Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Leacerii
#1
Spoiler: 'Od autora'

PROLOG

Spojrzał jeszcze raz na szklaną tarczę zegara. "Coś się stało" – pomyślał.
Od kiedy pamiętał, tarcza zawsze była pusta. Teraz znajdował się razem z innymi elfami w trójkątnej czarno-białej sali o niskim suficie. Wszyscy wpatrzeni byli w zegar, jedyny przedmiot na pobielanych ścianach. Była to jedna z wielu tajemniczych i nieznanych sal w klasztorze Vil'ere, dużym, wielopiętrowym, marmurowym budynku, znajdującego się wysoko w Smoczych Górach. Potężna budowla połączona z kaplicą, otoczona z każdej strony górami, była główną siedzibą zakonu A`edriss, idealnym miejscem kształcenia, medytacji i modlitw. Zgromadzenia, do którego trafiali najstarsi ze starszych, aby w ciszy zgłębiać tajemnice tego miejsca i znajdujących się tu przedmiotów. Także znudzony życiem wiekowy elf Loa'ed wpatrywał się w trzy żarzące się dziwne znaki oraz zwykle nieruchomą złotą strzałkę wskazującą kolejno trupią czaszkę, miecz i smoka. Żaden z żyjących A'edriss nie umiał wytłumaczyć tego zjawiska, tej tajemnicy.
Powoli, nie odrywając wzroku od zegara, wstał. Ostatni raz przypatrzył się trzem dziwnym znakom i odszedł w stronę swojego mieszkania. Przeszedł pod łukowym przejściem miedzy korytarzem a trójkątną salą i ruszył do pokoju. Powoli mijał kolejne sale, skręcił zaraz za jadalnią i ruszył pustym korytarzem. Dotarł do spiralnych schodów prowadzących na drugie piętro. Wszedł na górę i udał się do zamieszkanego przez siebie pomieszczenia. Ostrożnie otworzył drzwi, aby nie obudzić śpiącego w środku dziecka. Mieszkanie składał się z dwóch części. W pierwszej na wprost drzwi znajdowała się jego pracownia. Ciężki drewniany stół zastawiony różnymi drobiazgami. Przed nim, po prawej stronie znajdowały się drzwi do sypialni, w której teraz spał jego syn. Po cichu otworzył i wszedł do sypialni. Na środku kwadratowego pomieszczenia siedziała Sy'lli, karmiąc małego Be'ala. Podniosła głowę i uśmiechnęła się.
Także się uśmiechnął i zapytał:
– Skończyłaś dzisiaj wcześniej?
– Tak. Odwołali mi zajęcia z energii ognia. Sprawdziłam więc wczorajsze egzaminy, a potem nakarmiłam małego, teraz śpi.
– Kiedy masz następne zajęcia?
– Po kolacji z astronomii.
– W końcu mamy trochę czasu dla siebie – powiedzieli równocześnie.
Podszedł do niej, nachylił się i delikatnie ją pocałował, potem wziął od niej dziecko i zaniósł je do kołyski pod oknem. Ona także wstała, podeszła do niewielkiego stolika w rogu i nalała do dwóch kubków wody. Podszedł do niej, wziął jeden kubek i usiadł na brzegu łóżka, a ona obok niego. Siedzieli tak w ciszy, wpatrując się w siebie. Nagły huk wyrwał ich z zamyślenia.
Ktoś z impetem uderzył w drzwi od mieszkania. Poderwali się na równe nogi, ona podbiegła do kołyski, on wyczarował Oko Wizjera na ścianie tuż za drzwiami. Dzięki temu zaklęciu widział wnętrze pracowni. Po chwili drzwi wejściowe otworzyły się, do środka weszła zakapturzona postać w niebieskim płaszczu. Od razu skierowała się w stronę drugich drzwi. Nie zastanawiając się, Loa'ed zaczął wyczarowywać portal. Po chwili na ścianie, tuż obok Sy'lli trzymającej dziecko, pojawił się złoty okrąg.
– Prędko, do portalu. – Bez dyskusji, ratuj nasze dziecko – krzyknął zdyszany elf. Sy'llia bez słowa razem z płaczącym dzieckiem przeszła przez portal, który zaraz po ich przejściu zniknął. W tym momencie drewniane drzwi od pokoju otworzyły się z impetem. Nie zdążył się nawet odwrócić w stronę przeciwnika, zaklęcie śmierci trafiło go prosto w plecy. Umarł szczęśliwy, wiedząc, że udało mu się uratować jedynego syna oraz ukochaną żonę.

Rozdział 1 : ZADANIE

Zielony błysk na chwilę rozjaśnił duży otwór do groty o łagodnym, szerokim zejściu. Była to jedyna jaskinia w okolicy w odległości około dwustu stóp od wsi. Znajdowała się w niewielkiej górze służącej jako miejsce religijnego kultu. Przed nim stali stłoczeni mieszkańcy wsi liczący na to, że nieznajomy, który przyjechał do ich osady kilka dni wcześniej, pomoże rozwiązać problem. Od kilku dni w jaskini zamieszkiwało jakieś stworzenie wydające co jakiś czas syczące dźwięki. Powodowało ogromny huk, jakby góra, w której zamieszkiwało, nagle miała się zawalić. Zwykle odgłos ten poprzedzany był dziwny sykiem oraz niekiedy błyskiem. Tak stało się i tym razem: zebrani usłyszeli donośny huk oraz oraz drażniące uszy syczenie.
Spośród wieśniaków, którzy stali w różnych odległościach od zejścia do jaskini, jeden z chłopów odwrócił się i spojrzał na przybysza. Był to niewysoki mężczyzna o długich ciemnych włosach spiętych w warkocz na plecach, kilkudniowym zaroście oraz czujnym spojrzeniu. Nosił czarny płaszcz ze stojącym kołnierzem ozdobionym srebrno-szarym obszyciem. Przy boku miał miecz o srebrnej głowicy. Do pasa przymocowanych było kilka mniejszych skórzanych woreczków. Gruby burmistrz o obfitym wąsie i bogatym ubiorze przyglądał mu się chwilę, po czym ściągnął słomiany kapelusz, splunął i powiedział:
– Tak jak żeśmy się umawiali, panie Grinchold, dwieście tertów za dowód śmierci tego czegoś…
– Smoka kolczastego – odparł spokojnie przybysz, nie dając po sobie poznać zniecierpliwienia. Potrzebował tych pieniędzy.
Sto trzydzieści marek za wjazd do Leacerii, miasta czarodziejów…
Najpierw jednak zadanie. Zabił już wiele potężniejszych smoków, ale zawsze trzeba być skupionym.
– Może tak, może nie…
– Dwieście tertów za głowę? Resztę mogę wziąć?
– A jakże… nie wiem, po co panu reszta... Trofeum bez głowy żadne… a i ciężkie na mięso… pański koń tego nie uniesie…
– Mój interes, co zrobię z resztą… Przyjmuję warunek i zgadzam się na dwieście tertów za głowę.
– Ano oczywiście za dowód.
Gruby burmistrz zerknął na przybysza, ten zaś wyciągnął dłoń. Spojrzał w głąb ciemnej jaskini, przez chwilę się zastanawiał, po czym uścisnął dłoń i odszedł.

* * *

Grinchold powoli wyciągnął czarny miecz z pochwy i odszedł w stronę jaskini. Spojrzał w nieprzeniknioną ciemność groty, jednak niczego nie dostrzegł. Podniósł kamień z ziemi, mamrocząc przy tym w znanym tylko sobie języku.
Z kamienia błysnęło słabe, białe światło – rzucił kamyk do środka jaskini i wtedy dostrzegł jej mieszkańca. Czarne stworzenie nie większe od konia wciśnięte w kąt jaskini, zasłaniające się skrzydłami. Kolczasty smok wyglądał jak szkielet konia, na który ktoś naciągnął czarny, prześwitujący materiał. Jego ciało pokrywały liczne, drobne kolce. Skrzydła wyglądem przypominały nietoperze. Głowa wyglądała jak dwie zlepione trupie czaszki, a w oczach tliły się zielone ogniki bacznie spoglądające na światło bijące z upuszczonego kamienia. Młody smok kolczasty ryknął i zasłonił się złamanym skrzydłem.
Grinchold, trzymając się blisko ściany i nie odrywając oczu od gada, zbliżył się powoli z wyciągniętym przed siebie mieczem.
Zaatakował szybko i pewnie, odskoczył od ściany, głowicą miecza uderzył w złamaną prawą kończynę. Smok ryknął, uciekł w głąb jaskini i rozłożył skrzydła. Łypnął złowrogo na atakującego. Ten jednym ruchem przeskoczył pod jego lewym, zdrowym ramieniem, by znaleźć się u boku smoka. Z takiej pozycji ciął z góry, rozcinając skórę wzdłuż całego ciała stworzenia.
Odskoczył i zanurkował pod ogonem, unikając zabójczego uderzenia. Znalazł się po drugiej stronie tułowia. Zręcznie przeskoczył nad prawym skrzydłem i znalazł się tuż przed pyskiem stwora, który z desperacją usiłował uciec. Grinchold obrócił się w miejscu pod smokiem, ciął z dołu między łuski, odcinając kolczastą głowę. Uskoczył w bok, unikając przygniecenia przez bezwładne cielsko martwego stworzenia. Rozejrzał się dookoła, schował miecz i wyciągnął nóż. Zaczął powoli dzielić zwłoki na części. Wycinając wszystko, co da się sprzedać: kolce, pazury, łuski – elementy figurujące najwyżej na czarodziejskich listach potrzeb. Zapach smoczej krwi unosił się w powietrzu, nieustannie gryząc w nos. Wstał, spakował wszystko, co mógł sprzedać, do worka. Z kieszeni płaszcza wyciągnął mały flakonik i nalał do niego kilka nadających się kropli cennej, smoczej krwi. Ostrożnie odłożył fiolkę do kieszeni. Wstał, podniósł głowę i powoli ruszył w kierunku wyjścia, przechodząc nad resztkami smoczego ciała.
Stojący obok konia chłopi popatrzyli z niedowierzaniem. Baby pobladły jeszcze bardziej, zasłaniając dzieciom oczy, same rozglądały się trwożnie.
Na powierzchni kilka osób zagwizdało z podziwu. Ktoś głośno przeklął. Reszta wieśniaków mamrotała coś pod nosem. Roześmiane dzieci przerwały zabawę i z zainteresowaniem, ale też trwogą przyglądały się Grincholdowi, a raczej smoczej głowie, którą cały czas trzymał. Burmistrz uśmiechnął się na jego widok. Przez chwilę przyglądał się bacznie, potem rzekł:
– Spisaliście się. Panie Grinchold, dobrze o was po karczmach gadają. Nie jak te Von mi stąd rycerzyki, podatek wyłudzać, a pomóc nie ma kto, wydrwigrosze! No, ale to swoją drogą interesy, najpierw interesy. Dwieście tertów, nie, panie Grinchold, dwieście czterdzieści, stać mnie, to i premię doliczę.
Reszta chłopów spojrzała na grubego burmistrza z niedowierzaniem.
– Proszę, pański dowód – odrzekł spokojnie Grinchold, podając chłopu głowę smoka.
– Wcale żeście go nie zmasakrowali. – Obejrzał głowę z dwóch stron. – Jeśli panu się nie śpieszy, na obiad do gospody zaprosić bym…
– Z chęcią bym skorzystał, ale zmuszony jestem odmówić – odpowiedział, zaczepiając juki do konia. Jednym zręcznym skokiem wsiadł na popielatego ogiera i odjechał wzdłuż Zdry w stronę Smoczych Gór, kierując się do Leacerii.
Crax, do poprawek marsz! ~ Nawka
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(20-06-2015, 23:35)Crax napisał(a): PROLOG

Od kiedy pamiętał, tarcza była zawsze(zawsze była) pusta.

Była to jedna z wielu tajemniczych i nieznanych sal w klasztorze Vil'ere, dużego, wielopiętrowego, marmurowego budynku, znajdującego (Skoro w klasztorze, to dużym, wielopiętrowym, marmurowym budynku znajdującym się... – wszystkie określenia muszą być w tym samym przypadku czyli miejscowniku.) się wysoko w Smoczych Górach.

Otoczony z każdej strony górami budynek połączony z kaplicą był idealnym miejscem (idealnym do czego? napisałabym to inaczej – 'Potężna budowla połączona z kaplicą, otoczona z każdej strony górami, była główną siedzibą zakonu A`edriss, idealnym miejscem kształcenia, medytacji i modlitwy'), a zarazem stolicą zakonu A'edriss.

Zgromadzenia, do którego trafiali najstarsi z starszych (ze starszych lub z najstarszych), aby w ciszy zgłębiać tajemnice tego budynku(lepiej 'tego miejsca') i znajdujących się tu przedmiotów.

Także znudzony życiem wieloletni (wiekowy – jeśli chodzi o długość życia, gdyż 'wieloletni' bardziej pasuje do funkcji; 'wieloletni pracownik, prezes' albo do jakiegoś procesu trwającego wiele lat) elf Loa'ed wpatrywał się w trzy żarzące się dziwne znaki oraz zwykle nieruchomą złotą strzałkę wskazującą kolejno trupią czaszkę, miecz oraz smoka. Żaden z żyjących A'edriss nie umiał wytłumaczyć tego zjawiska, tej tajemnicy.

Powoli, nie odrywając wzroku od zegara, wstał. Ostatni raz przyglądnął(przypatrzył się) się trzem dziwnym znakom i odszedł w stronę swojego mieszkania.

Ostrożnie otworzył drzwi, aby nie obudzić śpiącego w środku swojego(zbędne) dziecka.

MI(i)eszkanie składało się z dwóch części.

Przednim (Przed nim, bo 'przedni' oznacza przód czegoś), po prawej stronie znajdowały się drzwi do sypialni, w której teraz spał jego syn.

Po cichu otworzył,(i zamiast przecinka) wszedł do sypialni.

Ona także wstała i(przecinek zamiast i) podeszła do niewielkiego stolika w rogu,(i zamiast przecinka) nalała do dwóch kubków wody.

Po chwili na ścianie, kawałek od (tuż obok) Sy'lli trzymającej dziecko, pojawił się złoty okrąg.

(myślnik i spacja) Bez dyskusji(przecinek) ratuj nasze dziecko.(bez kropki, myślnik i dalej małą literą) Krzyknął zdyszany elf.

Sy'llia bez dyskusji(bez słowa) razem z płaczącym dzieckiem przeszła przez portal, który zaraz po ich przejściu zniknął.

Rozdział 1 : ZADANIE

Zielony błysk na chwilę rozjaśnił duże wejście (duży otwór) do groty o łagodnym, szerokim zejściu.

Miała jedno wejście od strony Smoczych Gór,(ta cała część jest zbędna, gdyż w poprzednim zdaniu opisałeś to wejście, chyba że chodzi o inne wejście, ale z tego zdania nie nasuwa się taki wniosek) (P)przed nim (stali) stłoczeni byli dzisiaj(zbędne) mieszkańcy wsi liczący (na to), że nieznajomy, który przyjechał do ich osady kilka dni wcześniej, pomoże rozwiązać problem.

Od kilku dni w jaskini zamieszkiwało jakieś stworzenie, które od czasu do czasu dziwnie syczy (bez przecinka – wydające co jakiś czas syczące dźwięki). Co jakiś czas stworzenie to(zbędne)(P)powodowało (też) ogromny huk, jakby góra, w której zamieszkiwało, nagle się zawaliła(miała się zawalić). Zwykle odgłos ten poprzedzany był dziwny sykiem oraz niekiedy błyskiem.

Tak było(za dużo tych 'było' – Tak stało się) i tym razem: zebrani usłyszeli donośny huk oraz głośny syk(musisz używać innych określeń, żeby nie powtarzać ciągle tych samych – oraz drażniące uszy syczenie).

Spośród wieśniaków, którzy stali w różnych odległościach od zejścia do jaskini, pewien chłop(jeden z chłopów) odwrócił się i spojrzał na przybysza.

Nosił czarny płaszcz ze stojącym kołnierzem oraz srebrno-szarym obszyciem (ozdobionym srebrno-szarym obszyciem).

Gruby burmistrz zerknął na przybysza, ten (zaś) wyciągnął dłoń.

* * *
Spojrzał w nieprzeniknioną ciemność groty, (jednak) niczego nie dostrzegł.

Podniósł kamień z ziemi, wymamrotał coś niezrozumiale(mamrocząc przy tym) w znanym tylko sobie języku.

Z kamienia błysnęło słabe, białe światło, (myślnik zamiast przecinka) upuścił go do środka jaskini, nad którą stał. Zobaczył go. (wychodzi na to to, że zobaczył świecący kamień, więc może tak: rzucił kamyk do środka jaskini i wtedy dostrzegł jej mieszkańca)

Czarne,(bez przecinka) stworzenie nie większe od konia,(bez przecinka) wciśnięte w kąt jaskini, zasłaniające się skrzydłami.

Kolczasty smok wyglądał jak szkielet konia, na który ktoś naciągnął czarny, prześwitujący materiał, pokryty był cały(tu postawiłabym kropkę, a dalej nowe zdanie: Jego ciało pokrywały liczne, drobne kolce.) licznymi niewielkimi kolcami.

Głowa wyglądała jak dwie zlepione trupie czaszki, w miejscach oczodołu (to brzmi tak, jakby nie miał oczu – a w oczach tliły się...) tliły się zielone ogniki bacznie spoglądające na światło bijące z upuszczonego kamienia.

Nie odrywając od niego oczu, Grinchold zszedł powoli, trzymając się blisko ściany, zasłaniając się mieczem. (to zdanie jest źle skonstruowane – Grinchold, trzymając się blisko ściany i nie odrywając oczu od gada, zbliżył się powoli z wyciągniętym przed siebie mieczem)

Zaatakował szybko i pewnie, odskoczył od ściany, głowicą miecza uderzył w złamaną prawą kończynę. Smok ryknął, skoczył(uciekł) w głąb jaskini i rozłożył skrzydła.

Spojrzał(Łypnął złowrogo) na atakującego.

Ten jednym ruchem przeskoczył pod (jego) lewym(przecinek) zdrowym ramieniem, znalazł(by znaleźć) się u boku smoka.

Z takiej pozycji ciął z góry, rozcinając skórę wzdłuż stworzenia(ciała).

Odskoczył i zanurkował pod ogonem, unikając zabójczego uderzenia pokrytego kolcami ogona(to zbędne, ponieważ w pierwszej części też piszesz o ogonie).

Zręcznie przeskoczył nad prawym skrzydłem i znalazł się tuż przed smokiem(pyskiem stwora, który z desperacją usiłował uciec.).

Zdesperowane stworzenie spróbowało skoczyć nad napastnikiem. (to możesz usunąć)

Uskoczył w bok, unikając przygniecenia przez bezwładne ciało smoka(cielsko).

Wycinając wszystko, co uda mu(da) się sprzedać: kolce, pazury, łuski – elementy figurujące najwyżej na czarodziejskich listach potrzeb.

Z kieszeni płaszcza wyciągnął mały flakonik i nalał do niego kilka kropli cennej(przecinek) smoczej krwi.

Baby pobladły jeszcze bardziej, zasłaniając dzieciom oczy, rozglądały się dokoła(to zupełnie nie pasuje do zdania – same rozglądały się trwożnie.).

Roześmiane dzieci przerwały na chwilę(zbędne) zabawę i z zainteresowaniem, przerażeniem(ale też trwogą) przyglądały się Grincholdowi, a raczej smoczej głowie, którą cały czas trzymał.

Przez chwilę przyglądał mu(zbędne) się bacznie, potem powiedział(rzekł):

Jeśli panu się nie śpieszy (przecinek) na obiad,(bez przecinka) do gospody zaprosić bym…

Początek całkiem dobry, dalej trochę gorzej. Nadal masz problem z konstruowaniem zdań, szczególnie dłuższych. Składasz je, nie używając spójników, tu przykład: Z kamienia błysnęło słabe, białe światło, upuścił go do środka jaskini, nad którą stał. Czytając takie zdanie, musisz się zatrzymać i zastanowić, w jaki sposób upuścił światło. Dopiero po sekundzie dociera do ciebie, że upuścił kamień. Potem piszesz: Zobaczył go. – kogo zobaczył, smoka czy kamień? Musisz po napisaniu czytać tekst na głos, wtedy usłyszysz, co zgrzyta. Każde miejsce, w którym się zatrzymasz, wymaga poprawienia. Kiedy już zrobisz poprawki, przeczytaj jeszcze raz na głos. Tak trzeba do skutku, aż zdanie zabrzmi płynnie. Sama treść jest już znana, więc nie ma potrzeby jeszcze raz omawiać, ale nad formą nadal czeka cię sporo pracy.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#3
Spoiler: 'Od autora'

– Witam państwa na czwartym tegorocznym zebraniu magicznym odbywającym się jak zwykle w jednej z wielu sal zamku Króla Egerda.
Spotkanie to odbywa się na szczeblu pierwszym, to znaczy, że biorą w nim udział przedstawiciele trzech podstawowych ras magicznych oraz zaproszeni goście w zależności od rodzaju sprawy. Zgromadzenie to służy głownie do osądzania, nie posiada żadnego stopnia, więc obowiązują w nim wszystkie Śluby Tajemnic. Jako przedstawicielka ludzi w radzie udział weźmie Carol...
– Skończ z tym, Ned. I tak wszyscy znamy to na pamięć – prychnęła niewysoka czarodziejka potrząsając nad stołem swoimi rudymi lokami.
Carol miała brązowe, świdrujące oczy idealnie pasujące do piegowatej twarzy. Ubrana była w czerwoną koszulę i czarną spódnicę. W jednej ręce, ozdobionej licznymi pierścieniami do uwalniania energii, leniwie trzymała pozłacany puchar, z którego co chwilę upijała łyk wody. Siedzący obok niej krasnolud Negar ziewnął. Był o połowę niższy do czarodziejki.
– Zaczynajmy więc – odparł znudzony i spojrzał na dwa razy od siebie wyższego Neda, elfa o typowym dla swojej rasy wyglądzie – blond włosach i niebieskim, czujnym spojrzeniu. Ten uśmiechnął się lekko, odsłaniając idealnie równe, białe zęby.
– Na tym spotkaniu do omówienia mamy trzy ważne sprawy. Najpierw jednak chciałbym wam przedstawić dwie nowe osoby, które zostały zaproszone do udziału. Sprawy, które za chwilę będziemy omawiać, są związane z rasą lub zgromadzeniem, do którego te osoby należą. Jako pierwszego chciałbym wam przedstawić Walgera. – Rozejrzał się po zebranych i zatrzymał wzrok na niewysokim mężczyźnie siedzącym po prawej stronie Carol. Ubrany był w czarny płaszcz sięgający poniżej kolan, pod spodem miał tylko szarą koszulę oraz spodnie sięgające czarnych butów. Spojrzeniem czarnych oczu bacznie obserwował resztę zebranych. Miał długie, czarne włosy zaczesane za uszy, niewielką czarną brodę oraz szeroką bliznę od lewego ucha wzdłuż policzka. Przyjrzał się jeszcze raz każdemu z osobna, po czym wstał, delikatnie się ukłonił i powiedział:
– Nazywam się Walger, jestem smokobójcą – rzucił od niechcenia po czym usiadł.
Nie wstając z siedzenia, Ned oznajmił:
– Ponieważ następna osoba, którą chciałem wam przedstawić, nie umie porozumiewać się w dialekcie wspólnym, przywitam się w jej imieniu. Prosiłbym o powstanie Fi’hyli. – Skinął głową w stronę nieznajomej.
Siedząca między elfem a krasnoludem Negarem postać podniosła się. Miała długie blond włosy sięgające do kolan, ubrana była w białą suknię. Delikatnie i z gracją ukłoniła się zebranym i zamrugała pięknymi niebieskimi oczami, po czym zgrabnie okręciła się, pokazując zebranym wyrastające z pleców białe skrzydła wyglądem przypominające ptasie. Spojrzała na zebranych i ich zaskoczone miny, uśmiechnęła się promiennie i kiwnęła głową w stronę elfa, dając mu znak, aby kontynuował przywitanie.
– Jak zauważyliście, mamy dość nietypowego gościa. Pani Fi’hyli jest Erglem, pochodzi z wyspy Tre’godea, przybyła tutaj jako przedstawicielka swojej rasy.
Poznaliśmy już wszystkich, zatem czas wyjaśnić wam, w jakich sprawach pomogą nam nasi goście.
Po pierwsze sprawa związana z Panem Walgerem. Otóż cztery dni temu oddział żołnierzy aresztował tróje osób zamieszanych w uliczną bójkę, w której zginęło dwóch czarodziejów oraz trzech zwykłych obywateli. Do wydarzenia tego doszło we wschodniej części Leacerii na ulicy Medyczki Hylandry. Brały w nim udział następujące osoby: Filly należąca do zakonu wiedzących – bez ślubów Tajemnicy, Belart – wprowadzony, po ślubach Tajemnicy oraz Grinchold, smokobójca. – Spojrzał na Walgera i niezauważalnie dla reszty się uśmiechnął.
Po drugie – kontynuował – pani Fi’hyli ma do nas w imieniu całego królestwa prośbę o wsparcie medyczne dla wyspy, z której przybywa. Trzecią sprawę omówimy już bez towarzystwa przybyłych gości. Dotyczy ona bowiem spraw ściśle magicznych.
– Aleś się rozgadał, Ned – prychnęła Carol. – Ja bym to wyjaśniła w dwóch zdaniach – Uśmiechnęła się do elfa.
– Zaczynajmy już – zniecierpliwił się krasnolud.
– Proponuję więc zacząć od sprawy związanej z panem Walgerem.
– Jestem za – odparła Carol.
– Ja też – odparł sennym głosem Negar.
Wszyscy z wyczekiwaniem spojrzeli na elfa. Uśmiechnął się i powiedział:
– Proponuję zacząć od przesłuchania Filly i Grincholda.



Ze snu wyrwał go odgłos otwieranych nagle drzwi. Otworzył oczy – w niewielkim wejściu do więzienia stał ubrany na fioletowo barczysty mężczyzna, strażnik Samen.
– Zbieraj się, jesteście wzywani na przesłuchanie – powiedział i podał więźniowi szklankę wody. Więzień podniósł się ze słomy, na której spał, wypił zawartość drewnianego kubka jednym tchem i podszedł do strażnika. Ten założył mu na ręce kajdanki wykonane z apethilytu, jednego z niewielu kryształów magicznych pobierających z człowieka energię życiową. Surowiec ten odróżniało jednak od innych to, że nie pobierał on całości energii z istoty, pozostawiał mu jej niewielką ilość powalającą żyć, znacznie jednak go osłabiając. Skuty w kajdany wykonane właśnie z takiego materiału, które w jednym momencie wyciągnęły z niego wszystkie siły, tak że ledwo mógł utrzymać się na nogach, wyszedł z celi. Strażnik wskazał kierunek, w którym miał iść, po czym ruszył za nim. Doszli do schodów, gdzie czekał na nich drugi tak samo ubrany strażnik eskortujący skutą w kajdany Filly. Strażnicy spięli ich jednym łańcuchem i ruszyli marmurowymi schodami do góry. Z pewnością znajdowali się w pałacu Cerisse – najstarszej i największej elfiej budowli znajdującej się w Leacerii. Bywał tu wielokrotnie, czasami szczególnie na wystawnych bankietach i spotkaniach jako osoba towarzysząca z idącą teraz przednią Filly. Wspięli się na drugie piętro i skierowali w stronę starych dębowych drzwi wyróżniających się na tle idealnie gładkich białych ścian. Samen bez słowa otworzył drzwi, a drugi strażnik wprowadził ich do środka. Po wejściu, ukłonił się wysokiemu Elfowi, po czym wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Łańcuch, którym byli połączeni, sam opadł, ręce nadal jednak mieli spięte kajdanami. Elf, który odprawił strażnika wskazał im aby usiedli na dwóch wolnych krzesłach, po czym sam usiadł. Siedząc, rozejrzeli się po sali. Razem z przybyłymi więźniami w pomieszczeniu było tylko sześć osób. Elf, któremu wcześniej ukłonił się strażnik, wstał i przedstawił każdego z osobna, wymieniając pełne imię, pochodzenie oraz stopnie i zaszczyty. Z pośród tych wszystkich osób Grinchold znał tylko swojego starego przyjaciele Walgera. Kiedyś nauczyciela od walki toporem, obecnie jednego z lepszych przyjaciół w zakonie. Mężczyzna ten lekko się do niego uśmiechnął i powiedział:
– Poznaliśmy już opis zdarzeń komendanta straży miejskiej. Chciałbym teraz prosić jednego z więźniów, aby dokładnie nam wytłumaczył, co wydarzyło się tamtego dnia z ich udziałem.
Nie wstając z krzesła zacząłem opowiadać:
– Późnym wieczorem legalnie wjechaliśmy do miasta przez bramę główną, opłacając swój pobyt w mieście na następne dwa dni…
Crax, do poprawek marsz! ~ Nawka
Odpowiedz
#4
(18-07-2015, 21:43)Crax napisał(a): – Witam państwa na czwartym tegorocznym zebraniu Magicznym (dlaczego duża literą?) odbywającym się jak zwykle w jednej z wielu sal zamku Króla Egerda. (dlaczego dalej od nowego akapitu, skoro to jest dalsza część wypowiedzi?)

Jako przedstawicielka ludzi w radze (radzie) udział weźmie Carol...

– Skończ z tym, Ned. I tak wszyscy znamy to na pamięć – prychnęła niewysoka czarodziejka (dlaczego duża literą) potrząsając nad stołem swoimi rudymi lokami.

W jednej ręce (przecinek, bo dalej leci wtrącenie) ozdobionej licznymi pierścieniami do uwalniania energii (przecinek – koniec wtrącenia) leniwie trzymała pozłacany puchar, z którego co chwilę upijała łyk wody.

– Zaczynajmy więc – odparł znudzony i spojrzał na dwa razy od siebie wyższego Neda, elfa o typowych (typowym) dla swojej rasy wyglądzie – blond włosach i niebieskim (przecinek) czujnym spojrzeniu.

Miał długie (przecinek) czarne włosy zaczesane za uszy, niewielką czarną brodę oraz szeroką bliznę od lewego ucha wzdłuż policzka.

Pani Fi’hyli jest Erglem, pochodzi z wyspy Tre’godea (przecinek) przybyła tutaj jako przedstawicielka swojej rasy.

– Poznaliśmy już wszystkich, zatem czas wyjaśnić wam, w jakich sprawach pomogą nam nasi goście. (kto to mówi i czy następna wypowiedź też jest jego? Jeśli tak, to dlaczego tyle nowych akapitów dla jednej wypowiedzi?)
– Po pierwsze sprawa związana z Panem Walgerem.

Brały w nim udział następujące osoby: Filly należąca do zakonu wiedzących, bez ślubów Tajemnicy, Belart również należący do tego zakonu, po ślubach Tajemnicy, stopnia wprowadzony (chyba czegoś tu brakuje), (zbędny przecinek) oraz Grinchold, smokobójca.

– Aleś się rozgadał, Ned – prychnęła Carol. – Ja bym to wyjaśniła w dwóch zdaniach. (myślnik i dalej w tym samym akapicie)
Uśmiechnęła się do elfa.

Ze snu wyrwał go odgłos otwieranych nagle drzwi. Otworzył (powtórzenie) oczy – w niewielkim wejściu do więzienia stał ubrany na fioletowo barczysty mężczyzna, strażnik Samen.

(a myślnik gdzie?) Zbieraj się, jesteście wzywani na przesłuchanie – powiedział i podał więźniowi szklankę wody. Podniósł się ze słomy, na której spał (strażnik spał tu na słomie? – błąd następstwa podmiotów), wypił zawartość drewnianego kubka jednym tchem i podszedł do strażnika.

Skuty w kajdany wykonane właśnie z takiego materiału, które w jednym momencie wyciągnęły z niego wszystkie siły, tak że ledwo mógł utrzymać się na nogach (przecinek) wyszedł z celi.

Z pewnością znajdowali się w pałacu Cerisse – najstarszej i największej elfiej budowli znajdujące (znajdującej) się (w) Leacerii. Bywał tu wielokrotnie, czasami szczególnie na wystwnych (wystawnych) bankietach i spotkaniach jako osoba towarzysząca z idące ('z idącą' albo 'idącej') teraz przednią Filly.

Samen bez słowa otworzył drzwi, a drugi strażnik wprowadził ich do środka. W środku (powtórzenie) ukłonił się wysokiemu Elfowi, po czym wyszedł (przecinek) zamykając za sobą drzwi. Łańcuch, którym byli połączeni (przecinek) sam opadł, ręce nadal jednak mieli spięte kajdanami. Elf (przecinek) który odprawił strażnika (przecinek) wskazał im (przecinek) aby usiedli na dwóch wolnych krzesłach, po czym sam usiadł. Siedząc (przecinek) rozejrzeli się po sali.

Elf, któremu wcześniej ukłonił się strażnik, wstał i przedstawił każdego z osobna, wymieniając pełne imię, pochodzenie, (zbędny przecinek) oraz stopnie i zaszczyty.

Chciałbym teraz prosić jednego z więźniów (przecinek) aby dokładnie nam wytłumaczył (przecinek) co wydarzyło się tamtego dnia z ich udziałem. (dalej w tym samym akapicie – chyba że to nie jest ta sama wypowiedź, więc brak poniżej wcięcia)
Nie wstając z krzesła (przecinek) zacząłem opowiadać:
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#5
(19-07-2015, 21:17)StuGraMP napisał(a):
(18-07-2015, 21:43)Crax napisał(a): Brały w nim udział następujące osoby: Filly należąca do zakonu wiedzących, bez ślubów Tajemnicy, Belart również należący do tego zakonu, po ślubach Tajemnicy, stopnia wprowadzony([b]chyba czegoś tu brakuje)[/b], (zbędny przecinek) oraz Grinchold, smokobójca.

Raczej nie, jeśli ktoś nie złożył ślubów nie posiada żadnego stopnia jak Filly.
Belart posiada takie śluby, a także stopień " wprowadzony ".
Podając więe że posiada śluby, autor wypowiedzi (Ned) wspomina także o stopniu.
Crax, do poprawek marsz! ~ Nawka
Odpowiedz
#6
(18-08-2015, 23:00)Crax napisał(a):
(19-07-2015, 21:17)StuGraMP napisał(a):
(18-07-2015, 21:43)Crax napisał(a): Brały w nim udział następujące osoby: Filly należąca do zakonu wiedzących, bez ślubów Tajemnicy, Belart również należący do tego zakonu, po ślubach Tajemnicy, stopnia wprowadzony([b]chyba czegoś tu brakuje)[/b], (zbędny przecinek) oraz Grinchold, smokobójca.

Raczej nie, jeśli ktoś nie złożył ślubów nie posiada żadnego stopnia jak Filly.
Belart posiada takie śluby, a także stopień " wprowadzony ".
Podając więe że posiada śluby, autor wypowiedzi (Ned) wspomina także o stopniu.

Też to zrozumiałam jak Stu, że brakuje stopnia, czyli 'wprowadzony I stopnia'. Teraz wiem, że samo 'wprowadzony' już jest stopniem. Mogłeś zdanie zapisać tak: Brały w nim udział następujące osoby: Filly należąca do zakonu wiedzących – bez ślubów Tajemnicy, Belart – wprowadzony, po ślubach Tajemnicy oraz Grinchold, smokobójca.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Crax, problem polega więc na niewłaściwej odmianie. Nie mówimy przecież, że np. "Jan Kowalski jest stopnia pułkownik", tylko że "Jan Kowalski jest w stopniu pułkownika" :P
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#8
Stu, Naw dziękuję za poprawki :)
Kolejny fragment, miłej lektury.

Z powodu późnej pory zdecydowali się przenocować w Karczmie – Pracownia Zegarmistrza, gdzie od razu po wjechaniu do miasta się udali. Wynajęli trzy osobne pokoje. Umówili się na wspólny posiłek w znajdującej się w tym samym budynku jadalni, po czym rozeszli się do swoich pokoi.
Pokój, które wynajął Grinchold, składało się z dwóch pokoi. W pierwszym, na wprost drzwi, znajdował się mały stolik z dwoma krzesłami, po prawej stronie stały dwie drewniane szafki. Po lewej znajdowało się wejście do sypialni, na której środku stało ogromne łóżko zajmujące połowę pomieszczenia. Rozpakował swoje rzeczy – najpotrzebniejsze zostawił na stole, a resztę upchnął do jednej szafy, w tym także większość uzbrojenia. Ząbkowany miecz, który cały czas nosił przy sobie, oparł o ścianę z boku szafy. Wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Na korytarzu spotkał Bellarta i razem z nim udał się do karczmy położonej w drugiej części budynku. Była to sala zastawiona czterema większymi stołami, przy jednym z nich czekała na nich Filly. Uśmiechnęła się, kiedy tylko weszli do środka, i wskazała miejsca obok siebie. Podeszli i usiedli – Bellart obok niej, Grinchold naprzeciwko.
– „Szef kuchni poleca jajecznicę drwala z boczkiem i cebulą”, zamówić trzy porcje, kelnerka powinna je za chwilę przynieść – powiedziała Filly. – Postarałam się też o butelkę najlepszego wina „Brelante” i po kolacji zapraszam was, panowie, do mojego pokoju żeby powspominać stare czasy i wyprawę na smoki.
Czekając na kolację, planowali następny dzień. Bellart i Filly musieli się udać do zakonu, aby zgłosić swoją obecność w mieście. Zakon Wiedzących to zgromadzenie, w którym należący do niego członkowie podróżowali po świecie, zbierając informacje w wielu dziedzinach. Mieli nietypowy styl życia, najczęściej podróżowali, poznając zwyczaje ludzi i istot innych zakonów i zgromadzeń. Próbowali zrozumieć zasady rządzące tym światem, zgłębić jego tajemnice. Pilnowali także porządku w świecie, czuwając nad ogólnym przestrzeganiem zasad, paktów i porozumień między królestwami i rasami. Gotowi byli poświęcić wszystko, aby osiągnąć wspólny cel – nieposkromiony dostatek i pokój. W teorii jednak często łamali zasady, które sami ustalali, jak tłumaczyli w imię czegoś ważniejszego. Mimo to stanowili najpotężniejszy i najbardziej liczący się w świecie zakon. Zgromadzenie składało się z trzech części. Ludzie mieli swój zakon Wiedzących, elfy zgromadzenie nazwane A’edriss, krasnoludy i inne rasy z powodu małej liczby członków tworzyły jedno wspólne zgromadzenie nazwane A’gda. Każde z nich podzielone jeszcze według własnego schematu i posiadające odrębność od reszty.
Grinchold natomiast swoim zwyczajem chciał udać się na targ, aby sprzedać zbierane od kilku tygodni cenne części ciała smoków: kły, pazury, łuski, a także drogocenną krew tych stworzeń. Było to nie tyle jego źródło utrzymania, ile raczej hobby. Mógł wówczas nawiązywać bliższy kontakt z potężnymi magami, obserwować ich przy pracy czy korzystać z ich pomocy.
Rozmowę przerwała im kelnerka, podając jedzenie – przypaloną jajecznicę z kawałkami boczku i cebuli wielkości monety krojonymi prawdopodobnie siekierą. W ciszy przełknęli kilka kęsów, po czym wstali i udali się do pokoju Filli po drodze odbierając z kuchni, zakupione wino. Pokój w którym się znaleźli niewiele różnił się od pokoju Grincholda, przy stole zamiast drewnianych krzeseł stały trzy stołki przykryte poduszkami. Rozsiedli się wygodnie, Bellart otworzył wino i rozlał je do trzech kubków pożyczonych z karczmy bez niczyjej zgody. Siedząc i popijając słodki napój, wspominali stare czasy tuż po skończonym szkoleniu Grincholda i ślubach Bellarta. Kiedy to razem, chcąc uczcić swoje odniesione sukcesy, wybrali się na polowanie na smoki w okolice Smoczych Gór. Mimo licznych przygotowań i treningów nie sprostali wyzwaniu już pierwszego dnia, napotykając na swojej drodze młodego smoka Wulkresoweg. Bestia nie wiele większa od nich, za to o wiele szybsza, w kilku ruchach obezwładniła i powaliła na ziemię obu. Najbardziej ucierpiał wtedy Bellart – smok rozwalił mu rękę i prawie całą klatkę piersiową, na szczęście żądna z ran nie byłą na tyle głęboka, aby się wykrwawił. Porzucili wtedy swój dobytek i wsparci na mieczu Grincholda dotarli do najbliższej świątyni, prosząc o pomoc. Wtedy po raz pierwszy spotkali Filly, od tamtego czasu praktycznie się nie rozstawali. Kolejno kontynuowali opowiadanie, powoli opróżniając butelkę. Kiedy wino się skończyło, stwierdzili, że czas najwyższy rozejść się do pokoi. Grinchold z trudem odnalazł po ciemku swój pokój. Całe szczęście, że jego lokum Filly znajdował się na tym samym piętrze, ledwo trzymał się na nogach. Chwiejąc się, otworzył drzwi, zanim jednak wszedł do środka, otrzymał cios w głowę, po którym zemdlał, ale nie upadł na podłogę, został przytrzymany.

* * *

Obudził się związany na podłodze w pokoju, a obok niego leżał nieprzytomny Bellart. Nad nimi zaś stali trzej mężczyźni ubrani jednakowo w czarne płaszcze, a twarze mieli zasłonięte chustami. Dwóch z nich trzymało w rękach drewniane pałki, trzeci niewielką świecę. Czwarta postać siedziała na krześle kawałek od leżącego Bellarta, który powoli odzyskiwał przytomność. Mężczyzna miał na sobie czerwoną tunikę obszytą złotymi nićmi, w jednej ręce trzymał świecę, w drugiej duży, ząbkowany nóż.

– Zaczekamy jeszcze na Davida i tę dziewczynę – powiedział i nerwowo się uśmiechnął.

– Cholera – pomyślał – już jestem spóźniony, mam nadzieję, że przynajmniej ona śpi.
Zatrzymał się przed jej pokojem i nasłuchiwał. Śpi – odetchnął z ulgą i delikatnie uchylił drzwi. Powoli wsunął się do pokoju, drzwi bezgłośnie zatrzasnęły się zanim, kiedy tylko przekroczył próg pokoju. Stanął na środku zdezorientowany i nasłuchiwał, czekając na atak z ciemności. Zamiast tego usłyszał tylko przerażający stukot i tarcie o siebie kości, a także pobrzdąkiwanie metalu. Obrócił się w miejscu, szukając źródła przerażających dźwięków, mamrocząc pod nosem skomplikowane zaklęcie ochronne. Pewien, że hałas dochodzi z drugiego pokoju, obrócił się w tamtą stronę. Z ciemności za jego placami wyłoniła się okryta metalem dłoń szarego kościotrupa i jednym uderzeniem trzymanej w ręce maczugi, stwór powalił młodego czarodzieja na kolana. Upadł przerażony i zaskoczony, że jego specjalistyczne zaklęcie ochronne nie za działało. Obrócił się przodem do atakującego i wymamrotał na szybko zaklęcie, rozświetlajcie. Klęcząc na podłodze, ujrzał stojący przed sobą szkielet pokryty szczątkami materiału. Stwór złożony z poszarzałych kości w jednej ręce trzymał maczugę, którą wcześnie powalił Dawida, w drugiej natomiast zardzewiały miecz. Ubrany był także w przerdzewiały i powgniatany metalowy pancerz. Światło rozświetlające nagle pomieszczenie oślepiło stwora, Dawid z trudem podniósł się na nogi i rozejrzał po pokoju. Przerażony obrócił się w stronę drzwi i stanął twarzą w twarz z drugim stworem. Wyglądał identycznie jak pierwszy stwór, uzbrojony w dwa zardzewiałe miecze, nieposiadający jednak żadnego pancerza.
Korzystając z przerażenia i zaskoczenia Dawida, stwór przebił go jednym z zardzewiałych mieczy. Młody czarodziej upadł ponownie na kolana, dysząc ciężko, nie mógł nic wykrztusić, jedynie obserwował, co się dookoła niego dzieje. Z sypialni ktoś wyszedł.
– To ona – pomyślał – zwykła dziewczyna, tak mówili.
Drugi szkielet wyciągnął spomiędzy jego żeber swój zardzewiały miecz i tak jak pierwszy spojrzał na dziewczynę. Umierającemu Dawidowi coraz bardziej rozmazywał się obraz, nie mógł dojrzeć, co pokazuje dziewczyna. Wykonała kilka ruchów lewą ręką, a stojące przed nią szkielety posypały się, pozostawiając po sobie na ziemi jedynie stertę kości i broń. Dysząc ciężko, chłopak łapał jeszcze przez chwilę ostatki życia, w końcu jednak osunął się na podłogę między pozostałości po stworach i umarł.
Crax, do poprawek marsz! ~ Nawka
Odpowiedz
#9
(22-08-2015, 00:06)Crax napisał(a): Kolejny fragment, miłej lektury.

Z powodu późnej pory zdecydowali się przenocować w Karczmie Pracownia Zegarmistrza (Tak się zastanawiam, czy wyobraziłeś sobie szyld nad wejściem do tej karczmy? czy jest tam napisane "Karczma Pracownia Zegarmistrza"? Ja raczej widziałbym szyld "Karczma – Pracownia zegarmistrza" albo "Karczma: Pracownia zegarmistrza". I dobrze jest dać to w cudzysłów albo kursywą), gdzie od razu po wjechaniu do miasta się udali. Wynajęli trzy osobne pokoje. Umówili się na wspólny posiłek w znajdującej się w tym samym budynku karczmie (chyba się trochę zapętliłeś – wiadomo, że w karczmie jest karczma), po czym rozeszli się do swoich pokoi.
Mieszkanie, które wynajął Grinchold, składało się z dwóch pokoi (to w końcu oni wynajęli mieszkania czy pokoje – karczma to nie hotel, więc raczej mieszkaniami nie dysponuje; raczej ma pokoje z łóżkiem, jakąś szafeczką, miską i dzbankiem wody do umycia się).

Rozpakował swoje rzeczy – najpotrzebniejsze zostawił na stole, a resztę upchnął do jednej szafy (przecinek) w tym także większość uzbrojenia.

Uśmiechnęła się, kiedy tylko weszli do środka (przecinek) i wskazała miejsca obok siebie. Podeszli i zajęli wolne miejsca (powtórzenie) – Bellart obok niej, Grinchold naprzeciwko.

– „Szef kuchni poleca jajecznicę drwala z boczkiem i cebulą”, zamówić trzy porcje (przecinek) kelnerka powiną (powinna) je za chwilę przynieść. (zbędna kropka) – powiedziała Filly. – Postarałam się też o butelkę najlepszego wina „Brelante” i po kolacji zapraszam was (przecinek) panowie (przecinek, bo zwroty w wołaczu wydzielamy przecinkiem) do mojego pokoju, (żeby – bez łącznika przecinek będzie zbędny) powspominać stare czasy i wyprawę na smoki.

Mieli nietypowy styl życia, najczęściej podróżowali, poznając sposoby życia (powtórzenie) ludzi i istot innych zakonów i zgromadzeń.

Pilnowali także porządku w świecie, planując ogólnego przestrzegania zasad (że co? to na pewno jest po polsku? bo ja tego nie rozumiem), paktów i porozumień między królestwami i rasami.

W teorii jednak często łamali zasady, które sami ustalali, jak tłumaczyli w imię czegoś ważniejszego. (zdanie do reedycji, bo i szyk nie najlepszy, i sens zatarty – czy oni łamali zasady w imię czegoś wyższego, czy ustalali je w imię czegoś wyższego?)

Mimo o (to) stanowili najpotężniejszy i najbardziej liczący się w świecie zakon. Zgromadzenie to (powtarza się) składało się z trzech części.

Każde z nich podzielone Jeszce (małą literą) według własnego schematu i posiadającego (posiadające – bo 'podzielone', a nie 'podzielonego') odrębność od reszty.

Grinchold natomiast swoim zwyczajem, (zbędny przecinek) chciał udać się na targ, aby sprzedać zbierane od kilku tygodni cenne części ciała smoków: kły, pazury, łuski, a także drogocenną krew tych stworzeń. Było to nie tyle jego źródło utrzymania, ile raczej hobby. Mógł wówczas nawiązywać porozumienia (co przez to rozumiesz? bo dla mnie oznacza to, że się z nimi nie dogadywał, wręcz kłócił, a dzięki takim łupom dochodziło do zażegnywania sporów) z potężnymi magami, obserwować ich przy pracy czy korzystać z ich pomocy.

Rozmowę przerwała im Kelnerka (dlaczego dużą literą?), podając jedzenie – przypaloną jajecznicę z kawałkami boczku i cebuli wielkości monety krojonymi prawdopodobnie siekierą. W ciszy przełknęli kilka kęsów, po czym wstali i udali się do pokoju Filli, po drodze odbierając z kuchni, (zbędny przecinek) zakupione winno (wino). Pokój, w którym się znaleźli (przecinek) niewiele różnił się od pokoju (powtórzenia – pomijam fakt, że Grinchold miał dwa pokoje, więc od którego się nie różnił ten pokój?) Grincholda, przy stole zamiast drewnianych krzeseł stały trzy stołki przykryte poduszkami (bo obsługa wiedziała, że przyjdzie tu akurat trzech gości). Rozsiedli się wygodnie, Bellart otworzył wino (to w czym było to wino? w zakorkowanej butelce?) i rozlał je do trzech kubków pożyczonych z karczmy bez niczyjej zgody. Siedząc i popijając słodki napój, wspominali stare czasy tuż po skończonym szkoleniu Grincholda i ślubach Bellarta. (dlaczego tu jest koniec akapitu, skoro w następnym kontynuujesz tę samą myśl?)
Kiedy to razem, chcąc uczcić swoje odniesione sukcesy, wybrali się, (zbędny przecinek) na polowanie na smoki, (zbędny przecinek) w okolice Smoczych Gór. Mimo licznych przygotowań i treningów, (zbędny przecinek) polegli (w tego typu powieści traktuję to dosłownie, czyli że zginęli) już pierwszego dnia (przecinek) napotykając na swojej drodze młodego smoka Wulkresoweg. Bestia nie wiele większa od nich, za to o wiele szybsza, w kilku ruchach obezwładniła i powaliła na ziemię obu. Najbardziej ucierpiał wtedy Bellart (przecinek albo myślnik) smok rozwalił mu rękę i prawie całą klatkę piersiową, na szczęście żądna z ran nie byłą na tyle głęboka, aby się wykrwawił. Porzucili wtedy swój dobytek i wsparci na mieczu Grincholda do tarli (dotarli) do najbliższej świątyni, prosząc o pomoc. Wtedy pora (po raz) Pierwszy (małą literą) spotkali Filly, od tamtego czasu praktycznie się nie rozstawali. Kolejno kontynuowali opowiadanie, powoli opróżniając butelkę wina. Kiedy wino (powtórzenie) się skończyło, stwierdzili, że czas najwyższy rozejść się do pokoi. Grinchold z trudem odnalazł po ciemku swój pokój. Całe szczęście, że pokój (powtórzenie) Filly znajdował się na tym samym piętrze, ledwo trzymał się na nogach.

Dwóch z nich trzymało w rękach drewniane pałki, trzeci świece (ile było tych świec?). Czwarta postać siedziała na krześle kawałek od leżącego Bellarta, który powoli odzyskiwał przytomność. Mężczyzna miał na sobie czerwoną tunikę obszytą złotymi nićmi, w jednej ręce trzymał świece (a ten ile miał świec?), w drugiej duży, ząbkowany nóż.

– Cholera – pomyślał – już jestem spóźniony, mam nadzieję, że chodziarz (czyżby chodziło o Korzeniowskiego?) śpi.

Powoli, (zbędny przecinek) wsuną (wsunął) się do pokoju, drzwi bezgłośnie zatrzasnęły się, (zbędny przecinek) zanim (przecinek) kiedy tylko przekroczył próg pokoju.

Był to jego pierwszy błąd i najważniejszy błąd. (Trzeba było to powtarzać dwa razy? Poza tym w dalszej części tekstu nic nie wspominasz o kolejnych błędach, a zatem dlaczego uważasz, że ten był pierwszym i najważniejszym, skoro innych nie było?)

Z ciemności za jego placami (plecami) wyłoniła się okryta metalem dłoń szarego kościotrupa i jednym uderzeniem trzymanej w ręce (wychodzi na to, że dłoń ma rękę) maczugi, (zbędny przecinek) stwór powalił młodego czarodzieja na kolana. (To zdanie jest nie do przyjęcia – jak widać, zły szyk i nie wiadomo, czy tam był kościotrup i jakiś stwór, czy tylko kościotrup, który tak sobie wyciąga jedną dłoń, a w drugiej trzyma maczugę i wali... Rozbij to na dwa zdania, rozpisz...)

Obrócił się przodem do atakującego i wymamrotał na szybko zaklęcie, rozświetlajcie. (że co?)

Klęcząc na podłodze, ujrzał stojącego (stojący) przed sobą szkielet pokrytego (pokryty) szczątkami materiału. Stwór złożony z poszarzałych kości w jednej ręce trzymał maczugę, którą wcześnie powalił Dwaid (Dawida). (raczej przecinek zamiast kropki i dalej małą literą) W drugiej natomiast zardzewiały miecz, (raczej TU kropka i dalej dużą literą) ubrany był także w przerdzewiały i powgniatany metalowy pancerz. Światło rozświetlające nagle pokój oślepiło stwora, Dawid z trudem podniósł się na nogi i rozejrzał po pokoju (powtórzenie). Przerażony obrócił się (w) stronę drzwi i stanął twarzą w twarz z drugi (drugim) stworem. Wyglądającym (Wyglądał) identycznie jak pierwszy stwór, uzbrojony w dwa zardzewiałe miecze, nieposiadający jednak żadnego pancerza.

Młody czarodziej upadł ponownie na kolana, dysząc ciężko, nie mógł nic wykrztusić (przecinek) jedynie obserwować (obserwował) (przecinek) co się dookoła niego dzieje. Z sypialni ktoś wyszedł.
– To ona (wszędzie są półpauzy, a tu nagle pauza) pomyślał – zwykła dziewczyna, tak mówili.

Umierającemu Dawidowi coraz bardziej rozmazał (rozmazywał) się obraz, nie mógł dojrzeć, co pokazuje dziewczyna. Wywoła (Wykonała) kilka ruchów lewą ręką (przecinek) a stojące przednią (przed nią) szkielety, (zbędny przecinek) posypały się, pozostawiając po sobie na ziemie (ziemi) jedynie stertę kości i broń. Dysząc ciężko, chłopak łapał jeszcze przez chwilę ostatki życia, w końcu jednak osunął się na podłogę między stertę kości (powtórzenie) i umarł.

Kilka niezgodności, nad którymi nie mogę przejść obojętnie.
1. Opis karczmy, a zwłaszcza pomieszczeń, które wynajął Grinchold, nie pasuje do opisywanego uniwersum. W dzisiejszych czasach to, co wynajął, można z powodzeniem nazwać apartamentem. Hotel jednogwiazdkowy (o minimalnym standardzie) w porównaniu z taką karczmą powinien być luksusem, a tu jest na odwrót – to karczma oferuje większe luksusy. Piszesz np., że to mieszkanie składa się z dwóch pokoi. Dla jednej osoby? dwa pokoje? w podrzędnej karczmie?... Dalej piszesz o wyposażeniu: "W pierwszym, na wprost drzwi, znajdował się mały stolik z dwoma krzesłami, po prawej stronie stały dwie drewniane szafki. Po lewej znajdowało się wejście do sypialni, na której środku stało ogromne łóżko zajmujące połowę pomieszczenia". Znów powrócę do dzisiejszych standardów (które powinny być wyższe od tamtych). W pokoju jednoosobowym powinien znajdować się stół z jednym krzesłem, bo to pokój jednoosobowy. Dla kogo to drugie krzesło? I to ogromne łóżko. Dla ilu osób? Czy to apartament nowożeńców?
2. 'Szef kuchni poleca', 'kelnerka' obsługuje gości... i przynosi przypaloną jajecznicę... a oni ją jedzą... Sory, ale to jest tak oderwane od rzeczywistości, że nie ogarniam. W normalnych warunkach ta jajecznica wylądowałaby na twarzy kelnerki, a szefem kuchni froterowaliby wszystkie stoły. Wynajmują mieszkania dwupokojowe i serwują przypaloną jajecznicę? I nikt się nie oburzył? Absurd!
3. Butelkowane wino. Mało, że butelkowane, to jeszcze zakorkowane – tak przynajmniej wynika z tekstu. Wino butelkuje się po 9-12 miesiącach, kiedy się całkowicie wyklaruje i ustabilizuje! W takich karczmach się tego nie praktykuje, bo wino butelkuje się z dwóch powodów: do leżakowania i do wysyłki na sprzedaż. W karczmie, która na 100% sama produkuje wino – inaczej nie byłaby szanowana – wina się nie butelkuje. Tego typu trunki schodzą na bieżąco, często nawet nie zakończą dobrze procesu fermentacji, a o wyklarowaniu to już zupełnie nie ma mowy. Wino w karczmie nalewa się do dzbanów bezpośrednio z beczki. Jeśli jakiś gość chce wino do pokoju, to również dostanie je w dzbanie.

A teraz z innej "beczki" :D
Proszę, nie wstawiaj więcej tekstu, który nie odleży kilku dni i którego nie przeczytasz ponownie. Tak wiele jest bowiem błędów, które są aż absurdalne. Nawet ja, jeśli wstawię nieodleżakowany tekst, nie ustrzegę się kilku błędów. Ale tutaj jest masakra.

W powyższym fragmencie za dużo się nie wydarzyło. Najciekawsze jest uprowadzenie tych dwóch: Grincholda i Bellarta. Ta zagadka zachęca do dalszego czytania :)
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#10
Kolejny fragment, dług nie pisałem więc pewnie błędów sporo.
Wszystko poprawię jak tylko złapię chwilę czasu.
Tak wiem, wcześniejszy fragment dalej nie do końca poprawiony.
Miłej lektury :)

Wychodząc z pokoju, zabrała wszystkie swoje rzeczy i staranie zatarła ślady. Ciało niedoszłego zabójcy ukryła pod łóżkiem, najpierw jedna dokładnie je przeszukała. Resztki z przywołanych szkieletów bez ceremonialnie wyrzuciła przez okno. Pokój wyglądał na uprzątnięty, jedyne co ją niepokoi to niewielka plama krwi zaraz przy wejściu, ale na to nie mogła już nic poradzić.
Otumaniona i lekko skołowana szumiącym jeszcze w głowie alkoholem błądziła przez chwilę w ciemnym korytarzu, potykając się co krok. Bez skutecznie próbował zapanować nad bólem głowy i obmyślić jakiś plan działania. Nie wiedziała nawet, od czego zacząć, jedyne czego była pewna to, że musi odnaleźć towarzyszy. W tym stanie zdawało się to niemożliwe. Cały budynek pogrążony był w ciemnościach, nie wiedziała nawet, gdzie jest. Z całego tego zamyślenia wyrwał ją odgłos otwieranych kawałek od niej, na szczęści za zakrętem drzwi. W przedpokoju pojawiło się dwójka ludzi, jeden z nich trzymał w ręce pochodnie, której światło rozświetliło choć trochę ciemny korytarz. Nagłe pojawienie się dwóch przeciwników, skok adrenaliny pozwolił jej na chwilę zapanować nad sobą i wszystko przemyśleć. Filly kucnęła przy ścianie i przesunął się pod zakręt. Skrywając się w ciemnościach jeszcze nieoświetlonej części korytarza, obserwowała nieznajomych. Byli to dwaj ubrani podobnie jak martwy w jej pokoju młodzik mężczyźni, nieco starsi mężczyźni być może kolejni najemnicy. Pierwszy odwrócony do niej bokiem trzymał w lewej ręce pochodnię, ten drugi widziany tylko kontem oka, wydawał mu szeptem komendy. Był uzbrojony, w blasku pochodni, kilka razy błysnęło, oszczę, trzymanej przez niego szpady. Skończył wydawać polecenia, na co jego towarzysz tylko skinął głową i na chwilę jeszcze obrócił się plecami do obserwującej go Filly. Usłyszała jak ten drugi, odchodzi w drugą stronę korytarza.
Widocznie podzielili się terenem do przeszukania, może już jej szukali — pomyślała.
To jeszcze bardziej zachęciło ją do szybkiego działania. Korzystać z okazji, kiedy jej przeciwnik odwrócony był jeszcze do niej plecami. Z jednej kieszeni swojego płaszcza bezszelestnie wydobyła mały ząbkowany nóż, bezgłośnie, na palcach zakradła się do ofiary. Następnie szybkim ruchem ręki odchyliła mu głowę do tyłu, nóż wbiła pod podbródkiem z lewej strony i przeciągnęła prawi pod samo ucho, rozrywając jabłko Adama. Z gardła buchnęła krew, zalewając podłogę i chlapiąc ściany. Najemnik zginął szybko i bezboleśnie. Z bezwładnych rąk wypuścił pochodnią, która uderzyła w ziemię i zgasła. W pokoju znów zapanowała ciemność. Bezwładne ciało zaczęło się gibać, by w końcu całym swym ciężarem runąć do tyłu. Filly już tam nie było, zanim jeszcze pochodnia dogasła w kałuży krwi ona z powrotem wycofała się pod swój pokój, i dalej, w ciemność.
Zaskoczony nagłą utratą towarzysza, błądząc w ciemności drugi przeciwnik, ustawił się w pozycji bojowej. Rozglądając się w przód i w tył w nieprzeniknione ciemność, gotował się do ataku. Na jego twarzy przez chwilę widać było strach i niepewność, która szybko przerodziła się w silną nienawiść i chęć zemsty za wszelką cenę. Gorączkowo szukał rozwiązania z tej patowej — dla niego sytuacji. Uważając na każdy krok, zwrócony plecami do ściany poruszał się we wzdłuż niej, obalając się od miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą rozmawiał ze swoim towarzyszem i wieloletnim przyjacielem. Trzymając szpadę, w gotowości poruszał się do przodu, szukać jakiegoś źródła światła i uważnie nasłuchując, co dziej się dokoła. Powoli przesuwał się coraz dalej i dalej w labiryncie pokoi i korytarzy wyglądającego na pierwszy rzut oka małego zajazdu. Powoli wracał do normalnego rytmu, Kiedy już czuł się na tyle bezpieczny, aby w nie przeniknionej ciemności poruszać się spokojnie — zaatakowała go z zaskoczenia.
Najpierw zdawało mu się, że coś słyszy tuż za sobą, rażony obrócił się w miejscu i ciął na oślep w ciemność. Nic się nie stało. Poruszał się dalej, tym raz środkiem korytarza obracając się nerwowo w miejscu i szukając czegoś w ciemnościach. Niespokojnie cały czas poruszał się do przodu. Kiedy znowu, kawałek dalej wydało mu się, że coś słyszy, nerwowo ciał najpierw w przód sprawdzając, czy nic nie ma przednim, potem w tył. Znowu nic się nie stało, zdenerwowany przetarł oczy i czoło. Wziął kilka wdechów i ruszył, już trochę spokojnie przed siebie. Kilka niepewnych kroków dalej potknął się o coś leżącego na ziemi, wyrzucając ręce do przodu, runął na ziemię. Uderzenie otumaniło go na chwilę, próbował, się podnieś, podpierając się ściany — była to ostania rzecz, jaką pamięta. Ktoś przygniótł go kolanem do ziemi. Poczuł chłód metalowego noża na szyi. Wyćwiczony ruchem zabójca odebrał mu życie. Krew buchnęła z poderzniętego gardła na ściany i podłogę tworząc bordową plamę, w którą osunęło się bezwładne ciało. 
Ukryta w ciemności Filly otarła zakrwawiony nóż i jeszcze raz spojrzała na ciało w korytarzu. Jeszcze jeden głęboki wdech, ból głowy szybko minął. Odtwarzając w głowie mapę korytarza, szybko dotarł pod drzwi pokoju Grincholda. Poprawiał swój płaszcz, nie do końca wiedząc, czy plan się uda. Niepewnie zapukał do pokoju, szarpnęła za klamkę i stanęła w otwartych drzwiach.
* * *
Przekraczając próg, prawi natychmiast musiała uskoczyć, kiedy tylko stojący najbliżej drzwi mężczyzna dobył broni i gotował się do ataku. Wycofując pod jedną ze ścian, powoli orientował się w panującej sytuacji. Im bardziej oczy przyzwyczajały się do światła emitowanego przez małą kulę zawieszoną pod sufitem, mogła dostrzec więcej szczegółów. W niewielkim jedno salowym pokoju znajdowało się łącznie pięć osób. Poza nią był tu jeszcze mężczyzna, kolejny najemnik jak się domyślała — czekający na sygnał do ataku od postaci siedzącej przy stole. Starszy mężczyzna, ubrany w czerwoną tunikę obszytą złotymi nićmi, małym zamkowym nożem wycinał coś z woskowej świecy. Po drugiej stronie stołu związani i otumanieni leżeli Grinhold i Bellart. Nagłe pojawienie się dziewczyny w pokoju nie wywarło na bawiącym się nożem — jak się domyślała — przywódcy żadnego wrażenia. Wyglądało to, jak by od samego początku wiedział, że dziewczyna tu przyjdzie i tylko czekał kiedy, rzeźbiąc w wosku z nudów. Uznając w końcu, że dzieło jest już skończone, odstawił je na stole i uważnie przyjrzała się stojącej pod ścianą Filly.
– Opuść broń — powiedział do ubranego na czarno namiestnika. – spóźniłaś się, a ja bardzo tego nie lubię.
Crax, do poprawek marsz! ~ Nawka
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Fantasy Leacerii Crax 44 8,502 21-06-2015, 00:10
Ostatni post: Nidrax

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości