarł chrapliwy kwik i wielki, czarny kształt opadł na ziemię. Uderzył o posadzkę. Wił się tarzał w konwulsjach. Chłopiec dostrzegł wielkie skrzydło z matowej błony. Łowca wpakował w czarne cielsko kolejną strzałę i zwierzę przestało się ruszać.
— Chodź za mną — rozkazał.
Stworzenie drgało jeszcze w konwulsjach. Z bliska Will dostrzegł włochaty tułów i wyrastające z niego rozłożyste, błoniaste skrzydła. Dolne łapy stworzenia były łyse jak u ptaka, a kończyły je zakrzywione pazury wielkości przedramienia dorosłego człowieka. Łowca podszedł bliżej poczwary i kopniakiem przewrócił ją na wznak. Oczom chłopca ukazała się mała, jajowata głowa; pozbawiona oczu, wypełniona przez szeroki otwór gębowy. Łowca wyciągnął maczetę i podważył nią szczęki bestii. Otwierały się nienaturalnie szeroko, obnażając czerwone dziąsła i rząd haczykowatych zębów, z dwoma wystającym kłami na każdej ze szczęk.
— Wiesz, co to jest? — zapytał łowca ponuro.
Will powoli pokiwał głową.
— Chyba tak — odparł nieco zachrypniętym głosem — Wydaje mi się, że to wampierz.
— Dokładnie — Łowca cofnął tasak i schował go do skórzanej pochwy przy pasie — Ludzie sądzą, że polują tylko nocą, lecz zdarza się, że niektóre osobniki wyruszają na łowy w pochmurne dni. Ten tutaj nie należy do największych — dodał obojętnym tonem — Mimo wszystko z łatwością porwałby w powietrze kogoś twojego rozmiaru.
Will nie odpowiedział. W milczeniu przyglądał się bestii. Potem przeniósł spojrzenie na łowcę i na jego długi łuk.
— Nie, jeśli umiałbym to zabić — powiedział powoli, z powagą. Jego oczy błysnęły z zapałem. Spojrzał intensywnie na Siriusa O’Dare — Nie, gdybym był łowcą.
— Nie nadajesz się na łowcę — odparł mężczyzna twardo. Oczy chłopca przygasły — Nie wiesz, o czym mówisz.
Will zmarszczył brwi i już otworzył usta, lecz łowca uciszył go spojrzeniem. Poprowadził go ku ciężkim, drewnianym drzwiom tkwiącym za jedną z kolumn. Były solidne i wąskie; gdy mężczyzna je otworzył, oczom chłopaka ukazała się spirala krętych, kamiennych schodów.
Po kilku minutach wspinaczki doszli do żelaznej klapy w podłodze. Łowca odsunął żelazną zasuwę; ustąpiła z głośnym, piskliwym skrzypem. Weszli na podest. Will o mało nie uderzył głową o wielki, miedziany dzwon. Potem przypadł do zakratowanych okien wychodzących na cztery strony Gruzowiska.
Ruiny miasta rozciągały się tak daleko, jak sięgał wzrokiem, jednak dostrzegł coś jeszcze: grupę dobrze wyglądających budynków otoczonych wysokim murem. Wyglądały na nowe, jakby dla nich jednych czas zatrzymał się w miejscu.
— Co tam jest? — zapytał, wskazując palcem kompleks.
— To cytadela, chłopcze — odparł łowca sucho — Stacjonują tam żołnierze strzegący portalu. Tamtędy przybyli do miasta wszyscy wygnańcy.
— To znaczy, że tamtędy można się stąd wydostać?
— Nie – uciął mężczyzna stanowczo — Stąd nie ma wyjścia. Niedługo słońce zajdzie. Wtedy uświadomisz sobie, jak bardzo potrzebujesz Przystani.
**
Will siedział z podkurczonymi nogami, opierając się o mur. Powietrze bardzo się wychłodziło i chłodny wiatr przenikał przez jego połataną koszulę. Wodził wzrokiem za łowcą, który okrążał wieżę jednostajnym krokiem. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji – była zimna jak kamienna maska.
Niebo oświetlały ostatnie promienie słońca. Na wschodzie nieboskłon zdążył już poczernieć. Rozbłyskały pierwsze gwiazdy. Na niebo wtaczały się dwa księżyce; południk o małej, miodowej tarczy i wielki północnik, rozsiewający srebrny blask.
Naraz chłopiec usłyszał je; gardłowe, chrapliwe wycie, drgające w powietrzu niepokojącą blisko. Poderwał się na nogi i przypadł do zakratowanych okien. Spojrzał w dół; z domu naprzeciwko wytoczył się ciemny, wysoki kształt. Will przymrużył oczy. Odrażająca kreatura o małej głowie, zakrzywionych nogach i krótkich łapach wylazła na środek ulicy. Zadarła łysą głowę i zawyła ponownie.
— Gorhol — mruknął łowca — Zazwyczaj pojawiają się tuż po zmroku. Rzucą się na każdą żywą istotę w swoim otoczeniu. Nie polują dla zaspokojenia głodu. Pragną krwi.
Will przełknął ślinę. Słyszał już tę nazwę. Jego serce ścisnęło się boleśnie.
— Więc to…?
— Tak — przerwał mu mężczyzna — Tak zginął twój ojciec. Było ich trzy. Samica i jej młode. Rzucił się na pomoc towarzyszowi, który upadł na ziemię. Zabił jedną bestię. Druga go rozszarpała. Później zabiła jego przyjaciela.
Will zacisnął zęby. Ton łowcy wyprany był z jakichkolwiek emocji. Mówił sucho i obojętnie, jakby rozprawiał o czymś mniemającym znaczenia. Chłopak przez chwilę zaciskał pięści, tłumiąc w sobie złość i ból. Bestia znów zaczęła ryczeć.
Will odwrócił się i hardo spojrzał w ciemne oczy łowcy.
— Jak pan może tak o tym mówić? — zapytał przez zaciśnięte zęby — Jak pan śmie…?!
— Nigdy nie zwracaj się do mnie takim tonem — przerwał mu Sirius O’Dare — Panuj nad sobą. Twój ojciec był dobrym i dzielnych człowiekiem. Sądzisz, że obrażam jego pamięć? Zastanów się nad sobą i swoimi czynami.
Will zacisnął usta. Odwrócił się napięcie i spojrzał na ulicę. Gorhol rozglądał się i węszył, wydając z siebie chrapliwe pomruki. Zniknął między budynkami, lecz Will ciągle słyszał jego warkot.
Raczej wyczuł, niż zobaczył, że łowca stanął obok niego. Spuścił wzrok i cofnął się od okna. Usiadł przy przeciwległej ścianie i podkulił nogi, by osłonić się od zimnego wiatru.
— Nie mogę zrozumieć, dlaczego w ogóle to robisz — mruknął mężczyzna — Nie wydajesz się głupi, a zachowujesz się zupełnie bezmyślnie.
Will nie odpowiedział. Nie był w nastroju do zwierzeń. Myślami błądził wokół gorhola i swojego ojca. Czy Oscar Blyte bardzo cierpiał, nim bestia odebrała mu życie? Czy bardzo się bał?
— Jeśli nadal będziesz się wymykał, nie pozostanie mi nic innego, niż cię zamknąć — dodał łowca — Pomyśl o swoich siostrach. Mają tylko ciebie i siebie nawzajem. Chcesz je zostawić?
— Nie — zaprzeczył szybko — Oczywiście, że nie.
— Więc co ty sobie myślisz?
Will nie odpowiedział. Czuł na sobie ostre spojrzenie łowcy. Zacisnął usta.
— Nie przywykłem do tego, żeby pytać dwa razy — dodał mężczyzna ostrzegawczym tonem — Dlaczego wymykasz się z Przystani?
— Chciałem zostać strażnikiem, jak mój ojciec, ale mi odmówili — wyznał niechętnie — Pomyślałem, że jeśli udowodnię, że się nadaję… Nie mogę bezczynnie siedzieć w Przystani! — wykrztusił jednym tchem — To nie jest życie! Życie jest wtedy, kiedy się działa i podejmuje decyzje. Mój ojciec powtarzał to, zanim umarł. Że tylko na Gruzowisku czuje, że ma wpływ na cokolwiek!
Łowca pokręcił głową i westchnął ciężko.
— Rozumiem twoją motywację, jednak…
— Zanim dotarliśmy do Przystani zginęła moja mama — przerwał mu chłopiec. Wstał i stanął przed łowcą, zaplatając dłonie na piersi — Umarła na moich oczach, a ja byłem tak przerażony, że nie mogłem się poruszyć! To coś, ta obrzydliwe zwierzę rozszarpywało ją kawałek po kawałku, a ja na to patrzyłem! Przysiągłem sobie, że już nigdy nie będę takim tchórzem — wyznał drżącym z emocji głosem — Że będę walczył. Że zmażę tamtą winę.
Łowca nie odpowiedział. Odwrócił się do okna, by chłopak nie dojrzał smutku, który malował się na jego twarzy. Kiedy znów się odezwał, jego głos był oschły jak zwykle.
— Współczuję ci straty — powiedział — Lecz to nie usprawiedliwia tego, co robisz.
Usłyszał, jak chłopak klnie pod nosem. Will odwrócił się i stanął po drugiej stronie wieży. Tam, gdzie nie padało światło większego księżyca, ulice pogrążone były w mroku. Wodził wzrokiem po zarysach budynków, gdy nagle jego uwagę skupiło blade, migotliwe światełko przesuwające się jedną z węższych ulic.
— Tam chyba ktoś jest! — zawołał.
Łowca natychmiast pojawił się tuż obok niego. Przez kilka sekund wpatrywał się w światło na ulicy. Potem nagle powietrzem wstrząsnął potworny ryk. Will odskoczył od barierki. Łowca nawet nie drgnął. Potem odwrócił się i szybkim krokiem ruszył w kierunku klapy.
— To mogą być nasi ludzie — rzucił w pośpiechu — Idę to sprawdzić — Podniósł klapę i zaczął schodził w dół. Nad otworem sterczała już tylko jego głowa — Ty zostajesz. Cokolwiek by się nie stało, nie wolno ci zejść z wieży. Zrozumiałeś?
— Tak — przytaknął Will szybko.
Łowca sięgnął do kieszeni i rzucił mu nieduży świecigłaz.
— Pod żadnym pozorem — przypomniał.
Chłopak kiwnął głową. Sirius ostatni raz spojrzał na niego twardo, nim klapa zamknęła się nad nim z głuchym trzaskiem. Chwilę później Will patrzył, jak mężczyzna wybiega w mrok nocy. Przeraźliwy ryk znów wstrząsnął miastem. Teraz światło zdawało się migać rozpaczliwie, jakby wzywając pomocy. Chłopiec ostatni raz spojrzał na Siriusa O’Dare, nim łowca zniknął w ciemności.
**
Kilkanaście minut później wyraźnie usłyszał ich krzyki; nagle na plac przed świątynią wypadła grupa ludzi. Will widział ich sylwetki w świetle księżyca. Dwie większe postacie trzymały się razem; jedna podtrzymywała drugą, słaniającą się na nogach. Bieg zamykał łowca, który zatrzymywał się co parę kroków, naciągał łuk i oddawał strzał.
Nagle z ciemności wąskiej uliczki wypadło ogromne zwierzę. Jego ryk wstrząsnął fundamentami świątyni. Bestia poruszała się na czterech łapach, lecz w kłębie miała ponad dwa metry wzrostu. Willowi zdawało się, że ujrzał bełty strzał wystające z jej klatki piersiowej. Łowca strzelał, lecz stwór nie zwalniał, rycząc wściekle i taranując wszystko na swojej drodze.
Dwóch uciekinierów poruszało się coraz wolniej. Ranny człowiek co chwilę upadał; wydawało się, że jego towarzyszowi brakuje sił, by go nieść. Will rzucił się do klapy. Zaczął biec w dół krętymi schodami, zapierając się dłońmi o ściany, kiedy stopnie uciekały mu spod nóg. Pędził w ciemności, aż nagle uderzył w coś płaskiego i twardego. Drzwi. Otworzył je i wbiegł do świątyni.
Główne wrota pozostały otwarte. Chłopak pędem ruszył w ich stronę i wybiegł na plac przed budowlą. Łowca strzelał. Bestia ryczała; z tej odległości wydawała się wielka jak dom. Ranny człowiek leżał na ziemi. Jego przyjaciel rozpaczliwie próbował go podnieść, przerzuciwszy jego ramię nad karkiem.
Biegnąc do nich Will słyszał tylko ryk bestii i szum własnej krwi. Mężczyźni krzyczeli do niego, lecz nie umiał rozróżnić ich słów. Wpadały do jego głowy jako zlepek rozpaczliwych dźwięków, oznaczający nic innego, jak czyste przerażenie.
Chłopiec chwycił rannego za drugie ramię. Z całej siły pociągnął go ku górze. Drugi mężczyzna podwoił wysiłek; razem udało im się podnieść słaniającego się człowieka, choć jego ciężar niemal wgniatał Willa w ziemię. Ledwo stawiając krok za krokiem ruszyli w stronę świątyni.
Nagle bestia zawyła okropnie. Will odwrócił głowę; ogromne zwierzę miotało się na boki, a łowca biegł w ich kierunku. Naraz chłopiec dostrzegł mniejszy kształt, wyłaniający się zza budynku. Obrzydliwa kreatura o małej głowie i zakrzywionych kończynach puściła się w ich stronę. Od biegnącego łowcy dzieliło ją ledwie parę metrów.
— GORHOL! — wrzasnął Will — ZA TOBĄ!
Sirius O’Dare obejrzał się przez ramię. W biegu naciągnął łuk. Obrócił się napięcie i strzelił. Will usłyszał tylko urwane wycie, które przeszło w rzężący, gilgający odgłos. Gorhol padł na ziemię.
Łowca dobiegł do nich i przechwycił rannego od Willa. Popchnął chłopaka w stronę świątyni.
— WROTA! — krzyknął.
Will popędził w stronę wejścia. Gdy tylko znalazł się przed budowlą, zaczął zamykać lewe skrzydło wrót. Poruszało się ze chrzęstem i oporem. Chłopiec napierał na nie z całych sił. Gdy w końcu udało mu się je zamknąć, odwrócił się i zrozumiał, co łowca miał na myśli. Spomiędzy budynków wyłaniały się sylwetki nocnych istot, których nie umiał rozpoznać.
Sirius i dwaj mężczyźni w końcu wbiegli do środka. Łowca puścił rannego. Zatrzasnął prawe skrzydło i zaryglował wrota długą, metalową zasuwą. Na zewnątrz rozpętało się w piekło. Coś mocno uderzało w drzwi. Przez rozbite okna dochodził warkot i wycie.
— Na wieżę.
Will pobiegł przodem, żeby podnieść klapę. Na górze czekał w nieskończoność, aż pierwsza głowa wyłoni się z otworu. Pierwszy wszedł zdrowy mężczyzna. Will pomógł mu wciągnąć jego towarzysza. Sekundę później na szczyt wieży dotarł łowca i zamknął za sobą klapę.
— Co z nim?
— Spójrz na jego nogę!
Will położył świecigłaz na posadzce. Łowca wyjął z kieszeni jeszcze dwa, a uratowani przez nich mężczyźni wyciągnęli własne. Wokół zrobiło się na tyle jasno, by Will dostrzegł sylwetki ludzi, którym przyszedł z pomocą.
Dawlis i Egerwan. Dwaj strażnicy, którzy często opuszczali Przystań w poszukiwaniu jedzenia i zaopatrzenia. Dawlis umazany był ziemią i krwią, lecz jego towarzysz wyglądał dużo gorzej; jego łydka przypominała sztukę poszarpanego mięsa. Wodził wokół nieprzytomnym spojrzeniem, będąc na granicy przytomności i omdlenia. Obaj usiedli pod jedną ze ścian.
— Nie wierzę, że mieliśmy takie szczęście — sapnął Dawlis. Ściągnął koszulę i dwoma szybkimi ruchami rozdarł ją na dwa kawałki. Łowca w milczeniu podał mu nóż. Mężczyzna pociął materiał na długie pasy. Potem zaczął owijać nimi łydkę Egerwana, by powstrzymać krwawienie — Chcieliśmy zatrzymać się na noc w piwnicy jednego z lepiej zachowanych domów — dodał, dysząc ciężko — Ale okazał się, że coś zatrzymało się tam przed nami. Potem było już tylko gorzej.
— Miejmy nadzieję, że Egerwan doczeka świtu — odparł łowca. Usiadł przy przeciwległej ścianie a Will zajął miejsce obok niego — Szybciej nie uda nam się stąd wydostać.
— Dobrze, że tu jesteś — odparł Dawlis — Zawsze lepiej, by odszedł tutaj, niż tam na dole— przetarł twarz brudnymi dłońmi i spojrzał na Willa — Dzięki, Blyte. Oscar byłby z ciebie dumny.
Chłopiec pokiwał lekko głową. Krew wciąż szumiała mu w uszach tak bardzo, że ledwie słyszał, co do niego mówiono. Oparł głowę o zimny mur i zacisnął powieki. Tak blisko nocy. Tak blisko śmierci.
— Swoją drogą, nie miałem pojęcia, że go uczysz — dodał mężczyzna.
Will otworzył oczy. Zerknął na Dawlisa i przeniósł spojrzenie na łowcę. Na twarz Siriusa O’Dare padało zbyt mało światła, by można próbować odczytać z niej emocje. Chłopiec usłyszał tylko, jak mężczyzna odetchnął głęboko.
— Szczerze mówiąc, ja też nie wiedziałem — odparł po chwili namysłu — Aż do teraz.
— Zaraz. To znaczy, że ja…? — wtrącił się Will.
— Zdaje się, że to najlepsze wyjście — przerwał mu łowca. Spojrzał na niego spod uniesionej brwi — I nie ciesz się tak. Nie masz z czego.
Jakby w odpowiedzi na jego słowa z dołu rozległ się przeraźliwy ryk. Will aż podskoczył, lecz zaraz wstał i podszedł do okna. Po placu kręciło się wiele groźnych stworzeń, żerujących na ciałach dwóch zabitych drapieżników. Chłopiec teraz się ich bał – lecz poprzysiągł sobie, że kiedyś to one będą lękały się jego.


Nie musisz dziękować :D
~Nidrax
Reklama AdSense
#2
Przywitać możesz się w dziale do tego przeznaczonym: http://podziemieopowiadan.pl/forum/forum...alnia.html I takie dwie podstawowe rzeczy: akapity, tag [p.] (bez kropki), oraz długość tekstu. Droga użytkowniczko, szanuj Sprawdzającego i czytelnika swego, wtedy da ci literacko dużo dobrego. Nieśmiało przypominam, że Sprawdzający są tylko ludźmi i mają dosyć ograniczony czas oraz wytrzymałość. Ciężko sprawdzić na jedno posiedzenie tak duży kawał tekstu, szczególnie że większość z nas czyta poprawiane opowiadanie dwa lub trzy razy. Wystarczy skrócić tekst o połowę, żeby żaden Sprawdzający potem nie miał koszmarów w nocy. :) Drugą część możesz wrzucić w kolejnym poście, gdy już poprawisz pierwszą, oczywiście wszystko zgodnie z regulaminem. :P
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
#3
Oj, przepraszam :( To nie ze złej woli, tylko z ekscytacji. Następnym razem wszystko będzie jak trzeba.
#4
Cały czas, czytając tekst, miałam wrażenie, że już się z tym gdzieś spotkałam. W sensie przez chwilę zastanawiałam się, czy to nie jest fanfik?, ale nawet nie wiem, do czego miałby niby być fanfikiem, i chyba byś o tym wspomniała, no, tak czy owak, w ostatecznym rozrachunku, wyszło mi że to nie jest fanfik.
No to szybko się wkopałam w tę dyskusyjną kwestię oryginalności, więc od razu chcę zaznaczyć: ja wierzę w nieświeże pomysły. Wierzę, że można wziąć pomysł brzmiący kompletnie banalnie i przedstawić go w świeży, oryginalny sposób, sposób, który sprawia, że czytelnik czuje się, jakby czytał to po raz pierwszy. Że nawet, gdy ma skojarzenia z innymi tekstami, myśli sobie: "ale to jednak zupełnie co innego!". Ba, lepiej chyba skojarzyć motyw, niż mieć to poczucie, że już się coś czytało, choć nie można skojarzyć tego z niczym konkretnym. Bo to znaczy, że człowiek spotkał się z tym wielokrotnie. Że zlało się trochę w tę szarą masę popularnych motywów. Że jest całkiem nudne. No, rozumiesz, co mam na myśli.
I szczerze mówiąc, trudno mi to ugryźć od jakiejkolwiek strony, więc spróbujmy od strony głównego bohatera. To jest Willa, nie gościa, który ma w nazwisku Dare. To urocze, że ma w nazwisku Dare, tak nawiasem.
Will jest dzieckiem. Nie wiem, ile ma lat, z twojego opisu nieśmiało wyciągnęłam, że coś między dziesięć a dwanaście.
Will jest dzieckiem. Zachowuje się jak dziecko. Nie jest konkretnym dzieckiem, nie jest dzieckiem Willem, jest po prostu dzieckiem. Trudno stworzyć chyba dziecięcy charakter, który nie jest po prostu dzieckiem, a konkretnym dzieckiem, ale to ważny element tekstu, jeśli ten bohater jest też główną postacią. Will to jakiekolwiek dziecko. Szare dziecko z ulicy. Próbowałaś stylizować go na tego klasycznego cichego i zamkniętego w sobie chłopca, co nie było szczególnie oryginalne ani ciekawe ani nie wydawało mi się naprawdę naturalne, ale potem został po prostu dzieckiem. Co jest naturalne. Ale nadal nie jest ciekawe.
Will ma ambicje obrazowane w dziecinny sposób, ale wypowiada się często dojrzałymi słowami ("Oczywiście" zabrzmiało mi w jego ustach mocno nienaturalnie, nie wiem, może to tylko ja); nie boi się wychodzenia samotnie na Gruzowisko, ale boi się być na Gruzowisku i boi się zostawać tam sam; teoretycznie zależy mu na jakichś siostrach (te siostry brzmią na takie NPCe trochę póki co), ale ma to w dupie, gdy wychodzi samotnie w zakazane miejsce, nie przejmując się tym, że może im się coś stać. Nie pomyślał? To dziwne, bo gość zastanawia się, czy jego ojciec bardzo cierpiał przed śmiercią. Co po prostu źle brzmi, bo potem ujmujesz to w słowach "czy bardzo bolało" i od razu łatwiej wyobrazić sobie, że dziecko trochę boi się, że może spotkać go to samo. Czy bardzo go bolało? = Jak bardzo będzie boleć mnie? Tak czy inaczej, z tego wszystkiego trudno wywlec mi jakieś cechy, które faktycznie budują postać na konkretną osobę, dają jakąkolwiek wizję człowieka, na którego może wyjść. O ile na początku jeszcze coś tam jest (nieporadne, ale jest), to potem Will dziecinnieje z akapitu na akapit.
Siriusa O'Dare mało było i w sumie jest takim klasycznym Chłodnym Mentorem póki co, że trudno mi o nim cokolwiek więcej powiedzieć. Jakby postacie bardziej wypełniają pewne schematy, niż po prostu są sobą. Jest ta zasada, żeby dać swoim postaciom żyć, i przydałaby się temu tekstowi. Oni jak na razie jakby dopiero się kształtują, czekają na wyjście z formy, ale ciasto nadal jeszcze nawet nie urosło.
Fabuła tego pierwszego rozdziału jest trochę taka, jakbyś napisała sobie pierwszy plan wydarzeń, jaki przyjdzie ci na myśl, nie usiadła na nim i nie próbowała go doskonalić, a do tego wzorowała ten plan wydarzeń na. No. Na kliszach.
1. Zbuntowany chłopiec się buntuje, bo rodzice mu umarli i chce być taki jak oni i oczywiście w tym celu musi zostać Łowcą, bo opiekowanie się rodziną, która mu została, byłoby zbyt lamerskie.
2. Pojawia się Cichy Mentor i bierze go do siebie, bo z jakiegoś powodu jest Jedynym, Który Może Ogarnąć Młodzieńczy Bunt.
3. Cichy Mentor nie zamierza go szkolić, ale w sumie potem to już zamierza, bo jeszcze mógłby się pojawić jakiś dłuższy konflikt czy coś.
Chodzi mi o to, że Sirius trochę bez powodu zmienia zdanie co do szkolenia Willa. Powiedział mu: nie wychodź, Will wyszedł. Co Sirius w tym zobaczył? Że Will ceni sobie życie człowieka bardziej niż własne, bo wyszedł, chociaż pan mu zabronił, bo chciał kogoś ochronić? Że Will jest odważniejszy niż Sirius przypuszczał? Przecież już wcześniej było widać, że jest odważny. Nie wiem, w tekście wszystko dzieje się szybko, za szybko, postacie za szybko zmieniają zdanie, ich nastroje za szybko przeskakują (ta nagła wściekłość Siriusa, czemu ona miała służyć? Potem Sirius traktuje niekompetencję Willa całkowicie normalnie). Hm, a może on liczył, że dzieciak mu padnie na tym Gruzowisku, ale on przeżył i – Nie wiem. Łatwiej byłoby się domyślić, gdyby postacie miały silniej zarysowane charaktery.
I ja wiem, że to początek i że trudno. Początki zawsze są okropne, totalnie rozumiem. Po prostu jest narracja. Ważnym elementem narracji jest umieszczanie tam spostrzeżeń postaci – jest tworzenie opisów tak, żeby służyły jakiemuś celowi. Wzbudzeniu klimatu. Zrozumieniu bohatera. Tutaj nie ma za dużo klimatu, a bohaterowie to schematy. Klimatu nie ma, bo nie ma nic nowego – same rzeczy w jakiś sposób utarte, miasto, mur czy co to tam jest, wielka pustka z dzikusami dalej, to wszystko już było. Wielokrotnie. I nie podchodzisz do tego w nowatorski sposób, raczej bierzesz wszystko, co już było, mieszasz to i podajesz w sumie to samo, tylko papryka jest z innej strony talerza niż była wcześniej.
Plus – twoje postacie tego nie przeżywają. Piszesz, że przeżywają, że się boją i że nienawidzą, ale tego nie ma w tekście. W tekście jest napisane "boi się" czy "nienawidzi". Nikomu nie drżą ręce, nikt nie ma plątaniny myśli, nikt nie czuje nagłej ciężkości w klatce piersiowej, nie wiem, wymyślam te przykłady na bieżąco, uch. Po prostu – show, don't tell. Jest ogromna różnica efektu między napisaniem, że ktoś się bał, i opisaniem jego drżących rąk i innych takich. Spróbuj bardziej opisywać emocje niż je nazywać, a klimat powinien szybko skoczyć w górę.
Ale najważniejsze, oczywiście – pisz i się nie poddawaj, okej? D:
(Przepraszam, że tak chaotycznie to wszystko.)
#5
(30-08-2015, 11:34)Aquinesse napisał(a): Tekst wróci tutaj jak tylko go gruntownie poprawię, a to może trochę potrwać :P Nie wiem, czy powinnam go tak sobie usuwać na czas poprawy, ale poczucie wstydu i miłość własna nie pozwalają mi go zostawić do czytania w pierwotnej postaci.
Pozdrawiam :*

Jeśli wstyd Ci za tekst, to traktuj to jako motywację do jak najszybszej jego poprawy, ewentualnie poproś kogoś kompetentnego, by wątek ukrył, a nie łamiesz regulamin forum.
Czasami, gdy pojawiają się nowi, próbują na jeden raz wrzucić wszystko, co mają. Zupełnie, jakby portal miał lada dzień zniknąć z Internetów, a administracja pojechać do Afryki, sprzedawać olejek do opalania rdzennym murzynom.
~Yami
#6
„Łowca Sirius O’Dare”
Fajne imię i nazwisko.
 
„Lordem na Gruzowisku”
Damn! Ciekawe.
 
„stał po w drugim końcu pomieszczenia”
Wkradło się „po”.
 
„William Blyte”
Wydaje mi się, że już na samym początku rzucasz w nas zbyt wielką ilością imion i nazwisk, ale to nie jest wielki problem.
 
„oburzeni. Domagają się sprawiedliwości.”
Kiedy ludzie domagają się „sprawiedliwości”, robi się ciekawie. ;)
 
„Wychodzenie poza granice Przystani było niezgodne ze wszystkimi zasadami”
Ciekawe. Czyżby na zewnątrz był jakiś Armagedon?
 
„Ludzie o zdrowych zmysłach nigdy nie sprzeciwiali się temu zakazowi”
Chyba tak, coś w tę deseń.
 
„poza Przystanią czekali na nich tylko dzicy oraz straszliwe istoty, które każdą nocą obejmowały we władania ruiny Caunan.”
No to już mam swoją odpowiedź. :)
 
„Tym razem przemówił głośno; chłopiec drgnął zaskoczony i uniósł głowę — Możesz ukarać go w każdy sposób, jaki wyda ci się odpowiedni."
Kojarzy mi się z człowiekiem, który bardzo chce pokazać, jak wielką ma siłę i władze, choć nie ma ani jednego, ani drugiego.
 
Jak na razie mi się podoba. Bohaterowie są realistyczni.
 
„Na każdy krok mężczyzny musiał zrobić dwa; nigdy nie widział, żeby ktoś tak szybko chodził.”
Zupełnie jak tych dwóch :) : https://www.youtube.com/watch?v=4LDHyF2_RC0
 
„wściekali się na niego, czasami go bili”
Teraz tym bardziej widzę Toudiego. :D
 
„ginąć na daremno”
Nadaremno.
 
„Sirius O’Dare przypominał mu ojca; wysoki i muskularny, zawsze trzymał głowę wysoko i nikomu się nie kłaniał. Był silny i tej siły świadomy. Co dzień w milczeniu wykonywał swoją pracę, niezauważenie opuszczając granice Przystani. Był jedną z niewielu osób, które tak naprawdę wiedziały, co znajduje się dalej.”
Ciekawe.
 
„I to wiele razy — dodał niepewnie”
Jakoś smutno mi się zrobiło. Chłopak musi się tłumaczyć.
 
„— Wydaje ci się, że to zabawa — syknął mężczyzna — Wydaje ci się, że możesz wyjść stąd i wrócić, kiedy tylko ci się podoba.”
Teraz to on kojarzy mi się z moim własnym ojcem.
 
„Nie chodzi mi o twoje życie.”
:(
 
„— Nic bym im nie powiedział! — krzyknął Will, zaciskają ręce na dłoni łowcy. Próbował podważyć palce, które mężczyzna zaciskał na jego koszuli — Nie wydałbym was!”
Artur myśli: Będą tortury? ^^
 
„Złodzieje, gwałciciele i zabójcy.”
Wesoła ekipa.
 
„Czy dotrzymałbyś tajemnicy, gdyby jakiś psychopata odrąbywałby ci palce, kawałek po kawałeczku?”
OK, robi się naprawdę ciekawie.
 
„Odwrócił głowę, lecz łowca wolną ręką chwycił go za podbródek i zmusił, by na niego spojrzał.”
Damn.
 
„— Zabiorę cię tam, dokąd z uporem się wymykałeś”
Damn! Fajne opko. Może to dlatego, że mam dziś dobry nastrój?
 
„Szli środkiem drogi, w bezpiecznej odległości od drzwi”
Działa na wyobraźnię. Ja tej nocy przechadzałem się w pobliżu takich drzwi.
 
„— Milcz — uciszył go surowo — To nie miejsce na rozmowę.”
Nastrój jest.
 
„Ludzie unikali jedzenia ich mięsa, chyba że byli na skraju śmierci głodowej.”
A więc byli tacy, co głodowali. Ciekawe.
 
„Z dachu wyrastała strzelista wieża, tak wysoka, że chmury mogłyby rozpruć się o jej ostry dach.”
Fajny opis.
 
„Z bliska Will dostrzegł włochaty tułów i wyrastające z niego rozłożyste, błoniaste skrzydła.”
Normalnie Silent Hill 1. ;)
 
„— Nie, jeśli umiałbym to zabić — powiedział powoli, z powagą. Jego oczy błysnęły z zapałem. Spojrzał intensywnie na Siriusa O’Dare — Nie, gdybym był łowcą.”
Podnosi się nastrój.
 
„— Nie nadajesz się na łowcę”
I opada. xD
 
„lecz łowca uciszył go spojrzeniem”
Jak bazyliszek. Dobry ten łowca.
 
„Will o mało nie uderzył głową o wielki, miedziany dzwon.”
Klimat.
 
„Nie polują dla zaspokojenia głodu. Pragną krwi.”
A czy nie pragną krwi dlatego aby zaspokoić głód?
 
„Ton łowcy wyprany był z jakichkolwiek emocji.”
Fajnie to ujęłaś.
 
„— Nigdy nie zwracaj się do mnie takim tonem — przerwał mu Sirius O’Dare — Panuj nad sobą.”
Cieszy mnie to, że nie starasz się na siłę sprawić, abyśmy go lubili. Ja go lubię takim, jaki jest.
 
„Twój ojciec był dobrym i dzielnych człowiekiem.”
Dzielnym.
 
„Gorhol rozglądał się i węszył, wydając z siebie chrapliwe pomruki.”
Teraz sobie coś uświadomiłem, chociaż nie wiem czemu akurat przy tym zdaniu. Sirius niedługo umrze, prawda?
 
„— Jeśli nadal będziesz się wymykał, nie pozostanie mi nic innego, niż cię zamknąć"
Zachowuje się adekwatnie do sytuacji.
 
„Życie jest wtedy, kiedy się działa i podejmuje decyzje.”
Dobrze powiedziane, bez ciskania pierdół o marzeniach.
 
„— Rozumiem twoją motywację, jednak…”
Tutaj widać, że obudziło się w nim serce.
 
„To coś, ta obrzydliwe zwierzę rozszarpywało ją kawałek po kawałku, a ja na to patrzyłem!”
To będzie dark fantasy! http://orig14.deviantart.net/e271/f/2012...5cz7yu.jpg
 
„Odwrócił się do okna, by chłopak nie dojrzał smutku, który malował się na jego twarzy.”
A nie mówiłem? Wyczułem to.
 
„— Tak — przytaknął Will szybko.”
I to mi się podoba, bo kiedy o to zapytał, bałem się, że to dziecko przeznaczenia i zacznie kłócić się, mówiąc, że chce zostać wielkim bohaterem.
 
„Chłopiec ostatni raz spojrzał na Siriusa O’Dare”
Uuuuu, ciekaw jestem w jakim sensie był to „ostatni raz”.
 
„Bieg zamykał łowca, który zatrzymywał się co parę kroków, naciągał łuk i oddawał strzał.”
Żyje.
 
„oznaczający nic innego, jak czyste przerażenie”
… czyżby jednak?
 
„W biegu naciągnął łuk.”
To szalenie trudne, wiesz?
 
„Po placu kręciło się wiele groźnych stworzeń”
Usunąłbym „groźnych”, wiemy o tym.
 
„Powiedział mu: nie wychodź, Will wyszedł. Co Sirius w tym zobaczył? Że Will ceni sobie życie człowieka bardziej niż własne, bo wyszedł, chociaż pan mu zabronił, bo chciał kogoś ochronić? Że Will jest odważniejszy niż Sirius przypuszczał? Przecież już wcześniej było widać, że jest odważny. Nie wiem”
No to ja Ci powiem, Koh. Widział, że mogą tu wszyscy kopnąć w kalendarz, to zmienia perspektywę. Zachował się jak więźniowie w Auschwitz, którzy załatwiali najmłodszemu koledze bon na dwadzieścia minut w Sonderbau, bo im było szkoda, że umrze, nie dotknąwszy nigdy kobiety.



Tekst mi się podobał. Szkoda go zamykać. :)
Nidrax napisał 18-09-2015, 19:04:
Wątek został zamknięty, bo Autorka miała w nosie czas ludzi piszących komentarze oraz panujące na forum zasady, usuwając na własną rękę treść pierwszego posta, o czym dobrze wiedziałeś, więc twoja opinia jest wybitnie nie na miejscu, gdyż propsuje zachowania niezgodne z panującymi w naszej społeczności zasadami. -_-
Reklama AdSense
« Starszy wątek | Nowszy wątek »
Wątek zamknięty 


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości