Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
[Vexion]Era Bezkresnych
#71
(25-07-2016, 18:07)epoN napisał(a):
Rozdział V – Przemykając w cieniach
Część IV

Wciąż czuła na dłoni te (to) charakterystyczne kłucie połączone z parzeniem. – Odpadają nawet pancerze wspomagane.

Jeżeli mamy się przebić to i tak mamy dwie opcje.

Na wyświetlaczu, służący(m) za celownik, (nie traktowałabym tego jako wtrącenie – więc bez przecinków) wypisywane były jakieś literki i cyferki, o znaczeniu których mógł się jedynie domyślać.

Ceasar też siedział w milczeniu, nasłuchując okolicy. Poza wszechobecnym szumem i nieregularnym stukotem, panował absolutny spokój. Wyciągnął lornetkę i rozejrzał się po okolicy.

– Na bogów, jak to nie ściągnie uwagi, to nie wiem już (przecinek)co może – stwierdziła zaskoczona dziewczyna.

Chłopak zatrząsł się i, (bez przecinka, ponieważ poprzedza spójnik 'i') niewiele myśląc, podążył jej śladem.

Mam nadzieję, że nie uśmierciłeś wybrańca, to byłoby okrutne. Akcja z tą bronią niezła, i dobrze ją pokazałeś, działa na wyobraźnię.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
Reklama AdSense
#72
Dzięki za poprawki, Naw :)



Rozdział VI – Nie wszystko, co piękne
Część I

Ocknął się w zupełnych ciemnościach. Każdy skrawek ciała był rozpalony, jakby przebywał w elemencie bez żadnej ochrony. Poruszył z lękiem kończynami. Oczekiwał ostrego bólu złamanych kończyn, jednak nic takiego nie nastąpiło. Z nutką zaskoczenia obmacywał swoje ciało, szukając jakichś ran. Ale mimo nieco podartych ubrań, nic mu nie było.
Miał przerażający koszmar. Kamienie waliły się na niego z każdej strony, a on nie potrafił uciec. Wszystkie kości trzeszczały, niewyobrażalny ból palił nerwy, kończyny były powyginane pod dziwnymi kątami. Ostre kamienie, na których leżał, boleśnie wpijały się w skórę i mięśnie. I coś stało nad nim. Wygląd tego czegoś bez przerwy ulegał zmianie, jakby nie potrafiło zdecydować, jaki przybrać wizerunek. Dziesiątki mechanicznych ogonów przeplatających się ze sobą i przyczepionych do ścian jaskini tworzyło siatkę, która chroniła ich przed spadającymi głazami.
Otarł zimny pot z czoła i wziął głęboki oddech. Przyjemny chłód mrocznej jaskini z wolna koił jego nerwy. Zastanawiał się, czy Cearis wyszła cało. Z drugiej strony dziewczyna radziła sobie znacznie lepiej w wielu kwestiach, więc był pewien, że wszystko u niej w porządku. Po chwili dał radę przekonać swój umysł, by się tym nie martwił i zajął bardziej palącymi problemami. Gdzieś obok siebie wymacał w ciemności maskę, na której pojawiło się sporo głębokich rys i wgłębień. Trochę martwił się o jej szczelność. Na szkiełkach służących za okulary też wyczuł drobne pęknięcia, ale miał pewność, że jeszcze trochę wytrzymają.
– Pytanie: żyjesz? – zapytał z gęstych ciemności głos w języku ludzi.
Chłopak zesztywniał ze strachu. Był święcie przekonany, że tkwił samotnie w zasypanej jaskini. Ale nie tylko to. Czegoś brakowało temu głosowi. Brzmiało trochę jak nagranie, choć z drugiej strony zupełnie nic nie miał z nim wspólnego. Pozbawiony barwy i emocji, ale usilnie próbujący je naśladować. Chłopak wytężał wzrok, jednak nie potrafił niczego dostrzec przez kurtynę mroku. Drobne echo wcale nie poprawiało sytuacji, szczególnie że w głowie wciąż mu huczało.
– Ktoś tam jest? – spytał drżącym głosem.
– Stwierdzenie: tylko ja, nova i przyjaciel. Pytanie: jak się czujesz?
– Kłamiesz, nie jesteś nova. Kim jesteś? – zapytał po dłuższej chwili, próbując wymacać kuszę.
– Pytanie: skąd możesz mieć pewność, że nie jestem nova, nova?
– Ludzie nigdy nie odnoszą się do siebie w ten sposób – odpowiedział. Kręcił głową, próbując zlokalizować źródło głosu. Na próżno, echo zdecydowanie mu w tym przeszkadzało. – Kim jesteś?
– Pytanie: jak się czujesz, nova – po raz kolejny zapytał głos, tym razem jednak z wyczuwalnym, lecz sztucznym zniecierpliwieniem. Chłopak instynktownie poczuł, jakby rozmawiał ze skałą.
– Paskudnie, bywało zarówno lepiej i gorzej.
Na kilkadziesiąt sekund zapadła pełna napięcia cisza.
– Pytanie: co mogę zrobić, byś czuł się lepiej?
Chłopak uniósł brwi w zdumieniu. Miał wrażenie, że źle usłyszał, ale obawiał się zapytać, by głos powtórzył to, co mówił.
– Może... na początek przestaniesz się ukrywać w ciemności? – zaproponował niepewnie.
– Zmieszanie: nova nie widzi w ciemności. Stwierdzenie: moje niedopatrzenie.
Zza jego pleców rozbłysło światło. Powoli obrócił się, nie wiedząc, czego oczekiwać. I, kiedy ją ujrzał, patrzył jak oczarowany.
Kilka kroków dalej stała przepiękna, naga dziewczyna, na oko szesnaście albo siedemnaście lat. Jej długie, sięgające bioder włosy wydawały się błyszczeć. Delikatne rysy twarzy zaakcentowane były drobnymi, różowymi ustami i bursztynowymi oczami, w których można było utonąć. Zgrabne nogi, smukłe ręce i niewielki biust podkreślały już i tak boską figurę. Jakby istniała perfekcyjna ludzka istota, to ta dziewczyna z pewnością opisywałaby doskonałą kobietę. Jednak coś nie pasowało do całości. Trochę jakby widział porcelanową lalkę, prawdziwe arcydzieło.
Przez długi czas chłopak patrzył na nią jak zauroczony. Tłumione przez lata emocje i uczucia wyciekały, pobudzając w nim jakąś obcą żądzę. Nieświadomie przełknął ślinę i delikatnie oblizał spierzchnięte usta. Poczuł rosnące napięcie w kroczu. Poza serafami, nie widział jeszcze tak pięknej istoty. W końcu jednak doszedł do siebie, ale trwało to zdecydowanie za długo. Udało mu się dojrzeć to, co nie pasowało do całości. Cofnął się o krok albo dwa i upadł w szoku na ziemię. Jego wzrok przeskakiwał to na dziewczynę, to na latającą wokół niej sferę, która oświetlała jaskinię. Nie wyglądało, by miało jakąś fizyczną formę, więc domyślał się, że kula została stworzona z elementu. I to przerażało go najbardziej.
– Pytanie: nova, czy teraz czujesz się lepiej? – spytała dziewczyna, podchodząc znacznie bliżej. Jakby z trudem jej twarz przybrała troskliwy wyraz. Chłopak w strachu kiwnął głową. – Stwierdzenie: bardzo dobrze to słyszeć.
Nie wyglądało na to, by dziewczyna miała złe intencje. Kiedy opanował nieco emocje, umysł ponownie pracował. Miał wrażenie, że przed nim stała istota pozbawiona duszy albo życia. Oczy mówiły jedno, podświadomość podpowiadała drugie. Było w tym coś dziwnego, coś, z czym jego umysł nie potrafił sobie poradzić. Przypomniał sobie też słowa Aries, Karla i Rico. Spotkali coś, co wyglądało na pozbawione człowieczeństwa, ale jednocześnie przypominało człowieka. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł po karku chłopaka, kiedy łączył fakty.
Zmienił tok myślenia. Nie powinien wyciągać pochopnych wniosków. Faktycznie, w obu przypadkach istota nie była agresywna. Koniec końców istniał ogrom ras, więc to jest bardziej niż prawdopodobne, że spotkał się z przedstawicielem nieznanej mu do tej pory rasy. Nie wszystkie były przecież nastawione agresywnie względem ludzi: najlepszy przykład stanowili xavi, automatoni i Kreatorzy, czyli senni i śniące. W najgorszym wypadku ich nastawienie oscylowało w granicach neutralności. Chłopak nagle zdał sobie sprawę z beznadziei sytuacji, w jakiej znajdowała się ludzkość. Znał mniej więcej języki jedenastu ras, miał jakieś pojęcie o dwudziestu trzech rasach, ale tylko cztery z nich nie atakowały ludzi, z czego trzy otwarcie nie brały udziału w konflikcie.
Dziewczyna patrzyła na niego bursztynowymi oczyma z wyczekiwaniem. W końcu ponownie się odezwała:
– Założenie: czujesz się już dobrze, a ja ci pomogłam. – Po chwili namysłu Ceasar kiwnął głową na znak, że rozumie. – Żądanie: nova, kopuluj ze mną.
Chłopak zaniemówił. Strach był wypierany przez zdumienie. Absurdalna wręcz prośba napłynęła z różowych ust przepięknej istoty. Nim jednak zdążył zareagować, dziewczyna postanowiła przystąpić do działania. Weszła na niego, usadowiła się w odpowiedniej, jak jej się wydawało, pozycji, położyła ręce na jego klatce piersiowej i zaczęła rytmicznie poruszać biodrami. Jednak efekt jej postępowania był co najmniej odwrotny do tego, jaki najprawdopodobniej chciała osiągnąć.
Coś głośno trzasnęło i Ceasar zawył z bólu, dziko szamocząc się w jej stalowym uścisku. Przepiękna istota była dużo, dużo cięższa, niż na to wyglądała, i nacisk, jaki wywarła na pierś chłopaka, wystarczył, by połamać mu żebra. Dziewczyna przekrzywiła głowę i spojrzała na swoją ofiarę, a właściwie na jej połamane kości.
– Stwierdzenie: jesteście bardzo delikatni, nova – powiedziała tonem, jakby nie miała nic wspólnego z zaistniałą sytuacją.
– P... rzestań – wydusił przez łzy bólu.
Zeszła z niego, przykucnęła tuż obok i delikatnie położyła dłoń na klatce piersiowej. Kolejna gwiazda bólu eksplodowała w piersi chłopaka. Miał wrażenie, że ktoś wlewał roztopioną stal prosto do serca. To było ponad jego siły. Po raz kolejny zawył w cierpieniu, tym razem dużo ciszej niż poprzednio, po czym zemdlał.
– Pytanie: co się stało? Niepokój: nova, żyjesz? – pytała ciągle dziewczyna, widząc, że chłopak leżał pozbawiony przytomności. – Zdumienie: czemu nova są tacy delikatni? – zadała pytanie, patrząc na swoją dłoń.
Cierpliwie dokończyła poprzednie zajęcie. Żebra z cichym trzeszczeniem wracały na swoje miejsce i na nowo się zrastały. Po skończonym leczeniu usiadła obok i zastygła w bezruchu, czekając aż Ceasar odzyska przytomność. Świetlista sfera zawisła pod sklepieniem jaskini. Gdyby nie miarowy oddech chłopaka, scena wyglądałaby jak zatrzymana w czasie.
Dopiero po kilkunastu minutach chłopak ponownie otworzył oczy. Jego serce wciąż biło w zawrotnym tempie, zarówno z bólu, jak i strachu. Spojrzenia Ceasara i dziewczyny spotkały się, jednak przepiękna istota jako pierwsza zrozumiała, że coś niepojącego tkwiło w oczach chłopaka. Coś, czego zdecydowanie nie widziała kilka minut wcześniej.
Patrzył na dziewczynę z mieszanką wściekłości oraz strachu, znacznie silniejszymi emocjami, niż okazywał do tej pory.
– Pytanie: nova, jak się czujesz? – zapytała.
– A jak myślisz? – odpowiedział jej pytaniem. Jego głos delikatnie drżał z wściekłości.
– Niepewność: nie wiem, dlatego pytam.
– Złamałaś mi żeb... hę? – urwał zaskoczony. – Są całe...? – Pomasował palącą klatkę piersiową, ale po złamaniu nie było śladu. – Czego ode mnie chcesz? Czy pomogłaś mi tylko po to, by mnie torturować?
Dziewczyna przekrzywiła delikatnie głowę z niezrozumieniem na twarzy.
– Negacja: nie taki miałam zamiar. Wyjaśnienie: próbuję zrozumieć nova, dlatego ci pomogłam. Żądanie: kopuluj ze mną.
– PRZESTAŃ! – krzyknął, szamocąc się z dziewczyną. Z jakiegoś powodu był od niej dużo słabszy i zdecydowanie przegrywał walkę. Piękna istota najwyraźniej zrozumiała swój fundamentalny błąd przy poprzedniej próbie i próbowała nowego podejścia. – Przestań, do cholery!
W końcu dziewczyna zdołała ściągnąć spodnie Ceasarowi i chwilę później na jej twarzy malowało się niezrozumienie. Chłopak wykorzystał to i uciekł poza jej zasięg, w pośpiechu próbując założyć spodnie i zakryć newralgiczne miejsce.
– Zaskoczenie: nova, wygląda inaczej niż u zwierząt – stwierdziła niepewnie dziewczyna, jakby nie potrafiła zrozumieć sytuacji. Podeszła bliżej i pomimo protestów złapała za rosnący obiekt.
– PRZESTAŃ NIM TARGAĆ! – krzyknął na wpół z bólu, na wpół z wściekłości, wijąc się jak opętany. Ciężko dyszał, patrząc wrogo na dziewczynę. – Co jest z tobą nie tak, do cholery?!
– Stwierdzenie: mówiłam przecież, że próbuję zrozumieć nova.
– Gwałt nie jest sposobem! Poza tym, z czego ty jesteś, z metalu?
– Zdumienie: nova, jesteś niezłym obserwatorem – powiedziała z lodowatym spokojem.
– Hę? Z metalu? Niby jak? – zapytał z głupim wyrazem twarzy.
– Wyjawienie: jestem automatonem.
Chłopak otworzył szeroko usta, po czym roześmiał się, targając włosy.
– Automaton, tak? I mam w to uwierzyć?
– Pytanie: nova, czy potrzebujesz dowodu?
– A jak sądzisz?
– Niepewność: a jak sądzisz?
Ceasar cmoknął ze złością językiem. Miał wrażenie, że dziewczyna naśmiewała się z niego. Ostatnie zdanie wypowiedziała nawet w taki sam sposób, jak on. Podciągnął i zapiął spodnie, co dało mu iluzję bezpieczeństwa.
– Niepewność: nova, czy mi wierzysz?
– Wciąż nie przedstawiłaś żadnego dowodu, więc... nie.
– Zrozumienie: mogłeś mówić od początku.
Chłopak ciężko westchnął. Miał już po dziurki w nosie tej konwersacji, a tym bardziej samej dziewczyny. Po chwili jego oczy otworzyły się szeroko w przerażeniu i zaskoczeniu, kiedy zobaczył coś, czego nigdy do tej pory jeszcze nie widział. Przedramię dziewczyny zmieniało kształt, i to w sposób, który był co najmniej przerażający. Zaobserwował wiele rodzajów transformacji, ale te zazwyczaj polegały na manipulacji elementem. Zmiana wyglądu kończyn poprzez iluzję czy metamorfozę nie była rzadkim zjawiskiem pośród istniejących ras. Sami tangri często zmieniali swoją zwierzęcą formę na bardziej ludzką. Jednak to... to inna historia.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#73
(29-08-2016, 19:43)epoN napisał(a): Dzięki za poprawki, Naw :)



Rozdział VI – Nie wszystko, co piękne
Część I

Całe jego ciało trzeszczało (i jeszcze rym), niewyobrażalny ból palił nerwy, kończyny były powyginane pod dziwnymi kątami. Ostre kamienie, na których leżał, boleśnie wpijały się w ciało.

Dziesiątki mechanicznych ogonów, przeplatających się ze sobą i przyczepionych do ścian jaskini, (nie robiłabym z tego wtrącenia, gdyż ten opis przeplatania się ogonów jest istotny dla dalszej części zdania o siatce) tworzyło siatkę, która chroniła ich przed spadającymi głazami.

Czegoś brakowało temu głosu (głosowi). Brzmiało trochę jak nagranie, choć z drugiej strony zupełnie nic nie miał z nim wspólnego.

Trochę jakby patrzał (patrzył – znacznie częściej używane) na porcelanową lalkę, prawdziwe arcydzieło.
Przez długi czas chłopak patrzył na nią jak zauroczony.

W końcu jednak doszedł do siebie, ale trwało to zdecydowanie za długo. W końcu udało mu się dojrzeć to, co nie pasowało do całości.

Jakby z trudem,(bez przecinka) jej twarz przybrała troskliwy wyraz.

Znał mniej więcej języki jedenastu ras, miał jakieś pojęcie o dwudziestu trzech rasach, ale tylko cztery z nich nie atakowało(y) ludzi, z czego trzy otwarcie nie brały udziału w konflikcie.

Przepiękna istota była dużo, dużo cięższa (przecinek)niż na to wyglądała (przecinek)i nacisk, jaki wywarła na pierś chłopaka, wystarczył, by połamać mu żebra.

Ceasar cmoknął ze złością językiem. Miał wrażenie, że dziewczyna naśmiewała się z niego. Ostatnie zdanie wypowiedziała nawet w taki sam sposób, co (jak) on. Podciągnął i zapiął spodnie, co dało mu iluzję bezpieczeństwa.

To spotkanie z piekła rodem nieźle ci wyszło. Cała akcja z tym 'podrywem' – uśmiałam się, choć pewnie jego bolało i nieładnie się śmiać :) Cała część podobała mi się bardzo, szczególnie ta rozmowa jak z nagrywarki.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#74
Jak zwykle, dziękuję, Naw, za poprawki :3



Rozdział VI – Nie wszystko, co piękne
Część II

Z cichym, mechanicznym szumem przedramię dziewczyny rozszczepiło się, ciągle zmieniając swój wygląd. Niektóre fragmenty opadały, niektóre unosiły, odsłaniając skomplikowaną maszynerię. Chłopak wyraźnie widział, że to wszystko opierało się na mechanice. Nawet podział elementów był zbliżony do sześcianów, o co ciężko w naturze. Coś cicho stuknęło i zaskoczyło. Chłopak ze zgrozą w oczach patrzył na dziewczynę, a właściwie na automatona. Choć stanowili powszechnie znaną rasę, ludzie wiedzieli o nich głównie to, że istnieli. Ze słów Annihilii pamiętał, że automatoni pojawili się dopiero po xavi, jednak... czy w czasach, kiedy dominowała magia, znalazłby się jakiś konstruktor...?
Przepiękna dziewczyna o iście boskim ciele, z działem zamiast przedramienia. Widok prosto z koszmarów. Ceasar z przerażeniem na twarzy cofał się w pośpiechu. Automaton patrzył na niego, przekrzywiając nieco głowę.
– Zdziwienie: nova, chciałeś dowodu. Konfuzja: czemu się boisz, mimo że sam tego chciałeś?
Mechaniczne przedramię ponownie zaczęło się zmieniać i po krótkiej chwili znowu wyglądało zwodniczo ludzko.
– Na bogów, to nie był koszmar – wymamrotał chłopak, zakrywając usta. – To ty byłaś tym...! To ty mi pomogłaś!
– Potwierdzenie: oczywiście, że tak. Stwierdzenie: pomogłam wam uciec w nadziei, że i wy pomożecie mi. Stwierdzenie: nova, mówiłam, że próbuję was zrozumieć. Konkluzja: nie powinieneś się bać. Nie zrobię ci krzywdy. Nic na tym nie zyskam. – Kiedy zauważyła, że chłopak wciąż patrzył na nią jak na potwora, na jej twarzy pojawił się smutek. – Prośba: nova, zaufaj mi. Stwierdzenie: nie chcę tego zaprzepaścić. Wyjawienie: jestem sama od milleniów, próbując jedynie wypełnić swoje zadanie. Prośba: dlatego, nova, proszę, zaufaj mi.
Ceasar patrzył na nią przez długi czas w czystym przerażeniu. Automaton usiadła na ziemi, odwzajemniając spojrzenie. Próbowała odtworzyć przerażenie w bursztynowych oczach, a także pozę, w jakiej siedział. Wraz z kolejnymi sekundami strach na jej twarzy stawał się coraz naturalniejszy, jakby uczyła się go wyrażać. Po krótkiej chwili usiadła normalnie i patrzyła na niego z zaciekawieniem. Niemy pojedynek na spojrzenia toczył się przez długie minuty. W końcu chłopak zrozumiał, że jest w miarę bezpieczny. Przełknął ślinę, próbując zwilżyć wyschnięte na wiór gardło. Odetchnął głębiej, zbierając w sobie odwagę i dobierając ostrożnie słowa, odezwał się:
– Może nie zaczęliśmy odpowiednio. Wróćmy na sam początek. Jestem Ceasar Livi, człowiek... nie, nova.
– Stwierdzenie: automaton, jednostka 98X-005CX o preferowanym profilu ludzkim płci żeńskiej utworzonym według standardu STAR-CHILDREN numer SC000/80329.
Ceasar otworzył i zamknął usta. Minęło kilka chwil, nim zdołał w jakiś sposób przyswoić sobie nowe informacje.
– Nie masz imienia?
– Pytanie: imienia? Stwierdzenie: mam numer seryjny, to wystarczy.
– Nie, imię to imię, numer seryjny to numer seryjny. Chyba nie wyobrażasz sobie, żeby ktoś się zwracał do ciebie w ten sposób, prawda?
– Stwierdzenie: wszystkie jednostki zwracały się do mnie w ten sposób. Konflikt: nie widzę powodu, by mieć imię. Przyczyna: numer seryjny jest niepowtarzalny dla każdej jednostki, natomiast imiona nie są unikalne i mogą wprowadzać zbędne zamieszania.
Brwi Ceasara delikatnie drgnęły ze złości.
– Chciałaś poznać ludzką naturę, prawda? Naprawdę masz zamiar sprzeczać się w tej kwestii ze mną? Wygląd masz prawie ludzki, ale wiele ci brakuje – powiedział. – Musisz wybrać sobie imię, inaczej to nie będzie miało sensu. Imię jest ważne, niejako określa ciebie jako istotę. To dzięki imionom ludzie, nie, podejrzewam, że wszyscy inni też... To dzięki imionom zapamiętujemy innych. Nie można pamiętać tylko i wyłącznie po wyglądzie, bo z czasem to zapomnimy lub przez lata obraz zostanie wykrzywiony. Wiem, o czym mówię. Wszystkich, którzy umarli do tej pory, pamiętam jedynie dzięki imionom. Ich twarze umykają z mojej pamięci niczym dym podczas huraganu.
– Konflikt: zapomnienie w moim przypadku jest niemal niemożliwe. Zdumienie: jednak nigdy o tym nie pomyślałam w ten sposób. Konkluzja: jeżeli to mi pomoże, to być może warto spróbować. – Maszyna przez chwilę milczała. – Rozwiązanie: chcę mieć na imię Xylovatisaliate.
Chłopak głośno zakaszlał, słysząc jej propozycję. Próbował w ten sposób zakamuflować śmiech, ale nie wyszło mu to najlepiej. Niemniej automaton najwyraźniej nie miała mu tego za złe albo nie do końca zrozumiała jego intencje.
– To był zły pomysł. Nikt przy zdrowym rozsądku nie nazwałby tak swojego dziecka, a tym bardziej samego siebie. Pomyślmy...
– Konflikt: kazałeś mi wybrać imię, a teraz twierdzisz, że to nie był najlepszy pomysł? Pytanie: Ceasar, co masz na myśli?
– Salia – rzekł, próbując uniknąć salwy pytań. – Salia. To będzie dobre. Salia, od teraz tak się będę do ciebie zwracał.
– Pytanie: czy to ma być moje imię?
– A chcesz, żeby było? – zapytał. Dziewczyna kiwnęła bez słowa po chwili zastanowienia. – A więc masz na imię Salia.
– Salia. Salia. Salia! – powtarzała raz po raz jak małe dziecko. Coś na kształt uśmiechu zawitało na jej twarzy. – Pytanie: Ceasar, czy jestem teraz bardziej... ludzka? – zapytała z błyskiem w oczach.
Otworzył usta i je zamknął. Tak na dobrą sprawę, co decydowało o człowieczeństwie? Emocje? Sposób myślenia? Ciało? Charakter? A może bezsilność? Chociaż, jeżeli dobrze się zastanowił, Annihilia mówiła mu o ludziach nora, którzy potrafią korzystać z elementu. Oni też są ludźmi, trochę innymi, ale bez wątpienia ludźmi. W takim wypadku charakter?  Ale to nie była jedna, stała rzecz. Składała się z wielu czynników – zachowania, sposobu mówienia i poruszania się, wrażliwości na otoczenie i dziesiątek innych. Bez wątpienia brakowało jej ścisłego charakteru, który określałby ją jako „kogoś”, a nie „coś”. Imię było dobrym początkiem w tym kierunku.
– Odrobinę. Musisz jeszcze zmienić swój charakter.
– Pytanie: czy to jest wymagane? Pytanie: jak mam tego dokonać?
– Jak to powiadają: jeżeli brakuje ci pewności siebie, udawaj, że ją masz. Z czasem pewność siebie przyjdzie sama – poradził. Zadziałało to w przypadku Cearis i kilku innych osób, więc był pewien tej metody.
– Pytanie: Ceasar, co masz na myśli? – zapytała Salia. Chłopak cicho cmoknął językiem z niezadowolenia.
– Poważnie, muszę ci to tłumaczyć? Zachowuj się jak człowiek, a z czasem może zrozumiesz ludzką naturę.
– Stwierdzenie: to może mieć sens. Jeżeli mówi to nova, może zadziałać. Konflikt: mimo że bardzo pragnę, jest to obecnie niemalże niemożliwe. Przyczyna: nie posiadam w pamięci żadnych dokładnych danych na temat zachowań ludzi.
– Rozmawiałaś z innymi ludźmi poza mną?
– Stwierdzenie: tylko z dwoma. Reszta zazwyczaj uciekała albo była już martwa.
Ceasar poprosił, by streściła rozmowy. Ze słów Salii wynikało, że te nie były nazbyt długie. Podczas jednej z nich kobieta przekazała jej swoje ostatnie słowa. Przy drugiej natomiast mężczyzna bredził w gorączce, nim zmarł przez chorobę.
– ...powiedział, że zrozumiał swoją żonę dużo lepiej, dopiero kiedy stali się jednością. Założenie: żywe istoty mogą stać się jednością tylko poprzez akt kopulacji. Konkluzja: dzięki temu aktowi posiądę wiedzę nova.
– To założenie jest tak błędne, że nie wiem, od czego zacząć – wydusił z siebie Ceasar. Póki co, wolał omijać ten temat szerokim łukiem, czując, że drążenie go nie skończyłoby się dla jego zdrowia najlepiej. – Myślę, że to miała być metafora, coś, czego nie należy brać dosłownie.
– Pytanie: czyli jego słowa to rodzaj abstrakcji?
– Może? Ludzie w chorobie często mówią dziwne rzeczy, które nie mają sensu. Może tak było w jego przypadku? – zastanowił się.
Przez kilkadziesiąt kolejnych minut Ceasar rozmawiał z Salią, wytykając jej błędy w rozmowie, które miała poprawić. Automaton okazała się być doskonałą uczennicą. Błyskawicznie chłonęła przekazywaną jej wiedzę i było niewiele momentów, kiedy Ceasar musiał tłumaczyć jakieś spostrzeżenie jeszcze raz. Wszystkie sugestie natychmiast były odzwierciedlane w jej zachowaniu. W końcu Salia zdołała wypełnić tę nieprzyjemną pustkę w głosie i brzmiała niemalże jak człowiek. Chłopak ze skrytą dumą słuchał, jak ćwiczyła wypowiadanie niektórych kwestii, za każdym razem radząc sobie coraz lepiej.
– Mam pytanie, Ceasar. Mogę ci je zadać?
– Oczywiście.
– Czemu mi pomagasz?
Ceasar zastanowił się przez moment. Wolałby w tym momencie robić setki innych rzeczy. Chciałby wrócić do domu, ale ta opcja odpadała w przedbiegach ze względu na automatona. Starał się nie myśleć o kolonii i swojej siostrze, próbując odwrócić swoją uwagę od tych ważnych rzeczy, które zostawił za sobą. Z tego względu nie miał też nic do roboty z wolnym czasem, więc obecna sytuacja nie przeszkadzała mu aż tak bardzo, jak mógłby wcześniej sądzić. Szczególnie że towarzystwo Salii nie było tak uciążliwe, jak na początku. Właściwie, sam nie do końca wiedział, dlaczego jej pomagał.
– Z wdzięczności? – zapytał nikogo konkretnego. – W końcu uratowałaś mi życie, więc sądzę, że mogę chociaż odrobinę zwrócić przysługę – odpowiedział, po czym delikatnie odchrząknął. Rozejrzał się z niepokojem po jaskini. – Nie widziałaś przypadkiem mojej torby?
– Nie miałeś nic takiego, kiedy cię ratowałam. Było w niej coś ważnego?
– W pewnym sensie tak. Głównie drobiazgi i żywność... – Chłopak potargał z frustracji włosy, kiedy przypomniał sobie, że torba spadła podczas próby ucieczki z rozpadającej się ziemi. Pewnie leżała teraz pod gruzem. –  Chociaż najbardziej mi zależy na samej żywności...
– Pomogę ci, Ceasar – powiedziała Salia z błyskiem w oku. – W tych jaskiniach jest sporo roślin i strumieni!
– Nie chcę być wybredny, ale czy te rośliny są w ogóle jadalne dla ludzi? – zapytał z powątpiewaniem. Ile czasu chodził po jaskiniach, prawie zawsze natykał się na trujące grzyby i mchy. Czasem nawet z wodą były problemy, szczególnie w terenach, które odnawiali senni i śniące. – Zatrucie to ostatnie, czego chciałbym doświadczyć.
– W takim wypadku musimy wyjść na powierzchnię – zakomenderowała.
– Wiesz, gdzie jest wyjście? – zapytał. Dziewczyna pokazała sklepienie. – Co masz na myśli?
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#75
(15-09-2016, 00:23)epoN napisał(a):
Rozdział VI – Nie wszystko, co piękne
Część II

Z cichym, mechanicznym szumem przedramię dziewczyny rozsunęło się na boki ('Rozsunęło się na boki' – nie bardzo rozumiem, czyli rozszczepiło się?), ciągle zmieniając swój wygląd.

– Zdziwienie: nova, chciałeś dowodu. Konfuzja: czemu się boisz, mimo że sam tego chciałeś(pragnąłeś?)?

– Potwierdzenie: oczywiście, że tak. Stwierdzenie: pomogłam wam uciec,(bez przecinka) w nadziei, że i wy pomożecie mi.

Automaton usiadł na ziemi, odwzajemniając spojrzenie. Próbowała odtworzyć przerażenie w bursztynowych oczach, a także pozę, w jakiej siedział. (Lepiej by było, gdybyś przyjął jedną formę, żeńską, nawet w sformułowaniu 'automaton usiadła', na zasadzie 'sędzia usiadła'. Rozumiem, że jest to maszyna, jednak zaprojektowana jako kobieta.)

Odetchnął głębiej, zbierając w sobie odwagę i,(bez przecinka) dobierając ostrożnie słowa, odezwał się:
– Może nie zaczęliśmy odpowiednio. Wróćmy na sam początek. Jestem Ceasar Livi, człowiek, nie,(Tu chyba bez przecinka, bo gdyby odwrócić to zdanie – Jestem Epon, nova, nie człowiek.:)) nova.

Niemniej automaton najwyraźniej nie miał mu tego za złe albo nie do końca zrozumiała jego intencje. (Znów ta dwoistość płci, sam chyba widzisz, że to nie brzmi dobrze.)

Otworzył usta i je zamknął. Tak na dobrą sprawę, co z człowieka robiło go człowiekiem? (co decydowało o człowieczeństwie? – może tak?)

Chociaż, jeżeli dobrze się zastanowił, Annihilia mówiła mu o ludziach,(bez przecinka) nora, którzy potrafią korzystać z elementu.

Bez wątpienia brakowało jej ścisłego charakteru, który określałby ją jako „ktoś” ('kogoś'), a nie „coś”. Imię było dobrym początkiem w tym kierunku.

– Pytanie: czy to jest wymagane? Pytanie: jak mam to (tego) dokonać?

Konflikt: jakkolwiek nie pragnę tego uczynić (takie zaprzeczenie uważane jest przez wydawnictwa za błędne, choć 'jakkolwiek pragnę' brzmi dla nas dziwnie – można użyć innej formy: 'choćbym bardzo pragnęła to...')albo 'mimo że bardzo pragnę', jest to obecnie niemalże niemożliwe.

Podczas jednej z nich, (bez przecinka)kobieta przekazała jej swoje ostatnie słowa.

Automaton okazał się być doskonałym uczniem. Błyskawicznie chłonął przekazywaną mu wiedzę i było niewiele momentów, kiedy Ceasar musiał tłumaczyć jakieś spostrzeżenie jeszcze raz. Wszystkie sugestie natychmiast były odzwierciedlane w jej zachowaniu.

Z tego względu nie miał też nic do roboty z wolnym czasem, więc obecna sytuacja nie przeszkadzała mu aż tak bardzo, jak mógłby wcześniej sądzić. Szczególnie że towarzystwo Salii nie było aż tak uciążliwe, jak na początku.

Ile czasu chodził po jaskiniach, prawie zawsze zatykał (natykał) się na trujące grzyby i mchy.

– Zatrucie to ostatnie, co wolałbym (czego chciałbym) doświadczyć.

Sporo tym razem interwencji z mojej strony, ale mam nadzieję, że rozumiesz, dlaczego? Zbudowałeś nieco dziwne konstrukcje, przykładem niech będzie ostatnie zdanie. Generalnie dość trudny fragment, przynajmniej dla mnie. Cała rozmowa miała na celu ich wzajemne zrozumienie, a w rezultacie była skomplikowana dla czytelnika. W sumie, słusznie, bo spotkały się zupełnie obce sobie rasy, ale to sprawiło, że chyba i tobie nie było łatwo takie dialogi poprowadzić. Jej dziwny sposób mówienia z dodawanymi do każdego zdania objaśnieniami typu: Konflikt, pytanie, stwierdzenie, sprawiał, że zdanie brzmiało nienaturalnie. I chyba tak miało brzmieć, to w końcu maszyna je wypowiadała. Nie wiem, jak bym sobie z tym poradziła.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#76
Dzięki za poprawki, Naw.
Tak, tym razem dałem ci sporo do roboty :<
Próbowałem odzwierciedlić sposób mówienia Salii – sztywny i bezbarwny, bez zbędnych słów, jakby tworzyła najprostsze zdania, by przekazać maksimum informacji. Przez to tworzy dosyć dziwne konstrukcje, które źle "leżą" na języku, takie jakby sztuczne.
Nie wiem dlaczego, ale kiedy przeglądam tekst w dalszych fragmentach, to mam poprawne formy, które odnoszą się do stwierdzenia "automaton" (w formie męskoosobowej) i poprawne przy "Salii" i "maszynie". I to jest dobry pomysł, żeby zostać przy formie żeńskiej, kiedy tak sobie pomyślę. Chciałem bardziej przekazać jej bezosobowość, że płeć to jedynie zmiany kosmetyczne.
No i to:
Cytat:– Może nie zaczęliśmy odpowiednio. Wróćmy na sam początek. Jestem Ceasar Livi, człowiek, nie,(Tu chyba bez przecinka, bo gdyby odwrócić to zdanie – Jestem Epon, nova, nie człowiek.:)) nova.
Chodziło raczej o to, że się rozmyślił zaraz po tym, kiedy przedstawił się jako człowiek i zmienił na novę w ramach rozróżnienia dwóch ludzkich ras. Takie cuś ;)
Jeszcze raz dziękuję za poprawki, jak zwykle trafne i przydatne ;d

I przy okazji kolejny fragment. Miłej lektury! :)



Rozdział VI – Nie wszystko, co piękne
Część III

Bez słowa zmieniła przedramię w działo i wycelowała w skały nad nimi. Zanim Ceasar zdążył zaprotestować, Salia wypaliła z broni. Chłopak upadł na tyłek w czystym szoku, a po chwili coś w jego głowie zaskoczyło i rzucił się do najbliższego wgłębienia, próbując unikać sypiących się i rozpalonych kamieni oraz piachu. W panice zakrył uszy przed hałasem. Ogłuszający ryk działa wypełniał echem jaskinię. Jasne pociski z każdą chwilą wygryzały coraz więcej skały, powoli tworząc swoisty tunel ku powierzchni. Skalne podłoże pod nogami Salii zaczęło powoli pękać i kruszeć od wibracji, odrzutu broni i nacisku absurdalnie ciężkiego ciała. Kamienie, piach i pył sypały się na nią bez przerwy, stopniowo zakopując ją pod sobą.
Aż w końcu jasny snop światła wpadł do jaskini przez wybity otwór. Salia przestała strzelać i opuściła broń, zamieniając je na powrót w przedramię. Chłopak głośno kasłał i kichał, próbując pozbyć się pyłu z płuc i ust.
– Znalazłam wyjście, Ceasar! – powiedziała z dumą, wygrzebując się ze stosu kamieni i piachu. Poza tym, że pokrywała ją spora warstwa kurzu i pyłu, nie wyglądała na chociażby odrobinę zadrapaną.
Chłopak jednak wskazał palcem swoje ucho i pokręcił głową. Miał wrażenie, że od tego hałasu całkowicie ogłuchł. Choć pozbył się nieprzyjemnego huczenia jakieś pół godziny temu, ta uciążliwość na nowo powróciła, tym razem ze zdwojoną siłą. Wstał nieco oszołomiony z ziemi i podszedł bliżej, trochę niepewnie zaglądając do szybu. W zdumieniu patrzył na kilkadziesiąt metrów skalnej skorupy przebitej bezlitosnym ostrzałem. Nigdy nie przeszło mu przez głowę, by wykorzystać broń w taki sposób. Szyb był wystarczająco szeroki, by zmieściły się w nim dwie osoby i dodatkowo rozszerzał delikatnie ku górze.
Z początku sądził, że jej zachowanie było lekkomyślne. Po chwili zdał sobie sprawę, że tak wyglądało tylko i wyłącznie z jego strony. Salia była automatonem, przedstawicielem rasy, dla której walący się na głowę strop jaskini najwyraźniej nie stanowił zagrożenia. Czegokolwiek nie robiła, najwyraźniej musiało to należeć do tych zwyczajnych rzeczy. Zwyczajnych dla niej, nie dla Ceasara. Chłopak zanotował sobie w pamięci, by jakoś powstrzymywać Salię przed decyzjami, które mogłyby okazać się dla niego co najmniej niebezpieczne.
I teraz zdał sobie sprawę, dlaczego automatoni byli tak silną rasą. Najwyraźniej każdy jej przedstawiciel to chodzący arsenał mniej lub bardziej śmiertelnej broni. Mimo że jej dłonie były zwodniczo miękkie jak ludzkie, niosły ze sobą przenikliwy chłód metalu. Spadające kamienie powinny zostawić na niej chociażby drobne zadrapania, ale im dłużej na nią patrzył, tym bardziej przed swoimi oczyma miał lalkę o nieskazitelnej powierzchni.
Salia cierpliwie czekała na Ceasara, który powoli dochodził do siebie.
– Ostrzegaj, kiedy masz zamiar robić coś takiego – powiedział z wyrzutem, kiedy początkowy szok opuścił jego głowę.
– Nic ci nie groziło, więc nie widziałam powodu, by ostrzec cię przed swoimi działaniami.
– Na litość boską, Salia, jestem człowiekiem! – zawołał, machając rękoma. – Spadające kamienie na tobie może nie robią wrażenia, ale w moim przypadku stanowczo lepiej ich unikać!
– W porządku. Jeżeli byłbyś ranny, nie widzę problemu w uleczeniu ciebie.
– Uleczeniu?
– Dokładnie. Wykorzystanie elementu do zasklepienia ran, łączenia tkanek, zrastania kości, regenerowania uszkodzonych organów, żaden problem. Element stanowi paliwo dla przyśpieszonej produkcji komórek – wyjaśniała Salia. – W przypadku nova trzeba jeszcze wyciągnąć na nowo element z ciała. U nora ten proces jest zbędny.
– Postaraj się tego unikać – powiedział cicho. Widząc niezrozumienie na twarzy automatona dodał: – To boli. Cholernie boli.
Dziewczyna była przez chwilę zaskoczona zmianą Ceasara.
– To oczywiste – stwierdziła. – Będzie boleć. Element jest istotą istnienia. Boli, kiedy wraca na puste miejsce i boli, kiedy jest wyrywany z ciała. Rani, parzy, kłuje, niszczy ciało, kiedy jego balans w ciele jest zaburzony. Tylko nova muszą z tym żyć od urodzenia. Tylko nova byli na tyle szaleni, by wyrwać element ze swojego ciała tysiące lat temu i powrócić do naturalnego stanu.
– Cena za to, żebyśmy stali się niewidoczni... – mruknął w zadumie.
Chłopak podniósł maskę i pośpiesznie otrzepał ją z pyłu. Rozejrzał się po jaskini, szukając innych rzeczy. Znalazł jedynie roztrzaskaną kuszę, częściowo wystającą spod sterty kamieni. Najwyraźniej w tamtym miejscu Salia uratowała go przed spadającymi głazami. Nie widział także swojej torby. Wymacał pasek, przy którym wisiały nożyk i kilka bełtów do kuszy. A więc jedyne, co posiadał, leżało na nim. Poczuł z tego powodu dziwną pustkę, a także... nagość. Czegoś mu brakowało. Nieprzyjemna bezradność wpełzła do umysłu, kiedy lustrował jaskinię, rozpaczliwie wyszukując swojego dobytku. Na próżno.
– Ceasar, masz już wszystko? – spytała Salia. Chłopak dopiero po dłuższej chwili kiwnął głową. – A więc chodźmy – powiedziała, podnosząc go na rękach.
– Hej! Sam sobie poradzę! – zawołał zaskoczony.
– Tak będzie szybciej – stwierdziła.
– Wolę polegać bardziej na własnej sile – powiedział. – Wejdź na górę i zrzuć mi jakąś linę. Wespnę się po niej.
Salia kiwnęła głową i wyskoczyła wysoko do góry, znikając w wybitym w sklepieniu tunelu. Po kilkunastu sekundach na dół opadła końcówka znajomo wyglądającej liny. Bez większego namysłu zaczął się po niej wspinać. I zdecydowanie przecenił swoje możliwości. Po kilku metrach bolały go dłonie od wyjątkowo szorstkiej powierzchni. Sapnął ciężko i szarpnął mocniej liną, w nadziei, że Salia zrozumie jego przekaz. Ku jemu zaskoczeniu, automaton zacząła go wciągać do góry. Z jej pomocą wyszedł na powierzchnię, gdzie odetchnął świeżym powietrzem. Oczekiwał drobnych złośliwości ze strony Salii, ale nic takiego nie nadeszło. Najwyraźniej nie opanowała czegoś takiego jak złośliwość czy ironia.
Wzrok Ceasara podążył za liną, która znikała w ciele automatona, a dokładniej między łopatkami.
– Nie jesteś zaskoczony? – zapytała z zaciekawieniem, przechwytując jego spojrzenie.
– Po tym, co widziałem z twoją ręką, nie sądzę, by to mogło mnie zaskoczyć. Poza tym w ten sposób wtedy mnie uratowałaś, prawda? – spytał. Automaton kiwnęła głową. – No więc... chyba jeszcze tego nie mówiłem. – Schylił głęboko głowę. – Dziękuję za wszystko.
– Odrobina poświęcenia nie zaszkodzi, by zdobyć wiedzę – powiedziała.
Ceasar przekrzywił głowę, nie rozumiejąc do końca, o co jej chodziło. Salia natomiast nie wyglądała, jakby chciała cokolwiek dodać do swojej wypowiedzi.
– Co teraz, Ceasar? Jesteś spragniony? Głodny? – wypytywała z nutką ekscytacji. – Chcesz gdzieś iść?
– Nie mam prowiantu, ale też nie znam tej okolicy – westchnął cicho, odrzucając plany, które rodziły się w jego głowie. – Nie bardzo też mam pomysł gdzie iść...
Nie miał zamiaru sprowadzać automatona do kolonii. Była z pewnością niebezpieczna i nie wiedział, jak się zachowa względem innych ludzi. Jego traktowała dosyć ciepło, jeżeli można tak powiedzieć o maszynie. A może tak została zaprojektowana? Póki co powinien unikać zbliżania się do kolonii. Na tę myśl jego serce przeszył skurcz. Jego siostra... musiała się z pewnością niepokoić. Dziwne, że też dopiero teraz o niej pomyślał.
– Prowiant? Woda i składniki odżywcze, prawda? – spytała z niepokojącym entuzjazmem, wyrywając go z zamyślenia.
Chłopak przytaknął, rozglądając się po skalistej okolicy. Kilka metrów dalej widział rumowisko, do którego wpadł, a przynajmniej tego się domyślał. Poznawał mniej więcej okolicę, choć ta przeszła sporo zmian. Po kroodze nie było śladu, ale za to przybyło sporo kraterów po jego przechadzce. Chłopak dopiero po dłuższej chwili przypomniał sobie słowa Connora. Już wtedy dowiedział się, że gdzieś w tej okolicy był automaton. Jednak słowa jego towarzyszki, Patrice, nie bardzo zgadzały się z rzeczywistością.
– Trochę zaskakuje mnie fakt, że krooga wciąż żyje po tym trafieniu – powiedziała Salia, patrząc na okolicę z mieszanką zdumienia i podziwu.
– To ty zaatakowałaś tego kolosa? – zapytał z niedowierzaniem.
– Miałam nadzieję go zabić, ale najwyraźniej siła ataku była za słaba – wyznała. – A potem sabotowałam ich centrum organizacyjne, żebyście mogli uciec. Tak długo nieprzytomny... byłam przekonana, że był martwy. Życie to wyjątkowo tajemnicza rzecz, prawda?
– Długo...? Poczekaj, ile czasu byłem nieprzytomny? – zapytał.
– Wystarczająco długo – powiedziała po chwili milczenia. – Nieco ponad dobę. Ceasar, wiem, gdzie jest najbliższe źródło wody.
– Zwinnie przeskakujesz po tematach – zauważył chłopak. – Dobrze, prowadź do niego.
Salia mruknęła coś niewyraźnie o stracie czasu i zmarszczyła brwi, lustrując uważnie Ceasara. Przez chwilę nad czymś myślała.
– Ceasar.
– Salia...? Co ty...? – zapytał niepewnie chłopak, kiedy automaton uniósł go na rękach.
– Chciałeś, bym ciebie ostrzegała, jeżeli będę robiła coś niebezpiecznego dla ciebie, prawda?
– Jestem przekonany, że powiedziałem coś w tym stylu...? – odpowiedział po chwili wahania.
– A więc ostrzegam.
Bez zbędnych słów zaczęła biec do przodu, stawiając z początku drobne kroki. Błyskawicznie przyśpieszała, jakby próbowała ścigać się z samym dźwiękiem. Ceasar patrzył, jak kolejne skały migały obok nich i znikały w zastraszająco szybkim tempie za horyzontem. Pęd powietrza naciskał na jego ciało niczym silny strumień wody, wyciskając powietrze z płuc. Jego maska ułatwiała nieco oddychanie i patrzenie na świat, ale po chwili przesunęła się na bok, boleśnie uciskając twarz. Ciało było także nagle uciążliwie ciężkie i miał wrażenie, że serce biło dużo mocniej niż normalnie. Chłopak szybko odkrył także kolejny minus błyskawicznej podróży. Zamknął powieki, próbując opanować mdłości i zachować przytomność, która ciągle szukała drogi ucieczki. Automaton co chwilę skręcała, przyśpieszała, spowalniała, niekiedy przeskakiwała nad skałami i rozpadlinami. Szalona podróż ciągnęła się niemalże w nieskończoność.
Ale tylko z perspektywy Ceasara. Salia zwolniła całkowicie kilkadziesiąt sekund po osiągnięciu szalonej prędkości. Z lekkim zaintrygowaniem na twarzy opuściła schorowanego chłopaka na ziemię. Ceasar wciąż bał się otworzyć oczy, kurczowo je zaciskając z obawy przed tym, gdzie mogła go przetransportować Salia.
– D... dzięki bogom... – wymamrotał, kiedy tylko jego nogi na nowo dotknęły skał.
– Niech zgadnę, to było bardzo niebezpieczne? – zapytała Salia z uśmiechem, który można określić jako nieco rozmarzony.
– Nie... znaczy tak... może? – wymamrotał niepewnie. – Byłem po prostu zaskoczony. Na swój sposób... chętnie bym to powtórzył, ale nie czuję się najlepiej.
Oczy Salii błysnęły z zapału.
– Ceasar! Możemy dobiec w ten sposób jeszcze gdzieś! – zaproponowała z entuzjazmem.
– Aż tak lubisz biegać z zawrotną prędkością? – zapytał Ceasar, otwierając z trwogą oczy. Odetchnął głębiej, widząc dookoła drzewa i olbrzymie głazy. Najwyraźniej nie byli daleko od gór.
– Zdałam sobie sprawę, że zabawniej podróżuje się z kimś niż samotnie.
– Nie miałaś wielu towarzyszy? – zapytał z ciekawości. Salia potwierdziła to kiwnięciem głowy. – Nawet innych automatonów? – W głosie Ceasara był ślad zdziwienia. Salia w milczeniu potwierdziła jego słowa. – Jest jakiś konkretny powód?
– …wygnana – mruknęła niezwykle cicho z pochmurną miną. – Ceasar! Nie byłeś przypadkiem spragniony? – spytała nagle, wskazując palcem rzekę, która płynęła kilka metrów dalej. Chłopak westchnął, wstając z ziemi na drżących nogach. – Ceasar, za ten czas zdobędę ci jakieś jedzenie, czy to jest w porządku? – upewniła się. – Coś jadalnego dla ludzi, tak?
Kiedy tylko chłopak potwierdził jej słowa, Salia znikła między drzewami. Ceasar patrzył na jej plecy, marszcząc w zadumie brwi.
– Czy ona naprawdę musi biegać nago? – zapytał nikogo konkretnego, po czym ruszył w stronę rzeki.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
Reklama AdSense
#77
(21-09-2016, 22:13)epoN napisał(a): I przy okazji kolejny fragment. Miłej lektury! :)



Rozdział VI – Nie wszystko, co piękne
Część III

Miał wrażenie, że od tego hałasu całkowicie ogłuchł. Choć całkowicie pozbył się nieprzyjemnego huczenia jakieś pół godziny temu, ta uciążliwość na nowo powróciła, tym razem ze zdwojoną siłą.

Salia była automatonem, przedstawicielem rasy, której ('dla której' nie stanowił zagrożenia lub 'której nie zagrażał') walący się na głowę strop jaskini najwyraźniej nie stanowił zagrożenia.

Chłopak zanotował sobie w pamięci, by jakoś powstrzymywać Salię przed decyzjami, które okazały by (okazałyby, a lepiej mogłyby się okazać) się dla niego co najmniej niebezpieczne.

– Nie mam prowiantu, ale też nie znam tej okolicy – westchnął cicho, odrzucając plany, które kształciły się (kształcenie to inaczej nauka, proces zdobywania wiedzy, w tym przypadku 'kształtowały się', choć też nie do końca oznacza to, co miałeś na myśli, raczej: 'kiełkowały', 'rodziły się') w jego głowie.

Póki co,(bez przecinka, ponieważ jest to zwrot potoczny, rusycyzm) powinien unikać zbliżania się do kolonii. Na (tę) myśl jego serce przeszył skurcz.

Z lekkim zaint®ygowaniem na twarzy opuściła schorowanego chłopaka na ziemię.

Źle mnie zrozumiałeś z tą konstrukcją mowy automatona. To mi się podobało, mimo że faktycznie było dziwne i trudne. Ale jak inaczej pokazać sposób mówienia maszyny, która nie zna uczuć, stanów emocji. Nawet dziwnie brzmi w tym fragmencie, gdzie mówi w sposób czysto ludzki.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#78
Dzięki, Naw, za poprawki.
To nie tak, że wtedy cię skrytykowałem, czy coś. Po prostu chciałem odrobinę to uściślić :P Zmiana sposobu mówienia wiążę się z naukami Ceasara – poprzez obserwację zauważyła, że nie ma potrzeby o informowaniu rozmówcy o założeniu danego zdania, co jest z kolei wymagane przy szybkim wymianach informacji, kiedy nie ma ani czasu, ani potrzeby rozszyfrowywania tonu głosu. To, że zaczęła mówić bardziej jak człowiek, to przecież jeden z jej celów – być bardziej ludzką. Ale wciąż mówi dosyć sztywno, co próbuję odwzorować w dialogach. Czasem prosto, czasem używając skomplikowanych słów, ale z pewnością bardzo dosłownie, bez żadnych metafor. To jest moje ogólne założenie, jeżeli chodzi o mowę Salii, i próbuję się tego trzymać. Jak mi idzie, to pewnie sama możesz ocenić :)
Jeszcze raz dzięki za poprawki i uwagi^^
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#79
Rozdział VII – Powrót do jedynego domu
Część I

Zanurzył rękę w chłodnej rzece. Poczuł znajome pieczenie i kłucie, ale nie było nazbyt intensywne. Ściągnął maskę, patrząc jak zaczarowany na strumień wody. Rzeka nie miała nawet metra głębokości i pięciu metrów szerokości, ale za to pędziła jak szalona. Tak krystalicznie czysta, że widział błyski łusek ryb, które zmierzały w dół rzeki.
Obmył twarz w chłodnej wodzie. Nie dbał o element – jego stężenie było za małe, by taki kontakt był szkodliwy. Musiał jedynie dbać, by woda nie dostała się do oczu ani nosa. Z maski wyciągnął dwie niewielkie słomki, które wcisnął po obu stronach filtra osłony. Pochylił się, zanurzając jedną z rurek w wodzie, z drugiej zaś łapczywie zasysając zimną, przefiltrowaną z elementu wodę. Ze względu na budowę i zawartość filtra, płyn miał lekko metaliczny posmak, ale po wielu latach Ceasar był już do tego przyzwyczajony. Po prawdzie uważał, że zwykła, nieprzefiltrowana woda smakowała jakoś dziwnie.
Z głośnym westchnięciem zadowolenia usiadł na trawie, rozglądając się dokładniej po okolicy. Wydawała mu się dziwnie wyrwana z krajobrazu, niepasująca jak fragment puzzla z innej układanki. Coś takiego nie było rzadkością na tych wyżynach. Śniące i senni naprawiali dziury w krajobrazie tak, jak im się żywnie podobało i jakie aktualnie mieli natchnienie. Czasem zmieniali wszystko, czasami wykorzystywali obecne ukształtowanie, by stworzyć coś nowego, tak jak tutaj.
Trochę czasu zajęło chłopakowi, by rozpoznać to miejsce. Krater, który kiedyś wypełniały płomienie i kłęby dymu, teraz mieścił w sobie duży staw. Kilka lat wstecz była tutaj kolonia Hollow, umieszczona we wnętrzu niewielkiej góry. Błękitne ognie pożerały nawet kamienie, pozostawiając po sobie nie rozpaloną lawę, a ogniście czerwony popiół. W środku pochmurnej, burzowej nocy, kiedy ciemność była wyjątkowo gęsta, okolice zniszczonej kolonii wyglądały jak za dnia. Panował tak ogromny gorąc, że na setki metrów dookoła góry nie spadała ani kropla deszczu, a pobliska rzeka wyparowywała jeszcze nim dotarła do krańca wodospadu. Wszyscy uważali za cud, że udało im się uciec z tego miejsca.
– Ceasar. – Podskoczył w miejscu, słysząc głos Salii. – Wszystko w porządku? Wyglądasz wyjątkowo niezdrowo.
Zamrugał niepewnie. Dopiero teraz poczuł, że był cały mokry od zimnego potu i trząsł się ze strachu. Wspomnienie tamtej nocy żyło w jego myślach niczym paskudny pasożyt. Razem z siostrą przeżyli tylko dlatego, że pomagali w zagajniku kilka kilometrów na południe od kolonii. Wtedy miał wrażenie, że nastał już świt.
– Po prostu coś sobie przypomniałem – powiedział drżącym głosem, zamykając oczy.
– Czy to jest coś niemiłego? – dociekała. Przyglądała się uważnie jego twarzy, jakby dokładnie ją analizowała. – Temperatura twojego ciała delikatnie wzrosła, szczególnie klatki piersiowej i głowy. Źrenice są większe niż poprzednio. Jakie to uczucie, Ceasar?
– Strach – powiedział po długiej pauzie.
– Strach? – Salia rozejrzała się dookoła. – W tym miejscu nie ma niczego, co mogłoby grozić twojemu bezpieczeństwu. Odczuwanie strachu w obecnej sytuacji jest irracjonalne.
– Nie boję się tego, co jest teraz, a tego, co było kiedyś – wyznał cicho. – Ty nigdy się nie bałaś?
– Strach, stan w którym zaburzona jest kontrola nad własnym ciałem i przepływem myśli, utrudnione podejmowanie decyzji, sprowadzone do dwóch najbardziej pierwotnych odruchów, walka bądź ucieczka. Pojawia się w sytuacjach zagrożenia, bezpośrednie połączenie ze zdolnością zapamiętywania, kojarzenia oraz abstrakcyjnego myślenia – wyrzuciła z siebie jednym tchem, po czym zamilkła, jakby nad czymś myśląc. – W wielu sytuacjach zagrożenia byłam zdolna podejmować zwykłe decyzje, mieszczące się poza spektrum ucieczka-walka. Nasza struktura nie zawiera ośrodków odpowiadające za instynkt przetrwania. Choć jest możliwa jego reprodukcja, potrzeba w tym celu więcej danych. Sądzę, że najlepszym słowem, by określić nas, automatonów, to nieustraszeni. Nie posiadamy czegoś tak skomplikowanego i zbędnego jak morale. Strata, ból, zagrożenie, wydarzenia z przeszłości, przesądy, irracjonalne historie nie są tak ważnym czynnikiem jak w przypadku żywych istot. Dla nas są jedynie liczbami pośród innych liczb, by ocenić prawdopodobieństwa pewnych wydarzeń, a tym samym kolejnych kroków.
– Mogłaś po prostu powiedzieć, że nie jesteś do tego zdolna – powiedział niemalże obojętnie, nie rozumiejąc nawet połowy tego, co powiedziała. Widział to w ten sposób: śrubokręt nigdy nie bał się ani śrubek, ani ognia. Nie mógł się przez to powstrzymać przed patrzeniem na Salię jak na narzędzie. Gdzieś w głębi duszy wiedział, że tak naprawdę aż tak bardzo się nie mylił.
– Uważam, że takie stwierdzenie nie jest kompletne w swojej istocie i wymaga rozszerzenia. Przyniosłam tobie prowiant – powiedziała, wyciągając w jego stronę zająca.
Wyciągnął zza pasa nóż i położył szamoczące się zwierze na kamieniu. Po chwili celowania wbił metalowe ostrze w jego szyję. Kolejnym ruchem odciął głowę zająca, później spuścił krew do wykopanego wcześniej dołka i zaczął patroszyć tułów, a temu wszystkiemu przyglądała się z zaciekawieniem Salia. Kilka minut później zając piekł się już nad ogniskiem. Chłopak ze znudzeniem patrzył na mięso. Zastanawiał się, co teraz począć. Nie mógł sprowadzić automatona do swojej kolonii, więc musiał pomóc jej najlepiej, jak potrafił, by pozbyć się jej i wrócić do domu. Z drugiej strony... istniała kiedyś inna kolonia, którą chciałby odwiedzić, swój stary dom. Tam nic złego się nie stanie.
– Kiedyś była tutaj kolonia, Hollow – powiedział w końcu. – Mieszkałem w niej przez jakiś czas.
– Była, a więc została zniszczona? – upewniła się Salia.
– Tak, siedem lat temu. Nie wiem dokładniej jak, ale widziałem, jak płonęło. Wszystko, nawet kamienie. – Przymknął oczy, powoli opowiadając jej, co wtedy widział.
– Błękitne płomienie, w mojej pamięci figuruje wiele istot o zadanej charakterystyce. Najbliższy byłby...
– Nie wiem, po co mi to mówisz – westchnął ciężko Ceasar. – Nic mi po tej wiedzy, chyba że masz ochotę mnie nią dobić.
– Dobić? Wiedza nie może zabić w sposób ścisły podczas przekazywania.
– Tak się tylko mówi – stwierdził poirytowany. Salia wyglądała na jeszcze bardziej zagubioną.
Co chwilę sprawdzał, czy zając był już upieczony. Jego żołądek ciągle przypominał o należnej mu daninie, nie dając właścicielowi spokoju. W końcu stwierdził, że jedzenie było gotowe i ściągnął zająca z ogniska.
– Nie chcesz? – zapytał Salię. Dziewczyna pokręciła głową.
– Nie muszę przyswajać organicznej materii, by poprawnie funkcjonować, korzystam z elementu jako źródła energii. W sytuacjach awaryjnych bądź kiedy użycie elementu jest niewskazane, posiadam moduły pozwalające przemienić materię prosto w energię, ale to rzadkie sytuacje. Posiadam wiele akumulatorów – wyjaśniła. – Będzie lepiej, jeżeli zjesz więcej, niż podzielisz się ze mną.
– Jak chcesz, nie mam zamiaru cię namawiać – stwierdził, ściągając maskę. Wytarł ślinę i z zapałem wgryzł się w mięso. – Hm... no tak – mruknął, kiedy tylko przełknął jedzenie – brakuje tradycyjnych przypraw, ale i tak to najlepszy posiłek, jaki jadłem w przeciągu ostatniej doby.
– Przecież nic ostatnio nie jadłeś – zdziwiła się Salia. – Jakie znaczenie mają twoje słowa w takim wypadku?
– Otóż to. Trzeba szukać pozytywów tam, gdzie się da. Głód i dobry humor to najlepsze przyprawy, tak zawsze mówiła Edna. Chciałbym wierzyć, że to prawda. Ach, Edna to kucharka w mojej kolonii – dodał pośpiesznie, widząc zaciekawienie na twarzy Salii.
– Kolonia? Ceasar, opowiedz mi coś więcej! – zawołała z entuzjazmem.
Spojrzenie chłopaka nieco spochmurniało. W milczeniu obgryzał kości, aż w końcu zaczął mówić:
– Właściwie można to uznać za ludzkie miasta. Kolonia, w której byłem przywódcą, miała ledwie tysiąc osób na początku. Przetrwaliśmy jakoś siedem lat, ale tylko dzięki głupiemu szczęściu. Co tu wiele mówić? Osada, jakich wiele. Tkwimy w ukryciu, by nie istnieć.
– Nie istnieć? Dziwny konflikt znaczeń. Sam fakt, że jesteś, oznacza, że istniejesz. Czy to kolejna abstrakcyjna metafora?
– Spójrz na to z tej strony. Dopóki kogoś nie widzisz po raz pierwszy, nie masz pojęcia o jego istnieniu. On dla ciebie nie istnieje. Nie można zabić czegoś, co nie istnieje.
– Dziwna i bezsensowna logika – stwierdziła Salia po dłuższej chwili. Jako automaton nie potrafiła zrozumieć do końca jego teorii. – Ślepy ostrzał wciąż was może zranić, prawda? Nie jesteście nieśmiertelni, więc można was zabić. Czy to przez przypadek, czy to umyślnie.
– Nie jest bezsensowna – powiedział cicho chłopak. – Dzięki niej wciąż żyję.
– Co się więc dzieje z tymi, których istnienie ktoś zauważy? – spytała. – Wnioskując z twojej teorii, próbujecie nie istnieć. Jednak scenariusz, gdzie wszyscy pozostaniecie niezauważeni, nigdy nie wystąpi. Będą więc jednostki, które...
– Będą musiały umrzeć – dokończył za nią. Nieprzyjemnie chłodny głos wychodził z jego gardła, jednak Salia nie zareagowała na to. – Mogą sprowadzić za sobą śmierć na całą kolonię. Dlatego... dlatego wysyłałem ich na śmierć. Dla dobra kolonii, dla dobra ogółu, szczęście pojedynczej jednostki może zostać poświęcone.
– Co za bezsensowne rozwiązanie – stwierdziła po chwili myślenia Salia.
Coś pękło wewnątrz Ceasara. Silna fala gniewu i wściekłości uderzyła mu do głowy. W ułamku sekundy przeskoczył ognisko i rzucił się na Salię, przewracając ją do tyłu. Jego ręce błyskawicznie powędrowały ku szyi zaskoczonej maszyny, przyduszając do ziemi.
– Nigdy... nigdy nie mów, że ich śmierć jest bezsensowna, ty pieprzona maszyno! – ryknął jej w twarz, ciężko dysząc. – Co ty możesz wiedzieć o bezsensowności, do jasnej cholery! Czy wiesz, co znaczy życie w strachu, dzień w dzień bez przerwy? Codziennie, kiedy zastanawiasz się, czy przypadkiem seraf nie zniszczy całej okolicy, kiedy przekradasz się w cieniach, by uniknąć ciekawskich oczu, kiedy łakniesz przebaczenia za to, że zabiłaś swoich bliskich przyjaciół... Tych, którzy się tobą opiekowali, którzy ci pomagali, którzy powierzyli swoje życie w twoje ręce z nadzieją, że otrzymają je z powrotem! Żadna, do cholery, śmierć nie była bezsensowna! To dzięki nim wciąż żyję, wciąż trwa kolonia, wciąż jesteśmy bliżej końca wojny! Nie może być bezsensowna! Rozumiesz?!
Przełknął ślinę, patrząc w bursztynowe oczy automatona. Kolejne myśli, które gromadził przez lata, wypływały jedna po drugiej. Jego słowa przepełniała bezgraniczna gorycz i nienawiść do samego siebie. Nie potrafił wybaczyć sobie wielu rzeczy. Poświęcanie innych było największym grzechem, jaki dźwigał na swoich barkach. Jednak Salia nieumyślnie zbagatelizowała to i stała się obiektem, na którym mógł wyładować swoją frustrację.
– Nie wiesz, jakie to uczucie – mówił dalej, zniżając głos do szeptu. – Nie wiesz, jaki to ból. Właśnie posyłasz na śmierć kolejnego przyjaciela. Patrzysz na jego oddalające się plecy i wiesz, że widzisz go po raz ostatni. Każesz mu umrzeć, by móc wrócić do kolonii. Zawsze, zawsze miałem nadzieję, że ktoś się sprzeciwi, że chociaż raz powie, żebym się pierdolił i sam poszedł! A on posłusznie wykonuje twoje polecenie. Z delikatnym uśmiechem. Sztucznie wyłuskując resztki odwagi. Bez śladu rozczarowania czy zawodu. Zawsze, zawsze... każdy z nich mówi to samo. „Przepraszam”. Przepraszają mnie, kiedy to ja powinienem ich przeprosić. Kogo zabijam tym razem? Kochającą matkę, opiekuńczego brata, pogodnego młodzika. – Zamilkł, zgrzytając z frustracji zębami. – Co to za różnica? I tak zapomnę ich twarz. Znasz to uczucie, Salia? Kiedy zdradzasz kogoś, kto ci absolutnie ufa, i zabijasz go, bo boisz się samej umrzeć? Wiesz, co to znaczy „bać się o własne życie”? Oczywiście, że nie. Jesteś automatonem. W swoich rękach dzierżysz potęgę, o której słabi i żałośni ludzie mogą jedynie marzyć i absolutnie nic z nią nie robisz. Nie musisz nikogo poświęcać, by przeżyć... – Puścił jej szyję, jakby zreflektował się, że wciąż próbował ją dusić. Salia bez ustanku patrzyła na chłopaka ze zdumieniem na twarzy. – Czemu... nikt nie próbuje zakończyć tej pieprzonej wojny...?
Ceasar wycofał się i usiadł nieco dalej, chowając twarz w dłoniach i ciężko dysząc. Próbował uspokoić szalejące emocje, które wyrwały się spod kontroli w najmniej odpowiednim momencie. Salia bez ustanku śledziła go wzrokiem, jakby coś rozgryzając.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#80
(28-09-2016, 23:31)epoN napisał(a):
Rozdział VII – Powrót do jedynego domu
Część I

Tak czysta i przeźroczysta (Ten rym nie bardzo mi się widzi – 'Tak krystalicznie czysta' tak by wystarczyło), że widział błyski łusek ryb, które zmierzały w dół rzeki.

Z głośnym westchnięciem zadowolenia,(bez przecinka) usiadł na trawie, rozglądając się dokładniej po okolicy.

Wszyscy uważali to za cud, że udało im się uciec z tego miejsca.

Nasza struktura nie zawiera ośrodków odpowiadające(cych) za instynkt przetrwania.

Wyciągnął zza pasa nóż i położył szamoczące się zwierze(ę) na kamieniu. Po chwili celowania wbił metalowe ostrze w jego szyję. Kolejnym ruchem odciął głowę zająca, później spuścił krew do wykopanego wcześniej dołka i zaczął patroszyć tułów, a temu wszystkiemu przyglądała się z zaciekawieniem Salia. (a gdzie oskórowanie?)

Nie mógł sprowadzić automatona do swojej kolonii, więc musiał pomóc jej najlepiej, jak potrafił, by pozbyć się jej i wrócić do domu.

Dla dobra kolonii, dla dobra ogółu, szczęście pojedynczej jednostki może zostać poświęcone.
– Co za bezsensowne rozwiązanie – stwierdziła po chwili myślenia Salia. (Tu się zgadzam z maszyną – poświęcanie jednostki dla dobra ogółu zaprzecza idei człowieczeństwa. Na ten ogół składają się właśnie jednostki i dlatego każde życie jest ważne – no tak myślę. Inną rzeczą jest, kiedy jednostka sama decyduje się poświęcić swoje życie dla innych, bo to jest jej decyzja.)

Mimo że nic właściwie się nie działo, to ten fragment był jednym z najbardziej poruszających. Takie zasadnicze, egzystencjalne pytania i dramatyczne odpowiedzi. Czasem aż się sama nasuwa myśl; niepotrzebnie uzyskaliśmy zdolność myślenia i odczuwania. Wszystko byłoby prostsze.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  [Vexion] Podszepty przeszłości epoN 34 9,333 10-02-2018, 18:28
Ostatni post: epoN

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości