Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Białe wrota
#1
O9 kwietnia 2O15r.
Koło ucha Saszy zabzyczała pszczoła. Odgonił ją dłonią, w pełni skupiając się na osiągnięciu celu. Wspiął się wyżej. Mały, żółto-czarny owad był jednak bardziej waleczny, niż przypuszczał mężczyzna. Zabzyczał przeciągle, tym razem z lewej strony ucha.
– Ssssasza. Sssssssasza. – Rozdrażniony machnął ręką. Jak na rozkaz pierwszej pszczoły, koło niej pojawiły się dwie kolejne. Bzyczały jedna przez drugą, formując dźwięki w melodię, która układała się w jego imię. – Saszzza. Ssssasza. Kłamca. Zzzdrajca. Śmieć!
W książkach od biologii już za dzieciaka wyczytał, że pszczoły jako jedne z nielicznych zwierząt komunikują się za pomocą własnego języka. Nie przypuszczał jednak, że zaatakują go salwą bzyków, które stawały się coraz bardziej natarczywe. Ułamał gałązkę drzewa, które mruknęło niezadowolone, trzęsąc gniewnie konarami i burzliwie szurając liśćmi.
– Szzzuja. Kłamca! Zdrajca! Sasza! Oszust! Gnida! Gnida! Saszzza!
– Odpierdolcie się!
Pszczół było już na oko dziesięć. Skulił się, za wszelką cenę starając się nie spaść podczas szaleńczego odganiania insektów. Mimo rosnącej irytacji czuł czołgający się po żołądku lęk.
– Zdychaj. Zabij się. Sasza. Śmieć! Ohyda.
O trzy więcej. Pszczoły zaatakowały go bzyczącą salwą, wlatując po kilka na raz do nozdrzy i tłocząc się w małżowinie usznej. Otworzył usta, by krzyknąć. Jego nozdrza wypchane były brzęczącymi owadami, które raniąc śluzówkę próbowały dostać się przez kanał zatokowy do mózgu. Czuł jak się przemieszczają pod naciągniętą skórą. Oczy zaczęły mu łzawić, kiedy żądliły go w gardło.
– Puść! Puść! Spadnij! Zabij się! Zdychaj!
* * * * *
Zalany potem Sasza przebudził się w środku dnia. Wciąż słyszał natrętne brzęczenie pszczół. W panice przyłożył dłonie do nosa, z którego ciekła cienka strużka krwi, po czym szybko obmacał uszy. Odkaszlną i splunął flegmą, brudząc parkiet. Roztarł śluz przybrudzoną, białą skarpetką. Krew starł skotłowaną w nogach pościelą, po czym przetarł nią mokrą twarz. Opadł bezwładnie na poduszki, nie mogąc opanować trzęsącego się w spazmach ciała. Zaśmiał się ironicznie, szydząc w myślach z samego siebie. Spojrzał na zegarek, który wskazywał godzinę piętnastą.
Brzęczenie nie opuściło go przez długi czas.

O9 czerwca 2O14r.
Biały? Biały… BIAŁY! Sasza powoli wciągnął i wypuścił powietrze, czując, jak od wewnątrz objętość płuc napiera na jego klatkę piersiową. Brzmi tak bezbarwnie mimo, że jest barwą. Zacisnął i rozluźnił pięści, unosząc lewy kącik ust. Był to zaledwie jeden z całej gamy Uśmiechów Saszy. Jest ich tak wiele, że w pewnym momencie Sasza zaczął je nazywać. Nadawał im imiona tak samo, jak średniowieczni rycerze tytułowali swoje niezwyciężone szable. Ten obdarzył przydomkiem „Nie w Pełni Rozumny Mike”, prościej i w skrócie: „szelma”. Groźnie, zawadiacko i męsko.
W rzeczywistości uśmiech wyglądał tak, jakby mężczyzna miał sparaliżowaną połowę twarzy.
Biały według Saszy nie jest kolorem ani ciepłym, ani zimnym. Był dla niego jak zbudowany ze szkła uwypuklającego, które zniekształca ukryty za nim obraz. Jako najjaśniejsza barwa w całym otoczeniu skrzy się i mieni, odbijając nikłe fale świetlne w bezbrzeżnie czarnych tęczówkach młodego mężczyzny, który osiągnął więcej, niż zdołasz to sobie wyobrazić, Drogi Czytelniku.
Zastanawiałeś się kiedyś, jak by to było – móc wszystko? Rozciągnąć się, schwytać i skosztować chmury? Zanurzyć palce w ziemi i dotknąć jej bijącego serca, obracać je – oblepione w grudach krwi i gleby, wciąż tętniące życiem – między palcami? Zjeść ciastko i mieć ciastko? Zobaczyć więcej, niż stworzył sam Bóg?
Cóż, Sasza doświadczał tego na co dzień – przekraczał granice niemożliwego. Jak, do cholery, jakiś gówniany Sasza był w stanie tego dokonać? Odpowiedź jest prosta: przechodząc przez Białe Wrota. Najpierw mężczyzna przekładał na drugą stronę skrawek buta, następnie zahaczał kawałkiem koszuli o płynną taflę, aż w końcu niesamowite przejście zajmowało się całą resztą; każdy atom, z którego zbudowany był mężczyzna, zmniejszał się i zbijał jak bańka mydlana, rozsypując się w białe gwiazdy. Podróż na drugą stronę przejścia nie trwała długo, dokładnie 13 sekund. Odkąd Sasza odnalazł Białe Wrota, obdarzał „Nie w Pełni Rozumnym Mike’iem” każdego, kto wierzył w pechowy przesąd liczby 13. Idioci, po prostu zwyczajni idoici.
Pobudzony zatarł ręce. Znów szykował się do wizyty w innym, lepszym świecie. Przenosił się zawsze do tego samego miejsca. Był to jego azyl, gdzie mógł poznawać wszystko od nowa; gdzie wszystko miało inny wymiar, kształt, a każda soczysta gruszka miała niepowtarzalny smak.
Podciągnął rękawy wyświechtanej koszuli, zmrużył przenikliwe, niebieskie oczy. Trzynaście sekund później wspinał się na najwyższe drzewo, którego gałęzie pięły się w stronę słońca. Liście rozwijały się w kształty rąk i nagich kobiecych ciał, których ud i piersi chwytał się, aby nie spaść. Największa gwiazda swoimi promieniami wypalała w twarzy Saszy tatuaże, wrastające w jego skórę ciepłym, liżącym płomieniem. Jego giętkość przemieniła się w giętkość afrykańskiego tygrysa. Promienie słoneczne, przebijające się przez liście, spłynęły z twarzy mężczyzny na całe jego ciało, tworząc tygrysie pasy. Był coraz bliżej szczytu, skradzenia samej jasności. Sasza wszczepiał się dłońmi w korę drzewa tak samo jak tygrysie pazury płynnie wchodziły w mięso rozrywanego bawoła. A gdy już będzie miał ją dla siebie, schowa światłość gdzieś, gdzie nikt jej nie znajdzie. Może w jednej ze swoich produkujących mocz nerek?
Nie ma dokładnej mapy, która pokazywałaby, gdzie odnaleźć Białe Wrota. Wszystkie źródła podają jedną informację: jeżeli chcesz przejść samego siebie, musisz odnaleźć biały proszek. Jest on dostępny w różnych (niekoniecznie przyjemnych) miejscach, a niekiedy zdobycie go wymaga wielu poświęceń, spotkań z typami spod ciemnej gwiazdy oraz – jakżeby inaczej – pieniędzy. Sasza nie odnalazł jako pierwszy Białych Wrót, jednak już po ich wypróbowaniu wiedział, że takiej euforycznej czystości i sprawności umysłu nie odda za żadne skarby świata.
Zastanawiasz się pewnie, kim takim wyjątkowym, do cholery, jest Sasza, skoro odnalazł umiejętność wznoszenia się ponad ziemskie doznania? Otóż, mój Drogi Czytelniku, miej zaszczyt poznania głównego bohatera czytanej przez Ciebie historii – Mateusza „Saszę” D., narkomana, który nie przeżył działania skutków ubocznych amfetaminy, a w swoich ostatnich chwilach relaksował się w wannie, napełnionej kwasem fluorowodorowym. Drzewo, po którym Sasza wspinał się podczas każdego zażycia narkotyku, symbolizowało drabinę społeczną, o której szczycie marzył odkąd udał się na studia prawnicze. Sasza to mężczyzna, który wymagał od siebie więcej i pragnął przeżywać głębiej. Omamy słuchowe i wzrokowe nie pojawiły się od razu – zaczęło się od niewinnego pół-snu, którego brzęczenie doprowadziło Saszę do obłędu.

13 Lipca 2O15r.
– Sssaszza! Obrzydliwy! Obleśśśśny! Zgnij! Zdechnij! Sasssza! Zdechnij! Plugawy.
Sasza obdarzył pszczoły „szelmowskim” uśmiechem, wyginając lewy kącik ust ku górze. Rozpiął klamrę przy skórzanym pasku do spodni, która zapięta była na ostatnią dziurę. Przynajmniej nie będę musiał kupować mniejszych spodni. Zdjął przez głowę t-shirt, po czym odwiesił go na wieszaku. Zsunął za duże jeansy razem z luźnymi bokserkami; je również schludnie odwiesił. Stał w negliżu, patrząc na siebie w lustrze. Skórę pokrytą miał pszczelimi użądleniami, dosłownie bąbel na bąblu. Znów się podrapał. Czerwone ślady rozdrapane były do krwi.
– Idiota! Zdrajca! Sasssza!
Zaparł się drżącymi stopami i dłońmi nad wanną, a jego mięśnie twarzy kurczyły się nienaturalnie. Rozumiał, że tylko w ten sposób pozbędzie się setek prześladujących go insektów. Nie mógł się tego, kurwa, doczekać.
– Sasza! Sssasza! ZZZDYCHAJ!
– Odpierdolcie się.
Do wanny wpadł z pluskiem, rozlewając kwas na płytki, który przeżarł je na wylot.
Dalej pragniesz nieosiągalnego, Czytelniku?


Dziękuję za uwagę, jestem otwarta na krytykę pierwszego opublikowanego tutaj tekstu ;>
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(26-06-2015, 19:49)Priene napisał(a): O9 kwietnia 2O15r. (Oba "o" powinny być zerami, skąd ten zapis?)

Odgonił ją dłonią, w pełni skupiając się na osiągnięciu celu. (Jakiego celu? Tej wspinaczki? Skoro jest już ten "cel" w zdaniu, to według mnie przydałoby się napisać, co nim, bo tak nic z tego nie wynika)


Jak na rozkaz pierwszej pszczoły, (zbędny przecinek) koło niej pojawiły się dwie kolejne.

Nie przypuszczał jednak, że zaatakują go salwą bzyków, które stawały się coraz bardziej natarczywe. Ułamał gałązkę drzewa, które mruknęło niezadowolone, trzęsąc gniewnie konarami i burzliwie szurając liśćmi.

Skulił się, za wszelką cenę starając się nie spaść podczas szaleńczego odganiania insektów. Mimo rosnącej irytacji czuł czołgający się po żołądku lęk.

Pszczoły zaatakowały go bzyczącą salwą, wlatując po kilka na raz do nozdrzy i tłocząc się w małżowinie usznej. Otworzył usta, by krzyknąć. Jego nozdrza wypchane były brzęczącymi owadami, które raniąc śluzówkę (przecinek) próbowały dostać się przez kanał zatokowy do mózgu. Czuł (przecinek) jak się przemieszczają pod naciągniętą skórą.

Odkaszlną(–ął) i splunął flegmą, brudząc parkiet.

O9 czerwca 2O14r. (zera)

Sasza powoli wciągnął i wypuścił powietrze, czując, jak od wewnątrz objętość płuc napiera na jego klatkę piersiową. (Napisałabym po prostu "płuca napierają na klatkę piersiową" – wyjdzie na jedno, a ta "napierająca objętość" jakoś mi nie leży)

Brzmi tak bezbarwnie(przecinek) mimo, (zbędnyprzecinek) że jest barwą.

Jako najjaśniejsza barwa w całym otoczeniu skrzy się i mieni, odbijając nikłe fale świetlne w bezbrzeżnie czarnych tęczówkach (Bardzo nie lubię tęczówek w opowiadaniach – kiedy coś się odbija w oku, odbija się na całej jego powierzchni, a nie wybiera sobie, że odbije się na białku, a na tęczówce już nie :P) młodego mężczyzny, który osiągnął więcej, niż zdołasz to sobie wyobrazić, Drogi Czytelniku.

(...) każdy atom, z którego zbudowany był mężczyzna, zmniejszał się i zbijał (Lepiej wg mnie "rozbijał" – to będzie bardziej jasne określenie, bo w pierwszej chwili nie ogarnęłam, o co chodzi z tym zbijaniem)jak bańka mydlana, rozsypując się w białe gwiazdy.

Podróż na drugą stronę przejścia nie trwała długo, dokładnie 13(słownie) sekund. Odkąd Sasza odnalazł Białe Wrota, obdarzał „Nie w Pełni Rozumnym Mike’iem” każdego, kto wierzył w pechowy przesąd liczby 13(słownie). Idioci, po prostu zwyczajni idoici(idioci).

Największa gwiazda swoimi promieniami wypalała w twarzy Saszy tatuaże,(zbędny przecinek) wrastające w jego skórę ciepłym, liżącym płomieniem.

(...) Mateusza „Saszę” D., narkomana, który nie przeżył działania skutków ubocznych amfetaminy, a w swoich ostatnich chwilach relaksował się w wannie, (zbędny przecinek) napełnionej kwasem fluorowodorowym. Drzewo, po którym Sasza wspinał się podczas każdego zażycia narkotyku, symbolizowało drabinę społeczną, o której szczycie marzył (przecinek) odkąd udał się na studia prawnicze.

13 L(l)ipca 2O15r.(zero)

W sumie to niezbyt wiem, co mam powiedzieć o tym tekście. Napisany jest dobrze, widać w nim pomysł, jest tak "poryty", że tak to nazwę, jak "poryty" może być umysł narkomana, a więc tak, jak być powinno. Technicznie nie mam nic do zarzucenia. Trudno mi mimo to powiedzieć, że mi się spodobał.
Kiedy czytam, lubię wiedzieć, do czego zmierza autor. Tutaj najpierw przeczuwałam, a potem byłam pewna, że autor zmierza do śmierci bohatera, ale ogólnie nie czaję, co miał na celu – i czy w ogóle miał coś na celu – ten tekst. Miał mi pokazać, że narkotyki są be? Czy że próbowanie narkotyków dla osiągnięcia jakiegoś wyższego stanu umysłu jest be?
Nie spodobały mi się również te bezpośrednie zwroty do czytelnika. W zasadzie nie wiem dlaczego, ale zawsze kiedy czytam coś takiego, to nastawiam się na "nie". Na przykład gdy widzę pytanie: "Zastanawiasz się pewnie, kim takim wyjątkowym, do cholery, jest Sasza, skoro odnalazł umiejętność wznoszenia się ponad ziemskie doznania?" od razu w mojej głowie formuje się odpowiedź: "Nie, wcale się nad tym nie zastanawiam, w sumie nic mnie to nie obchodzi". Być może taka reakcja częściowo jest spowodowana tym, że od razu wiadomo – w każdym razie jak dla mnie – że Sasza jest pod wpływem narkotyku, a częściowo wrodzoną przekorą, sama nie wiem. :D
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
Celem nie było przekazanie, że narkotyki są be, a od ich spróbowania do rychłego zgonu jeden krok. Przekaz był raczej prosty; chodziło o to, że należy liczyć się z konsekwencjami. Ludzie ładują sobie złoty strzał i spoko, wciągają się, mają objawy z odstawienia ćpania, walczą lub nie. Ale gorzej, jeśli nieświadomie wyniszczą sobie głowę, kiedy jeszcze mogą odstawić narkotyki i w jakiś sposób złapać kontrolę nad sobą. Nie ma chyba gorszej choroby od psychicznej? Przynajmniej według mnie.
Poza tym okrężnie uświadamia, że wszystko ma swoją cenę i wybory to nasze wybory :x
A co do bezpośrednich zwrotów, to był raczej eksperyment, byłam ciekawa jak to wyjdzie.

Dzięki wielkie za opinię i korektę błędów :D
Odpowiedz
#4
Niezły debiut.

Moje ogólne wrażenie jest takie: ładny styl, ciekawy pomysł, dobre wykonanie. Nie ma dziwnie ułożonych zdań, czy niespójności, które tak często przeszkadzają w czytaniu. Spodobało mi się, że nie napisałaś, jak wielu debiutujących tu autorów, historii spod znaku magii i miecza. Wreszcie coś nowego. Największy jednak plus ode mnie za dobrze przemyślenie i napisanie tekstu. W opisie przeżyć narkomana nie ma za dużo, ani za mało abstrakcji. Wszystkie użyte przez Ciebie motywy łączą się w spójną całość. W dobrym tempie odkrywasz przed czytelnikiem, że główny bohater jest narkomanem. Nie jest to ani zbyt oczywiste, ani zbyt trudne do wykrycia. Dodam jeszcze tylko, że spodobała mi się metafora drzewa jako drabiny społecznej – trafna i dobrze działa na wyobraźnię.

Teraz to, co tygryski lubią najbardziej, czyli minusy. Przede wszystkim fragment, w którym odkrywasz tożsamość Saszy. To był akurat ten moment, w którym to, że był narkomanem, było już prawie pewne, więc nie ma potrzeby o tym pisać. A nawet jeśli, to nie trzeba było się tak rozpisywać. Napisałabyś "Sasza był narkomanem" i efekt byłby mniej więcej taki sam. No i najlepiej byłoby przerzucić ten fragment na sam koniec, po to, żeby opis jego śmierci był po jego aktualnym zgonie.

Nie do końca przypadło mi do gustu zwracanie się do mnie per Czytelniku. Nie był pewien, czy bardziej chcesz opisać przeżycia narkomana z zewnątrz, czy przekazać tę historię jako przestrogę dla czytelnika. Wypadałoby się zdecydować i albo usunąć bezpośrednie zwroty, albo zwiększyć ich ilość.

Nie poczułem też tego, w jaki sposób stan zdrowia narkomana stopniowo się pogarszał. Za każdym razem, kiedy opisuje się przeżycia osoby w nałogu, jest to bardzo ważna rzecz i też o tym w swoim tekście wspomniałaś. Niestety było tego za mało, żeby lepiej do mnie trafić musiałabyś rozbudować swój tekst o opis postępowania jego choroby.

Jeszcze tylko coś na koniec. Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że Twój tekst, choć dobrze napisany, nie nadaje się dla każdego. Mówiąc inaczej jest mało komercyjny. Dogłębne go zrozumienie wymaga pewnej ilości myślenia, a to jest niestety dość mało popularna czynność. Dlatego wiele osób może się do niego łatwo zrazić i radzę się tym nie przejmować (chyba że Twoim celem jest zdobycie wielkiej popularności).
Odpowiedz
#5
Połechtałeś moje ego Mogget :3 Krytykę wezmę sobie do serca i naniosę zmiany na tekst, zwroty do czytelnika prawdopodobnie znikną z niego całkowicie. Faktycznie powinnam też nałożyć większy nacisk na postępowanie jego choroby, ale myślę, że nie będzie jakiś specjalnie wyolbrzymiony. Tak w sam raz, żeby nie przeciążyć całego tekstu :D

Mogget napisał(a):Jeszcze tylko coś na koniec. Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że Twój tekst, choć dobrze napisany, nie nadaje się dla każdego. Mówiąc inaczej jest mało komercyjny. Dogłębne go zrozumienie wymaga pewnej ilości myślenia, a to jest niestety dość mało popularna czynność. Dlatego wiele osób może się do niego łatwo zrazić i radzę się tym nie przejmować (chyba że Twoim celem jest zdobycie wielkiej popularności).
Co ja mogę powiedzieć... Piszę w różnych stylach i eksperymentuję, odbiorca ma prawo przebierać do woli w opowiadaniach czy książkach, ale mam nadzieję, że kiedyś może trafie do jakiegoś malutkiego grona i – marzenie – że będą chcieli przeczytać więcej.

Zachęcam do dalszej krytyki!
Odpowiedz
#6
A mi się podobało, chociaż niewiele mam do powiedzenia w sprawach poezji. Zwrot per: "mój drogi czytelniku" ściąga całość w stronę bajek z morałem, jakie stara, bo trzydziestoletnia Jadwiga czytała leżącym na dywaniku dziatkom podczas sjesty w przedszkolu. Ale to się tyczy tych dwóch słów, "Drogi Czytelniku". Reszta, w stylu "zastanawiasz się pewnie" moim zdaniem jak najbardziej w porządku.
Niemniej, jak wspomniałem – nie znam się za bardzo na poezji (zupełnie, jakbym się znał na jakichkolwiek innych formach literackich), ale wypowiedzieć się tutaj musiałem. Bardzo fajne!
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Pierwsze słowa krytyki to będzie opiernicz – dlaczego nie są naniesione poprawki?! Każdy kolejny czytelnik musi od nowa się potykać?
No trudno...

(26-06-2015, 19:49)Priene napisał(a): O9 kwietnia 2O15r. (9 kwietnia 2015 r. jak zapisywać datę – po drugie 0 różni się od O)

W książkach od biologii już za dzieciaka (za młodu – brak w słowniku formy 'za dzieciaka', chyba że chcesz coś zrobić za dzieciaka, czyli zamiast niego) wyczytał, że pszczoły jako jedne z nielicznych zwierząt komunikują się za pomocą własnego języka (a inne zwierzęta posługują się cudzym językiem? – nie rozumiem tego stwierdzenia).

Jego nozdrza wypchane były brzęczącymi owadami, które raniąc śluzówkę (przecinek) próbowały dostać się przez kanał zatokowy do mózgu. Czuł (przecinek) jak się przemieszczają pod naciągniętą skórą.

Odkaszlną (Odkaszlnął) i splunął flegmą, brudząc parkiet.

O9 czerwca 2O14r. (tak jak poprzednio – 9 czerwca 2014 r.)

Brzmi tak bezbarwnie (przecinek) mimo, (zbędny przecinek) że jest barwą.

Idioci, po prostu zwyczajni idoici (idioci).

Sasza wszczepiał (wczepiał) się dłońmi w korę drzewa tak samo (przecinek) jak tygrysie pazury płynnie wchodziły w mięso rozrywanego bawoła.

Drzewo, po którym Sasza wspinał się podczas każdego zażycia narkotyku, symbolizowało drabinę społeczną, o której szczycie marzył (przecinek) odkąd udał się na studia prawnicze.

13 Lipca 2O15r. (13 lipca 2015 r.)

Tekst ciekawy :) Pobudza wyobraźnię i wywołuje dreszcze. Przesłanie jest dosyć oczywiste, ale sposób jego podania jest interesujący.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości