Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Przygodowe Lusitania
#1
Witajcie!
W końcu odważyłem się podzielić z szerszym gronem moim "dziełem". :) Na wstępie chcę zaznaczyć, że "Lusitania" to tytuł czysto roboczy, dobry jak każdy inny, a dalsza fabuła nijak nie jest związana ze statkiem. Nigdy wcześniej w zasadzie nie pisałem i jestem ciekawy, czy jest sens ciągnąć to dalej, czy lepiej skończyć już tę farsę.


Rozdział I
7 Maja 1915
Morze Celtyckie, Wybrzeże Szkocji

Zbliżały się. Pewne, nieuniknione. Zmierzały prosto do celu i nic nie było w stanie ich powstrzymać. Thomas Quinn, młody, niespełna osiemnastoletni marynarz pełnił wartę na bocianim gnieździe. Było wczesne popołudnie, Quinn, jak zwykle dla zabicia czasu, oddawał się paleniu fajki i pisaniu listów do domu. Thomas zdjął czapkę, starł rękawem znoszonej lnianej koszuli pot z czoła i już miał schodzić, gdy w oddali dostrzegł parę podejrzanie zachowujących się narwali. Wiosenne słońce było wysoko na niebie i oślepiało Quinna. Obiekty zbliżały się jednostajnym kursem do statku. Marynarz zrozumiał swój błąd. To nie mogły być narwale, srebrzyste strzały pędzące pod powierzchnią wody w zawrotnym tempie, to mogły być tylko…
– Torpedy na sterburcie, Sir!
Na mostku zapanowała cisza, tak idealna, jak gdyby sam ocean postanowił zamilknąć w obliczu nadchodzącego niebezpieczeństwa.
– Panie Johnston, kierunek Irlandia, zwrot przez bakburtę. Lewa turbina stop, prawa cała naprzód! Wykonać!
– Tak jest, kapitanie!
Kapitan William Thomas Turner urodził się w Liverpoolu, w dzieciństwie całymi godzinami przypatrywał się okrętom cumującym w porcie niedaleko jego rodzinnego domu. Ojciec Turnera, tak samo jak i dziadek, pracował na statku. William morze miał we krwi. Gdy został kapitanem na swoim pierwszym statku, był jeszcze młodym, pełnym wigoru oficerem, teraz miał już 59 lat.
Objęcie dowództwa na „Lusitanii” nie przyszło mu łatwo. Nigdy nie chciał pracować na liniowcu, wśród tłumów ludzi. Kiedyś obiecywał sobie, że rzuci to, że zostanie szyprem małego kutra rybackiego i osiądzie gdzieś pod Belfastem, lecz wkrótce pokochał ten statek bardziej od swojego własnego życia.
„Lusitania”, duma i oczko w głowie The Cunard Line Company obok siostrzanej „Mauretanii”, aż do zbudowania „Olympica” i „Titanica” była uważana za najbardziej luksusowy i najszybszy liniowiec ówczesnego świata. Zwodowana w 1906 roku, w stoczni John Brown & Company, jednostka przez cztery lata z rzędu zdobywała Błękitną Wstęgę Atlantyku. Było to możliwe dzięki zastosowaniu czterech supernowoczesnych, wysokoprężnych turbin parowych, o łącznej mocy 76 000 koni mechanicznych, zasilających trzy olbrzymie, mosiężne, trójłopatowe śruby. „Lusitania” od dziobu, aż po rufę miała 239 metrów, mogła zabrać na pokład ponad trzy tysiące osób i 38 000 ton ładunku, osiągając przy tym prędkość rejsową rzędu dwudziestu pięciu węzłów. W czasach swojej świetności liniowiec pokonywał dystans pomiędzy macierzystym Liverpoolem a Nowym Jorkiem w niespełna pięć dni.
– Na co pan czeka, panie Johnston?!
– Straciłem sterowność, statek nie reaguje – odparł z przerażeniem oficer – chyba wysiadła nam hydraulika.

*

W całym pomieszczeniu było ciemno. Brudno-bordowe zasłony sprawiały, że do wnętrza saloonu wpadała tylko taka ilość światła, jaka była potrzebna do rozegrania partii pokera, sytuacji nie poprawiała także gęsta mgła z papierosowego dymu, która unosiła się w powietrzu i gęstym całunem pokrywała podłogę z tekowego drewna. Pomieszczenie było urządzone w europejskim stylu; pełne bogato pikowanych i tapicerowanych krzeseł oraz kunsztownie rzeźbionych ciężkich, dębowych stołów.
Na wysokim krześle, przed masywnym tekowym barem siedziała kobieta, popijająca herbatę z porcelanowej filiżanki. Lśniące blond włosy spadały kaskadą na jej odkryte ramiona, przyciągając tym samym spojrzenia prawie wszystkich mężczyzn obecnych w saloonie.
– Co podać – spytał stojący za lśniący blatem barman ubrany w liberię z błyszczącymi guzikami z masy perłowej odcinającymi się na satynowej czerni materiału. Kobieta podniosła wzrok, ale pytanie nie było skierowane do niej. Poczuła ruch za plecami i momentalnie pomyślała, że to tylko kolejny adorator szukający u niej szczęścia, którego najwyraźniej nie znalazł w kartach.
– Whisky – Usłyszała spokojny głos za swoimi plecami – z lodem.
– Nie, nie jestem zainteresowana – odpaliła i spojrzała na stojącego za nią człowieka – dziękuję.
– Musiała mnie pani z kimś pomylić, jak mniemam?
Pierwszy raz w życiu nie wiedziała co ma odpowiedzieć, jego nonszalancja kompletnie zbiła ją z tropu. Nie mogła pojąć, że się pomyliła, że źle odczytała jego intencje, mężczyzna wcale się nią nie interesował.
– Przepraszam… Myślałam, że – głos jej zadrżał – że to jakiś kolejny pajac chce…
– Rozumiem – nie pozwolił jej dokończyć.
Całym statkiem wstrząsnęły potężne wibracje. Głuchy grzmot podobny do odległej burzy przetoczył się po pokładzie.
-Mój Boże! Wpadliśmy na górę lodową?
Mężczyzna odwrócił się. Miał ciemnobrązowe włosy i kilkudniowy zarost na ogorzałej twarzy. Był wysoki i bardzo szczupły. Mógł podobać się kobietom. Ze zdziwieniem popatrzył przez bulaj na spokojne majowe morze. W jego oczach, które zmieniały barwę od jasno-piwnej po niemal czarną, pojawił się niepokój. Spojrzał na leżący na barze klucz, który musiał należeć do siedzącej obok kobiety, z przyczepioną tabliczką: „E:11”
– Nie tutaj. Nie na tej szerokości geograficznej – odpowiedział – coś musiało się stać.
Przysunął się do niej bliżej, prawie tak blisko, że nie widziała nic poza jego tajemniczymi oczami, które zdawały się wnikać w głąb jej duszy.
– Zobaczę co dzieje się na pokładzie, a pani niech lepiej uda się do swojej kajuty.
– Ale…
– Na pani miejscu zrobiłbym to dla swojego własnego bezpieczeństwa.
Julia Campbell nie przywykła do słuchania rozkazów. Pochodziła z zamożnej rodziny bankierów. Zawsze gardziła władczymi mężczyznami, uważała ich za pretensjonalnych i żałosnych ludzi, którzy muszą podbudowywać swoją samoocenę dyrygując innymi. Ale teraz było inaczej, głos tego mężczyzny, mimo że twardy i nieznoszący sprzeciwu, wyrażał troskę. To było coś nowego w jej życiu. Postanowiła spełnić polecenie obcego. Przypomniała sobie, że nie zapytała go nawet o imię, lecz gdy podniosła wzrok, mężczyzny już nie było.

*

Coraz silniejsze wibracje rozchodziły się po pokładzie. Mimo że tylko jedna z torped dosięgnęła celu, woda zaczęła wypełniać okręt przez wyrwę w burcie w zastraszającym tempie. Normalnie uszkodzenie takie jak to nie było by groźne dla statku klasy „Lusitanii”, ale teraz było inaczej. Cały pokład ładunkowy został przebudowany tak, aby pomieścić olbrzymi transport broni, amunicji i zwierząt jucznych, który miał trafić na front. Na zlecenie armatora usunięto wodoszczelne, stalowe grodzie, które zapobiegały przedostawaniu się wody do dalszych sekcji statku, zmniejszając jednak przy tym powierzchnię magazynową. Mimo że torpeda uszkodziła kadłub zaledwie metr poniżej linii wodnej, pompy, których liczba została zmniejszona z sześciu do zaledwie trzech, nie mogły mierzyć się z potęgą oceanu, starającego wedrzeć się do wnętrza statku. Ciężko ranna, ale wciąż niepokonana „lusitania” dalej opierała się falom. Pojedyncze trafienie nie było w stanie zatrzymać statku; chyląc się coraz bardziej na dziób i sterburtę, liniowiec dalej parł naprzód z prędkością osiemnastu węzłów, rozpoczynając walkę z nieubłaganie mijającym czasem.

*

Na pokładzie panował chaos. Członkowie załogi próbowali uspokajać panikujących pasażerów, którzy zaczęli się tłoczyć w okolicach szalup ratunkowych.
Mężczyzna wyszedł z saloonu, który znajdował się w centralnej części statku, wszedł po schodach, prowadzących na pokład łodziowy i zaczął zmierzać szybkim krokiem w kierunku rufy, odpychając co jakiś czas zbyt wolnych współpodróżnych, niejednokrotnie torując sobie drogę łokciami. Gdy miał już zrezygnować, zauważył białą czapkę oficera, prawie przeskakując nad tłumem dopadł do członka załogi.
– Czy mógłby mi pan wyjaśnić czym spowodowane jest to zamieszanie?
– Mamy małą awarię, za chwilę wszystko wróci do normy – zapewnił marynarz, ze słabo udawaną pewnością siebie – proszę udać się do swojej kajuty.
– Pan mnie chyba nie zrozumiał, chcę wiedzieć co się stało ze statkiem.
– Kapitan, zabronił cokolwiek mówić…
– Człowieku – mężczyzna zaczął tracić resztki sił – za chwilę kapitan będzie twoim najmniejszym zmartwieniem!
– Jeżeli się pan nie uspokoi to… – przerwał, czując zimną lufę rządowego Colta 1911 przyłożonego do głowy. Automatyczny Colt model 1911 wywodzący się z konstrukcji zaprojektowanej Przez Johna Mosesa Browninga w 1900 roku, jedenaście lat później wszedł na wyposażenie armii Stanów Zjednoczonych. Samopowtarzalny Colt strzelał amunicją kalibru .45 ACP z ciężkim poddźwiękowym pociskiem o wadze 15,2 g. Przez wzgląd na użycie tak silnego naboju, pistolet posiadał zamek ryglowany w momencie strzału przez przekoszenie lufy względem suwadła. Broń miała dołączany magazynek na siedem pocisków który wprawny strzelec mógł opróżnić w ciągu niecałych trzech sekund.
– Jeżeli mi nie powiesz, to przekonasz się jak brzydki jest świat, gdy nie ma się głowy – rzucił mężczyzna, z jadowitym uśmiechem na ustach.
– Zostaliśmy zaatakowani! To musiała być niemiecka łódź podwodna, wystrzelili do nas dwie torpedy, jedna z nich musiała trafić. Jeśli będziemy mieli szczęście, uda nam się dopłynąć do portu.
– No, to nie było chyba aż takie trudne – rzucił z ironią.
– Kim pan tak właściwie jest?
– Nazywam się Knight. Alan Knight. Jestem... – nie zdążył dokończyć, podwodna eksplozja znacznie silniejsza od poprzedniej, wstrząsnęła statkiem i rzuciła nim o nadbudówkę.

(Po edycji zostawiłem tyle :) )
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Z pewnością przeczytamy i ocenimy twój tekst. Najpierw jednak postaraj się zrobić edycję, ładnie opakować;). Popatrz na inne teksty, zrób wcięcia akapitów za pomocą tagu [p.] (bez kropki). Jednym słowem wstaw ten tag przed każdym zaczynającym się dialogiem i nowym akapitem. Jeszcze jedna prośba, tekstu jest dużo, podziel go proszę na mniejsze fragmenty, ponieważ nikt z nas nie da rady sprawdzić takiego bloku na raz.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#3
Jasne, forum zabiło mi cały format z Worda. To jest część pierwszego rozdziału, całość się nie zmieściła w jednej wiadomości.
Odpowiedz
#4
Dzieło, to brzmi dumnie. Szczególnie pierwsze dzieło. Przeczytałem przed skróceniem, więc komentarz będzie całościowy.

Ciekawy sposób na zaczęcie, zatopienie wielkiego, luksusowego statku, to wejście od razu z grubej rury. Warsztat też niezły, czyta się całkiem przyjemnie.

Zauważyłem, że bardzo często używasz liczb, które nie działają za dobrze na wyobraźnię czytelnika. Zamiast 59 lat lepsza jest twarz poorana zmarszczkami i siwe włosy. Zamiast 38 000 ton lepsze są skrzynie z amunicją, stada zwierząt i stosy broni itd. Dokładne dane są potrzebne Tobie, ale czytelnikowi wystarczy liczba zamieniona na coś namacalnego. I tak by jej przecież nie zapamiętał.

Początek zawsze powinien zaciekawić i tak jest w Twoim dziele. Tajemniczy Alan Knight, który przypomina Jamesa Bonda i jego piękna towarzyszka z niezidentyfikowanym bagażem. Zobaczymy jak to rozkręcisz.

Jeszcze tylko słowo dotyczące fragmentów, które bezpośrednio nie dotyczyły głównych bohaterów. Opisujesz poświęcenie kapitana, choć tak naprawdę dopiero go poznaliśmy. Jego śmierć raczej nie zrobi na nikim wrażenia, nawet jeśli byłaby najbardziej tragiczną śmiercią na świecie. Przydałoby się albo rozbudować wątek dotyczący kapitana, albo go pominąć.

To już wszystko ode mnie.
Odpowiedz
#5
Dzięki wielkie za poświęcenie, a jeśli chodzi o wątek kapitana, to no cóż... Mam pewien plan. ;)
Odpowiedz
#6
(10-06-2015, 20:37)Noveske napisał(a): [quote='Noveske' pid='35458' dateline='1433961466']

Rozdział I

Było wczesne popołudnie,(tu dałabym kropkę) Quinn, jak zwykle dla zabicia czasu, (albo tu wstawiłabym 'wczesnym popołudniem') oddawał się paleniu fajki i pisaniu listów do domu. Thomas(imię podaj wcześniej razem z nazwiskiem, ponieważ można uznać, że chodzi o dwie różne osoby) zdjął czapkę, starł rękawem znoszonej lnianej koszuli pot z czoła i już miał schodzić, gdy w oddali dostrzegł parę podejrzanie zachowujących się narwali.

Na mostku zapanowała cisza,(raczej bez przecinka) tak idealna, jak gdyby sam ocean postanowił zamilknąć w obliczu nadchodzącego niebezpieczeństwa.

Gdy został kapitanem na swoim pierwszym statku, był jeszcze młodym, pełnym wigoru oficerem, teraz miał już 59 lat. (w tekstach literackich liczby piszemy raczej słownie, najlepiej określić jego wiek 'przekraczał pięćdziesiątkę')

*

W całym pomieszczeniu było ciemno. Brudno-bordowe zasłony sprawiały, że do wnętrza saloonu wpadała tylko taka ilość światła, jaka była potrzebna do rozegrania partii pokera, sytuacji nie poprawiała także gęsta mgła (zawiesina?) z papierosowego dymu, która unosiła się w powietrzu i gęstym całunem pokrywała podłogę z tekowego drewna.

Pomieszczenie było urządzone w europejskim stylu; pełne bogato pikowanych i tapicerowanych krzeseł oraz kunsztownie rzeźbionych(przecinek) ciężkich, dębowych stołów.

Na wysokim krześle, przed masywnym tekowym barem(przecinek) siedziała kobieta,(bez przecinka) popijająca herbatę z porcelanowej filiżanki.

– Co podać(?) – spytał stojący za lśniący(m) blatem barman ubrany w liberię z błyszczącymi guzikami z masy perłowej odcinającymi się na satynowej czerni materiału. (moim zdaniem opis jest nadmierny, wystarczyłoby 'ubrany w czarną liberię zdobioną perłowymi guzikami' lub jakoś tak)

– Whisky – Usłyszała spokojny głos za swoimi plecami – z lodem.(znak zapytania – to jest pytanie)

Pierwszy raz w życiu nie wiedziała(przecinek) co ma odpowiedzieć, jego nonszalancja kompletnie zbiła ją z tropu.

Spojrzał na leżący na barze klucz, który musiał należeć do siedzącej obok kobiety, z przyczepioną tabliczką: „E:11”(przebuduj to zdanie, ponieważ brzmi, jakby kobieta miała przyczepioną tabliczkę z numerem, nawet przecinek nie ratuje sytuacji)

– Nie tutaj. Nie na tej szerokości geograficznej – odpowiedział(kropka) – coś (Coś) musiało się stać.

– Zobaczę(przecinek) co dzieje się na pokładzie, a pani niech lepiej uda się do swojej kajuty.

Zawsze gardziła władczymi mężczyznami, uważała ich za pretensjonalnych i żałosnych ludzi, którzy muszą podbudowywać swoją samoocenę(przecinek) dyrygując innymi.

*

Normalnie uszkodzenie takie jak to nie było by(byłoby) groźne dla statku klasy „Lusitanii”, ale teraz było inaczej.

Mimo że torpeda uszkodziła kadłub zaledwie metr poniżej linii wodnej, pompy, których liczba została zmniejszona z sześciu do zaledwie trzech, nie mogły mierzyć się z potęgą oceanu,(bez przecinka) starającego wedrzeć się do wnętrza statku.

Ciężko ranna, ale wciąż niepokonana „(L)lusitania” dalej opierała się falom.

*

Mężczyzna wyszedł z saloonu, który znajdował się w centralnej części statku, wszedł po schodach,(bez przecinka) prowadzących na pokład łodziowy i zaczął zmierzać szybkim krokiem w kierunku rufy, odpychając co jakiś czas zbyt wolnych współpodróżnych, niejednokrotnie torując sobie drogę łokciami. (Zrozumiałe jest to zdanie, ale jego długość stawia czytelnikowi 'stop'. Zakończyłabym na 'w kierunku rufy', a dalej nowe zdanie "Co jakiś czas zmuszony był przepychać się wśród zbyt powolnych...")

Gdy miał już zrezygnować, zauważył białą czapkę oficera,(tu dałabym kropkę) prawie przeskakując nad tłumem dopadł do członka załogi. ('Niemal przeskakując nad tłumem, dopadł do członka załogi'.)

– Czy mógłby mi pan wyjaśnić(przecinek) czym spowodowane jest to zamieszanie?

– Mamy małą awarię, za chwilę wszystko wróci do normy – zapewnił marynarz,(przecinek) ze słabo udawaną pewnością siebie(kropka)(P)proszę udać się do swojej kajuty.

– Pan mnie chyba nie zrozumiał, chcę wiedzieć(przecinek) co się stało ze statkiem.

– Kapitan,(bez przecinka) zabronił cokolwiek mówić…

– Człowieku – mężczyzna zaczął tracić resztki sił(cierpliwości?) – za chwilę kapitan będzie twoim najmniejszym zmartwieniem!

Automatyczny Colt model 1911 wywodzący się z konstrukcji zaprojektowanej (p)Przez Johna Mosesa Browninga w 1900 roku, jedenaście lat później wszedł na wyposażenie armii Stanów Zjednoczonych.

Samopowtarzalny Colt strzelał amunicją kalibru .45 ACP z ciężkim poddźwiękowym pociskiem o wadze 15,2 g.(plus za wiedzę, tyle że tak szczegółowe dane techniczne dla przeciętnego czytelnika nie mają większego znaczenia – wystarczyło podać kaliber i krótki opis, co zrobiłby z ludzkim ciałem na przykład, to bardziej przemawia)

Broń miała dołączany magazynek na siedem pocisków(przecinek) który wprawny strzelec mógł opróżnić w ciągu niecałych trzech sekund.

– Jeżeli mi nie powiesz, to przekonasz się(przecinek) jak brzydki jest świat, gdy nie ma się głowy – rzucił mężczyzna,(bez przecinka) z jadowitym uśmiechem na ustach.

Jestem... – nie zdążył dokończyć, podwodna eksplozja (przecinek przed wtrąceniem) znacznie silniejsza od poprzedniej, wstrząsnęła statkiem i rzuciła nim o nadbudówkę.

Dobrze napisany tekst, bardzo realistyczny. Pomijając parę zbędnych szczegółów technicznych, wszystko jest zrozumiałe nawet dla przeciętnego zjadacza chleba:). W środkowej części zabrakło mi trochę emocji poszczególnych ludzi. Mogłeś spośród podróżnych wybrać ze trzy, cztery różne postacie i pokazać ich indywidualne odczucia albo zachowania. Nie trzeba imion czy nazwisk, raczej rys typu 'starsza elegantka albo chłopiec skulony przy burcie' – wiesz, co mam na myśli. Trochę błędów interpunkcyjnych oraz w zapisie dialogów, ale to wszystko szybko ogarniesz. Ze sporym zainteresowaniem przeczytałam twój tekst i chętnie bym się dowiedziała, co dalej ze statkiem, pasażerami i załogą.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Dzięki za korektę, z pewnością uwzględnię wszelkie uwagi. Ciąg dalszy:

*

Nie był w pełni świadomy dlaczego to robi. Nie wiedział nawet jak ona ma na imię. Knight mógł zostać na pokładzie łodziowym, na którym przygotowywano już szalupy do ewakuacji pasażerów, mógł tam zostać, ale jakaś niewypowiedziana siła kazała mu się upewnić, że poznana niespełna kilka minut wcześniej kobieta jest bezpieczna. Czy była to miłość? Alan Knight był statecznym człowiekiem, zwykł analizować wszystko czym się zajmował – tą myśl z miejsca odrzucił. Nie wierzył, że po utracie narzeczonej w wypadku na bagnach Florydy będzie w stanie się jeszcze kiedyś zakochać, ale ta opryskliwa blondyna, która uznała go za kolejnego niedoszłego amanta sprawiła, że znów zaczął myśleć o swoich uczuciach – i to przerażało go najmocniej.
Alan kierował się w stronę klatki schodowej mieszczącej się w środkowej części statku. Przepychał się wśród tłumu spanikowanych pasażerów, tłoczących się na wąskiej przestrzeni między nadbudówkami statku a relingiem. Knight zrozumiał, że właśnie robi coś kompletnie przeciwnego instynktowi, którym kierował się tłum. Jeden człowiek nie był w stanie przecisnąć się przez rzesze ludzi pragnących tylko ocalić życie, nie bacząc na los innych.
– Jestem na to za stary – powiedział na głos i przesadził białą barierkę, odgradzającą go od otchłani oceanu. Mocno trzymając się stalowej rury balustrady i mając nadzieję, że konstruktor statku uwzględnił takie wypadki, Knight zaczął iść powoli po zewnętrznej stronie pokładu. Był między młotem a kowadłem – z jego lewej strony setki kobiet, mężczyzn i dzieci próbowały ocalić życie, przeciskając się w kierunku szalup wąskim pokładem, a po prawej czekał go upadek z wysokości równej ośmiopiętrowemu budynkowi i pewna śmierć. Wystarczył jeden fałszywy ruch, źle przemyślany krok, a Knight zginąłby w objęciach zimnych wód przybrzeżnych Szkocji.
Mężczyzna pokonał jeszcze pięćdziesiąt metrów balansując za relingiem, aż w końcu zauważył napis „Schody główne”. Wykorzystując wyrwę w żywej ścianie, wywołaną upadkiem jakiejś starszej kobiety, która zatarasowała połowę i tak wąskiego już przejścia; Knight znów przeskoczył przez barierkę, skręcił w lewo i dopadł do klatki schodowej. Od razu wykluczył możliwość użycia windy, które musiały zostać unieruchomione w wyniku drugiej eksplozji. Schody, ku jego zdziwieniu, okazały się puste…

*

Druga eksplozja zastała Julię w jej kajucie. Wybuch nastąpił w momencie, gdy przekraczała próg, gdyby nie to, że zawahała się przed wejściem do wnętrza, najprawdopodobniej zginęłaby; w miejscu, w którym stało jej łóżko, leżało teraz ciężkie dębowe biurko, stos porozrzucanych dokumentów i przyborów kosmetycznych kobiety. Wstrząs był na tyle silny, że poprzestawiał prawie wszystkie meble znajdujące się w luksusowej kajucie „Lusitanii”, ale o dziwo Julia nie odniosła poważniejszych obrażeń.
Będąc na granicy przytomności, Julia zaczęła wstawać z podłogi, podtrzymując się ściany. Jej czarna, jedwabna sukienka, szyta przez najlepszych krawców z Bostonu, była teraz w strzępach. Mimo że była mocno poobijana, postanowiła działać. Szybko rozgarnęła leżące na podłodze rzeczy i złapała czarny skórzany neseser. Julia nie przywykła do biernego oczekiwania na pomoc, uważała że kobiety czekające na „rycerza na białym koniu” są słabe i nigdy niczego nie osiągną.
Wyszła na korytarz i zaklęła szpetnie. Dookoła panował chaos; na całej powierzchni korytarza walały się porozbijane wazony, poprzewracane wózki, których używała obsługa i obrazy pozrzucane ze ścian. Idąc zadymionym korytarzem, usłyszała świdrujący krzyk kobiety dobiegający z jednej z kajut. Pomyślała, że powinna kierować się w górę, tam będzie miała największe szanse na przeżycie. Dziwiło ją, że wszyscy ludzie, których spotkała, uciekali w przeciwnym kierunku, nie rozumiała ich zachowania, ale postanowiła pozostać przy swoim pierwotnym planie. Przez gryzący w płuca i wyciskający łzy z oczu dym zobaczyła zarys klatki schodowej, chciała zacząć biec, ale żelazny uścisk czyjejś ręki na jej ramieniu osadził ją w miejscu.
– Julia Campbell? – zapytał niewyraźnie mężczyzna z blizną na szczęce, tuż poniżej policzka
– Kim pan jest?!
– Nasz wspólny znajomy twierdzi, że ma pani coś, na co mogłoby mu się przydać – mężczyzna uśmiechnął się paskudnie, tak że Julia mogła zobaczyć jego zepsute zęby, których miał w sumie pięć. Kobieta chciała się wyrwać, ale nie miała szans w starciu z napastnikiem, który ważył trzy razy tyle, co ona. Olbrzym złapał Julię za włosy i popchnął na stalową ścianę korytarza. Impet uderzenia wycisnął jej całe powietrze z płuc. Świat wokół niej zaczął wirować i mętnieć, w chwilę później poczuła, że spada w niekończącą się czarną otchłań, aż wreszcie zawisła w nicości i straciła przytomność.

*

Biegiem pokonał dziesięć stopni dzielących go do półpiętra i zrozumiał dlaczego przejście było puste. Masywna stalowa krata oddzielająca schody od korytarza była zamknięta. Szarpnął za jeden z prętów, okratowanie ani drgnęło. Knight spojrzał na dwie olbrzymie kłódki, które ryglowały potężne sworznie z chromowo-molibdenowej stali. Mężczyzna ocenił je na nie do sforsowania, może udałoby mu się przestrzelić jedną, ale w magazynku miał tylko siedem kul i jedną tkwiącą już w komorze nabojowej – na obydwie na pewno nie wystarczy. Musiał znaleźć inną drogę.
Wrócił na górę i przecisnął się do wind. Kilkukrotnie uderzył w przycisk do otwierania przesuwnych drzwi. Tak jak się domyślał, nie nastąpiła żadna reakcja.
Czas działał na jego niekorzyść. Knight wyjął z kabury na pasku składany nóż, z którym nigdy się nie rozstawał, i wsunął ostrze pomiędzy ścianę a drzwi windy. Gdy klinga ze zgrzytem zagłębiła się w szczelinie, obrócił gwałtownie rękojeść, wystarczyło to by był w stanie przecisnąć dłoń przez powstałą szparę. Napiął mięśnie i pokonał opór zakleszczonych drzwi. Popatrzył na zatłuszczone stalowe liny opadające osiem pięter w dół.
Knight wyciągnął z kieszeni lnianą chusteczkę i owinął ją wokół prawej dłoni, po czym złapał się mocno jednej z lin, ścisnął ją pomiędzy nogami i zaczął powoli zjeżdżać w ciemność. Pokonał odległość czterech pięter i mając nadzieję, że wybrał odpowiednie, wziął zamach i przeskoczył na wąski próg, tuż przed drzwiami; znów używając noża jako łomu, odsunął drzwi i wpadł do korytarza.
Zdziwiło go, że nadal paliły się żarówki, które najwidoczniej musiały być zasilane z innej linii, niż system wind. Statek zaczął się przechylać już na tyle mocno, że idąc, Knight musiał trzymać się ścian i mocno pochylać. Pokonał trzydzieści metrów i zobaczył ją. Choć od ich ostatniego spotkania minęło zaledwie kilkanaście minut, wyglądała zupełnie inaczej. Jej włosy, jeszcze przed chwilą modnie ufryzowane, teraz były zmierzwione i zakrywały jej twarz; suknia, która zwykła przyciągać spojrzenia, teraz przypominała szmatę.
Dotknął jej ramienia i delikatnie potrząsnął – Czy pani mnie słyszy?
Julia zamrugała szybko i rozejrzała się dookoła, zobaczyła przed sobą parę tajemniczych oczu, nie była pewna czy to się dzieje naprawdę, czy może tylko śni.
– Czy wszystko w porządku? – usłyszała głos dochodzący jakby z oddali – proszę odpowiedzieć!
– Tak… Ja chyba… – wydusiła z siebie.
– Straciła pani przytomność – dokończył.
– Był tu jakiś człowiek… On… – nagle wszystko do niej dotarło – Boże, tylko nie to! On zabrał moją teczkę!
– Nie sądziłem, że nawet w obliczu katastrofy znajdzie się ktoś kto jest gotowy obrabować, bezbronną kobietę.
– Niczego pan nie rozumie! – warknęła – to co znajdowało się w środku jest niezwykle cenne i musi dotrzeć do Anglii.
– Tak cenne, że warto poświęcić za nie życie?
– Tak cenne, że byłoby warto poświęcić i tysiąc żyć...

*
Odpowiedz
#8
(17-06-2015, 17:47)Noveske napisał(a):
*

Nie był w pełni świadomy(przecinek) dlaczego to robi.

Nie wiedział nawet(przecinek) jak ona ma na imię.

Alan Knight był statecznym człowiekiem, (zbędna spacja) zwykł analizować wszystko(przecinek) czym się zajmował – tą (raczej tę) myśl z miejsca odrzucił.

Nie wierzył, że po utracie narzeczonej w wypadku na bagnach Florydy będzie w stanie się jeszcze kiedyś zakochać(tu jest problem z szykiem – kiedyś jeszcze się zakochać?), ale ta opryskliwa blondyna, która uznała go za kolejnego niedoszłego amanta sprawiła, że znów zaczął myśleć o swoich uczuciach – i to przerażało go najmocniej.

Alan kierował się w stronę klatki schodowej mieszczącej się w środkowej części statku.

Przepychał się wśród tłumu spanikowanych pasażerów, tłoczących się na wąskiej przestrzeni między nadbudówkami statku a relingiem.

– Jestem na to za stary – powiedział na głos i przesadził białą barierkę,(bez przecinka) odgradzającą go od otchłani oceanu.

Mężczyzna pokonał jeszcze pięćdziesiąt metrów(przecinek) balansując za relingiem, aż w końcu zauważył napis „Schody główne”.

Wykorzystując wyrwę w żywej ścianie,(bez przecinka) wywołaną upadkiem jakiejś starszej kobiety, która zatarasowała połowę i tak wąskiego już przejścia;(czemu średnik, lepiej przecinek) Knight znów przeskoczył przez barierkę, skręcił w lewo i dopadł do klatki schodowej.

*

Jej czarna, jedwabna sukienka,(bez przecinka) szyta przez najlepszych krawców z Bostonu,(bez przecinka) była teraz w strzępach.

Przez gryzący w płuca i wyciskający łzy z oczu dym zobaczyła zarys klatki schodowej,(tu dałabym kropkę) chciała zacząć biec, ale żelazny uścisk czyjejś ręki na jej ramieniu osadził ją w miejscu.

– Nasz wspólny znajomy twierdzi, że ma pani coś, na(zbędne) co mogłoby mu się przydać – mężczyzna uśmiechnął się paskudnie, tak że Julia mogła zobaczyć jego zepsute zęby, których miał w sumie pięć.

Kobieta chciała się wyrwać, ale nie miała szans w starciu z napastnikiem, który ważył (ważącym trzy razy...) trzy razy tyle, co ona.

Świat wokół niej zaczął wirować i mętnieć, w(zbędne) chwilę później poczuła, że spada w niekończącą się czarną otchłań, aż wreszcie zawisła w nicości i straciła przytomność.

*

Szarpnął za jeden z prętów, (ale, jednak) okratowanie ani drgnęło.

Gdy klinga ze zgrzytem zagłębiła się w szczelinie, obrócił gwałtownie rękojeść, wystarczyło to(co wystarczyło, by...) by był w stanie przecisnąć dłoń przez powstałą szparę.

Knight wyciągnął z kieszeni lnianą chusteczkę i owinął ją wokół prawej dłoni, po czym złapał się mocno jednej z lin,(zbędna spacja) ścisnął ją pomiędzy nogami i zaczął powoli zjeżdżać w ciemność.

Pokonał odległość czterech pięter i mając nadzieję, że wybrał odpowiednie, wziął zamach i przeskoczył na wąski próg,(bez przecinka) tuż przed drzwiami; znów używając noża jako łomu, odsunął drzwi i wpadł do korytarza.

Zdziwiło go, że nadal paliły się żarówki, które najwidoczniej musiały być zasilane z innej linii,(bez przecinka) niż system wind.

Julia zamrugała szybko i rozejrzała się dookoła, zobaczyła przed sobą parę tajemniczych oczu, nie była pewna(przecinek) czy to się dzieje naprawdę, czy może tylko śni.
Czy(za dużo 'czy' – tu jest zbędne) wszystko w porządku? – (U)usłyszała głos dochodzący jakby z oddali – proszę odpowiedzieć!

– Był tu jakiś człowiek… On… – (N)nagle wszystko do niej dotarło – Boże, tylko nie to! On zabrał moją teczkę!

– Niczego pan nie rozumie! – warknęła(kropka)(T)to co znajdowało się w środku jest niezwykle cenne i musi dotrzeć do Anglii.

*

Bardzo szczegółowe opisy próby przebrnięcia Allana uszkodzonym statkiem, ale napisane na tyle dobrze, że nie nużą. Wątek miłosny bardzo interesujący, tym bardziej, że wybranka tajemnicza, a jej odpowiedź-perełka wbija w fotel i każe czekać na więcej.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości