Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
[Vexion]Era Bezkresnych
Cytat: – Czy ja umarłem? – zapytał nagle Ceasar. – Tam... tam na dole. (Rozumiem, że chodzi o to, czy nadal jest mężczyzną. Jeśli tak, to lepiej pisać wprost 'Czy ja umarłem jako mężczyzna?')
Ok, tutaj śmiechłem, bo nawet coś takiego nie wpadło mi do głowy xD Poprawię to na jakąś rozsądną formę... Te "tam" miało się odnosić do kolonii (która znajdowała się pod ziemią), a nie... no cóż xD

Dzięki za komentarz i poprawki, Naw :)



Rozdział XI – Są jedynie pyłem
Część II


– To jedno z wejść – powiedział Ceasar, kiedy zatrzymali się przed wejściem do jaskini.
– Jesteś pewien, że powinieneś mi mówić?
– Przyjmijmy taką hipotetyczną sytuację. Jakbyś mnie śledziła i zobaczyła, że tutaj wchodzę, ile czasu by ci zajęło, by odnaleźć kolonię? – zapytał.
– Przyjmując, że to nie była ironia, potrzebowałabym od kilku godzin do trzech dni, w zależności od grubości skał i rozległości systemu jaskiń – stwierdziła z namysłem Salia. – Jeżeli miałabym te informacje pozyskać siłą, to ledwie kilkanaście sekund.
Ceasar niejasno zdawał sobie sprawę z tego, że to nie było czcze gadanie. Zaśmiał się jedynie nerwowo.
– A więc co to za różnica? Kilka godzin w te czy we wte dla kogoś, kto nie odczuwa zmęczenia – powiedział, po czym ciężko westchnął. – Pokieruję cię, nie sądzę, żebym dał radę dojść tam samemu.
Salia posłusznie weszła i skręcała w kolejne korytarze zgodnie z poleceniami Ceasara.
– To jest naprawdę skomplikowana formacja jaskiń – powiedziała po pół godzinie marszu. – Stanowi prawdziwy labirynt. Jakim cudem w nim się nie gubicie?
– Kwestia doświadczenia. Po dwóch latach chodzenia przez te jaskinie przestałem się gubić – wyznał. – Po siedmiu latach nogi właściwie same mnie niosą już do domu, o ile są w stanie.
– Zabawne, że w tej kwestii dobrze pamiętasz drogę, a po drodze do Silverin tyle razy się zgubiłeś – zauważył automaton.
– To... inna sprawa – burknął Ceasar. – Łatwo o czymś zapomnieć, jeżeli z czegoś nie korzystasz.
– Myślę, że odrobinę rozumiem ten mechanizm – powiedziała po chwili namysłu. – Ale wątpię, byś ty zrozumiał moje wytłumaczenie.
– Z pewnością tak. Powinienem raczej zrozumieć najpierw najbardziej ogólne rzeczy. Moja siostra ma do tego dryg. Kiedy zabiera się do pracy, to tak jakby przestawał istnieć cały inny świat.
– Interesujące. Z pewnością kierują nią jakaś determinacja albo wyraźny cel.
– O tak, z pewnością – westchnął cicho Ceasar. – Dobra, to tutaj – powiedział po kilkunastu minutach podróży. – Gdzieś tutaj powinna być linka do pociągnięcia... przybliż mnie...
– Zaskakujące. Nie wyczuwam żadnych sygnatur – powiedziała, pochylając się razem z Ceasarem na plecach, by ten mógł coś wymacać na ścianie. – Wiem, że za tą ścianą jest pusta przestrzeń, ale normalnie bym ominęła to miejsce.
– Naprawdę? – Ceasar brzmiał na dziwnie szczęśliwego. – Wyłożyliśmy większość zewnętrznych ścian metalowymi płytami. Chyba ołów. A korytarz wejściowy to długi zygzak. O, jest. – Pociągnął za linkę. – Dobra, możesz mnie teraz położyć pod ścianą.
– W porządku. Żegnaj Ceasar. Spotkamy się za pół roku.
– Nie mów „żegnaj”, to źle brzmi, zupełnie jakbyśmy mieli jednak się więcej nie zobaczyć. Lepiej „do zobaczenia” – pouczył ją na odchodne.
– A więc do zobaczenia.
– Będę czekał, Salia.
Skinęli sobie głowami, wymienili uśmiechy i Salia odwróciła się w kierunku, z którego przyszli.
– Wiesz co? – powiedział głośniej. – To naprawdę odświeżające uczucie. Patrzeć na czyjeś oddalające się plecy i wiedzieć, że się znowu spotkamy.
Automaton spojrzała na niego zdziwiona, a po chwili namysłu uśmiechnęła się i pomachała ręką na pożegnanie. A on został sam. Ta samotność, ta pustka, którą udawało mu się odpychać na bok dzięki Salii, uderzyła z podwójną pomocą. Wszechobecna ciemność, wyryta głęboko w pamięci, była tak dusząco gęsta. Od kiedy to go tak przerażało? Przymknął oczy i skupił się na własnych myślach, wyczekując przybycia kogokolwiek. Byle nie być już samotnym w tej ciemnicy. Ale... co jeżeli nikt się nie zjawi? Co jeżeli pomyślą, że to pułapka? W bezruchu próbował wyłapać jakikolwiek dźwięk, nawet taki najdrobniejszy, jako dowód tego, że nie tkwił w pustce, w innym, bardziej przerażającym miejscu.
I usłyszał stłumione kroki. Coraz głośniejsze, jakby ktoś biegł. Ciężkie drzwi nagle odskoczyły i huknęły, kiedy zderzyły się ze ścianą. Jasne światło oślepiło chłopaka, ale potem szybko opadło. Ktoś cicho pisnął z podekscytowania.
– Wiedziałam... że żyjesz! – wyszeptała radośnie Cearis.
– W końcu wróciłem do domu – powiedział słabo i uśmiechnął się do siostry, z trudem rozkładając ramiona do uścisku.
Dziewczyna ze łzami w oczach przytuliła się do niego. Przyjemne ciepło drugiego bliźniaka rozlało się w sercu, kiedy ten fragment całości, który gdzieś wypadł, z powrotem wsunął się na swoje miejsce. Jeszcze nigdy tak bardzo brakowało im siebie nawzajem.
– Wiesz, byłam silna – powiedziała cicho. – Wszyscy mówili, że nie żyjesz, ale nie chciałam im wierzyć. Obiecałeś mi, że nigdy mnie nie zostawisz. I nie zostawiłeś mnie. – Pociągnęła głośno nosem. Ceasar zauważył, że sam płakał. – Bałam się, co będzie, jeżeli...
– To nie jest ważne. Zawsze byłaś silna, najsilniejsza z nas wszystkich – odpowiedział. – Dziękuję, że wierzyłaś we mnie, nawet kiedy ja zwątpiłem. Ale dowiedziałem się wtedy czegoś ważnego. Naprawdę cię kocham, siostrzyczko, i jesteś jedynym, czego mi potrzeba do szczęścia – wyszeptał, przytulając ją tak mocno, jak pozwalało na to mizerne ciało.
– Ja ciebie też kocham. Jesteśmy tylko my i nikt więcej – stwierdziła z uśmiechem. Słowa „a cały świat przeciwko nam” zawisły w powietrzu niewypowiedziane zarówno przez nią, jak i przez niego. – Cieszę się, że jesteś cały.
– Powiedzmy – zaśmiał się cicho chłopak. – Ach, nie pozwolę ci wyjść za mąż. Nikt nie zasługuje na tak wspaniałą żonę – stwierdził z udawanym smutkiem.
– Ja też nie pozwolę ci się ożenić. Nikt nie powinien być skazany na tak bezradnego męża – odpowiedziała.
– Auć, to odrobinę zabolało – powiedział lekko urażony. – Choć nie tak daleko od prawdy. Jestem prawdziwym idiotą, ale proszę, obiecaj mi jedno. Proszę, nigdy więcej nie zostawiaj mnie samego...
Poczuła, że drżał, jakby przed strachem przed czymś. Przytuliła go mocniej, by być jeszcze bliżej. Cicho płakali w swoich objęciach, nadrabiając powoli stracone lata tłumionych emocji. Od zawsze byli zdani tylko i wyłącznie na siebie i próbowali pomagać sobie nawzajem, przez co z trudem ufali innym. Ale teraz, w tym momencie, nie istnieli żadni „inni”.
– Obiecuję. I obiecuję, że nie pozwolę, byś mnie zostawił.
– Nie chcę ciebie zostawiać – powiedział cicho. – Gdyby nie ona... z pewnością bym nie wrócił.
– Ona...?
Ceasar jedynie potrząsnął głową i wziął głębszy oddech, zbierając się do kupy.
– Później. Opowiem ci wszystko. To sekret tylko dla twoich uszu – wyszeptał, zerkając na wejście. – Nie mam zamiaru niczego przed tobą ukrywać.
– Może faktycznie odrobinę zmądrzałeś.
– Wiesz, mam za sobą naprawdę niezwykłe dni – stwierdził cicho. – Najwyższy czas, prawda? Nie mogę być dłużej tym beznadziejnym bliźniakiem.
– Mi nie przeszkadza, jakbyś był – zachichotała. – To by znaczyło, że mnie nigdy nie opuścisz i będę mogła się tobą opiekować!
Ceasar jedynie uśmiechnął się do siostry i wytarł łzy. Czuł się przyjemnie odświeżony, podobnie jak Cearis. Słyszał kolejne kroki i cień znajomej sylwetki.
– Marnie wyglądasz – zauważyła.
– Powiedz mi coś, czego nie wiem – odpowiedział. – Wiesz co? Świat wydaje się odrobinę lepszy, kiedy nie muszę myśleć o dniu jutrzejszym.
– Skąd taka zmiana?
– Wiesz, to były naprawdę niezwykłe dni – zaśmiał się i mrugnął przyjaźnie do niej. – Zmywajmy się stąd, tęsknię za porządnym łóżkiem i jedzeniem... Cześć, Aarl, Simon. Mam wrażenie, że ostatni raz widziałem was lata temu – stwierdził pogodnie, choć dosyć niemrawo. Poczuł nagle dziwne zmęczenie, kiedy największy ciężar opadł z jego barków.
– Ceasar... – wykrztusił z siebie Aarl.
– Ty... my... żyjesz... – wyrzucił zdumiony Simon.
– Miło, że zabiliście mnie już drugi raz w tym miesiącu – westchnął Ceasar. – Choć, jak myślę, mieliście swoje powody.
– Wyglądasz... – Aarl urwał, szukając odpowiednich słów. Chłopak ciężko westchnął.
– Tak, wiem, choć zapewniam, że czuję się lepiej, niż wyglądam. Ale chętnie coś zjem i odpocznę.
Aarl pomógł mu wstać, ale widząc, że nie dał rady ustać na nogach, wziął go na barana.
– Całe szczęście, że wszystko w porządku – westchnął z ulgą. – Wszyscy założyli najgorsze poza Cearis...
– Nie jest wszystko w porządku – przerwał mu Ceasar. – Ale mam nadzieję, że za jakiś czas będzie. Po prostu zdałem sobie sprawę, jak wielkim byłem idiotą – dodał dla wyjaśnienia.
– Co się z tobą działo? – spytał Simon. – Wiesz, naprawdę nikt się nie spodziewał, że przeżyjesz. Wiesz, spadłeś do dziury, którą później zasypało, a raczej ciężko coś takiego przeżyć...
– Daj mu spokój, Simon – wcięła się Cearis. – Ledwo wrócił, wygląda jak przeżuty przez psa, a ty żądasz od razu wszelkich wyjaśnień!
– F-faktycznie, może za bardzo się pośpieszyłem – powiedział Simon, błyskawicznie wycofując się sprzed sztyletującego spojrzenia Cearis. – Zanieś go do jego pokoju, Aarl, ja skoczę po babkę Tian, żeby go przebadała.
– Jestem po prostu wygłodzony – stwierdził ze zmęczeniem Ceasar.
– Ale wyglądasz jak chory, lepiej to sprawdzić – odpowiedział, po czym odszedł szybkim krokiem.
– Co z Zuko? – przypomniał sobie Ceasar. – Będzie chodzić?
– Poważnie. Jesteś w takim stanie, a wciąż masz czas martwić się o innych? Z pewnością o lasce. Babka Tian powiedziała, że będzie miała duże szczęście, jeżeli nie będzie musiała amputować postrzelonej nogi – wyjaśnił Aarl.
– Amputować?! To znaczy, że to koniec wypraw dla niej! – zawołał ze zdumieniem chłopak. – To jakby...
– Koszmarne, nie? Wciąż nie ma czucia w nodze, która swoją drogą wygląda coraz gorzej.
– Wiesz co, braciszku? Pozwolę ci ożenić się z Zuko. To byłoby zabawne, dwóch bardzo nierozsądnych ludzi pod jednym dachem! – zaśmiała się Cearis. Jej brat jedynie ciężko westchnął.
– Teraz to jestem ciekaw, o czym to rozmawialiście – odezwał się Aarl.
– Sprawy rodzinne, które powinniśmy rozwiązać już dawno. I nie interesuj się, bo dostaniesz kociej mordy – rzucił wesoło Ceasar.
Mężczyzna otworzył i zamknął usta. Bliźnięta... były inne. Nagle zrobiły się bardziej zadziorne i kolorowe w emocjach, szczególnie Ceasar. Promieniowali wręcz radością z powrotu i ponownego spotkania. To było przyjemne uczucie, biorąc pod uwagę to, że nigdy nie zauważył u nich czegoś takiego przez ostatnie siedem lat. Pochodził z Hollow, ale poznał ich dopiero po katastrofie. Słyszał, że już w Hollow byli mało dziecięcy. Wszystko dobre, co się dobrze kończy, pomyślał Aarl.
– To chyba pierwszy raz, kiedy powiedziałeś coś takiego – zauważył.
– Tak, chyba tak. I wiesz co?
– To wspaniałe uczucie?
– Jak diabli.
Aarl parsknął śmiechem. To zdecydowanie była przyjemna zmiana.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
Reklama AdSense
Ok, czas minął dużo szybciej, niż się spodziewałem. Dwa tygodnie przerwy na ogarnięcie ostatnich projektów "odrobinę" się przesunął, poganiany sprawami osobistymi i innym opowiadaniem. A więc – dla wciąż zainteresowanych, kolejny rozdział!


Rozdział XI – Są jedynie pyłem
Część III



Przełknął kolejną porcję gorącej zupy, którą karmiła go Cearis. Obok niego siedziała jeszcze babka Tian, kończąc oględziny i badania.
– I co? To nic poważnego? – spytał niecierpliwie Simon.
– Dał radę żartować, więc raczej tak – odpowiedział mu Aarl.
– Jest po prostu wyczerpany i niedożywiony – obwieściła staruszka. – Dziwię się, że tryskasz jeszcze energią, Ceasar.
Chłopak wzruszył ramionami i otworzył usta w oczekiwaniu na kolejną porcję zupy. Ciepło przyjemnie rozlewało się po ciele. Nie czuł właściwie głodu, ale wiedział, że gdzieś tam czyhał z opuszczonym łbem. I zupa jakby odrobinę go pobudzała.
– Mówiłem, że nic mi nie jest – powiedział ze znużeniem. – Muszę porządnie odpocząć i podjeść. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz jadłem coś innego niż zająca.
– Zające w górach? – zaciekawił się Simon.
– Ta, bardziej na obrzeżach jest inna odmiana – skłamał Ceasar. – Ale za to są węże, więc to niebezpieczne.
– A więc co się z tobą działo przez ten czas? – dociekał Simon.
– Daj mu chociaż odpocząć – powiedziała chłodno Cearis.
– W porządku, to żaden kłopot – stwierdził Ceasar. – Może lepiej wyjaśnić to jak najszybciej.
Opowiedział wymyśloną wcześniej historyjkę, gdzie przez większość drogi pomagali mu inni ludzie, którzy przechodzili z jednej kolonii do drugiej. Ich przywódcę wcześniej spotkał z Cearis. A kiedy natrafił w końcu na znajomą mu drogę, rozstał się z grupą i wrócił w miarę bezpiecznie do domu, pomimo zniszczonego ekwipunku.
– Najgorsze były ostatnie dwa dni – powiedział. – Został mi jakiś sucharek i trochę wody. Bolą też mnie płuca, bo maska była uszkodzona i musiałem ją wyrzucić.
– Dopisuje ci szczęście, chłopcze – zaśmiała się babka Tian. – Te jaskinie mogły być głębsze, a ty mogłeś nie zsunąć się do odnogi!
Właściwie tak było, pomyślał Ceasar, kiwając w zgodzie głową. Przez dłuższy czas rozmawiali o sprawach podczas jego nieobecności, aż w końcu babka Tian wyprosiła Simona i Aarla, żeby dać mu spokój.
– Chłopcze, jest jeszcze jedna sprawa – zaczęła, kiedy mężczyźni wyszli. – Czy to, co powiedziałeś, jest prawdą?
– Bez wątpienia – powiedział, wytrzymując bez problemu twarde spojrzenie staruszki.
– Nie chciałam tego poruszać przy nich, mają w zwyczaju gorączkować się nad każdą anomalią. Twoje blizny po elemencie zniknęły i nigdzie nie widać żadnych ran. Czy to nie jest prawdziwy cud? – zapytała babka Tian z wyraźnym sarkazmem w głosie. Cearis w szoku spojrzała na brata.
– W końcu musi się do mnie uśmiechnąć świat, prawda, pani Tian? – Ceasar pogrążył się w zadumie, zupełnie niewzruszony spojrzeniem staruszki. Większość dosyć szybko czuła potrzebę dalszego wyjaśniania bądź wyznania prawdy. Nawet sam chłopak był tym wewnętrznie odrobinę zaskoczony, że był w stanie przeciwstawić się wzrokowi babki Tian.
– W porządku. Skoro tak stawiasz sprawę. Mam jedynie nadzieję, że twoje czyny nie sprowadzą na nas kłopotów.
– Zna mnie pani. Jakbym nie działał ostrożnie, nie byłbym sobą.
Staruszka uśmiechnęła się do niego i skinęła głową na pożegnanie. Kiedy Ceasar uznał, że odeszła wystarczająco daleko, odetchnął z ulgą. Zmęczenie powoli zajmowało swoje należne miejsce. Ziewnął głośno i wyciągnął lekko odrętwiałe ciało. Nie czuł za wiele, jeżeli chodziło o dotyk, a smak był bardzo... delikatną sensacją, jakby miał zatkany nos.
– Ale się narobiło – westchnął ciężko. – Co robisz?
– Chcę zobaczyć, o czym mówiła babka Tian – stwierdziła z niezadowoleniem Cearis, rozbierając brata. Otworzyła szerzej oczy, kiedy zauważyła gładką skórę brata. Delikatnie pogładziła miejsce, gdzie kiedyś była wielka, paskudna blizna po elemencie. – Niesamowite... jakby jej nigdy nie było... Co się stało?
Ceasar przez chwilę dumał nad odpowiednimi słowami. Nie wiedział, jak miałby zabrać się do tłumaczenia tego wszystkiego. Koniec końców, sam był zdziwiony tym, że nie miał żadnych blizn. Czyżby to robota Salii? Innego wyjścia nie widział.
– To pewnie jej sprawka – mruknął.
– Jej?
Zastanowił się przez chwilę, po czym półszeptem zaczął opowiadać Cearis wszystko, co się wydarzyło odkąd zostali rozdzieleni.



Evie uśmiechała się krzywo do Cearis, która pojawiła się dopiero na porę obiadową, a i tak wyglądała, jakby przed chwilą wyszła z łóżka. Dostrzegła także cień zmartwienia albo troski, ale bez wątpienia promieniała dobrym humorem. Mimo że nie było to dla nikogo zaskoczeniem, był to dosyć dziwnie obcy widok, niepasujący do jej wizerunku.
– I jak tam? – spytała Evie, podchodząc do Cearis. – Zarwaliście nockę?
– I tak nie sądzę, że byłabym w stanie zasnąć – odpowiedziała po chwili dziewczyna.
– Wszystko w porządku z Ceasarem? – zaciekawiła się Evie.
– Myślę, że tak. Wygląda jak własny cień, ale dopisuje mu humor. – Po czym dodała w myślach: przynajmniej póki nie jest ciemno.
– Całe szczęście! – Evie odetchnęła z ulgą i uśmiechnęła się. – Przynajmniej takie dobre wieści w tym całym chaosie.
Cearis zerknęła na nią z nutką zdziwienia. Evie była odrobinę zdenerwowana i zakłopotana. Do tej pory nie miały za wiele tematów do rozmowy, mimo starań Evie. Bliźniaczka nie bardzo dbała o coś tak trywialnego, ale przepadała za nią. Znały się już kilka lat i Cearis dobrze rozumiała jej charakter, choć ciężko było powiedzieć coś podobnego w przypadku Evie. I nagle w głowie dziewczyny coś zaskoczyło. Chcąc nie chcąc, przez ostatnie dni zapamiętała kilka plotek. Częściowo o tym, że kilka dziewczyn czekało, aż Ceasar osiągnie odpowiedni wiek. Wielu osobom właśnie dlatego brakowało chłopaka. Nawet jeszcze w Silverin nie łączyły ich z nikim więzy krwi – ich rodzice przybyli jeszcze z innej kolonii, niosąc ze sobą niesamowite opowieści o potężnych maszyneriach, wielkich laboratoriach i głębokich bunkrach, w których się ukrywali. Ale nigdy nie powiedzieli, dlaczego opuścili ten bezpieczny świat i wkroczyli w strefę śmierci, do innych kolonii.
Uświadomiła sobie, że koniec końców, nikt za nimi nie tęskniłby tylko dlatego, że byli ludźmi. Stanowili dobry materiał do ożenku. Oczywiście, że stanowili. Mając siedem lat przeszli samotnie z jednej kolonii do drugiej bez większego przygotowania, spędzili w Hollow kolejne cztery lata, będąc zdanymi tylko na siebie, a tutaj, przez kolejne siedem lat, mieli na swoich barkach dużo więcej niż dorośli.
– Cearis, wszystko w porządku? – zapytała z niepokojem Evie, widząc diametralną zmianę u dziewczyny. Z jakiegoś powodu Cearis nagle spochmurniała.
– Tak. Wracam do pokoju. Straciłam apetyt – powiedziała, wstając od stołu.
W kwestii jedzenie nie martwiła się o Ceasara. Claire miała przynieść mu nieco później rzadką zupę. Póki co, nie mógł jeść niczego cięższego lub w dużych ilościach, żeby nie uszkodzić skurczonego żołądka. Choć osobiście mu współczuła, że nie pozwalali mu dobrze podjeść, Ceasar był wręcz wdzięczny za odmianę od dziczyzny. I kiedy wróciła do jego pokoju, był akurat pogrążony w jakiejś lekturze. Patrząc na niego, mimowolnie przypomniała sobie te wszystkie ciężkie rzeczy, o których opowiadał. Poczuła nieprzyjemny ucisk na sercu. Przeżył tak wiele, wycierpiał jeszcze więcej – aż cud, że jeszcze żył i był przy zdrowych zmysłach. Być może nie będzie z tego specjalnie zadowolony, ale postanowiła poświęcić mu dużo więcej czasu. Nawet jeżeli brzmiał dosyć beztrosko i bagatelizował wiele rzeczy, ona martwiła się coraz bardziej w miarę, jak poznawała nowe historie.
Cóż, być może po to jest rodzina, pomyślała ze zrezygnowaniem, podchodząc bliżej i nachylając się nad nim.
– Co to jest? – spytała. – Coś ciekawego?
– Jakiś tomik poezji – stwierdził z lekkim rozbawieniem.
– Tomik poezji? – zdziwiła się. Nachyliła się i zerknęła na pokryte dziwnym pismem gładkie strony. – Od kiedy stałeś się aż takim literatem?
– Bardzo zabawne. Ktoś znalazł to w którymś z domów kroogan i wziął ze sobą. Zakazali mi jakiejkolwiek pracy, więc... sama widzisz – powiedział, ciężko wzdychając. Odłożył tomik na bok i spojrzał na siostrę. – Zgniję w tym łóżku bez żadnej roboty.
– Dalej nie masz czucia? – spytała. Chłopak dosyć niemrawo poruszył palcami.
– Nie, nie sądzę, żeby to było takie proste. Nie wiem, czy w ogóle nerwy mogą rosnąć same z siebie. Chociaż Salia twierdziła, że to tymczasowe...
– Jestem zaskoczona, że aż tak jej ufasz – stwierdziła odrobinę obrażona.
– Też mnie to zaskakuje – odparł chłopak, wyczuwając bezbłędnie nastrój siostry. – Czułem się przy niej jak kiedyś, taki... wolny. Nie musiałem udawać, nie musiałem niczego ukrywać. Wszystko wydawało się takie... lekkie. Zupełnie jak teraz, przy tobie. Cokolwiek się nie stanie, wiem, że jakoś sobie poradzimy.
– Zawsze tak było – zachichotała, tym razem w nieco lepszym humorze. Ciężko było jej uwierzyć w to, co opowiadał brat, ale z drugiej strony czuła się wspaniale, kiedy jej nie okłamywał. Ułożyła się wygodnie obok niego i westchnęła z wyczerpaniem. – To jest jakieś szaleństwo... Nie potrafię zrozumieć, czemu jesteś taki spokojny.
– Nie jestem aż tak spokojny. Martwię się tym, że nie mam czucia. Mój słuch szwankuje, przed oczy mam plamki, nie mam smaku ani węchu, a do tego nie dam rady przypomnieć sobie wielu rzeczy. – Ceasar spojrzał na nią. – Ale jakoś teraz wszystko wydaje się lepsze. Nie muszę przejmować się przyszłością, przeszłość mi nie pomoże, a teraźniejszość... w teraźniejszości jesteś ty. To mi wystarczy – powiedział. Dziewczyna westchnęła ciężko i przytuliła się do niego.
– Ty mój nieporadny braciszku... – wyszeptała. Przez długi czas leżeli w milczeniu, aż w końcu odezwała się: – Wiesz, niedawno widziałam armię mechanicznych ludzi. Przypomniały mi się wtedy opowieści rodziców o Hyperionie.
– Ach... tak, ponoć mieli mechanicznych ludzi... automatonów, można by powiedzieć. – Ceasar zastanowił się na chwilę. – Kiedyś mama uczyła mnie zabawą na terminalu, jak je zaprogramować.
– Tak, a tata zawsze zabierał mnie do warsztatu. Mama wiecznie się o to wściekała – zaśmiała się dziewczyna. – Myślisz, że Salia mogła pochodzić z Hyperiona?
– Nie, nie sądzę. Raczej... to niemożliwe. Jeżeli opowieści rodziców były prawdziwe, to nigdy nie mogłaby opuścić kolonii.
– To byłoby dużo łatwiejsze – stwierdziła cicho Cearis. – Moglibyśmy tam wrócić.
– Do Hyperiona?
– Tak. To... to nasz dom. Tam powinniśmy się wychowywać. Nie rozumiem, czemu rodzice postanowili je opuścić.
Ceasar milczał. W jego pamięci, to byli dosyć odlegli ludzie. Genialni, owszem, ale równie skryci. Nie pamiętał ich tak dobrze jak Cearis, jego dzieciństwo wypełniały przede wszystkim książki, które podsuwała mu matka. Podobnie jak rodzice i rodzeństwo, bliźnięta były wyjątkowo utalentowane. On potrafił bezproblemowo poznać każdy język, który posiadał składną strukturę, a ona dostrzegała prawidłowości w cyfrach, wzorach i kształtach. Już od najmłodszych lat rodzice pomagali szlifować im te umiejętności. Ponoć pośród hyperiończyków podobne umiejętności nie stanowiły niczego specjalnego. Wielu z mieszkańców Hyperiona miało być w danej dziedzinie prawdziwymi geniuszami, którzy trafiali się raz na miliard ludzi.
Zdając sobie sprawę z tego, że nie miał dzieciństwa nawet pod skrzydłem rodziców, przymknął oczy i przewrócił się na bok. Podobnie jak Cearis, odczuwał wyczerpanie po nieprzespanej nocy. Jednak bał się zasnąć bardziej niż czegokolwiek innego. Już na granicy, kiedy prawie usnął, strach nagle wziął górę.
– Cearis, jesteś tutaj? – zapytał cichutko.
Dziewczyna jedynie mruknęła. Jej dłoń wsunęła się w jego, a palce splotły, nie pozwalając na ucieczkę.
– Nigdzie się nie wybieram – wyszeptała. – Śpij, będę przy tobie.
Poczuł się znacznie lepiej. Czując jej ciepło w swojej dłoni, wiedział, że była tuż przy nim. Jego świat nigdzie nie znikał. Pocieszony tą myślą, zasnął kilka chwil później.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
Witam ponownie po bardzo długiej przerwie! Dla wytrwałych (tych, co jeszcze być może mają ochotę przeczytać) kolejny fragment!
Zajęło mi to długo – z jednej strony odrobinę straciłem zainteresowanie opowiadaniem (na rzecz drugiego, Podszeptów przeszłości, które dzieje się w tym świecie, jednocześnie przed i po wydarzeniach z Ery), a z drugiej potrzebowałem więcej czasu, by przegryźć się z pomysłem i przemyśleć wiele rzeczy tak, by stanowiły jakąś jedną, sensowną całość.
W każdym razie, miłej lektury :)


Rozdział XII – Strażnicy
Część I

To było zaskakująco ciekawe.
Nelim, serafia o trzech parach olbrzymich, czarnych skrzydeł poprzecinanych przypominającymi szkarłatne żyły liniami, obserwowała z żywym zainteresowaniem okolicę. Choć Gae Bulg był faktycznie przerażającą bronią, nie czuła zupełnie strachu. To, co przejawiała, przypominało fascynację. Ilekroć widziała orbitalną platformę, nie mogła powstrzymać dreszczy. Nawet teraz, dwa dni po tym wydarzeniu, wciąż miała ciarki na pięknej, gładkiej skórze. Wszystkie instynkty serafii wrzeszczały, by uciekać. Nawet jeżeli kiedyś była prawą ręką Serafima, swojego boga, to nie było coś, z czym mogła się mierzyć, nawet za czasów pełnej chwały. Nikt nie mógł się z tym mierzyć, nawet bogowie.
Jeszcze bardziej interesowały ją ruchy automatonów. Poruszenie sprzed dwóch dni było jak kamień wrzucony do stawu. Choć zmarszczki na wodzie początkowo nie były liczne, po jakimś czasie wystarczyły, by zakłócić gładką jak lustro powierzchnię. Dziesiątki tysięcy automatonów krążyło po okolicy jak wściekłe muchy. Wcześniej składny klaster został rozbity na małe drużyny. Maszyny czegoś szukały, a ona, Nelim, nie miała ochoty wtrącać się w farsę mechanicznych. Ich ruchy wydawały się dziwnie chaotyczne, choć wiedziała, że gdzieś głęboko w tych metalowych skorupach coś musiało im podpowiadać, że to najbardziej logiczne wyjście.
W pewnym stopniu rozumiała maszyny. Po kilkunastu latach spędzonych u boku ostatniego cesarza największego państwa ludzi, Cesarstwa Regizorium, pochwyciła to i owo. W ruchach tych maszyn widziała coś wyjątkowo ludzkiego. Gdyby nie te lata doświadczenia, to nigdy by nie skojarzyła tych ruchów. Podobnie wyglądali ludzie, którzy szukali pośpiesznie w swoim domu kluczy albo telefonu. Zaglądali wszędzie, gdzie mogli, choć zazwyczaj cel znajdował się gdzieś indziej.
Spojrzała w dół. Dwa dni temu został prawie użyty Gae Bulg. W powietrzu wciąż wyczuwała zapach stoczonej walki. Sądząc po popiele z elementu, który pokrywał powierzchnię, doszło do silnego starcia. Niewielu toczyło tak intensywne walki w tych czasach. Obstawiała więc arisli po jednej stronie. Oni zawsze byli dosyć zadziorni – odziedziczyli to po swoim bogu. Nawet rebelia, która doprowadziła do zapieczętowania ponad połowy z nich, nie zdołała ani ujarzmić ich charakteru, ani poważnie uszczuplić siły bojowej. A co do drugiej strony... Olbrzymie ilości czarnego i fioletowego popiołu wskazywały jedynie dwie istoty spośród wszystkich jej znanych. Dwie z ostatnich ośmiu xavi, Annihilia i Nekria.
Głupie arisle, pomyślała. Powinni ruszyć na nie całą armią. Teraz, kiedy bóg xavi był martwy, a z jego rasy pozostało jedynie ośmiu członków, ich siła przekraczała wszystko inne, być może nawet dorównując samym pradawnym. Harmonia wszystko doskonale przemyślał, kiedy stworzył xavi. Wszyscy dzielili tę samą moc, co ich bóg. Korzystali z jego potęgi, a kiedy jego zabrakło, przejęli ją dla siebie. Cała moc jednego z pierwszych bogów została teraz skondensowana, wzmocniona i rozdzielona między osiem istot. Po tylu latach to dużo więcej, niż ktokolwiek mógł przewidzieć.
Próbowała dojść do tego, jak ta walka doprowadziła do obecnej sytuacji. Ile nie myślała nad kwestią, nic nie miało sensu. Zastanawiała się, dlaczego Gae Bulg został prawie użyty – mimo wszystko nie wystrzelił. Nie wiedziała, kto był obecnym właścicielem przerażającej broni. Te informacje przepadły kilka lat temu. Wtedy była w rękach learów, ale nim ktokolwiek inny zdążył położyć dłonie na kontrolerze, ten został już przez kogoś zabrany. Przez kilkanaście lat nikt nie widział orbitalnej platformy – aż do przedwczoraj. Nie byłoby w tym nic specjalnego, ale fakt, że nawet maszyny się zmobilizowały zaraz po jej manifestacji, zmuszał do refleksji. Gdyby nie to, już dawno wróciłaby do Utopii.
Wyczuła poruszenie gdzieś w okolicy krateru. Ujrzała tam przechadzającego się daeva którego dwie pary oczu czujnie skanowały otoczenie. Rozpoznawała w nim Eina. Żaden inny przedstawiciel jego rasy nie był ani tak wyrośnięty, ani nie posiadał tak egzotycznego wyposażenia. Miał ogniście czerwone włosy, które przypominały intensywny płomień. Kiedy ostatni raz go widziała? Miało minąć kilkanaście dekad, wtedy, jak zwykle, pomógł jej uporać się z kilkoma zabłąkanymi serafami. Razem z nim i kilkoma innymi nieśmiertelnymi przebywali u boku ludzkich cesarzy. Nie, właściwie to on służył im przed długi czas, niemalże od początków Cesarstwa Regizorium, za zapłatę otrzymując duszę drugiego ludzkiego cesarza. Co dziwniejsze, nie tylko nie został za to znienawidzony, ale był przez to czczony niemalże na równi z cesarzem.
Uśmiechnęła się pod nosem. Opadła gładko na ziemię.
– Ein Regizorium – odezwała się. Daev momentalnie przyjął postawę do walki tylko po to, by na jej widok się rozluźnić. – Niech siedem księżyców świeci nad twym życiem.
– I nad twoim również, Nelim Regizorium – przywitał ją.
Oboje nosili to samo nazwisko, co było normalne pośród ludzi, choć obce u innych ras. Daev posiadał je już od dawna, zaś serafia otrzymała je od ostatniego cesarza na kilka lat przed upadkiem cesarstwa. To ucieszyło Nelim, która dzięki temu czuła, że stała się częścią czegoś tak niezwykłego. Wtedy znała już Lorelaine, przy której upływ czasu wyraźnie spowolnił i wielu tysiącleciach pozostał równie wolny aż do dzisiaj. Nelim uśmiechnęła się na wspomnienie ludzkiej kobiety.
– Straszny ruch w tej okolicy – powiedział spokojnie daev, wyrywając ją z zamyślenia.
– Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałam tyle automatonów. Co tu robisz?
– Widziałem wiele serafów, jak poderwali się do lotu. Szukam ich.
– Cóż, znalazłeś mnie. – Uśmiechnęła się.
– Znaleźć ciebie to jedynie przyjemność – odparł Ein. Jego sztywne usta delikatnie drgnęły, kiedy próbował się uśmiechnąć. – A ty?
– Podziwiam chaos i zastanawiam się, jak do tego doszło – wyjaśniła. – Nierzadko ma się okazję widzieć tak rozbieganych automatonów. – Zerknęła na jego broń i pancerz. – Widzę, że rzemiosło ludzi wciąż spełnia swoją funkcję.
– Tak. Są wygodniejsze i lepsze od tych, co podarował mi mój bóg – powiedział pozbawionym emocji głosem.
– Och? Doprawdy?
Podeszła bliżej. Metalowy pancerz i długa włócznia nie wyglądały tak dobrze jak przed siedmioma tysiącami lat, ale bez wątpienia wciąż mogłyby uchodzić za wysokiej klasy uzbrojenie. Ozdobne żłobienia na vithriumowym pancerzu wciąż prezentowały się wyjątkowo pięknie, mimo kilku wgnieceń i wielu rys, powierzchnia zbroi emanowała dumą i stoicyzmem. Długi grot włóczni z czarnego vithrium dalej był tak ostry, że mógłby przeciąć żelazo z równą łatwością, co ciało. To był podarek godny cesarskiego gwardzisty. Nelim nie mogła wyjść z podziwu.
– Po tylu latach... – mruknęła zaskoczona. Oboje doskonali pamiętali makabryczne czasy upadku cesarstwa, kiedy ognie konfliktu buchnęły z taką zajadłością, że pochłonęły nie połowę kontynentu, a cały układ solarny. – Dobrze cię widzieć w jednym kawałku, przyjacielu.
– Ciebie też, Nelim. – Ein zajrzał do krateru. – Tu było ludzkie osiedle. Słyszę zawodzenie dusz.
Brwi serafii zbiegły się w grymasie żalu. Potarła z czułością jedno ze swoich czarnych skrzydeł. Minęło tyle lat, a wciąż nie mogła zapomnieć o swojej pierwszej prawdziwej miłości. Dzięki niej miała silną więź z ludźmi, była jej pomostem między sferą nieśmiertelnych, a zwykłymi, kruchymi śmiertelnikami. Poczuła, jak w jej sercu znowu coś wybuchło. Czarne skrzydła, czarne włosy – to piętno, jakie nosiła za zdradę swojej rasy. Ale nic nie mogła na to poradzić. Płomienie, które rozpaliła ta kobieta, nie mogły ugasić tysiące litrów krwi innych serafów, które przelała w imię zemsty. Gdyby nie ona...
– Kto? – zapytała cicho głosem drżącym z wściekłości.
...wciąż byłaby jedynie bronią. Wtedy stała się czymś więcej niż narzędziem w rękach swojego boga.
– Serafowie. Dwanaście lat temu.
Rozpostarła z furią olbrzymie, długie na sześć metrów skrzydła. Teraz, ukazane w pełnej chwale, pokazywały, dlaczego niegdyś była prawą reką Serafima. Nawet ta gęsta czerń wydawała się emanować bezkresną furią. Dla serafów skrzydła były absolutnie wszystkim. Ich długość wskazywała siłę, ilość pozycję, a piękno umiejętności. Kiedyś miała najpiękniejsze, największe, najliczniejsze skrzydła. Ale bóg wyrwał jej dwie pary, nim zdążyła uciec. Kolejną parę straciła wiele miesięcy później, kiedy Serafim osobiście prowadził na nią łowy. Obawiał się jej siły, lecz nie potrafił jej wtedy zabić – był po prostu za słaby. Kpiła z niego, że uważał się za wielkiego boga, a nie zdołał zabić zdrajczyni. Na tę myśl ognie furii w jej sercu zatańczyły radośnie. Kiedyś się zemści. Szkarłatne żyły zapulsowały gwałtownie, gromadząc ogromne ilości elementu do dalszej manipulacji. Skała pod jej stopami kruszała i topiła się, a Nelim zmieniała ją w cienkie ostrza, krążące wokół niej jak żądne śmierci owady.
Zrobiła krok do przodu, rozsyłając potężną falę elementu dookoła jak radar. Analizując odbicia, uśmiechnęła się zimno, otwierając szerzej oczy. Właśnie obwieściła światu, że Nelim znowu przychodzi, by mścić się za ludzi. Była jednym z nielicznych głosów, który po siedmiu tysiąc lat wciąż wściekle ryczał w twarz zabójców ludzi, i jednym z jeszcze mniej licznych ostrzy, który przelewał w ich imieniu krew.
– Kieruj – powiedział do niej Ein.
– Nie ma potrzeby – stwierdziła radośnie. – Ci idioci sami do nas przylecą. Każdy chce zabić zdrajczynię.
Ein uniósł głowę. Zobaczył dziesiątki serafów, którzy wzbili się w powietrzu i błyskawicznie kierowali w ich stronę. Czuł ich żądzę mordu. Dreszcz ekscytacji przeszył jego ciało. Zauważył, że Nelim także drżała z podniecenia. Żadne z nich nie potrafiło zdusić swoich prawdziwych instynktów.
– Zabójcy bogów zawsze będą zabójcami – powiedział bardziej do siebie niż do niej.
Ogromne, świetliste halo pojawiło się za jego plecami i uniosło go do góry. Przygotował włócznię do ataku. Serafia obserwowała zbliżających się napastników. Oboje nauczyli się wiele przez ostatnie siedem tysięcy lat wojny. A jeszcze więcej podczas pobytu u ludzi. Nauczyli się ich pomysłowości, sposobu myślenia, chłonęli ich wiedzę i dostosowali ich do swoich potrzeb. Ale bardzo dziwną lekcję ludzie pokazali pół wieku po tym, jak uznano ich za kompletnie zniszczonych.
Najlepszy atak powinien nadchodzić z najmniej oczekiwanego miejsca.
Dziesiątki długich, metalowych włóczni przeszyły chmury, pędząc ku ziemi. Płaszcze z ognia, wywołane przez tarcie atmosfery, szczelnie je obejmowały, tworząc iluzję ognistego deszczu. Ale dźwięk rozrywanego ciała nadciągającego serafa, który nie spodziewał się ataku z góry, przypomniał napastnikom terror z pewnego dnia.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
Cytat:

Rozdział XI – Są jedynie pyłem
Część II

– Przyjmijmy taką hipotetyczną sytuację. Jakbyś (Gdybyś – chyba lepiej) mnie śledziła i zobaczyła, że tutaj wchodzę, ile czasu by ci zajęło, by odnaleźć kolonię? – zapytał.

– Kwestia doświadczenia. Po dwóch latach chodzenia przez te jaskinie przestałem się gubić – wyznał. – Po siedmiu latach nogi właściwie same mnie niosą już do domu, o ile są w stanie.

– Nie mów „żegnaj”, to źle brzmi, zupełnie jakbyśmy mieli jednak się więcej nie zobaczyć. Lepiej „do zobaczenia” – pouczył ją na odchodne.

Ta samotność, ta pustka, którą udawało mu się odpychać na bok dzięki Salii, uderzyła z podwójną pomocą(chyba "mocą").

– Co się z tobą działo? – spytał Simon. – Wiesz, naprawdę nikt się nie spodziewał, że przeżyjesz. Wiesz, spadłeś do dziury, którą później zasypało, a raczej ciężko coś takiego przeżyć...

Promieniowali (promienieli?) wręcz radością z powrotu i ponownego spotkania.

Fajne uczucie zajrzeć do tego tekstu. Nadal nie zawodzisz, choć pewnie masz wiele innych obowiązków – zajrzę tu jeszcze :)
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  [Vexion] Podszepty przeszłości epoN 34 10,267 10-02-2018, 18:28
Ostatni post: epoN

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości