Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Absurdeska
#1
Wstęp

Akcja toczy się w liczącym dwieście milionów ludzi Imperium Soifskim. W Zaif – dwudziestomilionowej stolicy imperium, rezyduje i rządzi niepodzielnie humanoidalny kosmita Strivarius. O pozaziemskim pochodzeniu władcy wiedzą wszyscy mieszkańcy imperium, lecz skąd dokładnie przybył, tego nie wie nikt. Strivarius nie starzeje się ani nigdy nie choruje. Ponadto posiada zdolność przenikania przez każdą ziemską materię.
Wraz z jego obecnością na Ziemii, u niektórych ludzi zaczęły budzić się magiczne zdolności. Na Ziemię przybywały również przeróżne formy życia, zwykle były one nie wyższe niż półtora metra i zawsze pokojowo nastawione.
Spora część Ziemian panicznie boi się Strivariusa, lecz nie okazują tego przed innymi. Publicznie, podczas świąt na jego część jest czczony przez wszystkich bez wyjątku, a nawet i po świętach nie daje o sobie zapomnieć przez podobizny stojące na wielu pomnikach w całym imperium. W całkowicie demokratycznych wyborach na przywódcę narodu, Strivarius zawsze zwycięża.
I mimo tak wielu niepewności dotyczących jego osoby, Soifianom żyje się dobrze, lepiej niż kiedykolwiek w historii. Co drugi doszukiwał się w nim większych skaz, obłudy, nieludzkich zachowań, ukrytych motywów. I nie udało się to nikomu, poza jednym.

Jouxte Alexander Faux nie był w kręgu zaufanych ludzi Strivariusa, a mimo to wiedział dokąd zmierza przyszłość Imperium Soifskiego. Według oficjalnych dokumentów, Jouxte Alexander Faux zginął 5 listopada 1959 roku w niefortunnym wypadku drogowym a wraz z nim, prawda o projekcie Soif.


Rozdział I


– To już ta godzina? Ojej, to śpieszno mi – mruknął pod nosem złotooki mężczyzna patrząc na swój diamentowy zegarek i przyśpieszając kroku w kierunku masywnych drewnianych drzwi po lewej stronie w połowie korytarza. Tuż przed drzwiami mężczyzna rozpędził się, jak gdyby chciał na nie wpaść i wyciągnął nogę wprost na klamkę równie złotą jak jego oczy.
W tej samej sekundzie pan Ryszard, sprzątacz sędziwego wieku znany ze swego obsesyjnego perfekcjonizmu i skrupulatności w czasie pracy, dostrzegł owego złootookiego mężczyznę o wściekle fuksjowych włosach wystających spod czarnego cylindra. Ten miał właśnie spowodować tragedię, której świadkiem był nie pierwszy raz.
– Panie Faux, proszę zaczekać! – krzyknął zakłopotany, pnący się po szczeblach swej błyskotliwej sprzątaczej kariery Ryszard. Nadaremno. Złotooki jegomość kopnął klamkę z impetem swą opantofloną stopą, wyłamując oba zawiasy prawego skrzydła drzwi. Skrzydło upadło z łoskotem na coś lub kogoś, niestety nie na czerwony dywan, jak to zwykle bywało. Spadło na głowę Wincentego – bliskiego współpracownika pana Faux, który właśnie szukał segregatora z aktami o Imperium Soifskim na regale obok drzwi.
– Panie Faux, konserwator nie wymienił jeszcze starych zawiasów, które tydzień temu pan naruszył. Chciałem pana ostrzec, zanim pan wejdzie, ale nie zdążyłem... – oznajmił pokornie sprzątacz, jakby to był winny wyłamanych drzwi i ich stłuczki z głową Wincenta.
– Och, panie Rysiu kochany, nie szkodzi, nie szkodzi, nic się nie stało – odrzekł z uśmiechem na twarzy złotooki, po czym zabrał wyłamane skrzydło drzwi z podpierającej je głowy Wincentego i odstawił na bok, opierając o ścianę.
– Aa wybaczcie mi takie przybycie. Miało być z petardą, tak jak lubię, no ale Wincenty spartolił – obwieścił dziarsko Faux, spoglądając na kilkunastu mężczyzn siedzących przy długim, drewnianym i polakierowanym stole.
– Zwykle upadają o tutaj – wyjaśnił złotooki, pokazując palcem na solidnie wyryty w dywanie odcisk drzwi, po czym przeszedł na środek pokoju, stanął obok suchościeralnej tablicy magnetycznej i przemówił:
– Zatem Ja, nazyw... – przerwał nagle Faux z powodu szepczących między sobą dwóch mężczyzn.
– To naprawdę ten Jouxte Faux? – wyszeptał Casso, słabo zbudowany, młody mężczyzna o krótkich blond włosach, do Alojzego – czterdziestosześcioletniego, stoickiego członka "Meduzy".
– Pan jest szefem "Meduzy"?! – wykrzyknął starszy, bardzo schludnie i elegancko ubrany mężczyzna w okularach, wstając z krzesła.
– Spokojnie, Teodorze, tak, to jest "mózg" Meduzy, nie ma potrzeby, by się unosić – uspokoił go flegmatycznym tonem Alojzy.
– Dobrze, już dobrze, siadam – odpowiedział ubrany w czarny garnitur Teodor, poprawił okulary, jak to zwykle robił gdy był nieco zdenerwowany, po czym usiadł.
W następnej sekundzie przez salę przeszedł nieznośny dźwięk otwierania plastikowego opakowania.
Teodor łypnął szybko zza okularów w stronę sprawcy – Barona von BonBona, boleśnie otyłego członka Vendetty. Baron skorzystał wcześniej z okazji, by podsunąć drugie krzesło pod siebie, to które zostało zwolnione przez Wincentego, gdy ten szukał akt. Wygodnie rozparty Baron zabierał się właśnie za swoje ulubione paluszki krabowe.
Teodor zamarł. Nie przywykł do tego, by ktoś na tak ważnym spotkaniu zachowywał się równie niekulturalnie i grubiańsko.
Teodor poczuł że Baron obrażał nie tylko jego, ale także każdego jego syna obecnego na sali, a miał ich pięciu. Poczynając od najstarszego, byli to: Arek, Marek, Darek, Czarek i Jarek Noir. Państwo Noir byli powszechnie szanowaną i uznaną podziemną organizacją antyrządową od pokoleń. Dumna i obrażona głowa rodziny Noir zamierzała już wstać z krzesła, już policzyć się z tą nie szanującą go hałastrą i już podnosił się z krzesła, kiedy, jak równie szybko wstawał, tak szybko usiadł z powrotem. Wybuch niezadowolenia Teodora tym razem znów przerwał członek Meduzy, Marco Machiavelli.
Machiavelli, wysoki i bardzo postawny trzydziestoletni mężczyzna, brunet z trzydniowym zarostem i średniodługimi włosami zaczesanymi do tyłu od niechcenia. Pasjonat latania awionetką zawsze noszący gogle pilota na głowie.
Machiavelli wygodnie położył nogi na stole, a pech chciał, że siedział on akurat naprzeciwko Teodora, który miał teraz przed swoją twarzą jego duże, ciężkie, brązowe, skórzane buty. Machiavelli odpalił papierosa i zmierzył wzrokiem lekko dygoczącego już Teodora.
– Bo widzi pan, drogi Teodorze – zaczął całkiem spokojnie Machiavelli i wydmuchnął kłąb dymu papierosowego przed siebie.
– Różnica między nami jest taka, że my koncentrujemy się na tym, by wykonać naszą robotę jak najlepiej. My, w przeciwieństwie do pana nie chcemy by nikt poza podziemnym światem nas znał, a nawet i tam nie pysznimy się swoimi dokonaniami – kontynuował Machiavelli i strzepnął papierosa na blat stołu.
– Pan ma renomę, pan ma nazwisko, pan ma pieniądze. Z tym że kiedy potrzeba jest zrobić coś niebezpiecznego, tak by nikt się o tym nie dowiedział, to panu nie drgnie nawet mięsień na twarzy, bo jedyne, na co wtedy pana stać to na siedzenie za biurkiem i wysyłanie swoich synów do brudnej roboty – ciągnął Machiavelli, Teodor siedział jak sparaliżowany, uważnie słuchając tak rzadkich dla niego słów krytyki.
– A u nas najwięcej roboty właśnie robi nasz szef – powiedział przekonująco Machiavelli i zaciągnął się papierosem.
– A nasz szef jest dwa razy starszy od pana, panie Teodorze – dokończył Machiavelli ponownie strzepując papierosa na blat i spoglądając na Teodora z uniesionymi brwiami.
– To jakiś absurd! Przecież to niedorzeczne! Nikt o zdrowych zmysłach nie dałby panu Faux więcej niż trzydzieści lat! O czym pan w ogóle mówi?! – unosi się Teodor.
– Wincenty – rzucił lakonicznie Machiavelli do swojego kompana.
Wincenty wyjął z jednej leżącej na regale przy drzwiach teczki kilka kartek.
– Proszę panie Teodorze – wydukał bez emocji Wincenty, podając mu kartki.
– Aa, byłbym zapomniał. Powinniście państwo wiedzieć, że Wincenty jest androidem – poinformował resztę Machiavelli, zaciągając się po raz ostatni końcówką papierosa.
– Hmm, to dlatego pan Faux go nie przeprosił za te drzwi... – oznajmił odkrywczo Casso – członek Vendetty.
Teodor spojrzał na mocno wypłowiałe kartki, które okazały się aktem urodzenia Pana Faux.
– J-J-Jouxte Ale-Alexander F-F-Faux – wydusił z siebie Teodor, głos jego załamywał się co słowo, a ręce drżały nieporadnie trzymając kartkę.
– Uro-uro-urodzony... – Teodor nie był w stanie wydusić z siebie nic więcej.
Najstarszy syn Teodora, Arek, siedzący tuż po lewej stronie ojca, również przeczytał akt urodzin szefa Meduzy. Jego tętno przyśpieszyło do dwustu uderzeń na minutę, ręce opuchły, twarz oblana była zimnym potem i momentalnie zastygł on w siedzącej pozycji wykrzywionej w stronę ojca.
Machiavelli sięgnął ręką do kieszeni, chcąc znaleźć tam jeszcze jednego papierosa, jednak na próżno.
– Jouxte Alexander Faux. Urodzony 20 maja 1886 roku w Imperium Soifskim – oznajmił reszcie członków Noir oraz Vendetty Machiavelli.
– To niemożliwe... Panie Faux... – spojrzał na Jouxte'a Casso, obróciwszy głowę w jego stronę.
Baron von BonBon, wyraźnie niezainteresowany szokującym odkryciem, pochłonięty był konsumowaniem drugiej już paczki paluszków krabowych. FuaFua – członek Vendetty z pokaźnym afro na głowie, jak spał, opierając się włosami o stół, tak spał. Reszta oczu poza zastygniętymi w całości Teodorem i Arkiem, zwrócona była na pana Faux.
– Dałby mi ktoś więcej niż trzydziestkę? No dałby? – spytał retorycznie z ogromnym uśmiechem złotooki Faux.
Jego zęby były idealnie białe i niemal idealnie prostokątne. Ktoś mógłby powiedzieć, że brakuje mu jeszcze perfekcyjnie ułożonej próchnicy, by wyglądały one jak klawisze pianina. Choć prawdopodobnie nie zaskoczyłoby to już zbytnio nikogo, gdyby złotooki miał taki instrument w swojej jamie ustnej.
Android Wincenty spojrzał na kalendarz wiszący na ścianie po jego prawicy.
– Mamy dziś 12 czerwca, rok 2015 – wydukał jak zwykle bez emocji Wincenty.
– Całe sto dwadzieścia dziewięć lat, no patrzcie, jak ten czas leci – powiedział złotooki udając zdziwionego.
– Zatem widzi pan, panie Teodorze, gdyby żył pan równie długo co pan Faux i zrobił tyle rzeczy, co pan Faux, to prawdopodobnie też otwierałby pan drzwi butem. To znaczy wie pan, żadnych badań nad tym zjawiskiem nie przeprowadzano, ale chyba pan rozumie – oznajmił przekonująco Machiavelli, z nieodpartą potrzebą strzepnięcia na blat papierosa, którego nie miał.
– On ich nie otworzył, tylko wyważył, w dodatku na androida! – wtrącił ni stąd, ni zowąd ożywiony Casso.
– Casso... Radziłbym Ci, byś powstrzymał się z uwagami w kierunku naszego szefa. Myślę, że nikt nie przybył dziś tutaj, by słuchać zbędny... – nie dokończył Alojzy, chcąc dać dobrą radę młodszemu koledze po fachu, a przy tym zachować swe dobre maniery, jako że był jedynym reprezentacyjnym członkiem Meduzy. No bo przecież nie android Wincenty.
– Pierdolenia – dokończył Machiavelli.
Zapadła cisza. Atmosfera w sali stawała się coraz bardziej nieznośna dla niektórych z gości. Baronowi skończyły się oba opakowania paluszków krabowych, więc z nudów zasnął rozłożony w półleżącej pozycji na obu krzesłach. Casso natomiast nie dał się zniechęcić i nadal czuł swoją powinność bycia obrońcą sprawiedliwości, czekając na wytknięcie komuś jego niegodnego postępowania.
Chwilę ciszy przerwała kolejna próba wyjścia z sali Teodora.
– Dosyć tego! Dosyć tego wszystkiego, tych ludzi, tego mordercy! Dość! – wykrzyczał w złości Teodor, wstał a za nim wszyscy jego synowie po kolei niczym fala, od najstarszego Arka do najmłodszego Jarka.
Pan Faux, któremu tym razem momentalnie zszedł uśmiech z twarzy, mrugnął dwukrotnie do Machiavelliego. Ten jednym machnięciem ręki stworzył ogromną taflę szkła przypominającą lustro tuż przed oczyma wszystkich członków Noir. W lustrze dostrzegli oni jedynie ogromne, złote spojrzenie pana Faux stojącego tuż za nimi. Złotooki mocno wytrzeszczył swoje oczy i momentalnie wszyscy członkowie Noir usiedli z powrotem na krzesła. Lustro zniknęło a pan Faux opuścił powieki na kilka sekund, po czym ponownie je otworzył.
– Teodorze, to nie tak... – zaczął złotooki. Nabrał powietrza w płuca i przemówił całkiem poważnym tonem:
– To, co działo się w latach pięćdziesiątych, to nie takie proste. Ja i twój ojcie... – Nagle coś przerwało złotookiemu.
Rozległ się potężny huk. Na blat pięknie wypolerowanego i dopieszczonego w każdym calu przez Ryszarda stołu zaczął sypać się sufit. Rozległ się drugi huk i sufit zawalił się na Barona von BonBona. Wraz z sufitem i podłogą pokoju nad nimi spadł krasnolud z wielkim kamiennym młotem.
Wybudzony Baron począł konsumować kawałki drewnianego parkietu, które leżały wokół niego jak i na nim samym, i nieomal zjadł rękę leżącego w gruzach krasnoluda, na szczęście ten w porę wykaraskał się spod gruzów i ocalił kończynę. Baron nie lubił swoich posiłków żywych, więc drgnął tylko na chwilę i przemówił po raz pierwszy, żując parkiet:
– Co to za drewno jest? Pyszne! Delicje! Skąd to macie? – spytał zachwycony, komicznie wysokim, o dziwo naturalnym dla niego głosem.
– Lapacho. Ameryka Południowa – odpowiedział złotooki, przepełniony dumą.
– Bardziej polecam herbatę z kory tego drzewa, no ale cieszę się, że coś naszego przypadło ci... przypadło ci do gustu – dodał.
Krasnolud noszący klasycznie ciemnobrązową, długą brodę splecioną w kilka warkoczy wstał ze stołu, otrzepał się i podszedł do pana Faux z wyraźnie skruszoną miną.
– P-panie Faux ja bardzo przepraszam za to, przepraszam no ale schody na piętrze mi remontowali to nie miałem jak zejść. A krasnoludem jestem, to i młot mam, to trzepłem raz, trzepłem dwa, no i jestem piętro niżej.
– Miruś, masz może papierosa, bo mnie już się skończyły, a przecież nie wyjdę teraz no bo jak – spytał spokojnie Machiavelli, kompletnie nie przejmując się dziurą w suficie.
– Mam, mam, całą paczkę nawet mam, proszę, panie Machiavelli, proszę – odpowiedział mu krasnolud, podając zgniecioną paczkę papierosów lekko rozdygotaną ręką.
– Dzięki – odpowiedział Machiavelli, po czym wyjął jednego nieco mniej zgniecionego papierosa i natychmiast go odpalił.
Krasnolud łypnął kątem oka w stronę Barona, lecz był zbyt przerażony, by uchwycić go w całej okazałości. Pogłaskał jeszcze nerwowo swoją prawą rękę i wyszedł, podczas gdy niedoszły kanibal zajęty był delektowaniem się egzotycznym parkietem z amazońskiego drzewa.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Wstaw akapity tagiem [.p] (bez kropki) przed zmianą myśli, wypowiedziach, ciężko się czyta ścianę tekstu.
W opowiadaniach, poza datami, nazwami itp, liczby zapisujemy słownie.
Pomyśl nad podziałem tekstu na krótszy fragment, i wstaw w dwóch turach.

#EDIT (Po, przeczytaniu)

Błędy wytkną ci inni, bardziej doświadczeni.
Czytało mi się lekko, szybko, ciekawi. Na tyle mnie wciągnął, że jak dla mnie nie musisz już go skracać.
Tworzysz bardzo ciekawe i nie typowe postacie, miejsca.
Jednocześnie odnosisz się do nie dalekiej przeszłości (czerwiec 2015),
wybiegając równocześnie w przyszłość, androidy, itd...
Łączysz to wszystko w jednym opowiadaniu, i wprowadzasz moment kulminacyjny z walącym się sufitem, krasnoludem i parkietżernym człekiem.
Istny dom wariatów, zobaczymy co będzie dalej :)
Crax, do poprawek marsz! ~ Nawka
Odpowiedz
#3
Poprawiłem liczby i powstawiałem akapity (mam nadzieję że dobrze xD). Ale nie bardzo wiem jak by to podzielić na dwie części.
Odpowiedz
#4
(21-08-2015, 21:17)PrestonJoestar napisał(a): – To już ta godzina? Ojej, to śpieszno mi.(zbędna kropka) – powiedział do siebie pod nosem złotooki mężczyzna (przecinek) patrząc na swój diamentowy zegarek i przyśpieszając krok(kroku) w kierunku masywnych drewnianych drzwi po lewej stronie w połowie korytarza. Tuż przed drzwiami mężczyzna rozpędził się (przecinek) jak gdyby chciał na nie wpaść i wyciągnął swoją(zbędne – wiadomo, że nie cudzą) nogę wprost na klamkę równie złotą co jego oczy.

W tym samym ułamku sekundy P(p)an Ryszard, sprzątacz sędziwego wieku, znany ze swego obsesyjnego perfekcjonizmu i skrupulatności w czasie pracy, dostrzegł owego złootookiego mężczyznę o wściekle fuksjowych włosach wystających spod czarnego cylindra (przecinek) jak(gdy/kiedy) ten miał właśnie spowodować tragedię, której świadkiem był nie pierwszy raz. (To zdanie stanowczo zawiera zbyt dużo treści – opis dwóch postaci, a jednocześnie sytuacji wypadałoby rozdzielić na osobne zdania)

– Panie Faux (przecinek) proszę zaczekać! – krzyknął zakłopotany, pnący się po szczeblach swej błyskotliwej sprzątaczej kariery Ryszard.

Złotooki jegomość kopnął klamkę z impetem swą opantofloną stopą, wyłamując oba zawiasy prawego skrzydła drzwi, które upadło z łoskotem na coś lub kogoś, niestety nie spadło ono na czerwony dywan (przecinek) jak to zwykle bywało. (To zdanie też bym podzieliła, bo dziwnie brzmi)

– Panie Faux, konserwator nie wymienił jeszcze starych zawiasów, które tydzień temu Pan(pan – zaimki z małej litery, bo to nie list) naruszył. Chciałem Pana(pana) ostrzec (przecinek)zanim Pan(pan) wejdzie, (zbędny akapit)ale nie zdążyłem... – oznajmił pokornie sprzątacz, jakby to on winny był wyłamanych drzwi i stłuczki ich z głową Wincenta. (i ich stłuczki z głową Wincenta)

– Och (przecinek) P(p)anie Rysiu kochany, nie szkodzi, nie szkodzi, nic się nie stało. (zbędna kropka) – odrzekł z uśmiechem na twarzy złotooki, po czym zabrał wyłamane (zbędny akapit) skrzydło drzwi z podpierającej je głowy Wincentego i odstawił na bok (przecinek) opierając o ścianę.

– Aa (przecinek)wybaczcie mi takie przybycie. Miało być z petardą, tak jak lubię, no ale Wincenty spartolił.(zbędna kropka) – obwieścił dziarsko Faux (przecinek)spoglądając na (zbędny akapit) kilkunastu mężczyzn siedzących przy długim, drewnianym i polakierowanym stole.

– Zwykle upadają o tutaj.(zbędna kropka) – W(w)yjaśnił złotooki (przecinek) pokazując palcem na solidnie wyryty w dywanie odcisk drzwi (przecinek)po czym przeszedł na środek pokoju i(zbędny akapit) stanął obok suchościeralnej tablicy magnetycznej i przemówił:

– Zatem Ja(ja), nazyw... – przerwał nagle Faux z powodu szepczących między sobą dwóch mężczyzn.

– To naprawdę ten Jouxte Faux? – wyszeptał pytająco(zbędne – jak dla mnie jasne, że zdanie pytające wypowiada się pytająco) Casso, słabo zbudowany, młody mężczyzna o krótkich blond włosach (przecinek)do Alojzego – (zbędny akapit) czterdziestosześcio-(zbędny dywiz)letniego, stoickiego członka "Meduzy".

– Pan jest szefem "Meduzy"?! – wykrzyknął starszy, bardzo schludnie i elegancko ubrany mężczyzna w okularach (przecinek) wstając z krzesła.

– Spokojnie (przecinek)Teodorze, tak (przecinek)to jest "mózg" Meduzy, nie ma potrzeby (przecinek) by się unosić. (zbędna kropka)– uspokoił go flegmatycznym tonem Alojzy.

– Dobrze, już dobrze, siadam. (zbędna kropka) – odpowiedział ogarniturowany na czarno (Nope, tak to nie działa – ubrany w czarny garnitur/w czarnym garniturze)Teodor, poprawił okulary (przecinek)jak to zwykle robi(robił – czas narracji powinien być jednolity) (przecinek)gdy jest(był) nieco zdenerwowany (przecinek)(zbędny akapit) po czym usiadł.

(akapit)W następnej sekundzie przez salę przeszedł nieznośny i jakże zupełnie nie na miejscu dźwięk otwierania plastikowego opakowania.

(akapit)Teodor łypnął szybko zza okularów w stronę sprawcy – B(b)arona von BonBona, boleśnie otyłego członka Vendetty, który wcześniej skorzystał z okazji,(zbędny przecinek) i podsunął drugie krzesło pod siebie(podsunął pod siebie drugie krzesło), to (przecinek) które zostało zwolnione przez Wincentego (przecinek) gdy ten szukał akt.

Każdy z choć odrobiną empatii widział, że krzesło (przecinek)na którym siedzi(siedział) Baron(baron – to rzeczownik pospolity – no, chyba że w twoim uniwersum tak nie jest) (przecinek) jest(było) już u kresu swej wytrzymałości i na ugoszczenie tak bogacie (Cudny neologizm. :D "dobrze zbudowanej/potężnie zbudowanej) zbudowanej persony potrzebne są(były/będą) dwa krzesła.

Wygodnie rozsiedziany(usadowiony – "rozsiedzieć", gdyby funkcjonowało w języku polskim, znaczyłoby raczej "posiedzieć dłużej na czymś, żeby dopasowało się do naszych kształtów" – idąc tropem "rozchodzić" w odniesieniu do butów) Baron otwierał właśnie swoje ulubione paluszki krabowe.

Nie przywykł on(zbędne) do tego, by ktoś na tak ważnym spotkaniu zachowywał się równie niekulturalnie i grubiańsko. Obrażało to jego godność i rodzinę, rodzinę (przecinek) z której jest(był) niesamowicie dumny.

Teodor poczuł (przecinek)że Baron obrażał nie tylko jego, ale także każdego jego syna obecnego na sali, a miał ich pięciu.

Poczynając od najstarszego (przecinek) byli to: Arek, Marek, Darek, Czarek i Jarek (za dużo spacji) Noir.

Państwo Noir są(byli) powszechnie szanowaną i uznaną podziemną organizacją antyrządową od pokoleń. Dumna i obrażona głowa rodziny Noir zamierzała już wstać z krzesła, już policzyć się z tą nie szanującą go hałastrą i już podnosił się z krzesła (przecinek)kiedy jak równie szybko wstawał, tak usiadł z powrotem.

Pasjonat latania awionetką, (zbędny przecinek)zawsze noszący gogle pilota na głowie.

Machiavelli wygodnie położył nogi na stole, a pech chciał (przecinek) że siedział on akurat naprzeciwko Teodora, który miał teraz przed swoją twarzą jego duże, ciężkie, brązowe (przecinek) skórzane buty.

– Bo widzi Pan(pan), drogi Teodorze.(zbędna kropka) – zaczął całkiem spokojnie Machiavelli i wydmuchnął kłąb dymu papierosowego przed siebie.
– Różnica między nami (przecinek) tzn. (O, niezły skill, używanie skrótów w wypowiedziach. :D Oczywiście "to znaczy") Meduzą a P(p)anem –(przecinek zamiast myślnika) Noir, jest taka, że my koncentrujemy się na tym (przecinek)by wykonać naszą robotę jak najlepiej. My w (zbędny akapit) przeciwieństwie do P(p)ana nie chcemy (przecinek)by nikt poza podziemnym światem nas znał, a nawet i tam nie pysznimy się swoimi dokonaniami.(zbędna kropka) (zbędny akapit) kontynuuje(kontynuował) Machiavelli i strzepuje(strzepnął) papierosa na blat stołu.

– Pan ma renomę, P(p)an ma nazwisko, P(p)an ma pieniądze. Z tym że kiedy potrzeba jest zrobić coś niebezpiecznego, tak by nikt się o tym nie (zbędny akapit) dowiedział, to P(p)anu nie drgnie nawet mięsień na twarzy, bo jedyne (przecinek)na co wtedy P(p)ana stać to na siedzenie za biurkiem i wysyłanie swoich synów (zbędny akapit) do brudnej roboty.(zbędna kropka) – Ciągnie(ciągnął) Machiavelli, Teodor siedzi(siedział) jak sparaliżowany (przecinek)uważnie słuchając tak rzadkie(rzadkich) dla niego, (zbędny przecinek)słowa krytyki(słów krytyki).

– A u nas, (zbędny przecinek) najwięcej roboty właśnie, (zbędny przecinek)robi nasz szef. – mówi przekonująco Machiavelli i zaciąga się papierosem. (powiedział, zaciągnął)

– A nasz szef jest dwa razy starszy od Pana, Panie(pana, panie) Teodorze.(zbędna kropka) – kończy(dokończył) Machiavelli (przecinek)ponownie strzepując papierosa na blat (przecinek) i spogląda(spojrzał) na Teodora z(zbędny akapit) uniesionymi brwiami.

O czym Pan(pan) w ogóle mówi?! (zbędny akapit) – Unosi(uniósł) się Teodor.

– Wincenty.(zbędna kropka)– rzucił lakonicznie Machiavelli do swojego kompana.

(akapit)Wincenty wyjmuje(wyjął) z jednej leżącej na regale przy drzwiach teczki kilka kartek.

– Proszę (przecinek)P(p)anie Teodorze. – W( – wydukał)ydukał bezemocjonalnie(bez emocji – nie ma słowa "bezemocjonalnie") Wincenty, podając mu kartki.

– Aa, byłbym zapomniał. Powinniście państwo wiedzieć, że Wincenty jest androidem.(zbędna kropka) – poinformował resztę Machiavelli, zaciągając się po raz (zbędny akapit) ostatni końcówką papierosa.

– Hmm (przecinek)to dlatego P(p)an Faux go nie przeprosił za te drzwi... – oznajmił odkrywczo Casso – członek Vendetty.

(akapit)Teodor spojrzał na mocno wypłowiałe kartki, które okazały się aktem urodzenia P(p)ana Faux.

– J-J-Jouxte Ale-Alexander F-F-Faux. – W( – wydukał)ydukał z siebie(bez tego – jeśli miałoby to zostać, to "wydukał" trzeba zmienić na "wydusił") Teodor, głos jego załamywał się co słowo (przecinek)a ręce drżały (przecinek)nieporadnie trzymając kartkę.

Najstarszy syn Teodora, Arek, siedzący tuż po lewej stronie ojca (przecinek)również przeczytał akt urodzin szefa Meduzy. Jego tętno przyśpieszyło do 200(słownie – dwustu) uderzeń na minutę, ręcę opuchnęły(ręce opuchły), twarz oblana była zimnym potem i momentalnie zastygł on w siedzącej pozycji wykrzywionej w stronę ojca.

(akapit)Machiavelli sięgnął ręką do kieszeni (przecinek)chcąc znaleźć tam jeszcze jednego papierosa, jednak na próżno.

– Jouxte Alexander Faux. Urodzony 20 maja 1886 roku w Imperium Soifskim. – Oznajmił (– oznajmił) reszcie członków Noir oraz Vendetty Machiavelli.

Baron von BonBon, wyraźnie niezainteresowany szokującym odkryciem, pochłonięty był (skąd ten odstęp?) konsumowaniem drugiej już paczki paluszków krabowych.

FuaFua – członek Vendetty z pokaźnym afro na głowie, jak spał (przecinek)opierając się włosami(Trudno opierać się włosami, można za to głową – nawet afro, jak mi się zdaje, nie jest aż tak twarde :P) o stół, tak spał.

Reszta oczu oprócz Teodora i Arka (Teraz trochę wychodzi na to, że Teodor i Arek byli oczami) zwrócone(zwrócona) były(była) na pana Faux.

(akapit)Jego zęby były idealnie białe i niemal idealnie prostokątne. Ktoś mógłby powiedzieć, że brakuje mu jeszcze perfekcyjnie ułożonej próchnicy na zębach(Wiadomo, że na zębach, można to usunąć, żeby nie było powtórzenia), by wyglądały one jak klawisze pianina. Choć prawdopodobnie nie zaskoczyłoby to już zbytnio nikogo, że złotooki ma(miał) taki instrument w swojej jamie ustnej. (Zmieniłabym na "gdyby złotooki miał taki instrument w swojej jamie ustnej" – bo w końcu nie miał)

– Mamy dziś 12 czerwca, rok 2015.(zbędna kropka) – wydukał z siebie(zbędne) jak zwykle bez emocji Wincenty.

– Całe sto dwadzieścia dziewięć lat, no patrzcie (przecinek)jak ten czas leci. (zbędna kropka) – powiedział złotooki(przecinek) udając zdziwionego.

– Zatem widzi Pan, Panie(pan, panie) Teodorze, gdyby żył Pan równie długo co Pan Faux i zrobił tyle rzeczy(przecinek) co Pan Faux, to prawdopodobnie też otwierałby Pan drzwi butem. To znaczy wie Pan, żadnych badań nad tym zjawiskiem nie przeprowadzano, ale chyba Pan rozumie.(zbędna kropka) – oznajmił przekonująco Machiavelli,(zbędny przecinek) z nieodpartą potrzebą strzepnięcia na blat papierosa (przecinek)którego nie ma(nie było).

– On ich nie otworzył, tylko wyważył, w dodatku na androida!. – Wtrącił ( – wtrącił) ni stąd(przecinek) ni zowąd ożywiony Casso. Czuć było jego pretensjonalne(zbędny akapit) zaangażowanie emocjonalne w tonie i akcentowaniu słów.

– Casso... Radziłbym Ci(ci), byś powstrzymał się z uwagami w kierunku naszego szefa. Myślę(przecinek) że nikt nie przybył dziś tutaj, by słuchać zbędny... – N(n)ie dokończył Alojzy, chcąc dać dobrą radę młodszemu koledze po fachu (przecinek)a przy tym zachować swe dobre maniery (przecinek)jako, (zbędny przecinek)że był jedynym reprezentacyjnym członkiem Meduzy.

– Pierdolenia. – Dokończył(– dokończył) Machiavelli.

(akapit) Zapadła cisza.

Casso natomiast nie dał się zniechęcić i nadal czuł swoją powinność bycia obrońcą sprawiedliwości(przecinek) czekając na wytknięcie komuś jego niegodnego postępowania. Poza tym Casso czuł się również odkrywcą, odkrywcą(przecinek) który musi(musiał) podzielić się z innymi każdym swoim oczywistym spostrzeżeniem.

(akapit)Marco Machiavelli bardzo nie lubił takich ludzi.

Wolał konkretne, proste i szczere rozmowy,(zbędny przecinek) tak nieprzychylne dla Casso.

– Dosyć tego! Dosyć tego wszystkiego, tych ludzi, tego mordercy! Dość! – W(w)ykrzyczał w złości Teodor, wstał(przecinek) a za nim wszyscy jego synowie po kolei niczym fala, od najstarszego Arka do najmłodszego Jarka.

(akapit)Pan Faux, któremu tym razem momentalnie zszedł uśmiech z twarzy, mrugnął dwukrotnie do Machiavelliego. Ten jednym machnięciem ręki stworzył ogromną taflę szkła przypominającą lustro, (zbędny przecinek)tuż przed oczyma wszystkich członków Noir.

Złotooki mocno wystrzeżył(A co to? Nawet nie wiem, co by to mogło znaczyć) swoje spojrzenie i momentalnie wszyscy członkowie Noir usiedli z powrotem na krzesło(krzesła). Lustro zniknęło a Pan(pan) Faux opuścił swe(zbędne – raczej nie opuściłby powiek kogoś, kto obok niego siedział :P) powieki na kilka sekund(przecinek) po czym ponownie je otworzył.

– Teodorze, to nie tak... – Z(z)aczął złotooki.

– To (przecinek)co działo się w latach pięćdziesiątych, to nie takie proste.

(akapit)Rozległ się wielki huk.

Wraz z sufitem i podłogą pokoju nad nimi, (zbędny przecinek)spadł krasnolud z wielkim kamiennym młotem.

Wybudzony Baron począł konsumować kawałki drewnianego parkietu, które leżały w okół(wokół) niego (przecinek)jak i na nim samym,(zbędny przecinek) i nie omal(nieomal) nie (zbędne) zjadł ręki(rękę) leżącego w gruzach krasnoluda, na szczęście ten w porę wykaraskał się spod gruzów i ocalił rękę(kończynę). Baron nie lubił swoich posiłków żywych, więc drgnął tylko na chwilę i przemówił po raz pierwszy(przecinek) żując parkiet:

– Co to za drewno jest? Pyszne! Delicje! Skąd to macie? – S(s)pytał zachwycony. (Te zdania lepiej brzmiałyby połączone) Komicznie wysokim, o dziwo naturalnym dla niego głosem.

– Lapacho. Ameryka Południowa. – O ( – o)dpowiedział złotooki, przepełniony dumą.

– Bardziej polecam herbatę z kory tego drzewa, no ale cieszę się (przecinek)że coś naszego przypadło Ci... przypadło Ci do gustu. – Dodał.( – dodał)(ci)

Krasnolud noszący klasycznie ciemnobrązową, długą brodę splecioną w kilka warkoczy,(zbędny przecinek) wstał ze stołu, otrzepał się i podszedł do Pana Faux z wyraźnie skruszoną miną.

– P-panie Faux ja bardzo przepraszam za to, przepraszam(przecinek) no ale schody na piętrze mi remontowali(przecinek)to nie miałem jak zejść. A krasnoludem (zbędny akapit) jestem, to i młot mam, to trzepłem raz, trzepłem dwa(przecinek) no i jestem piętro niżej.

– Miruś, masz może papierosa, bo mnie już się skończyły(przecinek) a przecież nie wyjdę teraz(przecinek) no bo jak. – Spytał ( – spytał) spokojnie Machiavelli, kompletnie nie (zbędny akapit) przejmując się dziurą w suficie.

– Mam, mam, całą paczkę nawet mam, proszę(przecinek) Panie(panie) Machiavelli, proszę. – Odpowiedział( – odpowiedział) mu krasnolud(przecinek) podając zgniecioną paczkę papierosów(zbędny akapit) lekko rozdygotaną ręką. Tą(przecinek) której mógł już nie mieć, ale ciągle ma(miał).

– Dzięki. – Odpowiedział( – odpowiedział) Machiavelli (przecinek)po czym wyjął jednego nieco mniej zgniecionego papierosa i natychmiast go odpalił.

(akapit)Krasnolud łypnął kątem oka w stronę Barona, lecz był zbyt przerażony(przecinek)by uchwycić go w całej okazałości.
Uf, przebrnęłam.
Prawdę mówiąc, po tytule sugerującym same absurdy spodziewałam się wartkiej akcji i humoru, który by mnie rozbawił, a tymczasem czytając, nudziłam się jak mops i wyczekiwałam końca. Pozwolę sobie wypunktować, żeby moje marudzenie było bardziej przystępne.

1. Przede wszystkim tekst jest jak dla mnie potwornie niekonkretny. Rozumiem, że absurd i w ogóle, ale ja zupełnie nie widziałam sensu w działaniach bohaterów. Po co się zebrali? Co chcą omówić? Z tekstu można śmiało wywnioskować, że sami nie wiedzą, ale jak dla mnie przydałoby się umieścić ten dom wariatów w choćby zarysie fabuły i sensu. Według mnie nazbyt rozwlekłe opisy postaci, otwierania paluszków, zamieniania krzeseł i tak dalej tylko potęgowały to wrażenie – nim dotarłam do kolejnej wypowiedzi któregoś z bohaterów, zdążyłam zapomnieć, o czym była poprzednia, więc jeśli był w tym jakiś sens, to zgubiłam go zaraz na początku tekstu.

2. W tekście, zwłaszcza na początku, jak mi się zdaje, pojawiają się nazbyt rozbudowane zdania. W jednym na przykład, jak zaznaczyłam w poprawkach, pojawia się opis dwóch postaci i jeszcze jakaś akcja – no to jest dopiero absurdeska. :P

3. Z kwestii wyglądu tekstu: skąd pomysł, żeby powstawiać akapity w środku zdań? o.O Wystarczy zajrzeć do jakiejkolwiek książki, żeby zorientować się, że tak to nie działa, jeśli sam pomysł takiego dzielenia zdań nie wydaje się wystarczająco absurdalny. Akapity daje się na początku zdań, które zaczyna się od nowej linijki (przy zmianie myśli), a także na początku wypowiedzi bohaterów, nie w środku, z boku, na końcu ani nigdzie indziej.

4. Męczyły mnie zaimki zapisane wielką literą. Opowiadanie to nie list, nie ma takiej konieczności. Poza tym często zdarzały się zmiany czasu. Jeśli wybierasz sobie, że prowadzisz narrację w czasie przeszłym, to prowadzisz w czasie przeszłym, zmienianie czasu narracji w środku tekstu, ze zdania na zdanie, wprowadza zamęt.

5. No i zapis dialogów. Polecam zapoznać się z poradnikiem forumowym, ale dodam przykłady od siebie.

Jeśli mowa o odgłosie wydanym ustami (czyli np. krzyknął/huknął/szepnął/wyjaśnił/rzekł itd.) zapis dialogu wygląda tak:

– Blablablabla – powiedział Zenek.

Jeśli natomiast po wypowiedzi jest czynność, a nie sposób mówienia, to zapisuje się tak:

– Blablabla. – Trzasnął pięścią w monitor.

Ogólnie trudno mi powiedzieć coś więcej o tym tekście, bo nazbyt stłamsiła mnie forma, żebym zastanawiała się nad nawiązaniami do rzeczywistości. Jeśli jest w tym jakieś przesłanie, to dla mnie jego otoczka okazała się zbyt gruba, żebym chociaż próbowała je z niej wyłuskać.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#5
(21-08-2015, 21:17)PrestonJoestar napisał(a): – To już ta godzina? Ojej, to śpieszno mi (raczej 'muszę się pośpieszyć').(bez kropki)powiedział do siebie(może 'mruknął') pod nosem złotooki mężczyzna(przecinek) patrząc na swój diamentowy zegarek i przyśpieszając krok(u) w kierunku masywnych drewnianych drzwi po lewej stronie w połowie korytarza.

Tuż przed drzwiami mężczyzna rozpędził się(przecinek) jak gdyby chciał na nie wpaść i wyciągnął swoją nogę wprost na klamkę (chyba nie sięgnął nogą tak sobie, więc raczej 'wyciągnął nogę z zamiarem kopnięcia w klamkę) równie złotą co(jak) jego oczy.

W tym samym ułamku sekundy(w ułamku sekundy nie da się wymachnąć nogą, co najmniej 'w tej samej sekundzie') Pan Ryszard, sprzątacz sędziwego wieku,(zbędny przecinek) znany ze swego obsesyjnego perfekcjonizmu i skrupulatności w czasie pracy, dostrzegł owego złootookiego mężczyznę o wściekle fuksjowych włosach wystających spod czarnego cylindra(przecinek) jak(jakby) ten miał właśnie spowodować tragedię, której świadkiem był nie pierwszy raz.

– Panie Faux(przecinek) proszę zaczekać! – krzyknął zakłopotany, pnący się po szczeblach swej błyskotliwej sprzątaczej kariery Ryszard.

Złotooki jegomość kopnął klamkę z impetem swą opantofloną stopą, wyłamując oba zawiasy prawego skrzydła drzwi, które upadło z łoskotem na coś lub kogoś, niestety nie spadło ono(zbędne) na czerwony dywan(przecinek) jak to zwykle bywało.
Spadło ono(ono bym wyrzuciła) na głowę Wincentego – bliskiego współpracownika pana Faux, który właśnie szukał segregatora z aktami o Imperium Soifskim na regale obok drzwi.

Chciałem Pana ostrzec(przecinek) zanim Pan wejdzie, (zbędny akapit)ale nie zdążyłem... – oznajmił pokornie sprzątacz, jakby to on winny był(był winny) wyłamanych drzwi i stłuczki ich z głową Wincenta.

– Och(przecinek) Panie Rysiu kochany, nie szkodzi, nie szkodzi, nic się nie stało.(bez kropki) – odrzekł z uśmiechem na twarzy złotooki, po czym zabrał wyłamane(zbędny akapit) skrzydło drzwi z podpierającej je(zbędne) głowy Wincentego i odstawił na bok(przecinek) opierając o ścianę.

– Aa wybaczcie mi takie przybycie. Miało być z petardą, tak jak lubię, no ale Wincenty spartolił.(bez kropki) – obwieścił dziarsko Faux(przecinek) spoglądając na(zbędny akapit) kilkunastu mężczyzn siedzących przy długim, drewnianym i polakierowanym stole.

– Zwykle upadają o tutaj.(bez kropki)(w)Wyjaśnił złotooki(przecinek) pokazując palcem na solidnie wyryty w dywanie odcisk drzwi(przecinek) po czym przeszedł na środek pokoju i (przecinek zamiast 'i', zbędny akapit)stanął obok suchościeralnej tablicy magnetycznej i przemówił:

– To naprawdę ten Jouxte Faux? – wyszeptał pytająco Casso, słabo zbudowany, młody mężczyzna o krótkich blond włosach(przecinek zamykający wtrącenie) do Alojzego (spacja)(zbędny akapit) czterdziestosześcio-letniego (bez myślnika), stoickiego członka "Meduzy".

– Pan jest szefem "Meduzy"?! – wykrzyknął starszy, bardzo schludnie i elegancko ubrany mężczyzna w okularach(przecinek) wstając z krzesła.

– Spokojnie(przecinek) Teodorze, tak to jest "mózg" Meduzy, nie ma potrzeby by(zbędne) się unosić.(bez kropki) – uspokoił go flegmatycznym tonem Alojzy.
– Dobrze, już dobrze, siadam.(bez kropki) – odpowiedział ogarniturowany(nie znam takiego słowa – ubrany w czarny garnitur) na czarno Teodor, poprawił okulary(przecinek) jak to zwykle robi[(ł)b](przecinek)[/b] gdy jest(był) nieco zdenerwowany(przecinek i zbędny akapit) po czym usiadł.

W następnej sekundzie przez salę przeszedł nieznośny i jakże(zbędne) zupełnie nie na miejscu dźwięk otwierania plastikowego opakowania.
Teodor łypnął szybko zza okularów w stronę sprawcy – Barona von BonBona, boleśnie otyłego członka Vendetty, który wcześniej skorzystał z okazji, i podsunął (by podsunąć)drugie krzesło pod siebie, to które zostało zwolnione przez Wincentego[/u] gdy ten szukał akt.

Każdy z choć odrobiną empatii widział, że krzesło na którym siedzi Baron jest już u kresu swej wytrzymałości i na ugoszczenie tak bogacie(bogato) zbudowanej persony potrzebne są dwa krzesła.

Wygodnie rozsiedziany(rozparty) Baron otwierał właśnie swoje ulubione paluszki krabowe.

Obrażało to jego godność i rodzinę, rodzinę z której jest (był) niesamowicie dumny.

Teodor poczuł(przecinek) że Baron obrażał nie tylko jego, ale także każdego jego syna obecnego na sali, a miał ich pięciu.

Poczynając od najstarszego(przecinek) byli to: Arek, Marek, Darek, Czarek i Jarek (zbędna spacja) Noir.

Państwo Noir (byli – zmieniasz czas narracji, co już wcześniej podkreślałam) powszechnie szanowaną i uznaną podziemną organizacją antyrządową od pokoleń.

Dumna i obrażona głowa rodziny Noir zamierzała już wstać z krzesła, już policzyć się z tą nie szanującą go hałastrą i już podnosił się z krzesła(przecinek) kiedy(przecinek) jak równie szybko wstawał, tak(szybko) usiadł z powrotem.

Machiavelli wygodnie położył nogi na stole, a pech chciał(przecinek) że siedział on akurat naprzeciwko Teodora, który miał teraz przed swoją twarzą jego duże, ciężkie, brązowe skórzane buty.

– Bo widzi Pan, drogi Teodorze.(bez kropki) – zaczął całkiem spokojnie Machiavelli i wydmuchnął kłąb dymu papierosowego przed siebie.
– Różnica między nami tzn.(przecinek i 'to znaczy') Meduzą a Panem – (przecinek zamiast myślnika)Noir, jest taka, że my koncentrujemy się na tym(przecinek) by wykonać naszą robotę jak najlepiej. My(przecinek) w(zbędny akapit) przeciwieństwie do Pana(przecinek) nie chcemy(przecinek) by nikt poza podziemnym światem nas znał, a nawet i tam nie pysznimy się swoimi dokonaniami.(zbędna kropka)(zbędny akapit)kontynuuje Machiavelli i strzepuje (kontynuował Machiavelli, strzepując popiół z) papierosa na blat stołu.

Z tym(przecinek) że kiedy potrzeba jest (zbędne)zrobić coś niebezpiecznego, tak by nikt się o tym nie(zbędny akapit) dowiedział, to Panu nie drgnie nawet mięsień na twarzy, bo jedyne(przecinek) na co wtedy Pana stać(przecinek) to na siedzenie za biurkiem i wysyłanie swoich synów(zbędny akapit) do brudnej roboty.(bez kropki)Ciągnie(ciągnął) Machiavelli, Teodor siedzi(ał) jak sparaliżowany(przecinek) uważnie słuchając tak rzadkie dla niego, słowa krytyki(rzadkich dla niego słów krytyki).
– A u nas, najwięcej roboty właśnie,(zbędny przecinek) robi nasz szef.(bez kropki) – mówi(ł) przekonująco Machiavelli i zaciąga się(przecinek – zaciągając się) papierosem.

– A nasz szef jest dwa razy starszy od Pana, Panie Teodorze.(bez kropki)kończy(dokończył) Machiavelli(przecinek) ponownie strzepując papierosa (popiół) na blat i spogląda(jąc) na Teodora z (zbędny akapit)uniesionymi brwiami.

O czym Pan w ogóle mówi?! (zbędny akapit)Unosi(uniósł) się Teodor.

– Wincenty.(bez kropki) – rzucił lakonicznie Machiavelli do swojego kompana.

Wincenty wyjmuje(wyjął) z jednej leżącej na regale przy drzwiach teczki kilka kartek (szyk – kilka kartek z teczki leżącej na regale przy drzwiach).

– Proszę(przecinek) Panie Teodorze.(bez kropki)(w)Wydukał bezemocjonalnie (bez emocji lub beznamiętnie)Wincenty, podając mu kartki.

– Aa, byłbym zapomniał. Powinniście państwo wiedzieć, że Wincenty jest androidem.(bez kropki) – poinformował resztę Machiavelli, zaciągając się po raz(zbędny akapit) ostatni końcówką papierosa.

– Hmm(przecinek) to dlatego Pan Faux go nie przeprosił za te drzwi... – oznajmił odkrywczo Casso –(przecinek zamiast myślnika) członek Vendetty.

– J-J-Jouxte Ale-Alexander F-F-Faux.(bez kropki)(w)Wydukał z siebie Teodor, głos jego załamywał się co słowo(przecinek) a ręce drżały nieporadnie(przecinek) trzymając kartkę.
Uro-uro-urodzony...(w podkreśleniu raczej wielokropki zamiast myślników) – Teodor nie był w stanie wydusić z siebie nic więcej.

Jego tętno przyśpieszyło do 200(dwustu) uderzeń na minutę, ręcę(ręce) opuchnęły(napuchły), twarz oblana była zimnym potem i (przecinek i 'a on sam) momentalnie zastygł on (zbędne)w siedzącej pozycji wykrzywionej w stronę ojca.

Machiavelli sięgnął ręką do kieszeni(przecinek) chcąc znaleźć(szukając) tam jeszcze jednego papierosa, jednak na próżno.

– Jouxte Alexander Faux. Urodzony 20 maja 1886 roku w Imperium Soifskim.(bez kropki)(o)Oznajmił reszcie członków Noir oraz Vendetty Machiavelli.

– To niemożliwe... Panie Faux... – (S)spojrzał na Jouxte'a Casso, obróciwszy głowę w jego stronę.

FuaFua – członek Vendetty z pokaźnym afro na głowie, jak spał(przecinek) opierając się włosami(chyba głową) o stół, tak spał. Reszta oczu oprócz Teodora i Arka (oddzieliłabym to przecinkami jako wtrącenie) zwrócone były na pana Faux.

Ktoś mógłby powiedzieć, że brakuje mu jeszcze perfekcyjnie ułożonej próchnicy na zębach, by wyglądały one(zbędne) jak klawisze pianina.

– Mamy dziś 12 czerwca, rok 2015.(bez kropki) – wydukał z siebie jak zwykle bez emocji Wincenty.

– Całe sto dwadzieścia dziewięć lat, no patrzcie(przecinek) jak ten czas leci.(bez kropki) – powiedział złotooki(przecinek) udając zdziwionego.

– Zatem widzi Pan, Panie Teodorze, gdyby żył Pan równie długo co (jak)Pan Faux i zrobił tyle rzeczy co Pan Faux, to prawdopodobnie też otwierałby Pan drzwi butem.

To znaczy wie Pan, żadnych badań nad tym zjawiskiem nie przeprowadzano, ale chyba Pan rozumie.(bez kropki) – oznajmił przekonująco Machiavelli,(bez przecinka) z nieodpartą potrzebą strzepnięcia na blat (popiołu z) papierosa(przecinek) którego nie ma.

– On ich nie otworzył, tylko wyważył, w dodatku na androida!.(kropka po wykrzykniku?)(w)Wtrącił ni stąd ni zowąd ożywiony Casso.

Czuć było jego pretensjonalne (zbędny akapit)zaangażowanie emocjonalne w tonie i akcentowaniu słów.

Myślę(przecinek) że nikt nie przybył dziś tutaj, by słuchać zbędny... – (n)Nie dokończył Alojzy, chcąc dać dobrą radę młodszemu koledze po fachu(przecinek) a przy tym zachować swe dobre maniery(przecinek) jako,(a tu zbędny) że był jedynym reprezentacyjnym członkiem Meduzy.

– Pierdolenia(e).(bez kropki)(d)Dokończył Machiavelli.

Casso natomiast nie dał się zniechęcić i nadal czuł swoją powinność bycia obrońcą sprawiedliwości(przecinek) czekając na wytknięcie komuś jego niegodnego postępowania.

Poza tym Casso czuł się również odkrywcą, odkrywcą(przecinek) który musi podzielić się z innymi każdym swoim oczywistym spostrzeżeniem.

– Dosyć tego! Dosyć tego wszystkiego, tych ludzi, tego mordercy! Dość! – (w)Wykrzyczał w złości Teodor, wstał(przecinek) a za nim wszyscy jego synowie po kolei niczym fala, od najstarszego Arka do najmłodszego Jarka.

Ten jednym machnięciem ręki stworzył ogromną taflę szkła przypominającą lustro,(zbędny przecinek) tuż przed oczyma wszystkich członków Noir.

Złotooki mocno wystrzeżył (wyostrzył spojrzenie albo wytrzeszczył oczy) swoje spojrzenie i momentalnie wszyscy członkowie Noir usiedli z powrotem na krzesło(krzesłach, było ich kilku, więc na jednym krześle ociupinę byłoby ciasno).

Lustro zniknęło(przecinek) a Pan Faux opuścił swe powieki na kilka sekund(przecinek) po czym ponownie je otworzył.
– Teodorze, to nie tak... – (z)Zaczął złotooki.

– To(przecinek) co działo się w latach pięćdziesiątych, to nie takie proste. Ja i twój ojcie... – Nagle coś przerwało złotookiemu.

Wraz z sufitem i podłogą pokoju nad nimi(zbędne),(zbędny przecinek) spadł krasnolud z wielkim(przecinek) kamiennym młotem.

Wybudzony Baron począł konsumować kawałki drewnianego parkietu, które leżały w okół(wokół) niego jak i na nim samym, i nie omal (nieomal) nie zjadł ręki leżącego w gruzach krasnoluda, na szczęście ten w porę wykaraskał się spod gruzów i ocalił rękę.

Baron nie lubił swoich posiłków żywych, więc drgnął tylko na chwilę i przemówił po raz pierwszy(przecinek) żując parkiet:

– Co to za drewno jest? Pyszne! Delicje! Skąd to macie? – (s)Spytał zachwycony.(przecinek) (k)Komicznie wysokim, o dziwo naturalnym dla niego głosem.

– Lapacho. Ameryka Południowa.(bez kropki)(o)Odpowiedział złotooki,(zbędny przecinek) przepełniony dumą.

– Bardziej polecam herbatę z kory tego drzewa, no ale cieszę się(przecinek) że coś naszego przypadło Ci... przypadło Ci do gustu.(bez kropki)(d)Dodał.

– P-panie Faux(przecinek) ja bardzo przepraszam za to, przepraszam(przecinek) no ale schody na piętrze mi remontowali(przecinek) to nie miałem jak zejść.

A krasnoludem (zbędny akapit)jestem,(bez przecinka) to i młot mam, to trzepłem raz, trzepłem dwa(przecinek) no i jestem piętro niżej.

– Miruś, masz może papierosa, bo mnie już się skończyły(przecinek) a przecież nie wyjdę teraz(przecinek) no bo jak.(bez kropki)(s)Spytał spokojnie Machiavelli, kompletnie nie (zbędny akapit)przejmując się dziurą w suficie.

– Mam, mam, całą paczkę nawet mam, proszę(przecinek) Panie Machiavelli, proszę.(bez kropki)(o)Odpowiedział mu krasnolud(przecinek) podając zgniecioną paczkę papierosów(zbędny akapit) lekko rozdygotaną ręką. Tą(ę)(przecinek) której mógł już nie mieć, ale ciągle ma(miał).

– Dzięki.(bez kropki)(o)Odpowiedział Machiavelli(przecinek) po czym wyjął jednego nieco mniej zgniecionego papierosa i natychmiast go odpalił.

Krasnolud łypnął kątem oka w stronę Barona, lecz był zbyt przerażony(przecinek) by uchwycić go w całej okazałości.

Vet była szybsza, starość nie radość :).

Interpunkcja – poczytaj poradnik Stu.
Dialogi – poczytaj poradnik Stu.
Zbędne akapity – po wprowadzeniu akapitów spójrz na tekst, od razu zobaczysz w nim odstępy.
Błędy – edytory podkreślają.

Tekst nie jest napisany źle, ale mnóstwo w nim błędów, które nie pozwalają się na nim skupić. Treść chwilami dość interesująca, a chwilami nudna, przegadana. Wiemy już sporo o ludziach, ale kompletnie nic o tym, co zamierzają. Na razie tylko gadają. To tyle, bo nic więcej w tej chwili nie mam do powiedzenia. Może w następnych częściach się rozkręci.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#6
Dziękuję za krytykę i wytknięcie błędów. Dodałem wstęp żeby trochę rozjaśnić sytuację. Poprawiłem chyba wszystko co zauważyłyście. Chociaż coś tam na pewno mi jeszcze umknęło. A wystarczyło otworzyć jakąś książkę i popatrzeć... Przepraszam za ułomność xD
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
(22-08-2015, 22:40)PrestonJoestar napisał(a): Dziękuję za krytykę i wytknięcie błędów. Dodałem wstęp żeby trochę rozjaśnić sytuację. Poprawiłem chyba wszystko co zauważyłyście. Chociaż coś tam na pewno mi jeszcze umknęło. A wystarczyło otworzyć jakąś książkę i popatrzeć... Przepraszam za ułomność xD

http://podziemieopowiadan.pl/forum/threa...logow.html
http://podziemieopowiadan.pl/forum/threa...nkcja.html

To są linki do forumowych poradników, możesz do nich sięgnąć, to pomaga. Poza tym, jeśli będziesz systematycznie korzystać z poprawek, też się sporo nauczysz, taką mam nadzieję:).
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości