Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Iris
#1
<<<trochę wulgaryzmów w tekście>>>

Po ukończenia "Navaerreida" nad którym spędziłem nieco ponad rok, miałem półtora miesiąca przerwy od pisania i dzisiaj w robocie mnie naszło, żeby coś na szybko naskrobać. No i jest:

================
Uniosła twarz ku ciemnemu od chmur niebu, pozwalając kroplom deszczu spływać po policzkach. Nie myślała w tej chwili o tym, co dokładnie mogłaby znaleźć w każdej z nich, gdyby tylko miała możliwość przebadania ich składu chemicznego.
Miała na głowie większe zmartwienia.
Przesunęła dłoń po poręczy schodów pożarowych i oparła ją na rękojeści pistoletu tkwiącego w kaburze przy udzie. W końcu wypuściła zgromadzone w płucach i zatrzymywane od kilkunastu sekund powietrze. Znów, stopień za stopniem, pięła się ku górze, z każdym krokiem zbliżając się do czekającego na nią celu.
Był tam. Na pewno.
Zamknęła lewe oko. Prawe, które pozostawało otwarte, w niczym nie przypominało tego, co zazwyczaj znajduje się w ludzkim oczodole. Czarne, lśniące, z ledwo, przesuwającym się po całej jego powierzchni, krwistoczerwonym krzyżykiem. Ten widok przyprawiał ją o mdłości, toteż rzadko kiedy spoglądała w lustro. Jakkolwiek by jednak jej sztuczne oko nie wyglądało, spisywało się należycie.
Czerwona plama zamajaczyła za ścianą, momentalnie przykuwając jej uwagę. Zbrojne w pistolet ramię bezwiednie podążyło za wskazaniem systemu celowniczego i znajdujący się w mieszkaniu człowiek znalazł się w prostej linii od koniuszka lufy.
Które to piętro?
Budynek liczył sobie zaledwie siedem kondygnacji. Był z pewnością o wiele starszy od niej. Pozostałość minionej epoki… W innej sytuacji mógłby nawet uchodzić za zabytek, ale w Polis-7 nikogo to nie obchodziło.
Dotarła na piąte piętro, a cel, jeśli wierzyć pozyskanym informacjom, znajdował się o poziom wyżej. A więc to już za chwilę… Opuściła broń i postawiła stopę na kolejnym stopniu.
– Iris? – rozległ się znajomy głos w słuchawce.
Drgnęła na dźwięk swego imienia. Wyczucie czasu, pomyślała, Charon miał doprawdy fatalne.
– Nie teraz – syknęła. – Jestem prawie na miejscu.
– To znaczy? – zdziwił się Charon.
– Zlecenie od Rimmona – wyszeptała, jednocześnie zatrzymując się między piętrami. – Nie mogę rozmawiać.
– Miałaś na mnie zaczekać – rzekł ze słyszalnym wyrzutem w głosie.
– Nie było na to czasu.
I rzeczywiście nie było. Informator, którego solidnie przycisnęła, nim zaczął sypać, twierdził, że cel opuszcza Polis-7 jeszcze tego wieczora. Nie wiedział, dokąd się udaje, ale nie miało to większego znaczenia. Poza miastem i tak nie zdołaliby go dopaść. Charon był na drugim końcu metropolii, gdy opuszczała kryjówkę. I miał na głowie inne sprawy.
Krople deszczu bezustannie tłukły w metalowe stopnie.
Kątem oka wychwyciła mrugający po przeciwnej stronie ulicy różowy neon. Nie obejrzała się w jego kierunku. Jej uwaga skupiała się już tylko na jednym. Powoli wysunęła głowę powyżej poziomu podłogi piętra, na którym znajdował się jej cel. Za ścianą pulsowały wyraźne, czerwone plamy. Zlewały się ze sobą, uniemożliwiając dokładne określenie liczby osób znajdujących się w mieszkaniu, ale nie sądziła, by było ich więcej niż pięć.
Bułka z masłem.
Lewą ręką sięgnęła po pistolet maszynowy.
Jak się to wszystko popieprzyło, pomyślała, gdy dłoń natrafiła na znajomy kształt. Jej krótka kariera w korporacyjnej służbie bezpieczeństwa znalazła swój gwałtowny koniec za sprawą podłożonej przez jakiegoś psychopatę bomby. Wyglądało na to, że nikt nie będzie już miał z niej większego pożytku, kiedy pojawił się on.
Charon.
Opłacił lekarzy, ufundował jej operację, wszczepy, tylko dzięki niemu wróciła do pełnej sprawności. Nie miała pojęcia, ile dusz wyprawił na tamten świat, jednak nie mając innych perspektyw, szła w jego ślady. Czuła, że jest mu to winna i choć powiedział, że może odejść, kiedy tylko zechce, do tej pory jakoś nie mogła się na to zdecydować.
Ech, dość tego, powiedziała sobie w myślach, wracając do rzeczywistości.
Tu i teraz. Na tym skupić musiała się cała jej uwaga.
Jedna z czerwonych plam przemieściła się na prawo, chyba do samej ściany. Reszta wciąż pozostawała w zbitej grupce. Kim mogli być ci ludzie? Informator wspominał o dwóch ochroniarzach, tych spisała na straty bez większych oporów. Pozostali wzbudzali w niej jednak pewne wątpliwości.
Nie, na ten komfort nie mogła sobie pozwalać.
Kolejny stopień… I jeszcze jeden…
Przylgnęła do ściany tuż przy oknie. Było przesłonięte płytą z ciemnego tworzywa. Znała ten materiał. Dla ręcznej broni, jaką miała ze sobą, stanowił przeszkodę nie do pokonania, ale była przygotowana na taką ewentualność. Sięgnęła do pasa, odpięła od niego niewielki krążek i przyłożyła do okna. Został na nim, gdy odjęła rękę. Na czarnej, jednolitej powierzchni rozbłysły czerwone cyfry.
10… 9… 8…
Cofnęła się do schodów i zeszła w dół…
7… 6… 5…
Zatrzymała się na niższym piętrze i wstrzymała oddech.
4… 3… 2…
Ciekawe, co powie Charon, gdy się dowie…
1…
Huk eksplozji zakłócił monotonię deszczowego popołudnia. Zerknęła w dół, chcąc sprawdzić, czy w zasięgu wzroku nie znajduje się korporacyjny patrol. Wtedy miałaby jeszcze mniej czasu.
Poderwała się na równe nogi i w kilku susach była piętro wyżej. Usłyszała krzyki, zobaczyła masywnego mężczyznę zaciskającego dłoń na rękojeści strzelby. W ostatniej chwili zeszła z linii strzału.
System celowniczy w cybernetycznym oku już namierzył przeciwnika, a sprzężone z nim ramię samo nakierowało się na cel. Pozostawało tylko nacisnąć spust. Nie miała czasu na zastanowienie.
Górna część czaszki mężczyzny eksplodowała w zetknięciu z pociskiem.
– Ja pierdolę! – krzyczał ktoś, kogo nie widziała. – Ruszcie się!
Wpadła do pokoju i przetoczyła się po podłodze w kierunku szklanego stołu. Nim się zatrzymała, ściskany w dłoni pistolet maszynowy plunął ogniem, a krew zbryzgała ścianę i podłogę. Długowłosy blondyn padł jak długi, wrzeszcząc przeraźliwie. Przestrzelone lewe udo i prawa piszczel. Powinno wystarczyć, by zneutralizować zagrożenie, jakie mógł stanowić. Powinno…
Wypuścił broń, ale ona musiała mieć pewność.
Posłała mu kulkę w środek czoła i skoczyła za stojąca pośrodku pokoju kanapę.
Ktoś już tam był.
Odruchowo wyciągnęła przed siebie broń i wypaliła mu prosto między oczy. Krew i kawałki mózgu zbryzgały jej twarz, a zachlapany posoką system celowniczy z miejsca zaczął głupieć.
– Szlag… – mruknęła do siebie, wyłączając sprzężenie oka z ramieniem.
Usłyszała strzały i poczuła odpryski tynku ze znajdującej się za jej plecami ściany. Przeturlała się w kąt, jednocześnie strzelając w kierunku, w którym spodziewała się swych przeciwników. Ktoś krzyknął. Głośno. Boleśnie.
– Tam jest!
Kobiecy głos. Spojrzała i zobaczyła mierzącą do niej z pistoletu, ubraną tylko w pończochy brunetkę o półprzytomnym, zamglonym spojrzeniu. Strzeliła jej w kolano, zerwała się z podłogi i stwierdziła, że zostały w pokoju już tylko one. Ruszyła w stronę uchylonych drzwi wyjściowych i niemal w tej samej chwili usłyszała huk wystrzału.
Pocisk trafił w środek pleców, uderzenie pchnęło ją do przodu i pozbawiło równowagi. Lekki pancerz, który miała na sobie, był w takich przypadkach w zupełności wystarczający…
Oparła się na kolanie, obejrzała przez ramię i zobaczyła wpatrzone w nią oczy zaćpanej brunetki, która najwyraźniej nawet nie zauważyła, że została postrzelona, a w ręku wciąż ściskała broń.
Cóż, trudno się mówi.
Wpakowała jej dwie kule w głowę i dopadła do drzwi. Klatka schodowa była raczej przestronna, stopnie biegły naokoło, wzdłuż ściany. Gdy dopadła do balustrady i spojrzała w dół, ujrzała sylwetki znikające w cieniu gdzieś pod schodami, na których stała.
Byli dwa piętra niżej.
Nie miała czasu do stracenia. Natychmiast ruszyła biegiem w ślad za nimi. W międzyczasie otarła cybernetyczne oko i gdy tylko stwierdziła, że wszystko działa jak należy, ponownie uruchomiła połączenie.
Na pierwszym zakręcie schodów przywitały ją kule, z których jedna sięgnęła celu, rozrywając jej rękaw na ramieniu. Skrzywiła się z bólu, pognała do przodu, by zejść z pola widzenia strzelca, a gdy tylko zdołała to uczynić, sięgnęła do panelu na lewym przedramienia i wdusiła do oporu znajdujący się na nim czerwony guzik. Środek przeciwbólowy z wszczepionego dozownika zaczął działać po jakichś trzech sekundach.
– Kto cię nasłał, pieprzona dziwko?! – dobiegło ją wołanie gdzieś z dołu.
System wyświetlił jej przypuszczalny kierunek, określając prawdopodobieństwo poprawności wskazania na 78%. Uznała to za wystarczająco dobry wynik. Przesunęła się na czworakach wzdłuż balustrady, potem wsunęła rękę trzymającą pistolet między metalowe pręty i, ustawiwszy ją pod wskazanym przez system kątem, nacisnęła spust.
Głośny okrzyk zlał się z hukiem wystrzału.
– Trafiła mnie! Niech to chuj! Trafiła!
Skoczyła na balustradę, odbiła się z niej obunóż i przeleciała przez całą szerokość klatki schodowej, lądując po przeciwnej stronie na niższym piętrze. Zawadziła przy tym o poręcz i nim zdołała wyhamować, zaliczyła bliskie spotkanie ze ścianą. Jęknęła ni to boleśnie, ni to wściekle i znów poderwała się do biegu.
Mężczyzna, którego widziała piętro niżej, dwa kroki od skulonego, leżącego w kałuży krwi chudzielca, był jej celem. Jego zdjęciom przyglądała się wystarczająco długo, by nie mieć co do tego najmniejszych nawet wątpliwości. Potężnie zbudowany, łysy brodacz miał na sobie rozpiętą, skórzaną kurtkę najeżoną rozlokowanymi tu i tam stalowymi kolcami. Pod nią nie nosił nic. Nie wiedziała o nim wiele ponad to, że nazywał się Jedediah Stern i w jakiś sposób naraził się Rimmonowi, a ten wyznaczył za niego całkiem sporą nagrodę. Przyczyny takiego stanu rzeczy nie były w tej chwili istotne, za to wymierzona w nią broń w jego ręku – jak najbardziej.
Schyliła się, a seria pocisków z karabinu maszynowego przecięła powietrze i z łoskotem naznaczyła ścianę gromadką dziur. Gdy zaś Stern ponownie nacisnął spust, do uszu jego prześladowczyni dobiegł niezwykle pokrzepiający dźwięk świadczący o tym, że właśnie zabrakło mu amunicji.
Tak! Wreszcie szczęście się do niej uśmiechnęło.
– No dalej, suko! – zakrzyknął Stern, zrzucając z siebie kurtkę. – Chodź tutaj i pokaż, na co cię stać!
Rzucał jej wyzwanie.
Musiała przyznać, że perspektywa pokazania mu, jak wielki błąd popełnia, była na tyle kusząca, że niewiele brakowało, by…
– Jak tam, Iris? – odezwał się z słuchawki Charon.
Westchnęła ze zniecierpliwieniem, po czym skierowała lufę pistoletu wprost ku brodaczowi.
– Rimmon przesyła pozdrowienia – powiedziała i pociągnęła za spust.
– Jesteś cała?
– Mniej więcej – odparła – mógłbyś dać mi pracować?
– Musiałem się upewnić…
– Czy co?
– Czy nie potrzebujesz wsparcia. Załatwiłem, co miałem do załatwienia i jestem do dyspozycji.
– Właśnie spieprzyłeś mi zabawę – burknęła. – Więc nie truj już i daj mi dokończyć. Zrobię zdjęcia i wynoszę się stąd, w każdej chwili spodziewam się tu patroli korpo.
– No to zbieraj się stamtąd. Do zobaczenia.
Wyłączyła komunikator.
[niedozwolony link]
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(03-07-2015, 06:54)Vercenvard napisał(a): (akapit)Miała na głowie większe zmartwienia.

– Miałaś na mnie zaczekać – rzekł ze słyszalnym wyrzutem (zbędna spacja) w głosie.

Nie wiedział (przecinek) dokąd się udaje, ale nie miało to większego znaczenia

Kątem oka wychwyciła mrugający po przeciwnej stronie ulicy, (zbędny przecinek) różowy neon.

Nie miała pojęcia (przecinek) ile dusz wyprawił na tamten świat, jednak nie mając innych perspektyw, szła w jego ślady.

Dla ręcznej broni, jaką miała ze sobą (przecinek) stanowił przeszkodę nie do pokonania, ale była przygotowana na taką ewentualność.

Zerknęła w dół, chcąc raz jeszcze sprawdzić, czy w zasięgu wzroku nie znajduje się korporacyjny patrol. Wtedy miałaby jeszcze mniej czasu.

– Ja pierdolę! – krzyczał ktoś, kogo nie widziała(kropka) – Ruszcie się!

Wpadła do pokoju i przetoczyła się po podłodze, (zbędny przecinek) w kierunku szklanego stołu.

Kobiecy głos. Spojrzała i zobaczyła mierzącą do niej z pistoletu(przecinek) ubraną tylko w pończochy brunetkę o półprzytomnym, zamglonym spojrzeniu.

Lekki pancerz, który miała na sobie(przecinek) był w takich przypadkach w zupełności wystarczający…

Skrzywiła się z bólu, pognała do przodu(przecinek) by zejść z pola widzenia strzelca, a gdy tylko zdołała to uczynić, sięgnęła do panelu na lewym przedramienia i wdusiła do oporu znajdujący się na nim czerwony guzik.

Skoczyła na balustradę, odbiła się z niej obunóż i przeleciała przez całą szerokość klatki schodowej (przecinek)lądując po przeciwnej stronie, (zbędny przecinek)piętro niżej.(spacja)Zawadziła przy tym o poręcz i nim zdołała wyhamować, zaliczyła bliskie spotkanie ze ścianą. Jęknęła,(albo tu bez przecinka...) ni to boleśnie, ni to wściekle(...albo tu przecinek) i znów poderwała się do biegu.

Nie wiedziała o nim wiele ponad to, że nazywał się Jedediah Stern i w jakiś sposób naraził się Rimmonowi, a ten wyznaczył całkiem sporą nagrodę za jego głowę. Przyczyny takiego stanu rzeczy nie były w tej chwili istotne, za to wymierzona w nią broń w jego ręku – jak najbardziej.

Nie za wiele mogę powiedzieć, bo dużo się z tego fragmentu nie dowiedziałam, niemniej spodobało mi się. Bardzo dobrze czytało mi się opis strzelaniny w takim zniszczonym budynku, również klimat science-fiction i akcenty takie jak cybernetyczne ręce i oczy przypadły mi do gustu. Chętnie zerknę na więcej, jeśli będzie.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
Przyjemne, na luzie przeszedłem przez całość i nie miał bym nic przeciw, żeby przeczytać o Iris trochę więcej.
Tak jak Vet więcej napiszę jak dostanę coś jeszcze nad czym dało by się popracować.
[Obrazek: 12.jpg]
Odpowiedz
#4
To taki luźny "projekt poboczny" powiązany z powieścią, do której się przymierzam, tyle że w przeciwieństwie do niej, pisany bez specjalnego planowania (o 0:30 wpadł mi pomysł, o 4:00 było napisane), nawet imię bohaterki może się zmienić, bo potrzebowałem czegoś na szybko i specjalnie się nad nim nie zastanawiałem. Pewnie będzie więcej.
[niedozwolony link]
Odpowiedz
#5
Vercenvard napisał(a): Zbrojne w pistolet ramię bezwiednie podążyło za wskazaniem systemu celowniczego i człowiek za ścianą znalazł się w prostej linii od koniuszka lufy. (W prostej linii od koniuszka lufy, który jest punktem, znaleźć się nie można. Co innego, na przykład na jednej linii z lufą czy coś)

Przestrzelone lewe udo i prawa piszczel. (Prawy piszczel, albo prawa kość piszczelowa)

Nic poza tym więcej do dodania nad poprzedników nie mam. Z chęcią zobaczę więcej...
Odpowiedz
#6
(03-07-2015, 21:34)Kurojatka napisał(a):
Vercenvard napisał(a): Przestrzelone lewe udo i prawa piszczel. (Prawy piszczel, albo prawa kość piszczelowa)

Pozwolę sobie sprostować linkiem ze słownika: http://sjp.pwn.pl/szukaj/piszczel.html
"Która forma jest poprawna? Ten piszczel czy ta piszczel? Oczywiście chodzi o kość.
Obie formy są poprawne, ale żeńska występuje częściej."
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Ciąg dalszy naskrobany przez dwie ostatnie noce.

CZĘŚĆ II

Ciepła, gorąca niemal woda ściekała jej po czole, policzkach i szyi, spływała po ramionach, plecach, piersiach i brzuchu, by w końcu zacząć ostatni etap swej wędrówki, podążyć w dół, wzdłuż ud, minąć kolana, dotrzeć do stóp, a zaraz potem znaleźć się u celu, w odpływie prysznicowego brodzika.
Para przesłaniała jej widok, ciepło wprowadzało w nastrój błogiego rozleniwienia…
Gdy dotknęła prawą dłonią biodra, coś stuknęło…
Znieruchomiała.
Wolnym ruchem podniosła prawą dłoń i spojrzała na nią. Czarne, połyskliwe tworzywo od koniuszków palców, niemal po łokieć…
Ociekało mydlinami.
Pokręciła głową. Minęło pół roku, a widok ten wciąż ją zaskakiwał. Eksplozja bomby, którą, jak na ironię, komuś udało się podłożyć w korporacyjnym centrum bezpieczeństwa zostawiła ją ze zmasakrowaną połową twarzy, bez prawej dłoni i z wielką dziurą w biodrze.
Na myśl o tym zadrżała.
Potem był szpital. Dni wlekły się na podobieństwo żółwi przemierzających skąpane w słońcu pustkowia, a sny, jej jedyna ucieczka przed rzeczywistością, szybko zmieniły się w koszmary. Noc w noc budziła się z krzykiem, aż wreszcie, będąc niemal na krawędzi, za którą czaiła się już tylko otchłań szaleństwa, niespodziewanie stanęła przed wyborem.
Efekt swej decyzji miała teraz przed oczyma.
Utraconą rękę zastąpiono implantem z utwardzonego włókna węglowego, lekkim i wytrzymałym. Szybko nauczyła się nim posługiwać w stopniu, który pozwalał jej zapomnieć o swym kalectwie. Zniszczony zupełnie staw biodrowy również uzupełniono, a jedynym, co o tym fakcie przypominało, była „łata” z czarnego tworzywa w prawym boku, nieco poniżej pasa. Również i twarzą zajęto się należycie. Jedyną pozostałością po tych zabiegach były dwie pionowe blizny, teraz ledwo widoczne i już przestała się nimi przejmować.
Najgorsze było jednak oko…
Sięgnęła do pulpitu sterującego i uruchomiła suszenie. Chwilę później postawiła stopy na gładkiej podłodze i postąpiwszy dwa kroki do przodu, stanęła przed sięgającym zarówno podłogi, jak i sufitu lustrem.
Pierwszym, co zwykle robiła w takiej sytuacji było sięgnięcie po przyciemnione okulary. Charon dał jej co prawda szkło kontaktowe imitujące naturalny wygląd oka, ale nie było wystarczająco kompatybilne z implantem i zwyczajnie ją drażniło. Korzystała z niego tylko wtedy, gdy chciała iść między ludzi i nie zwracać przy tym uwagi na te elementy swego ciała, które nie były dziełem natury.
Przesunęła wzrokiem po swej szczupłej sylwetce i kiwnęła głową, uśmiechając się przy tym z wyraźną aprobatą. Przynajmniej z tym nie miała żadnych problemów. Przeczesała dłonią półdługie włosy przefarbowane na ciemny błękit. Przyjrzała się im uważnie, po czym uznawszy, że poświęciła im zbyt mało uwagi, sięgnęła po grzebień. Po prawej stronie głowy, nieco powyżej skroni, znajdowało się miejsce, w którym, wskutek odniesionych obrażeń, włosy nie rosły równo. Tu i tam nie rosły wcale. Nie była to szczególnie dotkliwa niedogodność, ale mimo wszystko wystarczający powód, by przedziałek zawsze mieć po lewej.
Uporawszy się z włosami, wciągnęła na siebie kolejno majtki i obcisłą, czarną koszulkę. W chwili gdy kończyła przeciągać ją przez głowę, usłyszała wołanie Charona.
– Żyjesz?!
– Już wychodzę!
Po chwili znalazła się w przestronnym apartamencie. Przez dwie z czterech ścian, w całości oszklone, podziwiać można zeń było panoramę Polis-7, od lśniących w blasku zachodzącego słońca oszklonych drapaczy chmur w samym centrum, aż po slumsy na południowym krańcu metropolii.
Podeszła do szyby i oparła o nią dłonie. Do widoku zdążyła już przywyknąć, ale o tej porze dnia nie potrafiła mu się oprzeć.
Charon siedział w fotelu za półokrągłym biurkiem, plecami do okien. Wpatrywał się w trójwymiarową projekcję holograficzną wyświetloną w zasięgu jego ręki. Wyglądało to na skomplikowany model czy też schemat jakiegoś urządzenia. Iris nie była zainteresowana i przemknąwszy po nim spojrzeniem, wróciła do obserwacji rozciągającego się za oknami widoku.
– Dobrze się spisałaś – rzekł Charon.
Wzruszyła ramionami.
– Nic wielkiego.
– Skąd ta fałszywa skromność? – spytał swym zwykłym, pozbawionym wyrazu tonem głosu. – Ilu ich tam było?
– Pięcioro czy sześcioro, nie pamiętam już.
– Wszyscy uzbrojeni?
– Raczej tak.
– To już coś.
Próbowała zachować maskę obojętności, jaką przywdziała, opuszczając łazienkę, ale wbrew wszelkim staraniom, kąciki ust same powędrowały ku górze. Do tej pory nie miał w zwyczaju jej chwalić.
Gdy tylko udało jej się na powrót zapanować nad mimiką, zwróciła ku niemu wzrok. Charon zdążył już wstać ze swego fotela. Mierzył blisko dwa metry wzrostu, a jego atletyczna sylwetka niezmiennie budziła jej podziw. Twarz miał poważną, szczękę mocną, szeroką, oczy, wiecznie zmrużone, spoglądały groźnie spod wyraźnie zarysowanych brwi. Czarne jak smoła włosy wiązał wysoko w małą kitkę, podczas gdy boki głowy miał ogolone, zapewne ze względu na rozlokowane na nich gniazda dozowników.
Przyglądał się jej dziwnie.
Podejrzliwie.
– Trafili cię?
Miała nadzieję, że nie zapyta, ale skoro już to zrobił, nie sposób było wymigać się od odpowiedzi.
– Tak – przyznała, opuszczając głowę, by nie widział jej zawstydzonej miny. – Dwa razy. Jeden to moja wina, zagapiłam się. Drugi… pancerz mnie spowalnia i…
– Jest na to rada – odrzekł. – Wiesz o tym.
– Możemy do tego nie wracać? – spytała, odwracając wzrok.
– Podskórny pancerz nie ogranicza swobody ruchów, waży tyle, co nic, a wytrzymałością nie ustępuje…
– Po co mi o tym mówisz? – spytała, wyraźnie już zniecierpliwiona. – Wiem przecież.
– Nie zaszkodzi przypomnieć. Miałaś to przemyśleć.
– I przemyślałam – odparła, na powrót zwracając się ku szybie. – Nic z tego.
Charon pochylił się nad biurkiem, przemknął palcami po hologramie. Szyby pociemniały, a słoneczny blask jakby przygasł.
– Żyjesz bez oka, prawej ręki i stawu biodrowego, to, jakby nie patrzeć, nieco ważniejsze części ciała niż…
– Wybacz, ale tego nie zrobię. Mniejsza z tym, jak wygląda operacja wszczepiania tego cholerstwa i ile trwa dochodzenie po niej do siebie, mniejsza z tym, że każdy kolejny wszczep tylko zwiększa ryzyko wszelkich komplikacji. Przeżyłabym jakoś, ale… z pewnością zaprojektował to facet. I zrobił to z myślą o facetach. Podskórny, elastyczny pancerz osadzony na żebrach, super sprawa. Ale ja nie zamierzam dać sobie uciąć cycków tylko po to, żeby być kompatybilna z tego rodzaju... ulepszeniem. Wyobraź sobie, że przez ostatnie parę lat zdążyłam do nich przywyknąć, szczerze mówiąc, naprawdę je lubię i to, że ktoś nie wziął pod uwagę kobiecej anatomii przy swoim genialnym projekcie, nie jest powodem, by…
– Czyżbyś zamierzała ich używać zgodnie z przeznaczeniem i wytycznymi matki natury? – spytał.
Spojrzała na niego, z trudem panując nad nerwami.
– Nie – odparła. – Nie zamierzam.
– O ile cenisz sobie swoje zdrowie i życie, logicznie byłoby…
– Charon, powiedz mi jedno – weszła mu w słowo.
Wiedziała, że tego nie znosi i zwykle starała się tego nie robić, ale w tej chwili nie przejmowała się już tym, jak zareaguje.
– Tak?
– Planujesz kiedyś zostać ojcem?
– Nie.
– Więc zastosuj się do swojej logiki, ty chory pojebie, i utnij sobie jaja. Jak już to zrobisz, możemy wrócić do tej rozmowy.
Zmarszczył brwi i przybrał nietypowy dla siebie, z lekka zakłopotany wyraz twarzy. Na ten widok z trudem powstrzymała cisnący się na usta triumfalny uśmiech, po czym bez słowa odwróciła się na pięcie i poszła prosto do swej sypialni.
– Pamiętaj – rzucił Charon beznamiętnie – o dzisiejszych badaniach.
– Pamiętam – odparła, a w chwilę później drzwi zasunęły się za nią.
Rzuciła się na szerokie, proste łóżko, które bardziej przypominało gruby, czarny materac i utkwiła spojrzenie w nieskazitelnie białym suficie.
Skurwysyn, myślała, co on sobie w ogóle wyobraża? Sądziła, że dość jasno wyraziła swą opinię za pierwszym razem. Owszem, nie miała nic przeciwko, by zastąpić utracone części ciała. Któżby się temu sprzeciwiał? Ale zgoda na to, a także i wdzięczność, jaką żywiła wobec swego, jak jej się do niedawna zdawało, dobroczyńcy, nie oznaczały, że radośnie przyklaśnie kolejnym pomysłom zmierzającym prosto ku przekształceniu jej w to, czego Charon potrzebował.
W maszynę do zabijania.
Otóż to.
Tego mu właśnie było trzeba.
Już jakiś czas temu wybiła sobie z głowy wszelakie złudzenia co do tego, za kogo ją uważał. Z początku spodziewała się, że może zostać sprowadzona do roli towarzyszki łóżkowych igraszek i nie bez oporów przyznała przed samą sobą, że była to dla niej perspektywa wcale kusząca. Charon wpadł jej w oko i nie zamierzała udawać, że jest inaczej. Gdy więc tylko doszła do siebie, zaczęła wysyłać mniej i bardziej jednoznaczne sygnały. Ku swemu rozczarowaniu nie doczekała się jednak spodziewanego odzewu. Kilka razy zdarzyło się jej z premedytacją przemknąć nago z łazienki do sypialni na jego oczach, na co jedyną reakcją było zaskoczone spojrzenie za pierwszym razem i całkiem już niemal obojętne za każdym kolejnym. W efekcie nabrała pewnych podejrzeń i przez jakiś czas była niemal pewna, że Charon musi być gejem. Przekonanie to prysło jednak z chwilą, gdy pewnego razu wrócił z wieczornego wypadu w towarzystwie dwóch interesująco wystrojonych osobniczek, z którymi następnie spędził całą noc. Odgłosy dobiegające z sąsiedniej sypialni nie tylko rozwiały wszelkie wątpliwości Iris, ale i przyprawiły ją o nagły przypływ zazdrości, a w efekcie również i wściekłości. Jej wyrazem stało się uparte milczenie i ignorowanie Charona w dniu następnym, aż do momentu, gdy zdecydował postawić sprawę jasno.
Dowiedziała się wtedy, że jej opiekun dzieli ludzi na dwie kategorie: tych, których szanuje, i całą resztę, którą w taki czy inny sposób, jak się sam wyraził, serdecznie pierdoli. Tym sposobem, z pozycji kobiety poniżonej i wzgardzonej, w jakiej się już widziała, wywyższona niespodziewanie do elitarnego grona osób szanowanych, Iris odzyskała humor. Wraz z nim wróciła również i chęć dowiedzenia się w końcu, czego tak naprawdę od niej oczekiwano.
Rozwiązanie tego problemu okazało się prostsze niż przypuszczała. Na zadane bezpośrednio pytanie otrzymała jasną i klarowną odpowiedź. Otóż została uznana za osobę mogącą się okazać przydatną dla tworzonej przez Charona grupy zabójców. Nie bez znaczenia były tu oczywiście szkolenia, które przeszła przed wstąpieniem do służby bezpieczeństwa OmniSynthu. Wiadomość tę przyjęła w milczeniu, z szeroko otwartymi z wrażenia okiem i ustami. Poproszona o przemyślenie propozycji zamknęła się w swej sypialni na kilka kolejnych godzin, które spędziła na gapieniu się w okno i siłowaniu się z własnymi, niespokojnymi myślami. Gdy już stanęła w drzwiach, miała dla niego tylko jedną odpowiedź.
Wtedy wydawało jej się, że to dobry pomysł.
Teraz zaś, po tym, co jej mówił, cała ta gadka o szacunku zaczęła wyglądać jak kiepski dowcip.
Ciekawe, pomyślała, co by zrobił, gdyby rzeczywiście powiedziała mu, że odchodzi. Implanty musiały sporo kosztować, wcale by się nie zdziwiła, gdyby zażyczył sobie ich odpracowania. A może po prostu zechciałby odebrać swą własność?
Wzdrygnęła się na tę myśl.
Po krótkiej chwili coś zaświtało jej w głowie.
Wyjść. Musiała stąd wyjść. Odetchnąć smrodem spalin, nasycić oczy ulicą. Zrobić coś, cokolwiek, co przywróci jej wiarę w to, że wciąż jest panią własnego losu.
Badania. Kurwa mać.
Na 20:00 mieli umówioną wizytę. Doktor Zachary Barnett, którego poznała przy okazji swoich operacji, miał wpaść z lekami i sprawdzić jej stan. Robił to raz w tygodniu. Była to ponoć standardowa procedura przy zaawansowanej cyborgizacji, tak przynajmniej twierdził Charon. Iris była przekonana, że nie brakowało takich, którzy olewali tego rodzaju standardy ciepłym moczem i jakoś żyli. Być może w innej sytuacji sama byłaby jedną z nich, ale skoro miała możliwość sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, a płacił za to ktoś inny, nie wypadało nie skorzystać.
Póki co odłożyła inne plany na później. Ulica nie ucieknie.
Barnett zjawił się punktualnie. Zaraz po przekroczeniu progu uścisnął dłoń Charona, po czym postawił na stole walizkę, którą przyniósł ze sobą, i zaprosił Iris do zajęcia miejsca na wysokim stołku.
Miał około czterdziestu lat, przerzedzone ciemne włosy i garbaty nos. Nosił sięgający kostek płaszcz, pod którym dostrzegła kaburę i wystającą z niej rękojeść broni. Nie było w tym niczego dziwnego. Nikt posiadający choć odrobinę zdrowego rozsądku nie wychodził na ulice Polis-7 nieuzbrojony. Była to jedna z prawd, które Iris poznała już w dzieciństwie.
– Jak się czujesz, Iris? – spytał. – Uskarżasz się na coś?
– Ramię – odparła bez zastanowienia. Barnett uniósł brwi.
– Postrzelono mnie – wyjaśniła. – Nic mi nie będzie.
– Rozumiem. Spójrzmy na to.
Pokazała mu zranione miejsce.
– To tylko draśnięcie – powiedziała.
– Istotnie – zgodził się lekarz. – Nic wielkiego, ale lepiej będzie to zszyć.
Wzruszyła ramionami i kiwnęła głową przyzwalająco. Barnett wziął się do roboty. Tymczasem Charon stał oparty o stół, skrzyżował ręce na piersi i przyglądał się w milczeniu.
– Doradzałbym ostrożność – rzekł lekarz, uśmiechając się znacząco. – Dłuższe przebywanie w towarzystwie tego człowieka grozi poważnym uszczerbkiem na zdrowiu.
Iris chciała się uśmiechnąć, lecz w tym momencie poczuła igłę i syknęła z bólu.
– O, przepraszam – powiedział Barnett. – Znieczulimy to.
– Jak się mają sprawy? – spytał Charon.
Barnett oderwał wzrok od rany. Wyraz twarzy miał niepewny, ruchem głowy wskazał dziewczynę.
– Nie przejmuj się nią – odrzekł gospodarz.
Iris posłała mu nieprzyjemne spojrzenie.
– Zła wiadomość jest taka – zaczął lekarz, wracając do przerwanego zabiegu, – że tylko w ciągu ostatniego tygodnia odnotowano kolejne sto dwadzieścia przypadków wystąpienia wirusa. 10% z tego miało ostry przebieg, co drugi z takich pacjentów umiera w ciągu kilku godzin od wystąpienia pierwszych objawów.
Iris poczuła odrętwienie ramienia, efekt podanego przed momentem środka znieczulającego, i już bez przeszkód skupiła się na tym, o czym mówił Barnett. Omicron, wirus „O”, temat przewijający się w wiadomościach od miesięcy. Przenoszony drogą kropelkową, jak dotąd nieuleczalny, a ilość zachorowań na terenie Polis-7 wzrastała z każdym tygodniem. Niektórzy podejrzewali, że jego źródłem były laboratoria OmniSynth. Iris nie chciała w to wierzyć.
– A mamy jakieś dobre wiadomości? – spytał Charon.
– Mamy – potwierdził Barnett. – Zakończono testy leku. Pomyślnie.
– Szybko. Kiedy uruchomią produkcję?
– Już to zrobili. Ale na tradycyjną dystrybucję nie należy liczyć. Koszt produkcji jest wysoki, proponowana cena ograniczyłaby grono odbiorców do mniej niż 1% mieszkańców polis.
– Nie pozwolą sobie na to – stwierdził z pełnym przekonaniem Charon. – Potrzebują ludzi, których mogą kontrolować, a nie zwłok tych, których nie stać było na lek.
– Owszem – zgodził się Barnett. – Poza tym mają spore nadwyżki w budżecie. Dlatego będą go rozdawać za darmo.
Oczy Charona zwęziły się nawet bardziej niż zwykle, zmieniając się w wąskie szparki. Po chwili pokiwał głową.
– Posłużą się tym – stwierdził z przekonaniem. – Jak sitem.
– Właśnie. No, gotowe – dodał, odsuwając ręce od ramienia Iris. Po chwili natrafił wzrokiem na badawcze spojrzenie, jakim go mierzyła, i przybrał pytający wyraz twarzy.
– Co to znaczy? – spytała dziewczyna, sama dziwiąc się swej nagłej śmiałości.
Charon wbił w nią lodowate spojrzenie. Mogła słuchać, ale najwyraźniej nie życzył sobie, by odzywała się niepytana.
Lekarz uśmiechnął się i bezzwłocznie przeszedł do wyjaśnień:
– Lek otrzymają osoby, które przejdą pozytywnie weryfikację. I badania oczywiście. Tym sposobem, przynajmniej teoretycznie, jednostki społeczeństwu niepotrzebne, w tym poszukiwani przestępcy, a także wszyscy ci, którzy z jakiegoś powodu są niewygodni, będą pozostawieni na pastwę choroby.
– A praktycznie?
– Niektórzy zawsze znajdą sposób na rozwiązanie swych problemów – odrzekł Zachary z lekkim uśmiechem. – Mam coś dla was.
To powiedziawszy, sięgnął do walizki i wyjął z niej niewielki pojemnik. Gdy go otworzył, oczom Iris i Charona ukazały się cztery fiolki wypełnione czarnym jak smoła płynem.
– To jest to, co myślę? – zapytała niepewnie dziewczyna.
Barnett kiwnął głową, a Iris posłała pytające spojrzenie Charonowi.
– Trzeba umieć się ustawić – mruknął, po czym dodał, spoglądając na swego gościa: – Nie będzie kłopotów?
– Niech cię o to głowa nie boli – odrzekł lekarz. – Ale nie zwlekajcie ze spożyciem, ta mieszanka to zarówno lek, jak i szczepionka. Gwarantuje odporność na zarażenie, więc nie ma powodu, by czekać.
– Skąd… – zaczęła Iris, ale urwała, zgromiona spojrzeniem Charona.
– To byłoby, że tak powiem, niedyskretne pytanie – rzekł Barnett, nie przestając się uśmiechać. – A teraz pozwolisz, że wrócimy do ciebie. Poza ręką wszystko w porządku?
– Tak…
– Żadnych drgawek, gorączki, mroczków przed oczami? Senność? Zmęczenie?
Pokręciła głową.
– Dobrze, bardzo dobrze.
Następnie przystąpił do standardowych badań: obejrzał jej oko, gardło, sprawdził reakcje, koordynację, a także poprawność działania wszczepów. W końcu pobrał krew i przy pomocy przyniesionej w walizce podręcznej aparatury w ciągu kilku minut otrzymał wszystkie potrzebne wyniki.
– Nie najgorzej – stwierdził, przyglądając się zawartości małego ekranu wyświetlającego słupek cyfr i symboli. – Lekkie oznaki stanu zapalnego, ale w tej sytuacji nic nadzwyczajnego. Dam ci coś na to, za tydzień sprawdzimy, czy pomogło. Jeśli nie, przeprowadzimy szczegółową diagnostykę.
Słuchała w milczeniu, ale wyraz jej twarzy sprawił, że Barnett uznał za stosowne ją pocieszyć:
– Nie ma się czym martwić – powiedział. – Zazwyczaj sytuacja normuje się po lekach.
– A potem?
– Cóż, nie będę cię oszukiwał, może się na powrót pochrzanić. Ciała obce o skomplikowanej strukturze, wielopoziomowe połączenia, mechanizmy, neurosploty, cała masa rzeczy, które mogą przysporzyć nam kłopotu. Szczególnie, jeśli zostaną uszkodzone. W takim wypadku sugeruję natychmiast się ze mną kontaktować.
– Rozumiem.
– To by było wszystko – rzekł lekarz, sięgając po walizkę. – Na mnie już czas. Charonie…
– Dziękuję, Zach. Oboje dziękujemy – rzekł Charon, podając mu plastikową kartę z metalicznym paskiem i emblematem OmniSynth.
– Nie ma za co – odparł lekarz, chowając ją do kieszeni. – Zawsze do usług. Do widzenia, Iris.
Gdy zamknęły się za nim drzwi, Charon bez słowa ruszył do swego biurka. Zasiadł za nim i uruchomił holoprojekcję. Patrzyła na niego przez chwilę, a gdy już miała odwrócić się z zamiarem udania się do sypialni, zobaczyła na holograficznym ekranie znajomą twarz.
Mężczyzna miał nieco ponad dwadzieścia lat, nosił liczącego jakieś piętnaście centymetrów wysokości irokeza i gogle nadające mu z lekka komicznej aparycji. Ale, o czym Iris dobrze wiedziała, nabijanie się z niego, kiedy był w pobliżu zdecydowanie nie należało do dobrych pomysłów. Teraz go tu jednak nie było i Iris uśmiechnęła się pod nosem.
Zamiast iść do pokoju, oparła się o ścianę, chcąc się przekonać, w jakiej sprawie się zgłosił.
– Co u ciebie, Siergiej? – spytał Charon.
Obraz migał i zanikał, zdawało się, że irokez w goglach musi siedzieć przy zdychającej jarzeniówce. Za plecami miał ceglany mur pokryty fluorescencyjnym graffiti.
– Chciałem ci dać znać, że żółtki wykonały ruch.
Głos miał nieprzyjemny. Do tego mlaskał obleśnie i ustawicznie pociągał nosem.
– Co się stało? – spytał Charon, wyraźnie zainteresowany słowami swego rozmówcy.
– Matsunaga zaprosił na rozmowy głowy wszystkich gangów Zachodniego Przymierza. Naszej wtyczce udało się wkręcić na imprezę.
– Wtyczce? Przypomnij mi, kto nią był?
– Jacobson.
– Mów dalej.
Siergiej pociągnął nosem.
– Z początku wyglądało w porządku, towarzystwo ochoczo wpierdalało sushi serwowane na gołych dziwkach Matsunagi, wznieśli jeden toast, potem drugi, ale szybko się okazało, że punkty sporne są zbyt istotne, by je, ot tak, pominąć.
– I co?
– Szef żółtków się wkurwił i wpuścił tam trzech hodowlańców. Rozmiar XXL, móżdżki wielkości pierdolonych orzeszków ziemnych, łapska w bicepsie grubsze ode mnie całego. Jak zaczęli napierdalać…
– Co z Jacobsonem?
– Po tym, co widziałem, zanim transmisja z jego kamery się urwała… No nie wiem, kurwa, powiedziałbym, że już po nim.
– Jakieś wieści z ulicy?
Siergiej kiwnął głową i mlasnął głośno.
– Rozniosło się szybko, ktoś musiał dać znać służbom bezpieczeństwa, bo zaraz podwojono ilość patroli z ciężkim sprzętem. Puścili do dzielnicy żółtków Tytana i chyba dalej tam stoi, więc póki co jest spokój. Ale chuj wie, co będzie, jak go już stamtąd zabiorą…
Charon bębnił palcami po blacie biurka. Minę miał zamyśloną.
– Zrobisz coś z tym? – spytał Siergiej.
– Przemyślę sprawę – odparł Charon. – Może wypadałoby złożyć wizytę Matsunadze i delikatnie zwrócić mu uwagę, że nie tak się umawialiśmy.
– Myślisz, że go to ruszy? – powątpiewał Siergiej.
– Jeśli nie to, ruszy go coś innego.
Irokez w goglach uśmiechnął się szeroko, pokazując niekompletne, mocno poczerniałe uzębienie.
– Coś jeszcze? – spytał Charon.
– Właściwie… – zająknął się Siergiej – no… jedna sprawa.
– Słucham.
– Wspominałeś w zeszłym miesiącu, że jest szansa na jakieś wszczepy…
– Co by cię interesowało?
– Nie wiem, kurwa, może częściowy egzoszkielet? Bark i ramię na ten przykład? Może jakieś płytki pod skórę, wiesz jak jest, Charon.
– Pomyślimy.
– Spławiasz mnie? – obruszył się irokez. – Po tym wszystkim, co zrobiłem? Kurwa, bądźże człowiekiem… Tamtej dziwce niczego nie żałowałeś…
– To co innego – przerwał mu Charon – i dobrze o tym wiesz. Jak stracisz rękę, nie dam ci długo czekać na implant.
– Robię dla ciebie trzeci rok – nie dawał za wygraną Siergiej – a ona? Nawet nie wiedziałeś, czy się nada, a nie żałowałeś jej niczego…
– Powiedziałem, pomyślimy. Tyle ode mnie, żegnam.
Jego rozmówca chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nie zdążył, bo Charon wyłączył projekcję. Potem spojrzał na opartą o ścianę Iris.
– Trening – powiedział – walka wręcz. Za piętnaście minut.
– Spierdalaj – warknęła, starając się brzmieć stanowczo. – Wychodzę.
– Kiedy wrócisz?
– Jak wrócę – odparła, zbliżając się do drzwi.
Przyłożyła dłoń do czytnika, ale w tej samej chwili rozległ się przeciągły pisk. Zaskoczona, odsunęła rękę. Na wyświetlaczu widniał komunikat: DRZWI ZABLOKOWANE.
Odwróciła się w stronę siedzącego za biurkiem Charona, marszcząc gniewnie brwi. Mężczyzna spoglądał na nią, a jego twarz nawet nie drgnęła.
– Co to ma znaczyć? – spytała.
– Twoja postawa staje się ostatnio… niewłaściwa. Nie zamierzam tego dłużej tolerować. Okaż nieco szacunku, Iris.
Twarz jej poczerwieniała i przez chwilę wyglądała, jakby miała eksplodować. Zamiast tego odetchnęła głęboko i spuściła głowę, wbijając wzrok we własne stopy.
– Spróbujmy jeszcze raz – powiedział Charon. – Kiedy wrócisz?
– Przed północą – odpowiedziała, wciąż nie podnosząc wzroku.
– Lepiej. Niech ci będzie. Trening odłożymy do jutra.
Przesunął palcem po blacie. Wyświetlacz przy drzwiach rozbłysnął zielenią.
– Nie zapomnij o broni – dodał.
Kiwnęła głową i zawróciła w stronę swego pokoju. Po chwili znów była pod drzwiami, tym razem ubrana w sięgający kolan płaszcz, z kapturem nasuniętym na czoło. Gdy spojrzał w jej kierunku, pokazała mu kaburę zapiętą na udzie. Charon skinął przyzwalająco i dziewczyna przyłożyła dłoń do czytnika. Drzwi rozsunęły się bezgłośnie.
– Iris?
– Tak?
– Uważaj na siebie.
[niedozwolony link]
Odpowiedz
#8
(05-07-2015, 07:31)Vercenvard napisał(a): CZĘŚĆ II

Eksplozja bomby, którą, jak na ironię, komuś udało się podłożyć w korporacyjnym centrum bezpieczeństwa (przecinek) zostawiła ją ze zmasakrowaną połową twarzy, bez prawej dłoni i z wielką dziurą w biodrze.

Dni wlekły się na podobieństwo żółwi, (zbędny przecinek) przemierzających skąpane w słońcu pustkowia, a sny, jej jedyna ucieczka przed rzeczywistością, szybko zmieniły się w koszmary.

Szybko nauczyła się nim posługiwać w stopniu, który pozwalał jej zapomnieć o swym kalectwie. Zniszczony zupełnie staw biodrowy również uzupełniono, a jedynym, co jej o tym przypominało, była „łata” z czarnego tworzywa w prawym boku, nieco poniżej pasa. Jej twarzą także zajęto się należycie, dwie pionowe blizny, jakie jej po tym pozostały, były teraz ledwo widoczne i już przestała się nimi przejmować.

Chwilę później postawiła stopy na gładkiej podłodze i postąpiwszy dwa kroki do przodu, stanęła przed sięgającym zarówno podłogi (przecinek) jak i sufitu lustrem.

Charon dał jej, co prawda, (zbędne przecinki, to nie jest wtrącenie) szkło kontaktowe imitujące naturalny wygląd jej oka, ale nie było wystarczająco kompatybilne z implantem i zwyczajnie ją drażniło.

Po prawej stronie głowy, nieco powyżej skroni (przecinek) wskutek odniesionych obrażeń znajdowało się miejsce, gdzie włosy nie rosły równo.

Do widoku zdążyła już, co prawda, (to też nie powinno być wtrąceniem) przywyknąć, ale o tej porze dnia,(zbędny przecinek) nie potrafiła mu się oprzeć.

Wyglądało to na skomplikowany model,(zbędny przecinek) czy też schemat jakiegoś urządzenia.

– Skąd ta fałszywa skromność? – spytał swym zwykłym, pozbawionym wyrazu tonem(tonem głosu/głosem – sam "ton" średnio pasuje, bo oznacza "brzmienie, odcień", nie sam głos). – Ilu ich tam było?

– Pięcioro, (zbędny przecinek) czy sześcioro, nie pamiętam już.

Próbowała zachować maskę obojętności, jaką przywdziała, opuszczając łazienkę, ale wbrew jej staraniom,(zbędny przecinek) kąciki ust same powędrowały ku górze. Do tej pory nie miał w zwyczaju jej chwalić.

Gdy tylko udało jej się na powrót zapanować nad mimiką, spojrzała w jego kierunku. Charon zdążył już wstać ze swego fotela. Mierzył blisko dwa metry wzrostu, a jego atletyczna sylwetka niezmiennie budziła jej podziw.

– (...) Przezyłabym(Przeżyłabym) jakoś, ale… z pewnością zaprojektował to facet. I zrobił to z myślą o facetach. Podskórny, elastyczny pancerz osadzony na żebrach, super sprawa. Ale ja nie zamierzam dać sobie uciąć cycków,(zbędny przecinek) tylko po to, żeby być kompatybilna z tego rodzaju... ulepszeniem.

– Więc zastosuj się do swojej logiki, ty chory pojebie(przecinek) i utnij sobie jaja.

Ale zgoda na to, a także i wdzięczność, jaką żywiła wobec swego, jak jej się do niedawna zdawało, dobroczyńcy, nie oznaczały, że radośnie przyklaśnie kolejnym pomysłom, (zbędny przecinek) zmierzającym prosto ku przekształceniu jej w to, czego Charon potrzebował.

Kilka razy zdarzyło się jej z premedytacją przemknąć nago z łazienki do sypialni na jego oczach, na co jedyną reakcją było zaskoczone spojrzenie za pierwszym razem i całkiem już niemal obojętne za każdym kolejnym. Tym sposobem jej teoria upadła.

Dowiedziała się wtedy, że jej opiekun dzieli ludzi na dwie kategorie: tych, których szanuje(przecinek) i całą resztę, którą w taki czy inny sposób, jak się sam wyraził, serdecznie pierdoli.

Na zadane bezpośrednio pytanie,(zbędny przecinek) otrzymała jasną i klarowną odpowiedź.

Doktor Zachary Barnett, którego miała okazję poznać przy okazji swoich operacji, miał wpaść z lekami i sprawdzić jej stan.

Zaraz po przekroczeniu progu uścisnął dłoń Charona, po czym postawił na stole walizkę, którą przyniósł ze sobą (przecinek) i zaprosił Iris do zajęcia miejsca na wysokim stołku.

– Jak się czujesz, Iris? – spytał(kropka) – Uskarżasz się na coś?

– Zła wiadomość jest taka,(zbędny przecinek) – zaczął lekarz, wracając do przerwanego zabiegu – że tylko w ciągu ostatniego tygodnia odnotowano kolejne sto dwadzieścia przypadków wystąpienia wirusa.

Iris poczuła odrętwienie ramienia, efekt podanego przed momentem środka znieczulającego(przecinek) i już bez przeszkód skupiła się na tym, o czym mówił Barnett.

Po chwili natrafił wzrokiem na badawcze spojrzenie, jakim go mierzyła(przecinek) i przybrał pytający wyraz twarzy.


– Nienajgorzej(Nie najgorzej – w stopniu najwyższym "nie" z przymiotnikami pisze się rozłącznie) – stwierdził, przyglądając się zawartości małego ekranu wyświetlającego słupek cyfr i symboli.

Ale, o czym Iris dobrze wiedziała, nabijanie się z niego, kiedy był w pobliżu (przecinek) zdecydowanie nie należało do dobrych pomysłów.

Zamiast iść do pokoju, oparła się o ścianę, chcąc się przekonać (przecinek) w jakiej sprawie się zgłosił.

(...)Rozmiar XXL, móżdżki wielkości pierdolonych orzeszków ziemnych, łapska w bicepsie grubsze ode mnie całego.(spacja)Jak zaczęli napierdalać…

(...)Puścili do dzielnicy żółtków Tytana i chyba dalej tam stoi, więc póki co, (zbędny przecinek) jest spokój.

(akapit)Jego rozmówca chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nie zdążył, bo Charon wyłączył projekcję. Potem spojrzał na opartą o ścianę Iris.

Bardzo podoba mi się, że w tym fragmencie para głównych, jak sądzę, bohaterów zaczyna nabierać głębi. Zaciekawiła mnie relacja między Iris a Charonem, zastanawiam się również, co z tego wyniknie. Według mnie także postawa dziewczyny wobec dalszej cyborgizacji to strzał w dziesiątkę. Jedynie motyw jakiegoś groźnego wirusa wydaje mi się nieco przegadany, ale w sumie jeszcze za wcześnie, by to oceniać, bo pojawiły się dopiero pierwsze wzmianki na ten temat. A więc fragment jak najbardziej mi się spodobał. :)
Żeby nie było aż tak kolorowo: pilnuj się z ilością "jej" w tekście, trochę tego jest. Nawet kiedy nie powtarza się bezpośrednio w sąsiadujących ze sobą zdaniach, kiepsko brzmi – w każdym razie moim zdaniem – kiedy często widzi się to samo określenie.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#9
Technicznie, to ja nie mam głosu. Ogólnie robi się ciekawie. Deus Ex się przypomina, traktuj jako komplement. Odniosłem wrażenie, że za pierwszym razem zapomniała o broni. Trochę głupio jak na kogoś, kto od dziecka dobrze wie, że bez gnata na ulice Polis-7 się nie wychodzi.
Odpowiedz
#10
Heh, faktycznie :)

Cytat:Deus Ex się przypomina

Niestety nie znam.

Vetala napisał(a):postawa dziewczyny wobec dalszej cyborgizacji to strzał w dziesiątkę

Możesz rozwinąć myśl? Nie wiem czy dobrze interpretuję.

Wielkie dzięki za poprawki. Już wprowadzone.
[niedozwolony link]
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości