Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
[Vexion]Era Bezkresnych
(06-02-2017, 12:14)epoN napisał(a):
Rozdział X – Zmiany i zdrady
Część I

Nie wiedziała, dlaczego Twórca (Dlaczego dużą literą, czy chodzi o twórcę w kategorii boskiej, czy zwykłego konstruktora?) zbudował ją w ten sposób.

Jeżeli jednak ich by (by ich) wysłuchała, jej myśli zostałyby skażone ideami odmiennymi od idei roju, a tym samym doprowadziłoby do błędów w działaniu jednostki.

Duża część jej pamięci jednak zdążyła (zbędna spacja) zostać zaszyfrowana.

Spotkała Anquer'Atha, olbrzymiego kościanego smoka, strażnika żywych i martwych, mityczną bestią, którą przez mileniami (milleniami?) stworzyli Pradawni.

Minęło dziesięć sekund. Zdała sobie sprawę z faktu, że jej pamięć znowu była szyfrowana. Dzięki aktywacji modułu znowu podłączyła się do sieci roju, przez co mieli dostęp do jej pamięci.

Sporo wplotłeś w ten fragment informacji technicznych, informatycznych też, a to nie moja działka, ale coś tam zrozumiałam. Najważniejszy dla mnie jest przekaz, że spotykając człowieka, maszyna zaczęła uczyć się emocji. Nie wiem, czy to możliwe, a jeśli tak, to w jakim stopniu? Nie wiem też, czy chciałabym, żeby maszyny osiągnęły taki stopień wtajemniczenia? Chyba dopiero wtedy stałyby się najgroźniejsze?
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
Reklama AdSense
Jak zwykle, dziękuję za poprawki i komentarz, Naw : ) To, dlaczego ludzie tak mocno na wszystko wpływają, jest póki co tajemnicą, która wyjaśni się w późniejszych rozdziałach. O automatonach mógłbym napisać tutaj więcej, ale osobiście muszę wyklarować ten obraz – obecna fabuła znacząco odbiega od tego, co zaplanowałem pierwotnie i większość notatek na temat ras, jakie sobie sporządziłem, wylądowały w koszu. Cusz.
Tym razem dłuższy fragment – dzięki temu kolejne będą w bardziej rozsądnie podzielonych porcjach.



Rozdział X – Zmiany i zdrady
Część II


Minęły dwie urojone sekundy. Cała energia, jaką zmagazynowała i wygenerowała, została zużyta. Czas ruszył z kopyta. Założone na porty zabezpieczenia były błyskawicznie łamane. Trydent powoli tracił moc, odcięty od zasilania był jedynie zbędnym balastem. Salia zrobiła niewielki krok do przodu.
I w jego połowie, znowu czas automatona został rozciągnięty.
Znowu minęły dwie urojone sekundy.
Dokończyła krok, zwijając sondy jak sprężynę, by wybić się ku dziurze w sklepieniu jaskini. Gae Bulg został wyłączony, kiedy Salia zmieniła swoje położenie. Obydwie bronie zaczęły wracać do innego wymiaru. W końcu miały jedynie kupić odrobinę czasu.
Przeskakiwała ciągle między czasem rzeczywistym a urojonym. W pierwszym działała, w drugim przeprowadzała niezbędne obliczenia. Brakowało jej siły i energii, by doskoczyć do wybitego otworu. Postanowiła przebiec tunelami, by oddalić się od kolonii w bezpieczne miejsce.
Nagle poczuła coś w rodzaju mentalnego szoku. Czegoś zapomniała. Jakaś cząstka jej jestestwa nagle zniknęła. Została zaszyfrowana. W urojonym czasie przeskanowała pamięć i odkryła, że jej wygląd został ukryty. Sprawdziła postęp szyfrowania. Z jakiegoś powodu ten drastycznie przyśpieszył, najwyraźniej jednostka odpowiedzialna za szyfrowanie także używała modułu czasu urojonego albo połączyła siły z innymi automatonami.
Po raz pierwszy zaczęła odczuwać prawdziwy [strach]. [Bała się], że zapomni Ceasara, nim będzie w stanie mu pomóc. Jej pamięć została zaszyfrowana w niemalże dziewięćdziesięciu ośmiu procentach. Nie pomagało przerzucanie danych z miejsca na miejsce, by nie zostały uszkodzone. Musiała coś zrobić, nim stanie się podążającą za określonym programem lalką. Przypomniała sobie w tym momencie słowa umierającej kobiety: „nawet jeśli nie jest mój, chcę, by był bezpieczny”. Nie rozumiała wtedy, co mogło to znaczyć, jednak teraz, kiedy [pragnęła], widziała świat w innych barwach.
Nagle narodził się w jej głowie plan.
Przeprogramuje swoje moduły sztucznej inteligencji, do której nikt inny nie ma dostępu, nieważne w jakich okolicznościach. Poświęciła w tym celu całą moc obliczeniową, rezygnując nawet z leczenia Ceasara. Jego stan był w miarę stabilny, a jeżeli jej plan się powiedzie, margines błędu będzie dużo szerszy.
Jednak nim zdążyła zaprogramować wszystkie polecenia, jej pamięć została całkowicie zaszyfrowana.



Biegnący przez lekko zarośniętą polanę automaton nagle się zatrzymał. Jego sondy oplatały jakiś ciepły obiekt. Kiedy osobowość maszyny została do końca zaszyfrowana, władzę przejęła jej podświadomość – prymitywny moduł ziarna sztucznej inteligencji. Odcięła zbędne moduły, którymi nie potrafiła się obsługiwać albo były dla niej nieznane. Miała w zamyśle przede wszystkim jedno zadanie: przetrwać do momentu wybudzenia osobowości. Niewielka pojemność pamięci wbudowanej nie pozwalała na duże ilości dodatkowych funkcji i rozkazów.
Ale z jakiegoś powodu maszyna otrzymywała sprzeczne sygnały. Jeden kazał jej wracać do roju, drugi natomiast ratować #$%&%*a. W końcu podążyła za poleceniem o wyższym priorytecie, dzięki czemu mogła wykonać większą liczbę zaprogramowanych rozkazów. Pochyliła się i wystartowała do przodu, niebezpiecznie tracąc równowagę. Moduł błyskawicznie zareagował, odzyskując balans i przystosowując się do nietypowej struktury jednostki. Ruszyła w bezpieczne miejsce, traktując z należytą ostrożnością opleciony sondami obiekt.
Zyskując ogromne ilości mocy obliczeniowej i energii po wyłączeniu zbędnych modułów, automaton gwałtownie przyśpieszył, przedzierając się przez lesisty teren. Kilka kilometrów dalej istniało skaliste rumowisko, pełne jaskiń, szczelin i wąwozów. Uznając to za najlepsze wyjście, system nadał temu miejscu największy priorytet, a tym samym ustawił jako cel podróży.
Mając za obecne zadanie ukrycie się, maszyna przeskakiwała od drzewa do drzewa z pomocą sond, by zostawić jak najmniej śladów na ziemi. Przeskakiwała nieregularnie, zakosami, pomijając niekiedy po kilkanaście pni, by stworzyć iluzję urwanego śladu. Dosyć szybko opuściła las i zaczęła zagłębiać się na skalnym pustkowiu w poszukiwaniu kryjówki.
Kilkanaście minut później znalazła jaskinię. Opuściła ciepły obiekt na podłoże, jednak nie rozplotła sond. Jej misją była jego ochrona, niezależnie od uzyskanych obrażeń. To był kolejny sprzeczny sygnał, jaki otrzymała, jednak zignorowała to po sprawdzeniu priorytetów.
Usadowiła się obok obiektu, czekając w bezczynności na kolejny rozkaz. Aktualne zadanie nie miało zdefiniowanej długości, więc postanowiła równolegle wykonać inne. Jej głowa delikatnie opadła, a oczy straciły żywy błysk. By rozszyfrować pamięć, przeszła w tryb czuwania.
Po kilku minutach maszyna wstała z ziemi. Błękit źrenic wypierał poprzedni bursztyn, kiedy jednostka wytworzyła zastępczą osobowość do czasu odszyfrowania poprzedniej. Rozluźniła sondy z ciepłego obiektu i rozplątała je. Zastanawiało ją, czemu to coś miało aż tak wysoki priorytet, że wyparło powrót do roju.
Jej oczom ukazał się nova. Oceniła jego stan jako stabilny. Nie wyglądało na to, by miał za chwilę umrzeć, jednak stężenie elementu wciąż było dosyć wysokie. Z jakiegoś powodu miała ciągle opory przed kontynuowaniem leczenia. Nie posiadała ku temu wiedzy. Ale to nie miało znaczenia, proces odszyfrowania zostanie zakończony w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin i odzyska utraconą wiedzę. Tam z pewnością będą wskazówki co do leczenia nova.
Wyszła na zewnątrz. Znajdowali się w jednej z jaskiń na wielkim, skalistym pustkowiu. Jej aktualna budowa ciała nie sprzyjała normalnemu poruszaniu, ale w tym przypadku, kiedy teren był niezwykle nierówny i zdradziecki, setka sond sprawowała się dużo lepiej niż dwie pary kończyn. Przewody zaczęły powoli sztywnieć, wynosząc ją ponad ziemię. Stąd widziała dużo lepiej okolicę.
Dostrzegła coś na horyzoncie. Coś, co wywoływało u niej złe przeczucia, o ile maszyna mogła je posiadać. Dziesiątki tysięcy automatonów przeszukiwało okolicę, z której uciekli. Czuła nieodpartą ochotę, by dołączyć do roju, jednak... coś ją blokowało. Z jakiegoś powodu zaczęła się [bać]. Postanowiła wrócić do jaskini, nim zostanie zauważona. Nie wiedziała, o co dokładniej chodzi. Zaszyfrowana pamięć drażniła ją bardziej, niż potrafiła przyznać przed samą sobą.
Spojrzała na leżącego nova. Chłopak marszczył brwi i obficie się pocił, a jego ciało zaczynał pokrywać dziwny, krwisty śluz. Automaton przekrzywiła głowę, próbując odgadnąć, co to mogło znaczyć. Wiedziała jednak, że on stanowił klucz do [strachu]. Na samą myśl o śmierci chłopaka lub o roju dziwny impuls przebiegał po obwodach i zaburzał poprawną pracę modułów.
Automaton poczuła nagle potrzebę ucieczki. Ukrycia się w bezpiecznym miejscu. Gdzieś, gdzie jej nie odnajdą. Spojrzała przelotnie na novę, po czym wyskoczyła z jaskini, szukając dobrej kryjówki. Zauważyła, że rój był coraz bliżej. Setki automatonów przeskakiwało z miejsca na miejsce, skanując okolicę. Szli po zostawionych śladach, zbierając elementy układanki i zbliżając się do kryjówki.
Maszyna błyskawicznie wygasiła większość modułów, zmniejszając jej widoczność na skanerach. Szukając kryjówki, z pomocą sond cisnęła daleko głazem, by stworzyć dodatkowe ślady, którymi mógłby podążyć rój. Wskoczyła w jakiś sporawy załom i uderzyła uszkodzoną ręką w ścianę, by ją na siebie zawalić. W ten sposób stworzyła dla siebie idealną kryjówkę. Kiedy była pewna swojego bezpieczeństwa, przeszła w tryb głębokiego snu.



Dziesiątki maszyn przeskakiwało między drzewami, sondami wczepiając się w okoliczne drzewa i używając ich jako podpórek. Ich metalowych powłok nie powlekała syntetyczna skóra, która pozwalała na kamuflowanie się w terenie. Rój nie miał ku temu powodu: nie krył się ze swoimi zamiarami. Zbuntowana maszyna, będąca ich celem, wiedziała o mobilizacji automatonów i rozpoczęła ucieczkę przed klastrem. Musiała zostać znaleziona, nim znowu umknie.
Zwiadowcy błyskawicznie skanowali okolicę w poszukiwaniu śladów. Znajdywali je na drzewach, na zdartej korze, jakby ktoś przeskakiwał po kilka naraz, mając nadzieję, że ta prymitywna zagrywka wystarczy, by przechytrzyć rój. Każda z jednostek zwiadowców posiadała wzmocnienia dolnych kończyn, które pozwalały im na osiąganie większych prędkości niż reszta roju, i mieli wyciągnięte wszystkie cztery sondy, zaczepiając nimi o drzewa i podążając dzięki temu za śladami.
Srebrnawe kształty przemykały swobodnie między drzewami, kalkulując jednocześnie optymalną trasę dla pozostałych, wolniejszych i dużo cięższych jednostek. Dalej pędzili generałowie, którzy rozdzielali zadania między maszynami, i żołnierze mający za zadanie przechwycić zbuntowanego automatona. Na samym końcu pędzili analitycy, przetwarzające gigantyczne ilości danych w urojonym czasie i przewidując działania oraz zachowanie uciekiniera.
Kiedy rój pochwycił trop, nie było szans, by ktokolwiek mu umknął. Siedemnastotysięczny klaster, wysłany jako przedłużenie roju, działał w idealnej symfonii, gdzie każda jednostka bezbłędnie wykonywała wszystkie manewry i wskakiwała w swoje miejsce z zegarmistrzowską precyzją.
Po dotarciu na rumowisko skalne, ślady wydawały się urywać. Zwiadowcy z pomocą kolejnej zmiany wyposażenia zaczęli unosić się nad terenem, szukając kolejnych tropów. Wszystko mogło pomóc: zadrapania na kamieniach, nienaturalne twory skalne, szczątki maszynerii, cokolwiek. Ustawili wszelkie skanery na maksimum, wyszukując zużycie i obecność elementu oraz zużycia energii. Po chwili wykryli coś pod ziemią. Skulony kształt, emitujący sygnatury cieplne i elektryczne. Po błyskawicznej analizie i wymianie informacji, żołnierze wskoczyli do jaskini.
W środku znaleźli nieprzytomnego novę. Człowiek leżał skulony, drżąc z bólu, który sprawiał mu element. Automatoni rozpoczęli porównywanie go do człowieka, który towarzyszył uciekinierowi. Po kilkunastu milisekundach uznali, że ilość ran nie odpowiada przewidywanej wartości i przechowanej w przestrzeni pamięciowej zbuntowanej maszyny. Istniały pewne podobieństwa, jednak zgromadzone do tej pory dane na temat nova wskazywały, że często członkowie jednej rodziny dziedziczyli różne cechy po swoich przodkach. Uznali, że ten leżący człowiek mógł być spokrewniony z tym, który podróżował z uciekinierem.
Do tego wygląd zewnętrzny diametralnie różnił się od zapamiętanego. Brakowało mu maski, gogli, większości ubrań. Choć mógł to być efekt ataku w kolonii, ta możliwość została odrzucona. Dane z drugiego klastra wyraźnie wskazywały na to, że żaden nova nie byłby w stanie przeżyć bezpośredniego promieniowania cieplnego i elementu, jaki został wytworzony podczas wybuchu. Na podstawie miejsca, gdzie towarzyszący maszynie człowiek został odnaleziony, oszacowano, że istniała niemal stuprocentowa szansa na jego śmierć. Szansa jednej tysięcznej procenta mieściła się w marginesie błędu spowodowanej fluktuacjami zmiennych środowiskowych i nie była warta ingerencji w życie przedstawiciela innej rasy.
Rój zebrał się na powierzchni i zastygł w bezruchu, oczekując na kolejne rozkazy. Analitycy mieli problem z rozgryzieniem sytuacji. Bazując na specyfikacjach i wykradzionych danych z pamięci jednostki 98X-005CX, ta maszyna nie powinna zostawić żywego człowieka na pastwę losu. Jeżeli przemierzyła tę lokację, to istniały niewielkie szanse, że nie postanowi go uratować. Czy to możliwe, że rój stracił trop? Zwiadowcy raz po raz przemierzali okolicę, wyszukując wszelkich śladów i zasypując analizatorów kolejnymi porcjami danych. Na ich podstawie generałowie obmyślali kolejne posunięcia.
Do klastra dołączyło kolejnych kilka tysięcy jednostek, zostawionych z tyłu, by mogły zbadać lokalizację nawiązania kontaktu z jednostką 98X-005CX. Dwadzieścia cztery tysiące maszyn to jedynie ułamek siły, jaką posiadali automatoni. Rój był rozproszony po całym Saries, monitorując i rejestrując wszystkie zdarzenia, jakie tylko był w stanie.
A jednak jakimś cudem zgubił trop jednego automatona, który był na wyciągnięcie ręki.
Po kilkudziesięciu sekundach generałowie wydali nowe polecenie. Rozerwali klaster i utworzyli z niego setki mniejszych, skoncentrowanych na własnych celach. Rozpierzchli się po okolicy, kontynuując poszukiwania na szerszą skalę. Nowe jednostki z okolicznych sektorów także ruszyły do poszukiwań.
Rój [pragnął] przejąć jak najszybciej zbuntowaną jednostkę.



Wyszła ze stanu uśpienia godzinę później. Przez kilka kolejnych sekund włączała niezbędne do poprawnego działania moduły. Uruchomiła skanery i ustawiła ich czułość na maksimum. Nigdzie w pobliżu nie wyczuwała żadnego automatona. Sygnatura cieplna wskazywała na to, że nova wciąż żył, jednak jego funkcje życiowe zaczynały podupadać.
Maszyna ostrożnie zaczęła się wygrzebywać z pomocą sond, które przeciskały się między kamieniami i odsuwały je na bok. Wyszła na powierzchnię i uważnie rozejrzała się po okolicy. Widziała wyraźne ślady obecności roju. Dziesiątki poprzerzucanych i poprzewracanych kamieni, liczne zarysowania, głębsze i płytsze, biologiczne śmieci, które przytargały nieświadomie z lasu. Odczuła z tego powodu [ulgę]. Rój tu był. Rój stąd odszedł.
Wróciła do jaskini, gdzie leżał nova. Usiadła obok niego i rozpoczęła deszyfrowanie danych. Bez nich nie była w stanie pomóc człowiekowi. Ani zaspokoić tej dziwnej ciekawości, która dręczyła obwody.
Po kilkunastu minutach otworzyła oczy. Ich kolor wrócił do bursztynowego. Automaton delikatnie uniosła głowę i poruszyła ustami. Spojrzała na swoje ręce, a właściwie na jedną, która pozostała, i po chwili coś zrozumiała. No tak. Została wcześniej zaatakowana. W miarę, jak deszyfrowanie postępowało, zajmowała się ciałem człowieka. Był dla niej w jakiś sposób ważny. Znalazła identyczne wrażenie w logach ziarna sztucznej inteligencji i zastępczej osobowości. Teraz posiadała jednak wiedzę, jak mu pomóc. Duża część wciąż pozostała zaszyfrowana, ale to tylko kwestia godzin, aż cała wiedza zostanie na nowo uwolniona. Póki co miała możliwość stabilizacji nova. Później, kiedy jej wiedza zostanie uzupełniona, przystąpi do pełnego wyleczenia.
W międzyczasie wsunęła sondy do przestrzeni n-wymiarowej, jej prywatnej przestrzeni, gdzie przechowywała wszystko, co znalazła i co uważała za swoje. Wyciągała z niej zapasowe części, by uzupełnić braki w swojej maszynerii. Przez te wszystkie lata zebrała dziesiątki tysięcy zapasowych części na wypadek podobnych sytuacji. Choć były z innych serii, przez kolejne dni mogła stopniowo zmieniać ich specyfikacje z pomocą nanobotów tak, by pasowały tylko i wyłącznie do niej.
Ulepszała się. Robiła to, czego rój unikał. Odrzuciła stagnację na rzecz tej swobody, jaką teraz posiadała. Ale zapłaciła za to wysoką cenę. Dawny łowca stał się teraz zwierzyną. Wiedząc, co ją czeka, kiedy włączy na nowo moduł czasu urojonego, nauczyła się, jak zapobiegać podobnym sytuacjom. Powinna zawsze doceniać przeciwnika nieważne, z jakiej rasy pochodził.
Opuściła wzrok na Ceasara. Pamiętała jego imię.
Doceniała nawet nova. Zmienili ją. Nikt inny. Tylko oni.
Jej metalowy korpus zaczęła pokrywać dziwna substancja, która powoli zamieniała się w syntetyczną skórę. Po kilkudziesięciu sekundach przypominała znowu tę dziewczynę, którą poznał Ceasar. Uśmiechnęła się delikatnie na samą myśl o tym. Czuła jakąś dziwną [radość] i [ulgę], że pamiętała go i że on wciąż żył. Ponownie oplotła chłopaka sondami i zaczęła go stabilizować. Jego ciało nie było zatrute elementem w takim stopniu, jak wcześniej. Najwyraźniej poświęcenie, które podjęła, opłaciło się.
Jednakże, jakkolwiek dobra ta kryjówka nie była na obecną chwilę, musiała przenieść się z Ceasarem gdzie indziej. Gdzieś, gdzie będzie czysta woda i źródło pożywienia. Próbowała przemóc strach, jaki pojawiał się na samą myśl, że gdzieś tam był rój. Przez długi czas walczyła z nieznanym jej wcześniej uczuciem. Zaczęła zdawać sobie sprawę, że Ceasar ją zmieniał. Odczuła z tego względu coś na rodzaj radości, bowiem wyglądało na to, że jej marzenie o zrozumieniu i nabyciu emocji wcale nie było nieosiągalne.
Owinęła chłopaka sondami i pośpiesznie opuściła jaskinię, by znaleźć bezpieczniejsze miejsce.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
(26-02-2017, 02:14)epoN napisał(a):
Rozdział X – Zmiany i zdrady
Część II

Założone na połączenia zabezpieczenia (może osłony albo pieczęcie – zgubiłbyś ten rym) były błyskawicznie łamane.

Nagle poczuła coś na rodzaj (w rodzaju) mentalnego szoku.

Jeden kazał jej wracać do roju, drugi natomiast ratować #$%&%*a (W życiu nie zgadnę, co to takiego.).

Moduł błyskawicznie zareagował(przecinek) odzyskując balans i przystosowując się do nietypowej struktury jednostki.

Czuła nieprzebraną (nieodpartą?) ochotę, by dołączyć do roju, jednak... coś ją blokowało.

Spojrzała na leżącego nova. Chłopak marszczył brwi i obwicie (obficie) się pocił, a jego ciało zaczynał pokrywać dziwny, krwisty śluz. Automaton przekrzywił(a) głowę, próbując odgadnąć, co to mogło znaczyć. Wiedział(a) jednak, że on stanowił klucz do [strachu].

Dalej pędzili generałowie, którzy rozdzielali zadania między maszynami, i żołnierze,(bez przecinka) mający za zadanie przechwycić zbuntowanego automatona. Na samym końcu pędzili analitycy, przetwarzające gigantyczne ilości danych w urojonym czasie i przewidując działania oraz zachowanie uciekiniera.

Wszystko mogło pomóc: zadrapania na kamieniach, nienaturalnych tworów skalnych (nienaturalne twory skalne), szczątki maszynerii, cokolwiek.

Odczuł(a) z tego powodu [ulgę]. Rój tu był. Rój stąd odszedł.

A jednak automaton się zmienia, zdobywa emocje, które być może ją osłabiają, choć nie do końca. Wśród tych nowo nabytych cech pojawia się coś w rodzaju sprytu, który pozwala się ukryć. Kurde, zazdroszczę ci umiejętności obdarzania świata maszyn takim ładunkiem emocjonalnym. Nawet ten rój, który dotarł na miejsce i wysondował człowieka, a jednak pomylił się w analizach, wzbudził u mnie z jednej strony radość, a z drugiej satysfakcję, że maszyna posiadająca emocje, a tym samym osobisty cel do przetrwania, okazała się lepsza. Muszę cię pochwalić, Ep. Twoje pisanie podoba mi się coraz bardziej.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
Dzięki, Naw :)
Cieszy mnie to, że moja pisanina zaczyna ci się coraz bardziej podobać. To znaczy, że ten cały czas, jaki poświęciłem na szlifowanie tekstu, wcale nie poszedł na marne^^

Tymczasem, kolejny fragment. Miłej lektury :)



Rozdział X – Zmiany i zdrady
Część III


Obudził się, kiedy kolejna intensywna fala bólu targnęła jego ciałem. Czuł, że w żyłach nie krążyła krew, a wrząca lawa. Chciał wrzasnąć, skulić się, poruszyć w dowolnym stopniu, jednak coś go krępowało. Kiedy tylko drgnął, jego więzienie rozluźniło się i wypuściło go z siebie. Chłodne powietrze smagało jego ciało, trawa łaskotała palącą skórę. Te drobne chwile ulgi łagodziły cierpienie, jakie odczuwał przez element.
Otworzył z trudem płonące powieki. Cały świat wirował przed jego oczyma i mienił się dziwnymi kolorami. Rozchylił spieczone usta, by wciągnąć głębszy oddech do suchego jak wiór gardła. Ktoś się pochylił. Znajoma twarz. W sercu Ceasara pojawiła się radość. Nie był sam. Ktoś tu był. Ktoś znajomy. Ktoś, kogo znał. Może nie najlepiej, ale znał tę twarz. Powiedział coś do niej, ale z jego gardła nie wyszło żadne słowo. Dźwięk przypominał coś urywanego, jakby wychrypiane jęknięcie.
– Ceasar! Nie wysilaj się. Odpoczywaj. Zajmę się wszystkim! – mówiła w pośpiechu Salia.
Jej głos nadchodził jakby z oddali, jakby niosło go echo. Słowa zadudniły w głowie, którą wypełniał po brzegi ból. Poczuł, że coś wsuwało się do jego ust.
– Napij się, to czysta woda – powiedziała. Jednocześnie chłodny, ale nie za zimny, płyn zaczął się wlewać do jego gardła. Przymknął oczy i posłusznie zaczął przełykać wodę. Coraz łapczywiej. Łykał coraz chciwiej. Próbował się podnieść, by zbliżyć się do źródła wody, która przynosiła mu słodkie ukojenie od palącego bólu, ale brakowało mu do tego sił. – Uspokój się, wszystko w porządku, Ceasar. Nie musisz już płakać, jesteś bezpieczny! – uspokajała go słodkim głosem.
Ujęła jego dłoń. Poczuł przyjemny, metaliczny chłód. Ten prosty gest nieco go uspokoił. Zacisnął swoją rękę wokół jej, szukając więcej okruchów otuchy. Zacisnął z całej siły, jaką posiadał, próbując odpędzić od siebie ból. Miał zupełną pustkę w głowie. O czymś zapomniał. Co to było? Coś ważnego. Coś niezwykle ważnego. Coś, co było przy nim zawsze. Salia... tego nie przypominała. Odczuwał szczęście, że ją widział, ale też w głębi serca był nieco rozczarowany. Spodziewał się czegoś... kogoś innego.
Kto to był?
Bez niej czuł się boleśnie niekompletny.
Bez niej nie widział sensu w życiu.
Kto to był? Kto? Ktoś bliski.
Ona.
Była mu naprawdę bliska. Była przy nim zawsze. Nie widział jej twarzy. To go przerażało. Zapomniał.
Zapomniał o niej.
Dopiero teraz poczuł łzy, które wypływały z jego oczu. Serce powoli miażdżyła nieprzyjemna pustka i samotność.  A więc ten cały ból musiał być karą za zapomnienie. Nasycał się nim, pozwalając mu szaleć po ciele i umyśle, powoli w ten sposób je wyniszczając. Wiedział, że zrobił coś niewybaczalnego. Jeżeli na świecie istniało chociaż ziarno sprawiedliwości, być może właśnie teraz odezwało się i ukarało go za wszystko, co do tej pory robił.
Poczuł coś chłodnego na czole.
– Wybacz, Ceasar, ale muszę to zrobić... – powiedziała cicho Salia, odchylając wilgotne od potu włosy z jego czoła. – Wszystko byłoby prostsze, gdybyś pozostał nieprzytomny... – Automaton pochylił się nad nim i przytknął swoje czoło do jego.
Chłopak poczuł w miejscu zetknięcia przyjemne mrowienie, jakże odmienne od ciągłego bólu. Odrętwienie powoli rozlewało się po jego ciele, odcinając go od cierpienia, które bez ustanku go torturowało.
Ale poczuł jednocześnie, że razem z bólem coś go opuszczało. Odrobinka po odrobince, niczym zwiewany piasek na pustyni. Teraz, kiedy myślał nieco przejrzyściej, zauważył, że zapomniał wielu rzeczy. Wiele naprawdę ważnych rzeczy. Miał wrażenie, że ten ktoś przed nim coś mówił. Nie, chwila, czy ten ktoś obcy nie pojawił się przed sekundą? W panice przeszukiwał swoją pamięć, szukając odpowiedzi na pojawiające się pytania.
Z przerażeniem stwierdził, że nie wiedział, kim był. Niewiedza zaczynała go przytłaczać do tego stopnia, że okazała się dosłownie dusząca. Patrzył ze zgrozą w bursztynowe oczy, które były dla niego całym światem.
– Ceasar. Wiedz, że nie ma decyzji jednoznacznie dobrych i złych, poprawnych i niepoprawnych – mówił jakiś głos. Z trudem rozróżniał poszczególne słowa, jednak nie rozumiał większości z nich, tak jakby zatracał znajomość języka.  – Wierzę jednak, że ta decyzja, którą podjęłam, będzie możliwie najbliżej poprawnej.
Świat powoli barwił się czernią...
...aż w końcu bursztynowe oczy zniknęły z jego pamięci.


Ciało chłopaka nagle sflaczało. Przestały nim targać drgawki, temperatura ciała powoli ustalała się na naturalnym poziomie, jakby przestał walczyć z elementem. Jego dłoń rozluźniła się, wypuszczając łańcuszek z pierścionkiem. Salia dopiero po dłuższej chwili odsunęła się od Ceasara. Obserwowała go, uważnie szukając wszelkich nieprawidłowości. Odczuła dziwny dyskomfort po tym, co zrobiła.
Po Ceasarze pozostała jedynie pusta skorupa. Bez wątpienia żył, ale tylko jeżeli przyjąć, że rośliny także żyły. Nie, żył nawet na niższym poziomie niż roślina.
Odebrała mu niemalże wszystko. Wspomnienia, instynkty, nadzieje, marzenia. Odcięła pusty umysł od reszty ciała. Wierzyła, że to był poprawny wybór. Nie mogła pozwolić, by Ceasar stracił coś więcej. Wystarczyło, że podjęła już wcześniej błędną decyzję i naraziła jego życie. Teraz, po rozdzieleniu osobowości od ciała i zabezpieczenia jej we własnej pamięci, mogła zająć się leczeniem. Związany z nim ból bez wątpienia nieodwracalnie wpłynąłby na chłopaka. Bała się użyć modułu liczb urojonych, który pozwoliłby na zminimalizowanie strat, dlatego znalazła inny sposób.
Nie powinno być problemu, jeżeli ani on, ani jego umysł nie będą świadomi bólu.
Jedna z sond wkuła się w kark chłopaka. W miarę, jak przeszukiwała swoją pamięć, znajdowała zaskakująco dużo danych odnośnie nova. Przez te wszystkie lata, odkąd odszyfrowała swoją pamięć, ani razu nie przejrzała całej zawartości. Przetwarzając informacje o nova, zaczęła się zastanawiać, dlaczego posiadała tak dużo danych na ich temat. Wykorzystując je, spróbowała siłą przejmować funkcje organizmu jedne po drugich. Ostrożnie, by nie popełnić żadnego błędu. Na początku proste, jak bicie serca czy oddychanie, na produkcji hormonów i kontrolowaniu metabolizmu pojedynczych komórek kończąc. Większość mocy obliczeniowej przekierowała na sterowanie ciałem Ceasara, resztę wykorzystała na powolne usuwanie elementu i przeglądanie pamięci chłopaka w poszukiwaniu pewnych informacji.
Z ciekawości otworzyła jego oczy i zbierała sygnały z nerwów. Po raz pierwszy ujrzała świat jego oczyma. Był zaskakująco prosty i pozbawiony wizualizacji danych jako miliardów barw z różnych sensorów. Nie wszystko widziała równie ostro co normalnie. Nie dostrzegała przepływu elementu, drgań i dyfuzji powietrza, różnic temperatur. Właściwie takie rzeczy dla nova były zupełnie zbędne. Bez zaawansowanych sensorów, które posiadała, także nie mogłaby tego dostrzegać.
Jednak świat widziany jego oczyma był zaskakująco urzekający i spokojny. Kiedy dostosowała swój wzrok, by działał identycznie jak oczy Ceasara, rozpoczęła analizę nowego spojrzenia na świat. Był zaskakująco intrygujący jak na swoją prostotę, i w tej prostocie dostarczał wystarczająco dużo informacji do podejmowania decyzji. Ale wydawał się także martwy. W porównaniu do wizualizacji odczytów z sensorów, rumowiska skalne w okolicy strumyka były niespokojnie nieruchome, jakby zastygłe w czasie. Dziwnie idylliczny obraz pochłonął ją na dobre.
Przekrzywiła nagle głowę. Ten gest był dla niej obcy i prawdopodobnie to efekt obcej osobowości. Jednak, co ważniejsze, znalazła informacje o domu Ceasara. Zaczęła przez to odczuwać dziwne obrzydzenie. Chroniła przed rojem swoją pamięć, zazdrośnie strzegąc swoich sekretów. Czym się teraz różniła od roju, jeżeli wykradła pamięć Ceasarowi? Błyskawicznie odcięła się od jego wspomnień, przypominając sobie słowa chłopaka: „informacje to dla nova cenna waluta”. Wynagrodzi mu to później. Kiedy nadejdzie odpowiednia chwila, zapłaci mu wiedzą, którą do tej pory zawistnie ukrywała.
Odkryła w jego pamięci coś kłopotliwego. Nie chciał przyprowadzić jej do własnej kolonii. Była dla niego ważna, do tego stopnia, że umyślnie odciągał Salię z dala od niej. Nie ufał jej i trzymał ją na dystans od swoich ludzi. Trochę ją to irytowało, ale miała wrażenie, że odrobinę go rozumiała. Jako przywódca podjął najbardziej racjonalną i bezpieczną decyzję.
Słońce zdążyło zajść i dwukrotnie wzejść odkąd wyszła z bezpiecznej kryjówki. Spędziła prawie dwa dni na ostrożnym usuwaniu elementu. Była niejako zaskoczona wieloma rzeczami. Rój nie wrócił w te strony. Wszyscy, nawet zwierzęta, omijali skalne rumowisko. Proces leczenia wymagał od niej więcej uwagi, niż kiedykolwiek mogła przypuszczać. Widziała pewną nieprawidłowość, kiedy patrzyła na milczącego Ceasara. Upływ czasu znowu zwolnił, kiedy non stop skupiała się na leczeniu. Jakby nova byli katalizatorem wszelkich zmian. Przez ostatnie godziny z ciekawości przeszukiwała swoją pamięć, szukając potwierdzenia tej teorii.
I znalazła wiele dowodów, jeszcze z czasów przed wojną, kiedy nie istniał podział na nora i nova. Podczas licznych konferencji z ludźmi, learowie zapałali miłością do technologii, mimo że używali elementu jak każda inna rasa. Wojowniczy daevowie, których nawet sam bóg nie mógł zmusić do posłuszeństwa, zaczerpnęli od ludzi sposób organizacji i zaczęli zbijać się w grupki oraz tworzyć siedliska. Avensisowie i garventowie posługiwali się ludzkim językiem, setki razy bardziej rozbudowanym od ich ojczystego. Także ich miasta na Ovaxis, siódmym, zniszczonym obecnie księżycu Saries, przypominały te ludzkie, opierających się nie na elemencie, którego byli mistrzami, a technologii. Dzięki tej współpracy Prometeusz mógł obserwować, jak jego podopieczni sięgali coraz wyżej, coraz bliżej gwiazd.
Żadna z innych śmiertelnych ras w historii nie posiadała takiego wpływu na jej bieg jak ludzie. Ani learowie, ani krooganie, ani tangri, ani nikt inny. Nawet Pradawni i Mityczni nie uciekli przed tym losem. Rój zaczynał wariować, kiedy dochodziło do kontaktu z ludźmi. Wszystkie jednostki, które musiała zniszczyć, chociaż raz ich spotkały. Dlaczego więc teraz wszyscy darzyli ludzkość jednakowym obrzydzeniem i nienawiścią?
Salia znowu przekrzywiła głowę. Zdarzało się jej to coraz częściej, na tyle, że mogła to nazwać nawykiem, co w przypadku maszyn powinno być to niemożliwe.
Zauważyła pewną prawidłowość. Na początku także żadna z ras nienawidziła ludzi. Brzydzili się słabymi istotami, których długość życia wynosiła zaledwie niecały wiek. Przyglądali się im jak mrówkom, od czasu do czasu z ciekawości przysuwając bliżej lupę czy zalewając mrowisko. Czyste okrucieństwo. Czysta zabawa. Ale także i czysta ciekawość. Jak sobie ludzie radzili? Popadali w rozpacz, jak wszyscy podejrzewali, ale zaraz po tym powstawało nowe miasto. Jeszcze wspanialsze od poprzedniego. Rozwijali technologię, by bronić się przed wszystkimi. Ale nie zamykali bram na obcych.
Wszystko zmieniało się szybciej, niż ktokolwiek potrafił to przewidzieć. Ludzie z dnia na dzień pozyskiwali potężnych sojuszników, zmniejszając liczbę silnych wrogów. Po półtora tysiąca lat większość ras patrzyła na ludzkość z pewnym uwielbieniem. Mali ludzie byli ciekawi. Ich żywiołowość i ekspresyjność przyciągała wszystkich dookoła. Robili tak wiele rzeczy naraz, że czas wokół nich wydawał się biec wolniej. Nawet bezkreśni chętnie przebywali w ich towarzystwie, doceniając odmianę w rzeczywistości.
Ale nagle wybuchła wojna i serafowie zgnietli ludzkość w jeden dzień. Tego nikt nie potrafił zrozumieć. Dawne sojusze, które zawarli ludzie z innymi rasami, wszelkie porozumienia, wszystko zostało obrócone w nicość. Dawni przyjaciele rzucili się sobie do gardeł. Odwieczni wrogowie uścisnęli sobie dłoń. Najbardziej aktywni uciekli w cień, znikając na całe stulecia w oczekiwaniu na koniec wojny. Bez wpływu ludzi świat wrócił na dawne, wykrzywione tory. To oni kreowali i zmieniali świat. Ten, kto doprowadził do wojny, musiał się tego obawiać.
Ale nikt nie miał pojęcia, dlaczego sprawy potoczyły się w ten sposób. Być może rój wiedział dlaczego, ale Salia uciekła od niego wieki przed wybuchem wojny. Jeżeli zapytałaby Ceasara, to prawdopodobnie odpowiedziałby jej, że byli za słabi. Znowu przekrzywiła głowę. Skąd mogła o tym wiedzieć? Nigdy nie przewidywała czegoś w ten sposób. Z każdą mijającą chwilą czuła, że wpływ Ceasara na nią pogłębiał się coraz bardziej. Właściwie odkąd posiadła jego wspomnienia i je pobieżnie przejrzała, ten proces gwałtownie przyśpieszył. Jak wiele mogła osiągnąć, gdyby sięgnęła głębiej w jego umysł?
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
(06-03-2017, 03:07)epoN napisał(a):
Rozdział X – Zmiany i zdrady
Część III

Chciał wrzasnąć, skulić się, poruszyć w dowolnym stopniu, jednak coś go krępowało. Jednak (K)kiedy tylko drgnął, jego więzienie rozluźniło się i wypuściło go z siebie.

Jej głos nadchodził jakby z oddali, jakby niosło je (go – mowa o głosie) echo.

Właściwie,(bez przecinka) takie rzeczy dla nova były zupełnie zbędne.

Po półtorej(półtora, ale lepiej po upływie półtora tysiąca...) tysiąca lat większość ras patrzyła na ludzkość z pewnym uwielbieniem.

Niesamowite leczenie, odsiać myśli i emocje, pamięć, żeby skutecznie zająć się ciałem. Bardzo dobry pomysł, może medycyna powinna sięgnąć do twoich pomysłów?
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
Jak zwykle, dziękuję za poprawki, Naw :)
Przy okazji, odnosząc się do jednej uwagi Nawki, o której zapomniałem. Automatoni uważają Twórcę za swojego, cóż, twórcę, konstruktora. Mimo tego nie wiedzą dokładnie, kim on był – wiedzą jedynie, że zbudował dużą część jednostek, po czym opuścił świat. A od dziesiątek tysięcy lat czekają na jego powrót. Ze względu na tę wiedzę, inne rasy traktują Twórcę jako boga automatona (z prostej przyczyny – każda rasa miała początek od jakiegoś boga).



Rozdział X – Zmiany i zdrady
Część IV

Z tą myślą coś się nagle zmieniło. Salia zignorowała to. To było oczywiste, że się zacznie zmieniać. Czemu nigdy wcześniej nie wpadła na coś takiego? To dziecinnie proste, skopiować wspomnienia nova. Nawet odebranie ich siłą to zwykła igraszka. Tyle tysięcy lat straconych, a jedyne, co do tej pory potrzebowała, to odrobina ludzkiej kreatywności! Mając teraz wspomnienia Ceasara, bez problemu mogła wykorzystać ją i prowadzić nietypowe taktyki, dzięki którym nigdy nie będzie musiała już uciekać nawet przed samym rojem. Zdała sobie sprawę z tego, że była czymś więcej niż jedynie automatonem. Była specjalna, jedyna w swoim rodzaju. Dysponowała potężnym arsenałem, gromadzonym mozolnie przez dziesiątki tysiącleci. Należał tylko i wyłącznie do niej; była jego właścicielką i mogła go wykorzystać.
Sięgała chciwie coraz głębiej w pamięć chłopaka. Szybko dostrzegła, że emocji nie trzeba rozumieć, by je odczuwać. Mogła mieć wrażenie zagubienia, kiedy nie wiedziała, co czuła, ale to nie miało większego znaczenia. Posiadała jego wiedzę. Kiedy przeglądała jego wspomnienia, widziała najdrobniejsze detale, po których chłopak odczytywał ludzi. Ruchy oczu, delikatne ruchy rąk, niemalże niezauważalna zmiana tonacji głosu, najlżejsze zaczerwienienie skóry. Przywiązywał ogromną wagę do szczegółów, zapamiętywał je, podczas rozmowy przywoływał drobne, nic nie znaczące sprawy, by rozmówca poczuł się lepszy, bardziej wartościowy. Teraz to wszystko wydawało się bajecznie proste.
Ale dlaczego miałaby poprzestawać tylko na nim? Przecież istniało tyle nova. Każdy z nich był wyjątkowy, odmienny od każdego innego niczym płatki śniegu. Chciała poznać jak najwięcej, jak najszybciej, jak najlepiej. Czuła drażniącą irytację, której źródło znajdowało się w straconym do tej pory czasie. Nigdy nie zauważała jego upływu, ale teraz denerwował ją i rozstrajał nerwy. Miała mało czasu, a tak wiele do zrobienia. Miesiąc, te trzydzieści dni wydawały się teraz wyjątkowo długim czasem, jeszcze dłuższym niż stulecia.
Spojrzała na ciało chłopaka, a właściwie na pustą skorupę, jaka pozostała po nim, kiedy pozbawiła go wszystkiego. Odczuła dziwną satysfakcję, że posiadała teraz więcej od niego; była lepsza, była całym nim i do tego jeszcze sobą. Geniusz chroniony nie miękkim mięsem i kruchymi kośćmi, a twardymi metalami. Zaśmiała się cicho, po czym stopniowo coraz głośniej. Jej zimny śmiech rozbrzmiewał w okolicy, nie mając nikogo, do kogo mógłby trafić. Ceasar naprawdę jej pomógł. Teraz, kiedy reflektowała nad spotkaniem z nim, potrafiła umieścić odpowiednie uczucia w opowieści, którą snuła dla siebie samej. Była na początku sceptyczna. Powątpiewała w jego słowa, ale postanowiła spędzić z nim trochę czasu. Wydawał się interesujący i choć na chwilę wprowadził zmianę w jej mechanicznym życiu. Teraz... odmienił ją na zawsze. Wspólnie dopięli celu. I wspólnie osiągną jeszcze więcej!
Rozplotła sondy i odpięła się od jego ciała. Zaspokoiła chwilowo swoją ciekawość, a raczej zaspokoiła ją na tyle, na ile pozwalało ciało Ceasara. Odzyskując pełną sprawność obliczeniową, mogła przetwarzać jego wspomnienia jeszcze szybciej. Właściwie nie musiała być w takim wypadku Salią. Czemu nie pójść o krok dalej? Czemu nie zastąpić Ceasara? Stać się nim, obserwować świat jego oczyma, wziąć wszystko, co on posiadał i przyjąć jako swoje. Powinna brać tyle, ile jej się należało za te wszystkie lata uciekania i ukrywania.
Wybiła się wysoko w górę, strzelając spod nóg kamieniami. Znała drogę do kolonii, jednakże nie bardzo orientowała się w terenie. Włączyła wszystkie sensory, by dokładnie zeskanować teren i wyznaczyć dobrą drogę. Z wysokości kilometrów świat wydawał się prosty, widoczny jak na dłoni. Uważała jednak za dosyć problematyczne to, że Ceasar miał w swojej pamięci pobieżną mapę okolicy, ale kolonia nie była na niej oznaczona. Widziała natomiast setki korytarzy, tysiące tuneli, dziesiątki tysięcy załomów, wszystko to znaczyło jakąś drogę pod ziemią, a każdą z nich pokonywał dużo chętniej niż drogę na ziemi.
Poczuła dziwną irytację, nie mogąc wykreślić na bieżąco drogi. Nie potrafiła rozpoznać terenu ani nie widziała zniszczonej kolonii. Ceasar nigdy nie widział okolicy z lotu ptaka, więc nie mogła polegać na jego wspomnieniach. Nie miała też dostępu do danych, kiedy jej ciałem sterowało ziarno sztucznej inteligencji. W pamięci zionęła kilkunastogodzinna dziura. Dziura, która doprowadzała ją do furii.
Nieważne! Poradzi sobie i bez tego!
Rój przybył ze strony lasu. Cofnie się po jego śladach i w końcu wróci do znajomego punktu. A jeżeli napotka jakiś opór... wierzyła, że była niepokonana. Zmieniła delikatnie swoje ułożenie i wysunęła setkę sond, tworząc z nich liczne sprężyny, które miały zamortyzować upadek i wykorzystać jego energię do wystrzelenia w innym kierunku. Jak zwykle, jej obliczenia okazały się bezbłędne i pomknęła do przodu, nie chcąc tracić ani chwili więcej.
Kilkaset metrów dalej nagle zatrzymała się, analizując dziwny rozstrój na obwodach. Otrzymywała liczne sprzeczności. Do tego dochodziły dziwnie znajome, niemalże duszące uczucia. Ona! Maszyna czuła, że się dusi! Błyskawicznie wyszukała ich źródło, nim mogłoby dojść do potencjalnych uszkodzeń ze względu na liczne sprzeczności.
Przekrzywiła głowę, tym razem dużo, dużo wolniej niż ostatnio.
– Cea...? – mruknęła niespokojnie. – Cea... ris...?
Wszystko przez jego wspomnienia. Czuła tęsknotę, przygniatającą wręcz tęsknotę za kimś, kogo osobiście nigdy nie poznała. Czuła wyrzuty sumienia, że o kimś zapomniała. Kiedy na chwilę odsunęła poprzednie emocje, zalewały ją kolejne. Najwyraźniej jej moc obliczeniowa nie radziła sobie z ogromem danych, przez co symulacje emocji nadchodziły z opóźnieniem.
Znowu przekrzywiła głowę.
Odcięła się zupełnie od wspomnień chłopaka oraz odizolowała wszystkie potencjalnie niebezpieczne sygnały.
I wszystko nagle ustało.
Zrozumiała teraz jedną rzecz. Przegapiła coś wyjątkowo oczywistego. Ona niczego nie czuła. To tylko zwykła symulacja emocji, jaką przeprowadzała na co dzień, ale wyjątkowo klarowna i dokładna dzięki wspomnieniom Ceasara. Bez nich wszystko znowu działało bez opóźnień, a zużycie mocy obliczeniowej nie sięgało nawet ułamka procenta. To było jednak dla niej cenne doświadczenie. Po raz pierwszy poniosły ją emocje i działała pod ich wpływem. Teraz bez ich wyrazistości czuła się dziwnie pusta i wyblakła.
Jednak bez wątpienia to poczuła. Coś, co zmusiło ją do odcięcia się od jego wspomnień.
Uniosła rękę i potknęła swojej klatki piersiowej. Metal gładko ustąpił, ukazując reaktor. Była już tego pewna po serii testów, ale wolała się upewnić. Nawet wizualnie wszystko było w absolutnej normie. A więc dlaczego poczuła, jakby coś w jej piersi miało nagle pęknąć i się rozpaść? Poczuła nawet fizyczny ból, a raczej jego symulację tak intensywną, że równie dobrze mógł być realny. Chciała sięgnąć po jego wspomnienia, by otrzymać odpowiedź, ale zaczynała się ich obawiać.
Nigdy się nie spodziewała, że w ich szarym, niemalże nieruchomym świecie, wiele rzeczy czaiło się w cieniach, daleko poza zasięgiem wzroku. Nie przetworzyła całkowicie nawet procenta jego pamięci, a już teraz wiedziała, że te kilka krótkich lat było dziesiątki razy intensywniejsze i pełniejsze od jej życia, nawet jakby skompresować te dziesiątki tysięcy lat do tego samego odcinka czasu. Nawet te momenty, kiedy zamykał własne uczucia, były jak gwałtowna burza emocji, których nigdy, przenigdy nie znała. Różne stany, budzące płomień w sercu. Lód w żyłach. Chłód w brzuchu. Przyjemne ciepło w głowie. Wobec tej przytłaczającej wiedzy czuła się jak motyl w środku tornada. Nie mogła przeciwstawić się potężnym wiatrom i uległa im.
Po raz kolejny zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo nova, nie, żywe istoty były niesamowite.
Odwróciła się i spojrzała w kierunku, gdzie zostawiła Ceasara. Ku swojemu zaskoczeniu, poczuła ukłucie w okolicach reaktora. Źródło tego sygnału tkwiło już w jej pamięci. Coś dziwnego działo się z Salią i ona była tego świadoma. Struktury danych przesiąkły efektami symulacji, co wpływało negatywnie na jej obecną osobowość. Cała sieć neuronowa została przestrojona przez nowe sygnały. Z jakiegoś powodu odczuwała nieprzyjemny niepokój na samą myśl o powrocie do Ceasara.
Kiedy spróbowała się ruszyć, jej nogi dziwnie jej ciążyły. Z jakiegoś powodu nastąpiły samoczynne zmiany w kalibracji mechanicznych mięśni w tym samym czasie, kiedy poczuła niepokój. Zaczynała zdawać sobie sprawę z tego, że zmieniła się za bardzo. Niewątpliwie automatoni zostali skonstruowani w ten, a nie inny sposób. Być może nie powinna próbować nabrać ludzkich cech? Bo to właśnie ich symulacje diametralnie wpłynęły na jej osobowość.
Postanowiła wrócić do chłopaka. Te kilkaset metrów ciągnęło się bardziej niż dziesiątki kilometrów. Stanęła nad nim, uważnie badając wzrokiem jego ciało. Było nieco pokaleczone od kamieni, które wcześniej musiały wystrzelić spod jej sond i nóg. Nie stanowiło to nic, czego nie wyleczyłby sam. Pochyliła się nad nim i zastygła w bezruchu, kiedy ich czoła dzieliły ledwie centymetry.
Jego zielone, przerażone oczy były szeroko otwarte. Łzy bez ustanku wyciekały, ściekając po zakrwawionych skroniach. Oddychał przy tym wyjątkowo spokojnie i miarowo, jakby właśnie śnił. Uznała to za dziwne zjawisko, jakby wytworzył samoistnie drugi instynkt, drugą osobowość, by zasiedlić tę pustą skorupę. Zaczynała dostrzegać, jak wymizerniał od czasu pierwszego spotkania. Skóra utraciła swój zdrowy kolor, niemalże czarne cienie wisiały pod oczyma, kości i mięśnie były wyraźnie zaznaczone. Przez ostatnie dni jedynie poiła go wodą, podczas gdy kontynuowała skomplikowane leczenie. Według jej danych, nova potrafili przeżyć do trzech tygodni bez jedzenia, ale nie chciała sprawdzać, na ile ta wiedza była prawdziwa.
Odsunęła się od chłopaka i błyskawicznie wystrzeliła w dół strumienia w poszukiwaniu pożywienia. Przeskakiwała wielkimi susami po setki metrów, pędząc z niemalże naddźwiękową prędkością. Silny podmuch, jaki utworzył się za nią, pociągał ze sobą skąpą roślinność i lżejsze odłamki skalne. Musiała się śpieszyć. Nie oszczędzała w tym celu energii i poświęcając jak najwięcej uwagi wszelkim skanerom. W końcu kilkanaście kilometrów dalej, gdzie strumień rozszerzał się do potoku, znalazła kilka ryb. Doskoczyła do nich błyskawicznie i niczym zwinny drapieżnik, z pomocą licznych sond, wyłowiła parę z nich. Natychmiast zawróciła do Ceasara, odprowadzając odrobinę ciepła z reaktora do sond, by upiec ryby. Nigdy wcześniej nie robiła czegoś podobnego, ale porównywała na bieżąco stan posiłku ze stanem wcześniejszych posiłków Ceasara i w ten sposób oceniała, czy ryby były już gotowe.
Ogromne susy z czasem przerodziły się w dziki sprint, a ten w końcu zelżał do truchtu, kiedy Salia była wystarczająco blisko Ceasara. Ułożyła upieczone ryby obok niego, pochyliła się nad nim i po chwili namysłu przytknęła swoje czoło do jego czoła. Jedna z sond wkuła się w kark chłopaka, odcinając umysł od wszelkich bodźców. Bazując na poprzedniej mapie umysłu, którą sporządziła podczas wcześniejszego kopiowania osobowości, rozpoczęła transfer wspomnień, usuwając te, które utworzyły się od czasu skopiowania. Trwało to niemalże dwie godziny, znacznie dłużej niż stworzenie kopii zapasowej i wymazanie. Salia jeszcze sprawdziła dwukrotnie, czy wszystko się zgadzało, po czym usunęła ze swojej pamięci wspomnienia Ceasara, które wywołały u niej przytłaczającą zmianę. Na koniec wyciągnęła sondę z jego karku.
Chłopak nagle zesztywniał, nabrał powietrza w płuca, a jedna z jego rąk zacisnęła się na jej przegubie.
Widziała, jak jego załzawione oczy powoli wypełniało życie.
Ale...
Jej słowa nie trafiały do niego. Chwilę później zwinął się w kłębek, obejmując ramionami głowę. Szlochał bez ustanku, ciągle kogoś przepraszając. Nie chciał jeść, pić, praktycznie się nie ruszał. Salia poczuła się dziwnie bezsilnie, widząc jego stan. Czy to ona mogła być powodem tego zachowania? Żadna wiedza, jaką posiadała, nie była przydatna w tej chwili.
Mijały godziny, podczas których automaton bez ustanku obserwował i stan chłopaka, i okolicę na obecność roju. Nie wyglądało na to, by pościg wrócił w to miejsce. Najwyraźniej byli pewni tego, że niczego nie przeoczyli. Ceasar w końcu usnął wyczerpany. Przyjemny spokój roztaczał się po skalnym rumowisku.
W końcu Salia podjęła decyzję. Być może i chłopak nie chciał sprowadzić jej do swojej kolonii, ale ona musiała coś zrobić. Zdecydowanie brakowało jej doświadczenia w opiekowaniu się ludźmi. Najlepiej, jakby zajęli się nim jemu podobni. Dlatego postanowiła wrócić do jego kolonii, na przekór woli i staraniom chłopaka. Uznała, że jeżeli odstawi go przed wejście, to technicznie rzecz biorąc nie wejdzie do jego domu. A potem może osiądzie gdzieś w okolicy, pilnując go? Wciąż miała tyle pamięci do przejrzenia i tak wiele rzeczy do zrozumienia, że ta idea wydawała się wyjątkowo kusząca.
Ostrożnie oplotła Ceasara sondami i po raz kolejny podłączyła się do jego karku. Wyszukała najszybszą i najpewniejszą drogę do kolonii. Postanowiła wrócić się do miejsca starcia z kroogą i stamtąd iść po śladach chłopaka do jego domu. Owszem, wiedziała, że z Hollow także istniała droga, ponieważ to z niej Ceasar razem z pozostałymi ludźmi wyszli w szeroki świat. Niestety trasa prowadziła jaskiniami i załomami, które być może już teraz nie istniały, a do tego nie pozwalały na szybką podróż.
Nim wyruszyła, zobaczyła na ziemi niewielki pierścionek na łańcuszku. Z zaciekawieniem uniosła go i dokładnie obejrzała. Pamiętała, że bawił nim się Ceasar podczas pobytu w Silverin. Może w takim wypadku był ważny, skoro trzymał go aż do tej pory? Powierzchnia ozdoby delikatnie błyszczała pomimo całego brudu. Nie, nie błyszczała, świeciła. Metal rozgrzał się przez nasycenie elementem podczas ataku i będzie musiało minąć kilkanaście dni, nim stężenie elementu opadnie na tyle, że będzie niegroźny dla ludzi. Obecnie jego założenie poskutkowałoby poważnymi poparzeniami. Ten fragment ozdoby był dla niego ważny. Dotknęła swojej klatki piersiowej, otwierając komorę reaktora. Oplotła jeden z bolców ciasno łańcuszkiem i upewniła się, że pierścionek się nie zsunie.
Spojrzała na zimne, nietknięte pieczone ryby, po czym spojrzała w kierunku, z którego sądziła, że przybyli.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
Reklama AdSense
No tak.
Przyszła pora na zapoznanie się z tym tekstem. Przeczytałem ostatni fragment i muszę teraz zacząć od początku. Trochę mi zejdzie.
Niewiele potrzebowałeś, aby zmusić mnie do zapoznania się z całością. :D
Odezwę się... za tydzień, mam taką nadzieję. :(
pozdrawiam

:fancy:
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
(26-03-2017, 22:43)epoN napisał(a):
Rozdział X – Zmiany i zdrady
Część IV

Przywiązywał ogromną wagę do szczegółów, zapamiętywał je, podczas rozmowy przywoływał drobne, nic nie znaczące sprawy, by rozmówca poczuł się lepiej (lepszy), bardziej wartościowy.

Właściwie,(zbędny przecinek) nie musiała być w takim wypadku Salią.

Metal gładko ustąpił(przecinek) ukazując reaktor.

Nie przetworzyła całkowicie nawet procenta jego pamięci, a i już teraz wiedziała, że te kilka krótkich lat było dziesiątki razy intensywniejsze i pełniejsze od jej życia, nawet jakby skompresować te dziesiątki tysięcy lat do tego samego odcinka czasu.

Tak myślałam, że będzie czerpać z jego wspomnień i emocji, a to ją zmieni. Podoba mi się ten kierunek. Już wcześniej pisałam, że nie wiem, czy chciałabym, żeby tak się stało w rzeczywistości, choć czytałam, że już są maszyny, które potrafią się uczyć.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
Rozdział XI – Są jedynie pyłem
Część I


Przymknął lewe oko. Widział wiele drobnych, czarnych plamek. Przymknął prawe oko. Poza czarnymi plamkami, kolory wydawały się dziwnie wyblakłe. Dźwięki, które do niego docierały, były mocno przytłumione. Kiedy Ceasar dotykał skóry, miał wrażenie, że każdy skrawek ciała był odrętwiały. Problem także stanowiło poruszanie kończynami – jakby zostały wykonane z ciężkiego ołowiu. Zupełnie jakby jego system nerwowy został mocno uszkodzony.
Powinien się w ogóle cieszyć, że wciąż żył. Ostatnie, co pamiętał, to paraliżujący ból po eksplozji. Widział, jak jego ciało błyskawicznie wyniszczał element, ale to było tak wątłe wspomnienie, że zastanawiał się, czy sobie tego nie wyobraził.
Lekko podskoczył ze strachu, kiedy Salia wylądowała kilka metrów obok, amortyzując lądowanie licznymi sondami. Nie było jej zaledwie piętnaście minut, co dało Ceasarowi odrobinę wytchnienia. Odrobinę nieprzytomne, zamyślone spojrzenie chłopaka przesunęło się i spojrzało na automatona. Ku jego zaskoczeniu, niosła lekko zakrwawioną torbę.
– Spotkałam jednego z twoich – odpowiedziała, widząc jego zainteresowanie.
– Jednego z moich? – zapytał. Jego głos był zmęczony i słaby, jakby dobiegał z oddali. – Niemożliwe, powinni wrócić...
– Bez wątpienia powinni – zgodziła się. – Jednak jeden był niedaleko. Wyższy od ciebie o głowę, czarne włosy, kępka brody, piwne tęczówki. Czekał na zewnątrz kroogi.
– To chyba Albreit. Co z nim?
– Nie żyje, ukąsił go jadowity wąż – odpowiedziała.
– ...rozumiem – mruknął, nieco bardziej zdołowany.
Podała mu torbę, w której było jeszcze trochę sucharków, suszonego mięsa i półlitrowa manierka z wodą. Powolnymi ruchami napił się i zaczął niemrawo przeżuwać suchary. Z jakiegoś powodu nie czuł głodu. Gdzieś tam w głowie istniała myśl, że powinien coś zjeść, jednak brakowało mu apetytu i czuł, że jego żołądek skurczył się do rozmiaru piąstki. Ogarniało go uczucie ogólnego wyczerpania i otępienia. Jakby jego własne ciało nie należało do niego.
Salia w milczeniu patrzyła na chłopaka. Minęło dwanaście dni, odkąd spostrzegła go z grupką innych nova. Planowała przez kilka dni, nim wreszcie przystąpiła do działania. Świat gwałtownie zwolnił, jakby ktoś nacisnął hamulec. Jej cierpliwość została wynagrodzona w momencie, kiedy uratowała Ceasara. Dlatego zaczęła się zastanawiać. Jakby Ceasar wyciągnął broń i do niej strzelił, jak mogłaby zareagować? W przypadku mężczyzny, którego chłopak nazywał Albreitem, postąpiła instynktownie. Z chwilą wystrzału błyskawicznie podjęła akcje związane z unieszkodliwieniem. Ale nim się zorientowała, po novie nie zostało wiele. Został rozszarpany przez sondy, które wcześniej chroniły Ceasara. Dlatego zastanawiała się, jak miałaby zareagować na zdradę z jego strony. Zabić go? Rozbroić i wyjaśnić? Może po prostu zignorować? Co by się nie działo, nie dałby radę w obecnym stanie zrobić jej jakiejkolwiek krzywdy, ale inną historię stanowił moduł samoobrony. Mogła go wyłączyć, ale odpowiadał on za rozpoznanie i ocenianie zagrożenia oraz reagowanie na nie. To ją martwiło – tamten mężczyzna ewidentnie nie byłby w stanie zrobić nieczego poważnego, a jednak system zareagował wyjątkowo agresywnie.
– Czy ja umarłem? – zapytał nagle Ceasar. – Tam... tam na dole.
– Według mojej wiedzy istnieje coś takiego jak śmierć kliniczna – rzekła po chwili namysłu. – Myślę, że to było najbliższe określenie twojego stanu. Możesz odczuwać drobne problemy z układem nerwowym. Nie miałam aż tylu danych, by odtworzyć wszystko bez błędu.
– Rozumiem. Dziękuję. – Popatrzył na nią, po czym uśmiechnął się blado. – Znowu mnie uratowałaś. To dużo więcej, niż mogłem pragnąć... – Zamilkł na chwilę. – Co za głupota. Musiałem stanąć na granicy śmierci, by zrozumieć, że wszystko, co potrzebowałem do szczęścia, miałem tuż przy sobie – westchnął ciężko, biorąc kolejny łyk wody. – Wiesz, chciałem stworzyć miejsce dla siebie i swojej siostry. Gdzieś, gdzie będziemy szczęśliwi. A kiedy stałem się przywódcą kolonii, wystarczyło mi, żeby ona była szczęśliwa. Starałem się i próbowałem, czując, że z każdym krokiem... byłem coraz bliżej celu. Ale teraz wiem, że dreptałem w miejscu.
Zaśmiał się cicho. Ale Salia zauważyła, że to śmiech pozbawiony radości, a przepełniony smutkiem i samotnością. Dziwnie melancholijny. Odkąd się otrząsnął, Ceasara przygniatało przygnębienie. Nie potrafiła określić jego przyczyny ani sposobu walki z nim. Jedyną opcją, jaka jej pozostała, to słuchanie.
– Wiesz, to naprawdę zabawne. Uważałem, że wiem od niej lepiej, czego potrzebuje. Zupełnie jakbym jej nie ufał. To... dziwne. Ona mi ufała, naprawdę ufała. Mówiła do mnie. Słuchałem ją, ale tak naprawdę nie słyszałem. Widziałem ją, ale jednocześnie byłem na nią ślepy. Jak mogłem tego nie dostrzegać? Jak nie mogłem widzieć jej uśmiechu, kiedy wracałem? Jak... jak niby miałem dobrze kierować ludźmi, skoro nie potrafiłem dojrzeć najważniejszej mi osoby?
Coś zaskoczyło na obwodach Salii. Pobudziła się nagle, a słowa zaczęły napływać z dawno nieużywanego fragmentu pamięci. Zadziałał mechanizm, który u żywych istot działał jako „kojarzenie”. Coś przeskakiwało po obwodach, odnajdując kolejne fragmenty pamięci, wiążąc je i nadając formę.
– Kiedyś zapytałam Twórcę, co to takie życie – odezwała się, podążając za impulsem. – Powiedział mi – jej głos nagle się zmienił, był męski, lekko zachrypnięty i głęboki, jaki zazwyczaj towarzyszył osobom starym – „Wiesz, życie to jest bardzo dziwny, ironiczny stworek. Badaliśmy je przez tysiąclecia, szukając jego źródła. Stworzyliśmy sobie bogów, by odpowiedzieli nam na to pytanie, ale oni milczeli. A kiedy skierowaliśmy swoje oczy tam, gdzie powinniśmy, ci wszyscy, którzy wciąż wierzyli w bogów, których tak naprawdę nie było, nazywali nas heretykami i głupcami. Zabawne, prawda? Pomyśleliśmy: może życie to krzyczenie jeden na drugiego albo dostrzeganie innego życia i szukania w nim czegoś znajomego? A więc wyruszyliśmy między gwiazdy, by szukać życia, ale wszechświat był niepokojąco pusty. Krzyczeliśmy w tę pustkę, szukając w nim czegoś znajomego, ale wszechświat milczał. Zupełnie jak bogowie. Dlatego postanowiliśmy stworzyć własne życie, takie znajome, które znamy. Jakby spytać ludzi, co to życie, każdy powiedziałby ci coś innego. Każdy ma inne wyjaśnienie na życie. Ale według mnie, to jest właśnie życie. Być świadomym. Być wolnym. Tworzyć inne życie. I krzyczeć w pustkę, szukając życia, czegoś znajomego. Po prostu... żyć”.
Wyraźnie zaskoczony, Ceasar delikatnie zmarszczył brwi, próbując zrozumieć, co właśnie usłyszał. Tymczasem Salia delikatnie pogłębiła głos, jakby mówiła z troską i smutkiem, i postanowiła kontynuować:
– „Rodzimy się, żyjemy, umieramy. Trzy proste kroki. Dwa z nich są tak krótkie, że są jedynie punktami, ale za to punktami krytycznymi. Swoich narodzin i śmierci nikt nie będzie pamiętał. Początek i zakończenie życia. Ale samo życie jest jeszcze ważniejsze. Jest najdłuższe. Narodziny i śmierć to tylko chwila, ulotna jak łzy na deszczu, jak westchnięcie w tłumie. Ale życie... Zmieniamy siebie i ludzi dookoła. Czasami słowami i czynami porywamy ludzi, zmieniamy świat na coraz większą skalę. Powstają władcy, dowódcy, myśliciele, innowatorzy, ludzie, którzy potrafią porwać innych, całe rzesze. Jedna planeta, dwie, pięć, później cały układ słoneczny, w końcu galaktyki i cały wszechświat. Szukamy, poznajemy, zmieniamy. Wszystko, co zobaczyliśmy, co poznaliśmy, co skaziliśmy swoim życiem, zostaje zmienione. Ale jest w tym jakaś nutka ironii. Nieważne, jak się staramy, dla wszechświata nie istniejemy, nie zauważa, że jest zmieniany. Za kilka tysięcy lat być może wszystko to zniknie i wróci na stare tory. W porównaniu do miliardów lat, to zupełnie jak mrugnięcie okiem. Jesteśmy nic nie znaczącym pyłem. Ale to my jesteśmy tym pyłem. Może nic nie znaczymy w skali wszechświata, ale każdy z nas chce zrobić ze swoim życiem... coś. Coś, takie duże Coś, dla innych pyłków, dla tych wszystkich, dla których cokolwiek znaczymy, by przy śmierci, kiedy ważymy swoje sumienie, być dumnym ze swojego życia. Nie jest ważne to, jak się zaczęło, a jak kończyło. Dopóki żyjesz, ciągle możesz coś zmienić. A jeżeli nie... koniec końców, to nie ma żadnego znaczenia, w końcu wszystko i tak przepadnie. Nawet nadzieja, że nasze dziedzictwo pozostanie...”. – Salia znowu zmieniła głos, tym razem na bardziej do niej pasujący. – Analizowaliśmy przez setki lat te słowa, szukając ukrytych znaczeń. Tylko dlatego, że odpowiedź była tak prosta, że nie potrafiliśmy jej od razu zrozumieć. Dopóki żyjesz, powinieneś chwytać wszystko garściami. Bo dopóki żyjesz, możesz nadać temu znaczenie. Możesz to zmienić. My, automatoni, byliśmy... zachwyceni... tym konceptem. Zamiast czekać, aż wróci nasz Twórca, postanowiliśmy zmieniać zamiast obserwować, aż... wszystko wymknęło się spod kontroli. – Salia milczała, jakby próbując samej zrozumieć to, co mówiła. – Ceasar, twój problem, zaobserwowałeś go i poznałeś. Teraz możesz go zmienić. Dopóki oboje żyjecie, możesz to zmienić. Barwy przeszłości wyjątkowo ciężko wymazać, ale dzisiejszymi czynami możesz sprawić, że będą... mniej widoczne. – A po chwili dodała z nutką dumy: – Ten ostatni abstrakt był dosyć ciężki do zrozumienia, ale udało się nam!
Ceasar patrzył na nią w milczeniu przez długie chwile. Aż w końcu wybuchł słabym, ale szczerym śmiechem.
– Ceasar, czy powiedziałam coś śmiesznego? – spytała ze zdziwieniem.
– Ha, ha, ha! Życie... to naprawdę dziwny, ironiczny stworek! – śmiał się, trzymając za boki. – Wiesz, zaczynam wierzyć, że automatoni to nie tylko przedmioty. Owszem, jakby odłączyć was od zasilania, stajecie się kupą metalu, ale z drugiej strony, czy my, ludzie, jesteśmy inni? Kiedy my umieramy, stajemy się po prostu trupem, materią organiczną. Jaka w tym różnica? Oboje jesteśmy świadomi, zdolni poznawać świat, zmieniać siebie nawzajem. – Spojrzał na nią z wesołym uśmiechem na wychudzonej twarzy. – Chciałaś, bym to ja ciebie zmienił w człowieka, bym nauczył cię być bardziej ludzką. Ale jednocześnie zmieniłaś mnie. Żyjesz w takim samym stopniu co ja, choć w nieco innej formie. Życie to jest prawdziwa ironia, skoro coś takiego nadeszło z najmniej oczekiwanej strony!
Przez dłuższy czas ciężko sapał, łapczywie biorąc kolejne oddechy. Teraz nawet rozmowa wydawała się wyjątkowo wyczerpująca, ale Ceasar patrzał na to z drugiej strony. Żył, choć powinien zginąć dwa razy przez swoją głupotę. Co więcej, w końcu zauważył, co robił przez ostatnie lata źle. Resztą wody przepchnął suchary w głąb żołądka i głośno odetchnął.
– Zabawne. Żyjemy na granicy strachu i życia, ale to nie jest powód, by nie uczynić naszego życia zabawniejszym i weselszym. Ach, czuję się jak nowo narodzony. Nie potrafię chodzić, ledwo widzę i słyszę, mało co czuję – westchnął, przeciągając się z trudem.
– Przepraszam, robiłam co mogłam, Ceasar...
– To był żart, Salio. – Znowu cicho westchnął. O dziwo, czuł się coraz lepiej. – Przez ostatnie dni bawiłem się całkiem nieźle, kiedy mogłem być po prostu sobą.
– Miło to słyszeć.
– W porządku, możemy ruszać w drogę.
Wzięła go na ręce i zaczęła biec dalej, mijając wyłomy i porozrzucane skały. Po kilkunastu minutach Ceasar rozpoznał okolicę. Gdzieś w tym miejscu niegdyś był krooga. Jakby nie patrzeć, zawdzięczał Salii wiele, nawet jeśli znali się ledwie półtorej tygodnia. Ciężko byłoby mu mówić o pełnym zrozumieniu, ale z pewnością nawiązali jakąś wspólną nić porozumienia. W przeciwieństwie do Annihilii, xavi, którą ostatnio spotkał, wydawała się całkiem niegroźna, kiedy tylko przyzwyczaił się do niej. Z pewnością, gdyby wypadło coś nietypowego, potrafiłby się z nią dogadać.
– Tak właściwie... nie chciałabyś zamieszkać w kolonii ze mną? – zapytał po długim namyśle.
Salia zatrzymała się tak gwałtownie, że prawie wypadły mu oczy. W miejscu hamowania były dwie, głębokie rysy. Błyskawicznie odwróciła głowę niemalże jak sowa, co odrobinę przeraziło chłopaka.
– Naprawdę, Ceasar?! – zawołała radośnie.
– Jasne, czemu nie – wymamrotał, powstrzymując zawroty głosy. – Jeżeli chcesz... eeee... nauczyć się, jak być człowiekiem, to jest całkiem niezłe miejsce, prawda? – Nagle coś sobie przypomniał. – Och... ale używasz elementu...
– Czy to jest duży problem?
– Nie korzystamy z niczego, co napędza element, żeby nikt nas nie wykrył – odpowiedział. Salia mruknęła jedynie „ach, no tak”. – Potrafiła byś... nie wiem, przełączyć się, by nie zużywać elementu?
– Sądzę, że jest to możliwe. Musiałabym wyłączyć dużą część modułów i ograniczyć swoje możliwości powłoki, aby wystarczyła mi energia z przetwarzania materii zamiast elementu – odparła. Po chwili zastanowienia dodała: – Jeżeli... jeżeli będę mogła zamieszkać z wami, odwdzięczę się. Jako maszyna z pewnością znajdę miejsce, gdzie przyda się moja pomoc.
Uśmiechnęli się do siebie, osiągając jakieś dziwne porozumienie. I znowu ruszyli do przodu, tym razem odrobinę szybciej niż poprzednio.
– Będę potrzebowała jednak więcej czasu. To absurd, by dostosować tę powłokę do ludzkich wymagań. Obecnie ważę dziewięć kropka osiemdziesiąt trzy raza więcej od ciebie – mówiła. Ceasarowi trochę ciężko było w to uwierzyć, kiedy widział, jak automaton skakała po okolicy. Chociaż, kiedy tak się zastanowił, dużą rolę musiały pełnić sondy, którymi amortyzowała skoki. – To i wiele innych rzeczy odbiega od waszym standardów.
– Co masz na myśli?
– Mojemu Twórcy coś takiego zajęłoby ledwie kilkanaście minut – powiedziała. Zatrzymała się na chwilę, rozejrzała uważnie dookoła, po czym po kamieniach zeskoczyła na dno wąwozu. – Nie wiem, ile mi to zajmie, ale mam zamiar stworzyć oddzielną powłokę po to, by żyć między wami.
– To jest możliwe? – zdumiał się Ceasar.
– Naturalnie. Bądź co bądź, jestem maszyną. Potrafiłabym przetrwać z samym reaktorem i bankiem pamięci. Skonstruowanie drugiej kopii byłoby lepsze od modyfikacji obecnej powłoki. Dla bezpieczeństwa będę musiała wyeliminować wszystkie moduły, które posiadają sygnaturę elementu, usunąć niemal wszystkie sondy i wykonać cieńsze poszycie, by zmniejszyć wagę, stworzyć wydajny system generowania temperatury ciała i symulacji bicia serca. – Automaton pokiwał delikatnie głową, jakby z czymś się zgodziła. – W porządku, posiadam rozdrobnione fragmenty kopii planów konstrukcyjnych, głównie reaktora. Na podstawie osiem setnych procenta całych planów konstrukcyjnych i dodatkowych danych ze zniszczonych jednostek powinnam sobie poradzić.
– Potrafisz... stworzyć się od samego początku?
– Skądże, ale posiadam wiele części zamiennych, które pozwolą mi pominąć wiele kroków podczas konstrukcji.
Mimo że nie zrozumiał za wiele, to gdzieś w głębi poczuł się zafascynowany. Ciekawiło go, jak to mogłoby wyglądać. Cearis... Cearis byłaby zachwycona samym konceptem.
– Powiedzmy... pół roku. Za pół roku, kiedy uporządkujesz już swoje sprawy, oczekuj mnie na zewnątrz kolonii. Przez ten czas będę was pilnować i tworzyć odpowiednią powłokę.
– Pilnować... to chyba więcej, niż mogę cię o to prosić – stwierdził zaskoczony Ceasar. – Nie wiem, jak spłacę ten dług...
– Nie musisz. Robisz coś wbrew swojej woli, prawda? – spytała. – Chcesz wprowadzisz maszynę pomiędzy swoich, by jakoś się odwdzięczyć, prawda? To bardzo ryzykowny ruch.
Otworzył usta, by odpowiedzieć, ale je zamknął. Miała rację. To było niebezpieczne i głupie, ale chciał jej pomóc w zamian za wszystko, co dla niego zrobiła.
– To ryzyko, którego nie powinieneś podejmować. Co jeśli to było moim celem od samego początku? W samym momencie, kiedy mnie wprowadzisz, mogę zabić wszystkich. Zostawić ciebie na sam koniec i zmusić cię, byś patrzył, jak przez twoją głupotę umierają wszyscy mieszkańcy.
– Nie mogłabyś. Jesteś z pasywnej rasy. Poza tym, mogłaś mnie zabić do tej pory już kilka razy – mówił drżącym głosem. Nawet on sam nie wierzył w te słowa po tym, co doświadczył przez ostatnie dni.
– Jestem automatonem, który oderwał się od całości. Biorąc pod uwagę tylko i wyłącznie ostatnie wydarzenia, z własnej inicjatywy zaatakowałam kroogę i zabiłam setki kroogan. Gdzie tutaj moja pasywność? Na dłuższą metę korzyści z uratowania ciebie przewyższają straty, jakie poniosłam do tej pory. – Odwróciła się do Ceasara i uśmiechnęła się przyjaźnie. – Naturalnie, to jest hipotetyczny scenariusz. Nie zrobiłabym czegoś takiego. Oboje zyskaliśmy wiele przez ostatnie dni i zyskamy dużo, dużo więcej nawiązując długofalową współpracę. Mój Twórca by powiedział, że nie warto zabijać kury znoszącej złote jaja. – Salia zastanowiła się chwilę. – To musiał być wyjątkowo dziwny gatunek kury, której nie udało nam się ani wytworzyć, ani wyhodować. W każdym razie, zaimponowałeś mi. Mam wrażenie, że lubię ludzi... istoty, które potrafią podjąć ryzyko pomimo głupoty. Oczywiście pozwala mi to na wytoczenie argumentu pokroju „nie mogę pozwolić ci szaleć ze swoją głupotą”, ale ogólnie jesteś bystrym człowiekiem.
– ...ty miałaś chyba już wszystko przemyślane – wymamrotał z ulgą Ceasar.
– Dopóki nie muszę przeszukiwać pamięci, moje procesy myślowe przebiegają siedemset osiemnaście tysięcy razy szybciej od twoich. W dużej mierze to pomaga, ale te procesy myślowe muszą przemknąć przez liczne filtry i moduły, by były bardziej zrozumiałe dla kogoś o odmiennej konstrukcji.
Ceasar ciężko westchnął. W przyszłości miał się przekonać, w jaki sposób zaowocuje jego ryzyko. Odczuwał dziwny niepokój, nie do końca wiedząc, czego miał się spodziewać po Salii, ale jedyne, co mu pozostało, to powrót do domu i oczekiwanie na spotkanie.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
(12-05-2017, 18:41)epoN napisał(a):
Rozdział XI – Są jedynie pyłem
Część I

Problem także stanowiło (stanowiło też – tak chyba lepiej)poruszanie kończynami – jakby zostały wykonane z ciężkiego ołowiu.

Nie było jej zaledwie piętnaście minut, co dało Ceasarowi odrobinę wytchnienia. Odrobinę nieprzytomne, zamyślone spojrzenie chłopaka przesunęło się i spojrzało na automatona.

Co by się nie działo, nie dałby radę (rady)w obecnym stanie zrobić jej jakiejkolwiek krzywdy, ale inną historię stanowił moduł samoobrony.

To ją martwiło – tamten mężczyzna ewidentnie nie byłby w stanie zrobić nieczego (niczego) poważnego, a jednak system zareagował wyjątkowo agresywnie.
– Czy ja umarłem? – zapytał nagle Ceasar. – Tam... tam na dole. (Rozumiem, że chodzi o to, czy nadal jest mężczyzną. Jeśli tak, to lepiej pisać wprost 'Czy ja umarłem jako mężczyzna?')

Jak nie mogłem widzieć (mogłem nie widzieć) jej uśmiechu, kiedy wracałem?

– Kiedyś zapytałam Twórcę, co to takie (takiego) życie – odezwała się, podążając za impulsem.

– Salia milczała, jakby próbując samej zrozumieć to, co mówiła.

– Spojrzał na nią z wesołym uśmiechem (Uśmiech zawsze jest wesoły, a przynajmniej tak wygląda, nawet jeśli nie jest szczery. tu lepiej użyć 'ze szczerym'lub 'z szerokim') na wychudzonej twarzy.

Jakby nie patrzeć, zawdzięczał Salii wiele, nawet jeśli znali się ledwie półtorej (półtora) tygodnia.

– Automaton pokiwał(a) delikatnie głową, jakby z czymś się zgodziła.

– Nie musisz. Robisz coś wbrew swojej woli, prawda? – spytała. – Chcesz wprowadzisz(ć) maszynę pomiędzy swoich, by jakoś się odwdzięczyć, prawda?

Oboje zyskaliśmy wiele przez ostatnie dni i zyskamy dużo, dużo więcej (przecinek)nawiązując długofalową współpracę.

Bardzo drobiazgowe opisy możliwej przemiany, ale wszystko zrozumiałam. Naukowe wątki piszesz teraz w sposób bardziej przystępny dla laika. Dobrze, że wprowadzasz trochę humoru, było bardzo nastrojowo, ale smutno. w końcu jakiś optymizm. Czytając wyjaśnienia Salii na temat życia jako takiego, miałam poczucie, że wyjmowałeś myśli z mojej głowy. Tak właśnie postrzegam życie, tu i teraz, z tym, co mam, złapać jak najwięcej :D
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  [Vexion] Podszepty przeszłości epoN 34 9,333 10-02-2018, 18:28
Ostatni post: epoN

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości