Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Otchłań Chaosu [+18 – wulgaryzmy]
#1
Prolog


– Oni umierają zbyt szybko, zbyt szybko miga obraz. Nie nadążam za zmianami. A ty?
Ojciec Karbena nie odpowiedział. Zajęło mu to trochę czasu.
– Nie idź tam.

Ale Karben, który był bogiem, poszedł.

Rozdział pierwszy
Kukła


Kiedy śmiertelnicy rozpoczęli swą podróż, sądzili, że ma to jakieś znaczenie.

– Patrzcie na drogę. Mam po dziurki w nosie tego lasu.
– Tak, w twojej dupie. Las już jest za nami. Co nie?
Zapach igieł należał do przeszłości, drzewa stanowiły już rzadki widok.
– Gdzie śnieg? Dawno już powinna być burza śnieżna.
– W czym problem, Mały? – spytał szczupły sierżant z długą peleryną. – Nadal chcesz ulepić bałwana?
– Może. – Borys nie krył zadowolenia. Jego zarumienione od chłodu, pulchne policzki ukryte były pod osłoną grubego, wełnianego szala. Siedzący w ciepłych bazach skurwysyni motywowali go do wypełniania rozkazu. Miał być przewodnikiem na drodze do realizacji bajeczki: "Pełen poświęcenia bohater ratuje własną ojczyznę". Kto właściwie wymyślił podobne gówno? Komenda była prosta, nie daj się złapać.
Aż dziw, że to właśnie Borys miał ruszyć co sił w nogach do najbliższej jednostki w sytuacji, gdy wszystko nawali. Ma synek czucie w nogach. A jednak kiedy rozmyślający o tym Ger popatrzył uczciwie na kurdupla, musiał przyznać, że od dawna nie był już dzieckiem. Ba, nie był młodzieniaszkiem. Zmęczony życiem wzrok oraz pierwsze kreski pod płowymi warstwami nieuczesanych włosów mówiły same za siebie. Mały był tu prawie najstarszy.
No, poza Wąchalem. Ger spojrzał w stronę siwiejącego pijaczyny. Tak jest, przyjacielu, myślę właśnie o tobie.
Był zbyt zmęczony, by nawiązać z nim rozmowę. Jeszcze będzie na to czas. Wąchal kroczył w ciężkich butach, marząc pewnie o rozochoconych kurwach, gotowych na wszystko za łyk brandy. Ten głupawy wzrok…
Na wiecznie ględzącą gębę mej żonulki, świećcie anieli nad jej duszą: obym tylko nie musiał często oglądać tej miny. Eh, Wąchalu… Sam miałbym smak na te kurewki. Dobrze, że znów z nami jesteś, stary draniu.
– Dobra, tu się zatrzymamy – wyrwał go z rozmyślań sierżant.
– Nie przeszliśmy chyba daleko.
– Nie, nie przeszliśmy, Borys. I wcale nie przejdziemy.
– Hej, szefunciu – powiedział Ger i oparł się na ramieniu sierżanta. – Nie chciałbym udaremniać twego planu podboju świata, lecz tak cosik sobie przypominam, że kazano nam dojść do samego końca i zdać raport z tego, cośmy ujrzeli. A że nie ujrzeliśmy tyłka twej starej, wiesz, mniemam, że nie będą zadowoleni.
– Ger, odwal się. Biorę to na siebie. Powiemy, że spotkaliśmy umykającego o jednej nodze saskłacza. Taki był, kutas, szybki. Dadzą nam spokój.
– Sierżant ma rację, Ger – powiedział Wąchal. – Jeżeli coś nas tam czeka, to kłopoty. A teraz wybaczcie. – Skacowany człowiek spierdział się bezceremonialnie, salutując. – Służba wzywa.
– Śmierdzisz – powiedział przyzwyczajony już Ger. Zdrowe podejście do całego syfu. Lać na to wszystko. – Czekaj, też wyładuję gruchę.
Sierżant usadowił się na solidnym pniu drzewa, które upatrzył sobie w drodze. Zrobił miejsce dla Borysa, ten jednak początkowo nie skorzystał z uprzejmości, drepcąc ciągle nerwowo w miejscu.
– Wyluzuj, Mały. Przyjdzie zmierzch, władujemy się innej ekipie do namiotów. Będą musieli nas wpuścić, to ich obowiązek. Wyśpimy się, zjemy coś ciepłego, jeszcze przed południem wrócimy do miasta. Tam porządnie wygrzejemy nogi przy kominku. Zaproszę cię nawet do siebie, jeżeli nie chcesz jeszcze wracać tam, do swoich... Nie odmówiłbym, gdybyś sam w końcu postawił komuś piwo. Masz kasę.
– Ej, spójrz.
Na lewo dało się widzieć sąsiednią drużynę, która penetrowała własny skrawek okolicy. Pięciu żołnierzy. W tych czasach trzeba zapierdalać, nawet kiedy idziesz się wysrać. Nie poskarżą się na nas, a jeśli nawet... jeszcze znajdziemy na nich coś mocniejszego.
– Wygląda na to, że harcerzyki wzięły się ostro do roboty – powiedział Wąchal, załatwiwszy już swą potrzebę. Jego kichnięcie rozległo się echem po okolicy. Za nim powrócił zgarbiony towarzysz.
– Borys. Stary, no co jest? – Ger uderzył go w ramię. – Jeszcze tej nocy dogryzałeś mi do każdego słowa przy jebanych kartach. Już wolę, kiedy snujesz całą drogę opowieści. Przynajmniej, kurwa, dało się poznać, że żyjesz. Albo na tym twoim kutasiku, na którym grać nie potrafisz. A tak, znów to samo, siedzi i siedzi, gęby nie otworzy. Słońce świeci.
– Dziwnie się dziś zachowujesz.
– Ja, dziwnie? No co ty.
– Nie będę całe życie dorabiał na harmonijce. Na paczkę cygar...
– Pogański zwyczaj. Dobre te skrętacze i chuj. Ale co to ma do rzeczy, o czym ty tu nam pitolisz? Pitu pitu.
– To mój ostatni dzień. Pojutrze wyjeżdżam... do Strenthen.
– Do jakiego znów Srensren?
– Pilnować majątku kapitalistów. Nie wiem, dlaczego nie mogli wybrać kogoś innego, jakiegoś karczka.
– Kruczka. – Ger zaśmiał się tak, jakby był idiotą. Wąchal udawał, że go to bawi.
– Nie wiem, widocznie tak tanio nikt nie zejdzie. Jeśli sypną, pójdę pilnować nawet burdelu, kurwa. Czujesz to? Pan kapitalista na kurwy, a ja tu sprzątam. Bezpieczniej jest, chuj, możesz nawet się wyspać, możesz się wyszczać, może i poruchasz. Ale pewnie nie powiedzieli mi wszystkiego...
– Dobrze jest, Mały.
– A, takiemu to dobrze – powiedział Wąchal, stary pijaczyna. – Jeżeli o mnie pytasz, pewnie zostanę do końca mego usranego życia z tym tu, o, o, ten alkoholik.
– I to ma być powód do niepokoju, Mały? Przestań. Nie wiemy, prawda, czy spotkasz swoich ludzi, takich, z którymi da się żyć.
– Pić, znaczy się.
– Nie wiemy, tania gospoda na każdym zakręcie. Łatwa chałtura. No nie wiemy, nie. Ale słuchaj. Ale chyba lepsze to od wiecznego wałęsania się po tym zadupiu. Płacą, bierz... Przynajmniej tak mi się wydaje. A w ogóle to nic nie mówiłeś, że idziesz do Srensren. Miałeś być gdzie indziej.
Borys milczał. Dłuższą chwilę przesiedzieli tak wszyscy w zapomnianym zakątku świata (Ej, stary, a grubą kurwę byś wyruchał?), zbyt leniwi, by zbudować prowizoryczny szałas (Teraz bym poruchał). Gdzieś daleko spróchniałe drzewko opadło na ziemię. Nie zdziwiło ich to zupełnie, póki podobny fenomen nie powtórzył się po raz kolejny, lecz tym razem zabrzmiało to jak wystrzelona z rzędu armat kanonada. Jakby jakiś naburmuszony gigant o wymiarach „wioska na wioskę na Górę Grzmotu” bawił się w bierki tu i ówdzie rozrzuconymi sosnami. Odgłos ten, odległy, choć bardzo mocny, postawił ich od razu na nogi. Takie bydlę dałoby o sobie dawno znać, pomyślał chłodno sierżant. Zapewne też same drzewa leciałyby nam teraz na głowy.
A zatem co?

– Tamci. Ruszyli w tę stronę, nie?
– Yhm – Ger pokiwał sierżantowi.
– Kurwa. Zapowiadał się tak dobry…
– Zamknij mordę – powiedział sierżant do Wąchala. W chwilach takich jak ta słuchali go jak swego sumienia. A swego sumienia słuchali, szczególnie kiedy nakazywało nie drażnić obcego, tylko brać nogi za pas. W czwórkę to sobie mogli gonić niegrzecznych chłopców na ulicy, nie iść wojować na zadupiu. Zadupia rządziły się własnymi prawami.
Nasłuchiwali. Żadnych wrzasków, nowego hałasu, nic. Najwidoczniej tamci posrali się w gacie. Być może byli martwi.
– Może to jakaś fala domina… wiecie, drzewa poprzewracały się o siebie…
– I myślisz, Mały, że tak by pierdolnęło? – spytał sierżant. Podrażniony durnym komentarzem, całą tą sytuacją, zwyczajnie wkurwiony tym, że to on musi podjąć jakąś decyzję.
– Nie pierdolnęłoby.
– To co robimy? – spytał Wąchal. – Stoimy tu, czy cofamy się głębiej w las?
– Nie możemy wrócić tak po prostu do bazy – powiedział Borys. – No kurwa, przecież każą zawrócić.
Ty nie o nas się tu martwisz, co?, pomyślał sierżant.
Borys zacisnął zęby.
– Dobra, nieważne. Spierdalamy, najwyżej.
– O nie, ni chuja, idziemy – rzekł Ger, chcąc przezwyciężyć swój strach (a bał się jak jasna cholera). Spoglądał prosto na rogatą czapę Wąchala, podobnie jak na pysk śmierci, gdy żegnał silnym, serdecznym uściskiem na gardle dawnego szefa. Były skazaniec miał wrażliwą duszę.
– No to idź – powiedział Wąchal. – Będziemy cię oklaskiwać. Z daleka, żeby wszystko było jasne.
– Cisza – powiedział sierżant. – Ktoś się zbliża.
Borys widział, jak zza iglastych drzew powoli wyłaniała się grupa: dwóch jasnowłosych młodzieńców, być może braci, oraz jedna, odziana w męski uniform kobieta o ciemniejszej karnacji. Tę już znał. Za nią, jak się spodziewał, szła dziewczyna, na którą czekał.
– Słyszeliście to? – odezwał się z daleka jeden z blondasów.
– Aha – powiedział szczerze zmarnowany sierżant. A coście myśleli? Takiej nawałnicy nie można było uznać za szmer wietrzyka. – Rozległo się to gdzieś w tamtych okolicach, tam, gdzie pobiegła ekipa.
– Co powiecie, jeżeli na chwilę połączymy siły? – spytała śniada kobieta o upiętych w kok włosach.
Ger "Nosikula" wziął wielki haust powietrza, jakby miał wykrzyczeć na głos wszystkie skargi świata. Wyszemrał połowę. Miał dopowiedzieć coś jeszcze, lecz się powstrzymał. Oklepana riposta spoczywała na jego zawartych ustach, oczekując na pretekst.
– Ger, możesz przestać? Wiem, że się denerwujesz, kapuję to. Postaraj się jednak zachować normalnie, jak u starej.
– Wybacz sierżancie, nie mam ochoty na tę rozmowę.
– Jesteś drugi dzień na służbie, nie spieprz tego. Przy nas, w porządku, ale panuj nad nerwami, gdy jesteś z ludźmi.
– Nic nie szkodzi – powiedziała śniada kobieta. – Wszyscy chcielibyśmy już wrócić.
Borys, początkowo pozbawiony nastroju, zdecydował się wreszcie podejść do dziewczyny, która mu się podobała, siostry dowodzącej kobiety. Chyba się o coś pokłóciły. Nieważne. Ponieważ tu była, a być nie powinna, to znak, że dziś się uda, bo przecież dawno się nie udało. Podejść miał już wcześniej, cholera, tak jakoś wyszło. Podobno pije od święta. Co z tego, że jest od niego wyższa. Powiedział byle co, starając się zapomnieć, że nie są tu sami. Dobrze widział kpiące spojrzenie Gera. Była nieco młodsza, wiadomo. No dobra, dużo młodsza, ale nie psuj, Ger, momentu. Spróbuję, co mi szkodzi, na jeden raz będzie jak znalazł. Przecież nie spędzimy tu wieczności, w tym pieprzonym lesie. Kasia wyglądała wtedy na szczęśliwą, choć teraz jakoś taka spięta. Ta druga nie zwracała na niego uwagi. Widać było, że unika spojrzenia siostry. O co znów poszło, może pocieszyć trzeba, zapytać?
Czas minął szybciej, niżby się tego spodziewał. Wszyscy usiedli przy garnku.

***

A więc się zaczęło.
Unosił się przez skąpany w świetle plac, a z nim niósł się tłum. Jemu podobni, podobni sobie. Każdy był samotny...
Przez setki wędrówek nasłuchiwałeś mądrości z ust bogów, powracasz do nas. Ze słowem dziś wracasz, powiadają ci, którzy cię zapowiedzieli. Wielki Ano, jakim nas słowem będziesz oświecał; nas, przyciemnionych?
– Jakże to? – zapytał sam siebie. – Toś po to powrócił? Przecież już wiemy. To koniec.

Sądzili, że dotrze do nich poprzez światło gwiazd. A on czekał w sali tronowej, obdarzając ich wzrokiem tak, jakby byli ludźmi. Przyjęli z pokorą jego spojrzenie, chyląc jasne czoła. Nim choćby wydał jedno tchnienie, Kevantas usłyszał głos jego w sobie, łagodny i smutny:
Widząc zmieszanie na skroniach, pojmuję, iż jesteś zmartwiony.
Odpowiedział mu, myśląc:
Pierwsze słowa z ust światłych, co przemilczały niezliczone wędrówki kryształu... zawędrowały tylko do mnie.


Bo ty jeden staniesz ponad tym klejnotem.

W umyśle Kevantasa pozostał tylko szum.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
PUFF w mojej głowie, PUFF.

Sama nie wiem co myśleć. Niby jest to bardzo fajny początek, ale jakoś jednak do mnie nie przemawia. Niby fajnie piszesz, ale czasami w ogóle cię nie rozumiem.

Co do kwestii narratora, to trzymaj się przy jednym. Czasami piszesz wyniośle, a za chwilę jakąś polską kur*ą rzucasz. Chociaż mam wrażenie, że :

(24-08-2015, 16:57)Artur napisał(a): Nie zauważyli ich. W tych czasach trzeba zapierdalać, nawet kiedy idziesz się wysrać. Nie poskarżą na nas, a jeśli nawet… jeszcze znajdziemy na nich coś mocniejszego.

fragment ten miał być myślą, a jakoś nie wyszło. Może źle odczuwam, ale lepiej brzmiałoby, jeśli o wypróżnianiu wyrażał się w ten sposób bohater. Swoją drogą, to może trochę modyfikuj ich styl wypowiadania, żeby byli jakoś rozpoznawalni? Jeden bardziej oklęty, inny mniej. Z czasem zaczęłam gubić się w tym, który do kogo mówi.

(24-08-2015, 16:57)Artur napisał(a): Spoglądał prosto na rogatą czapę Wąchala, podobnie jak na pysk śmierci, gdy żegnał silnym, serdecznym uściskiem na gardle dawnego szefa. Były skazaniec miał wrażliwą duszę.

"Były skazaniec miał wrażliwą duszę". Szczerze powiedziawszy, strasznie mnie to rozśmieszyło. Zdanie tak randomowe, że właściwie nie wiem jaką miało funkcję.

Ciężko mi ocenić fabułę, bo na razie za wiele nie wiadomo, więc poczekam na ciąg dalszy. Życzę pomyślności w pisaniu etc. :)
Odpowiedz
#3
Zdanie pełniło właśnie tę funkcję, cieszę się, że się udało. ;) Ger Nosikula sam tak o sobie myśli. Tamten fragment o tym, że nie można się wypróżnić, należał do jednego z awanturników (dwóch z nich właśnie korzystało z okazji). Nie był pisany kursywą, bo stanowił streszczenie myśli. Od razu któryś z bohaterów (sierżant lub Mały Borys, według mnie był to sierżant) zaznaczył w myślach, że nie poskarżą na nich.

"Pierwsze słowa z ust światłych, co wędrówki niezliczone Klejnotu naszego wokół znicza przemilczały… zawędrowały tylko do mnie."
"Ej, stary, a grubą kurwę byś wyruchał?"

Jeżeli tak bardzo zmieniło się towarzystwo, pomyślałem, iż również narrator powinien być inny.
Odpowiedz
#4
Od razu na początku powiem, że tekst zwrócił moją uwagę przez te dziwne znaki graficzne zamiast normalnych myślników. Trochę poszukałem, skąd taki znak, i znalazłem. Zatem pierwsza uwaga: zastosowany znak jest 'elementem do tworzenia ramki, a nie znakiem interpunkcyjnym. Radzę zatem trzymać się standardów.

(24-08-2015, 16:57)Artur napisał(a): Kukła

Unosił się przez zbrukany światłem plac (po pierwsze, pauza wygląda tak — ; po drugie tu powinien być raczej przecinek) a z nim niósł się tłum. Jemu podobni, podobni sobie; ze ścianami swymi nawet tak spokrewnieni, jak milczący (o co tu chodzi? spokrewnieni ze ścianami?). Każdy był samotny…
Przez setki Wędrówek (małą literą) nasłuchiwałeś mądrości z ust bogów, powracasz do nas.

─ Jakże to? ─ stanął (dużą literą) wśród zgrozy idących.

Wśród srebrno-białych ust, srebrno-białych pierścieni, (zbędny przecinek) i takiejże skóry, i włosów, i tych szlachetnych oczu, co barwą się mieniły ─ błękitna spoczywała szata, wyróżnionego. A nim choćby tchnienie jedno ujrzeli, Kevantas usłyszał głos jego w sobie, łagodny i smutny jak wtulona przed mrozem o taflę jeziora mżawka (co to jest? poemat? takie metafory to w wierszach):

Na to zmieszał się bardzo, ukrytą przed resztą wręczając myśl w odpowiedzi: (styl)

─ [i]Pierwsze słowa z ust światłych, co wędrówki niezliczone Klejnotu (małą literą) naszego wokół znicza przemilczały… zawędrowały tylko do mnie.

Bo Ty [b](małą liiterą) jeden staniesz ponad tym Klejnotem (małą literą).[/b]

Tylko szum pozostał w umyśle Kevantasa. (styl, szyk – W umyśle Kevantasa pozostał tylko szum.)

─ Może (kropka) ─ Borys nie krył zadowolenia.

Tak jest (przecinek) przyjacielu, myślę właśnie o tobie.

─ Nie przeszliśmy chyba dość daleko.
─ Nie, nie prześlijmy (przeszliśmy), Borys. I wcale nie przejdziemy.

Przynajmniej (przecinek) kurwa (przecinek – wydzielamy wulgaryzmy) dało się poznać, że żyjesz.

Eh, dobra, (raczej kropka i dalej duża literą) i tak chuj z tego będzie.

─ I myślisz (przecinek) Mały, że tak by pierdolnęło, co? Pierdolnęłoby? ─ powiedział sierżant.

─ To co robimy? ─ powiedział (spytał – bo ciągle tylko 'powiedział' i 'powiedział') Wąchal.

Borys zacisnął zęby. (dalej od nowego akapitu) ─ Dobra, nieważne. Spierdalamy, najwyżej.

Borys (przynajmniej będziemy (przecinek) kurwa (przecinek) mieli o czym gadać wieczorem, kurwa, kurwa) widział, jak zza iglastych drzew powoli wyłaniała się grupa:

Rozległo się to gdzieś w tamtych okolicach, tam (przecinek) gdzie pobiegła ekipa.

Po topornym początku, w którym szyk i styl utrudniał czytanie, dalej szło nawet całkiem dobrze. Nie wiele błędów interpunkcyjnych i ciekawy sposób narracji. Plusem też jest wydzielanie myśli bohaterów kursywą, dzięki czemu od razu wiadomo, z czym ma się do czynienia. Minusem jest mnogość wulgaryzmów, ale to nie jest błąd – raczej moje upodobanie. Popracuj nad dialogami, w sensie, by nie powtarzać ciągle tego 'powiedział'. Można przecież użyć tak wielu innych zwrotów: odparł, przytaknął, rzekł, spytał, oznajmił, rozkazał itp.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#5
Z wszystkim się zgadzam i dziękuję (tu nie o zwykłe wędrówki i klejnot chodzi, może jednak faktycznie trzeba pozostać przy małych literach). Pozwolę sobie pozostać przy "powiedział", nawet gdy zdanie kończy się znakiem zapytania. Elmore Leonard tak na mnie podziałał.
Odpowiedz
#6
:) Nie sądzę, aby Leonard pisał po polsku. Oni mają uboższy język, to tak piszą 'powiedział' i 'powiedział', ale my mamy bogatszy. więc korzystajmy z tego. Bierzmy przykład z polskich pisarzy.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Myślę, że lepiej by było przedstawić zamiast tego czynność, jaką wykonuje bohater. Jeżeli ktoś "rzekł", to powiedział to w specyficzny sposób. Jeżeli "wyszeptał", to ciarki przeszły po plecach. Jeżeli "spytał", to chciał wywołać odpowiednie wrażenie. Nie jestem mistrzem dialogu, niemniej uważam, że dialog powinien bronić się sam.

Czy ja powinienem poprawiać wszystko na bieżąco? Może zostawię tak jak jest, ten bezwstydny niczym pupa bobasa tekst. Poprawię sobie wszystko w Wordzie.
Odpowiedz
#8
(24-08-2015, 23:02)Artur napisał(a): Myślę, że lepiej by było przedstawić zamiast tego czynność, jaką wykonuje bohater. Jeżeli ktoś "rzekł", to powiedział to w specyficzny sposób. Jeżeli "wyszeptał", to ciarki przeszły po plecach. Jeżeli "spytał", to chciał wywołać odpowiednie wrażenie. Nie jestem mistrzem dialogu, niemniej uważam, że dialog powinien bronić się sam.

Czy ja powinienem poprawiać wszystko na bieżąco? Może zostawię tak jak jest, ten bezwstydny niczym pupa bobasa tekst. Poprawię sobie wszystko w Wordzie.

Ale dialogi, nie ważne co postacie powiedzą, pozostaną płaskimi dialogami, tak długo, jak nie nadasz im emocji.

Co do poprawek, polecam przeczytać regulamin forum. Zwłaszcza punkt 34.
Czasami, gdy pojawiają się nowi, próbują na jeden raz wrzucić wszystko, co mają. Zupełnie, jakby portal miał lada dzień zniknąć z Internetów, a administracja pojechać do Afryki, sprzedawać olejek do opalania rdzennym murzynom.
~Yami
Odpowiedz
#9
Poprawiłem.

Myślę, że emocji tam nie zabrakło. Prawda, można byłoby sobie życzyć, aby faceci byli bardziej szarmanccy, zamiast pierdzieć bezceremonialnie, ale cóż... c'est la vie. :angel:
Odpowiedz
#10
***
Starucha w chuście oparła się o stół. Spoglądała na swego gościa z udawanym rozbawieniem. Ogień przygasł w palenisku, w pobliżu kundel spał na dywaniku. Dwie trumny z pentagramami stały przy ścianie, tak bardzo nierzucające się w oczy, jakby były półką z książkami. Wieko jednej trumny było otwarte.
– Mógł już dawno roznieść wszystko w pył. Nie potrafi sobie, ot tak, czegoś odmówić, po prostu weźmie. Ale on chce więcej. Czeka, obserwuje. Co tu gadać, mu już wszystko jedno, byle było... Yuko jest taki jak ty, a ty go prowadzisz jak po sznurku, tak sobie myślisz. Jesteś szefem. To oznacza, że masz kontrolę nad tym, co się dzieje. Chwilowo masz nad tym kontrolę.
Pet opadł na popielniczkę.
– Dosyć, babo.
– Pamiętaj, nie będzie to trwało wiecznie – kontynuowała, pozornie obojętna na obelgę. Lata spędzone z tym przyjemniaczkiem nauczyły ją, by postępować jak on. – W końcu dopadnie, zgniecie jak muchę. Nawet jeśli się uda, w co wątpię, powróci, skąd przybył. A gdybym mu powiedziała? Przecież nie jesteś mi do szczęścia potrzebny.
– Ogłuchłaś?
– Będę miała trzecią trumnę.
Oboje widzieli rozgrywającą się w lesie scenę. Była dla nich niczym program muzyczny, gdzie melodię zastąpiła kreskówka. Nieświadomi niczego awanturnicy, Nosikula, Wąchal, sierżant, Borys i Katarzyna, szli już dalej w nieznane. Pozostali ruszyli w swoją stronę, choć nie obyło się bez obiekcji dowodzącej kobiety.
– Uspokój się – powiedziała staruszka. Gość wyraźnie nie był rad z tej rozmowy.
Ten dzień musiał nadejść. Miała rację. Gdyby tylko mógł, już dawno zastrzeliłby ją o świcie, lecz tego łba nie imały się żadne kule. Nawet na mróz jest suka odporna. Prędzej czy później pozbędzie się go, jeżeli pierwszy nie wykona ruchu. A Yuko? Yuko skręciłby mu kark, gdyby go zobaczył z bliska. Gdyby naprawdę chciał, dopadłby po drugiej stronie kosmosu. Może już wie? Strach nawet gdziekolwiek wracać. Jak muchę... Przypomniał sobie historię profesora, który wyrywał takiej po jednej nodze i kazał iść dalej. Że niby ogłuchła czy coś. Poruszył lekko wąs, nie wypowiedział jednak ani słowa. Chciał zrobić coś, cokolwiek, a tak siedział tu bez celu. Byli na siebie skazani.
– W każdym razie dziewczyna urodziła się jakieś dwadzieścia lat temu, plus minus. To nie pogłoska, że jej matką była jedna z pomniejszych bogiń; jej matka miała poświęcić życie w zamian za otrzymanie szansy.
– Tak, coby dziecko mogło żyć?
– Nie. Tak, coby bogowie mogli pewnego dnia powrócić w czasie. Cofnąć minione zdarzenia. A tak właściwie, o czym nie mówiło się głośno, tylko jeden spośród nich miał kiedyś powrócić. – Wiadomość wyraźnie zaciekawiła mężczyznę. Maria, widząc poruszenie gościa, kontynuowała, skrobiąc blat stołu. Jak dotąd tylko ona była w stanie ożywić tę personę. Tutaj, na tym rozklekotanym krześle i w tych źle dobranych spodniach, był zdecydowanie inny niż na portretach. – Lecz dziewczyna musiała stać się śmiertelniczką.
Uśmiech pojawił się znów na ustach staruchy, kiedy zauważyła reakcję gościa.
– Co cię tak śmieszy?
– Znam tę historię. Wykorzystała swą córkę tak, aby… – Koba nie dokończył.
W pomieszczeniu nastała ciemność, jakby księżyc zasłonił słońce. Pies zaszczekał i pogniótł dywanik.
– No, w końcu. Ogóreczek powrócił. – Papieros wciąż się palił w ręku zbrodniarza. Wstał ociężale, oparł się o parapet i wyjrzał przez otwarte okno.
– Patrzysz na jego szyję. – Kobieta dołączyła do rozmówcy, lecz ten, ignorując ją, powrócił do swego siedzenia, trzymając rękę na stole. Krzesło zaskrzypiało.
– Katarzyna, czy tak? – Mężczyzna jednak znał odpowiedź. Widział, że jego reakcja wyprowadziła kobietę z równowagi.
Na chwilę zmienił im się obraz, jak gdyby ktoś nadawał inny sygnał radiowy. Przez ten krótki czas widzieli w zbliżeniu, jak dłoń o krótkich palcach sięga do sakwy i wkłada sztabkę złota. Odrobina koncentracji pozwoliła im spojrzeć ponownie na las i na wędrowców, którymi byli zainteresowani.

Odgłos upadającego drzewa rozległ się ponownie, tym razem ciszej. Ger wyrwał Wąchalowi jego pilum, trafiając prosto w korpus potwora – na długo, nim zdążył pomyśleć, co atakuje. Wszyscy prócz niego odrętwieli w osłupieniu. Potwór upadł na ziemię, nie wydając wyraźnego odgłosu bólu. Wąchal wyszarpnął z rąk Gera pilum, dźgnął leżącego głęboko w szyję, po czym przewrócił go butem tak, że obecni mogli zobaczyć jego oblicze.
– Trzymaj. – Sierżant podał Borysowi sztylet w pochwie, który ten przyjął bez wahania. Przez parę sekund myślał o tym, aby dać broń wystraszonej Katarzynie, zmienił jednak zdanie.
Paskudztwo wyglądało tak, jakby chciało uciec, lecz nie miało na to wystarczająco sił, oparte na masywnym ramieniu. Widać było, że nie w pełni zdawało sobie sprawę, co je spotkało. Po chwili padło wyprostowane na glebę. Ręce potwora nie zginały się w łokciach, lecz sterczały sztywno niczym spryskany purpurą pal, zakończone jednym, wystającym prosto z nadgarstka hakiem. Reszta ciała, pokryta gęstą, brudną szczeciną, przywoływała na myśl niedźwiedzia. Jedynie twarz upodabniała go nieco do człowieka, choć może bardziej do małpy. Szare lica były mocno pofałdowane jak zaniedbany dywan, otwarta paszcza wydawała się wyrażać zdziwienie. Jego oko wpatrzone było ślepo w błękit nieba. Sierżant spojrzał raz jeszcze na zdeformowane, przysadziste ramiona, po czym dobił kreaturę. Stwór ten zranić mógł nieuzbrojonego człowieka tylko jeden, jedyny raz.
– Dobra robota – pochwalił ich sierżant.
Borys, słysząc oddech stojącej naprzeciwko trupa dziewczyny, spojrzał z obawą na przyjaciółkę.
– Wracamy – powiedziała Katarzyna. Jej głos dodawał mu otuchy, choć nie powinien. Nie dość, że wracamy, to wracamy razem. Jest dobrze, w chuj dobrze. Spokojnie, będzie dobrze, jest git. Wzrok Katarzyny nie chciał spocząć na jego twarzy.
– Będziemy musieli przenieść ciało – stwierdził wyrwany z zadumy Borys.
Ger spojrzał na niego, szczerząc zęby.
– Myśmy go zabili, ty go poniesiesz.
– Wystarczy głowa – powiedział sierżant. – Chyba że chcecie go sobie wziąć na obiad.
Katarzyna popatrzała z mieszanymi uczuciami na łysego mężczyznę, gdy Ger puścił do niej oko.

Stara kobieta stała przy parapecie. Światło zalewało chatkę gęstym strumieniem od dobrych dziesięciu minut.
– Wyrosła na całkiem miłą dziewczynę. Szkoda.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Fantasy [+18, wulgaryzmy, itepe, itede] X-meni. Połączenie sił. Duśka 22 12,982 03-03-2016, 00:27
Ostatni post: DjDanceCore

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości