Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Sci-Fi Wyrodzeni
#1
No, to jeszcze trzeci z trzech projektów. Pierwszy, więc chyba najgorszy. Wstęp, czyli przedstawienie postaci.

Wstęp. 13 września 178r.
„Koniec jest tylko następstwem początku.
Koniec zawsze tworzy lukę, która nie może pozostać pusta.
Tak oto, każdy koniec jest początkiem.
Tak nam lawina stworzenia”.


Niklas
Spróchniałe drzwi na skórzanych zawiasach otworzyły się i do pomieszczenia wszedł niewysoki kucharz, z ropiejącym wrzodem na drugim podbródku. Zgrzyt trącego o podłogę skrzydła drzwi wyrwał jedynego gościa lokalu z zamyślenia. Niklas, młody mężczyzna o twarzy łagodnej jak anioł zajrzał ze zdumieniem w talerz, który pojawił się przed nim na stole. Widok posiłku, co najmniej nie skłaniał do spożycia. Do tego łysy kuchta przysunął się do siedzącego na tyle blisko, by opasłym brzuszyskiem przeszkadzać w spożyciu. Zupełnie tak, jakby sam widok posiłku nie wystarczał. Grubas stał tak i patrzył na zupo-podobne coś w talerzu, gościa zastanawiającego się nad spożyciem tego czegoś, lub na swój zasobny bęben, jakimś cudem podtrzymywany na swoim miejscu parcianym sznurem pełniącym rolę paska. Trudno orzec, gdyż niewielkie oczka grubasa nikły w cieniu głębokich oczodołów. Niklas mlasnął niezadowolony, wyjął łyżkę z talerza, mlasnął i zrezygnował.
– Kiedy opuszczasz miasto? – wyszczekał kucharz, nie starając się ukryć irytacji.
Siedzący przy stole Niklas wciągnął ostentacyjnie smarki, pobełtał jeszcze chwilę gęstawą maź w naczyniu, po czym zostawił w niej łyżkę i spojrzał na natrętnego grubasa z ropniem. Na anielskiej twarzy zagościł na chwilę złośliwy uśmieszek.
– Miasto – prychnął. – Te kilka lepianek zwiesz miastem?
– Dla mnie miasto. – Kucharz chrząknął. Najwyraźniej brakło mu kolejnych pomysłów na wypraszanie gościa.
– Gdzie jest Snoop?
– Zajęty.
– Nie powinieneś go poszukać? – zasugerował Niklas.
– Zadałem ci pytanie. – Kucharz zmarszczył brwi w gniewnym grymasie. Wyglądało to trochę tak, jakby gałki oczne chciały wcisnąć się gdzieś głęboko w czaszkę.
Niklas odchylił się, ostrożnie opierając na rozchwianym krześle. Łyżka pozostawiona w talerzu opadła w końcu na jego krawędź. Wspaniała konsystencja. Zwabiona sztućcem, bo na pewno nie potrawą, mucha wylądowała na talerzu i zaczęła zacierać łapki z zadowolenia.
– Naprawdę? – Niklas postanowił rżnąć głupka.
– Słuchaj, nie muszę znosić tego chamstwa!
– Owszem. Dlatego najlepiej będzie jak się gdzieś przejdziesz. Snoopa poszukaj, umyj jakiś garnek.
– Dość już tego! Albo żresz, albo zabieraj graty i wynocha! – Kucharz pochylił się, rozchylając ręce w pawim stylu, prawdopodobnie, by wydawać się większym, niż był w rzeczywistości.
– Mam wrażenie, że nic ci jeszcze nie zrobiłem – Niklas opowiedział tak spokojnie, jak potrafił – skąd więc te nerwy?
– Dobrze wiesz.
– Ach, rozumiem. – Niklas uśmiechnął się szeroko. Przekrzywił łyżkę, by znów wolno opadała. Mucha wzbiła się na chwilę do lotu, by po chwili znów osiąść na talerzu. – Jesteś zły, że wypowiedziałem się wczoraj zgodnie ze zdrowym rozsądkiem? – Niklas zrobił niewinną, zdziwioną minę. Jego lewa ręka niezauważenie powędrowała do kieszeni w płaszczu. Palce minęły nóż motylkowy i zamknęły się na rękojeści pistoletu.
– Jesteś głupcem! Nie widziałeś, jak wyglądali ci werbownicy. To nie była zwykła grupka obdartusów z kijem jak ty. Poza tym, nie możemy nikomu zabronić opuszczenia tego miasta. Jeśli młodzi chcą, niech sobie idą. Nawet lepiej.
– Lepiej dla kogo?
– Dla wszystkich. Dla nich, dla nas, dla młodych. – Kucharz zamachał łapami, jakby chciał objąć wszystkich, których miał na myśli.
– A więc przyznajesz, że to zapadła dziura, w której brak perspektyw, którą każdy kto zdrów i na siłach powinien opuścić dla własnego dobra?
– Ty opuścisz to miasto jak miesiąc temu, dwa miesiące. Ty nie masz domu, wartości, jesteś zwykłym włóczęgą! Ochłapem żerującym na naiwnej gościnności…
– Mocny w gębie się zrobiłeś, teraz, gdy patrzymy tutaj sobie w cztery oczy. Szkoda, że nie byłeś taki wyszczekany wczoraj wieczorem. Zresztą, sami spytaliście mnie o zdanie. A ja już swoje widziałem. Widziałem, jak takie zapadłe dziury umierają śmiercią naturalną, gdy wszyscy młodzi je opuszczą, pozostawiając głupców i starców na śmierć w samotności. Zgorzknienie i zgnilizna w ich oczach, resztki życia wśród sypiących się murów. Nic więcej.
Jarząca się na ścianie żarówka przygasła na chwilę. Kucharz nabrał powietrza w płuca.
– Starczy tych poetyckich wywodów. Jedz i wynoś się.
– Nie rozpędzaj się, nadużywasz już mojej sławnej cierpliwości. Zjem i odejdę, bo tak postanowiłem. Co zdecydujecie, to wasza sprawa. Nikogo przecież do niczego nie zmuszam. A gdy będę tędy jeszcze przechodził, zajrzę tu do ciebie i wtedy mi powiesz, jak to wspaniale ci się gotuje dla dwóch starców w wielkim mieście z kilku opuszczonych lepianek.
Kucharz skrzywił się w zniesmaczonym grymasie, odwrócił i z wolna ruszył z powrotem w stronę drzwi, którymi wszedł.
Niklas spojrzał na strawę – trochę jak rozgotowane jajko w mulistej zalewie. Ciekawe, czy kucharz powstrzymał się od dodania jakiegoś specyfiku od siebie. Chwilę bełtał łyżką w talerzu, nie znajdując ciągnącej się flegmy. To, że jej nie widać... Niklas stęknął, odsunął nieruszoną maź, założył na plecy swój obdarty, nieduży plecak i ruszył w stronę drzwi. A jednak ta ruina w niczym nie przypomina oberży, którą sobie wyobrażał, czytając swoją książkę. Mucha, której nareszcie przestano przeszkadzać, spróbowała zimnej brei w talerzu. Wykrzywiła trąbkę, oczyściła ją przednią parą odnóży i wzbiła się do lotu.
Kastor
Wczesny poranek. Promienie wschodzącego słońca zaczęły rozświetlać już górne partie gęstych chmur. Samego słońca nie było widać przez wieczny pył, zalegający nad głową, ale Kastor dobrze wiedział, co powinien robić. Trwać nieruchomo w geście szacunku dla nowego dnia. Nawiasem mówiąc, ten dzień nie różnił się wyjątkowo od nocy, ot trochę tylko jaśniej. Chmury nie przepuściły promienia słońca odkąd pamiętał, ale nauki ojca pamiętał równie dobrze. Jak zasady, to zasady.
Poza tym to dobra chwila na ułożenie sobie planu dnia. Dwa poprzednie spędził już na obchodzeniu miasta. Wielkie cmentarzysko starej cywilizacji zdawało się nie mieć końca. Opuszczone mury, puste okna jak upiorne oczodoły. Część budynków zawalona, poległa w walce z naturą. Kilka sterczących w górę, smukłych kominów, wieża kościelna. Te zawsze trwają, nie wiedzieć czemu, w każdym mieście, które widział. A widział ich już sporo. Za to nie dojrzał w ruinach tego, czego szukał lub obawiał się spotkać. Ludzi. Do tej pory nawet brał to za dobrą kartę. Do dziś. Dzisiaj widział już wyraźnie kilka zabudowań w pewnej odległości od samego miasta.
Wystawił głowę, by przyjrzeć się zamieszkałym lepiankom, położonym jakieś dwa kilometry od zrujnowanego miasta. Stacja paliw, jakiś przyległy do niej budynek, pewnie motel. Wokoło kilka śmieciowych chat, jak to nazywał. Wzniesionych na bazie znalezionych wraków zlepionych gliną, obwiązanych drutem, grożących zawaleniem w każdej chwili. Całość otoczona niewielkimi pagórkami, pokrytymi trupami poprzewracanych drzew. Aż dziwne, że ktokolwiek chce tam mieszkać, mając nieopodal do dyspozycji miasto. Do uprzątnięcia, ale kilka ostałych ścian wciąż wydaje się lepszą podstawą do budowy schronienia, niż przewrócony na bok wrak ciężarówki.
Dostrzegł postać wychylającą się ze swego domostwa i leniwie kroczącą w kierunku stojącego w niewielkiej odległości szaletu. No cóż, są dobre strony tej sytuacji. Jedyne, co Kastor musiał zrobić, to je znaleźć. Ot, może da się coś przehandlować za ciepłą kąpiel? Ale po co tracić przydatne rzeczy? Kastor niepotrzebnego żelastwa nie nosił, a przynajmniej sam tak uważał. Co innego można było stwierdzić, patrząc na niego z boku. Plecak, dwie torebki, które nawet dobrze by się prezentowały na wybiegu, gdyby nie liczne naprawy grubą nicią i zastąpienie krótkiego paska zwykłym sznurem. Poza tym wszystkim, ciepłej kąpieli jeszcze nie potrzebował. Ciepła kąpiel była rarytasem, który można sobie podarować. Tym bardziej po jego ostatnim wyczynie. Pół roku temu, o ile się nie mylił, a Kastor rzadko się mylił w takich sprawach. To była część miasta Frankfurt nad Odrą. Ładne, nieduże, w większości zniwelowane do poziomu fundamentów lub góra parterowych szkieletów. Przez środek przepływała leniwie niewielka rzeka w szerokim korycie, oba brzegi łączył most, jakimś cudem wciąż toczący zwycięską bitwę z czasem. Przy wylocie mostu czworobok bloków w dość dobrym stanie oraz jakiś kościół, wszystko otoczone murem z betonowych płyt i wszelakiego śmiecia stanowiło dom dla dość przyjaznej społeczności. Na tyle przyjaznej, że Kastora nie tylko ciepło przyjęto, ale jeszcze nakarmiono za same opowieści o świecie. Gorzej, że musiał się z miasta wymykać, sami z siebie puścić nie chcieli. Kastor na samo wspomnienie ścisnął mocniej bełt, który obracał w palcach już od dłuższej chwili. Tak, zostawił tam kilka bełtów. Teraz ma już tylko pięć, przyklejonych taśmą klejącą do kieszeni po wewnętrznej stronie płaszcza.
Z jednej z chat wyszedł ubrany w czarny płaszcz mężczyzna i skierował się w stronę ruin miasta. Jakieś dziecko bawiące się przy zapewne nieczynnych dystrybutorach podniosło na niego głowę. Patrzyło nań chwilę po czym wbiegło do stacji paliw. Biedne te dzisiejsze dzieciaki – pomyślał Kastor. Jedna ręka mniejsza od drugiej, zdeformowana klatka piersiowa i pewnie jakiś niedorozwój organów wewnątrz.
Kastor westchnął. Podjął decyzję. Wykąpie się innym razem. Gdzieś indziej. Zaczął się wycofywać w stronę zeschłego lasu, kiedy nagle usłyszał charakterystyczny warkot silnika spalinowego.
Kuba(Jakub 1696)
Budzik, niewielki zegar wskazówkowy podskoczył delikatnie, młoteczek zadrżał, po czym uderzył niepewnie w blaszany dzwonek. Potem zamachnął się jakby mocniej i walnął powtórnie. Trzeci i następne razy były już coraz szybsze i pewniejsze. Kuba obudził się chwilę wcześniej, lecz nie wstawał. Jakaś myśl nie dawała mu spokoju. Teraz dopiero sobie przypomniał, miał nakręcić ten budzik. Urządzenie miało osobną sprężynę napędzającą wskazówki i osobną dzwonek. Wyłączył dzwoniące cholerstwo, złapał za pokrętło, ale ku jego zdziwieniu sprężyna była już napięta. Coś mu się musiało przyśnić z tym zegarem, bo najwyraźniej nakręcił go wieczorem. Miał jakiś sen, ale nie pamiętał jaki. Snów na ogół się nie pamięta, lecz sprawa budzika nieco go niepokoiła. Czynność naciągania sprężyny powinien pamiętać.
Obmył się przy umywalce wodą, mimo że niezdatną do picia, to mile pachnącą. Włożył koszulkę oraz materiałową kurtkę z naszywką "Jakub 1696, strażnik". Zdrapał jeszcze odrobinę pleśni z wielkiej plamy nad umywalką, jak co dzień. Przy odrobinie wytrwałości pozbędzie się całej narośli. Kiedyś. I tak była już mała, swego czasu sięgała podłogi. Chyba. Ilekroć o tym myślał, bolała go głowa.
Wychodząc, zamknął drzwi kartą magnetyczną pełniącą funkcję identyfikatora, klucza, karty żywieniowej i wstępu do rekreacji.
– Dzień dobry panu, panie Jakubie. Mam nadzieję że wypoczynek udany. – Wacław, zarządca budynku powitał Kubę wesołym głosem, nawet go nie widząc. Kuba był jedynym strażnikiem w tej kamienicy i tylko on schodził o tak wczesnej porze.
– Dzień dobry, panie Wacławie. Wydaje mi się, że powinno się z tym coś zrobić? – Kuba wskazał palcem na wentylator. Zarządca musiał gestu nie zauważyć.
– Ma pan, panie Jakubie, na myśli schody czy wentylator? Złożyłem już odpowiedni wniosek, panie Jakubie – dorzucił, wyprzedzając którąkolwiek z odpowiedzi, robiąc przy tym wyjątkowo smutną minę bezradności. – Przedwczoraj był człowiek z utrzymania i konserwacji. Mówił, że to prawdopodobnie wina filtru. Spróbują nam go wymienić, jak skończą z kanalizacją.
– A co jest nie tak z kanalizacją?
– Nie wiem, nie pytałem. – Zarządca zrobił jeszcze bardziej smutną minę, nie mogąc odpowiedzieć na to pytanie.
Kuba kiwnął mu głową, po czym wyszedł na ulicę. Dzień zapowiadał się spokojnie. Brak wiatru, co było rzadkością w górnym mieście, do tego chmury łagodne, niepofałdowane i dość jasne, mieniące się uspokajająco ognistą czerwienią poranka.
– Cześć, miłego dnia życzę. – Ukłonił się przechodzień. – Zapowiada się dzisiaj ładny dzień, co?
– Też tak myślę, oby się nie popsuło – odpowiedział mu Kuba, uśmiechając się na przywitanie.
– Dzisiaj nie, będzie ładnie cały czas. Miłego dnia! – odkrzyknął przechodzień.
Dziwne, jak ten gość zawsze zna się na pogodzie.
Agata
Kaszlnięcie.
– Nie, zostaw to, to nie ma sensu.
– A tak chciałem zobaczyć tylko, co tu nawpisywał.
– Kto? Darek?
– No Darek. Swoją drogą, ile go już nie ma, cztery dni?
– Tak jest. Idiota i tyle, sam sobie winny.
– Dlaczego?
– To ty nie wiesz? – Śmiech.
– Nie wiem, opowiadaj.
– Co opowiadaj. Idź do niego w odwiedziny, to może ci powie.
– Nie zarażę się niczym?
– Z tego, co wiem, głupota nie jest zbytnio zaraźliwa.
– Nie bądź taki, gadaj.
– No dobra. – Znowu śmiech. – Tylko nie wiesz tego ode mnie, tak?
– Jasne. Gadaj!
– No więc on z tą swoją Kasią mieli jakieś święto ostatnio, Darek załatwił dwie butelki alkoholu.
– Co? Jak…
– Cicho. No więc impreza udana i w ogóle…
– Ja bym nigdy nie brał tego świństwa do ust. Wiesz, z czego to jest zrobione?
– Kurwa, mam opowiadać czy nie?
– Mów, już nie przerywam.
– No więc przychodzi tu rano i suszy go, jak nie wiem co. Rozumiesz, kac po prostu. Nawet nie wyglądał źle, trochę go głowa bolała, ale suszyło go niesamowicie. Więc co zrobił?
– Nie wiem, ja bym poszedł do kafejki…
– Też tak chciał, ale mu powiedziałem, żeby się lepiej zastanowił, bo śmierdziało mu z gęby, jakbyś butelkę wąchał. No więc, co byś zrobił?
– No to nie wiem, do siebie?
– Właśnie, mógł wrócić do siebie, ale stał się nagle bardziej kreatywny. Wziął kubek i nabrał sobie wody z akwarium.
– Aha, no też rozwiązanie.
– Też rozwiązanie? Głupi jesteś tak jak on! Osobiście wprowadził tam zarodki jakichś glonów. Nawet Geldbaum przy tym był. Kilka dni temu!
– O kurcze…
– No, kurcze, kurcze! – Śmiech.
Kucająca w korytarzu nieopodal dziewczyna powoli zebrała już wszystkie papiery, które tam rozsypała. Wyprostowała się, poprawiła elegancką spódniczkę sięgającą kolan i dopięła laboratoryjny fartuch, kilkukrotnie już cerowany. Zamknęła papierową teczkę, poprawiła nieco za duże jak na jej twarz okulary o grubych szkłach. Ruszyła przed siebie. Przechodząc obok otwartych drzwi laboratorium numer siedem, zajrzała do środka. Aleks dalej się śmiał, Henio chował twarz w dłoniach w geście rozpaczy i pożałowania. Mimo tego, to on zauważył ją pierwszy.
– Cześć, Agatko!
Biedna dziewczyna tak się przestraszyła głośnego okrzyku, że potknęła się, prawie na powrót rozsypując papiery.
– Dzień dobry, witam – zaskomlała, poprawiając teczkę i czmychając dalej korytarzem.
– Ej, to jest dopiero dziwna dziewczyna, co?
– Kto, Agata? – Aleks z ledwością kończył się śmiać z własnej opowieści. – No z nią jest coś nie tak. Dlatego biega tylko na posyłki tam i z powrotem.
– Hej, a jak myślisz, ma te okulary do chodzenia czy do czytania?
– O, jak by to miały być do chodzenia, takie denka, to wyobraź sobie, jak by wyglądały do czytania! Takie!
Znowu śmiech. Kontynuacji rozmowy Agata nie słyszała, bo weszła już na korytarz główny poziomu laboratoryjnego. Póki co jej cichutkie buty nie wydawały żadnego dźwięku, ale potem minęła oddział biologiczny, medyczny i weszła do działu ciężkiego. Tutaj podłogę stanowiła stalowa krata, pod którą straszyła pokryta grzybem betonowa wylewka ze sterczącymi szynami do transportu cięższych przedmiotów. Minęła windę transportową i ruszyła z powrotem w korytarze bardziej uczęszczane. Powiedzmy sobie szczerze, wolała obchodzić kompleks dookoła.
W końcu dotarła do drzwi z napisem "kierownik" i doklejoną tabliczką "Adam Geldbaum" tuż obok dużej windy osobowej. Dopiero tutaj przeczesała swe blond włosy za uszy. Były długie do ramion, czyli ani ich spiąć, ani ułożyć. Opaski nie lubiła. Zapukała w charakterystyczny dla siebie, delikatny sposób, po czym nacisnęła klamkę.
Geldbaum powitał ją jak zwykle, siedząc za biurkiem i gryząc w ustach długopis w pozie głębokiej zadumy.
– O, jesteś, moja panienko. Co tam przyniosłaś?
– Szczury, panie Adamie. W zasadzie nic ciekawego, wszystko nieudane.
– Czytałaś, jak poleciłem?
– Czytałam, ale… – wzięła oddech – ja nie lubię szczurów.
– Toż nie o szczury mi chodzi, tylko naukę. Naukę! Rozumiesz? – Geldbaum wypluł długopis, o którym najwyraźniej zapomniał. Żadna strata, długopis dawno już był wypisany, ale stary wyga lubił obgryzać jego niepiszący koniec. Miał więc dwa długopisy, jeden do pisania, drugi do ssania.
– Wiem, co to jest nauka. – Agata zrobiła urażoną minę.
– No więc, co wyczytałaś w tym raporcie?
– Co zwykle, pozdychały wszystkie i tyle.
– Rany, ręce nad tobą załamuję! Co im podano, jaki to miało skutek na ich komórki, jak to się ma do poprzednich badań?
– Felewski napisał w podsumowaniu, że wszystko o dupę rozbić. – Agata rzuciła kierownikowi teczkę na biurko. Naprawdę nie interesowała się chemią, medycyną, botaniką ani niczym w tym stylu. Nie umiała tego i nie chciała się nauczyć.
– Feleski, nie Felewski. On zawsze tak pisze, bo go frustrują porażki, ale zaraz ma nowy pomysł i działa znowu.
– Długo nie podziała, został jeden szczur.
– Jak to?
– A tak, przez pomyłkę zostały dwa samce, jeden zdechł, jeden żyje.
Geldbaum mruknął, znowu potarmosił brodę i na powrót wsadził obgryziony długopis do ust. W końcu odpuścił sobie, oparł się na swoim skórzanym fotelu.
– No dobrze, coś ciekawego poza tym?
– Ktoś jeszcze przemyca alkohol do schronu.
– Co? Kto?
– Nie wiem jeszcze. Albo Waleń działa na dwa fronty, albo mamy konkurencję.
Geldbaum prychnął. Prychnięcie było jego odpowiednikiem śmiechu.
– No dobrze. To działaj moja maleńka, działaj.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(02-07-2015, 20:45)Kurojatka napisał(a): Niklas – słowem wstępu
Spróchniałe drzwi na skórzanych zawiasach otworzyły się, (aż się prosi, by połączyć to spójnikiem 'i') do pomieszczenia wszedł niewysoki mężczyznę (mężczyzna).

Widok posiłku (przecinek) jaki pojawił się przed nim na stole (przecinek) najpewniej nie był zbyt zachęcający do spożycia.

Stał tak, (zbędny przecinek) i patrzał, ciężko powiedzieć (przecinek) czy na zupo podobne coś w talerzy, na przerzucającego z talerza na kucharza oczy gościa czy na swój zasobny bęben, jakimś cudem podtrzymywany na swoim miejscu parcianym sznurem pełniącym rolę paska.
– Kiedy opuszczasz miasto? – Kucharz wręcz wyszczekał (przecinek) nie starając się ukryć irytacji.
Siedzący przy stole Niklas wciągnął smarki, pobełtał chwilę gęstawą maź w naczyniu (przecinek) po czym zostawił w niej łyżkę i spojrzał na natrętnego grubasa z ropniem.
– Miasto – prychnął (kropka) – Te kilka lepianek zwiesz miastem (zbędna spacja) ?
– Dla mnie miasto (kropka i po myślniku dużą literą) – kucharz chrząknął, wciąż stojąc wystarczająco blisko (przecinek) by przeszkadzać w jedzeniu. Niklas odchylił się, ostrożnie opierając się na rozchwianym krześle (kropka) – Gdzie jest Snoop?

Albo żresz, albo zabieraj graty, (zbędny przecinek) i wynocha! – kucharz (dużą literą) pochylił się (przecinek) rozchylając ręce w pawim stylu, prawdopodobnie (przecinek) by wydawać się większym, niż był w rzeczywistości.
– Mam wrażenie, że nic ci jeszcze nie zrobiłem – powiedział spokojnie (przecinek) łapiąc ponownie za łyżkę – skąd więc te nerwy?

– Ach, rozumiem (kropka) – Niklas uśmiechnął się szeroko.

Nikt nie zauważył, że lewa ręka powędrowała do kieszeni w płaszczu, bo nikogo poza patrzącymi sobie w oczy nim i kucharzem w lokalu nie było (bo nikogo poza nimi, patrzącymi sobie w oczy, w lokalu nie było) (kropka) – Jesteś zły, że wypowiedziałem się wczoraj zgodnie ze zdrowym rozsądkiem?
– Jesteś głupcem! Nie widziałeś (przecinek) jak wyglądali ci werbownicy. To nie była zwykła grupka obdartusów z kijem, (zbędny przecinek) jak ty.

– A więc przyznajesz, że to zapadła dziura (przecinek) w której brak perspektyw?

Ochłapem, (zbędny przecinek) żerującym na naiwnej gościnności…

– Mocny w gębie się zrobiłeś, teraz (przecinek) gdy patrzymy tutaj sobie w cztery oczy.

Widziałem (przecinek) jak takie zapadłe dziury umierają śmiercią naturalną, gdy wszyscy młodzi je opuszczą (przecinek) pozostawiając głupców i starców na śmierć w samotności.

A gdy będę tędy jeszcze przechodził, zajrzę tu do ciebie, (zbędny przecinek) i wtedy mi powiesz (przecinek) jak to wspaniale ci się gotuje dla dwóch starców w wielkim mieście z kilku opuszczonych lepianek.

Ciekawe, czy kucharz powstrzymał się od dodania jakiegoś specjalnego dodatku (pleonazm) od siebie.

To (przecinek) że jej nie widać (zbędna spacja) ...

A jednak, (zbędny przecinek) ta ruina w niczym nie przypomina oberży (przecinek) którą sobie wyobrażał (przecinek) czytając swoją książkę.

Kolejne fragmenty innym razem.
Sporo błędów – interpunkcja i zapis dialogów. Polecam nasze forumowe poradniki:
http://podziemieopowiadan.pl/forum/threa...logow.html
http://podziemieopowiadan.pl/forum/threa...nkcja.html
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#3
(02-07-2015, 23:52)Nawka napisał(a): [quote='Kurojatka' pid='35744' dateline='1435862705']

Wstęp, czyli przedstawienie postaci. 13 wrzesień 178
„Koniec jest tylko następstwem początku.
Koniec zawsze tworzy lukę, która nie może pozostać pusta.
Tak oto, każdy koniec jest początkiem.
Tak nam lawina stworzenia
.(powiem szczerze, nie rozumiem tego zdania, więc albo jestem zbyt mało rozgarnięta, albo czegoś w nim brakuje)


Spróchniałe drzwi na skórzanych zawiasach otworzyły się,(jakiś spójnik by się przydał, na przykład 'i' zamiast przecinka) do pomieszczenia wszedł niewysoki mężczyznę.

Dobrze, że prawie całkowicie wyłysiały, przynajmniej nie leni się do potraw. (jeśli miałeś na myśli, że do potraw nie wpadają włosy, to będzie 'nie linieje', a jeśli chodzi o lenistwo, to nie wiem, co ma wspólnego łysina z lenistwem)

Zgrzyt trącego o podłogę skrzydła (skrzydła kogo lub czego? rozumiem, że drzwi, ale trzeba się zastanawiać – trącego o podłogę skrzydła drzwi, wrót, odrzwi) wyrwał jedynego gościa lokalu z zamyślenia.

Widok posiłku(przecinek) jaki pojawił się przed nim na stole(zbędna spacja) najpewniej nie był zbyt zachęcający do spożycia.

Łysy kuchta wyeksponował przed gościem brzuch, starając się przeszkadzać w posiłku (czemu starał się przeszkadzać w jedzeniu tego, co sam podał).

Stał tak,(bez przecinka) i patrzał (patrzył), ciężko powiedzieć(przecinek) czy na zupo podobne(zapisałabym to zupo-podobne lub zupopodobne na wzór czekoladopodobne, a najlepiej 'czy na to coś w talerzu udające zupę) coś w talerzy, na przerzucającego z talerza na kucharza oczy gościa(szyk, poza tym nie można przerzucać oczu tylko wzrok – na gościa przerzucającego wzrok z talerza na kucharza) czy na swój zasobny bęben, jakimś cudem podtrzymywany na swoim miejscu parcianym sznurem pełniącym rolę paska. (całe zdanie jest mocno przekombinowane)

– Kiedy opuszczasz miasto? – Kucharz wręcz wyszczekał (to pytanie) (przecinek)nie starając się ukryć irytacji.

Siedzący przy stole Niklas wciągnął smarki(pociągnął nosem), pobełtał chwilę gęstawą maź w naczyniu(przecinek) po czym zostawił w niej łyżkę i spojrzał na natrętnego grubasa z ropniem(to już nam powiedziałeś wcześniej).

– Miasto – prychnął(kropka) – Te kilka lepianek zwiesz miastem ?

– Dla mnie miasto(kropka)(K)kucharz chrząknął, wciąż stojąc wystarczająco blisko(przecinek) by przeszkadzać w jedzeniu.

Niklas odchylił się, ostrożnie opierając się na rozchwianym krześle – Gdzie jest Snoop?

– Owszem. Dlatego najlepiej będzie(przecinek) jak się gdzieś przejdziesz. Snoopa poszukaj, umyj jakiś garnek.

– Dość już tego! Albo żresz, albo zabieraj graty,(bez przecinka) i wynocha! – (K)kucharz pochylił się(przecinek) rozchylając ręce w pawim stylu, prawdopodobnie(przecinek) by wydawać się większym, niż był w rzeczywistości.

– Mam wrażenie, że nic ci jeszcze nie zrobiłem – powiedział spokojnie(przecinek) łapiąc ponownie za łyżkę – skąd więc te nerwy?

– Ach, rozumiem(kropka) – Niklas uśmiechnął się szeroko.

Nikt nie zauważył, że lewa ręka powędrowała do kieszeni w płaszczu (płaszcza), bo nikogo poza patrzącymi sobie w oczy nim i kucharzem w lokalu nie było

– Jesteś głupcem! Nie widziałeś(przecinek) jak wyglądali ci werbownicy. To nie była zwykła grupka obdartusów z kijem,(bez przecinka) jak ty.

– A więc przyznajesz, że to zapadła dziura(przecinek) w której brak perspektyw?

Ochłapem,(bez przecinka) żerującym na naiwnej gościnności…

Z resztą,(bez przecinka – Zresztą) sami spytaliście mnie o zdanie.

Widziałem(przecinek) jak takie zapadłe dziury umierają śmiercią naturalną, gdy wszyscy młodzi je opuszczą(przecinek) pozostawiając głupców i starców na śmierć w samotności.

A gdy będę tędy jeszcze przechodził, zajrzę tu do ciebie, i wtedy mi powiesz(przecinek) jak to wspaniale ci się gotuje dla dwóch starców w wielkim mieście z kilku opuszczonych lepianek.

Kucharz skrzywił się w zniesmaczonym grymasie(zniesmaczony), odwrócił i z wolna ruszył z powrotem w stronę drzwi, którymi wszedł.

To(przecinek) że jej nie widać(bez spacji) ...

A jednak,(bez przecinka) ta ruina w niczym nie przypomina oberży którą sobie wyobrażał(przecinek) czytając swoją książkę.

Czerwona poświata wschodzącego słońca zaczęła podpalać(co? wiem, że to przenośnia, ale posunięta zbyt daleko) już gęste, wieczne chmury.

Najwyższa pora zaprzestać wszelkich zajęć, czy to marsz(przecinek) czy posiłek.

Kastor tkwił nieruchomo wśród kołyszącej się leniwie, sztywnej, szarej trawie(czego? trawy).

Słońca nie było widać,(bez przecinka) przez wieczny pył zalegający nad głową, ale dobrze wiedział(przecinek) co powinien robić.

Trwać nieruchomo,(bez przecinka) w geście szacunku dla nowego dnia.

Te zawsze trwają nie wiedzieć czemu,(bez przecinka) w każdym mieście(przecinek) które widział.

Za to nie dojrzał w mieście tego(przecinek) czego szukał, lub obawiał się spotkać.

Dzisiaj widział już wyraźnie kilka zabudowań,(bez przecinka) w pewnej odległości od samego miasta.

Wzniesionych na bazie znalezionych wraków,(bez przecinka) zlepionych gliną, obwiązanych drutem, i (zbędne)grożących zawaleniem w każdej chwili.

Dostrzegł postać,(bez przecinka) wychylającą się ze swego domostwa i leniwie kroczącą w kierunku stojącego w niewielkiej odległości szaletu.

Jedne(Jedno, przecinek) co Kastor musiał zrobić, to je znaleźć.

Kastor niepotrzebnego żelastwa nie nosił, jak przynajmniej sam uważał(a przynajmniej sam tak uważał).

Co innego można było stwierdzić(przecinek) patrząc na niego z boku,(tu dałabym kropkę, a dalej 'Plecak, dwie torebki, które nawet...') z plecakiem, dwoma torebkami które nawet dobrze by się prezentowały na wybiegu, gdyby nie liczne naprawy grubą nicią, i zastąpienie krótkiego paska zwykłym sznurem(bez przecinka 'i zwykły sznurek zamiast paska').

Ciepła kąpiel,(bez przecinka) była rarytasem, którego (który) można sobie było podarować(szyk – można sobie podarować).

Pół roku temu, o ile się nie mylił.(tu dałabym przecinek zamiast kropki, gdyż następne zdanie jest uzupełnieniem) Ale Kastor rzadko się mylił w takich sprawach.

To była część miasta Frankfurt,(bez przecinka) nad Odrą. Ładne, nieduże, w większości zniwelowane do poziomu fundamentów lub góra(co najwyżej) parterowych szkieletów.

Przez środek przepływa(zmiana czasu – przepływała) leniwie niewielka rzeka w szerokim korycie, oba brzegi łączy tam most(z mostem łączącym oba brzegi – choć ta część zdania jest zbędna moim zdaniem, ponieważ w miastach zwykle są mosty i byłoby bezsensem, gdyby nie łączyły brzegów, chyba że jakiś szalony artysta zbudowałby taki futurystyczny pomnik kończący się pośrodku rzeki).

Przy wylocie mostu czworobok bloków,(bez przecinka) w dość dobrym stanie oraz jakiś kościół,(myślnik zamiast przecinka) (wszystko) otoczone murem z betonowych płyt i wszelakiego śmiecia stanowiły(o) dom dla dość przyjaznej społeczności.

Kastor na same(o) wspomnienie ścisnął mocniej bełt, który obracał w palcach już od dłuższej chwili.

Tak, zostawił tam kilka bełtów, teraz ma już tylko pięć, przyklejonych taśmą klejącą do kieszeni, po wewnętrznej stronie płaszcza.

Zaczął się już wycofywać (w) stronę zeschłego lasu(przecinek) kiedy nagle usłyszał charakterystyczny warkot silnika spalinowego.

Kuba – słowem wstępu (Jakub 1696)

(Urządzenie miało) Miał osobną sprężynę napędzającą wskazówki,(bez przecinka) i osobną dzwonka(dzwonek).

Wyłączył dzwoniące cholerstwo, złapał za pokrętło(przecinek) ale ku jego zdziwieniu sprężyna była już napięta.

Trochę dziwne, bo jak snów się zwykle(snów naogół się) nie pamięta, to sprawa budzika nieco go niepokoiła.

Obmył się przy umywalce,(bez przecinka) wodą w prawdzie (wprawdzie – tu jest w znaczeniu: mimo że, jakkolwiek, a nie w znaczeniu prawdy jako takiej – 'życie w prawdzie') do picia niezdatną, za to mile pachnącą.

Dalej koszulka(brzmi tak, jakby obmył też koszulkę – powinno być 'Następnie włożył koszulkę oraz materiałową kurtkę z naszywką "Jakub 1969, strażnik), materiałowa kurtka z naszywką. Jakub 1696, strażnik.

Przy odrobinie zaparcia(wytrwałości?) pozbędzie się narośli.

Wychodząc(przecinek) zamknął drzwi kartą magnetyczną,(bez przecinka) pełniącą funkcję identyfikatora, klucza, karty żywieniowej i wstępu do rekreacji.

– Dzień dobry panu, panie Jakubie, mam nadzieję że wypoczynek udany(kropka) – Wacław, zarządca budynku powitał Kubę wesołym głosem(przecinek) nawet go nie widząc.

– Dzień dobry(przecinek) panie Wacławie.

– Ma pan, panie Jakubie(przecinek) na myśli schody czy wentylator(bez spacji) ? Złożyłem już odpowiedni wniosek(przecinek) panie Jakubie – dorzucił(przecinek) wyprzedzając którąkolwiek odpowiedź(z odpowiedzi),(i zamiast przecinka) robiąc przy tym wyjątkowo smutną minę bezradności(kropka) – Przedwczoraj był człowiek z utrzymania i konserwacji.

Spróbują nam go wymienić(przecinek) jak skończą z kanalizacją.

– Nie wiem, nie pytałem(kropka)(Z)zarządca zrobił jeszcze bardziej smutną minę, nie mogąc odpowiedzieć na to pytanie.

Kuba kiwnął mu głową(przecinek) po czym wyszedł na ulicę.

– Cześć, miłego dnia życzę(kropka)(U)ukłonił się przechodzień. – Zapowiada się dzisiaj ładny dzień, co?

– Dzisiaj nie, będzie ładnie cały czas. Miłego dnia! – (o)Odkrzyknął przechodzień.

(dlaczego w całym fragmencie poniżej brak akapitów?!)

Agata – słowem wstępu

– Nie, zostaw to, to nie ma sensu.
– A tak chciałem zobaczyć tylko, co tu nawpisywał.
– Kto? Darek?
– No Darek. Swoją drogą, ile go już nie ma, cztery dni?
– Tak jest. Idiota i tyle, sam sobie winny.
– Dlaczego?
– To ty nie wiesz? – (Ś)śmiech.
– Nie wiem, opowiadaj.
– Co opowiadaj. Idź do niego w odwiedziny, to może ci powie.
– Nie zarażę się niczym?
– Z tego(przecinek) co wiem, głupota nie jest zbytnio zaraźliwa.
– Nie bądź taki, gadaj.
– No dobra – znowu śmiech – tylko nie wiesz tego ode mnie, tak?
– Jasne. Gadaj!
– No więc on z tą swoją Kasią mieli jakieś święto ostatnio, więc Darek załatwił dwie butelki alkoholu.
– Co? Jak…
– Cicho. No więc impreza udana i w ogóle…
– Ja bym nigdy nie brał tego świństwa do ust, wiesz(przecinek) z czego to jest zrobione?
– Kurwa, mam opowiadać, czy nie?
– Mów, już nie przerywam.
– No więc przychodzi tu rano, i suszy go jak nie wiem co. Rozumiesz, kac po prostu. Nawet nie wyglądał źle, trochę go głowa bolała(przecinek) ale suszyło go niesamowicie. Więc co zrobił?
– Nie wiem, ja bym poszedł do kafejki…
– Też tak chciał, ale mu powiedziałem, żeby się lepiej zastanowił, bo śmierdziało mu z gęby(przecinek) jakbyś butelkę wąchał. No więc, co byś zrobił?
– No to nie wiem, do siebie?
– Właśnie, mógł wrócić do siebie, ale stał się nagle bardziej kreatywny. Wziął kubek i nabrał sobie wody z akwarium.
– Aha, no też rozwiązanie.
– Też rozwiązanie? Głupi jesteś tak jak on! Osobiście wprowadził tam zarodki jakichś glonów. Nawet Geldbaum przy tym był. Kilka dni temu!
– O kurcze…
– No, kurcze, kurcze! – (Ś)śmiech.
(i dlaczego są gołe dialogi, nie wiadomo, kto mówi ani do kogo – przynajmniej przy kilku należało dodać, kim są rozmówcy, kto opowiada, a kto słucha)

Kucająca w korytarzu nieopodal dziewczyna powoli zebrała już wszystkie papiery, które tam szybko opuściła(nie wiem, o co chodzi?).

Przechodząc obok otwartych drzwi laboratorium numer 7(siedem i przecinek) zajrzała do środka.

Mimo tego(przecinek) to on zauważył ją pierwszy.

Biedna dziewczyna tak się przestraszyła głośnego okrzyku, że potknęła (się i przecinek) prawie na powrót rozsypując papiery.

– Dzień dobry, witam – zaskomlała, poprawiając teczkę i czmychając dalej,(bez przecinka) korytarzem.

– Kto, Agata? – Aleks z ledwością kończył się śmiać z własnej opowieści. (Aleks nie załapał w pierwszej chwili, nadal rozbawiony własną opowieścią.)

– Hej, a jak myślisz, ma te okulary do chodzenia(przecinek) czy do czytania?
– O, jak by to miały być do chodzenia, takie denka, to wyobraź sobie(przecinek) jak by wyglądały do czytania! Takie!

Minęła windę transportową,(i zamiast przecinka lub ruszając – po przecinku) ruszyła (z) powrotem w korytarze bardziej uczęszczane.

W końcu dotarła do drzwi z napisem kierownik i doklejoną tabliczką Adam Geldbaum,(bez przecinka, a oba podkreślenia dobrze byłoby zaakcentować cudzysłowem albo kursywą) tuż obok dużej windy osobowej.

– O, jesteś(przecinek) moja panienko. Co tam przyniosłaś?

– Czytałam, ale… – wzięła oddech – (j)Ja nie lubię szczurów.

– Wiem(przecinek) co to jest nauka – Agata zrobiła urażoną minę.

– Felewski napisał, że wszystko o dupę rozbić w podsumowaniu(to bym przeniosła po 'napisał'). – Agata rzuciła kierownikowi teczkę na biurko. Naprawdę nie interesowała się chemią, medycyną, botaniką,(bez przecinka) ani niczym w tym stylu.

Skończone, mam nadzieję, że większość wyłapałam. Cały ostatni fragment pozbawiłeś akapitów, to tak, jakbyś włożył szpilki, obrywając obcasy.
Mam mieszane odczucia, jeśli chodzi o treść. Rozumiem, że to jest postapo, ale ani słowa, jak, kiedy i co się zdarzyło przed. Wprowadzasz kilka postaci, w sumie interesujących, pozornie ze sobą niezwiązanych, opisując je w sposób zagadkowy, zachęcający. Masz ciekawy styl, mimo wielu potknięć. Wystarczyłoby nad tekstem porządnie popracować, a mogłoby być naprawdę fajnie, bo nawet tak, jak jest, wzbudza ciekawość. Nie nudziłam się, czytając, a to już dużo. Nanieś akapity, poprawki, może dorzucą ci coś inni forumowicza albo Stu czy Vet. Wtedy zobaczymy, co z tego wyniknie. Sci-Fi to nie moja specjalność, ale muszę przyznać, zainteresowałeś mnie.
Psiakrew, Stu mnie wyprzedził, ale ja poleciałam po całości :D.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#4
Nie wiem, jak jest w szpilkach bez obcasów...
Postapo, tak jest. Co było przed, nie ma znaczenia. Ważne, co jest teraz. Dalej wojna, dalej się biją, wyrywają strzępy a gęb, jeden drugiemu. Nikt się niczego nie nauczył, chociaż może? Coś oprócz świata wokoło się zmieniło, coś w ludzkiej mentalności być może. Inne surowce zaczęły wchodzić w grę. Spoiler? Nie, raczej nie.
Postaci faktycznie, pozornie nie związane ze sobą, a niektóre nawet się nie zobaczą. Do tego kilka dojdzie w trakcie, mam tego ogólnie sporo. Historia o miłości, o przetrwaniu, o cwaniaku jak i o oszukanym. Cała talia kart. Oto mój największy projekt, pierwszy pisarski i pewnie skapciały pod wieloma względami, ale bardzo chcę się tym podzielić. Dziękuję za poprawki jak i za wyrozumiałość i wytrwałość.

(02-07-2015, 23:52)Nawka napisał(a): (dlaczego w całym fragmencie poniżej brak akapitów?!) – Nie wiem, ja tam je widzę.

(i dlaczego są gołe dialogi, nie wiadomo, kto mówi ani do kogo – przynajmniej przy kilku należało dodać, kim są rozmówcy, kto opowiada, a kto słucha) – W tym momencie ta dziewczyna niezdarna stoi w przejściu. Rozsypała jakieś tam papiery, więc je zbiera, mimochodem słuchając konwersacji. Wybacz, nie opisałem tego idealnie (hehe).
Napisałem tego łajna z dwieście stron, potem przerzuciłem się na inne opowiastki. Teraz dopiero zaczynam to poprawiać, raczkując w sferze poprawności...
Odpowiedz
#5
(02-07-2015, 23:52)Nawka napisał(a): (dlaczego w całym fragmencie poniżej brak akapitów?!) – Nie wiem, ja tam je widzę.

Faktycznie są, chyba byłam zbyt zaspana albo ten ciąg dialogów mnie zmylił – uprzejmie proszę o przyjęcie przeprosin:).
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#6
Cz. Pierwsza. 13 września 178 r.
„Ojciec mówił, że przywódca może być tylko jeden.
Ojciec mówił, że należy rozważnie przyznawać podwładnym władzę. Każdy oficer musi wiedzieć, że jest niczym palec u dłoni dowódcy. A dowódca musi pamiętać, że ilekroć paznokcie urosną zbyt długie, należy je podciąć.
Ojciec miał lepsze i gorsze dni, wielkie myśli i niezrozumiałe porównania. Ale ostatecznie jego też dopadli.
Ojciec powiedział, że zbyt dużo palców sprawia, że dowódca może nie nadążyć z obcinaniem paznokci. To były jego ostatnie słowa.
Jego zabójca postawił mu pomnik.
Zanim i jego zabili”.


Beda vs Niklas
Beda podrapał się po policzku. Leżał w wysokiej, zeschłej trawie już pół nocy i jej obecność tak blisko twarzy coraz bardziej go denerwowała. Nie, żeby nie był przyzwyczajony do krycia się, nawet wśród takich stwardniałych odrostów. Po prostu nie lubił, gdy muskają mu twarz w swym zalotnym tańcu z wiatrem. Ulgę przynosiło tylko stłumione prychanie Ansgara, który leżał tuż obok. Biedak miał wyjątkowo delikatną skórę, a do tego najprawdopodobniej był w jakiś sposób uczulony na trawę. O ile to możliwe. Jego twarz w całości pokrywały nabrzmiałe, poparzone, miejscami lśniące krwią pręgi niczym pajęczyna. Całe szczęście dzień prawie się już zaczął. Słoneczna poświata rozszerzyła swe panowanie na większość skrytego wiecznym pyłem nieba. Beda nienawidził okresu przejściowego między dniem a nocą. Tracił wtedy ostrość widzenia, nie mógł na dłużej zogniskować wzroku. Miewał trudności z oceną odległości. Zastanawiał się, czy inni też mają podobne trudności. Tak czy inaczej nie warto się chwalić.
Vlad? – Zabrzęczała cicho słuchawka. Beda oszczędnym ruchem przetarł gogle i spojrzał przed siebie. U podnóża pagórka, na którym się znajdował, wyrastały niewielkie domostwa. Dwa przedwojenne betonowe budynki przycupnięte przy ledwo widocznej szosie, otoczone drewniano-blaszanymi lepiankami. Stara stacja paliw w towarzystwie karykaturalnych szop, w tym jedna wielkością dorównująca stacji i do tego jedyna dwupiętrowa.
Dwóch na zachodzie przy cysternie, jeden na werandzie przy stacji.
Filip?
Najwyższy czas – pomyślał Beda. Coś się zaczyna.
Wszyscy się pochowali. Głównie do tego wysokiego budynku przy drodze. Jeden w wychodku chyba.
Jak to chyba?
Nie jestem pewien, czy wyszedł.
Spałeś?
Nie.
Weller, czy Filip spał?
Cisza.
Weller!
Proszę powtórzyć? – Trzasnęło w słuchawce.
Spałeś?
Nie. – Znowu szum i trzask w słuchawce..
A Filip spał?
Nie spałem.
Nie spał. – Trzask. Coś było nie tak z mikrofonem Wellera.
Przecież mieliśmy tu leżeć.
I obserwować, do cholery!
Śmiech. Leżący obok Kurt nie wytrzymał.
Dobra. Wchodzimy za dziesięć minut. Cisza.
Beda Spojrzał na Ansgara, który rozdrapywał czerwoną bruzdę na policzku. Teraz jakby nabrzmiała i podeszła krwią. Ansgar odwzajemnił spojrzenie, po czym wystawił pięść i wyprostował środkowy palec. Beda sprawdził jeszcze raz strzelbę, przetarł gogle. Zaczęło się robić chłodno, pomimo tego poczuł, jak strużka potu wciekła mu w jakiś sposób pod okular i spływała teraz z wolna niebezpiecznie blisko oka. Po cholerę mi te gogle, i tak nie wieje.
Tu Mamut. Jeden wychodzi ze stacji.
Kurt wtulił się w swój karabin.
Widzę go. – Po krótkiej obserwacji przetarł lunetę. – Chyba idzie w stronę ruin.
Po co?
Nie wiem, skąd miałbym to wiedzieć?
Tu Mamut. Ma plecak, kieruje się do ruin. To chyba jakiś wędrowiec.
Ucieka?
Idzie sobie.
Co robimy?
Czekać.
Ciemna postać wyszła zza budynków po przeciwnej stronie lepianek i Beda zaczął śledzić ją wzrokiem. Skierowała się równolegle do szosy, a właściwie strupów pozostałych po dawnej nawierzchni, prosto do pierwszych, zrównanych prawie do gołej ziemi budynków miasta. Rozmazywała mu się w porannym półmroku, ale trzeba przyznać, że nigdy nie miał wspaniałego wzroku. Przydałaby mu się luneta optyczna. Taka, jaką miał choćby Kurt. Dalej, na tle przesłoniętego szarą mgłą horyzontu malowały się wystrzępione mury ratusza. Resztki miasta, kilka szkieletów pozbawionych dachówek, samotnych ścian, rysowały się coraz wyraźniej, w miarę, jak nocny całun wypierała szaro-czerwona poświata poranka, a tę w końcu stonowany odcień dnia. Beda powoli dostrzegał w oddali coraz więcej szczegółów. Na górującej nad pozostałymi budynkami wieży ratusza znajdował się zegar mieniący błyszczącymi wskazówkami. Na szpicy prężył się pośniedziały kogut. Dużo budynków miasta oparło się działaniu żywiołów, codziennie podejmujących ten sam trud. Zniwelować wszelkie ślady upadłej cywilizacji.
– Jadą – powiedział Ansgar. Po chwili zreflektował się, otarł palec z krwi i aktywował mikrofon. – Jadą.
Na szosie pojawił się samochód terenowy, a za nim dwie ciężarówki. Powoli w dolince narastał niemiarowy warkot silników. Ludność miasteczka wyłoniła się z domów po to tylko, by obrzucić ciemne sylwetki na szocie zlęknionym spojrzeniem i skryć się na powrót. Trzy pojazdy wtoczyły się pomiędzy budynki, zatoczyły okrąg wokoło od dawna już nie działających dystrybutorów i warkot silników ucichł. W półkolu, jakie utworzyły, znajdowali się już tylko trzej miejscowi.
Wychodzą – Zabrzęczało w głośniczku.
Wiem, widzę przecież – jęknął Beda i poprawił się w pozycji strzeleckiej. Drzwi terenówki otworzyły się i wyskoczyli z niej dwaj mężczyźni. Rozejrzeli się i z wolna podeszli do miejscowych. Wymieniono uściski dłoni, zaczęła się rozmowa. Beda nie słyszał słów, ale po gwałtownej gestykulacji domyślał się, że konwersacja nie idzie, tak jak powinna. Po chwili jeden z miejscowych ruszył w kierunku dwupiętrowego budynku. Przystanął jednak, obrócił się i rzucił parę najprawdopodobniej gniewnych słów.
– To pik!
– Co? – Beda obrócił się w lewo, by spojrzeć na znajdującego się tam Kurta z okiem przyklejonym do celownika optycznego.
– To pik. Ten z terenówki.
Wymienili spojrzenia. Piki. Cholerne, zadufane w sobie piki.
– Walet. – Dodał Kurt.
– Co takiego? Jesteś pewny?
– Wąsaty. Może Zielak. To nie wygląda dobrze.
– Zawrzeć mordy – syknęła Ruth. – Bezmyślne chuje!
– To na pewno Zielak – stwierdził Kurt po chwili. – Widziałem jego twarz, jak się obrócił…
– Niesubordynowany idioto nie zaznasz snu, już się ciocia Ruth tobą zajmie! Morda w kubeł! – syknęła Ruth. Ich „dziesiątka”. Już się denerwowała. Nie wiadomo tylko, czy powodowała to obecność pików w samochodach, czy jakaś inna, kobieca przypadłość.
Coś się dzieje. Dach na magazynie na północy. – Zgrzytnęło w głośniczku.
– To obora, nie magazyn – mruknął Mamut.
Ruth splunęła, przykładając lornetkę do gogli. Zły znak.
Gestykulacja przy dystrybutorach przybrała agresywny wymiar.
– Co tam jest? – Ruth zrezygnowała z używania łączności radiowej.
– Dwóch gości, nie widzę dokładnie – odpowiedział leżący najbliżej niej Mamut.
Kurt?
Dwóch gości z jakąś skrzynką.
Jeden z mieszkańców rozpostarł ręce na boki, odwrócił się do żołnierzy plecami i ruszył w kierunku dwupiętrowego budynku. Pozostali zaczęli się wycofywać.
Rzucił coś!
Co takiego?
Dwójka żołnierzy wyjęła broń. Dało się słyszeć jakieś krzyki.
Nie wiem. Czymś rzucił.
Kamień chyba, nie wierzę! – Znowu trzaski mieszające się ze śmiechem.
Weller, zrób coś z tymi trzaskami w końcu.
Granat! Kurwa granat!
Żołnierze rzucili się do ucieczki w kierunku swoich pojazdów.
Co się dzieje?
Nie wiem…
Rzucił granat! – Zabrzęczało z charakterystycznym sprzężeniem w słuchawce. Ktoś z konwoju musiał nadawać na wszystkie kanały.
Nic się nie dzieje!
Spokojnie, w pizdu wasza!
Cisza! Kurt, co robią?
Nic. Zaraz! Czekaj… Znowu czymś rzucili i padli na dach. To ci z dachu chyba.
Odpalać! – Znowu ten z konwoju.
Nie, spokojnie. Czym rzucają?
Nie wiem, kurwa, może kamieniami?
Mieszkańcy zaprzestali biegu, chowając się za rogami budynków. Silnik jednej z ciężarówek zaryczał. Kłęby czarnego dymu wypełniły obłokiem przestrzeń pomiędzy dystrybutorami.
Co się stało? – Ktoś z konwoju.
Nic chyba… – Znowu ktoś konwoju. Chyba. Beda zaklął w myślach. Powinni wymyślić jakiś sposób na odróżnienie nadawców. Może by się chociaż zaczęli meldować?
Tu coś jest…
Spóźnione echo wystrzału dotarło do wzniesienia. Tak, jakby wszyscy na to czekali, a teraz gdy nagle marzenia się ziściły, nikt nie ma pojęcia, co zrobić. Przez krótką chwilę.
***
Niklas przeszedł przez wał, oglądając się za siebie. Nie zauważając nikogo, kto by go śledził, zszedł do koryta płynącej tu kiedyś niewielkiej rzeczki i ruszył jej biegiem, oddalając się od szosy łączącej osadę z ruinami miasta. Po kilkuset krokach wyszedł po drugiej stronie, naprzeciw ściany zrujnowanego budynku. Lawirował jeszcze chwilę, starając się nie skręcić nogi na odpadkach znajdujących się wokoło resztek zabudowań. Przebiegł wzdłuż sterczących na dwa metry w górę resztek dość długiego bloku. Jednego z trzech okalających dawny plac zabaw straszący trupami huśtawek i powyginanymi szkieletami drabinek.
Uśmiechnął się, słysząc rżenie koni. W miejscu oddalonym o kilkanaście metrów od umówionego. Dowcipniś zmienił kryjówkę? Rozejrzał się dokładnie, po czym ruszył najciszej, jak potrafił, w miejsce, gdzie spodziewał się znaleźć zwierzęta. Przy wyrwie, pozostałej po dwuskrzydłowych drzwiach odetchnął po raz ostatni, po czym wskoczył do środka.
Dwa konie. Na podłodze złożony dywan, kilka rozrzuconych węgielków po niewielkim ognisku. A gdzie… ?
– Nie bądź za sprytny!
Niklas podskoczył wbrew sobie.
– Pawełek!
– Co Pawełek? Czyżbym cię przestraszył? Wybacz. – Wychodząc zza ściany, Paweł zrobił skruszoną minę. – Masz coś dla mnie?
– Niby co?
– Nie wiem. Kurczaka?
– A skąd ja ci wezmę kurczaka?
– Myślałem, że mi kupisz! Nic nie dbasz o przyjaciela – stwierdził z wyrzutem.
– Marzyciel! – prychnął Niklas, podchodząc do swojego zwierzęcia.
– Z tego, co widziałem, mają kurnik.
– Tak, na jajka. Nie ubijają kur, bo im się niewiele zdrowych rodzi. A zresztą, miałeś tu siedzieć i się nigdzie nie ruszać.
– Nudziłem się. Za każdym razem dostaję tę gównianą robotę. Mam już dość czekania, następnym razem ja idę.
– Taka praca. Zwierzęta są niespokojne – stwierdził Niklas, podchodząc do swojej klaczy.
– Tak jest tutaj cały czas. Sam zacząłem się niepokoić. Coś się działo? I dlaczego nic dla mnie nie masz?
– A co mam mieć?
– Mam już dość tej cholernej papki z proszku, miałeś mi załatwić jakiegoś placka albo coś.
– Pokłóciłem się z kucharzem. Słuchaj, tutaj jest coś na rzeczy.
Paweł skrzywił się i wrócił do pakowania po części już zwiniętego posłania. Przez chwilę w milczeniu przygotowali konie do drogi.
– Wyobraź sobie – zaczął w końcu Niklas – że tutaj jest kilku tych armijnych werbowników. W tej chwili. Podobno dzisiaj rano pojawi się większy oddział i będzie się można przyłączyć.
– To znaczy teraz?
– Dokładnie tak. Wiem przez przypadek, bo akurat trafiłem na obrady ich starszyzny.
– Myślałem, że tu nie mają starszyzny, tylko wójta.
– Dzisiaj usłyszałem, że to burmistrz. Nieważne. Spotkali się wszyscy dorośli, a przynajmniej większość. I omawiali, czy czasem całym miastem nie podążyć w szyki tej niebieskiej armii.
– I?
– I co? Nic. Nagadałem im, żeby się porządnie zastanowili, i wymyśliłem jakieś bajeczki o ich barbarzyństwie. Że tylko wojenka im w głowie. Najpierw po przyjacielsku, ale kto nie chce, tego biorą gwałtem. Że żrą własnych poległych i tak dalej.
– I?
– I co?
– No i co ten burmistrz?
– Nie wiem. Skończyło się na tym, że mają sprawę przemyśleć. Naopowiadałem im o ochronie dorobku i ziemi, o którą walczą, którą pielęgnują i dbają już tak wiele lat. Smutno by to było zaprzepaścić, prawda?
– Ha! No tak. Rozumiem, że chcesz zostać i zobaczyć, co się stanie?
– Oczywiście. I przede wszystkim zobaczyć tę całą armię. Bo wygląda mi na to, że wszystko, co słyszeliśmy do tej pory, to jakieś bujdy i bajania. Mamy fart, trzeba to sprawdzić.
Konie poruszyły się niemal jednocześnie, stawiając uszy.
– Widzisz – skinął Paweł – tak jest cały czas, prawie.
Niklas prychnął i wskoczył na siodło. Paweł tuż po nim, po czym skierowali konie na wolną od gruzu alejkę.
– Ale powiedz mi, po co się wpieprzasz?
– O czym mówisz?
– No wiesz, po co nagabujesz tych wsioków przeciwko werbownikom i w ogóle. Po co się wpierdalasz?
– Nie podoba mi się to i już. Miesiąc temu ktoś coś mówił daleko na północy, że widział samochód. A teraz już tutaj. Prawie pod naszymi bramami. Nie podoba mi się to. Lepiej zamieszać i patrzeć, co się stanie w nie swoim garnku, niż…
– Dobra, przestań. – Paweł uciszył towarzysza machnięciem ręki. – Nigdy nie rozumiałem i już chyba nie zrozumiem twoich wywodów. Za dużo się naczytałeś.
Niklas uśmiechnął się, przezornie sprawdzając, czy książka jest bezpiecznie schowana w kurtce. Miał kieszeń zamykaną na suwak, lecz wolał od czasu do czasu sprawdzić. Minęli krawędź budynku, z którego gruz osypał się na obrośnięty szarą trawą chodnik niczym wnętrzności zdechłego wałacha. Tfu! – Niklas skarcił się w myślach. Fatalne porównanie.
I nagle ich uszu dobiegł huk odległego wystrzału. Wstrzymali konie oniemiali. Po chwili martwą ciszę przerwała głośniejsza eksplozja.
***

Kto strzelił? Kto strzela? – Ktoś darł się w nadajnik, nie przestrzegając umowy o nie darciu gęby w nadajnik.
Kurwa, to granat!
Nagła eksplozja targnęła miasteczkiem. Z ziemi wzbiły się tumany kurzu. Jeden z budynków, ten, na którego dachu zauważono postacie, zamienił się w obłok czarnego dymu, rozrzucając wokoło resztki konstrukcji.
Co to było?
Mówi Ruth, do mnie! Przełączyć się na odsłuch talii!
Atak, drętwe pizdy! – Ruth poderwała się, drąc tak głośno, że nie musiała włączać mikrofonu. Beda poderwał się do biegu. Z pojazdów przed stacją paliw wyskoczyło kilka postaci. W tym samym momencie rozległy się strzały.
Kurt, zostajesz! Wiór i Beda, na lewo do cysterny. Mehr i Weller, do pierwszej szopy, Mamut i Filip na prawo. Żwawo, ty ociężała dupo!
– Cały zdrętwiałem. Cały, kurwa, zdrętwiałem! – Wiór darł się, wstając, po czym utykając, rzucił się w dół zbocza.
Beda usłyszał za sobą głośne przekleństwo w panicznej tonacji. Obejrzał się i omal nie zaśmiał, widząc, jak Mamut, mężczyzna ogromnej postury, niezgrabnie przewraca się, nurkując twarzą w twardych chrustach. Towarzyszyło temu głuche stęknięcie. No, przynajmniej nie puścił swej ogromnej giwery! Powietrze rozerwały kolejne, pojedyncze strzały. Beda ku swemu zdziwieniu pędził szybciej, niż wydawało mu się to możliwe, próbując doścignąć Wióra. Kiszki wypełniła mu dziwna pustka. Próżnia podniecenia – jak mawiał Kurt. Ktoś zameldował coś przez radio, ale Beda tego nie dosłyszał. Ciekawe, czy to było coś ważnego? Biegł trzy kroki za wiórem w dół zbocza. Chusta, którą owinął usta i nos zaczynała przeszkadzać w oddychaniu, wciskając się z każdym oddechem go gardła. Mógł ją mocniej związać.
– Widzę z przodu! – krzyknął Wiór.
Beda wymierzył, nim jeszcze się zatrzymał. W tym momencie strzała przemknęła z charakterystycznym świstem. Wiór zaklął głośno, kolana ugięły się pod nim i runął na plecy. Łucznik chował się za cysternę. Beda pochylił się do przodu, naciskając spust. Strzał, posypało się szkło. Przeładowanie, po czym kolejny. W górę nad szoferkę cysterny wzbiła się chmurka pyłu wraz z rykoszetującymi śrucinami. Chyba pudło. Przez siwy dym nie dostrzegał nikogo, ale łucznik pewnie się już schował. Ruszył do przodu, korzystając z pochylonej pozycji, którą przyjął. Dymiąca łuska przeleciała mu przed oczami tuż po tym, jak przeładował. Widział kolejny pocisk wprowadzony do komory.
Iwan, stacja czysta! – doleciało ze słuchawki. Czyli o prawą stronę nie muszę się martwić, tylko ten parking. Ślepe podniecenie zaczęło powoli słabnąć. Zauważył, jak głęboko oddychał. Nie przebiegli chyba tak daleko, żeby się zadyszeć.
Ktoś zza starej furgonetki tuż przed Bedą poderwał się do biegu. Nasz? Nie nasz. Strzał. Nagły obrót połączony odrzutem broni omal go nie obalił. Beda przeładował. Trafiony padł na spękany asfalt parkingu. Beda dopadł do Wióra, który właśnie zauważył sterczącą z nogi strzałę. Przeskoczył nad nim, pędząc w kierunku cysterny.
Pojedyncze strzały przerwała szalona seria z jakiegoś wielkiego kalibru. Gdzieś z tyłu. W słuchawce coś zaszumiało bez żadnego komunikatu.
Beda dobiegł do cysterny, bez namysłu wskoczyć na ciągnik tuż za szoferką. Zahaczył o zwisający z naczepy przewód, omal nie tracąc równowagi. Uwolnił się i zeskoczył za cysternę, mierząc w miejsce, gdzie przed chwilą był łucznik. Chyba jednak trafiony za pierwszym razem, wił się teraz w agonii na ziemi, w powiększającej się kałuży krwi. Oberwał w obojczyk pociskiem przeznaczonym do polowania na większą zwierzynę. Ołowiana kula strzaskała kość, wyrywając pokaźny fragment pleców. Krew waliła z tętnicy jak z fontanny.
Beda, cysterna czysta! – zameldował, rozglądając się. Uspokoił oddech, obejrzał się na Wióra. Ten siedział, oglądając swoją nogę. Chyba wyczuł spojrzenie, bo pomachał ręką. Wszystko w porządku. Beda odwrócił się i podbiegł do stacji paliw. Między dystrybutorami nie było nikogo. W stacji słyszał jakieś krzyki, pewnie groźby. Zajrzał przez okno. Swoi. To dobrze. Przed wejściem do dwupiętrowego budynku po drugiej stronie drogi wypatrzył Ruth. Machnęła na niego.
Ruszył biegiem, odbijając nieco w lewo, by znaleźć się między dystrybutorami. Strasznie mało kryjówek. Dopiero teraz pomyślał, że mógł załadować. Miał na to czas po drodze od cysterny do stacji. Ile już pocisków wystrzeliłem? Pięć? Sześć? Dobiegł do muru. Po drugie stronie wejścia stała Ruth, taksując Bedę spojrzeniem spod okularów. Zaczął przeładowywać. Breneka, dwa pociski śrutowe. Kto by się teraz przejmował, żeby ładować naprzemiennie? Przypomniał mu się Wiór. Obejrzał się za siebie. Jest, kuśtyka w tę stronę. Pomarszczony skurczybyk, cały sękaty od blizn właśnie dorobił się nowej. Jakby nie wystarczała mu i tak pokaźna kolekcja, którą zawsze się chwali. Sękaty wiór, a to dobre!
Kurt, czysto! – dobiegło ze słuchawki.
Tu Mamut, Ruth jestem za wami.
– Za mną! – Ruth krzyknęła nie używając radia i wskoczyła do ciemnego wnętrza, nie czekając na odpowiedź. Beda wyszarpnął palec, który z roztargnienia mu się zaklinował, przy ładowaniu kolejnych naboi. Parter był opanowany, Piotr najwyraźniej wskoczył przez okno lub dostał się tam inną drogą. Ciemne pomieszczenie wypełniała szara, dusząca mgiełka. Pewnie ktoś strącił jakąś lampę płomieniową i coś zaczynało się tlić.
Ruth wskoczyła już na schody. Czarna w mroku jak puma. Beda za nią. Weszli w szeroki korytarz z kilkoma drzwiami do osobnych pomieszczeń. Ruth coś krzyczała, ale Beda zorientował się, że nie potrafi zrozumieć o co mogło jej chodzić. Spróchniałe drzwi nie otworzyły się pod jej buciorem, rozleciały na strzępy pozostawiając dyndającą ramę. Cofnęła się. Następne drzwi. Kopniak. Drzwi trzasnęły, bucior przebił je na wylot. Ruth wpadła do środka, zawiasy puściły. Opadające drzwi przygniotły ją do podłogi. Beda kątem oka zobaczył jakiś cień w pomieszczeniu. Strzał. Szybki i prawie nie mierzony. Na mniej więcej. Zimny pot zalał go niczym wodospad. Nie, jak całun. Głośne przekleństwo. Pocisk wyrwał dodatkowe okno tuż przy ościeżnicy. Beda przebił się przez dym. Chyba jej nie postrzeliłem? Cholera, ale szybko! Świat zatrząsł mu się przed oczyma. Ale wpadka. Wszedł. Ruth wygrzebywała się spod drzwi, na których leżało jakieś cielsko. W końcu wstała spoglądając na niego.
– Dzięki, kurwa! – wrzasnęła. Głośniej, niż kiedykolwiek. Odetchnął. Dopiero zrozumiał, że krew którą była pokryta nie była jej własną. A bezgłowe ciało na podłodze? No, przynajmniej nic nie poczuł, to było pewne.
Wpadła do ostatniego pomieszczenia, drąc się w niebogłosy. Kilka strzałów. Wskoczył tam za nią. Trzy postacie leżały nieruchomo na podłodze w powiększającej się kałuży. Obejrzała się na niego, ściągnęła chustę z twarzy. Jej kamienna do tej pory twarz rozciągnęła się w nagłym uśmiechu, obnażając nieco pokrzywione zęby. Ten widok miał mu zapaść w pamięć do końca życia.
Góra czysto – zameldowała chwytając nadajnik. Nie zrzucając uśmiechu wyjęła sztylet, podskoczyła żwawo do ciał wbijając ostrze w tętnicę szyjną. Tak dla pewności. Potem wytarła broń, minęła go i ruszyła z powrotem w stronę schodów.
Gdy zszedł na parter, zobaczył kilkoro obdarciuchów, skulonych pod ścianą. Beda poczuł, jak wali mu serce. Jeszcze nigdy nie doznał takiego uczucia. Na zewnątrz odgłosy walki ucichły. Pojawił się delikatny wiatr, owiewający chłodnym, uspokajającym powiewem zgrzanych żołnierzy, obniżając poziom adrenaliny. Uspokajając oddech. Na dachu budynku, na którym zauważono dwójkę rzucających czymś tubylców stały teraz cztery postacie. Rozglądające się wokoło. Szukające potwierdzenia, że to już wszystko. Moment ciszy i spokoju. W końcu jednak uszu Bedy zaczęły dochodzić szczątki rozmów. Koniec uniesienia.
– Co to kurwa było, pan mi teraz powie! – Ruth z trudem opanowywała złość. Podeszła do stojących tuż za stacją ciężarówek. Naprzeciw niej stało dwóch innych żołnierzy, z których jeden trzymał za włosy skrępowanego jeńca, szlochającego już od dłuższego czasu. Tak to przynajmniej wyglądało.
– Och, droga koleżanko, trochę cię chyba ponosi?
– A jak mam to później wytłumaczyć? Zamiast rutynowej osłony pacyfikacja! Od tak sobie?
– Chyba się pani nieco zapędziła – odparł tamten wskazując na naszyty na rękawie czarny liść – może się pani powołać na mój raport. Poza tym po co te nerwy, akcja była przeprowadzona bardzo solidnie. No, może poza tym nieregulaminowym zakończeniem.
– Poza zakończeniem? Jak to, co to znaczy poza zakończeniem, kurwa!
– Zachowanie nie do przyjęcia! – uśmiechnął się i delikatnie ukłonił zbliżając się do jej ucha – Chyba mi nie powiesz, że ci się to nie podobało, co?
Rozmowę przerwał jeniec, skupiając na zebranych uwagę głośnym atakiem płaczu.

***

Jechali kłusem korytem wyschniętej przed laty rzeki. Lub takiej, która dawno już zmieniła swój bieg. Dawno już minęli ruiny miasta i zbliżali się do wzgórza, w którego cieniu mieli odbić w kierunku Grzyba, okrążając stację paliw. Niklas obejrzał się za siebie bezwiednie, chyba już trzeci raz. Ruiny miasta, przy którym onegdaj znajdowała się stacja, którą przebudowano na niewielką osadę, w której niedawno gościł, w której nagadał mieszkańcom jakichś bredni, którzy zostali z tego powodu wycięci w pień. Ale numer!
– Coś ty im właściwie nagadał? – Twarz Pawła wyrażała strach z otępieniem.
– Nic takiego, przecież ci mówiłem – zdziwił się Niklas.
– I tak od razu się pozabijali? Widziałeś to?
Oczywiście, że widział. Oboje widzieli, wystawiając głowy zza parowu.
– No trudno, tak też czasem bywa.
– Tak też bywa? Czy ty siebie słyszysz? Po prostu? Właśnie przekonałeś wieśniaków do popełnienia samobójstwa. Tak bywa …
– No to co z tego? Przecież nic nikomu nie kazałem. W zasadzie powiedziałbym, że nawet mamy szczęście!
Chwilę jechali w ciszy. W końcu Paweł prychnął. – Masz szczęście tylko dlatego, że opuściłeś tę dziurę w ostatnim momencie.
– Ha! Na to wygląda – Niklas zaśmiał się, ubawiony niczym pierwszorzędnym dowcipem.
– Jak możesz? – Paweł mruknął pod nosem i popędził konia. Jechali tak chwilę. Niklas dostrzegł to szybkie oburzone spojrzenie. Wzgarda? Ale się zrobił wrażliwy. Trochę strzelaniny zobaczył i już się robi nieprzydatny.
– Słuchaj … – No właśnie, co słuchaj? Niklas uznał, że ma problem. Przepraszał nie będzie, bo i za co? A nie lubił znosić towarzystwa takiej obrażalskiej pizdy. Będzie musiał zmienić partnera.
– Zauważyłeś – podjął w końcu – jak cała sytuacja była przygotowana? Poza samochodami, wiocha była już wcześniej otoczona. Tak na wszelki wypadek? Nie wydaje mi się. Raczej uważam, że wiele się nie myliłem, opisując werbowników jako złowrogie wampiry.
– Powiedziałeś im, że to są wampiry?
– Nie, z resztą pewnie bym im musiał później tłumaczyć, co to znaczy. Ale mieli już odpowiedź na odmowę, czyż nie tak? Lepiej, żebyśmy my zawczasu lepiej się przygotowali na podobne spotkanie.
– Myślisz, że do tego dojdzie?
– Myślę, że to wręcz nieuchronne. Zauważ, miesiąc temu jak daleko natknęliśmy się na jakąkolwiek informację o tak dobrze zorganizowanej i zaopatrzonej grupie? Prawie na kresach naszego rewiru. A teraz są prawie pod Grzybem. Paweł zasępił się. Bardzo dobrze, niech się boi i niech duma.
Przemierzyli pole zarośnięte jakiegoś rodzaju uprawą, poszarzałą, w ciemnożółte plamy, sięgającą od metra do półtora wysokości. Przekroczyli rów i wjechali na asfaltową drogę. Po obu jej bokach sterczały bezlistne drzewa, dziwnym uporem trzymające się życia. Co jakiś czas mijali pordzewiały wrak samochodu, przegradzający połowę jezdni. Większość gratów została jednak zepchnięta do jednego z rowów ciągnących się wzdłuż drogi.
– Cholera, nie lubię jechać po ulicy – Paweł zaczął wiercić się w siodle.
– A co, wolisz jak w oczy włazi ci pył?
– Nie, no pył jest najgorszy. I jak na skaranie jest prawie wszędzie.
– A co ci przeszkadza w ulicy?
– Mój koń zaczyna kuśtykać. I nieważne, czy pogubił już podkowy, czy zadbany i świeżo podkuty.
Niklas zaśmiał się. Fatycznie, wierzchowiec towarzysza zaczął już zanosić zadem mocniej w prawą stronę. Paweł zjechał na pobocze. Przy krawędzi nawierzchnia skruszała już w większości, pozostawiając pokrytą mchem ziemię. Gorzej, bo koń mógł w ten sposób natrafić na jakiś obluzowany fragment byłej nawierzchni i okuleć. Niklas chciał zwrócić mu na to uwagę. Znowu. Ale powstrzymał się. Nagle zatrzymał konia wstając w siodłach.
– O kurwa, a to co? – Spojrzeli na siebie jednocześnie.
Niklas obejrzał się. Z tyłu, nieopodal wzgórza które objechali wznosił się obłok kurzu. Nie, to nie był porwany wiatrem pył. Ktoś jechał korytem rzeki.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
(05-07-2015, 12:29)Kurojatka napisał(a): Beda vs Niklas

Po prostu nie lubił, gdy muskają mu twarz,(bez przecinka) w swym zalotnym tańcu z wiatrem.

Biedak miał wyjątkowo delikatną skórę(przecinek) a do tego najprawdopodobniej był w jakiś sposób uczulony na trawę.

Vlad?(Z)zabrzęczała cicho słuchawka.

Zaczęło się robić chłodno, pomimo tego poczuł, jak strużka potu wciekłą(a) mu w jakiś sposób pod okular i spływała teraz z wolna niebezpiecznie blisko oka.

Skierowała się równolegle do szosy, a właściwie strupów pozostałych po dawnej nawierzchni(przecinek) prosto do pierwszych, zrównanych prawie do gołej ziemi budynków miasta.

Rozmazywała mu się w porannym półmroku(przecinek) ale trzeba przyznać, że nigdy nie miał wspaniałego wzroku.

Przydała by (Przydałaby) mu się luneta optyczna.

Resztki miasta, kilka szkieletów pozbawionych dachówek, samotnych ścian(przecinek) rysował(rysowały – to dotyczy resztek miasta, jak sądzę) się coraz wyraźniej, w miarę(przecinek) jak nocny całun wypierała szaro-czerwona poświata poranka, a (tę)w końcu stonowany odcień dnia.

Na górującej nad pozostałymi budynkami wieży ratusza znajdował się zegar,(bez przecinka) mieniący błyszczącymi wskazówkami.

Na szpicy,(bez przecinka) prężył się pośniedziały kogut.

Dużo budynków miasta oparło się działaniu żywiołów,(przecinek) codziennie podejmujących ten sam trud.

– Jadą – powiedział Ansgar. Po chwili zreflektował się, otarł palec ze (z) krwi i aktywował mikrofon.

W półkolu, jakie utworzyły(przecinek) znajdowali się już tylko trzej miejscowi.
Wychodzą(Z)zabrzęczało w głośniczku.

– Co? – Beda obrócił się w lewo(przecinek) by spojrzeć na znajdującego się tam Kurta,(bez przecinka) z okiem przyklejonym do celownika optycznego.

– To na pewno Zielak.(bez kropki)(s)Stwierdził Kurt po chwili. – Widziałem jego twarz, jak się obrócił …

– To obora, nie magazyn.(bez kropki)(m)Mruknął Mamut.

Ruth splunęła(przecinek) przykładając lornetkę do gogli. Zły znak.

– Dwóch gości, nie widzę dokładnie.(bez kropki) (o)Odpowiedział leżący najbliżej niej Mamut.

Rzucił granat! (Z)zabrzęczało z charakterystycznym sprzężeniem w słuchawce. Ktoś z konwoju musiał nadawać na wszystkie kanały.

Cisza! Kurt(przecinek) co robią?

Co się stało? (K)ktoś z konwoju.

Nic chyba… – Znowu ktoś (z)konwoju.

Powinni wymyśleć(spacja)jakiś(spacja)sposób na odróżnienie nadawców.

Tak, jakby wszyscy na to czekali, a teraz gdy nagle marzenia się ziściły, nikt nie ma pojęcia(przecinek) co zrobić.
***
Nie zauważając nikogo, kto by go śledził, zszedł więc (zbędne)do koryta płynącej tu kiedyś niewielkiej rzeczki i ruszył jej biegiem, oddalając się od szosy łączącej osadę z ruinami miasta.

Jednego z trzech,(bez przecinka) okalających dawny plac zabaw,(bez przecinka) straszący trupami huśtawek i powyginanymi szkieletami drabinek.

Uśmiechnął się w zaułku utworzonym przez gruzowisko(tak jakby gdzie indziej nie można było się uśmiechać, moim zdaniem to jest zbędny ozdobnik, nadmiar opisu). Rżenie koni(to bym połączyła z poprzednim zdaniem – Uśmiechnął się, słysząc rżenie koni).

W miejscu oddalonym o kilkanaście metrów dalej(zbędne) od umówionego.

Parę kroków wzdłuż ściany, pochylał się, by nie zostać zauważonym przez niewielkie okienka(okienka nie mogą nikogo zauważyć – Idąc wzdłuż ściany, pochylił się, by nie zostać zauważonym).

Przy wyrwie,(bez przecinka) pozostałej po znajdujących się tu,(zbędne, skoro jest wyrwa, to znaczy, że już się tu nie znajdują) najprawdopodobniej dwuskrzydłowych drzwiach odetchnął po raz ostatni, po czym wskoczył do środka.

A gdzie…(?)

– Co Pawełek? Czyżbym cię przestraszył? Wybacz. – Wychodząc zza ściany(przecinek) Paweł zrobił skruszoną minę. – Masz coś dla mnie?

– Myślałem, że mi kupisz! Nic nie dbasz o przyjaciela.(bez kropki)(s)Stwierdził z wyrzutem.
– Marzyciel! – (p)Prychnął Niklas, podchodząc do swojego zwierzęcia.

– Z tego(przecinek) co widziałem, mają kurnik.

A z resztą('zresztą' – w sensie 'poza tym' 'ponadto', 'z resztą' – odnosi się do reszty pozostałej z jakiejś liczby, ilości – przyszłam z resztą twoich rzeczy, wydałam 55 zł z drobną resztą),(bez przecinka) miałeś tu siedzieć i się nigdzie nie ruszać.

– Taka praca. Zwierzęta są niespokojne.(bez kropki)(s)Stwierdził Niklas(przecinek) podchodząc do swojej klaczy.

I omawiali(przecinek) czy czasem całym miastem nie podążyć w szyki tej niebieskiej armii.

– Ha! No tak. Rozumiem, że chcesz zostać i zobaczyć(przecinek) co się stanie?

– Oczywiście. I przede wszystkim (z)sobaczyć tę całą armię. Bo wygląda mi na to, że wszystko(przecinek) co słyszeliśmy do tej pory to jakieś bujdy i bajania.

Lepiej zamieszać,(bez przecinka) i patrzeć(przecinek) co się stanie w nie swoim garnku(przecinek) niż…
– Dobra, przestań(kropka) – Paweł uciszył towarzysza machnięciem ręki – Nigdy nie rozumiałem i już chyba nie zrozumiem twoich wywodów.

Tfu(kropka) – Niklas skarcił się w myślach.

– Kto strzelił? Kto strzela? –(spacja i dalej dużą literą)ktoś darł się w nadajnik(przecinek) nie przestrzegając umowy,(bez przecinka) o nie darciu gęby w nadajnik.

– Ruth(nie mam pewności, ale chyba tu przecinek) do mnie!

– Atak, drętwe pizdy! – Ruth poderwała się(przecinek) drąc (wrzeszcząc) tak głośno, że nie musiała włączać mikrofonu.

– Kurt(przecinek) zostajesz! Wiór, Beda(tu też przecinek) na lewo do cysterny. Mehr, Weller(przecinek) do pierwszej szopy, Mamut, Filip(przecinek) na prawo. Żwawo, ty ociężała dupo!
(mam nadzieję, że nie błądzę przecinkami w tych miejscach – Stu, Vet, ratunku!

– Cały zdrętwiałem. Cały, kurwa, zdrętwiałem! – Wiór darł się(przecinek) wstając, po czym utykając(przecinek) rzucił się w dół zbocza.

Obejrzał się i omal nie zaśmiał, widząc jak Mamut, mężczyzna ogromnej postury(przecinek) niezgrabnie przewraca się, nurkując twarzą w twardych chrustach.

No,(bez przecinka) przynajmniej nie puścił swej ogromnej giwery!

Biegł trzy kroki za wiórem(Wiórem – to jest pseudonim, nazwa własna) w dół zbocza.

Chusta, którą owinął usta i nos(przecinek) zaczynała przeszkadzać w oddychaniu, wciskając się z każdym oddechem go (do)gardła.

Beda pochylił się do przodu(przecinek) naciskając spust.

Przeładowanie(przecinek) po czym kolejny.

W górę(przecinek) nad szoferkę cysterny wzbiła się chmurka pyłu wraz z rykoszetami.

Ruszył do przodu, korzystając z pochylonej pozycji(przecinek) którą przyjął.

Nagły obrót połączony (z) odrzutem broni omal go nie obalił.

Beda dobiegł do cysterny, (by) bez namysłu wskoczyć na ciągnik tuż za szoferką.

Zahaczył o zwisający z naczepy przewód(przecinek) omal nie tracąc równowagi.

Chyba jednak trafiony za pierwszym razem, wił się teraz agonalnie(w agonii) na ziemi, w powiększającej się kałuży krwi.

Oberwał w obojczyk pociskiem,(bez przecinka) przeznaczonym do polowania na większą zwierzynę.

Przed wejściem do dwupiętrowego budynku po drugiej stronie drogi wypatrzał(wypatrzył) Ruth.

Ruszył biegiem, odbijając nieco w lewo(przecinek) by znaleźć się między dystrybutorami.

Po drugie(j) stronie wejścia stała Ruth, taksując Bedę spojrzeniem spod okularów.

Jest, kuśtyka w te(tę) stronę.

Pomarszczony skurczybyk, cały sękaty od blizn(przecinek) właśnie dorobił się nowej.

Jakby nie wystarczała mu i tak pokaźna kolekcja, którą zawsze się chwali(ł).

– Kurt, czysto! – (D)dobiegło ze słuchawki.

– Za mną! – Ruth krzyknęła(przecinek) nie używając radia i wskoczyła do ciemnego wnętrza, nie czekając na odpowiedź.

Ruth coś krzyczała, ale Beda zorientował się, że nie potrafi zrozumieć(przecinek) o co mogło jej chodzić.

Spróchniałe drzwi nie otworzyły się pod jej buciorem, (ale) rozleciały na strzępy(przecinek) pozostawiając dyndającą ramę.

W końcu wstała(przecinek) spoglądając na niego.

– Dzięki, kurwa! – (w)Wrzasnęła. Głośniej,(bez przecinka) niż kiedykolwiek.

Dopiero zrozumiał, że krew(przecinek) którą była pokryta nie była jej własną.

No,(bez przecinka) przynajmniej nic nie poczuł, to było pewne.

Wpadła do ostatniego pomieszczenia, drąc się w niebogłosy (wniebogłosy).

– Góra czysto – zameldowała(przecinek) chwytając nadajnik.

Nie zrzucając(jeśli już to 'nie gubiąc, nie tracąc', ale najlepiej ;z uśmiechem') uśmiechu(przecinek) wyjęła sztylet, podskoczyła żwawo do ciał(a)(przecinek) wbijając ostrze w tętnicę szyjną.

Gdy zszedł na parter, zobaczył kilkoro obdarciuchów(podkreśla to jako błąd, gdyż nie ma go w słownikach, to raczej slang, możesz zamienić na 'obdartusów'),(bez przecinka) skulonych pod ścianą.

Pojawił się delikatny wiatr,(bez przecinka) owiewający chłodnym, uspokajającym powiewem zgrzanych żołnierzy, obniżając poziom adrenaliny.

Na dachu budynku, na którym zauważono dwójkę rzucających czymś tubylców(przecinek) stały teraz cztery postacie.(połącz te zdania – bez przecinka) Rozglądające się wokoło.

W końcu jednak (do) uszu Bedy zaczęły dochodzić szczątki rozmów.

– Co to(przecinek)kurwa(przecinek) było, pan mi teraz powie! – Ruth z trudem opanowywała złość.

Naprzeciw niej stało dwóch innych żołnierzy, z których jeden trzymał za włosy skrępowanego jeńca,(bez przecinka) szlochającego już od dłuższego czasu.

Zamiast rutynowej osłony pacyfikacja! Od(Ot) tak sobie?

– Chyba się pani nieco zapędziła – odparł tamten(przecinek) wskazując na naszyty na rękawie czarny liść(kropka)(M)może się pani powołać na mój raport.

Poza tym(przecinek) po co te nerwy, akcja była przeprowadzona bardzo solidnie.

No,(bez przecinka) może poza tym nieregulaminowym zakończeniem.

– Zachowanie nie do przyjęcia! – uśmiechnął się i delikatnie ukłonił(przecinek) zbliżając się do jej ucha – Chyba mi nie powiesz, że ci się to nie podobało, co?

***
Lub takiej, która dawno już zmieniła swój bieg. Dawno już(zbędne) minęli ruiny miasta i zbliżali się do wzgórza, w którego cieniu mieli odbić w kierunku Grzyba, okrążając stację paliw.

Ruiny miasta, przy którym onegdaj znajdowała się stacja, którą przebudowano na niewielką osadę, w której niedawno gościł, w której nagadał mieszkańcom jakichś bredni, którzy zostali z tego powodu wycięci w pień.(nie jestem przekonana do tego pomysłu z powtórzeniami w tak rozbudowanej formie)

Oboje (Obaj, bo chyba byli tam we dwóch) widzieli, wystawiając głowy zza parowu.

Tak bywa(bez spacji)
– No to(i) co z tego?

Niklas dostrzegł to szybkie(przecinek) oburzone spojrzenie.

– Słuchaj(bez spacji)

Przepraszał nie będzie(przecinek) bo i za co?

– Nie, z resztą('zresztą' inaczej 'poza tym', 'z resztą', czyli z czymś, co ma resztę – już wcześniej wyjaśniałam, na czym polega różnica pomiędzy 'z resztą' a 'zresztą', a ty z uporem powtarzasz ten błąd) pewnie bym im musiał później tłumaczyć, co to znaczy.

Co jakiś czas mijali pordzewiały wrak samochodu,(bez przecinka) przegradzający połowę jezdni.

– Cholera, nie lubię jechać po ulicy(kropka) – Paweł zaczął wiercić się w siodle.

– A co, wolisz(przecinek) jak w oczy włazi ci pył?

Fa(k)tycznie, wierzchowiec towarzysza zaczął już zanosić zadem mocniej w prawą stronę.

Nagle zatrzymał konia(przecinek) wstając w siodłach(w strzemionach).

Z tyłu, nieopodal wzgórza(przecinek) które objechali(przecinek) wznosił się obłok kurzu.

Skończyłam, ale muszę przyznać, że dało mi to w kość:P. Mógłbyś wstawiać krótsze fragmenty, byłoby łatwiej się nad nimi skupić. Ta historia nie nudzi mnie, wręcz przeciwnie, ale jeśli czytasz tak duży kawałek tekstu na monitorze, skupiając się przy tym na błędach, to zatracasz fabułę. Zerknij do innych opowiadań, choćby do mojej "Pięści", zobaczysz, jakie fragmenty powinno się wstawiać, by nie zamęczyć sprawdzających. Uff. Dobra, czekam na ciąg dalszy.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#8
Dobra, zaczynam od początku:

(02-07-2015, 20:45)Kurojatka napisał(a): Wstęp, czyli przedstawienie postaci. 13 wrzesień (września) 178 (r.)

Tak nam lawina stworzenia. (zdanie bez sensu)

Dobrze, że prawie całkowicie wyłysiały, przynajmniej nie lnieje (linieje) do potraw.

Poza tym, (zbędny przecinek) to dobra chwila na ułożenie sobie planu dnia.

Te zawsze trwają (przecinek) nie wiedzieć czemu (przecinek – bo to było wtrącenie) w każdym mieście, które widział.

Za to nie dojrzał w ruinach tego, czego szukał, (zbędny przecinek) lub obawiał się spotkać.

Do uprzątnięcia (co jest do uprzątnięcia(?), bo jakoś nie widzę związku z poprzednim zdaniem), ale kilka ostałych ścian wciąż wydaje się lepszą podstawą do budowy schronienia, niż przewrócony na bok wrak ciężarówki.

Dostrzegł postać, (zbędny przecinek) wychylającą się ze swego domostwa i leniwie kroczącą w kierunku stojącego w niewielkiej odległości szaletu.

Plecak, dwie torebki (przecinek) które nawet dobrze by się prezentowały na wybiegu, gdyby nie liczne naprawy grubą nicią i zastąpienie krótkiego paska zwykłym sznurem.

(...) stanowiło dom dla dość przyjaznej społeczności. Tak przyjaznej, że Kastora nie dość, że przyjęto ciepło (brzydko brzmi – takie podwójne zdanie podrzędne; może coś takiego: Na tyle przyjaznej, że Kastora nie tylko ciepło przyjęto), to (ale) jeszcze nakarmiono za same opowieści o świecie.

Tak, zostawił tam kilka bełtów, teraz ma już tylko pięć, przyklejonych taśmą klejącą do kieszeni, (zbędny przecinek) po wewnętrznej stronie płaszcza.

Urządzenie miało osobną sprężynę napędzającą wskazówki i osobną dzwonek. ( :) Ubawiłem się tym opisem działania – ale od razu zaznaczam, że jest poprawny. Mój uśmiech wynika z uświadomienia sobie, że młode pokolenie nie wie, jak wygląda i działa mechaniczny budzik. Od razu pojawiło się pytanie: Czy ja jestem już taki stary, skoro używałem takiego budzika?)

Coś mu się musiało przyśnić z tym zegarem, bo najwyraźniej nakręcił go wieczorem. (o ile dobrze pamiętam, to taki budzik trzeba było nakręcać codziennie... o mniej więcej stałej porze)

Trochę dziwne, bo jak snów naogół się nie pamięta (weź dobrze nanieś poprawkę od Naw), to sprawa budzika nieco go niepokoiła.

Obmył się przy umywalce wodą (przecinek) mimo że niezdatną do picia, to mile pachnącą.

Dzień dobry panu, panie Jakubie, (raczej kropka i dalej dużą literą) mam nadzieję (przecinek) że wypoczynek (był) udany.

Dzień dobry (przecinek) panie Wacławie. Wydaje mi się (przecinek) że powinno się z tym coś zrobić?

Złożyłem już odpowiedni wniosek, panie Jakubie – dorzucił (przecinek) wyprzedzając którąkolwiek z odpowiedzi, robiąc przy tym wyjątkowo smutną minę bezradności.

– A co jest nie tak z kanalizacją (zbędna spacja – nic mnie tak nie drażni, jak spacja przed znakami przestankowymi) ?

– To ty nie wiesz? – śmiech. (dużą literą)

– No dobra (kropka i po myślniku dużą literą) – znowu śmiech (kropka i po myślniku dużą literą) – tylko nie wiesz tego ode mnie, tak?

– No więc on z tą swoją Kasią mieli jakieś święto ostatnio, więc (powtózenie) Darek załatwił dwie butelki alkoholu.

– Kurwa, mam opowiadać, (zbędny przecinek) czy nie?

– No więc przychodzi tu rano, (zbędny przecinek) i suszy go (przecinek) jak nie wiem co.

Wyprostowała (się) i zamknęła papierową teczkę, poprawiła nieco za duże jak na jej twarz okulary o grubych szkłach.

– Cześć (przecinek) Agatko!

– Hej, a jak myślisz, ma te okulary do chodzenia, (zbędny przecinek) czy do czytania?

– Wiem, co to jest nauka (kropka) – Agata zrobiła urażoną minę.
– No więc, co wyczytałaś w tym raporcie. (raczej znak zapytania)

– Rany, ręce nad tobą załamuję, (raczej kropka i dalej duża literą) co im podano, jaki to miało skutek na ich komórki, jak to się ma do poprzednich badań?

– Nie wiem jeszcze, (raczej kropka i dalej dużą literą) albo Waleń działa na dwa fronty, albo mamy konkurencję.

– No dobrze, (raczej kropka i dalej dużą literą) to działaj (przecinek) moja maleńka, działaj.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#9
Nawka – Okienka wprawdzie nikogo zauważyć nie mogą, ale można kogoś zauważyć przez okienko? Czy jednak źle?
Cieszę się, że historia nie nudzi. Później jest już raczej gorzej, zobaczymy. Co do błędów jednak, to mam wrażenie, że i tak jest lepiej ;-P
Odpowiedz
#10
(08-07-2015, 16:32)Kurojatka napisał(a): Nawka – Okienka wprawdzie nikogo zauważyć nie mogą, ale można kogoś zauważyć przez okienko? Czy jednak źle?
Cieszę się, że historia nie nudzi. Później jest już raczej gorzej, zobaczymy. Co do błędów jednak, to mam wrażenie, że i tak jest lepiej ;-P
Cytat:Parę kroków wzdłuż ściany, pochylał się, by nie zostać zauważonym przez niewielkie okienka.
Twoje zdanie wygląda jak powyżej. Gdyby 'okienka' zamienić na jakąkolwiek osobę, to brzmiałoby tak:
Parę kroków wzdłuż ściany pochylał się, by nie zostać zauważonym przez Krzysia, gdzie Krzyś=okienka.
Dlatego wyszło, jakby to okienka obserwowały. Żeby było poprawnie, musiałoby być:
Parę kroków wzdłuż ściany pochylał się, by go nie zauważono lub by go nie zauważył ktoś przez niewielkie okienka. To jednak nadal nie brzmi dobrze, dlatego zaproponowałam poprawkę.
Faktycznie błędów jest mniej. Nadal interpunkcja i dialogi. Jeśli po myślniku dajesz objaśnienie związane z mową:
Chodź tu! – powiedział, rozkazał, warknął, wrzasnął Krzyś – to mimo że przed myślnikiem jest wykrzyknik albo znak zapytania, zapisujesz małą literą. Jeśli dialog brzmiałby:
Chodź tu! – Wkurzony Krzyś warknął na psa – wówczas po myślniku zapisujesz dużą literą.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości