Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Ptaszek w złotej klatce
#1
od autora: halo! wreszcie postanowiłam podzielić się moim pomysłem z szerszym gronem odbiorców :shy: :shy: tekst podzielony jest na fragmenty. będą one numerowane, ponieważ jest limit słów i obawiam się, że nie zawsze będą wchodzić całe. jest to historia o człowieku, który pogubił się w swoim życiu; o człowieku z problemami, który jest bierny i nie daje nic od siebie. przystosowuje się do społeczeństwa, ukrywa swoje "prawdziwe ja". momentami będzie cliche, ale bez przesady. proszę nie oczekiwać, że już w pierwszym fragmencie pojawi się jakiś "bum!". akcja rozkręca się powoli :) :) narracja pierwszoosobowa, czas teraźniejszy i trochę nieszablonowa główna bohaterka – nie każdemu może przypaść to do gustu, jednak przede wszystkim liczę na konstruktywną krytykę, dzięki której będę mogła dowiedzieć się, co robię źle, na co powinnam zwrócić większą uwagę, czego unikać itd. ;) ;) ale jeśli znajdzie się ktoś chętny, aby śledzić losy głównej bohaterki, to będzie mi niezmiernie miło <3 <3 kwestia błędów – tekst nie został jeszcze zbetowany, więc na pewno wkradnie się gdzieś jakiś zgrzyt składniowy albo źle postawiony przecinek za co mocno mocno przepraszam. cóż, życzę przyjemnej lektury! :jupi: :jupi: STRESUJĘ SIĘ MAKS.
______________________________


FRAGMENT 1

Siedzę w swoim gabinecie i wbijam chłodny wzrok w drzwi. Uczyłam się go przez blisko tydzień, stojąc codziennie przed lustrem przez dwadzieścia minut. Jestem pewna, że może zmrozić każdego. A na pewno moje głupie sekretarki, które, swoją drogą, wylatują stąd szybciej, niż się tutaj dostały. Taka Veronica – dostała posadę dwa tygodnie temu. Jest dość reprezentatywna, więc postanowiłam ją zatrudnić. Im dłużej jednak pracuje, tym bardziej wątpię w słuszność podjętej decyzji. Jak dotąd nadal nie nauczyła się wszystkich nazwisk moich klientów, wciąż dopytuje się o moją ulubioną kawę, spóźnia się i zalicza modowe wpadki, które rażą oczy. Nie widziałam jej jeszcze dzisiaj (chociaż powinnam, bo jest trzynaście po dziewiątej), ale wczoraj miała na sobie zdecydowanie za krótką beżową spódniczkę z jakiejś sieciówki (faceci byli usatysfakcjonowani, ale co mi po tym, skoro po raz dwudziesty czwarty – tak, liczyłam – musiałam jej mówić, że piję tylko Breakfast Blend ze Starbucksa z mlekiem, ale bez cukru), której fason był modny jakieś dwa sezony temu. Dodatkowo spódniczka podkreślała jej nieco za duży tyłek. Wszyscy wiedzą, że jasne kolory poszerzają sylwetkę. Wszyscy z wyjątkiem Veroniki. Nosi źle dobrane biustonosze, bo kiedy zakłada bluzkę z głębokim dekoltem i nachyli się, widać jej brodawki. Wypadają jej piersi z miseczek. Trochę nieestetyczne. Wciąż waham się, czy jej o tym powiedzieć, czy nie. Przynajmniej jest zadbana. Podoba mi się kształt jej paznokci i walczę ze sobą, aby nie spytać, gdzie chodzi do kosmetyczki. Niezmiennie od kilku lat korzystam z usług najlepszego (i zarazem najdroższego) salonu piękności w mieście – Chopz. Cenię ich za podejście do klienta, pełen profesjonalizm i nienaganny porządek, który w takich miejscach jest niezmiernie ważny. Obawiam się, że zabiegi upiększające Veroniki są robione w jakimś brudnym miejscu, przez farbowaną blondynkę z odrostami i dużą nadwagą, która żuje gumę w dość nieapetyczny sposób. Jest głośna, zna wszystkie plotki i zagaduje klientki, jakby te były jej przyjaciółkami. Nie przepadam za takim traktowaniem. Nie znoszę, kiedy ludzie są nachalni. Nie zmienia to faktu, że Veronica i jej d o s k o n a ł y manicure (gdzie płytka paznokcia ma owalny kształt) siedzą mi w głowie już od kilku dni. Nie mogę się zdecydować. Nie chcę, aby pomyślała, że się na niej wzoruję. Może to spowodować zbyt duży wzrost samooceny, co nie jest wskazane. Powinna po prostu wykonywać swoją pracę. I dobrze wyglądać. Nikt nie oczekuje od niej więcej. Najwyraźniej dla niektórych (Veroniki) nawet tak prozaiczne czynności, jak przyniesienie kawy na godzinę dziewiątą i umówienie mnie z klientami, sprawiają trudności.
Przenoszę wzrok na zegarek Burberry (model UBU/169) w kolorze nude, za który dałam niecałe pięćset dolarów. Wskazówki informują mnie, że jest szesnaście po dziewiątej, a mojej sekretarki jeszcze nie ma.
Z lekkością odsuwam się na krześle od biurka, którego blat jest zrobiony z hartowanego szkła. Za moimi plecami znajduje się przeszklona ściana, która daje widok na całe miasto. Podobno niektórych wprawia to w zachwyt, jednak na mnie nie robi większego wrażenia. Wstaję i omiatam wzrokiem pomieszczenie. Chyba powinnam mieć większe biuro. Tchnięta nową myślą wracam na miejsce, sięgam po samoprzylepną karteczkę i robię dla siebie notatkę. Odkładam pióro na swoje miejsce, a kartkę przyklejam gdzieś z boku na blacie, abym mogła ją mieć na oku, ale żeby jednocześnie nie skupiała na sobie mojej całej uwagi. Staję na środku pokoju i rozglądam się dookoła. Utwierdzam się w przekonaniu, że moje biuro jest zdecydowanie za małe. Ciężko pracuję, aby utrzymać nieskazitelny wizerunek Firmy i z całą pewnością należy mi się c o ś więcej, niż marne 50,8m[sup]2[/sup]. Louise Turner (brązowowłosy lachociąg, który poprawił sobie chyba wszystko, co można było poprawić) z wydziału trzeciego ma prawie 80m[sup]2[/sup], chociaż jest na niższym stanowisku ode mnie i zrobiła znacznie mniej dla Firmy. Niby przeciągnęła na naszą stronę bardzo hojnego klienta, ale szczerze wątpię, że zrobiło to aż tak duże wrażenie na Charlesie M. Sloanie, że aż sprezentował jej nowe biuro. Charles jest moim szefem, za którym, delikatnie mówiąc, nie przepadam. Nie wyłamuję się jednak z tłumu i zawzięcie liżę mu tyłek za każdym razem, kiedy czegoś potrzebuję. Zgadzam się również na jego wszystkie propozycje; służbowe wyjazdy i te bardziej prywatne: wyjścia do restauracji, wyjazdy na weekendy, wypady do muzeów i galerii sztuk, bankiety, przyjęcia, wyjazdy na wspólny urlop. Zazwyczaj nie wykorzystuję swoich wolnych dni, jednak kiedy Charles proponuje mi wyjazd – nie odmawiam. Wiem, że spotyka się z kilkoma (kilkunastoma, kilkudziesięcioma?) kobietami naraz. Nie przeszkadza mi to. Większość to pewnie jakieś tanie siksy nie mające za grosz klasy, które dają gdzie i komu popadnie, byle tylko dostać zaproszenie na kolejne przyjęcie, wakacje, pokaz mody, koncert, wystawę. Skończone idiotki. Są takie puste. Nie mają pojęcia o niczym. Wypełnia je tylko silikon, który mają pewnie w każdej części ciała. Taką pustą laską jest Louise Turner, która pojawiła się w Firmie w bardzo tajemniczych okolicznościach. Nie bez powodu mówi się na nią „lachociąg”. Mam teorię, że głupia zdzira obciągnęła Charlesowi kilka razy i stąd jej 80m[sup]2[/sup] (nie wspomnę, że zarabia o sto pięćdziesiąt dolarów więcej ode mnie!). Nie dziwię się, że to zrobiła – jej dupa to karta przetargowa w prawie każdej sprawie.
Nie umiem stwierdzić, czy Charles podoba się kobietom, czy to jego pieniądze im się podobają. Ma siwe włosy, które dodają mu powagi. W zasadzie jest to bardziej kolor stalowy, naturalny i równomierny. Dobrze, że się nie farbuje. Wiem, że bardzo o nie dba. Podczas naszych wspólnych wyjazdów spędza w łazience bardzo dużo czasu, a jego kosmetyczka jest wypchana różnymi specyfikami, aby utrzymać nienaganną fryzurę. Niezbyt lubi, kiedy ktoś jej dotyka. Zaczesuje włosy na prawą stronę. Wpadają mu lekko na czoło, ale nie zakrywają twarzy. Ma ciemne oczy i ponad metr osiemdziesiąt pięć. Zawsze jest ogolony. Chodzi do Chopz na manicure i zabiegi oczyszczające cerę. Nosi tylko idealnie skrojone, slimowane garnitury. I dobrze pachnie.
Niespodziewanie drzwi do biura otwierają się z impetem. Do środka wpada (dosłownie w p a d a) Veronica. Posyłam jej swoje wyuczone spojrzenie, a moja sekretarka kurczy się w zastraszającym tempie ze strachu. Ma na sobie kawowy płaszczyk, którego marki nie rozpoznaję. Chustka jest niedbale owinięta wokół szyi, a niektóre kosmyki blond włosów sterczą na różne strony. Przez głowę przemyka mi myśl, że powinnam już wyciągnąć swój kapelusz od Saint Laurent za tysiąc dwieście pięćdziesiąt dolarów. Robi się coraz chłodniej!
Veronica zaczyna coś mówić – bardzo szybko i niezrozumiale. Dopiero wtedy znów zwracam na nią uwagę. Pod pachą ma wepchnięte magazyny, czasopisma i gazety. W prawej dłoni trzyma papierowy kubek z kawą ze Starbucksa, a w lewej torbę od Zary – jest to jedna z nielicznych sieciówek, które uznaję. Uwielbiam ich buty, które dorównują standardom profesjonalnych marek i projektantów. Niektóre ich kolekcje też są dobre; na przykład ostatnia zimowa. Moja sekretarka wygląda marnie, widać, że biegła, co nie wywiera na mnie dobrego wrażenia. Wciąż gada, a ja jej nie słucham. Nie interesują mnie jej argumenty i usprawiedliwienia. Powinna być punktualna, a jeśli nie jest, to po cholerę szuka pracy w zawodzie sekretarki? Idę powolnym krokiem w stronę biurka. Veronica kończy swoje przeprosiny i wbija we mnie wzrok, oczekując jakiejkolwiek reakcji. Siadam i zakładam nogę na nogę, po czym przyglądam jej się nieodgadnionym wzrokiem. Panuje między nami cisza, którą postanawiam przerwać po dwudziestu sekundach, które dla dziewczyny były wiecznością. A przynajmniej tak przypuszczam.
— Jesteś spóźniona — stwierdzam spokojnie. Chcę mówić dalej, ale blondynka wchodzi mi w słowo, ponownie starając się uniewinnić.
— To się już nigdy nie powtórzy, przysięgam! — zapewnia. Rozgniewała mnie. Nie lubię, kiedy ktoś mi przerywa. To bardzo niekulturalne i jestem prawie pewna, że chcę ją zwolnić. — Musi pani mnie zrozumieć, naprawdę zależy mi na tej pracy, ale… — Słowa wypadają z niej z zastraszającą prędkością, a ja jestem coraz bardziej poirytowana tą niedorzeczną sytuacją, która jest spowodowana brakiem odpowiednich kompetencji. W końcu jej przerywam, bo nie mogę znieść tego paplania.
— Wystarczy, Victtorio — mówię i przecinam powietrze dłonią. Specjalnie przekręcam jej imię. — Po pierwsze: nic nie muszę, okay? To ty — akcentuję — musisz nauczyć się zorganizowania i przybywania na czas, kiedy jesteś o to proszona. Nie przychodzę do pracy na ósmą, masz całą godzinę, aby przygotować się do pracy — przypominam jej. — Całą godzinę, żeby kupić gazety, uzupełnić mój kalendarz, umówić spotkania, by wreszcie iść do Starbucksa i kupić pieprzone Breakfast Blend z mlekiem, ale bez cukru — pod koniec unoszę się trochę. Nie spuszczam z niej wzroku. Nabieram powietrza i kontynuuję (Veronica milczy, błądzi oczami po pokoju, omijając moją osobę). — Zdajesz sobie sprawę, że wykonam jeden telefon i przez najbliższe kilka lat nie znajdziesz pracy, prawda? — straszę ją i jednocześnie okłamuję, bo nie mam takiej siły. Jej przerażona mina mówi jednak wszystko, a ja z trudem powstrzymuję uśmiech satysfakcji, który ciśnie mi się na usta. — Gdzie jest ta dziewczyna, która przyszła do mnie dwa tygodnie temu? — pytam, ale nie oczekuję odpowiedzi. — Wybieraj, Victtorio. Albo się zmienisz i zostaniesz tutaj na dłużej, albo możesz od razu skierować się do wyjścia — kończę, opierając się na oparciu krzesła. Doskonale wiem, jaka będzie jej reakcja i jakiej odpowiedzi mogę się spodziewać. To takie oczywiste.
— Poprawię się — mruczy pod nosem. Jest zawstydzona i czuje się głupio. Stara się podnieść wzrok na mnie, ale zamiast tego zerka gdzieś ponad moją głowę, chcąc sprawić wrażenie, że patrzy na moją twarz.
— Słucham? — drażnię się z nią.
— Poprawię się — mówi głośniej i bardziej zdecydowanym głosem niż na początku. Wreszcie mogę uśmiechnąć się z satysfakcją.
— No — mówię z aprobatą. — A teraz zmykaj — ponaglam ją, bo chcę zostać sama. Dziewczyna wycofuje się do wyjścia. — Tylko zostaw moje rzeczy — upominam, posyłając jej ciepły uśmiech. Veronica pośpiesznie kładzie moje rzeczy na biurku i opuszcza pokój, w którym zapada cisza. Wzdycham i przymykam oczy, napawając się tą piękną chwilą.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Podchodzę do tekstu z pewnymi oczekiwaniami. Może trochę wygórowanymi. Z jednej strony przedmowa składa pewną obietnicę dobrego tekstu z ciekawym bohaterem i linią fabularną. To przyciąga w ten chory, tajemniczy sposób, ale jako czytelnik prędzej czy później cię z tej obietnicy rozliczę. Z drugiej strony tekst nie jest fantastyczny. To spore wyzwanie, bo wymaga dobrego pomysłu, aby prawdziwie zaskoczyć. Osobiście przeważnie omijam takie teksty. Świadomość, że żaden dziki mag na demonicznej świni nie wpadnie nagle i nie rozwali wszystkiego w jakiś zjawiskowy sposób, odrobinę studzi mój entuzjazm. Zakładam więc, że masz dobry pomysł, sprawnego bohatera i potrafisz mnie tym wszystkim zaciekawić. : )

Najpierw uderzają mnie akapity. Są kolosalne. Nie będę mówił, że nie ma to znaczenia... bo jednak ma. Z ciekawości wrzuciłem pierwszy akapit do narzędzia tekstowego i ustawiłem czcionkę maszynopisu. Ma półtora (!) strony. Ściana tekstu. Musisz, koniecznie musisz, jakoś sensownie to pociąć.

Dalej jest tylko lepiej. Najpierw uderza mnie obraz karierowiczki, która gada o ciuchach i zarabianiu pieniędzy, i myślę, że to nie moja bajka. Ale czytam dalej i, daaamn, w jakiś pomylony sposób ciekawi mnie to. Kompletne guilty pleasure :D Nie trawię bohaterki na każdej możliwej płaszczyźnie, jej podejścia, fałszywości i głębokiej suczowatości. I lubię to, że jej nie lubię! To jest rewelacyjne, że prawdziwie czuję te emocje, związane z poznawaniem tego świata. W tekście panuje prawdziwy ogrom jej przemyśleń – ale nie nudzę się przy tym. To naprawdę mocna siła napędowa dla tekstu. Tak trzymaj, dla mnie rewelka

Cytat:Nosi źle dobrane biustonosze, bo kiedy zakłada bluzkę z głębokim dekoltem i nachyli się, widać jej brodawki. Wypadają jej piersi z miseczek.

To akurat wypadło dziwnie :D O ile znam się na stanikach, trzeba być naprawdę zielonym w temacie, aby zakładać o tyle większe staniki.

Ode mnie na +
Lubię Tytanica. Moim ulubionym bohaterem była góra lodowa.
Odpowiedz
#3
(11-06-2015, 13:53)teszka napisał(a):
FRAGMENT 1

Siedzę w swoim gabinecie i wbijam chłodny wzrok w drzwi. Uczyłam się go kilka dni(Zmieniłabym jakoś dobór słów, bo "drzwi" i "dni" się rymuje i źle brzmi), stojąc codziennie przed lustrem przez dwadzieścia minut.

Jak dotąd, (zbędny przecinek) nadal nie nauczyła się wszystkich nazwisk moich klientów, wciąż dopytuje się o moją ulubioną kawę, spóźnia się i zalicza modowe wpadki, które rażą po oczach.

Dodatkowo spódniczka podkreślała jej nieco za duży tyłek. Wszyscy wiedzą, że jasne kolory poszerzają sylwetkę. Wszyscy z wyjątkiem Veroniki. Nosi źle dobrane biustonosze, bo kiedy zakłada bluzkę z głębokim dekoltem i nachyli się, widać jej brodawki. Wypadają jej piersi z miseczek. Trochę nieestetyczne. Wciąż waham się, czy jej o tym powiedzieć, czy nie. Przynajmniej jest zadbana. Podoba mi się kształt jej paznokcia(Lepiej "paznokci", bo ludzie raczej mają ich więcej niż jeden) i walczę ze sobą, aby nie spytać, gdzie chodzi do kosmetyczki. Niezmiennie od kilku lat korzystam z usług najlepszego (i zarazem najdroższego) salonu piękności w mieście – Chopz. Cenię ich za podejście do klienta, pełen profesjonalizm i nienaganny porządek, który w takich miejscach jest niezmiernie ważny. Obawiam się, że Veronica i jej zabiegi upiększające są robione(Zabiegi jak najbardziej mogą być robione, ale Veroniki bym już do tego nie mieszała) w jakimś brudnym miejscu,(zbędny przecinek) przez farbowaną blondynkę z odrostami i dużą nadwagą, która żuje gumę w dość nieapetyczny sposób. Jest głośna, zna wszystkie plotki i zagaduje klientki, jakby te były jej przyjaciółkami. Nie przepadam za takim traktowaniem. Nie znoszę, kiedy ludzie są nachalni. Nie zmienia to faktu, że Veronica i jej d o s k o n a ł y manicure (gdzie płytka paznokcia ma owalny kształt) siedzą mi w głowie już od kilku dni.

Najwyraźniej dla niektórych (Veroniki) nawet tak prozaiczne czynności, (zbędny przecinek) jak przyniesienie kawy na godzinę dziewiątą i umówienie mnie z klientami, (zbędny przecinek) sprawiają trudności. (Tutaj zdecydowanie przydałby się akapit od nowej linijki, bo przenoszenie wzroku na zegarek w ogóle się nie wiąże z narzekaniami na Veronikę) Przenoszę wzrok na zegarek Burberry(...)

Odsuwam się z lekkością na krześle od biurka(Zapisałabym "Z lekkością odsuwam się na krześle od biurka", bo obecnie "lekkość na krześle" kiepsko brzmi moim zdaniem), którego blat jest zrobiony z hartowanego szkła.

Za moimi plecami znajduje się rząd okien do ziemi("Okna do ziemi" również mi średnio brzmią. Lepiej "do podłogi" albo "od podłogi do sufitu" czy coś), które dają widok na całe miasto.

Większość to pewnie jakieś tanie siksy, (zbędny przecinek) nie mające za grosz klasy, które dają gdzie popadnie i komu, byle tylko dostać zaproszenie na kolejne przyjęcie, wakacje, pokaz mody, koncert, wystawę.

Podczas naszych wspólnych wyjazdów spędza w łazience bardzo dużo czasu, a jego kosmetyczka jest wypchana różnymi specyfikami, aby utrzymać jego nienaganną fryzurę. Niezbyt lubi, kiedy ktoś ją(jej) dotyka.

Zaczesuje włosy na prawą stronę. Wpadają mu lekko na czoło, ale nie zakrywają twarzy. Powoli pojawiają się zakola. Ma ciemne oczy i ponad metr osiemdziesiąt pięć.(Jak dla mnie zbyt duży tutaj miszmasz informacji – tutaj zakola, tutaj oczy i wzrost w jednym zdaniu, potem zabiegi i ubranie. Według mnie przydałoby się uporządkować informacje, żeby łatwiej dało się je przyswoić)

Niespodziewanie drzwi do biura otwierają się z impetem. Do środka wpada (dosłownie,(zbędny przecinek) w p a d a)(Nie przepadam za tego typu wstawkami w tekście – zawsze kiedy takie widzę, czuję się, jakby autor nie traktował mnie poważnie, zakładając, że trzeba mi kilka razy powtarzać jedną informację, żebym ją zrozumiała. Jasne jest, że wpadła – raz, że napisane jest "z impetem", dwa, że napisane jest "wpada") Veronica.

Niektóre ich kolekcje też są dobre; na przykład ostatnia zimowa. Wygląda marnie(Kolekcja wyglądała marnie czy ta Veronika? Bo podmiotem wciąż jest kolekcja), widać, że biegła, co nie wywiera na mnie dobrego wrażenia. Wciąż gada, a ja jej nie słucham. Nie interesują mnie jej argumenty i usprawiedliwienia. Powinna być punktualna, a jeśli nie jest, to po cholerę szuka pracy w zawodzie sekretarki? Idę powolnym krokiem w stronę biurka. Veronica kończy swoje przeprosiny i wbija we mnie wzrok, oczekując jakiejkolwiek reakcji. Siadam i zakładam nogę na nogę, po czym przyglądam jej się nieodgadnionym wzrokiem.

— Musi pani mnie zrozumieć, naprawdę zależy mi na tej pracy, ale… — s(S)łowa wypadają z niej z zastraszającą prędkością, a ja jestem coraz bardziej poirytowana tą niedorzeczną sytuacją, która jest spowodowana brakiem odpowiednich kompetencji.

Jej przerażona mina mówi jednak wszystko, a ja z trudem powstrzymuję satysfakcjonujący uśmiech(uśmiech satysfakcji/pełen satysfakcji uśmiech – "satysfakcjonujący" to "zadowalający, zaspokajający wymagania", a nie o to tutaj chodzi), który ciśnie mi się na usta.

Cóż, z narracją zdecydowanie nie trafiłaś w mój gust – raz, że niezbyt przepadam za narracją w czasie teraźniejszym, dwa, że szczególnie nie lubię jej, kiedy jest pierwszoosobowa, a narratorem jest sukowata, że tak to nazwę, paniusia. :P
W związku z tym trudno mi powiedzieć, że tekst mi się spodobał – bardzo nie lubię, kiedy nie jestem w stanie znaleźć czegokolwiek, co pozwoliłoby mi jakoś przywiązać się do głównego bohatera. Niemniej po słowie wstępnym mam wrażenie, że taka bohaterka stworzona została w konkretnym celu, więc z chęcią przeczytam kolejne fragmenty, by się o przekonać, co z tego będzie.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#4
Poszło. Początek napisany całkiem zgrabnie, warsztat masz dobry. Akapity to faktycznie problem, przydałoby się ich trochę więcej.

Główna bohaterka, choć nie jest zbyt sympatyczna, to jest przynajmniej interesująca. Zresztą, póki co, nie zrobiła niczego, za co można by jej nie lubić, ma tylko bardzo nieprzyjemne myśli. Dobrze przedstawiłaś jej charakter, w tym dość krótkim fragmencie dowiedziałem się o niej naprawdę dużo. Zakładam, że będzie ona centralnym punktem Twojej historii.

Jest za to inny problem. Jak tylko czytam coś dotyczącego mody/zabiegów kosmetycznych/biurowych plotek, to włącza mi się tryb przewijania. Zupełnie mnie to nie rusza. Oczywiście wiem, że mój totalny brak zainteresowania takimi sprawami jest wynikiem narzuconych mi przez otoczenie stereotypów, na które nie ma miejsca w nowoczesnym, oświeconym świecie. Bardzo chętnie porzuciłbym moje ciemnogrodzkie myślenie i radośnie przeglądał najnowsze katalogi mody, ale nie mogę. Po prostu nie mogę. Dlatego też nie byłem w stanie w pełni docenić Twojego tekstu.

To już wszystko. Chociaż sam temat mnie nie przyciągnął, to spodobał mi się brak większej ilości zgrzytów oraz przedstawienie charakteru głównej bohaterki. Nie było po co się stresować :).

Przy okazji, już drugi raz widzę, że piszesz MAKS i drugi raz mam wrażenie jakbyś zwracała się do mnie po imieniu. Szczególnie mocno to działa, kiedy używasz dużych liter. W życiu nie spotkałem osoby, która pisałaby tak ekspresyjnie. Skąd Ci się to wzięło?
Odpowiedz
#5
@Yami: jak już wspomniałam na SB: ja nic nie obiecywałam, przedmowa również tego nie robi, więc nie wciskaj mi tutaj kitu xD bohater jest, pomysł jest. czy mój pomysł na to wszystko Cię zainteresuje? tylko czas pokaże. mogę tylko powiedzieć, że kilka osób z mojego otoczenia, które miały okazję poznać plany na całość, były bardzo zaintrygowane. co do akapitów to... no szczerze mówiąc nie znam się na tym :C jestem laikiem, nie mam żadnego warsztatu i w sumie dzielę to na "czuja", więc jakby znalazła się jakaś kochana dusza i, nie wiem, wytłumaczyła mi proces cięcia i tak dalej, to byłabym bardzo wdzięczna! *.* ja z kolei cieszę się, że bohaterka wzbudza w Tobie jakiekolwiek emocje i nie jest Ci obojętna. bo to wtedy byłoby mi przykro maks. czy są to pozytywne, czy negatywne odczucia – to mnie już nie interesuje. najważniejsze, że cokolwiek się między Wami zadziało hihi. w sprawie stanika – chodziło mi o to, że kiedy kobieta zakłada biustonosz, to z reguły wyciąga sobie piersi, aby te lepiej się układały, wyglądały na bardziej kształtne etc. jednak po pewnym czasie, cycki znowu opadają i miseczki delikatnie odstają i później własnie jest taki efekt, że może być widoczne to i owo :shy: :shy:

@Vetala: bardzo dziękuję za wytknięcie błędów! nie wiem, jak pozbędę się tych zaimków "jej" ._. poprawki, oczywiście, naniosę! :D :D zdaję sobie sprawę, że ten rodzaj narracji nie przypadnie do gustu każdemu, bo jest... dość rzadki, więc rozumiem ;) jeśli chodzi o główną bohaterkę, to już każdy sam musi ją ocenić. tylko pamiętajcie (tu do wszystkich): nie ocenia się książki po okładce! ;>

@Mogget: cieszę się, że udało Ci się wyciągnąć coś z tego fragmentu i stworzyłeś już sobie jakiś zarys postaci + owszem, jest ona centralnym punktem. widzę na czym polega problem i, niestety, takich fragmentów dot. mody i innych rzeczy, za którymi nie przepadasz będzie więcej. z góry przepraszam :C mam nadzieję, że nie zrazi Cię to do dalszego czytania ._. AHAHAHAAHA MASZ NA IMIĘ MAKS? *.* wybacz, taki wzmacniacz, od którego się nieco uzależniłam na innym forum. wszystko jest maks! :/ lowki maks, smutek maks, słabo maks i tak dalej! przyzwyczaiłam się maks (xD) do używania takiej kombinacji i... jakoś nie mam ochoty z niej na razie rezygnować :D :D

DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM ZA PRZECZYTANIE, ZA MIŁE SŁOWA, ZA ZWRÓCENIE UWAGI NA TE NIESZCZĘSNE AKAPITY I WGL ZA WSZYSTKO. LOVELOVELOVE. MAM NADZIEJĘ, ŻE KOLEJNY FRAGMENT PRZYPADNIE WAM DO GUSTU!!1 <3
Odpowiedz
#6
(11-06-2015, 13:53)teszka napisał(a): FRAGMENT 1

Jak dotąd nadal nie nauczyła się wszystkich nazwisk moich klientów, wciąż dopytuje się o moją ulubioną kawę, spóźnia się i zalicza modowe wpadki, które rażą po oczach (raczej 'rażą oczy').

Nie widziałam jej jeszcze dzisiaj (chociaż powinnam, bo jest trzynaście po dziewiątej), ale wczoraj miała na sobie zdecydowanie za krótką beżową spódniczkę z jakieś (jakiejś) sieciówki (...)

Najwyraźniej dla niektórych (Veroniki) nawet tak prozaiczne czynności (przecinek) jak przyniesienie kawy na godzinę dziewiątą i umówienie mnie z klientami (przecinek) sprawiają trudności.

Ciężko pracuję, aby utrzymać nieskazitelny wizerunek Firmy i z całą pewnością należy mi się c o ś (osobiście nie lubię rozstrzeliwania wyrazów – ale nie rozumiem też, po co ten akurat wyraz ma być wyróżniony) więcej, niż marne 50,8m[sup]2[/sup]. Louise Turner (brązowowłosy lachociąg, który poprawił sobie chyba wszystko, co można było poprawić) z wydziału trzeciego ma prawie 80m[sup]2[/sup], chociaż jest na niższym stanowisku ode mnie i zrobiła znacznie mniej dla Firmy (firma nazywa się Firma? – raczej małą literą).

Większość to pewnie jakieś tanie siksy nie mające za grosz klasy, które dają gdzie popadnie i komu (gdzie i komu popadnie), byle tylko dostać zaproszenie na kolejne przyjęcie, wakacje, pokaz mody, koncert, wystawę.

Taką pustą laską jest Louise Turner, która pojawiła się w Firmie (małą literą) w bardzo tajemniczych okolicznościach.

Do środka wpada (dosłownie w p a d a (wystarczającym wyróżnieniem jest powtórzenie tego słowa w nawiasie – po co rozstrzeliwać?)) Veronica.

W prawej dłoni trzyma papierowy kubek ze Starbucksa z kawą (kubek z kawą ze Starbucksa), a w lewej torbę od Zary – jest to jedna z nielicznych sieciówek, które uznaję.

Czemu nie, nawet ciekawie – jeśli ktoś lubi takie klimaty :)
Co do rozstrzeliwania tekstu – w edytorze łatwo to osiągnąć, wstawiając odpowiednią wartość 'tracking'. Jest to odstęp między literami. Stosowanie zamiast tego spacji może dawać podobny efekt, ale widać, że to są spacje i cały urok pryska :P A nie można zamiast tego pisać czcionką pogrubioną?
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Cytat:Najwyraźniej dla niektórych (Veroniki) nawet tak prozaiczne czynności (przecinek) jak przyniesienie kawy na godzinę dziewiątą i umówienie mnie z klientami (przecinek) sprawiają trudności.
wiedziałam, że tutaj musi być przecinek – bo wtrącenie. dlatego zdziwiłam się, kiedy koleżanka Vetala kazała je usunąć, ale uznałam, że z rangą "sprawdzający" nie ma co dyskutować :P
Cytat:Ciężko pracuję, aby utrzymać nieskazitelny wizerunek Firmy i z całą pewnością należy mi się c o ś (osobiście nie lubię rozstrzeliwania wyrazów – ale nie rozumiem też, po co ten akurat wyraz ma być wyróżniony) więcej (...)
z tym rozstrzeliwaniem wyrazów... właściwie to nie wiem, czemu go tutaj dałam. pisałam ten fragment dawno, ale chyba chodziło o zaakcentowanie, że za tę ciężką pracę należy jej się "coś więcej niż marne 50 metrów kwadratowych". ja po prostu słyszę jej myśli w głowie i dam sobie rękę uciąć, że wyraźnie zaznacza to słowo. co zaś do pogrubiania – nie widziałam, aby taki zabieg był stosowany w książkach, więc ja również nie będę tego stosować.
Cytat:(...) chociaż jest na niższym stanowisku ode mnie i zrobiła znacznie mniej dla Firmy (firma nazywa się Firma? – raczej małą literą).
był to zabieg celowy ;)

dziękuję ślicznie za wszystkie inne poprawki – w najbliższym czasie naniosę je na tekst :D :D
Odpowiedz
#8
W sumie nie wiem, czemu Vet nie spodobały się te przecinki :) Już w sumie porównanie 'tak..., jak' wymaga przecinka. W poradniku PWN jest co prawda napisane, że można taki przecinek usunąć (i pewnie tym sugerowała się Vet), ale z przecinkami brzmi lepiej.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#9
FRAGMENT 2 – CZĘŚĆ 1

— Wiecie, że tętnice walenia są tak duże, że może w nich swobodnie pływać niemowlę? — rzuca Daphne, kiedy rozsiedliśmy się przy stoliku. Wzdycham ciężko, wywracając oczami.
— Skąd to wiesz? — pyta zainteresowany Dirk, opierając rękę na oparciu krzesła Angeli.
— Oglądałam National Geographic Channel — oznajmia dumnie, po czym rozpoczyna się pełna pasji rozmowa odnośnie waleni. Ignoruję ich. Kogo to obchodzi?
Daphne zawsze zaczyna nasze spotkania od jakiejś ciekawostki. Stało się to już niemal tradycją. Nadal nie wiem, czy reszta naprawdę jest tak zaintrygowana tym, co ma do powiedzenia Daphne, czy po prostu udają zainteresowanie z grzeczności. Dla mnie jej nowinki są co najmniej śmieszne, ale nie mówię jej tego. Mogłaby się na mnie obrazić, a tego bym nie chciała, bo spotyka się ze Scottem Langley’em – całkiem znanym krytykiem kulinarnym – dzięki czemu możemy jeść w najlepszych restauracjach i mieć dobre miejsca.
Daphne Bishop ma trzydzieści trzy lata i pracuje w Firmie w wydziale drugim – podobnie jak ja – chociaż zajmuje się zupełnie czym innym. Ma gęste włosy do ramion, a ich kolor do dnia dzisiejszego pozostaje dla mnie zagadką. Z jednej strony są rude, z drugiej to jasny brąz, a w innym świetle bardzo ciemny i brudny blond. Są naturalnie proste, a jej banalnie łatwe uczesanie rodzi we mnie poczucie zazdrości (do tego stopnia, że mam ochotę ogolić jej głowę). Kiedy ja walczę rano z upięciem koka, Daphne nie musi robić nic. Używa tylko szczotki ze szczeciny dzika (którą – o ironio – sama jej poleciłam). Nie elektryzuje, nie szarpie i nie plącze włosów oraz świetnie nadaje się do masażu skóry głowy, pobudzając odbudowę cebulek. Redukuje proces wypadania kosmyków i nadaje im piękny połysk. Tak, zazdroszczę Daphne Bishop włosów, ale jestem w stanie przyznać to tylko sama przed sobą, co i tak wcale nie było takie łatwe, kiedy uświadomiłam sobie po raz pierwszy, że jej włosy są lepsze od moich. Przypomina trochę Anne Faris z uśmiechem Katy Perry i z naszej całej paczki umie zirytować mnie najbardziej. Potrafi być czasami tak infantylna i po prostu głupia. Tak, g ł u p i a. Zadaje durne pytania, niektóre rzeczy trzeba tłumaczyć jej kilka razy (w szczególności żarty) i lepiej nie używać przy niej trudnych słów, bo może ich nie zrozumieć (aczkolwiek od czasu do czasu, dla poprawienia sobie humoru, używam takowych, by delektować się zakłopotaniem i zagubieniem Daphne).
Staram się jednak zapominać o jej wpadkach, niedorzecznym gadaniu i innych „niedoskonałościach” ze względu na Scotta. Głównie z jego powodu, ale także dlatego, że często przychodzi mi pracować z Daph i zawsze mogę zwalić na nią część roboty, by potem przypisać sobie większość zasług. Bądź co bądź jest bardzo kreatywna i twórcza, a ja po cichu podziwiam ją za to. Może dlatego jej dokuczam? Nie umiem być taka jak ona; nie mam tak dobrych pomysłów. Ostatnio nie mam w ogóle ż a d n y c h pomysłów. Natomiast Daphne przychodzi to z łatwością, co doprowadza mnie do szału. Zazdroszczę tym, którzy umieją zrobić coś, czego ja nie umiem. Zazdroszczę tym, którzy mają to, czego nie mam ja. Szczególnie jeśli nie można tego kupić lub – ewentualnie – ukraść czy też zniszczyć.
— W Japonii, Norwegii i Irlandii wielorybnictwo jest nadal podtrzymywane — mówi Daffy z przejęciem. — Oficjalnie dla celów naukowych — akcentuje pierwsze słowo, a całości wypowiedzi nadaje konspiracyjny ton.
— W Islandii — wtrącam się nonszalancko, spoglądając na nią z wyższością. Wszyscy przy stoliku milkną. Czuję, jak ich spojrzenia przenoszą się na mnie.
— Słucham? — pyta nieco zdezorientowana Daphne.
— Wielorybnictwo w celach naukowych jest prowadzone na terenach Islandii, nie Irlandii — objaśniam obojętnym tonem, rozglądając się od niechcenia po sali. Idiotka.
— Ach, no tak. Właśnie o tym mówiłam — tłumaczy zawstydzona, chcąc się wybielić.
Ponownie przenoszę na nią wzrok i stwierdzam, że jednak nie chciałabym być taka jak Daphne Bishop. Jak, do licha, można pomylić Islandię z Irlandią? Tryumfuję, lecz tylko przez moment. Nikt z towarzystwa nie zwrócił uwagi na moje upomnienie. Kompletnie się tym nie przejęli, zignorowali to i nadal prowadzą, aż nazbyt ożywioną, jak na ten temat, rozmowę. Zaciskam palce na podłokietnikach. Czy naprawdę tylko ja w tym towarzystwie jestem istotą myślącą? Czy tylko ja używam mózgu? Nawet Debbie (którą darzę największą sympatią) wydaje się być zaintrygowana tematem. Spoglądam na nią z lekkim rozczarowaniem. Nie spodziewałam się tego po niej; z tego co mi wiadomo, również nie lubi Daphne. Wspominała mi wiele razy, że jej osoba ją męczy. Kompletnie tego nie rozumiem.
Deborah Rodenberg jest dla mnie jak matka albo starsza siostra, której nigdy nie miałam. To dzięki niej siedem lat temu trafiłam do Firmy. Jest specem od wizerunku i reklamy, a także prawą ręką Charlesa M. Sloana. Jessica O'Sullivan, długonoga blondynka i jego sekretarka, twierdzi, że dosłownie i w przenośni. Nie omieszkałam podpytać Deborah, co łączy ją z naszym szefem (z czystej ciekawości), jednak ona wciąż utrzymuje, że są to stosunki czysto zawodowe. Mimo jej zapewnień nadal mam mieszane uczucia, ale z drugiej strony Debbie bez skrępowania mówi, że nie może znieść szowinistycznego zachowania Charlesa i jest chyba jedyną osobą, która otwarcie go krytykuje (zresztą nie tylko jego). Zawsze mówi to, co myśli, a przy tym zachowuje klasę. Uwielbia mężczyzn, a mężczyźni uwielbiają ją. Niemniej jednak Debbie jest niezwykła; niezależna, samowystarczalna i naturalnie piękna. Jest grubo po czterdziestce (w tym roku skończy czterdzieści siedem lat), ale od kilku lat wmawia wszystkim uparcie, że ma trzydzieści osiem. Nie chciało mi się w to wierzyć, więc kiedy byłyśmy na lanczu, a Debbie poszła do toalety, wykorzystałam okazję i przejrzałam jej dokumenty.
Moi znajomi nadal dyskutują na temat waleni. Rozglądam się leniwie po sali.
— A wiecie, że serce płetwala waży około sześciuset kilogramów? — Do moich uszu dochodzi głos Daphne.
Nabieram powietrza i wznoszę oczy ku niebu. Ile można? Kręcę lekko głową i mrugam szybko z niedowarzaniem. Nie mogę tego dłużej znieść. Muszę się napić.
— Przepraszam, zaraz wracam — mówię, nie patrząc na moich towarzyszy. I tak pewnie nie zwrócili na mnie uwagi, będąc zbyt zajęci jebanymi waleniami. Kiedy wrócę i nadal będą o nich rozmawiać, to pozbawię ich języków. Przysięgam. Przy barze siedzi kilku facetów. Obrzucają mnie wzrokiem, gdy przechodzę. Nie obchodzi mnie to. Idę prosto w stronę barmana.
— Martini. Raz — rzucam w jego stronę, siadając na stołku barowym i zakładając nogę na nogę.
— Jak podać?
— Zmieszane. Nie jestem przecież pieprzonym Bondem. — Posyłam mu krytyczne spojrzenie. Chłopak stojący za barem od razu bierze się do pracy.
Nie myślę o niczym konkretnym. Chcę się po prostu napić. I uwolnić od Daphne i jej waleni. Boże. Czeka mnie jeszcze dzisiaj zebranie z jakimiś frajerami. Dobrze, że zwaliłam na nią sprawozdanie i będę mogła iść wcześniej do domu. Słyszę moje imię. Rozglądam się dyskretnie po sali i dostrzegam znajomą sylwetkę. Rozpoznaję go. Przykładam palce do skroni.
— Ja pierdolę... A ten tu czego? — jęczę pod nosem i dodaję głośniej: — Gdzie jest ten cholerny drink?
Odpowiedz
#10
(15-06-2015, 21:19)teszka napisał(a):
FRAGMENT 2 – CZĘŚĆ 1

Daphne zawsze zaczyna nasze spotkania od jakieś(jakiejś) ciekawostki.

Dla mnie jej nowinki są co najmniej śmieszne, ale nie mówię jej tego. Mogłaby się na mnie obrazić, a tego bym nie chciała, bo spotyka się ze Scottem Langley’em – całkiem znanym krytykiem kulinarnym – dzięki czemu możemy jeść w najlepszych restauracjach i mieć dobre miejsca.

Są naturalnie proste, a jej banalnie proste uczesanie rodzi we mnie poczucie zazdrości (do tego stopnia, że mam ochotę ogolić jej głowę). Kiedy ja walczę rano z upięciem koka, Daphne nie musi robić nic. Używa tylko szczotki ze szczeciny dzika (którą – o ironio – sama jej poleciłam).

Nie elektryzuje, nie szarpie i nie plącze włosów oraz świetnie nadaje się do masażu skóry głowy, pobudzając porost cebulek. Redukuje proces wypadania kosmyków i nadaje im piękny połysk. (O kurczę, ciekawe, ile takie cudo kosztuje :D)

Staram się jednak zapominać o jej wpadkach, niedorzecznym gadaniu i innych „niedoskonałościach” ze względu na Scotta. Głównie z jego powodu, ale także dlatego, że często przychodzi mi pracować z Daph i zawsze mogę zwalić na nią część roboty, by potem przypisać sobie większość zasług. Bądź co bądź jest bardzo kreatywna i twórcza, a ja po cichu podziwiam ją za to. Może dlatego jej dokuczam?

Czuję(przecinek) jak ich spojrzenia przenoszą się na mnie.

Ponownie przenoszę swój wzrok na nią i stwierdzam("Swój" zbędne – nie da się przenieść czyjegoś wzroku. Poza tym napisałabym "przenoszę na nią wzrok" – według mnie tak naturalniej zabrzmi), że jednak nie chciałabym być taka jak Daphne Bishop.

To dzięki niej, (zbędny przecinek) siedem lat temu, (zbędny przecinek – po co tu wtrącenie?)trafiłam do Firmy.

Mimo jej zapewnień, (zbędny przecinek) nadal mam mieszane uczucia, ale z drugiej strony Debbie bez skrępowania mówi, że nie może znieść szowinistycznego zachowania Charlesa i jest chyba jedyną osobą, która otwarcie go krytykuje (zresztą nie tylko jego).

Obrzucają mnie wzorkiem(wzrokiem), gdy przechodzę.

Słyszę moje imię. Rozglądam się dyskretnie po sali. Dostrzegam znajomą sylwetkę. Rozpoznaję go. Przykładam palce do skroni. (Takie zlepki krótkich zdań między dłuższymi zdaniami według mnie kiepsko brzmią, połączyłabym niektóre w jedno)

Znowu zauważyłam trochę za dużo "jejów" – może być trudno to usunąć, jako że bohaterka ma tendencję do ciągłego oceniania innych, niemniej warto spróbować, bo trochę to gryzie.
Co do samego fragmentu, to przypadł mi do gustu – kiedy po pierwszym nastawiłam się na to, jakim typem kobiety jest główna bohaterka, nie miałam trudności z "przebiciem się" przez jej sposób bycia.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości