Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Ziemia Zapomniana
#1
Witajcie!
Swoją przygodę z pisaniem rozpoczęłam jako gimnazjalistka. Przelewanie na papier wymyślonych opowieści szybko stało się moją pasją.
Jakiś czas temu rozpoczęłam pracę nad nieco obszerniejszym tekstem. Planuję zamieścić go tutaj w dwunastu rozdziałach. Na początek krótki prolog.
Mam nadzieję, że Was nie zanudzę i nie przygniotę ilością błędów.:)


Prolog

Pierwsze refleksy świtu rozrywały ciemny woal skrywający Ziemię Zapomnianą, która powoli budziła się z głębokiego snu. W samym jej sercu niebo zasnuły ciężkie chmury, a na wypalony grunt spadały właśnie pierwsze krople deszczu. Wątłe płomyki żerujące na zgliszczach syczały wściekle, bezradne wobec ich rosnącej siły. Gasnąc, pozostawiały po sobie smugi szarego dymu. Pośrodku rozżarzonego pustkowia wznosił się jedyny nienaruszony przez ogień budynek.
Fador ziewnął przeciągle i spojrzał na zaróżowiony skrawek nieba majaczący ponad horyzontem. Przetarł rozespane oczy.
– Cholera... Mamy poślizg – mruknął do ciągnącej wóz klaczy. Trzasnęły lejce i zwierzę przyspieszyło, a wóz raz po raz podskakiwał na nierównym trakcie. Fador zacisnął wargi, czując, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Ostatni wieczór spędził w gospodzie, której właściciel uraczył go butelką trunku o niezwykłej mocy. Na samo wspomnienie specyfiku mężczyzna poczuł przyjemne ciepło rozchodzące się po całym ciele. Zamruczał, uśmiechając się przy tym błogo.
– Dektus, dektus... Zapamiętaj, kochana, bo musimy dorwać tego więcej! – zawołał do klaczy, która w odpowiedzi zastrzygła czarnymi uszami.
Osłaniające trakt drzewa rzedły powoli, a pomiędzy ich pniami majaczyły rozległe pola skąpane w bladym świetle poranka. Minąwszy ostatnie wysokie sosny, wóz skręcił i oczom Fadora ukazały się ciemne chmury kłębiące się ponad terenami, w kierunku których zmierzali.
– Niech to szlag trafi! – warknął na widok granatowej kopuły nieba. – Nie mamy szczęścia do pogody.
Godzinę później poczuł na twarzy pierwsze krople zimnego deszczu. Szczelniej otulił się płaszczem i zarzucił na głowę kaptur. Następnie, klnąc pod nosem, zmusił konia do przyspieszenia kroku. Klacz parsknęła z niezadowoleniem.
– Wybacz, moja droga. Im szybciej wydostaniemy się spod tych chmur, tym mniej zmokniemy – mruknął Fador, spoglądając na skrawki błękitu jaśniejące na odległym krańcu nieba.
Deszcz zacinał coraz mocniej, tworząc na gościńcu głębokie kałuże. Wóz z trudem brnął przez rozmokłą ziemię, powoli pnąc się na szczyt łagodnego wzniesienia. Koła zapadały się w błocie, a klacz stąpała niemrawo, spuściwszy czarny łeb. Gdy wóz wtoczył się pod górę, Fador dostrzegł w oddali ciemny zarys budynku, ledwie widoczny przez kurtynę deszczu.
– Kochana! Zbliżamy się do osady. Może przeczekamy tam deszcz? – krzyknął do przemokniętej klaczy.
Im bliżej wioski się znajdowali, tym bardziej Fador wychylał się i mrużył powieki, próbując dostrzec inne zabudowania. Zdawało się jednak, że ma przed sobą samotne gospodarstwo.
– Kto u licha nie boi się mieszkać sam obok tego przeklętego traktu? – mruknął, ponownie popędzając konia.
Gdy znaleźli się zaledwie kilkadziesiąt stóp od budynku, Fador wydał z siebie głośne westchnienie.
– Na bogów… – szepnął, spoglądając na poczerniałe zgliszcza zalewane strugami deszczu. W końcu wóz wjechał w obręb wypalonego pierścienia otaczającego ocalały jakimś cudem dom. Fador ściągnął lejce i zeskoczył na pokrytą popiołem ziemię. Rozejrzał się, przerażony ogromem zniszczeń. Gdy jego wzrok zatrzymał się na stojącym pośrodku spalonej wioski budynku, ruszył w jego stronę niepewnym, nieco chwiejnym krokiem. Raz po raz spoglądał pod nogi, starając się nie potknąć o wystające z ziemi resztki drewnianych ścian i jednocześnie nie przyglądać się zwęglonym zwłokom porozrzucanym po całej wiosce. Wyglądało na to, że ogień rozprzestrzenił się bardzo szybko, nie dając mieszkańcom szans na ucieczkę. Gdy Fador znajdował się nieopodal ocalałego budynku, przez szum spadających kropli przedarł się jakiś nowy dźwięk, przypominający zawodzenie rannego zwierzęcia. Mężczyzna przyspieszył kroku. Przeskoczył nad zwęglonymi balami i rzucił się biegiem w kierunku, z którego dochodził głos. Szybko zrozumiał, że należy on do ludzkiej istoty. Drzwi stojącego pośrodku pogorzeliska domu były szeroko otwarte, a z jego wnętrza dobiegał stłumiony dziecięcy płacz. Fador bez namysłu wpadł do ciemnej izby, rozglądając się w poszukiwaniu źródła hałasu. Pomieszczenie zdawało się być puste. Po chwili w najciemniejszym kącie mężczyzna dostrzegł niewielką klapę w podłodze. Ruszył w jej kierunku i złapał za uchwyt, nie bez trudu unosząc zbity z grubych desek właz. Płacz wypełnił teraz izbę z całą mocą. Z wnętrza piwnicy buchnął smród stęchlizny. Fador zajrzał do skrytego w mroku podziemia, próbując dojrzeć ukryte tam dziecko. Chwycił szczebel drabiny i ostrożnie zszedł na dół, żałując, że nie ma przy sobie choćby kaganka. Płacz rozdzierał zgniłe powietrze. Mężczyzna poczuł pod stopami twarde podłoże i po omacku odnalazł zawiniątko leżące w czymś, co wydało mu się otwartą skrzynią. Gdy wziął dziecko w ramiona, ucichło na chwilę, wpijając małe rączki w jego płaszcz. Fador powrócił na powierzchnię, tuląc je do siebie. Opuścił izbę i niemal biegnąc, ruszył w kierunku wozu, chcąc jak najszybciej uciec z cmentarza zwęglonych trupów. Gdy zbliżył się do klaczy, ta parsknęła głośno, potrząsając ciemną grzywą.
– Spokojnie… – szepnął Fador, wyciągając do niej wolną rękę. Zwierzę cofnęło się gwałtownie. – Nie wygłupiaj się. To tylko dzieciak. Przecież go tutaj nie zostawię.
Odwrócił się, by raz jeszcze zerknąć na skąpane w deszczu pogorzelisko. Westchnął cicho i oderwał dziecko od swojego ramienia, by spojrzeć na maleńką twarzyczkę. Ze świstem wypuścił powietrze. Wpatrujące się w niego oczy nie mogły należeć do człowieka. Żółte ślepia z rozciągniętą w kreskę źrenicą łypały groźnie z plątaniny szmat, w które zawinięta była istota. Fador przez dłuższą chwilę stał oniemiały, po czym położył zawiniątko na wozie i zaczął nerwowo ściągać kolejne warstwy materiału okrywające, jak sądził, gadzią łuskę lub coś równie okropnego. Odetchnął z ulgą, bo jedynym, co ujrzał, była różowa skóra rozciągnięta na nieco zabiedzonym dziecięcym ciałku. Ponownie zawinął je w szmaty i delikatnie ułożył na płachcie wyściełającej wnętrze skrytego pod płóciennym dachem wozu.
Podszedł do klaczy i położył dłoń na jej pysku. W oczach zwierzęcia dostrzegł strach.
– Też mi się to nie podoba. Obiecuję, że zostawimy ją pod pierwszymi lepszymi drzwiami.
Klacz parsknęła cicho.
Fador zasiadł na swoim miejscu i ujął w dłonie mokre od deszczu lejce. Wóz brnął przez błotnisty gościniec, powoli oddalając się od wypalonego przez ogień pierścienia.
Dziewczynka o wężowych oczach zapadała właśnie w głęboki sen.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(20-05-2015, 00:16)Mara napisał(a):
Prolog

Pierwsze refleksy świtu rozrywały ciemny woal, (zbędny przecinek) skrywający Ziemię Zapomnianą, która powoli budziła się z głębokiego snu. W samym jej sercu niebo zasnuły ciężkie chmury, a na spaloną ziemię spadały właśnie pierwsze krople deszczu. Wątłe płomyki żerujące na zgliszczach, (zbędny przecinek)syczały wściekle, bezradne wobec ich rosnącej siły.

Fador ziewnął przeciągle i spojrzał na zaróżowiony skrawek nieba, (zbędny przecinek)majaczący ponad horyzontem.

(akapit)– Cholera... Mamy poślizg.(zbędna kropka) – mruknął do ciągnącej wóz klaczy.

Na samo wspomnienie specyfiku,(zbędny przecinek) mężczyzna poczuł przyjemne ciepło rozchodzące się po całym ciele.

(akapit)
Osłaniające trakt drzewa rzedły powoli, a pomiędzy ich pniami majaczyły rozległe pola,(zbędny przecinek) skąpane w bladym świetle poranka.

(akapit)– Niech to szlag trafi! – warknął na widok granatowej kopuły nieba (kropka)– Nie mamy szczęścia do pogody.

(akapit)– Wybacz, moja droga. Im szybciej wydostaniemy się spod tych chmur, tym mniej zmokniemy.(zbędna kropka) – mruknął Fador, spoglądając na skrawki błękitu, (zbędny przecinek)jaśniejące na odległym krańcu nieba.

(akapit)Im bliżej wioski się znajdowali, tym bardziej Fador wychylał się i mrużył powieki, próbując dostrzec inne zabudowania.

(akapit)
– Na bogów… – szepnął, spoglądając na poczerniałe zgliszcza, (zbędny przecinek)zalewane strugami deszczu. W końcu wóz wjechał w obręb wypalonego pierścienia, (zbędny przecinek)otaczającego ocalały jakimś cudem dom.

Fador ściągnął lejce i zeskoczył na pokrytą popiołem ziemię. Rozejrzał się, przerażony ogromem zniszczeń. Gdy jego wzrok zatrzymał się na stojącym pośrodku spalonej wioski budynku, ruszył w jego stronę, czując zarówno niepokój, jak i rosnącą ciekawość. Raz po raz spoglądał pod nogi, starając się nie potknąć o wystające z ziemi resztki drewnianych ścian i jednocześnie nie przyglądać się zwęglonym zwłokom, (zbędny przecinek)porozrzucanym po całej wiosce.

Gdy Fador znajdował się nieopodal ocalałego budynku, przez szum spadających kropli przedarł się jakiś nowy dźwięk, przypominający zawodzenie rannego zwierzęcia. Mężczyzna przyspieszył kroku. Przeskoczył nad zwęglonymi balami i rzucił się biegiem w kierunku, z którego dochodził głos. Szybko zrozumiał, że nie należy on do zwierzęcia.

Po chwili, (zbędny przecinek)w najciemniejszym kącie mężczyzna dostrzegł niewielką klapę umiejscowioną (zbędne) w podłodze.

– Spokojnie… – szepnął Fador, wyciągając do niej wolną rękę. Zwierzę cofnęło się gwałtownie(kropka) – Nie wygłupiaj się. To tylko dzieciak. Przecież go tutaj nie zostawię.

Fador przez dłuższą chwilę stał oniemiały, po czym położył zawiniątko na wozie i zaczął nerwowo ściągać kolejne warstwy materiału, (zbędny przecinek) okrywające, jak sądził, gadzią łuskę,(zbędny przecinek) lub coś równie okropnego. Odetchnął z ulgą, bo jedynym, co ujrzał, była różowa skóra, (zbędny przecinek)rozciągnięta na nieco zabiedzonym dziecięcym ciałku. Ponownie zawinął je w szmaty i delikatnie ułożył na płachcie,(zbędny przecinek) wyściełającej wnętrze skrytego pod płóciennym dachem wozu.

(akapit)Podszedł do klaczy i położył dłoń na jej pysku.

(akapit)Klacz parsknęła cicho.

(akapit)Fador zasiadł na swoim miejscu i ujął w dłonie mokre od deszczu lejce.

Całkiem ciekawy fragment, jak dla mnie dobry na prolog, choć w sumie niewiele się dzieje.
Zacznę od uwagi technicznej: akapity dodaje się także na początku dialogów, nie we wszystkich miejscach tekstu to zaznaczyłam, więc dodaj resztę sama.

Czytając, odniosłam wrażenie, jakby cała akcja działa się gdzieś daleko, nie dotyczyła mnie, nie wczułam się w nią. Zawsze mam takie wrażenie, kiedy albo nie ma opisów, albo są, ale niezbyt oddające klimat. Tutaj niby jest mrocznie, spalona wioska i tak dalej, ale czytając, jakoś tego nie odczułam. Tak samo bohater – wiem o nim na razie tylko, że nazywa się Fador, nie ma choćby zarysu jego wyglądu, a co więcej brakuje mi w tym jego emocji, a trochę nieprzyjemnych rzeczy sobie pooglądał.
Mam nadzieję, że to tylko przelotne wrażenie i dalsze fragmenty pozytywnie mnie zaskoczą. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
Dziękuję za komentarz i zawarte w nim uwagi. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tak szastam przecinkami na prawo i lewo. Dobrze, że ktoś mi to uświadomił. :) Postaram się jeszcze dzisiaj nanieść poprawki.
Co do Fadora, to nie zaznajamiałam czytelnika z jego osobą, ponieważ już więcej go nie spotkamy. Celowo unikałam opisywania jego przeżyć (choć teraz widzę, że w jednym fragmencie się zagalopowałam, co również poprawię) chciałam sprawić wrażenie, że obserwujemy go z boku. Był, brzydko mówiąc, jedynie narzędziem służącym do ocalenia dziewczynki. Ale może wyszło to na minus, następnym razem postaram się lepiej przemyśleć pewne kwestie. :)
Raz jeszcze dziękuję za czas spędzony nad tekstem.
Odpowiedz
#4
Rozdział I

Tego ranka morze przyniosło ze sobą mgłę tak gęstą, że w Szarym Brzegu ledwie widać było kontury poszczególnych budynków. Ich fundamenty okrywała biała pierzyna, a szczyty ginęły w strzępach delikatnych obłoków. Poranny oddech bryzy pachniał rześko i przyjemnie.
Nawet on jednak nie mógł uchronić miasta przed jego własnym smrodem. Resztki rybich flaków walające się po ulicach zakłócały wonną harmonię, wydzielając fetor padliny ściągający na główny plac okoliczne koty. Zwierzęta wydzierały sobie łakome kąski, nie powstrzymując się od używania pazurów. Silniejsze kocury zawsze brały największe ochłapy. Te słabe zmuszone były czekać na swoją kolej, która mogła w ogóle nie nadejść.
Podobne zasady panowały wśród ludzkich mieszkańców miasteczka. Ekor, właściciel najbardziej zyskownego w okolicy, jeśli nie na całej Północy interesu, posiadał bogactwa, o jakich inni nawet nie śmieli marzyć. Od lat jedynym zajęciem mężczyzny było doglądanie, jak przebiega proces wydobywania pereł i upewnianie się, że ani jeden z cennych skarbów nie wylądował w kieszeni niewłaściwej osoby. Jego pracownice natomiast od świtu do zmierzchu stały przy długich stołach, otwierając kolejne małże jedynie dla miski cienkiej zupy rybnej i schronienia w rozpadającej się komórce. Kilkanaście kobiet zmuszonych przez los do podjęcia pracy u Ekora spało właśnie w trzęsącej się przy każdym silniejszym podmuchu klitce, nie śniąc już nawet o lepszej przyszłości. Mogły pracować lub żebrać na ulicy. Żadna nie miała wątpliwości, co do słuszności swojego wyboru.
Najbardziej wychudzona i najmłodsza spośród nich siedziała w kącie z szeroko otwartymi oczyma. Mawralyna nie obserwowała pozostałych. To byłoby zbyt ryzykowne. Wpatrywała się w skryte pod fartuchem kolana, myślami wracając do dni spędzonych w Sierocińcu Pani Alandy. Nie były to przyjemne wspomnienia, ale innych zwyczajnie nie posiadała. Oczyma wyobraźni widziała wypełnioną dziećmi izbę. Płacz i krzyki rozbrzmiewały w sierocińcu o każdej porze. Pani Alanda nie była wyrozumiałą opiekunką i najmniejsze nawet nieposłuszeństwo surowo karała. Dziewczyna swoje blizny skrywała pod warstwami łachmanów otulających szczelnie niemal każdy skrawek ciała. Nazywana przez rówieśników wiedźmą, spędzała czas w pobliskim zagajniku, ukryta w cieniu rozłożystego dębu.
W Szarym Brzegu nie było drzew. Jedynie ostre skały pokrywające zalewane falami wybrzeże. Poza murami rozciągał się świat zgoła inny. Gęste lasy otaczały okolicę, wznosząc się zieloną ścianą ponad rozległymi wrzosowiskami. Mawralyna mijała je, gdy przed dwoma laty przybyła do miasta. Później nie było już czasu na podziwianie natury. Należało zadbać o podstawowe sprawy, jak posiłek i nocleg w suchym miejscu. Jako sierota nie miała widoków na nic poza najprostszymi i najgorzej opłacanymi robótkami, trafiającymi się w zależności od sezonu i dobrej woli mieszkańców. A należało pamiętać o wybieraniu prac, które nie wymagały rzucania się w oczy. Wygląd zawsze był przekleństwem Mawralyny. Z nieznanych przyczyn przewrotna matka natura obdarzyła dziewczynę wężowymi ślepiami, które, zauważone, stawały się zawsze powodem jej prześladowania.
Usłyszawszy szmer, wycofała się natychmiast ze świata wspomnień, by obserwować otoczenie spod obszernego kaptura. Strzępy mgły wdzierały się do pomieszczenia przez szpary w tworzących ściany deskach, wypełniając wnętrze zimną wilgocią. Uważne oczy Mawralyny wychwyciły cień, który na ułamek sekundy przesłonił blade światło sączące się z zewnątrz. Po chwili usłyszała zgrzyt zasuwy. Część kobiet zaczęła wiercić się nerwowo, obudzona dobrze znanym dźwiękiem zwiastującym początek kolejnego pracowitego dnia. Drzwi otworzyły się, wpuszczając do środka jeszcze więcej białych oparów. Wyrastała z nich potężna postać czerniejąca na tle bladego poranka.
– Do roboty! – mruknął chrapliwie nadzorca.
Kobiety podnosiły się z wyłożonego słomą klepiska, przecierając zaspane oczy. Miny miały wyjątkowo ponure, a wszechobecna mgła tylko pogarszała i tak już przygnębiającą atmosferę miasteczka. Mawralyna wstała i natychmiast wmieszała się w środek kolumny zmierzającej do wyjścia. Ze spuszczoną głową skrytą pod kapturem wkroczyła na wąską uliczkę cuchnącą zgniłymi rybami. Przez kolejne kilka minut brnęła przez białe opary, ani na chwilę nie podnosząc wzroku. Słyszała strzępy rozmów, gdy przechodnie mijali kolumnę. Zwykle nie zwracała na nie uwagi, ale dziś jedno zdanie szczególnie przykuło jej uwagę.
– Szukają wiedźm i innych dziwadeł… Powinni tu być jeszcze dzisiaj.
Dziewczyna wzdrygnęła się i poprawiła kaptur. Plotki o łowcach czarownic przeszukujących okoliczne miasteczka krążyły po Szarym Brzegu już od dłuższego czasu. Mawralyna nigdy nie parała się magią, ale czuła uzasadniony niepokój na myśl o spotkaniu z ludźmi, którzy odmienność karzą spaleniem na stosie.
Po kilku minutach powolnego marszu kobiety dotarły na miejsce. Przed nimi wznosił się zasnuty woalem mgły budynek, z którego otwartych drzwi buchał ciężki odór szlamu i wodorostów. Jedna za drugą wchodziły do ciemnego pomieszczenia wypełnionego stosami małży. Dwóch innych nadzorców kręciło się już po izbie, zerkając z ukosa na każdą z pracownic. Mawralyna podeszła do stołu umiejscowionego najdalej od wejścia i bez słowa zabrała się do pracy.
Gdy ostatnia z kobiet przekroczyła próg, nadzorca, który prowadził je przez miasteczko, zamknął drzwi od środka, przesuwając potężną zasuwę. W pomieszczeniu zapanował półmrok rozświetlony jedynie bladym światłem wpadającym przez małe zakratowane okienka na tyłach izby. Mężczyźni odpalili pochodnie i złotawy blask zalał piętrzące się na wysokość stołów kopce mięczaków.
Mawralyna wzięła do ręki najbliższego małża, który na pierwszy rzut oka niczym nie różnił się od grudki błota. Najpierw należało oczyścić muszlę z zaschniętego mułu i wodorostów. Dziewczyna chwyciła niewielki nożyk i szybkim ruchem zeskrobała szlam z jednej i drugiej strony, odsłaniając srebrzysto-zielonkawą skorupę. Światło bijące od pochodni rozlewało się na połyskującej powierzchni, sprawiając, że już sama muszla wydawała się być cennym skarbem. Mawralyna przez chwilę obracała mięczaka w dłoniach, obserwując grę światła. Następnie użyła noża po raz drugi. Wbiła ostrze w wąską szparę pomiędzy owalnymi skorupami i z niewielkim wysiłkiem oderwała je od siebie. Skrzywiła się, słysząc nieprzyjemny chrzęst. Odłożyła nożyk i obiema dłońmi rozwarła srebrne pokrywy. Wewnątrz połyskiwało odrażająco blade ciało mięczaka. Dziewczyna obejrzała je dokładnie, poszukując wzrokiem perły. Na próżno. Wrzuciła małża do wielkiej misy stojącej za jej plecami. Mięso jeszcze dziś trafi do miejscowej gospody, a muszle pojadą aż do stolicy, gdzie przerobione zostaną na macicę perłową. Ekor nie pozwalał, by cokolwiek się marnowało, nie dostarczywszy mu wcześniej brzęczących monet.
Mawralyna otwierała kolejne małże, rozczarowując się jeszcze wiele razy. Dopiero z nadejściem południa udało jej się natrafić na odpowiednią muszlę. Z wnętrza skorupy wylały się resztki mętnej wody, ukazując miękką białą wyściółkę, na której spoczywał morski klejnot. Mlecznobiała perła odbijała pomarańczowe refleksy płomieni. Mawralyna przez chwilę wpatrywała się w nią urzeczona surowym pięknem. Z zadumy wyrwał ją głośny łomot. Ktoś dobijał się do drzwi. Nadzorcy spojrzeli po sobie ze zdumieniem, po czym jeden z nich ruszył w kierunku wyjścia, marszcząc krzaczaste brwi.
– Czego? – ryknął, odsunąwszy zasuwę. Nagle skurczył się, jego twarz wykrzywił sztuczny, przymilny uśmiech. – Ekor… Dziś osobiście będzie pan nadzorował pracę?
Drzwi rozwarły się szeroko i wtoczył się przez nie właściciel interesu. Jedwabna koszula ledwie zasłaniała ogromny brzuch widoczny spod barwnego płaszcza, który zwykł nosić. Jego krok był zarazem chwiejny z powodu tuszy i sprężysty z racji ciągłego samozadowolenia. Ekor niewątpliwie należał do bandy tłustych kotów, pazurami wydzierających innym to, co najlepsze.
Za nim do pomieszczenia wkroczyło trzech mężczyzn w ciemnych szatach, uważnie przyglądając się pracownicom. Łowcy. A więc zaczęło się…
– Jak tam, moje panie? – zawołał Ekor, rozglądając się dookoła przebiegłym wzrokiem.
Kobiety zerkały na niego niepewnie, nie odrywając rąk od pracy.
– Mamy dzisiaj gości! – Wskazał na wyraźnie znudzonych przybyszów. – Obieracie te muszle z gówna, a panowie chcieli was pooglądać. Może uprawiacie tu magię za moimi plecami?
Podszedł chwiejnym krokiem do stojącej przy najbliższym stole młodej dziewczyny i oparł dłonie o kant drewnianego blatu.
– Pewnie chcesz być pierwsza? – wymamrotał.
Najwyższy z mężczyzn wystąpił do przodu.
– Poradzimy sobie. Nie sądzę, by konieczny był pana udział – wtrącił nieprzyjemnym, chłodnym tonem.
Dziewczyna oblała się rumieńcem i wbiła wzrok w podłogę. Ekor zignorował gościa.
– To jak będzie? – naciskał, owijając sobie wokół palca kosmyk jej kasztanowych włosów i pociągając delikatnie.
Dziewczyna przytaknęła, po czym cofnęła się wyraźnie spanikowana. Nie na tym jednak polegała zabawa. Ekor, jak przystało na grubego kocura, lubił zabawiać się z ptaszkiem, nawet gdy połamał mu już skrzydła.
Pozostałe pracownice patrzyły po sobie zmieszane. Żadna jednak nie odważyła się odezwać. Nadzorcy wyglądali na rozbawionych sytuacją. Przyglądali się dziewczynie z paskudnymi uśmiechami na ustach. Przybysze natomiast zerkali po sobie wyraźnie zniesmaczeni.
– Chcę usłyszeć twoją odpowiedź! – warknął mężczyzna, mocniej ciągnąc kosmyk. Jego właścicielka spoglądała na towarzyszki, szukając pomocy.
Mawralyna poczuła na sobie jej wzrok. Mocno ścisnęła w dłoni twardą jak kamień, wilgotną perłę. Zawahała się przez chwilę, zagryzając wargi tak mocno, że poczuła w ustach słodki posmak krwi. Rozluźniła dłoń i zerknąwszy przelotnie na skupionych na widowisku nadzorców, wypuściła mlecznobiałą kulę, która upadła na podłogę, odbijając się kilkukrotnie. Cichy stukot zmącił zastygłe w nerwowej ciszy powietrze. Uwaga wszystkich obecnych skupiona została na turlającej się w kierunku drzwi perle. Ekor puścił włosy dziewczyny, która natychmiast odsunęła się od blatu i przywarła do ściany, oddychając głośno. Widok skarbu całkowicie pochłonął uwagę mężczyzny. Przykucnął i podniósł go, po czym umieścił bezpiecznie w kieszeni swojej koszuli. Łowcy tymczasem spojrzeli po sobie i nie czekając dłużej na zgodę Ekora, podeszli do stojącej najbliżej kobiety. Jeden z nich położył dłonie na jej skroniach, pozostali obserwowali w skupieniu jej przerażoną twarz.
– Która to upuściła? – Zapytał cicho Ekor.
Odpowiedziało mu milczenie.
– Tak sobie ze mną pogrywacie? – Niezdarnie poprawił spodnie ciasno opasające jego brzuch. – Świetnie. Będziecie pracować za darmo, dopóki się tego nie dowiem.
– To ona! – Krzyknęła natychmiast stojąca obok Mawralyny kobieta.
Ekor wyprostował się i zaczął iść w jej kierunku, zaciskając zęby w grymasie wściekłości.
– Czy wiesz, ile to jest warte? – Spytał, poklepując kieszeń, w której spoczywała perła. – Więcej, niż twoje zasrane życie!
– Proszę o wybaczenie. – Głos Mawralyny był chrapliwy i niewyraźny. Od wielu tygodni nie odzywała się do nikogo. Był to prosty sposób, by uniknąć kłopotliwych pytań. Ekor stał już jednak przed nią, widziała jego tłusty brzuch wbijający się w blat stołu.
– To się nie powtórzy. – Zacisnęła dłoń na rękojeści noża.
– Kim ty w ogóle jesteś? I po co ci ten cholerny kaptur, masz coś do ukrycia? – Jednym ruchem zsunął go z jej głowy. Srebrne pasma omiotły wychudzoną twarz.
– Spójrz na mnie! – wrzasnął.
Mawralyna wiedziała, że to już koniec. Czas zwolnił, jej ręka zdawała się działać niezależnie od woli.
Uniosła pordzewiały nóż, pokryty resztkami morskiej wody i cięła Ekora od ramienia aż po brzuch. Na drodze ostrza natychmiast wezbrał czerwony strumień. Mężczyzna wpatrywał się w nią z wyrazem skrajnego niedowierzania. Jej uszy wypełnił pisk stojących najbliżej kobiet. Nie czekając, aż ktokolwiek z obecnych otrząśnie się z szoku przeskoczyła ponad stołem, niemal potykając się o własny fartuch. Najszybciej jak potrafiła pobiegła w kierunku wciąż otwartych drzwi. Nadzorcy rzucili się w jej kierunku, jednak tylko jeden z nich znajdował się na tyle blisko, że zdołał chwycić jej rękaw, gdy przekraczała już próg. Uniosła głowę i po raz pierwszy od wielu lat spojrzała komuś w twarz. Mężczyzna wrzasnął i puścił ją, odsuwając się z przerażeniem i odrazą. Mawralyna puściła się biegiem w kierunku krańca miasta. Mgła otuliła ją szczelnym płaszczem, ukrywając przed wzrokiem przechodniów. Nadzorca tymczasem musiał otrząsnąć się z szoku, bo wraz z łowcami biegł za nią, krzycząc „wiedźma!”, „łapać ją!”. Dziewczyna gnała przez mgliste ulice, potrącając idących nimi ludzi. Miała nadzieję, że zmierza we właściwym kierunku i wkrótce znajdzie się poza miastem.
Minęła południową bramę ścigana już tylko odległymi okrzykami. Jej ślad zagubiono we mgle, a niczego niepodejrzewający strażnicy dostrzegli jedynie lekkie zawirowanie w białych oparach, gdy przebiegała obok nich. Zanim zorientowali się, że pozwolili przekroczyć bramę uciekinierce, Mawralyna była już na trakcie prowadzącym przez otaczające południową część miasta wrzosowiska.
Wciąż biegnąc, nasłuchiwała odgłosów pogoni. Mgła rzedła tutaj nieco, ale wciąż skutecznie przesłaniała ponury krajobraz i stanowiła solidną osłonę przed niechcianym wzrokiem. Dziewczyna zwolniła, czując silne kłucie w boku. Oparła dłonie na kolanach i dysząc ciężko, odpoczywała chwilę w tej pozycji. Zdawała sobie jednak sprawę, że musi jak najszybciej opuścić trakt i znaleźć bezpieczne schronienie. Ruszyła więc pospiesznym krokiem w kierunku majaczących pośród mgły wrzosowisk. Nim jednak jej stopy spoczęły na miękkiej trawie, usłyszała tętent końskich kopyt dochodzący od strony miasta. Ostatnim wysiłkiem rzuciła się naprzód, mknąc przez białe opary i raz po raz potykając się na nierównym gruncie. Miała nadzieję schronić się w lesie, którego ciemna ściana wyrastała niedaleko przed nią. Przy którymś potknięciu zupełnie straciła równowagę i upadła na usłaną kępami wrzosów ziemię. Nie miała już siły, by się podnieść. Głód i zmęczenie brały górę nad jej ciałem. Przywarła do podłoża, bezradnie wpijając palce w wilgotny piach. Leżąc tak, słyszała toczącą się na trakcie rozmowę. Natychmiast rozpoznała zimny głos jednego z łowców.
– Rozdzielimy się i przeszukamy wrzosowiska. Nie uciekła daleko.
Mawralyna z trudem uniosła głowę. Wzięła głęboki wdech i ostrożnie poczołgała się w kierunku wysokich drzew. Po dłuższej chwili minęła pierwsze z grubych, porośniętych mchem pni. Nie będąc w stanie uczynić nic więcej, wpełzła pomiędzy gęste krzewy. Świadomość uleciała z jej zmęczonego ciała.

Przenikliwy skowyt przeszył wilgotne powietrze. Białe strzępy mgły unosiły się ponad omszałymi kamieniami, przypominając ponure zjawy. Gdy Mawralyna ocknęła się, świat skrywał już czarny woal bezgwiezdnej nocy. Dziewczyna zadrżała. Wszechobecna wilgoć wsiąknęła w jej ubranie, pozbawiając jedynej osłony przed przenikliwym chłodem. Uniosła się ostrożnie, otulając drżące ramiona. Starała się powstrzymać ogarniającą jej ciało niemoc. Przy każdym oddechu z ust dziewczyny wydobywała się jasna mgiełka ginąca po chwili w nocnym powietrzu. Narzuciła na głowę kaptur, po czym wstała, kuląc się, by zachować choć odrobinę ciepła.
Skowyt rozbrzmiał ponownie. Tym razem dobiegał z mniejszej odległości. Odpowiedziało mu kilka innych wilczych głosów. Mawralyna przywarła do najbliższego pnia, rozglądając się nerwowo. Ku swemu przerażeniu dostrzegła w oddali poruszający się kształt czerniejący na tle smużek mgły. Pobiegła w przeciwnym kierunku, starając się unikać zdradliwych gałązek, których trzask mógłby przyciągnąć drapieżniki. Zatrzymała się kawałek dalej zdjęta przeszywającym bólem. Z trudem łapała powietrze, czując, jak z każdym oddechem w jej płuca wbijają się szpikulce zimna. Gdy tak stała, oparta o porośnięty mchem pień, usłyszała ciche powarkiwanie dobiegające zza pleców. Odwróciła się gwałtownie i ujrzała zmierzające w jej stronę wilcze stado. Zwierzęta kroczyły powoli, starając się okrążyć zdobycz i zamknąć ją w morderczym pierścieniu. Mawralyna wydała z siebie stłumiony krzyk i ponownie ruszyła naprzód, w kierunku majaczącej we mgle gęstwiny. Wilki przyspieszyły, próbując zagrodzić jej drogę. Dziewczyna walczyła z bólem i zmęczeniem. Jedna z bestii rzuciła się ku niej, ale w tym momencie Mawralyna skoczyła pomiędzy gęste krzewy, znikając jej z oczu. Przedzierała się teraz pomiędzy chlaszczącymi twarz gałązkami, nie zwalniając kroku. Roślinność po bokach była tak gęsta, że wilki nie miały możliwości przedrzeć się do swojej ofiary, podążały więc za nią wąską ścieżką prowadzącą przez zielony tunel. Mawralyna powoli zaczynała zdawać sobie sprawę, że jej los jest przesądzony. Za chwilę opadnie z sił i bestie czeka upragniona uczta. Oczy dziewczyny zachodziły mgłą, nie widziała już nawet, dokąd zmierza, a groźne warczenie zdawało się rozbrzmiewać tuż za nią. Po chwili nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Stały się miękkie i bezwładne. Runęła do przodu.
Zamiast jednak upaść na wilgotną ziemię, z impetem uderzyła o coś twardego przed sobą. Rozległ się huk, a dookoła zapanowała zupełna ciemność. Wilki przestraszone niespodziewanym hałasem przystanęły na chwilę. Mawralyna odnalazła w sobie resztkę sił i poczołgała się do przodu. Jej dłonie nie natrafiły jednak na wilgotną ziemię, ale przywarły do drewnianych desek. Dziewczyna poczuła przypływ nadziei. Wykorzystując chwilową niepewność drapieżników, odnalazła w ciemności otwarte przed chwilą drzwi i zatrzasnęła je, odgradzając się od czyhającej na zewnątrz śmierci. Wilki zawyły żałośnie, zdając sobie sprawę z porażki. Mawralyna tymczasem przywarła do podłogi, zalewając się łzami ulgi.
Gdy emocje nieco opadły, zaczęła zaznajamiać się z otoczeniem. Wychwyciła unoszący się w powietrzu zapach suszonego mięsa i ziół. Żołądek zaczął głośno domagać się posiłku i dziewczyna spróbowała przeniknąć wzrokiem ciemność. Do środka nie wpadał nawet najsłabszy blask, toteż podniosła się i po omacku zaczęła szukać pożywienia. Jej nozdrza pracowały intensywnie, wychwytując zmiany w natężeniu zapachu. Wyciągnęła ręce, sięgnęła niemal pod sufit i siłując się przez chwilę z żelaznym wieszakiem, zdjęła kawał suszonego mięsa. Pochłonęła go, skulona w kącie. Smakowało wyśmienicie zwłaszcza, że jedynym, co ostatnimi czasy jadła była zupa rybna uwarzona z pozostawionych przez rybaków resztek. Dopiero po napełnieniu żołądka Mawralyna zaczęła zastanawiać się, co mogło się stać z mieszkańcami tego dziwacznego, ukrytego przed wścibskim wzrokiem domostwa. Nim jednak zdołała odpowiedzieć sobie na pytanie, czy bezpiecznie jest tu pozostać, zasnęła spokojnym, pozbawionym koszmarów snem.
Odpowiedz
#5
(22-05-2015, 01:10)Mara napisał(a):
Rozdział I

Tego ranka morze przyniosło ze sobą mgłę tak gęstą, że w Szarym Brzegu ledwie widać było kontury poszczególnych budynków. Ich fundamenty okrywała biała pierzyna, a szczyty ginęły w strzępach delikatnych obłoków. Poranny oddech morskiej(Jako że bryza z definicji jest nadmorskim wiatrem, usunęłabym ten przymiotnik) bryzy pachniał rześko i przyjemnie.

Ekor, właściciel najbardziej zyskownego w okolicy, jeśli nie na całej Północy,(zbędny przecinek) interesu (przecinek)posiadał bogactwa, o jakich inni nawet nie śmieli marzyć. Od lat jedynym jego zajęciem było doglądanie, jak przebiega proces wydobywania pereł i upewnianie się, że ani jeden z cennych skarbów nie wylądował w kieszeni niewłaściwej osoby. Jego pracownice natomiast od świtu do zmierzchu stały przy długich stołach, otwierając kolejne małże, (zbędny przecinek)jedynie dla miski cienkiej zupy rybnej i schronienia w rozpadającej się komórce.

Mogły pracować, (zbędny przecinek)lub żebrać na ulicy. Żadna nie miała wątpliwości,(zbędny przecinek) co do słuszności swojego wyboru.

Wpatrywała się w skryte pod fartuchem kolana, myślami wracając do dni spędzonych w sierocińcu Pani(pani – o ile jest to określenie na kobietę, a nie rodzaj przezwiska osoby) Alandy.

Jako sierota, (zbędny przecinek)nie miała widoków na nic, (zbędny przecinek)poza najprostszymi i najgorzej opłacanymi robótkami, które trafiały się w zależności od sezonu i dobrej woli mieszkańców. A należało pamiętać o wybieraniu prac, które nie wymagały rzucania się w oczy.

Usłyszawszy szmer(przecinek) wycofała się natychmiast ze świata wspomnień, by obserwować otoczenie spod obszernego kaptura.

Wyrastała z nich potężna postać,(zbędny przecinek) czerniejąca na tle bladego poranka.

(akapit)Kobiety podnosiły się z wyłożonego słomą klepiska, przecierając zaspane oczy.

Ze spuszczoną głową skrytą pod kapturem, (zbędny przecinek)wkroczyła na wąską uliczkę cuchnącą zgniłymi rybami.

(akapit)
Dziewczyna wzdrygnęła się i poprawiła kaptur. Plotki o łowcach czarownic,(zbędny przecinek) przeszukujących okoliczne miasteczka krążyły po Szarym Brzegu już od dłuższego czasu. Mawralyna nigdy nie parała się magią, ale czuła uzasadniony niepokój na myśl o spotkaniu z ludźmi, którzy odmienność każą(karzą – od "karać", nie "kazać") spaleniem na stosie.

Gdy ostatnia z kobiet przekroczyła próg(przecinek) nadzorca, który prowadził je przez miasteczko (przecinek)zamknął drzwi od środka, przesuwając potężną zasuwę. W pomieszczeniu zapanował półmrok,(zbędny przecinek) rozświetlony jedynie bladym światłem wpadającym przez małe zakratowane okienka na tyłach izby.

– Czego? – ryknął, odsunąwszy zasuwę. Nagle skurczył się, a na(zbędne) jego twarz wykrzywił sztuczny, przymilny uśmiech.

(akapit)Drzwi rozwarły się szeroko i wtoczył się przez nie właściciel interesu. Jedwabna koszula ledwie zasłaniała ogromny brzuch widoczny spod barwnego płaszcza, który zwykł nosić. Jego krok był zarazem chwiejny z powodu tuszy i sprężysty,(zbędny przecinek) z racji ciągłego samozadowolenia.

– Jak tam(przecinek) moje panie? – zawołał Ekor, rozglądając się dookoła przebiegłym wzrokiem.
(akapit)Kobiety zerkały na niego niepewnie, nie odrywając rąk od pracy.

– Mamy dzisiaj gości! – w(W)skazał na wyraźnie znudzonych przybyszów.

Podszedł chwiejnym krokiem do stojącej przy najbliższym stole młodej dziewczyny (za dużo spacji) i oparł dłonie o kant drewnianego blatu.

(akapit)Najwyższy z mężczyzn wystąpił do przodu.

– Poradzimy sobie. Nie sądzę, by konieczny był pana udział.(zbędna kropka) – wtrącił nieprzyjemnym, chłodnym tonem.

(akapit)Dziewczyna przytaknęła, po czym cofnęła się wyraźnie spanikowana. Nie na tym jednak polegała zabawa. Ekor, jak przystało na grubego kocura(przecinek) lubił zabawiać się z ptaszkiem, nawet gdy połamał mu już skrzydła.

– Chcę usłyszeć twoją odpowiedź! – warknął mężczyzna (przecinek)mocniej ciągnąc kosmyk.

(akapit)Mawralyna poczuła na sobie jej wzrok.

Rozluźniła dłoń i zerknąwszy przelotnie na skupionych na widowisku nadzorcach(nadzorców)(przecinek) wypuściła mlecznobiałą kulę, która upadła na podłogę, odbijając się kilkukrotnie

Łowcy tymczasem spojrzeli po sobie i nie czekając dłużej na zgodę Ekora(przecinek) podeszli do stojącej najbliżej kobiety. Jeden z nich położył dłonie na jej skroniach, pozostali obserwowali w skupieniu jej przerażoną twarz.

– Tak sobie ze mną pogrywacie? – n(N)iezdarnie poprawił spodnie, (zbędny przecinek)ciasno opasające jego brzuch.

– Czy wiesz(przecinek) ile to jest warte? – spytał, poklepując kieszeń, w której spoczywała perła. –

– Proszę o wybaczenie. – g(G)łos Mawralyny był chrapliwy i niewyraźny.

– To się nie powtórzy. – z(Z)acisnęła dłoń na rękojeści noża.
– Kim ty w ogóle jesteś? I po co ci ten cholerny kaptur, masz coś do ukrycia? – j(J)ednym ruchem zsunął go z jej głowy.

Uniosła pordzewiały nóż, pokryty resztkami morskiej wody i cięła Ekora od ramienia,(zbędny przecinek) aż po brzuch.

(od nowej linijki) Minęła południową bramę, (zbędny przecinek)ścigana już tylko odległymi okrzykami.

(od nowej linijki) Wciąż biegnąc, nasłuchiwała odgłosów pogoni.

Oparła dłonie na kolanach i dysząc ciężko (przecinek)odpoczywała chwilę w tej pozycji.

Przywarła do podłoża (przecinek)bezradnie wpijając palce w wilgotny piach.

Starała się powstrzymać ogarniającą jej ciało niemoc. Przy każdym oddechu z jej ust wydobywała się jasna mgiełka ginąca po chwili w nocnym powietrzu. Narzuciła na głowę kaptur, po czym wstała(przecinek) kuląc się, by zachować choć odrobinę ciepła.

Ku swemu przerażeniu dostrzegła w oddali poruszający się kształt czerniejący na tle białych smużek mgły. (Wydaje mi się, że już byt wiele razy podkreśliłaś kolor tej mgły, trochę się to robi nudne)

Z trudem łapała powietrze, czując (przecinek)jak z każdym oddechem w jej płuca wbijają się szpikulce zimna.

Jedna z bestii rzuciła się ku niej, ale w tym momencie Mawralyna skoczyła pomiędzy gęste krzewy, znikając jej z oczu. Przedzierała się teraz pomiędzy chlaszczącymi jej twarz gałązkami, nie zwalniając kroku. Roślinność po bokach była tak gęsta, że wilki nie miały możliwości przedrzeć się do swojej ofiary, podążały więc za nią wąską ścieżką,(zbędny przecinek) prowadzącą przez zielony tunel. Mawralyna powoli zaczynała zdawać sobie sprawę, że jej los jest przesądzony. Za chwilę opadnie z sił i bestie czeka upragniona uczta. Jej oczy zachodziły mgłą, nie widziała już nawet (przecinek)dokąd zmierza, a groźne warczenie zdawało się rozbrzmiewać tuż za nią. Po chwili nogi zaczęły odmawiać jej posłuszeństwa.

(akapit)Zamiast jednak upaść na wilgotną ziemię, z impetem uderzyła o coś twardego przed sobą.

Gdy jej emocje nieco opadły, zaczęła zaznajamiać się z otoczeniem. Jej nozdrza wychwyciły zapach suszonego mięsa i ziół. Żołądek zaczął głośno domagać się posiłku i dziewczyna spróbowała przeniknąć wzrokiem otaczającą ciemność. Do środka nie wpadał nawet najsłabszy blask, toteż podniosła się i po omacku zaczęła szukać pożywienia. Jej nozdrza pracowały intensywnie, wychwytując zmiany w natężeniu zapachu, który tak bardzo przyciągał.

Smakowało wyśmienicie, zwłaszcza, (zbędny przecinek)że jedynym (przecinek)co ostatnimi czasy jadła była zupa rybna uważona(uwarzona) z pozostawionych przez rybaków resztek.

Całkiem niezły fragment, ciekawa jestem, jak dalej potoczy się fabuła. Niemniej mam kilka uwag, przez które tekst wydał mi się tylko niezły, a nie bardzo dobry.

Czytając, miałam wrażenie, że zbyt często używasz imienia bohaterki, rzadko zastępując je jakimś innym określeniem, na przykład "kobieta", "dziewczyna". Z tego powodu powtarza się u ciebie "jej", co nie brzmi zbyt dobrze.

Lubię opisy, ale żeby odnosiły one zamierzony efekt, powinno się równoważyć je dialogami i przeplatać dynamicznymi scenami. Jako że w tym fragmencie niezbyt jest miejsce na więcej dialogów (chyba że dodać by więcej kwestii Ekora lub któregoś z łowców czarownic), bardzo brakuje mi w nim odczucia dynamizmu. Pojawiło się wiele scen zasługujących na opis, który wbiłby czytającego w fotel lub chociaż kazał mu zastanowić się, co stanie się z główną bohaterką. Odniosłam wrażenie, że każdy opis jest tutaj tak bardzo dopracowany, że aż do przesady – przez to nie odczułam w nich tempa akcji, poczucia zagrożenia i oddechu pogoni na karku. Po prostu przeczytałam "wymuskaną" relację z pościgu i ucieczki, nie odczuwając jej dogłębnie.

Bohaterka jedyna spośród wielu, samotna, skazana na banicję – na razie mam przeczucie, że gdzieś to już widziałam, ale liczę, że tekst jeszcze mnie zaskoczy. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#6
Orty... Ze wstydu zapadłam się pod ziemię!
Po raz kolejny dziękuję za cenne uwagi. Tekst już poprawiony. :)
Rozdział drugi już niemal ukończony. Pojawi się w ciągu kilku dni.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Akcja przyjemnie szybka, jest tajemnicza bohaterka (lubię to!), w dodatku mocno wyobcowana (lubię to x2!), a teraz jeszcze przy okazji motyw pościgu.

Z błędów, chyba widziałem jedno czy dwa powtórzenia.

Dzieło wskakuje do mojego worka subskrypcji :)
"Jesteś tak chuda, że gdyby nastała zombie apokalipsa, zamiast Cię pożreć wykorzystaliby Cię od razu jako wykałaczki..."
Odpowiedz
#8
Cytat: Zanim zorientowali się, że pozwolili przekroczyć bramę uciekinierce, Mawralyna była już na trakcie prowadzącym przez otaczające południową część miasta wrzosowiska. Wciąż biegnąc, nasłuchiwała odgłosów pogoni.
Kurde tutaj tego nie widać, ale w pierwszym rozdziale pomiędzy tymi zdaniami jest spora luka.

Mawralyna, trochę mi to imię nie podrasowało i nawet w głowie łamałem sobie nad nim język, więc czytając skróciłem je sobie do Maw i teks od razu wydal mi się przyjemniejszy.

Jak na mój gust to im więcej tekstów na forum tym lepiej, przynajmniej mam co czytać. :D

Zanim napiszę coś więcej poczekam tak ze dwa fragmenty, ale nawet jeśli pod tekstem nie pojawia się morze komentarzy, to możesz być pewna, że ludzie czytają i w swoim czasie dodadzą uwagi.
[Obrazek: 12.jpg]
Odpowiedz
#9
Dziękuję za uwagi i opinie.
Ponieważ rozdział drugi będzie dłuższy, niż poprzedni, postanowiłam podzielić go na dwie części.

Rozdział II
Część I

– Co do cholery?
Mawralyna ocknęła się gwałtownie. Pomieszczenie wypełniało szarawe światło przesłonięte padającym na nią cieniem. Ostrożnie uniosła głowę, nie podnosząc jednak wzroku na przybysza. Spod kaptura widziała jego długie buty. Na wytartej skórze widniały ciemne plamy.
Zasnęłam! Niech mnie szlag, zasnęłam!
– Możesz mi wyjaśnić, co tu robisz, ptaszku?
Jeden z butów znalazł się tuż obok niej. Zerknęła nieco wyżej, uważając, by jej oczy pozostały w cieniu. W tym momencie drzwi zatrzeszczały głośno poruszone powiewem wiatru. Zrobiło się ciemniej, jednak nie na tyle, by dziewczyna nie dostrzegła wycelowanej w nią strzały. Utkwiła spojrzenie w żelaznym grocie.
– Ja… – wymamrotała słabym głosem.
– Tak, ty. Wlazłaś do mojego domu, choć nie przypominam sobie, bym cię zapraszał. – W głosie mężczyzny irytacja mieszała się ze zmęczeniem.
– Wybacz. Już sobie idę.
– Nie tak prędko – warknął.
Mawralyna z ulgą dostrzegła, jak opuszcza łuk. Odwrócił się i zrobił kilka kroków w kierunku stojącego naprzeciw dziewczyny łóżka. Wykorzystała ten moment, by przyjrzeć się gospodarzowi. Sięgający kolan płaszcz kołysał się przy każdym ruchu. Przybysz szedł nieco ociężale, wyraźnie zmęczony podróżą, z której powrócił. W maleńkiej izbie robił wrażenie olbrzyma, ale dotyczyło to jedynie wzrostu. Jego ramiona nie należały do przesadnie szerokich, a cała sylwetka wydawała się dość szczupła.
Łuk i kołczan, do którego powróciła trzymana przez mężczyznę strzała, wylądowały pod przeciwległą ścianą. On sam usiadł na brzegu łóżka. Znużone westchnienie stłumione zostało przez głośny jęk, jaki wydał mebel pod jego ciężarem.
– Kiedyś się pode mną rozpadnie – mruknął, przeczesując dłonią ciemne, niechlujnie przycięte włosy. Odwrócił się do niej. Dziewczyna szybko wbiła wzrok w podłogę.
– Mam tu krzesło. Jesteś gościem, nawet jeśli przyszłaś do domu pod nieobecność gospodarza i zeżarłaś jego zapasy – mówiąc to, zerknął na pusty haczyk pod sufitem.
Mawralyna nie ruszyła się z miejsca.
– No dalej. Chyba wypada wytłumaczyć, po coś tu przylazła. – Szorstka nuta ponownie rozbrzmiała w jego głosie.
– Wybacz mi. Odejdę i więcej mnie nie zobaczysz.
– Siadaj. Chcę tylko porozmawiać.
Powoli uniosła się z ziemi. Zamiast jednak zająć wskazane przez mężczyznę miejsce, rzuciła się biegiem w kierunku uchylonych drzwi.
Długie palce oplotły jej nadgarstek. Mimo zmęczenia gospodarz miał świetny refleks.
– Puść! – zaskomlała.
Uścisk osłabł nieco, ale nie wyglądało na to, by mężczyzna miał spełnić jej życzenie.
– Usiądź. Proszę. – Łagodny głos podziałał na dziewczynę uspokajająco.
Poddała się i oklapła na krzesło. Gospodarz zajął chybotliwy taboret po drugiej stronie stołu.
– Na imię mi Gerad. Chciałbym wiedzieć, kim jesteś i jak się tu znalazłaś.
– Zabłądziłam.
– Oczywiście. W jakim celu wałęsałaś się po lesie?
– Zbierałam chrust.
Taboret zaskrzypiał, gdy Gerad przeciągał się na nim nonszalancko.
– No jasne. A teraz szczerze, kim jesteś i co tu robisz? Może jesteś wyjętą spod prawa uciekinierką, co? – rzucił z lekkim rozbawieniem.
Zacisnęła palce na blacie stołu, co nie umknęło uwadze mężczyzny.
– O cholera – szepnął. – Napytałaś sobie biedy, prawda?
Nieznacznie skinęła głową.
– Ktoś, kto mieszka na takim odludziu też chyba nie jest świętoszkiem.
Gerad odchrząknął. Kątem oka zobaczyła, że pochylił się w jej stronę.
– Jak ci na imię? – spytał, ignorując tę uwagę.
– Mawralyna.
– Niech cię cholera! Maw brzmi znacznie lepiej.
Wzruszyła ramionami.
– Dowiedziałeś się, czego chciałeś. Przepraszam za tę niezapowiedzianą wizytę.
Krzesło zaszurało głośno, gdy odsuwała je od stołu.
Gerad nawet nie drgnął. Czuła na sobie jego świdrujący wzrok.
– Dlaczego nosisz kaptur? Nawet tu, w izbie. Skoro i tak wiem już, że jesteś szumowiną, równie dobrze mógłbym zawlec cię do miasta i oddać straży bez względu na to, co tam ukrywasz.
– Do widzenia. – Dziewczyna wstała i ruszyła w stronę drzwi.
Usłyszała, jak Gerad się podnosi.
– Żegnaj, ptaszku. I powodzenia przy spotkaniu z tymi ponurymi gośćmi, którzy kręcą się po lesie. Nieprzyjemne typy.
Mawralyna zatrzymała się w progu.
– O czym ty mówisz?
– Może nieczęsto bywam w mieście, ale o polowaniu na czarownice słyszałem już wiele razy. – Coś brzęknęło cicho. – Może napijesz się mięty?
– Ja… – zaczęła niepewnie.
– Świetnie. Siadaj i zaczekaj tu na mnie. Przyniosę trochę wody. – Minął dziewczynę i skręcił w wąską dróżkę na prawo od drzwi. Blaszane wiadro zadudniło, gdy przypadkiem uderzył nim o ścianę.
Mawralyna przez chwilę stała w osłupieniu, wpatrując się w zielony tunel przed sobą. Roślinność gęsto porastała wydeptaną naprzeciw drzwi ścieżkę. Dom Gerada był doskonale ukryty przed wścibskim wzrokiem. Gdyby nie przypadek, dziewczyna nigdy by go nie odnalazła.
Kim ty do diabła jesteś? Pomyślała, zerkając w stronę dróżki, którą wybrał Gerad. Jego sylwetka zniknęła już pośród krzewów.
Dziewczyna ruszyła przed siebie. W tunelu panował półmrok zabarwiony różnymi odcieniami zieleni. Na drodze prowadzącej do jego zwieńczenia dostrzegła ślady wilczych łap. Wspomnienie nocnej pogoni sprawiło, że serce zadudniło ciężko w jej piersi.
Wyjście z tunelu zamaskowane było przez krzewy leszczyny. Orzechy dojrzewały na ich gałęziach, przypominając maleńkie, jasnozielone korony wyróżniające się na tle ciemniejszych, sercowatych liści. Rozchyliła cienkie gałązki, wypatrując łowców. Las pogrążony był w cichej nostalgii sierpniowego poranka. Nic nie poruszało się pomiędzy drzewami. Mawralyna przez dłuższą chwilę obserwowała otoczenie, coraz bardziej wychylając się z kryjówki. W końcu doszła do wniosku, że Gerad mógł sobie z niej zakpić. Nie miała zwyczaju ufać nikomu poza sobą, więc dlaczego miałaby postąpić inaczej wobec obcego mężczyzny?
Gdy przestąpiła ponad plątaniną gałęzi, jej uszu dobiegł szelest gdzieś z prawej strony. Zamarła w bezruchu. Nim jednak zdołała zobaczyć, czy usłyszeć coś więcej, ktoś chwycił ją w pasie i wciągnął do tunelu. Chciała krzyknąć, ale dłoń o długich palcach zakrywała jej usta. Wydała z siebie jedynie stłumiony jęk.
– Cicho! – szepnął Gerad wprost do jej ucha.
Zaczęła się wyrywać, próbując kopnąć mężczyznę.
– Uspokój się i patrz – mruknął.
Spojrzała na krzewy i ku swemu przerażeniu dostrzegła postać przemykającą tuż za liściastą zasłoną. Wstrzymała oddech, bo człowiek zbliżał się do ich kryjówki wyraźnie zaintrygowany. Serce Mawralyny zadudniło głośno, gdy odziany w ciemne szaty mężczyzna zaczął rozchylać wciąż jeszcze rozedrgane gałęzie leszczyny.
Trafię na stos! Jeśli mnie dorwie, spłonę żywcem!
Próbowała zrobić krok w tył, ale Gerad chwycił ją mocniej. Do oczu dziewczyny napłynęły łzy bezsilności. Twarz łowcy znajdowała się tuż przy zielonej ścianie. Jeszcze chwila i będzie po wszystkim.
Głośne warknięcie rozdarło panującą wokół ciszę. Mężczyzna odskoczył gwałtownie. Przez chwilę wpatrywał się z lękiem w liście leszczyny, po czym szybko oddalił się od tunelu, raz po raz rozglądając niespokojnie. Gdy jego sylwetka rozmyła się na tle lasu, Gerad zwolnił uścisk.
– Zawsze działa – mruknął i nie patrząc na Mawralynę, ruszył w stronę domu.
Przez dłuższą chwilę patrzyła na oddalającą się postać Gerada. Jej puls powoli wracał do normy, a strach nie był już tak obezwładniający. Gdy uspokoiła się zupełnie, zrozumiała, że nie ma wyboru. Nie miała ochoty wracać do chaty. Chciała być wolna i ruszyć swoją drogą. Teraz jednak byłoby to zbyt niebezpieczne.
Raz jeszcze zerknęła w stronę leszczyny i z ciężkim westchnieniem powlekła się za znikającym w drzwiach budynku mężczyzną.
Kiedy przekroczyła próg, izbę wypełniał już ciepły blask płomieni tańczących na umieszczonych w kominku szczapach drewna. Pomieszczenie nie posiadało okien, toteż, gdy Mawralyna zamknęła za sobą drzwi, pomarańczowa łuna rozlała się po ścianach i tych kilku meblach, które posiadał Gerad.
W chwili, kiedy dziewczyna weszła do środka, przelewał właśnie wodę do blaszanego kociołka. Odwrócił się, by na nią spojrzeć.
– O, myślałem, że postanowiłaś zaprzyjaźnić się z tym uroczym człowiekiem – mruknął z lekkim rozbawieniem.
Mawralyna zacisnęła dłonie w pięści, co nie umknęło uwadze gospodarza.
– Daj spokój, ptaszku. Jeszcze kilka dni i przywykniesz do mojej zgryźliwości.
– Wyruszę, kiedy tylko przestaną się tu kręcić.
– Jak sobie życzysz. – Powiesił kociołek nad ogniem i ponownie zasiadł na taborecie. Wskazał jej krzesło. – Może teraz będziesz bardziej skora do rozmowy?
Bez słowa zasiadła naprzeciw niego, wbijając wzrok w pokryty sękami blat.
– Dlaczego cię szukają? Zamieniłaś kogoś w ropuchę?
– Nie – mruknęła ledwie dosłyszalnie. Zaczęła zdawać sobie sprawę, że nie uniknie ujawnienia prawdy.
– Więc o co chodzi?
Mawralyna westchnęła. Powoli, drżącymi dłońmi zsunęła z głowy kaptur. Podniosła wzrok na Gerada, który mierzył ją spojrzeniem szarych, zmęczonych oczu. Starał się zachować obojętność, ale dostrzegła cień, który przebiegł po jego twarzy.
– To wiele wyjaśnia – mruknął. – A teraz wybacz, ale muszę oprawić jelenia, którego upolowałem tej nocy. Porozmawiamy później.
Wyszedł, nie patrząc na nią.
Dziewczyna poczuła, jak zimny dreszcz przebiega po jej plecach.
Doniesie o mnie.
Odczekała chwilę, po czym powoli uchylając drzwi, wyjrzała z chaty. Z lewej strony, tam gdzie prowadziła wąska dróżka, dobiegały odgłosy krzątaniny.
Mawralyna ostrożnie wychynęła zza rogu budynku i ku swojej uldze dostrzegła Gerada przykucniętego nad pokaźnej wielkości zwierzęcym truchłem. Nie mogła zaprzeczyć, że widok gadzich oczu wstrząsnął mężczyzną, ale nie wyglądało na to, by zamierzał ją wydać. Przynajmniej nie w tej chwili.
Muszę go mieć na oku, pomyślała i wróciła do izby, zostawiając drzwi lekko uchylone i co jakiś czas nasłuchując, czy Gerad nadal kręci się wokół domu. Nieobecność gospodarza postanowiła wykorzystać na dowiedzenie się czegoś na jego temat.
Rozejrzała się po pomieszczeniu. W ciemnym kącie, najdalej od wejścia, znajdowało się proste łóżko wyłożone przykrytą kocami słomą. Mawralyna dotknęła spoczywającej na nich puchowej kołdry, zastanawiając się, skąd taki odludek jak Gerad miał złoto na jej zakup. Następnie przykucnęła i zajrzała pod spód. Ciemność nie pozwoliła jej niczego dostrzec, więc zaczęła badać podłogę dłonią. Wzdrygnęła się z obrzydzeniem, gdy dziwny, miękki w dotyku przedmiot okazał się martwą myszą.
Obok łóżka znajdował się mały stolik oraz krzesło i taboret, na których wcześniej siedzieli. Dziewczyna dopiero teraz wypatrzyła pod stołem kosz pełen soczystych jabłek. Chwyciła jedno z nich i wgryzła się w słodki miąższ. Nie przerywając jedzenia, podeszła do kominka, na którego szczycie stały zakurzone słoje wypełnione wonnymi ziołami. Gdy się obróciła, zobaczyła niewielką szafkę zawieszoną na ścianie. Jedne z jej poplamionych ciemną substancją drzwiczek były niedomknięte. Mawralyna zawahała się, nerwowo spoglądając w stronę szpary, przez którą wpadało światło dnia. Gerad postukiwał czymś na zewnątrz. Odłożyła jabłko i ostrożnie zbliżyła się do mebla, czując rosnące podniecenie. Gdy otwierała szafkę, drzwiczki zaskrzypiały cicho. Dziewczyna skrzywiła się, słysząc ten dźwięk. Zrobiła krok do tyłu, by sączący się z dworu blask oświetlił skryte w mroku wnętrze. W środku znalazła kilka noży różnej wielkości, żółty kieł będący zapewne pamiątką po spotkaniu z jakąś bestią i parę solidnych, skórzanych rękawic. Westchnęła rozczarowana i już miała zamknąć szafkę, gdy coś błysnęło spod ciemnej skóry. Odsunęła rękawice i ujęła w dłoń gruby łańcuszek zwieńczony symbolem skrzydła bardzo przypominającego nietoperze. Przez chwilę obracała w dłoniach dziwny wisiorek, zielonkawy od pokrywającej go śniedzi. Gdy zastanawiała się nad znaczeniem znaleziska, usłyszała dobiegające zza drzwi kroki. Szybko odłożyła przedmiot na miejsce, przykrywając go rękawicą. Jak umiała najciszej, zatrzasnęła szafkę i odsunęła się w stronę stołu.
Gerad wpadł do izby wyraźnie podenerwowany. Rzucił Mawralynie krótkie spojrzenie, po czym, ku jej przerażeniu, otworzył zamknięte przez nią drzwiczki. Przez chwilę grzebał w środku, a kiedy znalazł to, czego szukał, odwrócił się w stronę dziewczyny. W pokrytej krwawymi plamami ręce trzymał ogromny nóż.
Mawralyna zacisnęła dłonie na poręczy krzesła, jej nogi stały się dziwnie miękkie.
– Gerad! – krzyknęła, wpatrując się w niego z niedowierzaniem.
– Coś tak zbladła? – spytał, marszcząc krzaczaste brwi. – Mam tam kawał cielska do pokrojenia – stwierdziwszy to, ponownie zajrzał do wnętrza mebla.
Chwycił rękawice, a następnie szybkim ruchem wepchnął coś do kieszeni płaszcza.
Gdy wychodził, dziewczyna dostrzegła wystający z niej zaśniedziały łańcuszek.
Odpowiedz
#10
(22-05-2015, 01:10)Mara napisał(a):
Rozdział I

Gdy ostatnia z kobiet przekroczyła próg(przecinek) nadzorca, który prowadził je przez miasteczko, zamknął drzwi od środka, przesuwając potężną zasuwę.

Oba fragmenty są bardzo dobrze napisane. Przeczytałam je migiem, nie zatrzymując się w żadnym momencie. Bohaterowie charakterystyczni, szczególnie Mawralyna (chyba dobrze napisałam imię) z tymi wężowymi oczami, co z pewnością oznacza jej niezwykłych rodziców, a przynajmniej ojca. Taki diabelski pomiot, którego należy dopaść i spalić, tak po prostu za inność. Niezłe opisy terenu, ucieczki przed łowcami czarownic, a później przed watahą wilków. Bardzo wiarygodne. Z pewnością będę śledzić twój tekst.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości