Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
[Vexion]Era Bezkresnych
#1
Spoiler: Słów wstępu kilka



Spoiler: Spis treści



Prolog


Bezchmurne, rozgwieżdżone niebo było rzadkością. Słońce zaszło ledwie trzy, może cztery godziny temu, dając tym samym znak, że mijał kolejny dzień bezkresnej wojny. Wyjątkowo trzy z sześciu księżyców Saries mieściły się na jednym niebie. Na każdym z nich można było dojrzeć niewielkie, jasne plamki oznaczające siedliska różnych ras, które tam się narodziły bądź uciekły przed wojną. Obecnie były jedynie cieniem dawnych czasów, na zawsze pogrzebanych przez jeden jedyny konflikt, który trwa nieprzerwanie od tysiącleci.
Ale teraz panował dziwny, nienaturalny spokój, jakby cała okolica była pozbawiona życia.
Shennya, błękitnooka serafia o długich, złotych włosach myślała inaczej. A raczej miała pewność, że pod ziemią tętniło życie. Plugawa kolonia pełna robali, które należy zgnieść, spalić, zabić. To nie było łatwe, te karaluchy rozmnażały się jak zwierzęta, posiadały płodność, o której każda inna rasa mogła jedynie marzyć. Pomimo rosnącej odrazy, czuła nieprzebraną, uzależniającą euforię z faktu, że to ona będzie miała okazję wytępić to gniazdo.
Unosząc się na dwóch parach gigantycznych, pierzastych skrzydeł, przecinała nocne niebo, by być pierwszą, która znajdzie kolonię robali. Jednakże nie musiała się śpieszyć. Jeżeli nie zrobi tego dzisiaj, dokona tego jutro. Jeżeli robale się przeniosą, zniszczy okolicę, po czym je wytropi, by zesłać na nie śmierć. Poruszy niebo i ziemię, by te plugawe istnienia zniknęły sprzed oblicza jej boga i stwórcy, Serafima.
Po kilku godzinach w końcu znalazła swój cel poszukiwań.
Tysiące metrów niżej znajdowało się wzgórze. W jego sercu tętniła życiem kolonia robali. Dziesiątki tysięcy istnień krążyło w podziemiach, nawiedzając okolicę swoją obecnością. Już za chwilę miała je wykorzenić. Z tego powodu Shennya poczuła, że euforia wypierała obrzydzenie.
Olbrzymie, trzymetrowe skrzydła o białych piórach zalśniły jasno od pochłanianego elementu, czegoś równie podstawowego co materia bądź dźwięk. Nieśpiesznie składała zaklęcie. Potrzebowała czegoś potężnego, nie szybkiego. Powoli ustalała jego moc, efekt, zasięg i cel. Tworzyła zaklęcie mające zniszczyć kolonię. Kiedy ta myśl przeszyła umysł Shennyi, upiorny, napędzany ekstazą uśmiech wykrzywił jej twarz. Po kilkunastu sekundach zaklęcie było gotowe. Uniosła do góry dłoń, niczym kurek gotowego do strzału pistoletu.
Jednak zwlekała z jej opuszczeniem.
Nocne niebo zaczęła rozświetlać promieniująca od Shennyi czerwona łuna. Tysiące metrów niżej, setki robali rozbiegało się w panice po okolicy, próbując uciec przed nieuniknioną zagładą.
Tymi robalami byli ludzie niezdolni walczyć w tej wojnie. Jedyne, co mogli robić, to uciec pod ziemię i nieudolnie chwytać się życia.
Shennya napawała się tym widokiem. Chciała zasiać destrukcję. Chciała zesłać śmierć. Chciała wyryć cierpienie na ich ciałach, skazić ich umysły przerażeniem, zadać ból, którego nie zapomną następne pokolenia. I, patrząc na ich panikę, była pewna, że pamięć o dzisiejszej nocy nie zgaśnie za szybko.
Przepiękny anioł śmierci w końcu opuścił dłoń. Deszcz ognia i skał opadł na wzgórze, niszcząc kolonię ludzi. Na jedno skinienie dłoni zgasły dziesiątki tysięcy istnień, którym element był trucizną.
I nim na nowo wzeszło słońce, opustoszałą okolicę pokrywała gruba warstwa brunatno-czerwonego popiołu.



Rozdział I – Obdarci ze swobody

Część I


Przerażająca bitwa między bogiem taurusów, Atlasem, a serafami toczyła się od kilkunastu dni. Ich akcje niosły ze sobą niszczycielskie skutki; góry pod nimi były zrównane z ziemią, setki kilometrów kwadratowych lasów zniknęło bez śladu, wszystkie okoliczne jeziora wyparowały w pierwszym dniu bitwy. To była codzienność, z którą nieustannie mierzył się świat. W końcu serafowie zostali odparci, a ranny bóg ponownie ukrył się w cieniu księżyca. Zaraz po nich nadeszli senni i śniące, którzy ponad wszystko kochali tworzyć. Wypiętrzali ziemię, by stworzyć góry, nalewali wodę do kraterów, dając początek nowym jeziorom, zasadzali rośliny, z których wyrosną lasy.
Nie potrafili jednak usunąć jednego efektu przerażającej bitwy.
Czarny popiół bez ustanku opadał na ziemię. Przykrywał całą okolicę grubą warstwą niczym śnieg zimą. Z czasem sam zniknie, nie zostawiając po sobie śladu. W tej ciemnej scenerii przemykały trzy istoty. Pozostać niezauważonym, by nie istnieć. Skoro nie istnieli, to nie mogli żyć, a więc nie mogli zginąć. To było ich motto w mrocznych czasach Bezkresnej Wojny. Zachowaniem nie przypominali żadnej innej rasy, która aktywnie uczestniczyła w wojnie. Przemykali nieustannie w cieniach, maskując swoją obecność niczym karaluchy albo szczury, próbując rozpaczliwie przeżyć chociażby kolejny dzień.
– Czysto – powiadomił szeptem Ceasar obserwującego tyły Saara, czytając znaki, jakie dawał dużo starszy od nich Ciel.
Zbliżali się z wolna do wraku podniebnego okrętu learów. Został strącony z niebios niewiele ponad tydzień wcześniej, kiedy oberwał zagubionym zaklęciem z bitwy między bogiem a serafami. Trzy istoty, nie czekając, aż prawowici właściciele zjawią się po statek, ostrożnie podchodziły bliżej i bliżej. Każda z nich miała ciemne ubranie, które świetnie maskowało ją w czarnym popiele, gogle i oczyszczającą powietrze maskę na twarzy.
Saar zaczepił się o coś zagrzebanego w gęstym pyle i upadł z cichym "uff" na ziemię. Sprawdził, co to było.
– Ła! Mapa! – zawołał ze zdziwienia, kiedy wygrzebał niewielkie pudełeczko.
Jego głos potoczył się echem. Przez dłuższą chwilę w panice obserwowali okolicę. Ogłuszająca cisza, przerywana jedynie echami oddalonej o dziesiątki kilometrów kolejnej bitwy, wdzierała im się do uszu. Ciel syknął do chłopaka ze zdenerwowaniem:
– Jak chcesz zginąć, to poderżnę ci gardło, idioto!
– Wybacz, nie mogłem się powstrzymać – powiedział ze skruchą Saar, którego zapał wyraźnie ostygł. Jedynie na króciutką chwilę. – Ale spójrz, mapa! Aktualna! Sama się aktualizuje, popatrz, widać ruchy armii! Pewnie funkcjonuje na elemencie... nie, musi! Jak inaczej by to osiągnęli?
– Niesamowite, wszystkie aktualne fronty są pokazane – stwierdził z uznaniem Ciel. – Ruchy armii, ostatnie bitwy, manewry... Bierzemy? Hah, oczywiście że nie...
Ceasar milczał przez dłuższą chwilę, rozważając za i przeciw. Jeżeli wezmą ze sobą mapę, posiądą wiedzę o pozycji wroga i będą mogli dzięki temu uciec albo zdobyć więcej zbiorów. Jednak z drugiej strony narażą kolonię na odkrycie. Wrogowie otrzymają możliwość wytropienia ich poprzez śledzenia użycia elementu. A to już krok ku anihilacji.
– Nie, nie możemy pozwolić sobie na takie ryzyko – stwierdził.
– A więc co, porzucamy? – zapytał zrezygnowany Saar.
– Nie, przerysujemy. Przeszukajcie wrak – rozkazał Ceasar, wyciągając kartki i ołówek z torby.
Ciel i Saar zabrali się do przeszukiwania okrętu. Co chwilę wynosili przydatne, nie korzystające z elementu rzeczy, możliwą do wykorzystania technologię, urządzenia pomiarowe, żywność i złom. Wszystko po to, aby zapewnić trwanie kolonii. Garstka ludzi narażała życie po to, by większość mogła przetrwać. To było dla nich naturalne prawo. Ceasar natomiast próbował w miarę dokładnie przerysować mapę, jednocześnie obserwując okolicę. Nie mieli też dużo czasu; chłopak nie chciał za długo pozostawać na powierzchni: każda kolejna minuta zwiększała szansę na to, że natkną się na nieprzyjemne towarzystwo.
– Znalazłem broń – powiadomił go Ciel. – Karabiny i pistolety energetyczne learów i kilka szabel z... wygląda na vithrium...
– Szable niepotrzebne, weźcie ze dwa karabiny i kilka pistoletów, ale najpierw skupcie się na zapasach i przydatnym sprzęcie. Broń jest drugorzędna – stwierdził cicho Ceasar, nie przerywając rysowania. Mężczyzna kiwnął głową i zniknął we wraku.
Przebywali już za długo na zewnątrz. Minęły dwie godziny, odkąd dotarli do wraku i sześć od pobytu w ostatniej kryjówce. Ceasar był już pokryty na plecach oraz głowie grubą warstwą popiołu i przypominał niewielką, czarno-szarą figurkę. Obok niego Saar uwijał się jak mógł, by jednocześnie obserwować okolicę i pakować cenny łup. Po kilku minutach było już po wszystkim. Cała trójka założyła ciężkie plecaki i była gotowa wrócić do kolonii.
– O kurwa... – wymamrotał nagle Ciel.
Na innym końcu krateru zauważył taurusa. Wielka, pięciometrowa bestia z włochatym ciałem wytrzymalszym niż stal powoli kroczyła w ich stronę. Nawet z kilkudziesięciu metrów widzieli pulsujące mięśnie. To właśnie dzięki swojej konstytucji mogli poruszać się z dużą swobodą po ogarniętym wojną bogów kontynencie. Najwyraźniej jeszcze ich nie zauważyła, ale w takim tempie nie będą w stanie jej uciec. Nawet w kiepskich warunkach, jakie aktualnie panowały, taki dystans mogła przebiec w kilka sekund. Lada chwila może ich zobaczyć, wyczuć albo usłyszeć.
Trójka ludzi patrzyła w przerażeniu na istotę. Jednak jeden z nich szybko ochłonął – jak na przywódcę przystało. Błyskawicznie zaczął oceniać szanse drużyny. Mogli zastawić pułapkę na olbrzyma, jednak nie mogliby go pokonać. Nie w trójkę, ba, nawet w setkę nie byli w stanie chociażby zostawić na nim śladu. Ucieczka też odpadała. Nawet jeśli porzucą dotychczasowy łup, to i tak będzie za mało, by nadrobić różnicę w budowie ludzi i taurusów. Do swojego krańca krateru mieli prawie dwadzieścia metrów, podczas gdy bestia oddalona była o niecałe pięćdziesiąt. Pozostała jedyna opcja. Rozwiązanie, na które mógłby wpaść i ponieść konsekwencje jedynie Ceasar.
– Ciel.
Jego głos był niezwykle opanowany jak na krążące po głowie myśli. Mężczyzna spojrzał na niego z niewiele mniejszym spokojem. Prawdopodobnie wiedział, jakie będą następne słowa przywódcy, dzięki któremu kolonia trwała w spokoju przez kilka długich lat.
Rozkazuję ci: umrzyj za nas.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Dobra, no to jedziemy z koksem.
Zauważyłam parę błędów, ale tym zajmą się Sprawdzający.
No więc... Zastanawia mnie wzmianka o rozbiegnięciu się ludzi w panice, kiedy ujrzeli łunę. Szczerze powiedziawszy, gdybym zobaczyła coś takiego, nie uciekałabym, ale gapiłabym się zafascynowana, ale to ja. xD
Lubię twój warsztat. Jest lekki, przyjemny i naprawdę dobrze się czyta.
Jak na ten moment początek opowiadania zdecydowanie spełnia swoją rolę – zainteresowałeś mnie. Pomysł wydaje się być przedni – zagłada ludzi, wojny bogów, ludzkość przedstawiona jako robactwo... Ciekawie, ciekawie. Interesuję mnie, czy wyjaśnisz jakoś, dlaczego serafia tak bardzo nienawidziła i brzydziła się ludźmi oraz skąd ów rozkaz wytępienia kolonii?
Podoba mi się motyw ukrywania się ludzi, żeby przeżyć. Szczególnie przypadło mi do gustu zakończenie. Nie spodziewałam się tego, chociaż to w sumie logiczne. I okrutne. Czuję, że szykuje się ciekawe opko. : 3
Cóż, chwilowo niewiele więcej mogę powiedzieć o fabule, więc zaczekam aż dasz coś więcej i za parę fragmentów skrobnę obszerniejszy komentarz. :)
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
#3
Dzięki za opinię i komentarz :)

Cytat:Zastanawia mnie wzmianka o rozbiegnięciu się ludzi w panice, kiedy ujrzeli łunę.
Wiesz, tkwisz w środku wojny, gdzie każdy dzień może być ostatnim. Ledwie uszłaś z życiem z poprzednich kolonii, więc wpatrywanie się w ognistą łunę na niebie raczej... nie jest najlepszym pomysłem na długie i szczęśliwe (mniej więcej™) życie :D

Do pozostałych spraw, jak zwykle, wszystko będzie zaspokojone później ;3
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#4
(12-07-2015, 01:07)epoN napisał(a):
Prolog


Wyjątkowo,(bez przecinka) trzy z sześciu księżyców Saries mieściły się na jednym niebie.

Na każdym z nich można było dojrzeć niewielkie, jasne plamki,(bez przecinka) oznaczające siedliska różnych ras, które tam się narodziły bądź uciekły przed wojną.

Obecnie były jedynie cieniem dawnych czasów, na zawsze zażegnanych(zażegnać można właśnie konflikt, awanturę, a nie czasy – tu trzeba użyć innego słowa w zależności od tego, co miałeś na myśli, czy te dawne czasy zostały pogrzebane, zmienione, a może zapomniane) przez jeden jedyny konflikt, który trwa nieprzerwanie od tysiącleci.

A raczej,(bez przecinka) miała pewność, że pod ziemią tętniło życie.

Plugawa kolonia,(bez przecinka) pełna robali, które należy zgnieść, spalić, zabić.

To nie było łatwe, te karaluchy rozmnażały się jak zwierzęta, posiadały płodność, o której każda inna rasa mogła jedynie marzyć. (to brzmi tak, jakby inne rasy nie posiadały płodności)

Pomimo rosnącej odrazy, czuła nieprzebraną, uzależniającą euforię z faktu, że to ona będzie miała okazję wytępić te (to)gniazdo.

Jeżeli nie zrobi tego dzisiaj, dokona to (dokona tego, wykona to, zrobi to) jutro.

Już za chwilę miała(zbędna spacja) je wykorzenić.

Tworzyła zaklęcie,(bez przecinka) mające zniszczyć kolonię.

Uniosła do góry dłoń,(bez przecinka) niczym kurek gotowego do strzału pistoletu.

Tymi robalami byli ludzie. Niezdolni walczyć w tej wojnie, (te dwa zdania bym połączyła) jedynie (Jedyne i przecinek) co mogli robić, to uciec pod ziemię i nieudolnie chwytać się życia.

Chciała wyryć cierpieniena ich ciałach, skazić ich umysły przerażeniem i cierpieniem(można to usunąć), zadać ból, którego nie zapomną następne pokolenia.

Na jedno skinienie dłoni,(bez przecinka) zgasły dziesiątki tysięcy istnień, którym element był trucizną.

Rozdział I – Obdarci ze swobody.

Część I

Każda z nich miała ciemne ubrania(ubranie), które świetnie maskowały(o) ją w czarnym popiele, gogle i oczyszczające(ą) powietrze maski(ę) na twarzy. (bo opisujesz każdą z osobna, a nie wszystkie naraz, wtedy elementy ubrania i wyposażenia byłyby w liczbie mnogiej)

Jak(Jeśli) chcesz zginąć, to poderżnę ci gardło, idioto!

– Szable nie potrzebne(niepotrzebne), weźcie ze dwa karabiny i kilka pistoletów, ale najpierw skupcie się na zapasach i przydatnym sprzęcie.

Minęły dwie godziny, odkąd dotarli do wraku i sześć, odkąd byli (od pobytu) w ostatniej kryjówce.

Trójka ludzi patrzyła w terrorze(to nie jest dobrze użyte słowo, wiem, że to synonim, jednak lepiej pasuje: w przerażeniu, panice, ze zgrozą) na istotę.

Znów kreujesz bardzo intrygujący świat. Zagubieni ludzie, faktycznie jak robaki, wobec różnych sił i stworzeń, które zawładnęły Ziemią. Ich strach podczas zdobywania czegokolwiek potrafiłeś pokazać tak autentycznie, że faktycznie czułam, jak drżeli. Jasne, że nie podobał mi się ostatni rozkaz, ale rozumiem go i nie chciałabym znaleźć się w skórze dowódcy, który musiał go wydać. Poza tym intuicyjna wola przetrwania człowieka jest tak silna, że zawsze zmusza do ucieczki, w ostateczności do walki. Tu ktoś musiał się poświęcić, bo wydano mu rozkaz. Czyli przez pokolenia zaszczepiano im taką konieczność dla dobra ogółu. Jak na początek, dałeś dużo informacji i opisów. Od razu wstawiłeś bohatera, który jest coś wart, ma zasady, myśli strategicznie, podejmuje szybkie decyzje. Podoba mi się ten tekst i mam nadzieję, że nie zakończysz zbyt szybko.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#5
Och, mój błąd, wybacz. Nie zwróciłam uwagi na tło sytuacji i nie skojarzyłam tego. xD
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
#6
Dzięki, Naw, za poprawki. Mam tylko jedną uwagę:
"Na każdym z nich można było dojrzeć niewielkie, jasne plamki,(bez przecinka) oznaczające siedliska różnych ras, które tam się narodziły bądź uciekły przed wojną. "
W tym miejscu chyba powinien być przecinek? Skoro tu jest linia przymiotników/dwa orzeczenia, czy cuś w ten deseń?

No i tak już poza tym wszystkim.
"To nie było łatwe, te karaluchy rozmnażały się jak zwierzęta, posiadały płodność, o której każda inna rasa mogła jedynie marzyć. (to brzmi tak, jakby inne rasy nie posiadały płodności)
Tak właściwie... to tak jest w dużej mierze przez pewien koncept, który napędzał stworzenie wielu ras:P

Samego tekstu jest raczej dużo. Obecnie o połowę więcej niż "W samotności". Nie mam zamiaru śpieszyć się z kreowanie historii i świata, nie mam zamiaru zostawiać niewytłumaczalnych dziur w fabule, i takie tam :P
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
(12-07-2015, 23:53)epoN napisał(a): "Na każdym z nich można było dojrzeć niewielkie, jasne plamki,(bez przecinka) oznaczające siedliska różnych ras, które tam się narodziły bądź uciekły przed wojną. "
W tym miejscu chyba powinien być przecinek? Skoro tu jest linia przymiotników/dwa orzeczenia, czy cuś w ten deseń?

Nie, imiesłowów przymiotnikowych w przeciwieństwie do przysłówkowych nie oddziela się przecinkiem, chyba że tworzą imiesłowowy równoważnik zdania będący wtrąceniem, jednak w tym przypadku nie ma to miejsca.

Spoiler: Poprawki

No, przyszedłem po jakość i dostałem jakość. Solidnie napisany fragment. Wciągająca fabuła, lekko napisane zdania... Jestem zdecydowanie na tak.
[Obrazek: wincyj.gif]
Czasami, gdy pojawiają się nowi, próbują na jeden raz wrzucić wszystko, co mają. Zupełnie, jakby portal miał lada dzień zniknąć z Internetów, a administracja pojechać do Afryki, sprzedawać olejek do opalania rdzennym murzynom.
~Yami
Odpowiedz
#8
Rozdział I – Obdarci ze swobody

Część II


Oczy Saara utworzyły niewielkie krążki z czystego zdumienia.
– Rozumiem – powiedział posłusznie Ciel, zdejmując z pleców torbę i zrzucając cenniejsze rzeczy.
– Ceasar, ty żartujesz, prawda? – zapytał z niedowierzaniem i drżeniem głosu Saar.
– Nie możemy pozwolić, byśmy wszyscy zginęli. Kolonia potrzebuje tych zapasów – powiedział chłodno przywódca.
– To w takim wypadku ja pójdę! – zaofiarował się Saar, uderzając otwartą dłonią w pierś. – Ciel ma rodzinę, która na niego czeka!
– Saar, przestań. Decyzja Ceasara jest optymalna. – Ciel pomagał założyć swoje torby Ceasarowi. – Nie możesz zginąć, bo jesteś jeszcze młody, więc masz całą przyszłość przed sobą. Ceasar też nie może umrzeć, jest potrzebny kolonii. Ja natomiast swoje już osiągnąłem. Dlatego pozostało jedyne wyjście.
Saar umilkł i zamknął usta.
– Nie istniejemy, więc nie możemy żyć. Skoro nie żyjemy, to nie można nas znaleźć. Nie możemy pozwolić, by nasze uczucia sprowadziły zagładę na kolonię – wyjaśnił cicho Ceasar. – Ciel, musisz zaistnieć i umrzeć, by odciągnąć od nas ciekawskie oczy.
– Postaram się skupić na sobie jego uwagę możliwie jak najdłużej. Nie zmarnujcie tej szansy – poprosił Ciel.
– Rozumiem. Dziękuję, Ciel, i przepraszam...
– Za co przepraszasz... Powinieneś być dumny, że możesz podejmować takie decyzje – zaśmiał się cicho mężczyzna.
Na koniec zdjął swoje gogle i maskę, po czym wręczył je Ceasarowi. Długie, czarne włosy delikatnie lśniły od potu. Jasna skóra na twarzy zaczęła piec po kontakcie z opadającym bez ustanku popiołem. Mężczyzna wciągnął przez nozdrza powietrze; cuchnące i duszne, zawierające trujące zanieczyszczenia, z pewnością nie sprzyjało odciąganiu potwora.
– Nadchodzi burza, szybko znajdźcie schronienie – ostrzegł ich Ciel.
Piwne oczy spoglądały na Ceasara z bezgraniczną ufnością. „Nie patrz tak na mnie” – pomyślał z bólem młody przywódca. Mężczyzna, jakby przeczuwając myśli chłopaka, spróbował przywołać na twarz pogodny uśmiech. Ten widok zabolał Ceasara jeszcze bardziej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.
– Zostawiam moją rodzinę w twojej opiece, Ceasar. Aby ochronić rodzinę i kolonię, polegnę w tym kraterze. Przysięgam na imię tych, którzy już zginęli. – Mężczyzna odwrócił się, gotów do biegu. – Przepraszam.
Jego głos delikatnie drżał. Ceasar był zaskoczony.
– Za co przepraszasz...?
– Przepraszam.
Mężczyzna wziął głęboki oddech. Duże płaty popiołu wdzierały się do jego płuc, przypalając truciznami ich wnętrze.
– Saar, opiekuj się Ceasarem – poprosił.
Nie czekając na odpowiedź, wystrzelił do przodu. Na moment odwrócił się, by sprawdzić, czy tamta dwójka ucieka. Poczuł ulgę, gdy zobaczył, że zmierzali do przeciwnego krańca krateru. Dzięki niemalże czarnym strojom doskonale zlewali się z otoczeniem i gdyby nie wiedział, gdzie niedawno byli, nie miałby szans odnaleźć ich wzrokiem. Ciel skupił się na swoim zadaniu.
– Ej, ty pieprzona kupo ścierwa! – ryknął głośno, machając rękoma.
Olbrzymi taurus przez chwilę rozglądał się, szukając źródła hałasu. W momencie, gdy zobaczył Ciela, momentalnie zaszarżował na niego. „Tak, pędź za mną, bałwanie!” – pomyślał ze śladem radości człowiek. Zaśmiał się cicho, wiedząc, że jego śmierć przynajmniej nie będzie bolesna. Jednak z drugiej strony, czuł przytłaczający smutek. Obiecał żonie i córce, że wróci. Przymknął piekące oczy, biegnąc coraz szybciej, mimo to odgłosy bestii zbliżały się w zastraszającym tempie. Mężczyzna miał z każdym krokiem jeszcze większe problemy z poruszaniem zmęczonych kończyn, a sięgający kolan popiół wcale nie ułatwiał ucieczki.
„Cholera, zostawiłem go z dosyć problematycznym zadaniem” – pomyślał ze zrezygnowaniem. Traktował Ceasara trochę jak młodszego brata, prawdopodobnie jak większość osób w kolonii. A teraz czekało go jeszcze więcej problemów. Nie, ten chłopak zawsze miał dużo na swojej głowie. Ciel bał się tego, co przywódca ukrywał przed wszystkimi. To nie mogło być nic pięknego, skoro Ceasar zawsze unikał rozmów na ten temat.
Ale nawet pomimo tej dziwnej tajemnicy, z jakiegoś powodu wszyscy bezgranicznie mu ufali.
– Jednak... ha... ha... umrzeć w tym czarnym... piekle... – wydyszał, desperacko uciekając przed bestią. – Co... ha... za gówno!
Zerknął przez ramię. Bestia była zaledwie dziesięć metrów za nim. „Dawaj, Ciel, wiem, że stać cię na jeszcze więcej!” – poganiał się w duchu. Niewielkie łzy spływały po jego brudnych policzkach. Urodzony w mroku, żył w przerażającym strachu przed silniejszymi – spędził tak prawie trzydzieści pięć lat. Co to był za sens życia w tym świecie, gdzie czekała jedynie śmierć?
Tym, który dał nadzieję i nowe światło, był jedenastolatek imieniem Ceasar. Potrzebował odpowiedzi, a ten chłopak ją podarował. By obronić tych, których kochał i cenił, swoją rodzinę, przyjaciół, znajomych. W imię przyszłości, gdzie nie istniała wojna, śmierć była w porządku. Ach, czy to nie coś wspaniałego? Mając znaczenie własnej egzystencji, czy coś mogło być lepsze od tego?
Ale... kiedy to wszystko się skończy? Taka myśl błądziła po głowie Ciela. Identyczne pytanie zadawali wszyscy jego poprzednicy, którzy także poświęcili się dla kolonii. Jednak wciąż nie było odpowiedzi.
Świat tak okrutny, że ludzie nie mieli nadziei.
Świat tak okrutny, że ludzie mogli jedynie rozpaczać.
Świat tak okrutny, że ludzie musieli nie istnieć, by przeżyć.
Ciel ujawnił swoje istnienie, a więc nie mógł żyć dalej. Mógł jedynie biec dalej, odciągając taurusa od odkrycia istnienia innych. To był jego cel. Zginąć tutaj, by chronić kolonię. Z tą rozpaczliwą myślą wyszarpnął ukryty pistolet, który był wadliwy. Z nadzieją w sercu obrócił się, zamknął oczy i wypalił z broni bez zbędnego celowania.
Potwór był tuż tuż i wypełniał całe pole widzenia mężczyzny. Głośny huk poniósł się echem po opustoszonej okolicy, kiedy uszkodzony pistolet eksplodował w ręku nieszczęśnika, a gęsty dym i krew na moment oddzieliły od siebie dwie istoty. Ramię Ciela znikło bez śladu, ale mężczyzna był za to pewien, że wybuch powinien sięgnąć także i taurusa.
Jednak potwór wyszedł bez szwanku.
Taurus wziął jeden zamach wyposażoną w ostre szpony łapą.
Życie istoty, która nie potrafiła używać elementu, zgasło niczym iskra podczas sztormu.



Wciąż mając huk wybuchu w uszach, pędzili przed siebie ile sił w nogach. Krater w sporawym wzniesieniu z wolna malał za ich plecami. Czarny, trujący popiół stopniowo wypierany był przez bielusieńki śnieg. Dopiero gdy znaleźli w miarę bezpieczną kryjówkę, zatrzymali się na krótką chwilę. Ich ciała powoli odmawiały posłuszeństwa, szczególnie Ceasara, który niósł podwójny ciężar. Przywódca ekspedycji zachwiał się, czując przytłaczającą odrazę. Chciał zwymiotować, jednak z całych sił próbował to powstrzymać. To nie był najlepszy moment, by ulec słabości.
– Hej, Ceasar, wszystko w porządku? – zapytał go ze łzami w oczach Saar.
Przez całą drogę przeżywał stratę przyjaciela, jednak nie chciał tego pokazywać. Nie przed liderem, który był w stanie wydać taki rozkaz. Mimo to Saar czuł, że poddając się decyzji, on także miał na swoich rękach krew Ciela.
Ceasar kiwnął niemalże niezauważalnie głową.
Wciąż nie potrafił przetrawić swojej decyzji. Ciel był mężczyzną, którego kolonia naprawdę potrzebowała. To właśnie on, Ceasar, powinien się wtedy poświęcić. Przez własną ambicję pozbawił rodzinę kochającego męża i odpowiedzialnego ojca. Chłopak zdał sobie sprawę z tego, że był przyczyną odrazy, jaką odczuwał. Nawet teraz, kiedy powoli zapominał twarz Ciela. Dlaczego tak szybko zapominał, jak wyglądał każdy, kogo poświęcił? Pamiętał imiona, role, rodziny, przyzwyczajenia, ale... ich twarze były ulotne. Z każdą kolejną chwilą czuł się coraz gorzej, jakby ktoś wywracał na lewą stronę jego żołądek.
– Ceasar, dasz radę z tym ciężarem...? – spytał Saar drżącym głosem, patrząc na wypchane torby.
– Dopóki nie... będę miał następcy... muszę... – wymamrotał półprzytomnie Ceasar, myślami błądząc gdzie indziej.
Młodzik, słysząc niepokojący ton przywódcy, zamilkł. Mało kto zdawał sobie sprawę z ciężaru, jaki nosił w sercu Ceasar. Chłopak nikogo nie dopuszczał do swoich uczuć. Poza jego siostrą nikt nie wiedział, o czym myślał na co dzień albo co planował. Jednak...
Z każdą kolejną chwilą rozmyślań Ceasar tracił żelazną jak dotąd kontrolę nad swoim ciałem i umysłem. Błyskawicznie zrzucił z pleców ciężar, zerwał gogle z pozbawionych emocji, zielonych oczu, ściągnął maskę z chorobliwie bladej twarzy, po czym oparł się o ścianę jaskini i głośno zwymiotował.
– To tylko wysiłek, przemęczyłem się... – wymamrotał, bardziej próbując przekonać siebie niż Saara. Gęste kłęby pary uciekały z ust przy każdym słowie.
– Może wezmę część...
– Nie, dam radę.
Wziął głęboki wdech chłodnego powietrza, wycierając usta. Przez chwilę zastanowił się, dlaczego silni muszą umrzeć, by szczury takie jak on mogły uciec do domu. Zaklął w myślach i ponownie zapieczętował siłą wszystkie emocje. Teraz był przywódcą. Najważniejsza była kolonia, dobro większości. Jeżeli większość na tym zyska, to jednostka musi się poświęcić. To zasada, którą wprowadził i dzięki której kolonia przetrwała siedem lat we względnym spokoju.
Starł szron z rzęs, po czym wywrócił płaszcz na drugą stronę. Czerń została zastąpiona bielą, bardziej użyteczną w śnieżnej krainie. Twarz zakrył dodatkowo jasną chustą, która miała ukrywać ciemną maskę. Popatrzył na Saara. Młodzik zdążył się przebrać i czekał na Ceasara.
– Idziemy – poinformował. – Prześpimy się dopiero w domu, Saar.
– Rozkaz!
Młodzik pomógł mu założyć łup na plecy, po czym ponownie wyruszyli w podróż.
Zamarli przy wyjściu z jaskini, kiedy usłyszeli przepiękny, chóralny śpiew. Serie przerażających wybuchów wstrząsały ziemią i niebiosami. Dwójka chłopaków wyskoczyła z walącej się jaskini i błyskawicznie zakopała ciała w śniegu. Jedna po drugiej, potężne fale uderzeniowe przetaczały się po okolicy, łamiąc z początku drzewa, by później nabrać formy silnego podmuchu. Tkwili nieruchomo, czekając na rozwój wydarzeń. Nim zdążyli dojść do siebie, kolejny, nieco bardziej mechaniczny śpiew, przypominający trochę nagranie, rozbrzmiał w okolicy. Ceasar wychylił głowę tylko po to, by zobaczyć setki świecących pocisków pędzących z ziemi ku niebu, gdzie wisiały trzy sylwetki. Modlił się, by żaden z nich nie zboczył z trasy i nie trafił ich, przez co poświęcenie Ciela poszłoby na marne.
Tuż przed wybuchem postacie na niebie rozproszyły się bez śladu. Dla bezpieczeństwa Ceasar i Saar wciąż leżeli zakopani w śniegu, czekając na ciąg dalszy potyczki. Na próżno; to był już koniec niewielkiego starcia. Być może xavi, śpiewające istoty, osiągnęły swój cel, a być może zrozumiały, że nic więcej nie zdziałają.
– Ten drugi śpiew – szepnął Saar do Ceasara – czy to nie był automaton?
Przywódca z pewnym wahaniem kiwnął głową.
– Chyba po wszystkim – mruknął po kilku minutach czuwania.
Śnieg, wybity do góry podmuchami fal uderzeniowych, opadł ponownie na ziemię. Ceasar wstał i spojrzał przelotnie w stronę, z której nadchodziły odgłosy walki. Czegoś mu brakowało, jednak nie potrafił zrozumieć czego. Dopiero po dłuższej chwili Saar wyjąkał z przerażeniem, wyciągając palec:
– W-wzgórze...
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#9
(17-07-2015, 21:13)epoN napisał(a):
Rozdział I – Obdarci ze swobody.

Część II


Ja natomiast swoje już osiągnąłem. (zrobiłem?)

„Tak, pędź za mną, bałwanie!” – pomyślał ze śladem radości. (Warto zaznaczyć, że autorem myśli jest Ciel, bo brzmi jakby to taurus tak myślał)
Zaśmiał się cicho na samą myśl, że jego śmierć przynajmniej nie będzie bolesna. Jednak z drugiej strony (dałabym przecinek, ale nie jestem pewna, czy powinien tu być) czuł przytłaczający smutek.

Przymknął piekące oczy, biegnąc coraz dalej i coraz szybciej. Odgłosy bestii były coraz bliższe. Mężczyzna miał coraz większe problemy z poruszaniem zmęczonych kończyn (zmęczonymi kończynami?), a sięgający kolan popiół wcale nie ułatwiał ucieczki.

„Cholera, zostawiłem go z (w) dosyć problematycznym zadaniem” – pomyślał ze zrezygnowaniem. Traktował Ceasara trochę jak młodszego brata, prawdopodobnie jak większość osób w kolonii. A teraz czekało go jeszcze więcej problemów. Nie, ten chłopak zawsze miał dużo na swojej głowie. Ciel bał się tego, co przywódca ukrywał przed wszystkimi. To nie mogło być nic pięknego, skoro chłopak zawsze unikał rozmów na ten temat.

Bestia była zaledwie dziesięć metrów za nim. (od niego)

Urodzony w mroku, żył jedynie (myślę, że to zdanie będzie lepiej brzmiało bez tego "jedynie" plus pozbędziesz się powtórzenia) w przerażającym strachu przed silniejszymi – spędził tak prawie trzydzieści pięć lat. Co to był za sens życia w tym świecie, gdzie czekała jedynie śmierć?

Tym, który dał nadzieję i nowe (raczej zbędne) światło, był jedenastolatek imieniem Ceasar. Potrzebował odpowiedzi, a ten chłopak (mu? W sumie proponowałabym zmienić na liczbę mnogą, "potrzebowali") ją podarował.

W imię przyszłości, gdzie nie istniała wojna, śmierć była w porządku. (nie rozumiem, jak śmierć może być w porządku? Chyba porządna, dobra?)

Świat tak okrutny, że ludzie musieli nie istnieć, by przeżyć.

Ciel ujawnił swoje istnienie, a więc nie mógł żyć dalej. Mógł jedynie biec dalej, odciągając taurusa od odkrycia istnienia innych.

Wciąż mają© huk wybuchu w uszach, pędzili przed siebie ile sił w nogach.

Czarny, trujący popiół stopniowo wypierany był przez bialusieńki (bielusieńki. Niby istnieje słowo "bialusieńki", ale nigdy się z nim nie spotkałam i nie wiem, czy jest poprawne) śnieg.

Chciał zwymiotować, jednak z całych sił próbował to powstrzymać. To nie był najlepszy moment, by ulec słabości.

To właśnie on, Ceasar, powinien się wtedy poświęcić. (zbędna spacja)

Przez własną ambicję pozbawił rodzinę kochającego męża i odpowiedzialnego ojca. Chłopak teraz sobie zdał sprawę z tego, że był przyczyną odrazy, jaką odczuwał. Nawet teraz, kiedy powoli zapominał twarz Ciela.

Dlaczego tak szybko zapominał, jak wyglądał każdy, kogo poświęcił? Pamiętał ich imiona, role, rodziny, przyzwyczajenia, ale... ich twarze były ulotne. Z każdą kolejną chwilą czuł się coraz gorzej, jakby ktoś wywracał na lewą stronę jego żołądek.

Najważniejsza była kolonia, dobro większości. Jeżeli większość na tym zyska, to jednostka musi się poświęcić. To zasada, którą wprowadził i dzięki której kolonia przetrwała siedem lat we względnym spokoju.

Dwójka chłopaków wyskoczyło(wyskoczyła) z zawalającej (walącej się) się jaskini i błyskawicznie zakopali(zakopała) ciała w śniegu. Jedna po drugiej, potężne fale uderzeniowe przetaczały się po okolicy, łamiąc z początku drzewa, by później nabrać formę(y) silnego podmuchu.

Tuż przed wybuchem, postacie z nieba (na niebie?) rozproszyły się ("rozproszyć się" kojarzy mi się raczej z rozbiegnięciem, więc może: rozpłynęły, zniknęły?)bez śladu.

Z małym poślizgiem, ale jestem. Powyżej kilka propozycji poprawek. A co do samego tekstu – w tym fragmencie średnio podszedł mi motyw rozmyślań Ciela. Od momentu o Caesarze po prostu przestałam je rozumieć. Nie podszedł mi też zabieg powtarzania "świat tak okrutny". Nie potrafię sensownie powiedzieć, co dokładnie tam nie pasuje, ale po prostu mi się nie spodobał. Mam wrażenie, że to opowiadanie różni się od poprzednich. Niby nic się nie zmieniło, nadal pojawia się magia, ale w jakiś sposób się wyróżnia. Umiejętnie urwałeś fragment, co jest sporym plusem. Warsztatowo jak zwykle dobrze. W ciekawy sposób budujesz otoczkę tajemnicy wokół Caesara. Wydaję mi się, że z tym chłopakiem będą jeszcze problemy. No cóż, zobaczymy, co wymyśliłeś. Do zobaczenia przy następnej okazji. :)
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
#10
Choć nieco spóźnione, wielkie dzięki za poprawki, Bell : ) W kilku przypadkach zachowałem poprzednią formę – bardziej mi pasowała.
Właściwie, to można przyjąć, że całość zaczyna się w momencie, kiedy wszystko powoli zaczyna się walić. Problematyczne jest dzielenie fragmentów: ogólnie rozdziały stanowią dosyć zwartą całość i ciężko podzielić na rozsądne i spójne kawałki.
Niemniej, postaram się nie zawieść oczekiwań ;)
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  [Vexion] Podszepty przeszłości epoN 34 6,500 10-02-2018, 18:28
Ostatni post: epoN

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości