Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Morgwynt
#1
Leniwy faggot ze mnie, ale w końcu udało się coś wrzucić, lepiej późno niż wcale.

Skrzypienie drzwi, znane nie tylko stałym bywalcom karczmy, ale i niemalże całemu miasteczku, zwiastowało nadejście gościa. Dźwięk wydał się jednak zasadniczo różny od tego, który słyszany był zazwyczaj. W mieście mówiło się, iż każdy mieszkaniec otwierał owe wrota na swój sposób i tak udawało się poznać, kto wchodzi. Tym razem ta reguła nie zadziałała. Takiego zgrzytu nikt ze zgromadzonych nie kojarzył z niczym, co by swojsko brzmiało, nie dziwnym było, gdy wszystkie głowy odwróciły się jakby na komendę, aby obadać takie dziwo. Do środka wpakował się rosły mężczyzna, bardzo wysoki, postury solidnej, dębowej szafy. Stłoczeni przy szynkwasie goście popatrzyli po sobie, a potem na twarz nowoprzybyłego. Jego oblicze wydało im się srogie i zmęczone. Zauważyli, że nieznajomy jest bokobrody i ma wąsy, zmarszczki na czole mówiły dużo o jego wieku, co, wraz z daleka widoczną linią, gdzie kończyło się czoło, a zaczynały włosy, dawało już pełny obraz poświadczający o dostojeństwie przybysza. Ciemne uczesanie i broda pokrywała siwizna podobna do szronu widocznego podczas zimnego poranka.
Nieznany gość przekroczył próg, głośno tupiąc i pozostawiając za sobą szelest licznych klamer na butach i odzieniu. Zbliżył się do szynkwasu, sięgnął do pasa i wyciągnął fajkę, zaczął w nią uderzać palcami dłoni, cały czas spoglądając z ukosa na zdezorientowanego karczmarza:
– Dobry wieczór, dobrodzieju. – Twarz przybysza pojaśniała za sprawą uśmiechu, który zaistniał na miejscu wcześniejszej, regularnej, pozbawoinej emocji linii tworzącej usta. Oberżysta odkiwał głową i odpowiedział na pozdrowienie:
– Powitać, powitać, czego dostojny pan sobie życzy? Panie, panie... – Obcy rozchylił usta, by odpowiedzieć, rozbawiła go próba karczmarza, w której starał się odgadnąć jego imię:
– Jestem Kasymir, zwany też Morgwyntem, szukam ciepłego miejsca na noc – wyjaśnił celowość swego przybycia Kasymir.
– Wybaczcie, Morgwyncie, ale nie mam wolnej izby – zarzekał się szynkarz.
– Nie szkodzi, nie potrzebuje całej izby, wystarczy mi ciepły kącik i świeca, zapłacę – zapewnił Kasymir.
– A, no to, jak tak, to i miejsce zawsze się znajdzie, weźcie se Morgwyncie przycupnijcie kiesik na ławie, a i płaszcz możecie sobie tam od razu przyłożyć, aby wam nikt miejsca nie ujął – objaśnił karczmarz, Kasymir zrobił jak mu polecono. Gapie spostrzegli, że nieznany im gość nosi na sobie długą, grubą szatę sięgającą niemalże kostek, rozciętą w kroku i na biodrach. Tors osłaniał mu dziwny kirys, albo koszula kolcza, bo nie umieli rozeznać, w każdym razie wyglądało to, jakby było zrobione z łusek jakiejś morskiej bestii. Wokół szyi owiniętą miał czerwoną tkaninę, która musiała pełnić rolę szalu, zdawała się być wysłużona, gdyż gdzieniegdzie zauważyli postrzępione fragmenty na włóknie. Największe wrażenie na postronnych zrobił jednak mosiężny bękarci miecz, przypięty do boku Kasymira. Głowica broni wyglądała niejako łeb szczupaka, przprawiając o dreszcze spoglądających w to groźne wyobrażenie.
Ogół w środku lustrował spojrzeniem Kasymira rozkładającego swe rzeczy na ławie. Kiedy wielki nieznajomy skończył, wrócił do gospodarza, cały ten czas trzymał w ręku fajkę postukując w nią, bądź uderząjąc przedmiotem po drewnianym wyposażeniu.
– Piwo jeszcze poproszę – rzekł Kasymir.
– Robi się, Morgwyncie. A, wolicie sprowadzane czy nasze, tutejsze? – zapytał gospodarz.
– Oczywiście, że miejscowy specjał, bo macie tu takowy, nieprawdaż? – odparł.
– Ano, mamy, mamy. Zaraz wam uleje solidny dzban, jeno z ciekawości za język pociągnę; skąd przybywacie? – wyraził swą ciekawskość szynkarz.
– Mogę wam to zdradzić, dobry człowieku. Przybywam z południa – wyjawił człowiek nazywany Morgwyntem.
– Eee, tak trochę, jak to się mówi, larko...lakfo... lajkonicznie odpowiedzieliście, wydawało mi się, że zdradzicie, skąd pochodzicie – oddał swe rozczarowanie karczmarz.
– Wybaczcie, że was rozczarowałem, mogło to być trochę nieuprzejme, ale nawet gdybym chciał, to nie jestem w stanie wskazać, gdzie znajdują się obecnie ziemie, które mógłbym uznać za najbliższe memu sercu – pożalił się Kasymir.
– A, tam, nie przejmujcie się, widzę, że sporo żeście już przeżyli, a to w ostatnich latach tyle wojen i bitew było, tyle razy granice przesuwali, że w sumie to może być ciężko wskazać człowiekowi, gdzie aktualnie leży kraina, w której się wychował. Ravia, Wielkomorze, Księstwo Zachodniego Wybrzeża, no trochę tego jest, nie mówiąc już o tym rabanie, co się na południu wyrabia – okazał zrozumienie rozmówca Kasymira.
– Heh, zawsze kiedy myślę, iż przeżyłem już wszystko, to pojawia się coś nowego, czego bym się nigdy wcześniej nie spodziewał.
– Bardzo mądra, ta no, kondastacja, mistrzu Morgwynt.
– Och, z pewnością, bo to nie ja ją wymyśliłem – zażartował nowy gość, widząc jednak, że poczciwy gospodarz nie zrozumiał, przeszedł do rzeczy:
– Mam jeszcze taką sprawę; tak się składa, że muszę przejżeć pewne ważne manuskrypty i może mi to zająć dużo czasu, mogę nawet spędzić nad nimi czasu tyle, że może być i już niedaleko do jutrzni, czy nie macie szanowny karczmarzu nic przeciwko?
– Ależ dostojny mistrzu, nic to nie będzie przeszkadzać nikomu, bo i jak miałoby, skoro tylko wy tutaj będziecie, znaczy w tej sali – odparł właściciel gospody, jego głos brzmiał tak, jakby objaśnił właśnie, przygłupiemu kmiotkowi coś bardzo oczywistego.
– W takim razie bardzo mnie to raduje – rzekł zadowolony Kasymir.
– A, to panie, że się podpytam, jakieś rachunki macie do obadania – dociekał dalej oberżysta.
– Ech, bardzo żałuje, iż to nie rachunki, muszę przebić się przez pożółke stronnice bardzo nudnych i niezwykle starych tekstów, które odkopałem z waszej wspaniałej biblioteki.
– Hę? – rozdziawił twarz ze zdziwienia szynkarz, tak jakby pierwszy raz w życiu usłyszał o bibliotece.
– Macie tu w mieście bardzo dobrze wyposażony księgozbiór, naprawdę zrobił na mnie wrażenie, wiecie, ten drewniany budynek z małą wieżyczką na pagórku niedaleko stąd, bardzo szkoda, że tych perełek nie otaczają jakieś solidne kamienne mury, bo gdyby tak konstrukcja zajęła się ogniem, to wszystko mogłoby spłonąć, ale cóż, ewidentnie miasto ma inne priorytety, a i ludzie też tam często nie zachodzą... jak widzę – powiedział Kasymir spoglądając na drapiącego się po głowie gospodarza.
– Aaa, no prawdę mówicie, jest tu bilboteka, niedaleko tych tam, starych budowli.
– Tak, dokładnie, nie wiecie może, co to za ruiny?
– Dobry mistrzu, tego to nikt nie wie, one tam stoją chyba zanim jeszcze nasi praojcowie przyszli i Wielkomorze tutaj powstało – wyjaśnił karczmarz uradowany z faktu, iż okazał się tak obeznany i pomocny.
– Tak jak myślałem, znam przecież to budownictwo, szkoda, że nie byłem tutaj wtedy, gdy promieniowały swą chwałą i potęgą – mruczał pod nosem Kasymir, spostrzegł zaraz jednak patrzącego mętnym wzrokiem oberżystę i wrócił do głównej myśli:
– Dziękuję za cenne informacje, udam się już na moje wygodne miejsce. – Jak powiedział tak też zrobił. Podszedł do deski, odpiął pas z mieczem i położył go obok reszty ekwipunku. W końcu usiadł rozwijając zawiniątko, pełne szeleszczących kart papieru. Rozłożył je na stoliku, zapalił nareszcie fajkę i popijając piwo, począł ten wiekowy asortyment wertować i czytać. Nim się spostrzegł, wgłębił się w treści na tyle, że karczemny gwar nie stanowił dla niego już żadnej przeszkody. Nie przeszkadzały mu wpatrzone w niego oczy postronnych ludzi przychodzących do gospody robotników po ciężkim dniu pracy. Czasami wśród plotek i luźnych rozmówek udawało mu się wychwicić słowa, wyrażające zainteresowanie jego osobą. Jeszcze nie zdążył dobrze zagościć w tym miejscu, a już obrósł w legendy. Miał być zaginionym generałem z ostatniej wojny, albo nawet dezerterem, inni jeszcze wzięli go za najemnika, tylko niektórzy widzieli w nim rycerza, którym w rzeczywistości był, złapał się na tym, że te gawędy odciągają go od głównej osi jego zainteresowań. Odwracając uwagę od tych dialogów, wsiąknął całkowicie w poszukiwanie interesujących go fragmentów.
Natrafił na kilka zajmujących wzmianek, ale w ogólnym rozrachunku strasznie się roczarował. Odkładając sterty zapisanych stronic, spojrzał na dopalające się świece, które zużył. Musiało być bardzo późno, ale wcale nie tak, jak prorokował karczmarzowi. Zamyślił się na chwilę nad tym, co wyczytał:
– Zatem są tutaj ruiny prastarych wież, które nigdyś skrywały cenne artefakty, trzeba będzie je sprawdzić, może tam natrafię na jakiś jego ślad? – pytał na głos, trochę go to zdziwiło, nie sądził, że aż tak zdziwaczał. Poczuł nawet lekki niepokój. Zaraz też dopadło go odkrycie, iż zmugł go sen. Spłoszył się jeszcze bardziej:
– Ja naprawdę się starzeje – rzekł znowu. Potem oparł ręce o blat, zamknął oczy i zasnął w takiej pozycji.
Kiedy się obudził, słońce już zaczynało wstawać. W środku było cicho, choć z tylnego alkierza dochodziły odgłosy nasuwające na myśl rozmowę dwóch osób. Kasymir wstał, zebrał swoje rzeczy, podszedł do szynkwasu i zadzwonił zostawionym tam małym dzwoneczkiem. Zaraz przyszedł właściciel, wydawał się bardzo rześki i wyspany, jak na tak wczesną porę. Wymienili się formalnymi grzecznościami, Kasymir zapłacił i pożegnał się z oberżystą zostawiając go, z jego rozeźloną z jakiegoś powodu żoną. On sam wyszedł przez drzwi, do otwarcia których użył podarowanego mu przed chwilą klucza, a potem włożył go pod stojącą za progiem doniczką, jak polecił mu szynkarz. Ciekaw był, czy taka praktyka była stosowana wobec wszystkich gości. Nie rozprawiał nad tym zbyt długo, chciał szybko wydostać się poza obręcz miasteczka, by zając się ważnymi sprawami.
Heroizm nie jest w samych bitwach, ale we wszystkich polach życia i nieustannie. Owszem, bitwy dlatego tylko bywają, iż heroizm nie bywa pierwej na polach życia praktykowany.

Cyprian Kamil Norwid

Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(21-08-2015, 22:49)Trzynasty Rurkowiec napisał(a): Do środka wpakował się rosły mężczyzna, bardzo wysoki, postury solidnej, dębowej szafy.(wszystkie określenia mówią to samo, że gość był duży – moim zdaniem jest ich stanowczo zbyt wiele w jednym zdaniu)

Stłoczeni przy szynkwasie goście popatrzyli po sobie, a potem na twarz nowoprzybyłego (choć słowniki podają czasem tę wersję za poprawną, ja wolę 'nowo przybyłego').

Jego oblicze wydało im się srogie i zmęczone. Zauważyli, że nieznajomy jest bokobrody i ma wąsy, zmarszczki na czole mówiły dużo o jego wieku, co, wraz z daleka widoczną linią, gdzie kończyło się czoło, a zaczynały włosy, dawało już pełny obraz poświadczający o dostojeństwie przybysza. (w obu zdaniach opis człowieka podajesz z punktu widzenia ogółu, to nie jest dobry zabieg, ponieważ nie ma czegoś takiego, jak zbiorowe zdanie na temat wyglądu – to, co jeden uzna za 'srogie i zmęczone' inny za 'ponure', lepiej potraktować jako zwykły opis)

Ciemne uczesanie i broda pokrywała siwizna podobna do szronu widocznego podczas zimnego poranka(to kwieciste uzupełnienie kompletnie nie pasuje do zwalistego chłopa ani wiejskiej karczmy).

Nieznany gość przekroczył próg, głośno tupiąc i pozostawiając za sobą szelest licznych klamer(szeleszcząc licznymi klamrami – pozostawić za sobą można raczej odór, zapach) na butach i odzieniu.

– Dobry wieczór, dobrodzieju. – Twarz przybysza pojaśniała za sprawą uśmiechu, który zaistniał na miejscu wcześniejszej, regularnej, pozbawoinej emocji linii tworzącej usta (skąd ty to bierzesz? skomplikowane i nadęte – lepiej uprościć).

– Powitać, powitać, czego dostojny pan sobie życzy? Panie, panie... – Obcy rozchylił usta, by odpowiedzieć, (ale) rozbawiła go próba karczmarza, w której starał się odgadnąć jego imię:

– Nie szkodzi, nie potrzebuje(ę) całej izby, wystarczy mi ciepły kącik i świeca, zapłacę – zapewnił Kasymir.

– A, no to, jak tak, to i miejsce zawsze się znajdzie, weźcie se Morgwyncie przycupnijcie kiesik na ławie, a i płaszcz możecie sobie tam od razu przyłożyć, aby wam nikt miejsca nie ujął – objaśnił karczmarz,(kropka) Kasymir zrobił jak mu polecono.

Tors osłaniał mu dziwny kirys,(zbędny przecinek) albo koszula kolcza, bo nie umieli rozeznać, w każdym razie wyglądało to, jakby było zrobione z łusek jakiejś morskiej bestii.

Wokół szyi owiniętą miał czerwoną tkaninę, która musiała pełnić rolę szalu,(kropka) (Z)zdawała się być wysłużona, gdyż gdzieniegdzie zauważyli(widać było – znów ta zbiorowa ocena) postrzępione fragmenty na włóknie(zbędne).

Największe wrażenie na postronnych zrobił jednak mosiężny bękarci miecz,(zbędny przecinek) przypięty do boku Kasymira.

Głowica broni wyglądała niejako(czyli wyglądała jak łeb czy nie? – lepiej 'przypominała łeb szczupaka) łeb szczupaka, przprawiając(przyprawiając) o dreszcze spoglądających w (na) to groźne wyobrażenie.

Ogół w środku lustrował spojrzeniem(nie spuszczał z oka) Kasymira rozkładającego swe rzeczy na ławie.

Kiedy wielki nieznajomy skończył, wrócił do gospodarza, cały ten czas trzymał w ręku fajkę (trzymając w ręku fajkę,) postukując w nią, bądź uderząjąc przedmiotem po drewnianym wyposażeniu.

– Ano, mamy, mamy. Zaraz wam uleje(ę) solidny dzban, jeno z ciekawości za język pociągnę; skąd przybywacie? – wyraził swą ciekawskość (ciekawość) szynkarz.

– Eee, tak trochę, jak to się mówi, larko...lakfo... lajkonicznie odpowiedzieliście, wydawało mi się, że zdradzicie, skąd pochodzicie(rym – poza tym niby skąd takie przypuszczenie karczmarza, powinien powiedzieć 'miałem nadzieję, że zdradzicie, skąd was przyniosło w nasze strony – jakoś tak)oddał(wyraził) swe rozczarowanie karczmarz.

– Och, z pewnością, bo to nie ja ją wymyśliłem – zażartował nowy(zbędne – on już nie jest nowy) gość, widząc jednak, że poczciwy gospodarz nie zrozumiał, przeszedł do rzeczy:

– Mam jeszcze taką sprawę; tak się składa, że muszę przejżeć (przejrzeć) pewne ważne manuskrypty i może mi to zająć dużo czasu, mogę nawet spędzić nad nimi czasu tyle, że może być i już niedaleko do jutrzni, czy nie macie szanowny karczmarzu nic przeciwko?

– Ależ dostojny mistrzu, nic to nie będzie przeszkadzać nikomu, bo i jak miałoby, skoro tylko wy tutaj będziecie, znaczy w tej sali – odparł właściciel gospody,(przy czym) jego głos brzmiał tak, jakby objaśnił właśnie,(zbędny przecinek) przygłupiemu kmiotkowi coś bardzo oczywistego.

– A, to panie, że się podpytam, jakieś rachunki macie do obadania(?) – dociekał dalej oberżysta.

– Ech, bardzo żałuje(ę), iż to nie rachunki, muszę przebić się przez pożółke stronnice bardzo nudnych i niezwykle starych tekstów, które odkopałem z waszej wspaniałej biblioteki.
– Hę? – ®rozdziawił twarz ze zdziwienia szynkarz, tak jakby pierwszy raz w życiu usłyszał o bibliotece.

– Macie tu w mieście bardzo dobrze wyposażony księgozbiór, naprawdę zrobił na mnie wrażenie, wiecie, ten drewniany budynek z małą wieżyczką na pagórku niedaleko stąd,(kropka) bardzo (Bardzo) szkoda, że tych perełek nie otaczają jakieś solidne kamienne mury, bo gdyby tak konstrukcja zajęła się ogniem, to wszystko mogłoby spłonąć, ale cóż, ewidentnie miasto ma inne priorytety, a i ludzie też tam często nie zachodzą... jak widzę – powiedział Kasymir(przecinek) spoglądając na drapiącego się po głowie gospodarza.

– Dziękuję za cenne informacje, udam się już na moje wygodne miejsce. – Jak powiedział(przecinek) tak też zrobił.

W końcu usiadł(przecinek) rozwijając zawiniątko,(zbędny przecinek) pełne szeleszczących kart papieru.

Nie przeszkadzały mu wpatrzone w niego oczy postronnych ludzi(przecinek) przychodzących do gospody robotników po ciężkim dniu pracy.

Czasami wśród plotek i luźnych rozmówek udawało mu się wychwicić (wychwycić) słowa,(zbędny przecinek) wyrażające zainteresowanie jego osobą.

Miał być zaginionym generałem z ostatniej wojny,(zbędny przecinek) albo nawet dezerterem, inni jeszcze wzięli go za najemnika, tylko niektórzy widzieli w nim rycerza, którym w rzeczywistości był,(kropka) (Z)złapał się na tym, że te gawędy odciągają go od głównej osi jego zainteresowań.

– Zatem są tutaj ruiny prastarych wież, które nigdyś skrywały cenne artefakty, trzeba będzie je sprawdzić, może tam natrafię na jakiś jego ślad? – pytał na głos, (co)trochę go to zdziwiło, nie sądził (bowiem), że aż tak zdziwaczał.

Zaraz też dopadło go odkrycie, iż zmugł(zmógł) go sen.

– Ja naprawdę się starzeje(ę) – rzekł znowu.

Zaraz przyszedł właściciel, wydawał się bardzo rześki i wyspany,(zbędny przecinek) jak na tak wczesną porę.

Wymienili się formalnymi grzecznościami, Kasymir zapłacił i pożegnał się z oberżystą(przecinek) zostawiając go,(zbędny przecinek) z jego rozeźloną z jakiegoś powodu żoną.

Nie rozprawiał nad tym zbyt długo, chciał szybko wydostać się poza obręcz (obręb ) miasteczka, by zając(ć) się ważnymi sprawami.

Kiedy wrzucasz tekst i wstawiasz akapity, od razu widać błędy podkreślone na czerwono. Dlaczego więc tak ich dużo zostało; literówki, błędy ortograficzne.
Koszmarnie długie zdania psują wszystko. Miałam wrażenie, jakbyś chciał cały tekst zapisać jednym zdaniem, a potem powstawiał przypadkowe kropki. Nie używasz spójników, przez co zdania podrzędne w złożonym wyskakują jak królik z kapelusza. Nie podobało mi się – udziwnione opisy bardziej pasujące do jakiejś niewiasty niż do potężnego chłopa. Próbujesz używać archaizmów, ale nie zawsze to brzmi dobrze.
Całkiem dobre, zabawne postacie zarówno karczmarza jak i Kasymira i można by z tego coś wyłuskać, ale nad tekstem trzeba mocno popracować.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#3
Zbyt długie zdania, tu się zgodzę. Obaj rozmówcy widać oczytali się poezji i z różnym skutkiem próbują ją wdrożyć do języka codziennego, ale to akurat miłe. Jednak moim zdaniem narracja powinna być już prowadzona normalnie, potocznie: nowożytnie, że tak to nazwę. Poza tym wszystkim zapowiada się ciekawie. Średnio interesująca postać(ze względu na chęć dzielenia się informacjami z przypadkowym oberżystą, a więc: za mało tajemnica ;-P), w dość interesującym świecie (chociaż nic odkrywczego, ale na ile sposobów można opisać tę samą marchewkę?), z ciekawym, tajemniczym zadaniem. Zobaczymy, co to będzie :–)
Odpowiedz
#4
(21-08-2015, 22:49)Trzynasty Rurkowiec napisał(a): Stłoczeni przy szynkwasie goście popatrzyli po sobie, a potem na twarz nowoprzybyłego (nowo przybyłego). Jego oblicze wydało im się srogie i zmęczone. Zauważyli, że nieznajomy jest bokobrody i ma wąsy, zmarszczki na czole mówiły dużo o jego wieku, co, wraz z daleka widoczną linią, gdzie kończyło się czoło, a zaczynały włosy, dawało już pełny obraz poświadczający o dostojeństwie przybysza. Ciemne uczesanie i broda (brodę) pokrywała siwizna podobna do szronu widocznego podczas zimnego poranka.
Twarz przybysza pojaśniała za sprawą uśmiechu, który zaistniał na miejscu wcześniejszej, (bez przecinka) regularnej, pozbawoinej (pozbawionej) emocji linii tworzącej usta. Oberżysta odkiwał (jest w ogóle takie słowo jak "odkiwał"? o.O Skinął głową) głową i odpowiedział na pozdrowienie:

Głowica broni wyglądała niejako łeb szczupaka, przprawiając (przyprawiając) o dreszcze spoglądających w to groźne wyobrażenie.

Kiedy wielki nieznajomy skończył, wrócił do gospodarza, cały ten czas trzymał w ręku fajkę postukując w nią, bądź uderząjąc (uderzając) przedmiotem po drewnianym wyposażeniu.

skąd przybywacie? – wyraził swą ciekawskość (ciekawość) szynkarz.

tak się składa, że muszę przejżeć (przejrzeć) pewne ważne manuskrypty i może mi to zająć dużo czasu, mogę nawet spędzić nad nimi czasu tyle, że może być i już niedaleko do jutrzni, czy nie macie szanowny karczmarzu nic przeciwko?

odparł właściciel gospody, jego głos brzmiał tak, jakby objaśnił właśnie, (przecinek) przygłupiemu kmiotkowi coś bardzo oczywistego.

– Ech, bardzo żałuje, iż to nie rachunki, muszę przebić się przez pożółke stronnice (pożółkłe stronice) bardzo nudnych i niezwykle starych tekstów, które odkopałem z waszej wspaniałej biblioteki.

– Aaa, no prawdę mówicie, jest tu bilboteka (biblioteka) , niedaleko tych tam, starych budowli.

W końcu usiadł (przecinek) rozwijając zawiniątko, (zbędny przecinek) pełne szeleszczących kart papieru.

Nie przeszkadzały mu wpatrzone w niego oczy postronnych ludzi (przecinek) przychodzących do gospody robotników po ciężkim dniu pracy. Czasami wśród plotek i luźnych rozmówek udawało mu się wychwicić (wychwycić) słowa, (bez przecinka) wyrażające zainteresowanie jego osobą.

Miał być zaginionym generałem z ostatniej wojny, albo nawet dezerterem, inni jeszcze wzięli go za najemnika, tylko niektórzy widzieli w nim rycerza, którym w rzeczywistości był, (kropka) (Z) złapał się na tym, że te gawędy odciągają go od głównej osi jego zainteresowań.

Natrafił na kilka zajmujących wzmianek, ale w ogólnym rozrachunku strasznie się roczarował (rozczarował) .

– Zatem są tutaj ruiny prastarych wież, które nigdyś (niegdyś) skrywały cenne artefakty, trzeba będzie je sprawdzić, może tam natrafię na jakiś jego ślad? – pytał na głos, (kropka) (T) trochę go to zdziwiło, nie sądził, że aż tak zdziwaczał.

Zaraz też dopadło go odkrycie, iż zmugł (zmógł) go sen.

Wymienili się formalnymi grzecznościami, Kasymir zapłacił i pożegnał się z oberżystą (przecinek) zostawiając go, (bez przecinka) z jego rozeźloną z jakiegoś powodu żoną.

Ciekaw był, czy taka praktyka była stosowana wobec wszystkich gości.

Nie podobało mi się. Poczynając od przekombinowanych, udziwnionych na wszelkie sposoby zdań, poprzez sztywny i nienaturalny dialog, a kończąc na nieciekawym pod względem fabuły fragmencie.
Po pierwsze – narracja, którą wybrałeś jest trudna. Żeby prowadzić w niej tekst potrzeba dużego zaawansowania i sporych umiejętności, inaczej wychodzi to po prostu ciężko. U ciebie taka narracja się nie sprawdziła.
Tekst powinien być jak rzeka. Ma porywać i wciągać, a czytelnik powinien płynąć z prądem. Jednak kiedy z rzeki wystają gałęzie, kamienie i inne niespodzianki, rytm czytania jest zaburzona, a czytający co rusz o coś się potyka. I tak właśnie wygląda dla mnie twoje opowiadanie. Ciągle się na czymś zatrzymuję, niekiedy po prostu przewracam po drodze, bo nie jestem w stanie za pierwszym razem odgadnąć, o co chodzi. Piszesz zbyt długie i rozbudowane zdania. Jedno twoje zdanie z powodzeniem mogłabym rozbić na trzy prostsze, nie zmieniając wcale sensu wypowiedzi.
Napisałam, że dialogi są sztywne i nienaturalne – w dużej mierze kwestia narracji. Próbowałeś nadać dialogom klimat, jakiego użyłeś w narracji. Błąd. Lwia część tekstu to rozmowa. Gdybyś nie napisał jej w tonie, którego użyłeś do opowiadania historii, byłoby znacznie lepiej, bo chociaż dialog ratowałby sytuację. Sztywności i nienaturalności dialogów sprzyja również fakt, że wyglądają, jakbyś wymyślił poszczególne kwestie, a reszta rozmowa była pod nie podciągnięta. Możliwe, że to tylko moje wrażenie, jednak psuje ono całość. Konwersacji brakuje płynności. Swoistej naturalności, która towarzyszy rozmowie. Brakowało mi wstawek typu "karczmarz popatrzył podejrzliwie", "odparł przybysz, zirytowany nachalnością oberżysty". Przekazałeś w dialogu wszystko, co chciałeś przekazać. Zabrakło jednak szlifu, który sprawiłby, że dialog by ożył i przestał nudzić czytelnika. Bo mnie nudziła. Przebiegłam ten fragment tekstu wzrokiem, byle przejść dalej.
Wspominałam także, że przedstawiona część opowiadania jest po prostu nudnawa. Jej głównym i prawdopodobnie najważniejszym elementem jest dialog, który jest zwyczajnie... nieciekawy dla mnie jako czytelnika. Zbyt dużo informacji podanych na raz w zbyt sztywnej formie. Skupiłeś się na przekazie, zupełnie zapominając o zadbaniu, żeby wypadło to naturalnie i realnie. Pozostałe fragmenty tekstu są krótkie i niewiele wnoszą. Dowiedziałam się z nich tyle, że przyszedł ktoś, połaził po karczmie, poczytał trochę, wypił piwo i poszedł.
Mam nadzieję, że nieprzyjemne słowa nie zniechęcą cię do dalszego pisania, a nawet wręcz przeciwnie, zmotywują do doskonalenia się i osiągania sukcesów. :) W razie, gdybyś miał jakiś problem i brak pomysłu na rozwiązanie go albo wątpliwości, zawsze możesz odezwać się w odpowiednim dziale czy na shoutboxie, na pewno ktoś ci pomoże. :)
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości