Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Detektyw za dychę
#1
Gwałty, pedofilia, napady i pobicia ze szczególnym okrucieństwem. Worek wszystkiego, co może być najgorsze, dewiant i sodomita. Tak przynajmniej napisali w raporcie. Mason, zwany marudą, przewrócił stronę. O, proszę, dołączyli zdjęcia. Zamiast napisać na okładce „tajne” mogli dodać „otwierać przed spożyciem”. Albo coś w stylu „przygotuj talerz, po przeczytaniu wraca obiad”. Dobrze, że zdążył się już napatrzyć na różne okropieństwa. Przecież był żołnierzem, to były czasy.
Oparł się możliwie wygodnie w niewygodnym już krześle, niegdyś pięknie obitym sztuczną skórą, wcisnął gumę do żucia w usta i położył ręce na sterczącym brzuszku. Wojskowy był z niego co nie miara, walczył na wschodzie i zachodzie, północy i południu, kawał świata zwiedził. Widział już flaki Japończyków, Rosjan, Chińczyków, Tybetańczyków, Polaków, Niemców, Nowozelandczyków, Francuzów, Somalijczyków, Sudańczyków… Nie, moment. Może najpierw Sudańczyków, a potem były Niemcy i Polska? A zresztą, któż to wie. Wiele było wojen i wojenek. Jakby się nad tym zastanowić, to flaki Polaków były wszędzie. Ten naród pchał się masowo do każdego mordobicia.
Mason pociągnął nosem z rozrzewnieniem, po czym pochylił się na nowo nad papierami w kartonowej teczce. Intensywny smak gumy zawsze mu pomagał w radzeniu sobie z takimi obrazami. Przejrzał kilka zdjęć, ale w zasadzie to było raczej bezsensowne. Na każdym jakaś mazanina krwi i wnętrzności bez żadnego ładu. Zamknął teczkę, zawiązał sznurkiem i schował w sejfie w biurku, tak jak mu kazano. Kazali papierów strzec, trzymać w sejfie, to trzymam – burknął do siebie w myślach. Zamknął drzwiczki drewnianego biurka, dogiął blaszkę z powrotem. Tak, aby podczas otwierania przez kogoś niepowołanego zamknęła obwód z baterią i żarówką ze stłuczoną bańką. Wolframowy drucik powinien momentalnie nagrzać się wystarczająco, by odpalić niewielki ładunek, który z kolei odpalał ten większy z poprzylepianymi kulkami łożyskowymi. Ktokolwiek niepowołany zacznie tam grzebać, dostanie w prezencie nowe, piękne, stalowe piegi. Takie tam środki ostrożności. Mason był po prostu bardzo ostrożny, nie żadnym wariatem. To ta głupia, łysa pizda za drzwiami z napisem "psychoterapeuta" się myli. Co on może wiedzieć o ludziach? Na pewno nie więcej, niż Mason. Na potwierdzenie własnych usprawiedliwień chrząknął niekontrolowanie. Czasami dopadał go krótki skurcz mięśni twarzy, tik nerwowy. Tym razem aż mu guma z ust wypadła.
– Kurwa mać! – Schylił się, podniósł i wsadził na powrót do ust, pomiętolił językiem, sprawdzając, czy jakiś wyjątkowo twardy paproch się nie przykleił, ale nie. Można żuć dalej. Wyłączył lampkę, wstał i przeciągnął się. Poprawił sobie brzuch, pasek i szelki. Nie lubił tego, po prostu nosił tak pasek do spodni, jak i szelki jednocześnie. Nie był w żaden sposób paranoikiem, po prostu po co ryzykować. Wyszedł do głównego pokoju, skrzywił się, gdy promienie wschodzącego słońca wpadające przez otwarte okno go oślepiły. Jak zwykle.
Wyjrzał przez okno, przeczesał wąs. Na dole akurat automat opróżniał kontener ze śmieciami i smród snuł się po murach, wpadając mu do mieszkania. Ale to nic, guma robiła swoje, a na dodatek na banerze naprzeciw jego okna akurat wyświetlali reklamę środków piorących. Zapach czystości, właśnie tak! Mason schował się dopiero po dłuższej chwili, gdy na dole wylał się odkażacz. Szczypał w oczy, nie szło wytrzymać. Poza tym i tak już musiał wychodzić. Spojrzał na zegar na ścianie, porównał wskazanie z tym na ręce i kuśtykając, powędrował do drzwi.
– Jeke! – wydarł się. Nie musiał się przy tym zbytnio rozglądać, pies wiecznie leżał w tym samym miejscu. Teraz uniósł głowę na znak życia.
– Idziemy, młotku jeden?
Pies na miano młotka raczej nie zasługiwał. Mądre psisko dobrze wiedziało, żeby nie iść.
– Wstawaj, leniwy tłumoku! – Mason wrzasnął.
Kundel obrócił się na drugi bok, by ostentacyjnie kontynuować drzemkę.
– Dobra, to sobie tu siedź! – rzucił Mason na odchodne, trzaskając drzwiami. Jeżeli z psem jest tak gówniano, to z babą pewnie będzie jeszcze gorzej – pomyślał. Dobrze, że się rozwiodłem. W zasadzie to się nie rozwiódł. Dostał pismo, że żona odchodzi. Tak dla ścisłości było to powiadomienie, że w związku z jednostronnym porzuceniem rodziny żona nie jest już żoną. Bez niepotrzebnych rozpraw czy rozwodów, a także, że w związku z tym, jak i nieuregulowanymi rachunkami za mieszkanie zostaje ono przejęte przez komornika. Nie odpisał, zresztą nie miał jak, bo był na misji. W domu się nie pojawił. I tak nie lubił tej sutereny.
Narzucił na siebie kurtkę i czapkę daszkiem, wyszedł z domu, przekręcił klucz w zamku, potem w drugim. Znowu tik, ale szczęśliwie tym razem gumy do żucia nie zgubił.
– Dobry, Mason! – wykrzyknął pretensjonalnym tonem dziadek spod numeru 32, gdy Mason zszedł na dół. – Widziałeś, co zrobili! Tak? – stary znowu krzyknął. Wiecznie darł się najgłośniej jak potrafił, jakby był głuchy. A głuchy nie był, bo ilekroć Mason coś bąknął na niego pod nosem, ten od razu wiedział. Można było na niego zakląć dziesięć przecznic dalej, przy największym natężeniu ruchu nad głową, a potem wrócić do kamienicy i usłyszeć „co tam na mnie znowu donosisz?”.
– Znowu wylali BugAway! – Stary wcale nie czekał na odpowiedź. Po prostu wyżywał się, bo na kimś musiał, a automatu porządkowego przecież wyzywał nie będzie. – A są inne środki przecież, tak? I nie leje się tego tak, żeby kałuże były jak po ulewie, tylko delikatnie spryskuje! – Dziad darł się tak, jakby to Mason był powodem całego nieszczęścia. – Georgii to już dawno wszystkie kwiaty szlag jasny trafił! Wszystkie, tak! Ja się pytam, jak oni tak mogą, jak mogą, tak?
– To maszyna, pewnie coś szwankuje. Napisz kolejne zażalenie – jęknął Mason, przyspieszając kroku. Stary skubaniec musiał sobie nogi sztucznie poprawiać, całe moje nieszczęście – pomyślał. Zagina żwawo jak szczur do padliny.
– No. No! Ale ja już na nich napiszę, ja im dam!
Mason przyspieszył jeszcze bardziej, co nie było zbyt łatwe. Kulał. Prawa noga zostawała nieco z tyłu. Cholerny dziad dobrze się trzymał. Znacznie lepiej od grubawego weterana, to było widać gołym okiem.
– Gdzie idziesz? – stary zmienił gadkę. Gdyby tak w końcu przestał się wydzierać, zrzęda jeden. – Do sklepu? Nie chlej tyle, tylko wziąłbyś się do roboty! Żebyś miał na czynsz. Gorsky to już dwa miesiące nie płaci czynszu! Niedługo go wywalą na zbity pysk! Złamas jeden!
Mason nie odpowiadał. Nie było sensu gadać. Stary, chociaż dobre nogi ma, to w kapciach z futerkiem daleko nie zalezie. Zawsze w tych papuciach odprowadzał go do rogu, nad którym wisi wielki wentylator. Ani kroku dalej.
– Kiedy wracasz? Tylko nie po nocy, żebyś nie hałasował jak ostatnio!
Mason skręcił z ulgą, mijając rurę wentylacyjną. Stary zgodnie z założeniami zatrzymał się tam i dorwał kolejną ofiarę. Jakąś w swoim chyba wieku babuleńkę.
– Panią też denerwuje, jak krzyczą nachlani po nocach? Tak?
– Jak mi się ktoś za dnia drze, to też mnie to wkurwia!
– No, mówię pani, tak, tak! – dolatywało z oddali.
W każdym razie rewir starego się skończył, nareszcie, można zwolnić. Mason zdążył się już spocić w tym tempie. Wiecznie to samo, byle tylko uciec od starucha. Zresztą ten rupieć chyba czajenie się na schodzących na niczego się nie spodziewających lokatorów traktował jako swoistą zabawę.
Mason wskoczył w bramę, przeszedł przez zalatującą moczem klatkę schodową i wyszedł na podwórze. Zawsze tak kluczył. Dobry był z niego detektyw, najlepszy. Jak nie pan, to już chyba nikt – tak mu właśnie powiedzieli. A policja? – pytał Mason. No właśnie, ale po co pytał. Spojrzał w górę. Nad placem dyndał dron policyjny, tuż pod stalową siatką, na której pomimo pochyłości wiecznie zalegały śmieci. Nad każdą ulicą było tego w cholerę. Dronów pod siatką i śmieci na niej. Ot, co potrafią. Skaner nad każdymi drzwiami, kamera nad każdą ulicą. A jednego przerażającego sodomity to znaleźć nie mogą. Wszędzie rozpoznawanie rysów twarzy, a jeden gnój jakoś się ukryć potrafi. Przecież w piwnicy nie siedzi! Po prostu nie chcą znaleźć. Ale całe szczęście Mason umiał szukać. W zasadzie to wiedział gdzie. Albo inaczej, jeżeli policja nic nie znalazła, to wiedział, kto będzie wiedział, gdzie szukać.
Kilka przecznic dalej wszedł w bramę, lecz tym razem zamiast odwiedzić swój ulubiony bar sąsiadujący z jego ulubionym burdelem skierował się do piwnic. Jeżeli ktokolwiek śledził go do tego miejsca, mógł być pewien, że Mason udał się właśnie pić. Dlatego kupił tutaj dwie piwnice, żeby znikać.
Zaczepił drut o zapadkę z zewnętrznej strony, zamknął za sobą drzwi i pociągnął drut. Po sprawie. Nikt się nie domyśli, że Mason tu wlazł. Tak jest, był naprawdę dobry i bardzo lubił tak o sobie myśleć. To nie paranoja, tylko trzeźwość umysłu. Zawsze mógł go ktoś śledzić.
Otworzył kłódkę, uchylił drzwi, podparł wiszący nad nimi ciężar i wszedł do piwnicy, którą wynajmował. Tutaj mógł już spokojnie się przebrać w strój roboczy. Ot spodnie typu ogrodniczki, kamizelka w barwach centrum likwidacji szkodników. Aż się uśmiechnął, przypominając sobie jęki dziadka spod numeru 32. Może by mu kiedyś rozlać na wycieraczkę trochę Insara? Jak się sztachnie, to mu kapcie spadną! W życiu nie będzie już marudził na BugAwaya rozlanego pod oknem! Złośliwy uśmiech zakłócił nagły tik. Tego cholerstwa nigdy się nie pozbędzie.
Mason wrzucił sztuczne sadło do kartonu, wyjął z ust waciki wypychające policzki i górną wargę w ten typowy, głupkowaty sposób. Już nie był Masonem zrzędą ze spreparowanymi dokumentami i przerysowanym odbiciem, jak nazywano komplet punktów charakterystycznych twarzy. Teraz był Jamesem, którym się urodził. Tym samym, który nie miał nawet odbicia, bo powszechne mapowanie twarzy wprowadzono, kiedy jeszcze był w wojsku. A ono z braku funduszy uznało, że lepiej niech sobie policja sama bazę danych buduje, wyłapując z ulicy tych, których jeszcze nie spisali. James był jednak na to za sprytny, a w zasadzie miał za dużo szczęścia, bo wojska nie opuścił w zbyt legalny sposób. Dwa lata po zaginięciu Masona nikt się już nie czepiał.
Z piwnicy wyszedł po chwili prosto do włazu do kanałów znajdującego się tuż obok spustu kloacznego. Gdy zszedł po drabince na dół, był zupełnie innym człowiekiem. Przestał kuleć. Nawet gumę do żucia wypluł, chociaż to akurat było mu nie na rękę.

– Kogóż to widzą moje oczy! – Gregor, przeraźliwie chudy i kościsty, rozpostarł ramiona w powitalnym geście. W tej pozie z ulubioną, postrzępioną peleryną wyglądał naprawdę jak podręcznikowa kostucha. – Ostatni z ostatnich przyszedł odwiedzić moje małe, acz szczęśliwe królestwo?
– Nie machaj tak łapami, w tym zaprawdę małym królestwie łatwo strop sobie na łeb strącić – odpowiedział Mason. Strop strącić oczywiście było trudno, ale tak wysoki człowiek jak Gregor z pewnością niejednego guza sobie zafundował. – Masz fajkę?
– Zasiądź, zapraszam! Opowiadaj! – Gregor zignorował ostatnie pytanie.
– A co mam ci opowiadać? – jęknął James, siadając w czerwonym fotelu delikatnie tylko napuchniętym od wilgoci.
– Jak to co? Jak żyjesz, opowiadaj. Ostatnio gdy tu zagościłeś, mój króliczku, rzuciłeś tylko imię i uciekłeś w popłochu na górę.
– Spieszyłem się. Masz fajkę?
– Ale teraz chyba trochę czasu znajdziesz, co? – Gregor usiadł w fotelu naprzeciwko i leniwie wyciągnął pomiętą paczkę wypełnioną skrętami.
– To co, masz ten adres?
– Czy mam? Oczywiście, że mam! – W kościstych palcach pojawił się niewielki zwitek papieru. – Pytanie brzmi, co będę z tego miał?
– Dudki, rzecz jasna. – James rozparł się w fotelu i odpalił skręta. Zapalniczkę miał swoją. Wyciągnął rękę, ale pozwijana karteczka zniknęła w równie magiczny sposób, jak się pojawiła. – Nie mam jeszcze, będę miał, jak będę wracał. Dawaj ten adres i gnata. Tak jak rozmawialiśmy.
– A jeśli nie wrócisz? Mam na myśli do mnie, z zapłatą? Już widzę, jak biegniesz, wołając „Hej, Gregor, mam dla ciebie kasę i bardzo chcę ci ją dać! Bo mi strasznie ciąży!".
– To ty jesteś mistrzem w znajdywaniu osób, znajdziesz mnie. – James uśmiechnął się szeroko. – Zresztą jeszcze emerytury nie planuję.
Gregor zaśmiał się sucho, wstał i w zwinny sposób wyjął karteczkę z rękawa Jamesa.
– Wiesz, to się robi nudne po pewnym czasie, Gregor. Te twoje tanie sztuczki.
– Trudno. – Tamten wzruszył ramionami. – Mnie się nie nudzi.
– W zasadzie, po co ci w ogóle kasa? Tutaj masz wszystko. I tak nie wychodzisz na górę, a tutaj żadnych automatów płatniczych nie widzę.
– Skąd wiesz, że nie wychodzę? – Gregor wyjął zza paska rewolwer i położył go na stole.
– Za leniwy jesteś. Nic, tylko komputer, piwo i komputer. Założę się, że nawet teraz myślisz, ile punktów tracisz na nieobecności przy klawiszach, co?
– I dziewczyny, nie zapominaj o dziewczynach! – Gregor zrobił obrażoną minę. Na jego wychudłej twarzy pojawiło się tysiąc dziwacznych zmarszczek.
– O, to coś nowego. O to bym cię nie podejrzewał! Znajdujesz na nie w ogóle czas? – spytał James, sięgając po leżący na stoliku sześciostrzałowiec.
– Jasne!
– Słuchaj, a ściągasz gogle, czy robią ci tylko loda, gdy ty dalej sobie grasz?
– Powiedział ten, co siedzi w swym syfie na górze wśród królików. Nic, tylko pomieszkać, popić, podupczyć. Bo o uczciwą pracę cię nie podejrzewam.
Nastała chwila ciszy. Ot, chłopcy sobie podogryzali i gorzko się zrobiło, bo żaden nie był zbyt daleko od prawdy. W końcu Gregor nalał obu samogonu do ślicznych, kryształowych koniakówek, do których zupełnie nie pasował.
– Hej, James. Powiedz, długo masz tak zamiar? Złapiesz kolejnego typka, zabierzesz mu telewizor, samochód, wyrzucisz na bruk. I co dalej? Nawet nie pracujesz dla żadnego banku, bo nie możesz, zaraz cię przeświecą po spojówkach i będziesz usmażony. Zleci się albo armia, albo policja. Zależnie, co ważniejsze, dezercja czy przemyt?
– Wszystko jedno. W rzece gówna, stary. W rzece gówna – odparł James, sprawdzając, czy bębenek jest załadowany. Był.
– Tak jest, ale ty w końcu będziesz musiał wziąć głęboki wdech i zanurkować.
– A co mam zrobić, tutaj się nie przeprowadzę. Nie umiem tak, pod ziemią, jak kret.
– A wolisz na górze jak szczur? Tutaj przynajmniej nie ma góry śmiecia, żadne elektroniczne gówno nie fruwa ci nad głową, nawet powietrze mamy tu najczystsze!
– Ale słońca nie ma!
– Och, na którym mieszkasz piętrze? Na pięćdziesiątym? Nie, na szóstym, więc nie mów mi, że słońce co rano oglądasz.
– Oglądam, tylko przez mgłę.
– To nie mgła, to syf!
– Aj! – James machnął ręką. Spojrzał na adres zapisany na pomiętej karteczce. Znowu zapadła chwila ciszy, oboje się napili i oboje zapalili po kolejnym skręcie.
– Od kogo jest to zlecenie? – spytał James, gdy niekontrolowane napięcie mięśni mimicznych ustało.
– Nie pytaj, im mniej wiesz, tym lepiej.
– Jednak chcę.
– Słuchaj, ja tylko przekazuję zlecenia dalej. Pośredniczę, nic więcej. Gdybym ci podał zleceniodawcę, nie miałbym na czym zarabiać.
– I tak kosisz moją działkę za zlokalizowanie denata i za sprzęt – obruszył się James.
– Denata? Wybacz, nie zaglądałem nawet do akt. Tak jak powiedziałem: im mniej wiesz, tym lepiej.
– A gnat? Myślałeś, że biorę go dla ozdoby? Albo kolekcję powiększam?
Gregor rozłożył ręce w odpowiedzi i uśmiechnął się. James wstał. Na pożegnanie uścisnęli sobie dłonie. James patrzał Gregorowi w oczy, jak to miał w zwyczaju. Gregor patrzał raczej na potrząsaną prawicę.

James oparł się o drzewo plecami i skrzyżował ręce na piersi. Chwilę tak tkwił, może z dziesięć minut. W tym czasie zdążył napatrzeć się na okolicę, a było co podziwiać. Wille otoczone sporym kawałem terenu, tutaj trawka, tam skalniaczek. Jeszcze gdzie indziej fontanna, rzeźba czy ogromna antena satelitarna. Bogacze, paniczyki, czyli ta lepsza kasta złodziei. Ci, którzy kradną w świetle prawa. Do sodomity średnio to pasowało, ale mógł przecież mieć inne zajęcia poza krwawym hobby. Na przykład należeć to tej najwyższej kasty. To by tłumaczyło niechęć policji do ujęcia takiego bogacza.
James zobaczył młodą twarz w oknie jednopiętrowego domu, który obserwował. Mężczyzna miał przy uchu telefon, pewnie już dzwonił na policję zaalarmowany obecnością kogoś obcego. James uśmiechnął się. Dobrze, że nie wziął rewolweru. Okolica oprócz kamer, uzbrojona była w liczne detektory. Widział czujniki ruchu, automatycznych strażaków i co najważniejsze, wykrywacze broni. Pewnie nie musiałby nawet wyciągać gnata, a już miałby psy na karku. Tak czy inaczej, najwyższy czas opuścić już to miejsce. Będzie musiał załatwić chłopaka inaczej. Od razu wyobraził sobie stłuczkę na obwodnicy: staranowany samochód z celem w środku zostaje zepchnięty z estakady i uderza w taflę wody, kilkanaście metrów niżej. Biedaka wyłowią po kilku dniach. Sprawcy nie będzie w ciężarówce, która spadła wraz z taranowanym pojazdem. A to dlatego, że uzbrojony w aparat oddechowy wydostanie się z pojazdu.
Już miał odwrócić się i wracać, kiedy drzwi otworzyły się i wyszedł z nich młody mężczyzna w garniturze, muszce i z aktówką w dłoni. James skrzywił się. Zły znak, że przyszła ofiara go tu zobaczyła.
I wtedy zdarzyło się coś dziwnego. Ktoś zastrzelił tego młodzieńca. Już prawie był w samochodzie i nagle szyja rozprysła się na kawałki, tuż u podstawy czaszki. Strzał z daleka, odgłos wystrzału doszedł Jamesa po dłuższej chwili. Spojrzał na drona, ale ten oczywiście był skierowany w inną stronę. Kamera nad Jamesem, na drzewie, o które się opierał, też. Zanim zrozumiał, że jest w czarnej dupie, poczuł mocny ból. Padł tuż po chwili. Brzuch, tylko nie w brzuch. Jacyś ludzie pojawili się tuż nad nim. W oddali jakby helikopter. Szybcy są. A może nie wziął lekarstwa? Może to mu się wydaje? Prawie jak w tym śnie… Trochę jak w Polsce, na misji. Tylko, że tutaj ktoś mu przystawił pistolet do głowy. James zamknął oczy. Nie mógł ruszyć żadną częścią ciała, ból był zbyt wielki. Nacisk broni zniknął z czoła. James otworzył oczy, ludzie dalej nad nim stali. Straszne zamieszanie. Potem oczy już same się zamknęły i dalej nie było już nic.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Mam mieszane odczucia. Z jednej strony jest dobrze i zgrabnie, a z drugiej dostawałem śniegiem w oczy i czułem, że strasznie brodzę przez ten tekst. Ciężko zakwalifikować fragment do ewidentnie na plus albo na minus. Bo chociaż jest świeżo, to mam wrażenie, że wiele rzeczy można by zrobić zdecydowanie lepiej.

W materii szeroko pojętych skillsów w konstruowaniu zdań jest zaskakująco pozytywnie. Autor słowo do słowa kleić umie, a nawet zdarzają mu się sympatyczne przebłyski w narracji. To zawsze dobra prognoza do większej całości. Trochę z tyłu zostaje interpunkcja i jej nieszczęsne przecinki. Zdarza się, że orzeczenia nie są potraktowane z należytym im szacunkiem i wiszą w narracji bark przy barku, nieoddzielone przecinkiem. Nad tym należy się trochę skupić.

Protagonista nie jest całkowicie wybielony i genialny ponad miarę. Nie porwał mnie, ale też nie irytował swoją idealnością. Brzmi to może niezbyt przekonująco, ale to mimo wszystko dość spore osiągnięcie. Ma swój świat i swoje unikalne umiejętności. Nie błyszczy, ale też nie próbuje być fajny na siłę. Materiał okay – można z tego ulepić coś niezłego.

Gdzieś przy momencie w piwnicy zacząłem nawet interesować się tekstem, ale dalsza część zniszczyła mi ten obraz. Dość mocno ranią mnie dialogi. Przez długi czas nie miałem pojęcia, o czym postacie rozmawiają i – co najgorsze – im dalej czytałem, tym mniej chciało mi się wiedzieć. Przy rozmowie z Gregorem miałem wrażenie, że postacie gadają w tylko sobie i autorowi znany sposób, a ja stoję z boku i szukam ciekawych elementów sufitu. Jak jakiś stażysta w korporacji, gdzie wszyscy są kumplami, a jego jedynym kolegą jest darmowa kawa. Natomiast ta sytuacja z telefonami to już bardzo, bardzo chybiony pomysł. Wywołuje wyłącznie negatywne wrażenie.

Zatajenie pewnych spraw, nieujawnienie ich przed czytelnikiem napędza ciekawość, ale tylko pod warunkiem, że wiemy, jak to dawkować. Tutaj większa część tekstu jest jedną, wielką niewiadomą, w której narrator nie wyjaśnia nic, skazując czytelnika, aby płynął w nieświadomości. I to nie jest dobre zagranie. Bo tego zmuszania do namyślania jest po prostu za dużo.

Inna rzecz, która trafia chyba bardziej na gruncie socjalno-społecznym, aniżeli literackim. Dwanaście stron maszynopisu to kupa tekstu, szczególnie, jeśli ktoś ma go nie tylko przeczytać, ale i poprawić. Wyłapać wszelkie niedociągnięcia i błędy. To ogromna przysługa, a bywa tak, że nikt ci za nią nie podziękuje. Zalecam więc wrzucać często mniejsze fragmenty, niż uderzać raz na jakiś czas większym wrzutem. Jeżeli masz już napisany dłuższy kawałek, rozłóż to odpowiednio w czasie. Staramy się stworzyć cywilizowaną społeczność, która będzie sobie wzajemnie pomagać. To nie to samo co "wrzuć i czekaj na poprawki". Czasami, gdy pojawiają się nowi, próbują na jeden raz wrzucić wszystko, co mają. Zupełnie, jakby portal miał lada dzień zniknąć z Internetów, a administracja pojechać do Afryki, sprzedawać olejek do opalania rdzennym murzynom.
Lubię Tytanica. Moim ulubionym bohaterem była góra lodowa.
Odpowiedz
#3
@Yami
Dziękuję.
Nie do końca wiedziałem, czego się tutaj spodziewać, bom newbie nie tylko na tym forum, ale jako forumowicz w ogóle.
Co do interpunkcji to tak, wiem. Jestem tego świadomy i po prostu muszę wziąć się za siebie i dokształcić.
Odnośnie dialogów – racja. W dodatku mam ciężki w odbiorze język, nawet w mowie potocznej. Ogólnie rzecz biorąc chodziło mi raczej o przedstawienie poziomu znajomości postaci. Co do rozmowy telefonicznej, ogólnej postawy pana Kamashiego. Kilka telefonów w których miał być jednocześnie bezlitosny w stosunku do podwładnych i skrajnie uległy w stosunku do ojca wydawało mi się dobrym pomysłem na przedstawienie postaci.
Najwyraźniej nieco to wszystko chybione. Spróbuję poprawić.
Odpowiedz
#4
Podoba mi się sposób, w jaki przedstawiłeś głównego bohatera, od opisu jego zawodu, przez charakterystyczne nawyki oraz sposób komunikacji. Naprawdę można go sobie wyobrazić.

Wymyślony przez Ciebie świat wydaje się być nieszablonowy. Chociaż nie dowiedziałem się o nim tak dużo, jak o głównym bohaterze, to zapowiada się obiecująco. Jeżeli tylko miałbym na coś narzekać, to na to, że jest o nim trochę za mało. Niewiele jest opisów, które pozwoliłyby mi poczuć świat, w którym dzieje się Twoja historia.

Jeszcze słówko o fabule. Póki co, to tak naprawdę niewiele się działo, duża część tego fragmentu to było przedstawienie głównego bohatera i świata przedstawionego. Ale końcówka całkiem mnie zaintrygowała, zobaczymy co będzie dalej.

To teraz może o tym, co się nie mi nie podobało. Masz męczący styl. Czasem tworzysz niepotrzebnie skomplikowane zdania lub powtarzasz informacje, które już zostały podane. Chociaż w Twoim tekście nie ma zbyt wielu nielogicznych zgrzytów, to dość często pojawiają się literówki, czy inne dość proste błędy.

Może kilka przykładów:

"Kazali papierów strzec, trzymać w sejfie, to trzymam", "Idziemy młotku jeden?" "wykrzyknął pretensjonalnym tonem dziatek spod numeru 32" – Proste błędy. Tutaj mamy, po kolei, zmianę narracji na pierwszoosobową, zły znak na końcu zdania oraz literówkę. Niestety było tego więcej, polecam czytać dokładnie tekst przed wrzuceniem

"Wyszedł do głównego pokoju, skrzywił się gdy promienie wschodzącego słońca wpadające przez otwarte okno oślepiły go, jak zwykle", "Schylił się, podniósł i wsadził na powrót do ust, pomiętolił językiem sprawdzając czy jakiś wyjątkowo twardy paproch się nie przykleił, ale nie." – Tutaj mamy nie do końca dobrze skonstruowane zdanie. Czepiam się tych dodatków na końcu po przecinku, są albo niepotrzebne, albo lepiej byłoby je wcisnąć do głównego zdania. Naprawdę niedobrze to brzmi.

"Dobrze, że się rozwiodłem. W zasadzie to się nie rozwiódł. Dostał pismo, że żona odchodzi. Tak, żeby być ścisłym było to powiadomienie, że w związku z jednostronnym porzuceniem rodziny żona nie jest już żoną, bez niepotrzebnych rozpraw czy rozwodów a także, że w związku z tym jak i nieuregulowanymi rachunkami za mieszkanie zostaje ono przejęte przez komornika." – Tu mamy długi tekst z powtórzeniem informacji. Czytelnik nie lubi dwa razy czytać o tym samym, tylko innymi słowami.

Masz całkiem dobry pomysł na historię, którą chcesz przekazać. Jednak wszystko psuje Twój męczący styl, który jest wybitnie przeciwko czytelnikowi. Jest to spora strata, bo gdybyś pisał trochę przyjaźniej dla czytelnika, to byłby to naprawdę niezły tekst. Czekam na więcej.
Odpowiedz
#5
(24-06-2015, 16:19)Kurojatka napisał(a): O (przecinek) proszę, dołączyli zdjęcia.

(To zaczęłabym od nowego akapitu – w końcu to odnosi się do czegoś całkowicie innego) Oparł się możliwie wygodnie w niewygodnym już krześle, niegdyś pięknie obitym sztuczną skórą, wcisnął ostrą gumę do żucia w usta i położył ręce na sterczącym brzuszku.

Widział już flaki Japończyków, Rosjan, Chińczyków, Tybetańczyków, Polaków, Niemców, Nowozelandczyków, Francuzów, Somalijczyków, Sudańczyków… nie (przecinek)moment. Może najpierw Sudańczyków (przecinek)a potem były Niemcy i Polska? A z resztą(Nie z żadną resztą, tylko "zresztą"), któż to wie. Wiele było wojen i wojenek.

Mason pociągnął nosem z rozrzewnieniem(przecinek) po czym pochylił się na nowo nad papierami w kartonowej teczce.

Przejrzał kilka fotek(Określenie "fotki" średnio mi pasuje do jakiejś dokumentacji kryminalnej – może to tylko "zboczenie" córki fotografa, ale "fotki" zawsze kojarzyły mi się ze zdjęciami "cykanymi" bez większego sensu, na pewno nie takimi, które mają pomóc w śledztwie), ale w zasadzie to było raczej bezsensowne.

Kazali papierów strzec, trzymać w sejfie, to trzymam. (Myśli bohatera wypadałoby jakoś odróżnić od reszty tekstu, może być na przykład kursywą lub w cudzysłowie)

Tak, aby podczas otwierania przez kogoś niepowołanego zamknęła obwód, (zbędny przecinek)z baterią i żarówką ze stłuczoną bańką.

Ktokolwiek niepowołany zacznie tam grzebać(przecinek) dostanie w prezencie nowe, piękne(przecinek)stalowe piegi. Takie tam, (zbędny przecinek)środki ostrożności. Mason był po prostu bardzo ostrożny. Nie był wcale wariatem, to ta głupia łysa pizda za drzwiami z napisem psychoterapeuta się myli.

Tym razem, (zbędny przecinek)aż mu guma z ust wypadła.

– Kurwa mać! – Schylił się, podniósł i wsadził na powrót do ust, pomiętolił językiem(przecinek) sprawdzając (przecinek)czy jakiś wyjątkowo twardy paproch się nie przykleił, ale nie.

Nie lubił tego, po prostu nosił tak pasek do spodni(przecinek) jak i szelki jednocześnie. Nie był w żaden sposób paranoikiem, po prostu po co ryzykować. Wyszedł do głównego pokoju, skrzywił się (przecinek)gdy promienie wschodzącego słońca wpadające przez otwarte okno oślepiły go, jak zwykle.

Na dole akurat automat opróżniał kontener ze śmieciami i smród snuł się po murach(przecinek) wpadając mu do mieszkania.

Poza tym,(zbędny przecinek) i tak już musiał wychodzić. Spojrzał na zegar na ścianie, porównał wskazanie z tym na ręce i kuśtykając (przecinek)powędrował do drzwi.

– Jeke!(Jak to się powinno czytać? Na razie najbardziej przypomina mi to "Dżeka", ale nie z taką pisownią) – W(w)ydarł się.

– Idziemy(przecinek) młotku jeden?
– Wstawaj (przecinek)leniwy tłumoku! – Mason wrzasnął.

Kundel obrócił się na drugi bok(przecinek) by ostentacyjnie kontynuować drzemkę.

– Dobra, to sobie tu siedź! – R®zucił Mason na odchodne(na odchodnym)(przecinek) trzaskając drzwiami.

Tak, żeby być ścisłym (Zmieniłabym to na "dla ścisłości/w zasadzie" – będzie naturalniej według mnie) było to powiadomienie, że w związku z jednostronnym porzuceniem rodziny żona nie jest już żoną, bez niepotrzebnych rozpraw czy rozwodów (przecinek)a także, że w związku z tym(przecinek) jak i nieuregulowanymi rachunkami za mieszkanie zostaje ono przejęte przez komornika. Nie odpisał, z resztą(Znowu ta reszta – zresztą) nie miał jak (przecinek)bo był na misji.

– Dobry, Mason! – wykrzyknął pretensjonalnym tonem dziatek(dziadek) spod numeru 32, gdy Mason zszedł na dół. – Widziałeś, co zrobili! Tak? – dziadek znowu krzyknął.

A głuchy nie był (przecinek)bo ilekroć Mason coś bąknął na niego pod nosem (przecinek)stary od razu wiedział. Można było na niego zakląć dziesięć przecznic dalej, przy największym natężeniu ruchu nad głową(Rozumiem, że ludzie jeżdżą takimi latającymi ustrojstwami), a potem wrócić do kamienicy i usłyszeć „co tam na mnie znowu donosisz?”.

– Znowu wylali BugAway! – s(S)tary wcale nie czekał na odpowiedź. Po prostu wyżywał się, bo na kimś musiał (przecinek)a automatu porządkowego przecież wyzywał nie będzie. – A są inne środki przecież, tak? I nie leje się tego tak, żeby kałuże były(przecinek) tylko delikatnie spryskuje! – Dziad darł się tak, jakby to Mason był powodem całego nieszczęścia.

– To maszyna, pewnie coś szwankuje. Napisz kolejne zażalenie – jęknął Mason(przecinek) przyspieszając kroku.

Znacznie lepiej, (zbędny przecinek)od grubawego weterana(przecinek)to było widać gołym okiem.

– Do sklepu? Nie chlej tyle tylko (przecinek)wziął byś(wziąłbyś) się do roboty!

Stary(przecinek) chociaż dobre nogi ma(ma dobre nogi), to w kapciach z futerkiem daleko nie zalezie. Zawsze w tych papuciach odprowadzał go do rogu (przecinek)nad którym wisi wielki wentylator.

Mason skręcił z ulgą (przecinek)mijając rurę wentylacyjną..(zbędna kropka) Stary zgodnie z założeniami zatrzymał się tam i dorwał kolejną ofiarę, jakąś w swoim chyba wieku babuleńkę(Napisałabym "jakąś babuleńkę chyba w swoim wieku")(zbędna spacja) .

– Panią też denerwuje(przecinek) jak krzyczą nachlani po nocach? Tak?
– Jak mi się ktoś za dnia drze(przecinek) to też mnie to wkurwia!

Z resztą(Zresztą),(zbędny przecinek) ten rupieć chyba czajenie się na schodzących na(zamiast tego przecinek) niczego się nie spodziewających lokatorów traktował jako swoistą zabawę.

Jak nie pan (przecinek)to już chyba nikt – tak mu właśnie powiedzieli. A policja? – P(p)ytał Mason.

Nad placem dyndał dron policyjny, tuż pod stalową siatką(przecinek) na której pomimo skosu wiecznie zalegały śmieci.

W zasadzie to wiedział (przecinek)gdzie szukać. Albo inaczej, jeżeli policja nic nie znalazła(przecinek) to wiedział, kto będzie wiedział (przecinek)gdzie szukać.

Kilka przecznic dalej wszedł w bramę (przecinek)lecz tym razem zamiast odwiedzić swój ulubiony bar,(zbędny przecinek) sąsiadujący z jego ulubionym burdelem skierował się do piwnic. Jeżeli ktokolwiek śledził go do tego miejsca (przecinek)mógł być pewien, że Mason udał się właśnie pić, jak to czasami bywało. Właśnie po to kupił tutaj dwie piwnice,(Dałabym myślnik zamiast przecinka) żeby znikać.

Tak jest, był naprawdę dobry i bardzo lubił tak o sobie myśleć. To nie była paranoja, po prostu zawsze mógł go ktoś śledzić, a Mason naprawdę był na to za dobry.

Otworzył kłódkę (przecinek)uchylił drzwi, podparł wiszący nad nimi ciężar i wszedł do piwnicy, którą tutaj wynajmował. Tutaj mógł już spokojnie się przebrać w strój robotniczy(Raczej: roboczy). Ot (przecinek)spodnie typu ogrodniczki, kamizelka w barwach centrum likwidacji szkodników. Aż się uśmiechnął (przecinek)przypominając sobie jęki dziadka spod numeru 32. Może by mu kiedyś rozlać na wycieraczkę trochę Insara? Jak się sztachnie(przecinek) to mu kapcie spadną! W życiu nie będzie już marudziła BugAwaya rozlanego pod oknem! (Raz, że raczej "marudził", bo mowa o mężczyźnie, dwa, że potrzebne jest "z powodu" – bez tego zdanie nie ma sensu)

Mason wrzucił sztuczne sadło wrzucił do kartonu, wyjął z ust waciki wypychające policzki i górną wargę w ten typowy, głupkowaty sposób. Już nie był Masonem zrzędą,(zbędny przecinek) ze spreparowanymi dokumentami i przerysowanym odbiciem, jak nazywano komplet punktów charakterystycznych twarzy. Teraz był Jamesem, tym samym (przecinek)którym się urodził, tym samym(przecinek) który nie miał nawet odbicia(przecinek) bo powszechne mapowanie twarzy wprowadzono jeszcze kiedy był w wojsku. A owo(Lepiej by mi pasowało "ono/to"), (zbędny przecinek) z braku funduszy uznało, że lepiej niech sobie policja sama bazę danych robi((...)niech sobie policja sama robi bazę danych/niech policja sama sobie robi bazę danych) (przecinek)wyłapując z ulicy tych, których jeszcze nie spisali. James był jednak na to za sprytny, a w zasadzie miał za dużo szczęścia (przecinek)bo wojska nie opuszczał w zbyt legalny sposób.

Z piwnicy wyszedł po chwili, (zbędny przecinek)prosto do włazu do kanałów,(zbędny przecinek) znajdującego się tuż obok spustu kloacznego.

– Kogóż to widzą moje oczy! – Gregor, przeraźliwie chudy i kościsty(przecinek) rozpostarł ramiona w powitalnym geście. W tej pozie z ulubioną, postrzępioną peleryną wyglądał naprawdę jak podręcznikowa kostucha. – Ostatni z ostatnich przyszedł odwiedzić moje małe (przecinek)acz szczęśliwe królestwo?

– A co mam ci opowiadać? – J(j)ęknął James(przecinek) siadając w czerwonym fotelu delikatnie tylko napuchniętym od wilgoci.

– Jak to co? Jak żyjesz, opowiadaj. Ostatnio gdy tu zagościłeś (przecinek)mój króliczku, rzuciłeś tylko imię i uciekłeś w popłochu na górę.

– Ale teraz chyba trochę czasu znajdziesz, co? – Gregor usiadł w fotelu naprzeciwko i leniwie wyciągnął pomiętoloną paczkę, (zbędny przecinek) wypełnioną skrętami.

– Czy mam? Oczywiście, że mam! – w(W) kościstych palcach pojawił się niewielki zwitek papieru.

– Dudki, rzecz jasna(kropka) – James oparł się w fotel(rozparł się na fotelu) i odpalił skręta.

– Nie mam jeszcze, będę miał(przecinek) jak będę wracał.
– A jeśli nie wrócisz? Mam na myśli do mnie, z zapłatą? Już widzę, jak biegniesz (przecinek)wołając „Hej, Gregor, mam dla ciebie kasę i bardzo chcę ci ją dać! Bo mi strasznie ciąży!(zamknąć cudzysłów)

– To ty jesteś mistrzem w znajdywaniu osób(kropka) – James uśmiechnął się szeroko. – Z resztą(Zresztą) jeszcze emerytury nie planuję.

(akapit)Gregor zaśmiał się sucho, wstał i w zwinny sposób wyjął karteczkę z rękawa Jamesa.
– Wiesz, to się robi nudne,(zbędny przecinek) po pewnym czasie(przecinek) Gregor.
– Trudno(kropka) – t(T)amten wzruszył ramionami(kropka) – mi(Wiem, że dialog, ale "mnie") się nie nudzi.

W zasadzie,(zbędny przecinek) po co ci w ogóle kasa? Tutaj masz w zasadzie wszystko. I tak nie wychodzisz na górę(przecinek) a tutaj żadnych automatów płatniczych nie widzę.

– Za leniwy jesteś. Nic, tylko komputer, piwo i komputer. Założę się, że nawet teraz myślisz(przecinek) ile punktów tracisz na nieobecności przy klawiszach, co?

– Słuchaj, a ściągasz gogle, czy robią co(A nie "ci"?) tylko loda (przecinek)gdy ty dalej sobie grasz?

Ot, chłopcy sobie podogryzali,(zbędny przecinek) i gorzko się zrobiło, bo żaden nie był zbyt daleko od prawdy. W końcu Gregor nalał obu samogonu do ślicznych, kryształowych konikówek[b](A nie "koniakówek"? Bo "konikówka" to łamigłówka), do których zupełnie nie pasował.(Kto nie pasował do koniakówek? Samogon czy Gregor? Bo w zdaniu może chodzić i o to, i o to.)[/b]

– Ach, mamo! Mówię, nie nalegaj! Ojciec powiedział… – Patrick Kamashi przełączył się na słuchawkę (przecinek)której z ucha ze względu na pracę nie ściągał(nie ściągał z ucha ze względu na pracę).

– Nie, ojciec powiedział… Nie mogę, posłuchaj nie(mnie?) (myślnik, jeśli to po prawej nie jest wypowiedzią, a nie brzmi jak takowa) Najwyraźniej mama uznała inaczej, a Patrick wolał się nie sprzeciwiać. Natomiast minę miał wystarczająco wymowną. Chwała temu, który wymyślił promieniowanie ekranu telefony(telefonu) i powrót do rozmów jedynie głosowych!

Tak, to jest powód, żeby się tak wyrażać, skoro tak chciałaś mieć kota (przecinek)to go sobie weź! Od razu wiedziałem, żeby kupić robota! No dobrze, dobrze, przecież nic nie zrobię, znasz mnie. Acha(Aha), ale wiesz (przecinek)co ojciec…

Rozłączył się, podrapał po głowie i roztarł kark. Rozmowy z matką zawsze były dla niego ciężkie(Trudne/skomplikowane etc. Ciężkie mogą być przedmioty :P)

Tak go tknęło jednak coś(Coś go jednak tknęło), tam na zewnątrz. Ktoś tam stał?

Bądź co bądź to rzadkie, ale przecież ktoś zawsze może sobie chcieć odpocząć, (zbędny przecinek)albo poczekać na kogoś innego.

(akapit)Przepłoszył kotkę, ale znów zadzwonił telefon. Patrick odczekał trzy sygnały, po czym nacisną(nacisnął) płytkę przy uchu.

Jeśli jej tak powiedziałeś (przecinek)to już twój problem.

I nie chce(ę) więcej o niej słyszeć, jak masz do niej jakieś anonse(przecinek) to już załatwiaj sobie poza firmą. Jeszcze jeden taki telefon jak teraz i zacznę się zastanawiać nad trafnością twoich opinii (przecinek)a co zatem(za tym) idzie nad użytecznością twojej osoby, rozumiemy się?

Powiedziane w Prost(wprost?): nie ma zysku na odpowiednim poziomie, to nie ma o czym gadać. Podszedł do biurka stojącego naprzeciwko zasłoniętego zdobną firanką wymiarową, (zbędny przecinek)imitującą jakiś trójwymiarowy, mieniący się na wietrze wzór i właśnie zapragnął się jej pozbyć.

Stoi i wpatruje się w moje okna(przecinek) kiedy nie patrzę.

Coś było nie tak,(zbędny przecinek) i… Kurwa, telefon!

– Tak? Cześć (przecinek)ojcze. ("Ojcze" brzmi bardzo oficjalne, przez co "cześć" pasuje mi do tego jak pięść do twarzy)

Odetchnął z ulgą(przecinek) widząc, że mężczyzny już tam nie ma.

Okazał(Okazało) się, że był w błędzie.

Dron wisiał w powietrzu, kamera przy drzewie, tuż od którą stał gość zdawała się być skierowana gdzieś w bok, ale, nie popadajmy w paranoję – pomyślał sobie. (To zdanie jest pokręcone. Jeśli dobrze zrozumiałam, o co chodzi, powinno być na przykład tak: Dron wisiał w powietrzu, a kamera przy drzewie, tuż pod którą stał gość, zdawała się być skierowana gdzieś w bok. Ale nie, nie popadajmy w paranoję – pomyślał sobie.)

James oparł się o drzewo plecami, wykręcił numer (przecinek)który miał zapisany na kartce.

– Znalazłem, podam adres (przecinek)kiedy zobaczę pieniądze na koncie.

Wille, (zbędny przecinek)otoczone sporym kawałem terenu, tutaj trawka, tam skalniaczek.

Bogacze, paniczyki, czyli ta lepsza kasta (Albo myślnik – wtedy wyjdzie, że ci bogacze to złodzieje, albo przecinek – wyjdzie, że oprócz tych bogaczy są tam jeszcze złodzieje. Zakładam jednak, że chodzi o pierwszą opcję) złodzieje.

Patrzał(Lepiej: patrzył) jeszcze chwilę, sprawdził stan konta, ale tam wziąć(wciąż) jedenaście kredytów na minus.

Kamera nad Jamesem, na drzewie (przecinek)o które się opierał (przecinek)też. Zanim zrozumiał, że jest w czarnej dupie (przecinek)poczuł mocny ból.

Trochę, (zbędny przecinek)jak w Polsce, na misji.

Dobra, czas na mój komentarz.

Gdybym miała ocenić powierzchownie, powiedziałabym, że jest spoko. Bo w sumie narracja jest niczego sobie, widać, że masz na nią jakiś plan, główny bohater też wydał mi się interesujący, świat, w którym całość jest osadzona, też sprawia wrażenie interesującego. Niestety, jak na razie, tylko "wydał się" i "sprawia wrażenie".

Najtrudniej jest mi pogodzić się z faktem, że przez cały ten obszerny fragment nie widziałam żadnego celu i sensu w działaniach bohaterów – co do Jamesa mogłam domyślić się, że prowadzi kolejne śledztwo, ale co i po co robił Kamashi nie mam bladego pojęcia. Nie lubię czytać, kiedy nie czuję, że całość do czegoś zmierza – a tutaj nie czułam. Podobnie jak napisał Yami: dla mnie ten fragment to jedna wielka zagadka, której nie potrafię rozwiązać, bo autor praktycznie nie dał mi żadnych danych.

To, co powyżej, dotyczy moim zdaniem również bohaterów – o ile główny bohater jest w miarę porządnie nakreślony i widać w tym jakiś pomysł, dzięki czemu łatwo go sobie wyobrazić, to Kamashi i Gregor są jak dla mnie schowani we mgle. O Kamashim wiadomo tylko, że o coś się pokłócił z matką i że coś "ma w dupie", jak sam to określił. Ale co i dlaczego nie zostało nawet nadmienione. Tak na dobrą sprawę, to nie wiem nawet, czym on się zajmuje, nie znam nawet drobnych szczegółów jego wyglądu.

Dialogi także nie powalają. To znaczy pod względem tego, co mówią bohaterowie, nie mam im nic do zarzucenia, ot, normalne rozmowy, denerwowało mnie natomiast podczas czytania to, że rzadko kiedy miałam pojęcie, o co chodzi w wymianie zdań. Gadka z Gregorem nawiązuje do szczegółów, o których nikt mi nie powiedział, dlatego miałam spore trudności, żeby się w niej odnaleźć.
Muszę się zgodzić z Yamim także w kwestii rozmowy telefonicznej – to nie jest dobre rozwiązanie. O ile z rozmowy z Gregorem coś tam sobie poskładałam, to z tego w zasadzie monologu nie zrozumiałam praktycznie nic.

No i ostatnie, na co muszę sobie ponarzekać: fakt, że w tym fragmencie prawie w ogóle nie został zaprezentowany świat, w którym ma miejsce akcja. Takie drobne akcenty jak drony, kamery, ruch uliczny "nad głowami" albo te wzmianki o życiu na górze i na dole mówią jak dla mnie zdecydowanie za mało – owszem, jestem w stanie wyobrazić sobie miasto, do którego pasowałyby te określenia, ale mam wrażenie, że ta wizja może znacznie odbiegać od tego, jak autor to zaplanował. No i o ile ogół miasta jakoś sobie wyobrażam, to prawdę mówiąc nie mam pojęcia, jak wyglądały wnętrza, w których przebywali bohaterowie – nie chodzi mi o dokładne opisy ilości pokoi, koloru tapet i wielkości dywanów, ale o ogólne zarysowanie przestrzeni, tak żeby łatwiej było umieścić bohaterów w konkretnym miejscu.

No, to tyle ode mnie. Ogólnie mi się podobało, ale wypadałoby jeszcze to dopracować. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#6
A więc, zabieram się do poprawek. Najwyraźniej druga część będzie musiała poczekać na publikację. Już widzę, że w niej również znajdzie się masa błędów. Może chociaż odrobinę to zmniejszę.

Odnośnie dialogu Jamesa z Gregorem: nie mam pojęcia, co tam jest nie tak. Widać, że panowie się znają na tyle długo, żeby wprost się z siebie nabijać. Dowiadujemy się także, że weteran James ukrywa się ze względu na swoją nie do końca legalną przeszłość. Także wpada kilka informacji na temat tego, czym się zajmuje. Gregor jest również opisany w sposób wystarczający, od aparycji po tryb życia – siedzący w kanałach nałogowy komputerowiec. Przy okazji pewnie haker, skoro mowa o odnajdowaniu ludzi. Życie prowadzi na granicy prawa, chociażby dlatego, że współpracuje z Jamesem.
Mam rację, czy ułożyłem sobie w głowie więcej, niż opisałem?

Co do miasta, to lecąc od fundamentów: Kanały (podziemia i stare metra? – jeszcze nie wiem. Pozostawiam wyobraźni czytelnika) zamieszkane przez gardzących resztą (systemem) męty (w tej roli Greg). Dalej poziom zerowy, parter czy jak inaczej zwać (tutaj mieszka nasz James i nękający go dziadek). Nad ulicami siatka wyłapująca śmiecie, bo skoro główny ruch przeniósł się nad chodniki i ulice, trzeba jakoś stworzyć pozory ładu i dbałości o obywateli. Drony, kamery, reklamy. Dużo nie widać, bo z ziemi nieba nie widać przez smog, pył, spaliny (tyle mniej więcej powinno być wiadome na tym etapie).

Wyżej jest miasto typowych obywateli, pracujących i żyjących na poziomie i zgodnie z prawem. W budynkach klatki schodowe nie wiodą na dół (to też, ale kto by chciał łazić po ulicach), lecz raczej do góry. Na wysokości kilkunastu metrów jest coś na styl metra, szynobusy tak zwane. One robią za masową komunikację miejską, ale o tym więcej w następnych częściach (o tym faktycznie nie ma jeszcze słowa, ale już niedługo).
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
(27-06-2015, 13:13)Kurojatka napisał(a): Mam rację, czy ułożyłem sobie w głowie więcej, niż opisałem?

Postaram się odpowiedzieć na Twoje pytanie.

Jak sam pewnie zauważyłeś, wyobrażenie, które ma w głowie autor jest zupełnie czym innym niż to, co czyta jego odbiorca. Jeżeli coś jest dla Ciebie oczywiste, to często nie jest takie proste dla innych. Musisz bardzo uważać żeby nie zakładać u czytelników wiedzy, której nie mają skąd wziąć.

Pewnych rzeczy można się oczywiście domyślić, ale od tego są pisarze, żeby nie trzeba było. Im więcej myślenia podczas czytania, tym gorzej. Jeżeli w Twojej głowie miasto ma ileś poziomów, to napisz to, żeby czytelnik też to wiedział. Oczywiście takie informacje przydałoby się jakoś wpleść w fabułę, żeby były spójne z historią, którą opowiadasz.

Na koniec odpowiedź na Twoje pytanie. Tak, ułożyłeś sobie w głowie więcej niż napisałeś. Nie znaczy to tylko, że nie masz racji, naturalnym jest pisać bazując na własnej wiedzy. Niestety dla odbiorców może to być męczące.
Odpowiedz
#8
Bruce Silva i Kuba Janis
Arrow Hammer, bo tak nazywano radiowozy nowego typu, zatrzymał się z piskiem opon. Nie, żeby jechał wyjątkowo szybko. Nie, żeby prowadzący Kuba Janis depnął na hamulec w jakiś wyjątkowy sposób. Po prostu te samochody były bardziej filmowe, niż te filmowe. Oto chyba jedyne pojazdy, których opony piszczały nawet na żwirze.
– Co jest? – Bruce podniósł wzrok.
Janis nie odpowiedział. Wyłączył silnik i otworzył drzwi.
– Hej, gdzie idziesz? – Bruce wzniósł ręce do góry w geście bezradności. – Wracaj, weź objazd tyłem i jedziemy! Hej!
Janis jednak wyszedł z pojazdu i zrobił kilka kroków do przodu, by przyjrzeć się zatorowanej drodze. Ulice i tak były puste, cały ruch przeniósł się na wysokość co najmniej kilkunastu metrów w postaci szyno-busów i trakcji magnetycznych. Nikomu więc barykada nie przeszkadzała i pewnie nawet nie została zgłoszona do usunięcia. Tymczasem siatka ochronna, masa gruzu i śmieci runęła na sam środek skrzyżowania, zawalając tym samym sygnalizację świetlną. Co ciekawe, sygnalizacja dalej działała. Było czerwone.
Kuba Janis stał tak przez chwilę, przeczyścił przeciwsłoneczne okulary i w końcu zawrócił.
– No nareszcie – jęknął Bruce. – Mamy wezwanie, pospieszyłbyś się.
– Nienawidzę tego, wiesz?
– Czego?
– Tego śmietnika. – Kuba wcisnął przycisk, samochód na powrót odpalił. – Powinni zwiększyć kary za wywalanie telewizorów przez okno. Jak stalowa siatka ma wytrzymać takiego spadającego kolosa?
– Nie mówię, że nie masz racji, ale w tym wypadku to nawet nie wina śmieci, tylko samowolki budowlanej.
– Co masz na myśli? – zdziwił się Janis.
– Nie zauważyłeś, że tam cała ściana kamienicy runęła? Ludziom się wydaje, że można dobudować dodatkowe piętro czy dwa bez żadnych konsekwencji. Nie wypłaca się ogromnych pieniędzy na betonowe kotwy i filary bez przyczyny.
Janis spojrzał w bok. Właśnie przejeżdżali obok jednej z takich kotw. Wielkiej średnicy kolumna żelbetowa zatopiona dobre trzydzieści metrów w ziemię. Wbił wyższy bieg, rozparł się wygodniej, bo przed nimi dłuższa prosta, i spojrzał na pasażera.
– Brałeś leki?
– Co? – Bruce udał oburzenie pytaniem. – Wziąłem. Pewnie, że tak! Co to w ogóle za pytanie?
– Tak po prostu pytam.
– Specjalnie się czepiasz, odwal się.
– Nie, nie zrozum mnie źle. Tak tylko pytam. – Janis zaśmiał się, wbił czwórkę i przemknęli przez kolejne czerwone światło. – Słuchaj, ja cię rozumiem. Zresztą, nikt normalny by tu nie pracował, w kiblu.
– Nie opowiadaj, policja ma powodzenie jak nie wiem co. Kandydatów pod bramą całe sznurki z tego, co gadają.
– Wiesz, o co mi chodzi. Mamy zaopatrzeniowców, mechaników, pilotów, trzy działy informatyków, robotyków. Ale w kiblu?
– W kiblu same pojeby – zacytował przełożonego Bruce.
– Tak jest. Dlatego po prostu pytam.
Bruce skrzywił się. Raz go poniosło, jeden raz. A teraz każdy się czepia. Nawet Janis, chociaż zazwyczaj on robi to w żartobliwy sposób.
Normalnie Bruce wyleciałby wtedy z pracy na zbity pysk. Szczęście w nieszczęściu, akurat trwała medialna nagonka na brutalne i zbyt agresywne akcje funkcjonariuszy na wspomaganiu. Żeby uniknąć problemów, wszystko zatuszowano. Czasami zastanawiał się, czy nie byłoby lepiej wylecieć ze służby, niż pracować z łatką ćpuna i łapówkarza.
Arrow Hammer skręcił z piskiem w lewo i wjechał na ośmiopasmową drogę biegnącą wzdłuż całego wschodniego wybrzeża stanów. Tutaj już pojawiały się pojedyncze samochody. Bruce spojrzał w górę. Zabawne, że akurat nad nimi mniej więcej z tą samą prędkością zasuwał szynobus. Ze trzy wagony ściśniętych jak sardynki ludzi dyndających na pojedynczej szynie. Po chwili jednak widok przysłonił tunel. Janis zjechał z ośmiopasmówki, skierowali się do jednego z najbogatszych osiedli w okolicy. Zaprojektowanego, by cieszyć. Bruce westchnął. Samochód też odetchnął, tutaj nie było już wyrw, nierówności nawierzchni czy wręcz ubytków zasypanych żwirkiem.
– Wiesz – Janis prawie podskoczył nagle podekscytowany – miałem taki sen ostatnio. O wyborach.
– Znaczy sen na czasie, co?
– Na czasie, tak. Wchodzi gość do Multikina, bo jest nowe i chciał sprawdzić, co to za spęd ludzi czy coś. Nie wiem zresztą po co, nieważne. Tylko sen. W każdym razie w środku urna, właściciele wokoło w garniturach, no i oczywiście kandydaci na prezydenta. Każdy z nich zaprasza swoich wyborców na odrębną salę, gdzie mają być przekąski i film za dodatkową opłatą niewielką, wiesz, taka kiełbasa wyborcza. Głosujesz na kogoś i możesz wejść na jego salę.
– Ale jak? Zaglądali, na kogo głosowałeś? Bo przecież skąd by wiedzieli, na jaką salę cię wpuścić? Zagłosowałeś na przykład na Smolinskyego, a poszedłbyś do sali Khornicka?
– Co? A nie wiem. Chyba tak. Po prostu jak głosujesz na Smolinskyego, to idziesz na film katastroficzny z przesłaniem moralno-kościelnym, jak na Dizneja, to film wojenny z przesłaniem w stylu „wzbogać się sam”, a jak na lewicę, to idziesz na jakieś lewicowe lewactwo.
– A to dobre, ładnie jesteś ukierunkowany politycznie. Nigdy nie pytałem: Na kogo w takim razie będziesz głosował? Chyba nie na Michaela Khornicka?
– A dlaczego by nie? Zresztą, nieważne, słuchaj dalej. Kandydaci sobie gadają, obiecują to, co mieli do obiecania i ten gość, który wszedł, pyta, czy też może wynająć salę. I mu pozwalają. Wiesz, głupota snu. W każdym razie zaczyna opowiadać, co to u niego na sali będzie, o najnowszym filmie z Jathanem, full wypas żarcie. I rzeczywiście, ludzie zaczynają się przy nim skupiać. W końcu mija godzina zero, sale wypełniają się wyborcami odpowiednich kandydatów i się okazuje, że ten nieznajomy takie rzeczy naobiecywał, że zgromadził największy tłum. Suma sumarum, kiedy ludzie wchodzą do sali, ten stoi na środku sceny i mówi krótko, że dziękuje za wsparcie, że mu przykro, ale to były tylko obiecanki wyborcze, kłania się i wychodzi z kasą za wejście.
– To jednak trzeba było płacić za wstęp?
– No tak, mówiłem. Ale nie doszukuj się w tym logiki.
– Czyli po prostu przyśnił ci się nieznajomy kandydat zdobywający ogromne poparcie. Masz nadzieję na wejście kogoś nowego?
– Nie, nie o to chodzi. Chodzi o to, że naopowiadał bajki tak samo jak reszta, tylko bardziej realne i dające większe profity na krótką metę. Ot, obejrzę sobie lepszy film, spędzę najbliższe dwie godziny bardziej interesująco, niż głosując na pozostałych.
– Bo przecież każdy wie, że żadna z obietnic nie zostanie dotrzymana tak czy siak.
– Dokładnie.
Bruce zasępił się na chwilę w zamyśleniu.
– Nic z tego nie rozumiem – dodał po chwili.
– Czego nie rozumiesz? Tu nie ma nic do rozumienia, po prostu fajny pomysł miał ten nieznajomy typ. A tak naprawdę, to nikt nie był na niego zły nawet, bo i tak wiadomo, że wszystkie te przedwyborcze obietnicą to tylko pic na wodę.
– Ja myślę, że i tak już dawno wiadomo, kto zostanie wybrany. Całe to liczenie głosów to farsa, a już głosowanie przez internet? Kto to niby sprawdzi?
– Aj tam, a głosy na papierze to kto sprawdzi? Jeżeli ktoś nagle by się faktycznie uparł, to i co z tego? Co za problem nadrukować kartek i wstawić kilka milionów krzyżyków w odpowiednim polu. A niechciane głosy unieważnić w piecu.
– No niby tak. Tylko pomyśl, jak by to wyglądało. Kilkaset osób napieprzających krzyżyki cały dzień, zmieniając tylko co chwila rękę albo długopis.
Tunel się skończył. Wyjechali z obszaru zabudowanego drapaczami chmur i ich oczom ukazało się osiedle w pełnej okazałości. Dzięki specjalnym filtrom i sztucznemu obiegowi powietrza nie było tutaj nawet smogu, zasięg widzenia jakby zwiększał się o parę ładnych kilometrów.
– Widzisz, Janis? Tutaj siatki nie ma, a i tak nic ci na głowę nie spadnie.
Osiedle, które mieli przed sobą, zajmowały domy jedno i dwupiętrowe oraz liczne tereny zielone. Tutaj nie przejmowano się przestrzenią. Żadnych wieżowców. Tak żyją bogacze.
Odpowiedz
#9
(26-07-2015, 14:49)Kurojatka napisał(a): Bruce Silva i Kuba Janis

Po prostu te samochody były się(Były się? Tutaj coś bardzo nie gra) bardziej filmowe, niż te filmowe. Oto chyba jedyne pojazdy, których opony piszczały nawet na żwirze.

– Hej, gdzie idziesz? – Bruce wzniósł ręce w geście politowania. (Jak można wznieść ręce w geście politowania? Trudno przypasować taki gest do politowania)

Ulice i tak były puste, cały ruch przeniósł się na wysokość co najmniej kilkunastu metrów, (zbędny przecinek) w postaci szyno-busów i trakcji magnetycznych.

Tymczasem siatka ochronna, masa gruzu i śmieci runęła się(zbędne) na sam środek skrzyżowania, zawalając tym samym sygnalizację świetlną.

– No nareszcie. (bez kropki) – skwitował partnera(zbędne – nie wiem, jak mógł skwitować partnera) Bruce. – Mamy wezwanie, pospieszył byś(pośpieszyłbyś) się.

Wielkiej średnicy kolumna żelbetowa, (zbędny przecinek)zatopiona dobre trzydzieści metrów pod ziemię(w ziemi).

– Co? – Bruce udał oburzenie pytaniem(zbędne – tylko z powodu pytania mógł być oburzony).

– Nie, nie zrozum mnie źle. Tak tylko pytam(kropka) – Janis zaśmiał się, wbił czwórkę i przemknęli przez kolejne czerwone światło. – Słuchaj, ja cię rozumiem. Z resztą(Z jaką resztą, do jasnej ciasnej? Wiesz, jak mnie irytuje wytykanie tego samego po kilka razy? Ciesz się, że nie wiesz. "Zresztą", oczywiście.), nikt normalny by tu nie pracował, w kiblu.

Normalnie Bruce wyleciał by(wyleciałby) wtedy z pracy na zbity pysk.

Czasami zastanawiał się, czy nie było by(byłoby) lepiej wylecieć ze służby, niż pracować z łatką ćpuna i łapówkarza.

(akapit)Arrow Hammer skręcił z piskiem w lewo, (zbędny przecinek)i wjechał na ośmiopasmową drogę biegnącą wzdłuż całego wschodniego wybrzeża stanów.

Ze trzy wagony ściśniętych jak sardynki ludzi, (zbędny przecinek)dyndających na pojedynczej szynie.

– Znaczy, (zbędny przecinek) sen na czasie (przecinek) co?

Nie wiem z resztą(ZRESZTĄ), po co, nie ważne(nieważne).

Każdy z nich zaprasza swoich wyborców na odrębną salę (przecinek) gdzie mają być przekąski i film za dodatkową opłatą niewielką, wiesz, taka kiełbasa wyborcza.

– Ale jak? Zaglądali (przecinek)na kogo głosowałeś? Bo przecież skąd by wiedzieli (przecinek) na jaką salę cię wpuścić?

– Co? A nie wiem. Chyba tak. Po prostu, (zbędny przecinek) jak głosujesz na Smolinskyego (przecinek) to idziesz na film katastroficzny z przesłaniem moralno-kościelnym, jak na Dizneja (przecinek) to film wojenny z przesłaniem w stylu „wzbogać się sam” (przecinek) a jak na lewicę (przecinek) to idziesz na jakiś lewicowe lewactwo.

– A to dobre, ładnie jesteś ukierunkowany politycznie. Nigdy nie pytałem:,(Po co ten przecinek po dwukropku?) Na kogo w takim razie będziesz głosował?

Z resztą(ZRESZTĄ), (zbędny przecinek) nieważne, słuchaj dalej. Kandydaci sobie gadają, obiecują to, co mieli do obiecania i ten gość, który wszedł (przecinek)pyta (przecinek)czy też może wynająć salę.

Suma sumarum, kiedy ludzie wchodzą do sali (przecinek)ten stoi na środku sceny i mówi krótko, że dziękuje za wsparcie, że mu przykro (przecinek) ale to były tylko obiecanki wyborcze, kłania się i wychodzi z kasą za wejście.

– Nie, nie o to chodzi. Chodzi o to, że naopowiadał bajki tak samo, (zbędny przecinek) jak reszta, tylko bardziej realne i dające większe profity na krótką metę. Ot, obejrzę sobie lepszy film, spędzę najbliższe dwie godziny bardziej interesująco (przecinek) niż głosując na pozostałych.

– Aj tam, a głosy na papierze to kto sprawdzi? Jeżeli ktoś nagle by się faktycznie uparł (przecinek) to i co z tego?

– No niby tak. Tylko pomyśl (przecinek)jak by to wyglądało.

Tunel się skończył. Wyjechali z obszaru zabudowanego drapaczami chmur i oczom obojgu(ich oczom) ukazało się osiedle w pełnej okazałości.

– Widzisz (przecinek)Janis? Tutaj siatki nie ma (przecinek) a i tak nic ci na głowę nie spadnie.
Osiedle, które mieli przed sobą, zajmowały domy jedno i dwupiętrowe, (zbędny przecinek)oraz liczne tereny zielone.

Nie mam wiele do powiedzenia, bo i fragment składający się z rozmowy nieznanych mi jeszcze zbyt dobrze bohaterów. Napisany całkiem całkiem, dialogi brzmią raczej naturalnie.
Czy słusznie wyczuwam aluzję do niedawnych wyborów prezydenckich w naszym kraju? :P
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#10
Rany, dziękuję. Siedziałem nad tym cały ranek i znowu to samo ;–) Znowu reszta i robiłby ;–)
Nawiązanie do niedawnych wyborów, napisany tuż przed nimi, i do tego jest realnym wycinkiem z mojego snu. Tylko nazwiska przekręciłem. Uznałem, że będzie zabawnym przecinkiem, a i wiemy od razu, że się panowie dobrze znają.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości