Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Era Krasnoludów: Ekspansja
#1
Cześc wszystkim. Z miejsca chciałbym się przyznać, że nie napisałem żadnego konstruktywnego komentarza (no co ja mogę? ;/), za to postanowiłem wykorzystać patent, którym posłużyłem się przy okazji ostatnich warsztatów twórczych. Żeby nie przeciągać, są to moje pierwsze kroki w pisaniu własnych tekstów, naczytałem się chyba za dużo i stwierdziłem że może ugryzę temat literatury od strony autora. Z góry dziękuję za każdą konstruktywną krytykę, która się pojawi, mam nadzieję że przypadnie wam do gustu to, nad czym przesiedziałem dzisiaj w nocy troche czasu. Miłego czytania!

Era Krasnoludów: Ekspansja
– Mój Panie, przybył posłaniec z rozkazami od Cesarza i prosi o natychmiastową audiencję.
– Wpuść go.
Jeden ruch ręką wystarczył by sługus zabrał tace z jedzeniem i postawił na jej miejscu misę ze źródlaną, ciepłą wodą. Nie raz bracia i ojciec drwili ze mnie, że chyba elfy na mnie urok rzuciły, bo zachowuje się tak jak one. Chodziło im oczywiście o mycie rąk, albowiem zazwyczaj przeciętny krasnolud wycierał łapska o co popadnie, nawet we własny kaftan. Ja nie byłem przeciętny, fakt że jestem trzeci w kolejce do tronu właściwie skreślał moje szanse na rządzenie czymś więcej niż najmniejszą z dzielnic w kraju. Moje ziemie rozciągały się od wschodniego wybrzeża do zachodniego, blisko trzysta mil szerokości jak zapewniał mój kartograf. Na północy rozciągało się oczywiście morze, a za nim pewnie nic – tutaj kończył się Świat. Na krasnoludzkie oko niespełna 200 mil na południe kończyła się moja władza – na granicy z Centralną Dzielnicą. Osiemdziesiąt lat mojego zarządzania mocno rozwinęło zawsze najmniej zadbaną Północ, której nic praktycznie nie zagrażało. Dla mnie był to plus, mogłem krok po kroku zamienić głównie zalesione ziemie w cywilizowane, nowoczesne i przynoszące korzyści Cesarstwu włości. Nauczyłem się już, że nikt mnie za to nie pochwali. Najważniejsi byli moi ludzie. Gdy obejmowałem władze w jeszcze wtedy niewielkim grodzie, w dodatku zbudowanym głównie z drewna, nieotoczonym nawet murem ani fosą przeklinałem cały świat. Dziś w tym samym miejscu stał potężny zamek otoczony solidnym, kamiennym murem za którym znajdowało się miasto pełne rzemieślników, kowali, kupców i całej masie parających się różnymi zajęciami krasnoludów. Oprócz tego zdążyłem wykarczować większość puszczy, teraz w ich miejscu stały wsie, w których osiedlali się ci, którym bogowie poskąpili talentu i do wojaczki i do metalurgii. Stworzyłem też sieć dróg wyłożonych kamiennymi płytami, zwożonymi z dalekiego południa dobre 20 lat. Było warto, trakty właściwie wiecznie były pełne podróżnych. Oprócz tego w odległości po 100 mil od Baargron, mojej siedziby w kierunku wschodnim i zachodnim znajdowały się dwa mniejsze zamki, którymi zarządzali moi kasztelani. Oprócz tego na południowej granicy kazałem wybudował trzy potężne twierdze, pomimo krzywych spojrzeń i plotek, że może zechcę oderwać część królestwa. Na obu wybrzerzach znajdowały się dodatkowo porty, wokół których prężnie tworzyły się kolejne dwa grody. Na północnym wybrzerzu nie było portów, za to była sieć niewielkich ale za to solidnie wybudowanych, kwadratowych twierdz obsadzonych przez pięćdziesięcio osobowe drużyny. Ich zadaniem było patrolowanie lasów, łapanie kłusowników, zaopatrywanie mojej siedziby w drewno oraz mięsa. No i patrolowanie wybrzeża. Tak dla spokoju ducha.
– Wasza wysokość! – Posłaniec od ojca wyglądał tragicznie, był wychudły i przemęczony, widocznie wcześniej objechał resztę ziem. A to znaczyło że stało się coś ważnego. – Jego Cesarska mość Vitthor I wzywa cię do wypełnienia swoich zobowiązań wobec kraju. Oczekuje że w ciągu miesiąca ty i twoje wojska stawicie się pod murami Kardonu. Ruszamy na wojnę, po chwałę i należne nam ziemie, marnujące się w rękach elfich. Tam Cesarz osobiście poinstruuje cię i następnych etapach kampani. – Ostatnie słowa wypowiadał nie kryjąc wyrazu ulgi na brudnej twarzy. Wieści faktycznie były zaskakujące.
– Kasztelanie! Odprowadźcie posłańca do zachodniej części zamku, dobierzcie mu przestronny pokój i zapewnijcie wszystko, o co poprosi. Dziękuję ci młodzieńcze. Czy musisz zawieźć wici do innych dzielnic, czy to koniec twojej misji?
– Koniec, mój Panie. Jeśli pozwolicie...
– A zatem możesz ruszać z nami za trzy dni do Kardonu lub zostać tu dopóki nie przyślą kruka z wezwaniem do stolicy. Idź i zasłużenie odpocznij.
No tak, Północ mała to i niewiele wojska, więc wici na końcu przybyły do mnie. Cóż, nie tylko zamki, miasta i grody rozbudowałem. Miałem do dyspozycji 5 tysięcy toporów, świetnie wyszkolonych, moi żołnierze w czasie pokoju byli zwykłymi obywatelami, zajmowali się zwykłymi pracami, tylko ich część była na stałej służbie, mimo to każdy z nich codziennie miał ćwiczyć, i choć trudno było wbić do głowy krasnoludom taką samodyscypline to w te kilkadziesiąt lat tego dokonałem, z trudami, ale jednak. I jeszcze coś – pierwsze pięćdziesiąt lat życia spędziłem na czymś więcej niż nauce walki i beztroskim robieniu niczego. Przejrzałem wszystkie dokumenty w Cesarskiej Bibliotece by znaleźć jak najwięcej informacji o specjalnie wychodowanych za pomocą magii wilczurów o których dowiedziałem się od ojca, ta legenda krążyła od ponad setki lat i była ignorowana przez innych, ale ja się uparłem i odkryłem sposób, by je wychodować. Były o wiele większe od zwykłych ludzkich psiaków. Okazało się że mój nadworny mag jest w stanie odtworzyć receptury na specjalne środki dodawane do pokarmu. Zaczęliśmy od jednej suki i samca, w trzecim pokoleniu uzyskaliśmy efekty – geny zmutowały, pozwoliły nabrać im większych rozmiarów, dzięki temu niektóre okazy osiągają rozmiary nawet kuca, zazwyczaj brakuje im paru cali. Dobra tresura okazała się być mniejszym problemem, wszystko zależało od właściciela, psy mimo wszystkie pozostawały takie, jakimi ich bogowie stworzyli – kochały tego, kto był dla nich dobrym panem i słuchały go. Opracowaliśmy specjalny program dla następnych sztuk, w kilkanaście lat udało mi się uformować około tysiąca wilczurzej kawalerii. Od początku zdawałem sobie sprawę z faktu, że zostane za to wyśmiany – tak też się stało gdy wieści o tym dotarły do reszty królestwa. Ale to minie. Po pierwszej bitwie wszyscy ich zapragną.
– Zawołać mi tu sześciu najszybszych posłańców, jakich mamy! Już!
Układałem w głowie rozkazy, liczyłem ile potrzebujemy czasu. Przyglądałem się posłańcom wchodzącym do sali tronowej. Cała szustka pochyliła się z szacunkiem i stanęła na baczność.
– Kasztelanie, troje najszybszych posłać do południowych twierdz i uprzedzić, że za dwa tygodnie wszyscy konni mają się przegrupować pod twierdzą Larmin. Piesi zaś mają przegrupować się tam najszybciej jak się da i udać do przystani na zachodnim wybrzeżu. Dwoje pobiegnie do grodów najbliższych naszej stolicy. Za tydzień chce tu widzieć tysiąc bród chętnych do wojaczki. Ostatni z was pobiegnie do najbliższej północnej załogi. Zredukować liczbe załóg do 20 jeźdźców, reszta ma tydzień żeby się przegrupować i stawić na wezwanie. Aha! I niech poślą gońca z wieściami do portu wschodniego, wszystkie statki transportowe mają pięć dni na przepłynięcie na drugą strone. Ruszamy na wojne!
Niecałe 30 sekund trwało wyznaczanie biegaczy do poszczególnych rozkazów. To prawda, że mogłem użyć kruków, ale sięgałem po ten sposób niechętnie. Nie raz bywało, że kruk nie docierał tam, gdzie powinien, lub całkiem znikał i rozkazy nie zostały wydane. Wolałem oddać to w ręce istoty rozumnej. Krasnoludy były dobrymi sprinterami, moi posłańcy musieli utrzymywać ciągle wysoką formę i spełniali ten warunek. Kolejny sukces, mały, ale cieszył. Czułem adrenaline w żyłach, wspomnienia paru stoczonych walk, paru zdobytych ran i jeszcze większej ilości zadanych. Czułem jak wypełnia mnie ekscytacja i wola walki.
– Mamy 3 dni żeby przygotować tranporty z zaopatrzeniem, naostrzyć topory, zebrać jeźdźców. Kasztelanie Thrar weźmiecie dowództwo nad piechotą. Za równe dwa tygodnie wypłyniecie do Kardonu, ale nie wpłyniecie do portu. Ja poprowadzę kawalerie i wozy z zaopatrzeniem. Weźmiesz kruki na swój statek i dobrze je ukryjesz przed żołnierzami. Gdy będziesz na miejscu, pamiętaj by flota zakotwiczyła tak, aby wyglądała nawet nie na połowe twoich realnych sił. I kruki puszczaj nocą. Dror, Jonn i Zennrich to moi najlepsi dowódcy, popłyną z tobą i pomogą radą i ramieniem. Ja wezmę zaś ze sobą twojego pierworodnego. Czy jest on w zamku?
– Tak Panie, mogę go przyprowadzić w każdej chwili, ale.. On ma dopiero 50 lat, niedawno dorósł, nawet broda mu nie rośnie jeszcze..
– Nie bójcie się, nie stanie mu się nic złego. Na swoim wilczurze jak rozumiem jeździć i walczyć potrafi?
– Oczywiście, odkąd go otrzymał od Was to się z nim nie rozstaje. Za chwilę go przyprowadzę.
Wiedziałem, że Thrar to dobry zarządzca, ale jeszcze lepszy wojownik. Widziałem jego syna podczas treningowych walk i wyróżniał się siłą, sprytem jak ojciec i tym, że wolał walczyć mieczem. Ogromny potencjał zasługuje na ogromne pole do popisu. Skinieniem dłoni przywołałem sługę, który stał przy filarze i rozkazałem przynieść mi książęcy sztandar zanim wróci kasztelan, a sam udałem się do skarbca zejściem, które było pod tronem. Wcisnąłem pozornie jednolity kawałek skały na tronie i z tyłu zamiast oparcia po chwili ujrzałem wejście. Wiedziałem, że kiedyś przyjdzie czas krasnoludów i ruszymy na podbój. Dlatego zadbałem wcześniej, aby na mojego chorążego czekała kolczuga z mithrillu, ochrona lepsza niż jakakolwiek zbroja. Do tego hełm z hartowanej wedle starych metod, bardzo solidna robota. Rękawice skórzane wzmocnione stalowymi, niewielkimi płytkami. Tarcze odpuściłem, każdy jeździec dostawał ją razem ze swoim szczeniakiem. Najbardziej jednak przyciągała wzrok pochwa, czarna, błyszcząca, ozdobiona tylko jedną rzeczą – niewielką blaszką z wygrawerowanym imieniem przyszłego właściciela. Sam ustawiłem wszystko obok tronu, sztandar też już czekał. Po chwili zjawił się kasztelan i jego zaskoczony syn.
– Mój Panie, wzywałeś mnie. Jestem na twoje rozkazy.
– Thalarze, synu Thrara, mianuje cię książęcym chorążym. Od teraz będziesz odpowiedzialny za ten sztandar. – Osobiście podałem zaskoczonemu młodzieńcowi drzewiec włóczni – Będziesz jechał u mego boku po chwałe i zwycięstwo. A jako że wybieramy się na wojne, to mój chorąży musi być dobrze uzbrojony. To – wskazałem na przygotowane wcześniej podarunki – od teraz należy do ciebie.
Widziałem zapał, zaskoczenie, radość i przede wszystkim – wdzięczność w oczach tego młodzieńca. Wiedziałem już, że to był dobry wybór. Wiedziałem też, że oto los dał mi szanse wykazania się jako dowódca, wojownik i krasnolud. Czułem, że najbliższe miesiące odmienią losy nie tylko moje, moich żołnierzy, ale całego świata. Nadchodził czas krasnoludów.


Dajcie znać w komentarzach, czy przeczytalibyście następną część :)
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Cześć,

Jak na pierwszy tekst, to jest całkiem dobrze. Przede wszystkim Twoja historia jest logiczna, opowiedziana przystępnie i z sensem. Mam za to wrażenie jakby był to tekst o mądrym władcy, który przyszli królowie mieli czytać dla nauki, a który jest za to mało atrakcyjny dla przeciętnego czytelnika. Wiele z tego, co napisałeś można by streścić w zdaniu "Król był rozumnym władcą, który rozumiał swoich poddanych i robił wszystko żeby zapewnić im dostatnie życie". Nawet jeżeli chciałeś pokazać go od tej strony, to według mnie trochę się powtórzyłeś.

Zabrakło za to kilku bardzo istotnych rzeczy. Głównym wątkiem (przynajmniej tak się wydaje) jest wojna krasnoludów z elfami. Przydałoby się przybliżyć historie tego konfliktu, jak również sytuację polityczną w krasnoludzkim cesarstwie (Jeżeli głównym bohaterem jest książe, to ciężko nie zahaczyć o politykę). Nie ma opisu wyglądu władcy (charakteru możemy się domyślać z jego zachowania) ani nawet podanego jego imienia. Przydałoby się też trochę opisów miejsc, żeby czytelnik mógł sobie łatwiej wyobrazić gdzie toczy się akcja.

Jeszcze trochę ponarzekam, ale to bardzo ważne. Błędy ortograficzne i interpunkcyjne. Niektóre są wręcz rażące, chociażby "szustka". Ja nie jestem dobry w ich wyłapywaniu, a mimo to sporo zauważyłem. Polecam sprawdzenie tekstu pod tym kątem przed wrzuceniem.

Podsumowując, tekst w porządku niektóre pomysły, na przykład tresowane psy, ciekawe, niestety zbyt się skupiłeś na przekazaniu historii, a za mało na tym, żeby czytało się dobrze. Jeżeli chcesz czytelnika wciągnąć, to nie możesz pisać dużo o tym samym. Przydałoby się też porządnie opisać głównego bohatera (chodzi o wygląd i imię). Trochę dużo masz też niepotrzebnych dialogów, a mało opisów miejsc. Ja przeczytałbym następną część, bo to był dopiero początek i wszystko może się jeszcze wydarzyć, a warsztat masz w porządku.

Na koniec chciałbym Cię zachęcić do komentowania innych tekstów, każda informacja zwrotna jest dla autora bardzo cenna. Nie trzeba być nawet jakoś bardzo konstruktywnym, wystarczy napisać co Ci się podobało, a co nie. Na pewno czytanie cudzych tekstów też całkiem rozwija. No i zapraszam do przywitania się w odpowiednim dziale. Zawsze lepiej komentuje sie prace kogoś, kogo się choć troche zna.
Odpowiedz
#3
(03-08-2015, 10:29)Fizol1996 napisał(a): – Mój Panie, przybył posłaniec z rozkazami od Cesarza i prosi o natychmiastową audiencję. (Z małych liter, to nie są nazwy własne)

Jeden ruch ręką wystarczył(przecinek) by sługus zabrał tace(ę) z jedzeniem i postawił na jej miejscu misę ze źródlaną, ciepłą wodą.

Nie raz bracia i ojciec drwili ze mnie, że chyba elfy na mnie urok rzuciły, bo zachowuje(ę) się tak jak one.

Chodziło im oczywiście o mycie rąk, albowiem zazwyczaj przeciętny krasnolud wycierał łapska o(w) co popadnie, nawet we własny kaftan.

Ja nie byłem przeciętny, fakt(przecinek) że jestem (Najpierw "byłem", tutaj "jestem" – trzeba ujednolicić czas narracji) trzeci w kolejce do tronu właściwie skreślał moje szanse na rządzenie czymś więcej niż najmniejszą z dzielnic w kraju.

Na krasnoludzkie oko niespełna 200(dwieście – "trzysta" zapisałeś poprawnie, słownie, a tutaj cyfrą) mil na południe kończyła się moja władza – na granicy z Centralną Dzielnicą.

Gdy obejmowałem władze(ę) w jeszcze wtedy niewielkim grodzie, w dodatku zbudowanym głównie z drewna, nieotoczonym nawet murem ani fosą (przecinek)przeklinałem cały świat.

Dziś w tym samym miejscu stał potężny zamek otoczony solidnym, kamiennym murem (przecinek)za którym znajdowało się miasto pełne rzemieślników, kowali, kupców i całej masie(masy) parających się różnymi zajęciami krasnoludów.

Oprócz tego zdążyłem wykarczować większość puszczy, teraz w ich miejscu stały wsie, w których osiedlali się ci, którym bogowie poskąpili talentu i do wojaczki(przecinek) i do metalurgii. Stworzyłem też sieć dróg wyłożonych kamiennymi płytami, (zbędny przecinek)zwożonymi z dalekiego południa dobre 20(słownie) lat. Było warto, trakty właściwie wiecznie były pełne podróżnych. Oprócz tego w odległości po (zbędne) 100(słownie) mil od Baargron, mojej siedziby(przecinek) w kierunku wschodnim i zachodnim znajdowały się dwa mniejsze zamki, którymi zarządzali moi kasztelani. Oprócz tego na południowej granicy kazałem wybudował(wybudować) trzy potężne twierdze, (zbędny przecinek)pomimo krzywych spojrzeń i plotek, że może zechcę oderwać część królestwa.

Na obu wybrzerzach(wybrzeżach) znajdowały się dodatkowo porty, wokół których prężnie tworzyły się kolejne dwa grody. Na północnym wybrzerzu(wybrzeżu) nie było portów, za to była sieć niewielkich (przecinek)ale za to solidnie wybudowanych, kwadratowych twierdz obsadzonych przez pięćdziesięcio(razem, bez tej spacji)osobowe drużyny. Ich zadaniem było patrolowanie lasów, łapanie kłusowników, zaopatrywanie mojej siedziby w drewno oraz mięsa. No i patrolowanie wybrzeża.

– Wasza wysokość! – Posłaniec od (zbędne) ojca wyglądał tragicznie, był wychudły i przemęczony, widocznie wcześniej objechał resztę ziem.(Jeden posłaniec objechał tyle ziem, że zdążył wychudnąć? Zdaje mi się, że jeśli do przejechania miał aż taki kawał, to zmieniłby się z kimś innym, w końcu król z pewnością nie miał tylko jednego posłańca) A to znaczyło(przecinek) że stało się coś ważnego. – Jego Cesarska(cesarska) mość Vitthor I wzywa cię do wypełnienia swoich zobowiązań wobec kraju. Oczekuje (przecinek)że w ciągu miesiąca ty i twoje wojska stawicie się pod murami Kardonu. Ruszamy na wojnę, po chwałę i należne nam ziemie, (zbędny przecinek)marnujące się w rękach elfich(elfich rękach). Tam Cesarz(cesarz) osobiście poinstruuje cię i(o) następnych etapach kampani(kampanii). – Ostatnie słowa wypowiadał (przecinek)nie kryjąc wyrazu ulgi na brudnej twarzy.

Dziękuję ci (przecinek)młodzieńcze. Czy musisz zawieźć wici do innych dzielnic,(zbędny przecinek) czy to koniec twojej misji? (No to tym bardziej zdaje się potwierdzać moją wcześniejszą uwagę, że spokojnie mógłby się z kimś zmieniać)

– Koniec, mój Panie(panie). Jeśli pozwolicie...

– A zatem możesz ruszać z nami za trzy dni do Kardonu lub zostać tu (przecinek)dopóki nie przyślą kruka z wezwaniem do stolicy.

Miałem do dyspozycji 5(słownie) tysięcy toporów, świetnie wyszkolonych(Zmieniłabym na "toporników, świetnie wyszkolonych", bo teraz brzmi trochę tak, jakby to same topory były wyszkolone), moi żołnierze w czasie pokoju byli zwykłymi obywatelami, zajmowali się zwykłymi pracami, tylko ich część była na stałej służbie, mimo to każdy z nich codziennie miał ćwiczyć,(zbędny przecinek) i choć trudno było wbić do głowy krasnoludom taką samodyscypline(ę)(przecinek) to w te kilkadziesiąt lat tego dokonałem, z trudami(trudem), ale jednak.

Przejrzałem wszystkie dokumenty w Cesarskiej Bibliotece (przecinek)by znaleźć jak najwięcej informacji o specjalnie wychodowanych(wyhodowanych) za pomocą magii wilczurów(wilczurach)(przecinek) o których dowiedziałem się od ojca, ta legenda krążyła od ponad setki lat i była ignorowana przez innych, ale ja się uparłem i odkryłem sposób, by je wychodować(wyhodować – ale dobrałabym inne słowo, bo się powtarza).

Okazało się(przecinek) że mój nadworny mag jest(był) w stanie odtworzyć receptury na specjalne środki dodawane do pokarmu. Zaczęliśmy od jednej suki i samca, w trzecim pokoleniu uzyskaliśmy efekty – geny zmutowały, pozwoliły nabrać im większych rozmiarów, dzięki temu niektóre okazy osiągają rozmiary nawet kuca, zazwyczaj brakuje im paru cali.

Dobra tresura okazała się być mniejszym problemem, wszystko zależało od właściciela, psy mimo wszystkie(wszystko) pozostawały takie, jakimi ich bogowie stworzyli – kochały tego, kto był dla nich dobrym panem i słuchały go.

Od początku zdawałem sobie sprawę z faktu, że zostane(ę) za to wyśmiany – tak też się stało (przecinek)gdy wieści o tym dotarły do reszty królestwa.

Układałem w głowie rozkazy, liczyłem (przecinek)ile potrzebujemy(potrzebowaliśmy) czasu.

– Kasztelanie, troje najszybszych posłać do południowych twierdz i uprzedzić, że za dwa tygodnie wszyscy konni mają się przegrupować pod twierdzą Larmin. Piesi zaś mają przegrupować się tam najszybciej jak się da i udać do przystani na zachodnim wybrzeżu. Dwoje(Dwóch – raczej byli mężczyznami) pobiegnie (Oni mają roznosić wieści, przemierzając dzielnicę piechotą? Średni pomysł jak dla mnie, no, chyba że wzorujesz się na Grekach :P) do grodów najbliższych naszej stolicy. Za tydzień chce(ę) tu widzieć tysiąc bród chętnych do wojaczki. Ostatni z was pobiegnie do najbliższej północnej załogi. Zredukować liczbe(ę) załóg do 20(słownie) jeźdźców, reszta ma tydzień (przecinek)żeby się przegrupować i stawić na wezwanie. Aha! I niech poślą gońca z wieściami do portu wschodniego, wszystkie statki transportowe mają pięć dni na przepłynięcie na drugą strone(ę). Ruszamy na wojne(ę)!

Niecałe 30(słownie) sekund trwało wyznaczanie biegaczy do poszczególnych rozkazów.

Nie raz bywało, że kruk nie docierał tam, gdzie powinien,(zbędny przecinek) lub całkiem znikał i rozkazy nie zostały wydane.

Czułem adrenaline(ę) w żyłach, wspomnienia paru stoczonych walk, paru zdobytych ran i jeszcze większej ilości zadanych. Czułem (przecinek)jak wypełnia mnie ekscytacja i wola walki.

– Mamy 3(słownie) dni (przecinek)żeby przygotować tranporty(transporty) z zaopatrzeniem, naostrzyć topory, zebrać jeźdźców. Kasztelanie Thrar(przecinek) weźmiecie dowództwo nad piechotą. Za równe dwa tygodnie wypłyniecie do Kardonu, ale nie wpłyniecie do portu. Ja poprowadzę kawalerie(ę) i wozy z zaopatrzeniem. Weźmiesz kruki na swój statek i dobrze je ukryjesz przed żołnierzami. Gdy będziesz na miejscu, pamiętaj (przecinek)by flota zakotwiczyła tak, aby wyglądała nawet nie na połowe(ę) twoich realnych sił. (A jak, przepraszam, flota wojenna ma wyglądać na mniejszą o połowę? Statki zacumują obok siebie w szeregu, żeby się pokrywały? :D)

– Tak(przecinek) Panie(panie), mogę go przyprowadzić w każdej chwili, ale.. On ma dopiero 50(słownie) lat, niedawno dorósł, nawet broda mu nie rośnie jeszcze..(brakuje kropki)

– Nie bójcie się, nie stanie mu się nic złego. Na swoim wilczurze (przecinek)jak rozumiem(przecinek) jeździć i walczyć potrafi?

– Oczywiście, odkąd go otrzymał od Was(was)(przecinek)(od was otrzymał) to się z nim nie rozstaje.

Ogromny potencjał zasługuje(zasługiwał) na ogromne pole do popisu. Skinieniem dłoni przywołałem sługę, który stał przy filarze(przecinek) i rozkazałem przynieść mi książęcy sztandar(przecinek) zanim wróci kasztelan, a sam udałem się do skarbca zejściem, które było pod tronem.

Dlatego zadbałem wcześniej, aby na mojego chorążego czekała kolczuga z mithrillu(Meh, zaś ten mithril, dlaczego w większości opwiadań jest mithril, a nie coś innego? :P), ochrona lepsza niż jakakolwiek zbroja.

Tarcze(ę) odpuściłem, każdy jeździec dostawał ją razem ze swoim szczeniakiem.

– Mój Panie(panie), wzywałeś mnie. Jestem na twoje rozkazy.

Osobiście podałem zaskoczonemu młodzieńcowi drzewiec(drzewce) włóczni(To to jest włócznia czy sztandar? Albo jedno, albo drugie) (kropka)– Będziesz jechał u mego boku po chwałe(ę) i zwycięstwo. A jako że wybieramy się na wojne(ę), to mój chorąży musi być dobrze uzbrojony. (Nie za wcześnie trochę na mianowanie chorążego? Do wojny jeszcze daleko, dopiero zbiera armię, co ten chorąży będzie robił z tym sztandarem i rynsztunkiem do tego czasu. Chyba tylko polerował :D)

Wiedziałem też, że oto los dał mi szanse(ę) wykazania się jako dowódca, wojownik i krasnolud. Czułem, że najbliższe miesiące odmienią losy nie tylko moje, moich żołnierzy, ale całego świata. Nadchodził czas krasnoludów.

Ogólnie tekst napisany jest dobrze, trochę w nim potknięć interpunkcyjnych, a nawet ortograficznych, ale widać, że potrafisz złożyć zdania "do kupy", tak żeby tworzyły sensowną całość. Zwracaj większą uwagę na poprawność zapisu słów, zachęcam także do zerknięcia do forumowego poradnika o interpunkcji – na pewno się przyda.

Niestety, gdy spoglądam na tekst bardziej wnikliwie, znacznie mniej mi się podoba. Przede wszystkim wydał mi się nudnawy – przez jego większość dokładnie opisujesz czytelnikowi włości swego bohatera, skrupulatnie wypisując wszystkie zmiany, jakich ten dokonał. To jak dla mnie naprawdę zbyt długa relacja i o ile z początku nie miałam problemu z przyswojeniem sobie tych informacji, to gdy już dowiedziałam się moim zdaniem najważniejszego, reszta mnie zwyczajnie nudziła. Według mnie takie opisy, jeśli już muszą być w pierwszym fragmencie wszystkie naraz, powinny być znacznie krótsze – czytanie opisu stanu gospodarki regionu, o którym prawie nic się nie wie, nieszczególnie zachęca do reszty tekstu. Ja znacznie bardziej wolałabym dowiedzieć się więcej o bohaterze, dowiedzieć się trochę o wyglądzie jego zamku czy czegokolwiek, na czym jako czytelnik mogę się oprzeć na samym początku czytania, by być gotowa ma poznanie twojej wizji świata. Na samej polityce i gospodarce raczej nie dam rady. :D

Motywy, które wykorzystujesz w tekście (jeźdźcy na psach, wojna – zwłaszcza krasnoludów z elfami) nie są zbyt odkrywcze, bo spotyka się je w większości opowiadań fantasy. Niemniej zawsze widząc powtarzający się motyw, jestem ciekawa, cz autorowi uda się wycisnąć z niego coś nowego. Na to liczę także i w tym tekście.

Niezbyt podoba mi się także to, że bardzo poskąpiłeś w tym fragmencie informacji o głównym bohaterze, bardziej skupiając się na jego poczynaniach we własnych włościach niż nim samym – dobrze zarysowany główny bohater to podstawa, czy też raczej jedna z podstaw dobrego tekstu, więc muszę zwrócić na to uwagę. Jak na razie wydaje mi się trochę nazbyt "hipsterski" na tle innych krasnoludów, ale może to tylko złudzenie.

Tyle ode mnie na ten moment. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#4
Dziękuję za Wasze opinie! Teraz sam widzę, jakich byków tam nasadziłem. Co do opisu bohatera też macie rację, co prawda miałem zamiar go opisać, ale fakt faktem lepiej byłoby zrobić to na początku. Wszystkie uwagi zapisuje w głowię i serdecznie za nie dziękuję. Z powodu pracy/spraw prywatnych nie usiadłem jeszcze do drugiej części, ale trafiło mi się pare dni wolnego, pomysł jest, więc wrzucę coś wkrótcę.
Przejrzę też forum, zastosuję się do rady przywitania w odpowiednim dziale, poczytam inne opowiadania – niestety, jak chyba wszyscy potrzebuje czasu na wszystko a nie mam go na nic.
Jeszcze raz serdeczne dzięki! Pozdrawiam z upalnego Wrocławia, cześć :)
Odpowiedz
#5
(03-08-2015, 10:29)Fizol1996 napisał(a): Dla mnie był to plus, mogłem krok po kroku zamienić (zamieniać) głównie zalesione ziemie w cywilizowane, nowoczesne i przynoszące korzyści Cesarstwu włości.

(03-08-2015, 10:29)Fizol1996 napisał(a): Oprócz tego zdążyłem wykarczować większość puszczy, teraz w ich miejscu stały wsie, w których osiedlali się ci, którym bogowie poskąpili talentu i do wojaczki i do metalurgii.
Albo „[...]większość puszcz, teraz w ich miejscu[...]”, w przypadku gdy na mapie masz kilka puszcz, lub co lepsze: „[...]większość puszczy, teraz w jej miejscu[...]”

(03-08-2015, 10:29)Fizol1996 napisał(a): Na północnym wybrzerzu nie było portów, za to była sieć niewielkich ale za to solidnie wybudowanych, [b]kwadratowych[b] twierdz obsadzonych przez pięćdziesięcio osobowe drużyny
Sorry, klocki lego się przypominają. Określenie ich kwadratowymi bym pominął, bo to nic nie znaczy w tym przypadku.

(03-08-2015, 10:29)Fizol1996 napisał(a): I jeszcze coś – pierwsze pięćdziesiąt lat życia spędziłem na czymś więcej niż nauce walki i beztroskim robieniu niczego
Robiłeś kiedyś „nic”? Moim zdaniem, lepiej było by „nic nie robieniu”, ale tutaj wiem, że wielu się ze mną nie zgodzi....

(03-08-2015, 10:29)Fizol1996 napisał(a): Zaczęliśmy od jednej suki i samca, w trzecim pokoleniu uzyskaliśmy efekty – geny zmutowały, pozwoliły nabrać im większych rozmiarów, dzięki temu niektóre okazy osiągają rozmiary nawet kuca
Kiepskie porównanie wielkości do kuca, moja córka jeździ na kucu, który mierzy sobie nie więcej niż pół metra w kłębie. Widziałem większe wilki bez mutacji...

Ogólnie, opis mi się podoba. Nie uważam, żeby było trzeba tłumaczyć zalążki sporu między elfami a krasnoludami, ale z tego samego powodu nie mogę uwierzyć, że ktoś znalazł krasnoludy dobre w sprincie.
Co to faktu, iż większość tego, co na razie wrzuciłeś jest gołym opisem niczego zbytnio pobudzającego – zgadzam się. Lecz tutaj w przeciwieństwie do poprzedników – czasami tak musi być. Z drugiej strony: znam parę osób, które decydują się, czy chcą czytać daną książkę dopiero po pięćdziesięciu stronach, niemniej większość ludzi zraża się, jeżeli pierwsze dwie strony są nudnawe.
Na koniec dwie rzeczy: Wprowadzaj poprawki – niektórzy naprawdę się starają, żeby wszystko wyłapać, przepuść tekst przez Worda.
Odpowiedz
#6
(03-08-2015, 10:29)Fizol1996 napisał(a):
Era Krasnoludów: Ekspansja
– Mój Panie, przybył posłaniec z rozkazami od Cesarza i prosi o natychmiastową audiencję.
– Wpuść go. (trochę denerwujący początek, bo zacząłeś od dialogu, który nic nie wnosi i nie wiadomo kto do kogo mówi)
Jeden ruch ręką wystarczył (przecinek) by sługus zabrał tace (tacę) z jedzeniem i postawił na jej miejscu misę ze źródlaną, ciepłą wodą. Nie raz bracia i ojciec drwili ze mnie, że chyba elfy na mnie urok rzuciły, bo zachowuje (zachowuję) się tak jak one. Chodziło im oczywiście o mycie rąk, albowiem zazwyczaj przeciętny krasnolud wycierał łapska (przecinek) o co popadnie, nawet we własny kaftan. Ja nie byłem przeciętny, fakt (przecinek) że jestem trzeci w kolejce do tronu (przecinek) właściwie skreślał moje szanse na rządzenie czymś więcej niż najmniejszą z dzielnic w kraju. Moje ziemie rozciągały się od wschodniego wybrzeża do zachodniego, blisko trzysta mil szerokości (przecinek) jak zapewniał mój kartograf. Na północy rozciągało się oczywiście morze, a za nim pewnie nic – tutaj kończył się Świat (małą literą).

Dla mnie był to plus, mogłem krok po kroku zamienić głównie zalesione ziemie w cywilizowane, nowoczesne i przynoszące korzyści Cesarstwu (małą literą) włości. Nauczyłem się już, że nikt mnie za to nie pochwali. Najważniejsi byli moi ludzie. Gdy obejmowałem władze (władzę) w jeszcze wtedy niewielkim grodzie, w dodatku zbudowanym głównie z drewna, nieotoczonym nawet murem ani fosą (przecinek) przeklinałem cały świat. Dziś w tym samym miejscu stał potężny zamek otoczony solidnym, kamiennym murem (przecinek) za którym znajdowało się miasto pełne rzemieślników, kowali (kowal to też rzemieślnik), kupców i całej masie (masy) parających się różnymi zajęciami krasnoludów. Oprócz tego zdążyłem wykarczować większość puszczy, teraz w ich miejscu stały wsie, w których osiedlali się ci, którym bogowie poskąpili talentu i do wojaczki (przecinek) i do metalurgii.

Oprócz tego w odległości po (zbędne) 100 (słownie) mil od Baargron, mojej siedziby (przecinek) w kierunku wschodnim i zachodnim znajdowały się dwa mniejsze zamki, którymi zarządzali moi kasztelani. Oprócz tego (natarczywe powtórzenie) na południowej granicy kazałem wybudował trzy potężne twierdze, pomimo krzywych spojrzeń i plotek, że może zechcę oderwać część królestwa. Na obu wybrzerzach (wybrzeżach – bo 'brzeg') znajdowały się dodatkowo porty, wokół których prężnie tworzyły się kolejne dwa grody. Na północnym wybrzerzu (wybrzeżu) nie było portów, za to była sieć niewielkich (przecinek) ale za to solidnie wybudowanych, kwadratowych twierdz obsadzonych przez pięćdziesięcio osobowe (łącznie) drużyny.

– Wasza wysokość! – Posłaniec od ojca wyglądał tragicznie, był wychudły i przemęczony, widocznie wcześniej objechał resztę ziem. (a to nie można było wysłać kilku? każdego w innym kierunku?)

A to znaczyło (przecinek) że stało się coś ważnego. – Jego Cesarska (małą literą) mość Vitthor I wzywa cię do wypełnienia swoich zobowiązań wobec kraju. Oczekuje (przecinek) że w ciągu miesiąca ty i twoje wojska stawicie się pod murami Kardonu. Ruszamy na wojnę, (zbędny przecinek) po chwałę i należne nam ziemie, marnujące się w rękach elfich. Tam Cesarz (małą literą) osobiście poinstruuje cię i (o) następnych etapach kampani (kampanii). – Ostatnie słowa wypowiadał (przecinek) nie kryjąc wyrazu ulgi na brudnej twarzy.

Dziękuję ci (przecinek) młodzieńcze. Czy musisz zawieźć wici do innych dzielnic, czy to koniec twojej misji?
– Koniec, mój Panie (małą literą). Jeśli pozwolicie...
– A zatem możesz ruszać z nami za trzy dni do Kardonu lub zostać tu (przecinek) dopóki nie przyślą kruka z wezwaniem do stolicy. Idź i zasłużenie odpocznij.
No tak, Północ mała to i niewiele wojska, więc wici na końcu przybyły do mnie. Cóż, nie tylko zamki, miasta i grody rozbudowałem. Miałem do dyspozycji 5 tysięcy toporów, świetnie wyszkolonych, (raczej kropka i dalej dużą literą) moi żołnierze w czasie pokoju byli zwykłymi obywatelami, zajmowali się zwykłymi pracami, tylko ich część była na stałej służbie, mimo to każdy z nich codziennie miał ćwiczyć, (zbędny przecinek) i choć trudno było wbić do głowy krasnoludom taką samodyscypline (samodyscyplinę) (przecinek) to w te kilkadziesiąt lat tego dokonałem, z trudami, ale jednak. I jeszcze coś – pierwsze pięćdziesiąt lat życia spędziłem na czymś więcej niż nauce walki i beztroskim robieniu niczego. Przejrzałem wszystkie dokumenty w Cesarskiej Bibliotece (przecinek) by znaleźć jak najwięcej informacji o specjalnie wychodowanych (wyhodowanych) za pomocą magii wilczurów (wilczurach) (przecinek) o których dowiedziałem się od ojca, (raczej kropka i dalej dużą literą) ta legenda krążyła od ponad setki lat i była ignorowana przez innych, ale ja się uparłem i odkryłem sposób, by je wychodować (wyhodować). Były o wiele większe od zwykłych (przecinek) ludzkich psiaków. Okazało się (przecinek) że mój nadworny mag jest w stanie odtworzyć receptury na specjalne środki dodawane do pokarmu. Zaczęliśmy od jednej suki i samca, w trzecim pokoleniu uzyskaliśmy efekty – geny (nie wiedziałem, że krasnoludy znają się na genetyce) zmutowały, pozwoliły nabrać im większych rozmiarów, dzięki temu niektóre okazy osiągają rozmiary nawet kuca, zazwyczaj brakuje im paru cali. Dobra tresura okazała się być mniejszym problemem, wszystko zależało od właściciela, psy mimo wszystkie (wszystko – ale się powtarza) pozostawały takie, jakimi ich bogowie stworzyli – kochały tego, kto był dla nich dobrym panem (przecinek) i słuchały go. Opracowaliśmy specjalny program dla następnych sztuk, w kilkanaście lat udało mi się uformować około tysiąca wilczurzej kawalerii. Od początku zdawałem sobie sprawę z faktu, że zostane (zostanę) za to wyśmiany – tak też się stało (przecinek) gdy wieści o tym dotarły do reszty królestwa.

Układałem w głowie rozkazy, liczyłem (przecinek) ile potrzebujemy czasu. Przyglądałem się posłańcom wchodzącym do sali tronowej. Cała szustka (szóstka) pochyliła się z szacunkiem i stanęła na baczność.
– Kasztelanie, troje (trzech) najszybszych posłać do południowych twierdz i uprzedzić, że za dwa tygodnie wszyscy konni mają się przegrupować pod twierdzą Larmin. Piesi zaś mają przegrupować się tam najszybciej jak się da i udać do przystani na zachodnim wybrzeżu. Dwoje (Dwóch) pobiegnie do grodów najbliższych naszej stolicy. Za tydzień chce (chcę) tu widzieć tysiąc bród chętnych do wojaczki. Ostatni z was pobiegnie do najbliższej północnej załogi. Zredukować liczbe (liczbę) załóg do 20 (dwudziestu) jeźdźców, reszta ma tydzień (przecinek) żeby się przegrupować i stawić na wezwanie. Aha! I niech poślą gońca z wieściami do portu wschodniego, wszystkie statki transportowe mają pięć dni na przepłynięcie na drugą strone (stronę). Ruszamy na wojne (wojnę)!

Czułem adrenaline (adrenalinę) w żyłach, wspomnienia paru stoczonych walk, paru zdobytych ran (rany się zdobywa? a ja myślałem, że 'odnosi') i jeszcze większej ilości zadanych. Czułem (przecinek) jak wypełnia mnie ekscytacja i wola walki.
– Mamy 3 (słownie) dni (przecinek) żeby przygotować tranporty (transporty) z zaopatrzeniem, naostrzyć topory, zebrać jeźdźców. Kasztelanie Thrar (przecinek) weźmiecie dowództwo nad piechotą.

Gdy będziesz na miejscu, pamiętaj (przecinek) by flota zakotwiczyła tak, aby wyglądała nawet nie na połowe (połowę) twoich realnych sił.

– Tak (przecinek) Panie (małą literą), (raczej kropka i dalej dużą literą) mogę go przyprowadzić w każdej chwili, ale.. (wielokropek składa się wyłącznie z trzech kropek) On ma dopiero 50 (słownie) lat, niedawno dorósł, nawet broda mu nie rośnie jeszcze.. (to nie jest wielokropek)
– Nie bójcie się, nie stanie mu się nic złego. Na swoim wilczurze (przecinek) jak rozumiem (przecinek) jeździć i walczyć potrafi?
– Oczywiście, odkąd go otrzymał od Was (małą literą) (przecinek) to się z nim nie rozstaje. Za chwilę go przyprowadzę.
Wiedziałem, że Thrar to dobry zarządzca (zarządca), ale jeszcze lepszy wojownik.

Skinieniem dłoni przywołałem sługę, który stał przy filarze (przecinek) i rozkazałem przynieść mi książęcy sztandar (przecinek) zanim wróci kasztelan, a sam udałem się do skarbca zejściem, które było pod tronem.

Do tego hełm z hartowanej wedle starych metod (stali), bardzo solidna robota. Rękawice skórzane (przecinek) wzmocnione stalowymi, niewielkimi płytkami.

– Mój Panie (małą literą), wzywałeś mnie. Jestem na twoje rozkazy.
– Thalarze, synu Thrara, mianuje cię książęcym chorążym. Od teraz będziesz odpowiedzialny za ten sztandar. – Osobiście podałem zaskoczonemu młodzieńcowi drzewiec włóczni (sztandar to nie włącznie i nie ma takiego słowa jak 'drzewiec') – Będziesz jechał u mego boku po chwałe (chwałę) i zwycięstwo. A jako że wybieramy się na wojne (wojnę), to mój chorąży musi być dobrze uzbrojony. To – wskazałem na przygotowane wcześniej podarunki – od teraz należy do ciebie.
Widziałem zapał, zaskoczenie, radość i przede wszystkim (zbędne) wdzięczność w oczach tego młodzieńca. Wiedziałem już, że to był dobry wybór. Wiedziałem też, że oto los dał mi szanse (szansę) wykazania się jako dowódca, wojownik i krasnolud.

Nie naniosłeś poprawek w tekście i musiałem męczyć się od początku. Pierwsza rzecz – pracuj z edytorem tekstu, bo tak banalne błędy ortograficzne są niewybaczalne. Z interpunkcją jest średnio – szybko powinieneś się w niej podciągnąć.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Cześć. Nie było mnie tu sporo czasu. Nadrobię poprawki tekstu, przepraszam Was – ostatnio nie miałem czasu na nic, a robić chciałoby się wszystko. Muszę sobie pakiet office pobrać, póki co pisałem wszystko w WordPadzie i przyznam że na hura – napisałem, nie sprawdziłem i wrzuciłem na forum. Pojawił się komentarz, że czerpie ze starych schematów – owszem, ale chcę je napisać w inny sposób. Pojawiły się pretensję o krasnoluda sprintera – nie wiem w czym problem, przed chwilą miałem nie trzymać się schematów? A tak na poważnie: chcę stworzyć, a właściewie tworzę świat takim, jakim poukładałem go w głowie, jest to fantasy, nie oczekujcie że wszystko będzie trzymało się wzorów, jakie ustalali inni autorzy w sławnych powieściach. U mnie elfy nie są długowieczne, raczej dożywają maksimum 250 lat, bo kto powiedział, że muszą być? A mimo to nadal będą kochały naturę i świetnie strzelały z łuków. Dlaczego więc krasnolud niemiałby mieć mega pary w nogach i trenować do tego, żeby być posłańcem tak intensywnie i fanatycznie, żeby mieć sylwetkę pozwalającą na to?
Chyba nabrałem pokory, właśnie dziś skończyłem pisać drugą część, starałem się, aczkolwiek błędów pewnie też się znajdzie, póki co, zapraszam do lektury! :)

Miesiąc podróży dał się we znaki. Co prawda spędziliśmy dwa dni w Larmin, czekając na wszystkich jeźdźców, ale następne dwa tygodnie drogi do Kardonu nie były komfortowe. Zwłaszcza, że przez pięć ostatnich dni podróży nie było żadnych rzek czy strumieni, musieliśmy oszczędzać wodę dla nas i dla psów. Przepocone i zakurzone brązowe włosy właściwie przyklejały się do moich ciuchów na plecach. Broda, jeszcze krótka, zakrywająca ledwie szyje też wyglądała jakbym ją ściął z grzbietu wilczura i przykleił na twarz. Zwiadowcy donieśli mi parę godzin wcześniej, że miasto jest szczelnie otoczona przez nasze wojska, a dowodzi mój ojciec. Ale był też mój najstarszy brat, Vitthor II, swoją drogą brutalny głupek. Niestety, następca tronu. Na tle wyraźnie widzieliśmy już obóz wojskowy i jakieś ruchy na wprost nas. Spokojnie jechałem na czele tysiąca kawalerzystów. Na powitanie wyszła spora grupa krasnoludów, w tym generał Ori, jeden z zaufanych doradców ojca i jeden z moich mentorów.
– Patrzcie bracia! Cyrk do nas zajechał! Krasnolud na psie! A jak cuchnie! Tylko nie wiem, który z tych dwóch błaznów tyle się nie mył! Karl, chyba szkodzi ci życie na powierzchni!
Zebrani dookoła wybuchnęli gromkim śmiechem. Nie gniewałem się, tacy już byliśmy. Ścisnąłem mocniej wodze, wilczur był świetnie wyszkolony, w jednej sekundzie doskoczył i przycisnął Oriego łapą do ziemi.
– Ori, chyba za dużo siedzisz pod ziemią, skamieniałeś. Popatrz, zwykły pies cyrkowy pluje ci w twarz! – Teraz śmialiśmy się juz wszyscy. Zeskoczyłem z siodła i pomogłem wstać przyjacielowi. Byłem od niego parę centymetrów wyższy. Jak na krasnoluda, byłem uznawany za wysokiego, metr sześćdziesiąt to rzadki wynik, zazwyczaj osiągaliśmy metr pięćdziesiąt, czasami trochę więcej.
– Dobrze cię widzieć. Ale o tym co u Ciebie i u mnie pogadamy później. Najpierw musimy tu zdobyć pewne miasto – wskazał palcem za siebię. Kardon był dobrze ufortyfikowany. Wysokie na kilka metrów mury utrudniały szturm, poza tym elfowie byli świetnymi łucznikami. – Otoczyliśmy ich z każdej strony szczelnym pierścieniem. Póki co nie było żadnych kontrataków, prawdopodobnie ubiliśmy wszystkich zwiadowców. Niestety, tylko Ty posiadasz flotę, cała reszta tym gardzi, więc elfowie zdążyli wysłać wszystkie statki, ostatni dwa dni temu. Prawdopodobnie wywieźli ludność cywilną i część bogactw.
– Za ile będą gotowe machiny oblężnicze?
– Parę dni, trzy, góra cztery.
– Za długo. Statki wrócą, a z nimi wojsko i zapasy. Oblężenie może się ciągnąć miesiącami. Nie mamy na to czasu.
– Twój ojciec z bratem właśnie radzą. Idziesz od razu?
– Idę. Tylko wydam rozkazy moim ludziom.
Podszedłem do kasztelana i kazałem mu zorganizować rozkładanie obozu, pouczyłem, żeby natychmiast przekazał mi wieści ze statków, gdy nadejdą. Obrady mogły trwać do późnej nocy, nawet rana, a ja musiałem być na bieżąco. Każde zdarzenie mogło być na wagę złota. Zabrałem ze sobą mojego chorążego i maga, po czym podszedłem do Oriego.
– Na co czekamy, dziadku?
– Zobaczymy, czy jesteś taki żwawy w bitwie jak ja, młokosie. A tak poza tym, dużo masz tych piesków? Przydałby mi się taki.
– Co, nie ma ci kto nóg grzać zimą?
Zaśmialiśmy się. Moje podejrzenia się sprawdziły, wilczury zrobiły odpowiednie wrażenie. Szliśmy w głąb obozu, ja brudny, w zwykłych czarnych spodniach i czarnej koszuli. Nie gadaliśmy, każdy zastanawiał się jak przyśpieszyć oblężenie. Nie chodziło o brak sił, poza moimi pięcioma tysiącami żołnierzy, razem z wojskami Cesarza i brata było nas tu dobre pięćdziesiąt tysięcy. Chodziło o zminimalizowanie strat, jeżeli elfowie wzmocnią załogę, mogą się bronić nawet rok. Rzucenie wszystkich sił na raz odpadało, zadeptalibyśmy się nawzajem, udział w szturmie weźmie kilka tysięcy żołnierzy. To miał być przede wszystkim, zaraz po podbiciu twierdzy, drugi czynnik działający na psychike elfów – manifestacja siły, wywołanie w nich strachu, paniki, co miało skutkować zakłócenie organizacji, obniżenie morale i tak dalej.. Straż bez problemu wpuściła nas do namiotu.
– Witaj Panie – pokłoniłem się ojcu z szacunkiem. Ten jednak bez ceregieli objął mnie mocno. Następnie przywitałem się z bratem, ale tylko uścickiem dłoni.
– Cuchniesz, Karl – powiedział Vit. Zignorowałem go, w mojej opini nie było teraz czasu na przepychanki z głupcem.
– Ojcze, jak wygląda sytuacja?
– To Ori jeszcze ci nie nakablował? – Zaśmialiśmy się znów. Po chwili jednak twarz ojca nabrała poważnych rys. Był już grubo pod czterysetkę, w jego ciemnych włosach i brodzie pojawiała się już siwizna. Ojciec był mojego wzrostu, odziany w purpurowe szaty z wyszytą szarą pięścią na piersi. – A tak poważnie, jesteśmy w dupie. Nie zdążymy na czas wybudować machin, a z tego co mi doniesiono, niewielka ta twoja flota, nie przebijecie się przez blokade portową.
– Niewielka dla ich oczu. Za horyzontem, w zatoczce stacjonuje jeszcze piętnaście okrętów, na każdym dwóstu uzbrojonych po zęby krasnoludów.
– Ha! Bardzo rozsądnie. Ale to zatrzyma elfów tylko na jakiś czas, ich flota liczy sobie o wiele więcej statków.
– Trzeba szturmować całymi siłami i wyważyć bramę! – zakrzyknął Vit. Spojrzałem na niego sceptycznie i powiedziałem:
– A liczysz się ze stratami? Chcesz połowę armii zostawić pod tymi murami?
– Liczy się tylko zwycięstwo!
– Zamknij się! Nie poświęce tylu moich ludzi! – Wydarł się tym razem ojciec. Widziałem że musiał odciągać go od tego pomysłu już od paru dni.
– A jakimi siłami dysponuje wróg na tę chwilę?
– Jakieś półtora, góra dwa tysiące..
Do bronienia takiego miasta jak Kardon to było dużo. Gdybyśmy mieli wieże oblężnicze i drabiny to zdobylibyśmy miasto w góra dwa dni. Pomysł z forsowaniem bramy był zbyt kosztowny i w tym dojrzałem szansę dla mnie i moich ludzi. Port na pewno był zablokowany łańcuchem, statek nie przepłynie, na łodziach wystrzelają nas jak kaczki. Marnie to wyglądało. Zapadła długa cisza, przerywana ni to parsknięciami wściekłości, ni to westchnieniami ze znużenia. Przerwało ją przybycie kasztelana. Uniosłem wzrok dopiero, gdy podszedł do mnie przekazać mi meldunki.
Wasza Wysokość! Flota została rozstawiona wedle rozkazów. Po drodze przejęliśmy statek towarowy należący do elfów. Czekamy na dalsze rozkazy.
– Panowie! Oto nasza przepustka do miasta elfów! – wykrzyknąłem unosząc meldunek w górę.


Na pokładzie zmieściło się nas 70 krasnoludów razem z wilczurami, większość pod pokładem, ci, którzy znaleźli się na wierzchu leżeli ukryci pod płachtami. Na szczęście wzięto paru elfów do niewoli, pozorowali normalne zachowanie żeglarzy z wymierzonymi w plecy kuszami. Jeszcze chwila i okaże się czy mój plan zadziała, czy utopie kości w morzu, podziurawiony elfimi strzałami. 100 metrów, myśli wirowały, adrenalina skoczyła do maksimum. Byłem gotowy na walkę. Ja i mój mag znaliśmy elfią mowę, w razie próby zdemaskowania kusznicy od razu dostaną sygnał: zabić jeńców. Statek prawie stanął w miejscu, przysłuchiwałem się rozmowie, wszystko szło zgodnie z planem. W pewnej chwili dotarł do mnie sens słów wykrzykniętych gdzieś przed nami:
– Podnieść łańcuch!
Gdy statek tylko zacumował, wydarłem się co sił:
– Do ataku!
Mój wilczur skoczył poczuwszy szarpnięcie wodzy, w ułamku sekundy byliśmy na brzegu, ja zatapiałem klingę w w elfie, mój wilczur zatapiał kły w kolejnym... Nasz cel był prosty: brama. Mieliśmy podnieść bramę jak najszybciej, zanim obrońcy zdążą się zorientować i przegrupować. Była noc, może dwie godziny do świtu. Gdy na nabrzerzu zostały same elfie trupy ruszyliśmy pędęm w stronę bramy, po drodze nie szczędząc nikogo. W mieście i tak podniesiono chwile później alarm – to było nie ważne, przemieszczaliśmy się zbyt szybko, by mogli nas skutecznie zatrzymać w którymś miejscu. Dopiero pod bramą może być ciężko – ostrzał z murów plus zapewne w pare minut kilkaset zbrojnych za plecami. Oj ryzykowny plan, ryzykowny.. Dotarliśmy do bramy.
– Otwierać! Szybko! Thalarze! Zostań tu dopóki nie wedrą się nasi! Koleorze – zwróciłem się do maga – za mną! Ruszamy na pałac! Musimy wziąć arystokracje jako zakładników! Weź 20 naszych!
– Karl! Zwariowałeś, tego nie było w planie!
– Rób co mówię!
Ruszyliśmy, pozostałych piętnastu moich ludzi skupiło się przy mechaniźmie podnoszącym bramę i go chroniło. Musiałem zdobyć zakładników, ważnych, musiałem zagwarantować nam w razie niepowodzenia szturmu przepustkę dla mnie i chociaż części mojej załogi. Przezorne ubezpieczenie. Zanim nasi dotrą do murów minie kilka minut, nie manewrowaliśmy wojskiem przed murami, żeby zachować element zaskoczenia, a obóz leżał kilkaset metrów od murów – elfy potrafiły strzelać celnie nawet na 200 metrów. Pokierowałem oddział bocznymi uliczkami, rozkład miasta znałem z map dostarczonych nam przez szpiegów – znaczy naszych handlarzy, którzy przy okazji zarabiani oddawali przysługę Imperium. Jeśli nam dopisze szczęście, jeśli się nie pomyliłem – miniemy się o kilka domów z oddziałami ciągnącymi do odparcia szturmu, dopiero w pałacu napotkamy na opór. 21 krasnoludów na wilczurach i jeden mag to mimo wszystko spora siła rażenia, nasi magowie posługiwali się specyficzną jej odmianą – ich czary bojowe to były zwykłe, okrągłe kamyczki, mieszczące się w dłoni, naznaczone odpowiednimy runami i samą "magią". Nie umiałem pojąć procesu "nasycania", to rozumieli chyba tylko oni. Najważniejsze że było to skuteczne – szeptem wypowiadane zaklęcia, zazwyczaj krótkie, dawały możliwość ciskaniem kul ognia, brył lodu czy głazów w zabójczym tempie. Oczywiście siły magów opadały, ale proces ten został skutecznie wydłużony specjalnymi eliksirami alchemicznymi, to pozwalało im walczyć nawet do godziny i uwierzcie, to wystarczająco. Wpadliśmy przez bramę jak cień, nikt nas się nie spodziewał, pewnie założono, że szturm zostanie odepchnięty, widocznie meldunki nie docierały sprawnie lub były niedokładne, albo, co tez bardzo prawdopodobne, nie uwierzono w krasnoludów jeżdżących na ogromnych psach. Wybijaliśmy strażników co do nogi, wilki same skakały do gardeł – poczuły szał bitewny, jak my. Runąłem w strone pałacu, zanim obecni tam ludzie się zabarykadują, moi ludzie za mną. Przedzieraliśmy się do sali audiencyjnej, konsekwentnie pozbawiając żywej duszy każde pomieszczenie. Spodziewałem się zabarykadowanych drzwi i właśnie dlatego wziąłem ze sobą maga. Ale o dziwo były otwarte, a zebrani w środku elfowie bez broni. Wjechałem pierwszy i coś jakby na mnie opadło, przestałem czuć szał bitewny, adrenaline, pragnąłem piękna.. Znalazłem je, była tam. Piękna. Po prostu. Brakowało mi słów, nie umiałem opisać tego w żadnych słowach, w żadnym języku. Zdjąłem hełm, zeskoczyłem z siodła, szedłem do niej, byłem może 10 metrów od celu gdy coś zagłuszyło ten stan, usłyszałem szept, poczułem żar przy uchu i zobaczyłem jak kula ognia ją otacza, odrzuca na ścianę w głębi sali i gaśnie i kilkunastu płonących kawałkach. Powróciła jasność umysłu, spadło na mnie otrzeźwienie, wydarłem się:
– Związać ich! Wszystkich! I Zamknąć główne wrota, zabarykadować je, przeszukać pałac, kogo znajdziecie – zabić. Tylko ci tutaj się liczą. Nic nie kraść! To miasto należy do Cesarza Vitthora I!
Przywołałem Poleora skinieniem głowy.
– Tak, książę?
– Dziękuję. To była elfia czarodziejka, prawda? Co ona mi zrobiła? I czy była kimś ważnym? – ostatnie pytanie było retoryczne, wszyscy elficcy magowie byli ważni, oni dowodzili krajem, zawsze, elita.
– Rzuciła na Ciebie, a właściwie na nas wszystkich urok. Nie miałem wyjścia..
– Wiem. Pomimo tego że to wznieci w nich gniew i wzmocni opór, nie ukaram Cię. Uratowałeś nas.
– Co teraz?
– Czekamy.
– Zanim nasze wojska opanują miasto trochę minie. Może poszukamy jakiegoś wina, książe?
– Karl. Mów mi Karl.
Uścisneliśmy sobie dłonie. I choć powinniśmy być czujni, poszliśmy szukać wina.
Odpowiedz
#8
Nieśmiało przypominam o wprowadzeniu poprawek do poprzedniego fragmentu. Zajrzę tu za jakiś czas, żeby sprawdzić, czy dotrzymałeś obietnicy. Tymczasem nie musisz stresować się napierającymi terminami i możesz spokojnie dokonać korekty, zanim otrzymasz kolejną. :3
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości