Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Detektyw za dychę
#31
Bruce – kilka słów o Jamesie Hermanie
Bruce Silva siedział w gabinecie na swoim fotelu, który przysunął do komputera partnera. Powrót do przytomności zajął mu piętnaście minut, zorganizowanie się w szpitalu półtorej godziny, za to pisanie raportu trzy. W szpitalu i tak tkwił zbyt długo ze względu na opieszałość interwencji. Nic dziwnego, przecież to banda idiotów – pomstował. Za to raport pisał na darmo, bo kiedy tylko wszedł do biura komendanta, musiał go zrelacjonować ustnie. Drzemka trwała zbyt krótko, ale słowa, które wypowiedział Kuba Janis, postawiły go na nogi szybciej, niż jakikolwiek inny wspomagacz. „Nie uwierzysz, co zarejestrowała kamera na wieżowcu Gervice&Sons”.
Siedział więc obok partnera, przyciskając lód do szyi i wpatrując się w pokaz slajdów, bo kamera rejestrowała tylko jedną klatkę na sekundę. Do tego interesujący ich fragment obrazu był ledwie widoczny przez błękitną poświatę spowodowaną ekranowaniem na osiedlu nieba. Początkowo Bruce zaczął się awanturować, ponieważ, pomimo że Janis rzekomo pracował nad jakością nagrania, to wychodzący ze swojego mieszkania Patrick Kamashi miał jakieś dziesięć pikseli wysokości. Ale w końcu Bruce’owi szczęka opadła i tak już zostało, póki Kuba nie wybudził go z zamyślenia.
Najważniejszą rzeczą w nagraniu były nierozpoznawalne, kilkupikselowe szczegóły, którymi różniło się ono od poprzednich, jakie oglądali. Pierwszym był fakt, że Patrick wprawdzie dotarł do samochodu, ale drzwi otworzyć nie zdążył. Drugą całkowity brak ochroniarza. Na kopiach z drona i z kamery na drzewie prawie od razu otworzył ogień w stronę napastnika. Najciekawsze stało się później. Uciekinier ze szpitala zdążył się oddalić na kilka metrów, a gdy już padł, znikąd pojawiło się jeszcze kilka ciemnych postaci. Dopadli tak do samochodu Kamashiego, jak i do leżącego podejrzanego o zabójstwo. Zniknęli równie szybko, jak się pojawili, najwyraźniej spłoszeni przez policyjny śmigłowiec.
– I co na to powiesz? – spytał Janis, gdy tylko uznał, że szok wywołany nagraniem minął już partnerowi.
Bruce jednak mlasnął tylko w odpowiedzi.
– Ktoś nas robi w balona, ot co – stwierdził Janis, nie mogąc się doczekać odpowiedzi. – I to bezczelnie jak nie wiem.
– No właśnie. Ta bezczelność właśnie mnie martwi. Wiesz, kim jest Kamashi?
– Kim był Kamashi – poprawił go Janis.
– Nie, ten to mnie nie martwi. Martwi mnie jego ojciec.
Janis oparł się łokciami o biurko i zaczął pocierać w zamyśleniu brodę.
– Co się stało? – spytał Bruce.
– Nic, nic się nie stało. Dałem do sprawdzenia adres mailowy i wiadomość wraz z zawartością. To nagranie też pokazałem staremu, teraz cała załoga ze śmigłowca, który dotarł na miejsce zbrodni przed nami, jest na dywaniku.
– No czekaj! – wybuchnął Bruce po chwili namysłu. – Załóżmy, że nasz podejrzany, który leżał tam w trawie...
– James – przerwał mu Janis.
– Niech będzie – Bruce nie zauważył miny partnera. – Załóżmy, że jest niewinny. Znalazł się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie. To po co ta szopka w szpitalu?
– Nie trzeba było mu dawać uciekać, Bruce!
– Sam uciekł, nic mu nie musiałem dawać... – Bruce posmutniał i złapał się za bolący guz na głowie.
– A więc gość nazywa się James Herman. Lat czterdzieści dwa, urodzony w Kanadzie, obywatel Stanów Zjednoczonych Ameryki Wschodniej, bla, bla, bla. – Janis przeleciał wzrokiem kartkę trzymaną w ręku. – O! Bohater z pierwszej rebelii w Europie, weteran wojny północy, szaleniec drugiej rebelii w Europie, dezerter.
– Jak to, dezerter i kamery go nie ścigąnęły?
– Nie, bo nie jest mapowany. W wojsku tego nie robili, mam papiery tylko dzięki badaniom krwi, które zrobili w szpitalu. W tym kraju jest nielegalnie.
– Jakim cudem? Ktoś go ukrywa? – zdziwił się Bruce.
– I tak, i nie. Otóż tutaj zaszył się pod imieniem Mason Gustavson. Ma legalne papiery, ma legalną twarz. Może sobie chodzić wszędzie, może kupować, może pracować, ale oczywiście o tym nic nie wiemy, bo żyje na parterze. Ale na dokładkę ci powiem, że ma papiery weterana wojennego i może się spokojnie poruszać po całym mieście. A teraz, jeżeli jeszcze odczuwasz niedosyt; zgadnij, skąd to wiem?
– Dostałeś kolejnego maila?
– Tak. Tym razem od Richarda, mojego znajomego. – Kuba skrzywił się.
– A kim jest ten Richard?
– Był kiedyś w sedesie, tak jak my, tylko teraz poszedł w górę. Ponoć odezwał się do niego jeden z jego kontaktów, twierdząc, że wie, kogo szukamy.
– Kim jest ten kontakt?
– Rich nie chciał powiedzieć, ale go przydusiłem. Cwaniak o pseudonimie Gregor. Robi wszystko, produkcja i handel wszystkim, co nielegalne i cholera wie, co jeszcze, bo Rich nie chce wszystkiego powiedzieć. Nie ruszamy go, bo bawi się głównie w starym metrze.
– A ten twój kolega Rich jest pewny, dla kogo pracuje?
– Nie przeginaj, Bruce.
– Czyli mamy dezertera, nielegalnego imigranta, którego ktoś wrabia w morderstwo. Jakieś inne przypuszczenia?
– Może tak być, nie musi – Janis sapnął z zadumą. – Zobaczymy, co u niego słychać, masz ochotę?
– Coś mi się wydaje, że pierwszą osobą, która nam coś powie, jest ten tajemniczy Gregor.
– Sprawdzimy go, ale najpierw przesłuchamy tego dezertera. Obiecałem Richardowi.
– No by cię cholera wzięła! – oburzył się Bruce. – A jak w tym czasie Gregor ucieknie? Nie przyszło ci do głowy, że ten twój Richard może kryć swojego pupilka?
– Nie kryje, nie będzie go ostrzegał. Mówiłem ci, że wysłał mi maila, nie wykręci się w razie czego.
– Kumoterstwo cholerne. – Bruce ziewnął i spojrzał na zegarek. – Jest godzina trzecia trzydzieści w nocy. Masz ochotę jechać teraz?
– Oczywiście. Chociaż ze szpitala nawiał ładnych parę godzin temu, wątpię, żebyśmy go zastali. – odparł Janis, zasłaniając ręką usta. – Ziewanie jest zaraźliwe – stwierdził.
– Wiesz co? – Bruce dotknął wciąż obolałej po ogłuszającym uderzeniu głowy. – Tym razem bierzemy ze sobą kilku idiotów z interwencji. Tak na wszelki wypadek.

Arrow Hammer dotarł na miejsce jeszcze przed czwartą. Janis zaparkował za ogromnym filarem wzmacniającym konstrukcję pobliskiego wieżowca, tak żeby wóz nie był widoczny z mieszkania dezertera. Oboje ubrali kamizelki, sprawdzili broń i zapalili papierosa. Kilka minut ich nie zbawi, a lepiej mieć jakieś wsparcie. Szczególnie w tym przypadku. Zamarli w tym samym momencie, gdy znikąd pojawiła się ciemna postać. W kilku długich, sprężystych krokach przemierzyła ulicę i zniknęła w drzwiach kamienicy, w której mieszkał podejrzany. Popatrzeli po sobie, przygotowali broń. Ich spojrzenia wyrażały wszystko na raz. Jednocześnie chęć wkroczenia do akcji, jak i rozpaczliwą potrzebę wsparcia. Interwencyjni jak zwykle się spóźniali – Bruce klął w myślach i wyzywał od idiotów. Minuty dłużyły się. Dobrze wiedzieli, że mieli mało czasu. Mason Gustavson po swej brawurowej ucieczce ze szpitala na pewno będzie chciał szybko opuścić miasto. Przy jego umiejętnościach, w które Bruce nie wątpił, kilka godzin i pryśnie jak sen. Stanie się tylko mrzonką.
W końcu pojawili się interwencyjni. W ostatniej chwili. Tym razem Bruce wolałby mieć Petrę za wsparcie. Nie lubił jej, ale cenił za fachowość. Niestety, nie tym razem. Pojawił się ktoś inny w towarzystwie pięciu podwładnych. Wymienili się spojrzeniami i ruszyli w kierunku kamienicy. Bez słów, po cichu i w gotowości. Każdy wiedział, z kim mają do czynienia.
Prowadziła trójka interwencyjnych, potem Bruce, Janis, za nimi trzech ubezpieczało tyły. Na poziomie zerowym, tak zwanym parterze miasta, wszelkie środki ostrożności były wskazane.
Na dziesięć metrów przed celem usłyszeli pięć strzałów. Przypadli do ściany, znów wymienili się spojrzeniami, po czym rzucili biegiem do przodu. Drzwi zaskrzypiały. Bruce poprawił chwyt rękojeści pistoletu, bo ręce zdążyły mu się nagle spocić. Pierwsza dwójka weszła do budynku. Potem wskoczył Janis i wtedy właśnie usłyszeli huk eksplozji. Echo w korytarzu chciało rozsadzić bębenki w uszach. Ci którzy byli już w środku przykucnęli. Kurz grubą warstwą zalegający na ścianach podniósł się, tworząc niewielką, duszącą mgiełkę. Bruce spojrzał do góry i uskoczył w ostatnim momencie. Siatka ochronna zerwała się. Od nagłej fali uderzeniowej jedna ze śrub rzymskich, którymi naciągano stalowe liny siatki, pękła. Stalowa plecionka podtrzymująca właściwą siatkę smagła ulicę niczym bat, odcinając ostatniemu w pochodzie rękę tuż nad łokciem.
Wezwana pomoc medyczna przybyła na miejsce po trzech minutach, niewielkim, acz zwinnym śmigłowcem medycznym, który jednak nie miał możliwości wylądowania ze względu na siatkę. Pojazd kołowy pojawił się po połowie godziny.
Ranny zmarł z powodu utraty krwi przed przyjazdem ambulansu. Dwa dni później okazało się, że pewien starszy pan spod numeru 32 zmarł na zawał serca.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#32
(19-08-2015, 09:46)Kurojatka napisał(a): Bruce Silva siedział w gabinecie na swoim fotelu, które(który) przysunął do komputera partnera.

W szpitalu i tak poszło za długo,(zbędny przecinek) ze względu na opieszałość interwencji.(Tak nie może być, lepiej: "i tak zmarnował zbyt dużo czasu" albo "w szpital i tak przebywał/tkwił/siedział już za długo(...)")

Nic dziwnego, przecież to banda idiotów – pomstował. Za to raport pisał na darmo, bo jak(gdy/kiedy) tylko wszedł do biura komendanta(przecinek) musiał go zrelacjonować ustnie.

Drzemka trwała zbyt krótko, ale słowa, które wypowiedział Kuba Janis (przecinek)postawiły go na nogi szybciej, niż jakikolwiek inny wspomagacz.

Siedział więc obok partnera(przecinek) przyciskając lód do szyi i wpatrując się w pokaz slajdów, bo nie było to płynne nagranie. Kamera rejestrowała tylko jedną klatkę na sekundę. Do tego interesujący ich fragment obrazu był ledwie widoczny przez błękitną poświatę, (zbędny przecinek)powstałą przez ekranowane na osiedlu niebo.

Ale w końcu Bruce’owi szczęka opadła i tak już zostało, póki Kuba go nie wybudził z zamyślenia. (nie wybudził go z zamyślenia)

Drugą, (zbędny przecinek)całkowity brak ochroniarza.

Dopadli się(zbędne) tak do samochodu Kamashiego, jak i do leżącego podejrzanego o zabójstwo.

– No czekaj! – wybuchł(wybuchnął) Bruce po chwili namysłu. – Załóżmy, że nasz podejrzany, który leżał tam w trawie...

– A więc, (zbędny przecinek)gość nazywa się James Herman. Lat czterdzieści dwa, urodzony w k(K)anadzie, obywatel Stanów Zjednoczonych Ameryki Wschodniej, bla, bla, bla. – Janis przeleciał wzrokiem kartkę trzymaną w ręku.

– Jak to(przecinek) dezerter,(zbędny przecinek) i kamery go nie ścignęły(ściągnęły?)?

– I tak(przecinek)(przecinek) i nie. Otóż tutaj zaszył się pod umieniem(imieniem) Mason Gustavson. (...) A teraz(przecinek) jeżeli jeszcze odczuwasz niedosyt; zgadnij(przecinek) skąd to wiem?

– Był kiedyś w sedesie, tak jak my, tylko teraz poszedł w górę. Ponoć odezwał się do niego jeden z jego kontaktów(przecinek) twierdząc, że wie, kogo szukamy.

Robi wszystko, produkcja i handel wszystkim, co nielegalne i cholera wie (przecinek)co jeszcze, bo Rich nie chce wszystkiego powiedzieć.

– Tym razem bierzemy ze sobą kilku idiotów z interwencji. Tak, (zbędny przecinek)na wszelki wypadek.

Jednocześnie chęć wkroczenia do akcji(przecinek) jak i rozpaczliwą(a) potrzebę(a) wsparcia.

Dobrze wiedzieli, że mają(mieli) mało czasu.

Pojawił się ktoś inny,(zbędny przecinek) w towarzystwie pięciu podwładnych.

Bruce poprawił uchwyt (na) rękojeści pistoletu, bo ręce zdążyły mu się nagle spocić.

Ci, którzy byli już w środku(przecinek) przykucnęli.

Od nagłej fali uderzeniowej jedna ze śrub rzymskich, którymi naciągano stalowe liny siatki (przecinek)pękła.

Wezwana pomoc medyczna przybyła na miejsce po trzech minutach, niewielkim (przecinek)acz zwinnym śmigłowcem medycznym, który jednak nie miał możliwości wylądowania ze względu na siatkę.

Ranny zmarł z powodu utraty krwi przez(przed) przyjazdem ambulansu.

Znów nie mam nic do dodania. Czytało się przyjemnie, dobrze, że bohaterowie w końcu zaczynają mieć więcej poszlak. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#33
Dziękuję ślicznie :–) Patrzę na to po kilka razy przed wysłaniem i jak zwykle tyle tego przepuszczam :–(
Odpowiedz
#34
Bruce nie dospał. Dopiero o siódmej nad ranem usnął na krzesełku szpitalnym po to, by półtorej godziny później pojechać do biura i zasnąć tam. O dziesiątej jego i Janisa postawiono na nogi: dziewczynę z mieszkania podejrzanego przywieziono do salki przesłuchań. Okazało się, że oprócz potężnego sińca na pół twarzy i kilku płytkich szram nic jej nie było. Tyle tylko, że wybuch ją zamroczył i nie zdążyła uciec.
Szybka kawa, przeczesanie fryzury i po jednym psiknięciu wodą kolońską. Kolejna kawa, tym razem z papieroskiem, nad dokumentami. Kilka danych na jej temat i spis rzeczy, które miała przy sobie.
Parę chwil później Bruce usiadł naprzeciwko przesłuchiwanej i uśmiechnął się przyjacielsko.
– Cześć, jestem Bruce.
Odpowiedziało mu delikatne uniesienie brwi. Bruce czekał chwilę, po czym opadł na oparcie krzesełka z sapnięciem. Kobieta była ładna, chociaż miała dość mocno zarysowane kości policzkowe. Nie licząc porządnej opuchlizny wokoło prawego oka, naprawili ją w szpitalu całkiem ładnie. Mogłaby zrobić coś z paznokciami – zauważył. I te włosy, ani proste, ani kręcone, do tego kruczoczarne, źle się Bruce’owi kojarzyły. Po chwili zmienił zdanie. Za dużo tych małych szczegółów, żeby można ją było nazwać ładną. Może jak wydobrzeje.
– Wybacz, najwyraźniej nigdy nie byłem w tym dobry. – Bruce ręką wskazał na nią i na siebie.
– A co, wpadłeś tu na podryw? – spytała, nie zmieniając wyrazu twarzy.
Bruce znowu sapnął. Sama myśl wydawała mu się średnio przyjemna. Kobieta była wcale ładna. Było w jej twarzy coś, co nie pozwalało o niej myśleć jak o głupkowatej podlotce. Pewna zaciętość, udawana hardość, co byłoby nawet uzasadnione, biorąc pod uwagę okoliczności. Niemniej było w jej rysach coś, co nie pozwalało o niej myśleć jak o damie. Takie wyryte w pierwszych, ledwie widocznych zmarszczkach chamstwo.
– Myślę, że wypadałoby się jednak przedstawić. Powiesz mi coś o sobie? – Bruce oparł się łokciami o dzielący oboje stół, wyciągając ręce przed siebie.
– A co mam ci powiedzieć? Masz tam wszystko w tych papierach. – Wskazała wzrokiem akta na blacie.
Bruce uśmiechnął się smutno, chociaż w głębi duszy się cieszył. Przynajmniej złapali kontakt na „ty” zamiast per pan. To dobre oznaki, babka jest bezpośrednia.
– No dobrze, co więc możesz mi powiedzieć o mieszkaniu, w którym cię znaleźliśmy?
– Kiepsko czytałeś. Tam napisano, że leżałam nieprzytomna? – spytała retorycznie.
Wredne babsko nie jest bezpośrednie, tylko ewidentnie bezczelne. Pewnie stwierdzi, że nie pamięta, jak się tam znalazła – pomyślał Bruce – Czyli będzie jak zwykle...
– A co powiesz o pistolecie?
– Jakim pistolecie? – spytała. Oko jej nie mrugnęło, żaden dodatkowy mięsień twarzy nie drgnął. Jakby było jej to wszystko całkowicie obojętne.
– Tym, który leżał obok ciebie w momencie, gdy cię znaleźliśmy.
– Nie wiem, nie widziałam go. Co z nim?
– Jak to "nie wiesz"? To nie był twój? Nie znajdziemy tam twoich odcisków palców?
– Nie – odparła wciąż całkowicie obojętna.
– A może odciski na cielistych rękawiczkach, które miałaś na sobie? Swoją drogą dobra robota, robić nadruk linii papilarnych na rękawiczkach. Ile to kosztowało?
– Nie pamiętam – odparła.
– Czego nie pamiętasz? Rękawiczek? Mam je tutaj, może jak na nie popatrzysz, to sobie przypomnisz? – Bruce wyjął rękawiczki i położył je na stół.
– Rękawiczki pamiętam. Nie wiem, ile kosztowały.
– To był prezent?
– Nie.
Bruce oparł się z powrotem. Nie będzie łatwo – pomyślał. Baba ma wszystko w głębokim poważaniu.
– Znasz kogoś takiego jak Mason Gustavson?
– Nie.
– Znasz kogoś takiego jak James Herman?
– Nie.
– A może imię Gregor coś ci mówi?
– Tak.
– Co takiego?
– Znałam jednego Gregora. Zmarł dwa lata temu.
– Gdzie? – zdziwił się Bruce.
– W Afryce. Lew go zjadł.
Co za babsko niemożliwe – pomyślał Bruce. Przetarł sobie czoło, zastanawiając się, czy wziął swoje tabletki. Ot, nadszedł dzień, w którym sam widział potrzebę ich zażycia. W przeciwnym wypadku pokruszy sobie zęby, zaciskając szczęki ze złości.
– Posłuchaj, ja nie chcę dla ciebie źle, naprawdę. Wiem, kim jesteś, mam, jak wspomniałaś, trochę na twój temat w tej teczuszce. I powiem ci szczerze, że mało mnie to interesuje. Weszłaś do mieszkania, gdzie doszło do detonacji ładunku wybuchowego. Mnie interesuje, czyje to mieszkanie, dlaczego tam poszłaś, kim jest drugi człowiek, którego tam znaleźliśmy, co to za eksplozja. Odpowiesz, będziesz musiała zaczekać w tymczasowym areszcie, aż to sprawdzimy oczywiście i będziesz wolna. Co ty na to?
Ale ona na to nic. Bruce kilkukrotnie przedstawił jej dobre strony kooperacji, jak również te złe. Straszenie więzieniem, rozbudowany opis warunków więźniów, prace, które muszą wykonywać, żeby dostać do jedzenia więcej niż trzy suche kromki chleba dziennie oraz pół litra wody. Wyglądało na to, że nie było argumentu, który mógłby ją przekonać. W końcu po kilku godzinach Bruce poddał się i wyszedł do salki obok za lustrem weneckim.
– Jak poszło? – spytał siedzący tam Janis.
– No, zabawne. Gadasz jak do dziecka i nic, gadasz jak do dorosłej, też nic. Miałem nadzieję, że da się to szybko załatwić.
– Trzeba będzie ją tutaj zostawić, pytać w kółko o to samo, jak się zmęczy, to opowie. – Janis mlasnął i podał koledze kawę. – Podsumujmy. Mamy młodego Kamashiego martwego i to jedyne, co jest pewne. Jedynym świadkiem, który coś wie, jest Mason czy James, czy za kogo się teraz podaje, i którego nie ma jak namierzyć.
– Dopóki sam do nas nie przyjdzie lub nie wejdzie na piętro, gdzie go wyłapie ochrona.
– Tak, czyli musimy przeszukać metro z kanałami i cały parter. – Janis spojrzał na Bruce’a. Tak, takie rozwiązanie odpada – mówił ich wzrok. Wzięli po łyku kawy i spojrzeli na siedzącą nieruchomo przed stołem kobietę. Po chwili Janis wznowił.
– A więc jest nasz przebieraniec, jest też jego przebierana koleżanka. Znają się, to więcej niż pewne. Kim ona jest? W wojsku pchała się wszędzie, gdzie tylko było można postrzelać. Potem długo nic i nagle wypływa u nas. Buty taktyczne na żywicznej podeszwie, rękawiczki, soczewki. Cały ten sprzęt do podglądania, podsłuchu, ładna sukieneczka na zmianę. Kurwa, jakie pojemne te kobiece torebki – spojrzał na Bruce’a, pokazując mu trzymany w rękach spis.
– No i trupa.
– A właśnie, wiem, kim jest trup. – Janis wydął wargi, bo zaczął mówić, nim przełknął napój i kilka kropel pociekło mu na pomiętą koszulę. – John Tarbaut. Nie mam bladego pojęcia, w jaki sposób zidentyfikowali gościa. – Janis pokazał zdjęcie nieboszczyka, któremu stalowe kulki zdjęły większość skóry i mięśni z twarzy, część pocisków nawet przeszła na wylot przez czaszkę. – W każdym razie był pracownikiem Arnubis Travel Agency.
– Kamashi – skwitował Bruce. – Biuro podróży należące do rodziny Patricka Kamashiego, ma swoje jednostki praktycznie w każdym zakątku świata.
– Ano tak, wygląda na to, że ojciec się zdenerwował i szuka sprawcy na własną rękę.
– Trzeba będzie odwiedzić biuro podróży – jęknął Bruce. – Ale najpierw pogadaj z tym twoim znajomym Richardem. Idziemy do Gregora.
Teraz Janis jęknął.
– Nie leć ze mną w kulki! – Bruce pogroził mu palcem. – Załatw to jak chcesz: poproś, postrasz, masz wolną rękę. Tylko załatw lokację tego gościa.
Odpowiedz
#35
(21-08-2015, 08:43)Kurojatka napisał(a): Bruce nie wyspał się. (Unika się zostawiania "się" na końcu zdania)

O godzinie dziesiątej(O dziesiątej) jego i Janisa postawiono na nogi: dziewczynę z mieszkania podejrzanego przywieziono do salki przesłuchań.

Bruce czekał chwilę, po czym opadł w(na) oparcie krzesełka z sapnięciem.

Nie licząc porządnej opuchlizny wokoło prawego oka (przecinek) naprawili ją w szpitalu całkiem ładnie.

Kobieta była wcale ładna.(A wiesz, że obecnie to zdanie przeczy pozostałym? :P "Wcale" w takim zdaniu jak to oznacza "dość", więc wychodzi na to, że istotnie była urodziwa. Powinno być "Kobieta wcale nie była ładna") Było w jej twarzy coś, co nie pozwalało o niej myśleć,(zbędny przecinek) jak o głupkowatej podlotce. Pewna zaciętość, udawana hardość, co byłoby nawet uzasadnione(przecinek) biorąc pod uwagę okoliczności. Niemniej,(zbędny przecinek) było w jej rysach coś, co nie pozwalało o niej myśleć jak o damie.

– A co mam ci powiedzieć? Masz tam wszystko w tych papierach (kropka) – w(W)skazała wzrokiem akta na blacie.

Przynajmniej złapali kontakt na „ty”, (zbędny przecinek)zamiast per pan.

Pewnie stwierdzi, że nie pamięta(przecinek) jak się tam znalazła – pomyślał Bruce – Czyli będzie jak zwykle...

– Jak to nie wiesz.(Dałabym to w cudzysłów i całe zdanie zakończyła znakiem zapytania, bo w końcu to zdanie pytające) To nie był twój? Nie znajdziemy tam twoich odcisków palców?
– Nie.(zbędna kropka) – odparła.(Połączyłabym te dwa zdania, bo źle brzmią osobno) Wciąż całkowicie obojętna.

Drogo to kosztowało? (Jak ja nie lubię tego sformułowania... "Dużo", "sporo" – cokolwiek. Jeśli chcesz "drogo", to lepiej napisz "Było to drogie" czy coś)


– Znasz kogoś takiego,(zbędny przecinek) jak Mason Gustavson?
– Znasz kogoś takiego,(zbędny przecinek) jak James Herman?
– A może imię Gregor, (zbędny przecinek)coś ci mówi?

Przetarł sobie czoło (przecinek)zastanawiając się, czy wziął swoje tabletki. Ot, nadszedł dzień, w których(którym) sam widział potrzebę ich zażycia. W przeciwnym wypadku pokruszy sobie zęby(przecinek) zaciskając szczęki ze złości.

– Posłuchaj, ja nie chcę dla ciebie źle, naprawdę. Wiem(przecinek) kim jesteś, mam(przecinek) jak wspomniałaś(przecinek) trochę na twój temat w tej teczuszce. (...) Mnie interesuje(przecinek) czyje to mieszkanie, dlaczego tam poszłaś, kim jest drugi człowiek, którego tam znaleźliśmy, co to za eksplozja. Odpowiesz, będziesz musiała zaczekać w tymczasowym areszcie(przecinek)aż to sprawdzimy oczywiście,(zbędny przecinek) i będziesz wolna. Co ty na to?

W końcu,(zbędny przecinek) po kilku godzinach Bruce poddał się,(zbędny przecinek) i wyszedł do salki obok, (zbędny przecinek)za lustrem weneckim.

– Trzeba będzie ją tutaj zostawić, pytać w kółko o to samo, jak się zmęczy(przecinek) to opowie. – Janis mlasnął i podał koledze kawę. – Podsumujmy. Mamy młodego Kamashiego martwego,(zbędny przecinek) i to jedyne, co jest pewne. Jedynym świadkiem, który coś wie(przecinek) jest Mason,(zbędny przecinek) czy James, czy za kogo się teraz podaje, i którego nie ma jak namierzyć.

– Dopóki sam do nas nie przyjdzie lub nie wejdzie na piętra(piętro?), gdzie go wyłapie ochrona.

Janis wydął wargi, bo zaczął mówić (przecinek)nim przełknął napój i kilka kropel pociekło mu na pomiętą koszulę. – John Tarbaut. Nie mam bladego pojęcia, w jaki sposób zidentyfikowali gościa(kropka) – Janis pokazał zdjęcie nieboszczyka, któremu stalowe kulki zdjęły większość skóry i mięśni z twarzy, część pocisków nawet przeszła na wylot przez czaszkę. – W każdym razie był P(p)racownikiem Arnubis(Ten z naszego forum? :D) Travel Agency.

– Kamashi – Bruce skwitował(skwitował Bruce). – Biuro podróży należące do rodziny Patricka Kamashiego, ma swoje jednostki praktycznie w każdym zakątku świata.

– Trzeba będzie odwiedzić biuro podróży.(zbędna kropka) – J(j)ęknął Bruce. – Ale,(zbędny przecinek) najpierw pogadaj z tym twoim znajomym Richardem.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#36
(21-08-2015, 14:22)Vetala napisał(a): A wiesz, że obecnie to zdanie przeczy pozostałym? "Wcale" w takim zdaniu jak to oznacza "dość", więc wychodzi na to, że istotnie była urodziwa. Powinno być "Kobieta wcale nie była ładna"
Otóż tutaj kłóciłbym się. Była wcale ładna, o to chodziło. Fakt, że nie można o niej myśleć jak o głupkowatej podlotce – kolejny komplement. Pewna zaciętość itd. – to również można rozumieć dwojako, zależy od kobiety :–) Jedyna nutka zaprzeczenia w ostatnim zdaniu: "[...] było w jej rysach coś, co nie pozwalało o niej myśleć jak o damie". Taka chłopczyca no...

(21-08-2015, 14:22)Vetala napisał(a): Jak ja nie lubię tego sformułowania... "Dużo", "sporo" – cokolwiek.
Heh, ja też. Z wykształcenia inż... Uznałem, że tutaj mogę sobie pozwolić.

(21-08-2015, 14:22)Vetala napisał(a): Arnubis(Ten z naszego forum?)
Na początku miało być Anubis, ale gdzieś wkradła mi się literówka i nie mogłem później dojść do ładu: skąd to znam? Ostatecznie zostało, uznałem to za zabawne :–) Ktokolwiek czuje się urażony, sorki, hihihi. Zresztą, imiona mi się kończą. Pracuję nad drugą częścią i pewnie coś się jeszcze takiego przytrafi...
Odpowiedz
Reklama AdSense
#37
(21-08-2015, 14:22)Vetala napisał(a): – W każdym razie był (p)Pracownikiem Arnubis(Ten z naszego forum? :D) Travel Agency.

Jeszcze mógłbyś dodać "Arnubis Green Travel Agency":D
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#38
(21-08-2015, 19:14)Kurojatka napisał(a):
(21-08-2015, 14:22)Vetala napisał(a): A wiesz, że obecnie to zdanie przeczy pozostałym? "Wcale" w takim zdaniu jak to oznacza "dość", więc wychodzi na to, że istotnie była urodziwa. Powinno być "Kobieta wcale nie była ładna"
Otóż tutaj kłóciłbym się. Była wcale ładna, o to chodziło. Fakt, że nie można o niej myśleć jak o głupkowatej podlotce – kolejny komplement. Pewna zaciętość itd. – to również można rozumieć dwojako, zależy od kobiety :–) Jedyna nutka zaprzeczenia w ostatnim zdaniu: "[...] było w jej rysach coś, co nie pozwalało o niej myśleć jak o damie". Taka chłopczyca no...

W takim razie kompletnie nie ogarniam toku myślowego twojego bohatera, który dwukrotnie zmienia zdanie. :P Opis tej babki brzmi mniej więcej tak: "To była całkiem niezła dziewczyna, ale jednak nie. Ale jednak tak. Ale nie, nie, nie była." Cały ten fragment:
"– A co, wpadłeś tu na podryw? – spytała, nie zmieniając wyrazu twarzy.
Bruce znowu sapnął. Sama myśl wydawała mu się średnio przyjemna. Kobieta była wcale ładna." wprawił mnie w niezłe zdziwienie. Bo jak to? Najpierw mu się nie podoba ta myśl, a potem znów stwierdza, że kobieta była ładna? No nie, jak dla mnie znacznie sensowniej byłoby zostawić rozważania z pierwszej części opisu, a ten drugi ujednolicić – bo albo stwierdził, że można ją nazwać ładną, albo nie, po co to tak gmatwać. W końcu było "za dużo tych małych szczegółów, by nazwać ją ładną". I tyle.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#39
Naw – Jak sobie życzysz. Cierpliwości...
Vet – Ujednolicę sobie w głowie jej portret, może narysuję, to zmienię... faktycznie coś tam nie gra ;-P
Odpowiedz
#40
"Detektyw za dychę" – skąd pomysł na taki tytuł?

Jeśli chodzi o opowiadanie to "działa" dość dziwnie. Pierwszy fragment bardzo mi nie podszedł, ale pewnie dlatego, że nie zrozumiałam z niego nic. Jestem z tych czytelników, którzy łykają raz i jak nie ma efektów, nie biorą ponownie. Jednak czytając dalej było już dobrze. Akcja powolutku się rozkręca, wszystko jest przejrzyście napisane i cały koncept wydaje się iść w dobrym kierunku. Ale..

Nie ma postaci, którą bym polubiła lub znienawidziła. Jakbyś ich wszystkich wymordował lub wyswatał pewnie w ogóle by mnie to nie obeszło. Możliwe, że to tylko moje dziwne odczucia, może za mało się angażuje? Nie wiem. Aczkolwiek, czekam na ciąg dalszy i powodzenia!
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości