Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Księga Połączenia
#1
Witam.
Wstawiam, ponieważ ciekawy jestem co robię źle. Jeżeli ktoś przeczyta to proszę o krytykę mojego jeszcze nie skończonego opowiadania :)
–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-
Valthljolf szedł pokrytą miękkim puchem śniegu ścieżką w kierunku Lodowego Ogrodu. Gruby, fioletowo-ciemnozielony płaszcz przypięty srebrnymi spinkami łopotał równo z porywistym wiatrem, który swą gwałtownością przypominał kolejne razy wymierzane krnąbrnemu dziecku. Podłużna blizna przecinająca twarz od oka do ust delikatnie szczypała. Wiązane twardymi rzemieniami skórzane buty z każdym krokiem rozkopywały spiętrzone wały śniegu sięgającego kolan. Trzech mężczyzn podążało krok w krok za swym panem. Ubrani byli w grube kurty podszyte wilczym futrem, na tyłach których wyszyto znaki symbolizujące wojsko. Długie miecze umocowane były do zwykłych skórzanych pasów. Każdy niósł drewnianą tarczę. U strażników na lewej stronie klatki piersiowej widniała spinka przedstawiająca kamienny dziryt w trójkątnej obwódce, w około której wiły się, przypominające kształtem węże, stwory. Padający deszcz z wolna przeradzał się w grad, którego każda lodowa kula była wielkości całkiem sporego ziarnka grochu. Lodowy deszcz bębnił w słomiane dachy niskich budynków znajdujących się prawie trzysta stóp poniżej krawędzi przepaści. Po chwili zaczął sypać śnieg. Ponad trzymetrowe, zrobione z najtwardszego szkła figury, przedstawiające dawnych królów w czasie Wielkich Łowów, znikały w tumanach przysypującego je jasnego puchu. Valthljolf przechodził właśnie przez drewniany mostek wiszący nad zamarzniętą rzeką, która spływała ku dołowi gór, gdy Bjorn – jedyny syn władcy – pomachał do niego. Na twarzy Valthjolfa pojawił się szeroki uśmiech, a wokół bystrych oczu wystąpiły głębokie zmarszczki. Bjorn stał na drewnianym tarasie wystającym ponad trzydzieści stóp za krawędź przepaści. Cała konstrukcja wbrew temu, co można było pomyśleć, była niezwykle solidna. Każdy gruby bal drewna podpierał swoich towarzyszy. Wszystkie łączyły się splatającymi się korzeniami. Z roku na rok konstrukcja była coraz trwalsza – korzenie wciąż rosły. Valthjolf skręcił w kierunku Lodowego tarasu. Często, gdy przebywał w ogrodzie, zastanawiał się nad jego nazwą – razem ze zmarłą żoną stwierdził, iż jest ona kompletnie bez sensu. Trzech żołnierzy wciąż podążało za swoim panem, co chwila podejmując coraz to bardziej wymuszoną rozmowę. Bjorn wyszedł ojcu na spotkanie z szeroko rozpostartymi ramionami. Spotkali się w mocnym uścisku. Ucałowali się w policzki – dwukrotnie, zgodnie z tradycją – i znowu objęli.
– Synu, wejdźmy do środka. Ta śnieżyca przyprawia mnie o dreszcze – powiedział i skinął na strażników którzy obejrzeli cały taras, popatrzyli w dół urwiska i po przyjrzeniu się całemu otoczeniu dwóch ustawiła się przed wejściem, trzeci natomiast został w środku, wciąż wyglądając przez balkon.
Strażnik podszedł do ogromnego kamiennego pieca i wrzucił kolejne kawały węgla drzewnego. Następnie zamknął drewniane okiennice i otworzył małą klapkę w dachu, ponieważ wiekowy komin był zatkany.
– Jakie wieści? Co szykuje Voridar? – zapytał Bjorna, drapiąc się po głowie.
– Nie rozmawiałem z nim osobiście, zostałem dopuszczony jedynie do posłańca – odparł wzburzony Bjorn, na którego twarzy malował się głęboki gniew.
– Ośmieszyli nas. Chcieli nam ukazać, że mają nad nami władzę! – krzyknął również zdenerwowany Jolf.
– Ojcze, to co usłyszałem…
– Już wiem – mówił uspokojony Jolf. – Atak na Caelin.
– Przedstawiciel Voridaru proponował sojusz. Może…
– Nigdy! – krzyknął rozwścieczony. – My jeszcze mamy honor! A Rohdar powstanie razem z innymi przeciwko Voridarowi!
– Eskirze, idź do Trójki. – Jolf zwrócił się do siedzącego przy wielkim piecu strażnika. – Mają stawić się w południe.
– Gdzie mają pójść, wasza miłość? – zapytał zbity z tropu strażnik.
– Będą wiedzieli.

Eskir wstał ciężko z wielkiej, kamiennej ławy, czemu wtórowało strzyknięcie w kolanie. Bjorn uniósł brwi pytająco.
– Miesiąc po waszym wyjeździe, książę. W pojedynku sztylet przebił kość, ale jak dopadłem skurwysyna…
– Dość, Eskirze. Idź i wykonaj moje polecenie – surowo przerwał mu Valthjolf.
– Przepraszam, wasza miłość.
Strażnik szybko ruszył do drzwi. Gdy z trudem popchnął drzwi do przodu, do środka wdarł się lodowaty podmuch wiatru, niosący topniejące na rozgrzanej skórze płatki śniegu. Elir zamknął za sobą drzwi i ruszył.
– Bjornie? – pytającym tonem Jolf wymówił imię syna.
– Jest jeszcze jedna sprawa, o której wolałem napomknąć w rozmowie w cztery oczy.
– Słucham – powiedział król, uśmiechając się.
On wie – pomyślał Bjorn.
– Domyśliłeś się… – odparł nieco zarumieniony.
– Tak, w końcu jestem twoim ojcem. I królem – Jolf, mówiąc to, śmiał się i klepał syna po plecach. – Nie mogę pomóc ci w tej sprawie, synu. To twoje serce musi zadecydować. – Król stuknął się dwukrotnie bokiem pięści w klatkę piersiową. – Ale mogę udzielić ci pewnej rady. Zaczekaj trzydzieści dni. Przez ten czas spotykaj się z innymi, kto wie, może spotkasz bliską twemu sercu?
– Dziękuję, tak zrobię.
– Tak właśnie postąpiłem z twoją matką. – grymas jego twarzy gwałtownie zmienił się. Po chwili do oczu Jolfa napłynęły łzy. Głęboko zaciągnął się zadymionym powietrzem. Oczy pozostały jedynie zaczerwienione.
Bjorn cudem tego nie zauważył – pomyślał król.
Matka. Czy ona jest powodem jego zatroskania? – myśl szybko napłynęła do zmęczonego umysłu Bjorna.
Książę podszedł do okna i otworzył okiennice. Do środka przedostał się silny powiew wiatru. W oddali pojawiały fioletowe błyskawice, czasem jedynie, uszu dopływał dźwięk potwornego grzmotu. Bogowie targają piorunami – uzmysłowił sobie Bjorn – Ale czy ich złość odbije się na nas? Na Nas, którzy chcemy bronić się przed najeźdźcami? A może każą nam się poddać?
Dłoń ubrana w skórzaną rękawicę opadła na jego ramię.
– Bjornie – mówił ojciec – już czas.


Bjorn ruszył przodem. Z trudem otworzył drzwi, pokonując coraz gwałtowniejszy napływ wiatru. Lodowe kulki robiły się coraz większe.
– Wasza miłość, proponuję wracać jak najszybciej do zamku. Ten grad robi się niebezpieczny – powiedział strażnik, masując obolały bark. Po stalowym naramienniku spływały pozostałości lodowej kuli. – Ofiaruje ci moją tarczę, miłościwy panie. – Strażnik wyciągnął dłoń trzymającą tarczę w kierunku króla. Za jego przykładem postąpił drugi przyboczny.
– Nie, żołnierzu – powiedział Jolf, zbijając rękę syna, która sięgała po drugą tarczę. – Nie jesteśmy płochliwymi Voridarczykami.
Zdziwiony żołnierz cofnął rękę. Drugi zamknął drzwi na klucz i dwukrotnie nacisnął klamkę. Bjorn wraz z ojcem ruszył w kierunku kamiennej posiadłości, która nawet w niewielkim stopniu nie przypominała zamków ludzi z nizin. Tam ogromne wieże pięły się ku górze drapiąc chmury po wełnistych grzbietach. Tutaj była tylko jedna, zapadająca się od niepamiętnych czasów. Wielkie kamienie czasem tworzyły swoisty deszcz, a poruszający się poniżej nieszczęśnicy zamieniali się w czerwoną miazgę. Przed wielu laty, kiedy Rohdar piął się coraz wyżej po drabinie niestabilnej wówczas gospodarki,w stolicy powstał prawdziwy zamek. Jednak pół wieku później nastąpił przewrót na rynku towarów eksportowych, a fundusze z pełnego wówczas skarbca ulotniły się jak wiosenny wietrzyk pośród gorąca lata. Śnieg skrzypiał pod ciężko stawianymi krokami starych wojskowych buciorów, których używali zarówno żołnierze, jak i król wraz z synem. Według doradców do spraw armii przynosiło to niewielkie korzyści wśród wojska w postaci wyższego morale. Żołnierze idący po bokach króla i jego syna z przyzwyczajenia maszerowali równym krokiem. Przyzwyczajenia, które narodziło się podczas dziesiątek stoczonych bitew. U żołnierzy starszego pokolenia wciąż panowała z trudem wpojona dyscyplina, która coraz rzadziej okazywała się pomocna.
Gdy przeszli przez mostek, dołączyła do nich kolejna piątka żołnierzy. Jeden, najwyraźniej najwyższy stopniem, podbiegł do króla.
– Wasza miłość! Zgłosił się do nas pewien mężczyzna twierdząc, że do dworu przedostał się skrytobójca. Sugeruję, aby wasze straże zostały potrojone – oznajmił zupełnie nie zdyszany długim biegiem kapitan straży przybocznej.
– Kto tym razem? – zapytał głosem, w którego tonie ledwo słyszalna była delikatna nutka irytacji.
– Nie wiadomo – odparł strażnik wyraźnie zdenerwowany swoją niekompetencją.
– Spokojnie. – Mówił król – Nie musisz wiedzieć tego, co wiedzą jedynie spiskowcy. A teraz odmaszeruj, żołnierzu.
Strażnik równocześnie skrzyżował ręce i złączył nogi. Po chwili wahania pobiegł do zamku.
– Co ty na to, synu? – retorycznie zapytał Valthjolf – To już czwarty alarm. Zapewne ponownie fałszywy.
– Zaradźmy temu wraz z Trojką, ojcze – odparł skonfundowany Bjorn, przeczesując swoje krótkie blond włosy.
– Wpierw musimy coś załatwić.
– Ale…
– To ważne. – Jolf przerwał mu, słysząc sprzeciw.
Wraz z sześcioma żołnierzami ominęli Żelazny Dwór i udali się niezwykle wąską i niewygodną ścieżką ku górze pnącej się na kolejne dwieście stóp. Po kilku metrach zatrzymali się przy posterunku straży. Weszli do środka, ludzie będący wewnątrz, ukłonili się.
– Co podać? – zapytał po chwili żołnierzy opasły zbrojmistrz.
– Wyruszamy Niedźwiedzią Ścieżką – odparł jeden przybocznych.
– Hmmm... – Niezgrabnie obrócił się do tyłu, wałem tłuszczu wylewającym się ze spodni trącając leżący na niskim stoliku łuk. – Cholera!
Pogrzebał chwilę w leżącym szarym, skórzanym worze, czego wynikiem były wyciągnięte krótkie, świeżo zaostrzone cztery toporki.
– Dla was dwóch – powiedział zbrojmistrz do najbliżej stojących przy stole strażników, skubiąc się za rudą brodę związaną cienkim rzemieniem.
Po kolejnej chwili wyjął ze stojącej obok szafki, sześć krótkich kusz i cztery dziryty. Kusze przydzielił każdemu ze strażników, a czterem – jak dotąd bez broni białej – podał drzewce z osadzonymi na górze długimi, stalowymi grotami. Drewno oprawione było szorstką skórą, mającą na celu zminimalizować przesuwanie się drzewca w dłoni podczas zadawania ciosów. Strażnicy odchodząc, pozdrowili opasłego mężczyznę i pozostawili po sobie dwie tarcze i sześć długich mieczy.
Ruszyli dalej. Po chwili nieprzyjemnej wędrówki droga wcinała się w bok góry i otaczając masywny grzbiet pięła się coraz wyżej aż do płasko ściętego wierzchołka. Dwóch strażników szło z przodu, dwóch po bokach i dwóch z tyłu. Król wraz z synem dla bezpieczeństwa maszerował w środku, co wydawało się być dość miłym obrotem spraw – nie musiał rozkopywać wysokiego śniegu. Bjorn próbował zadawać pytania dotyczące ich górskiej wspinaczki po niewygodnej drodze, ale ojciec zawsze uchylał się od właściwej odpowiedzi.

– Ojcze, dokąd idziemy? – pytał po raz trzeci.
– Dowiesz się na górze – odparł zbywająco.
W połowie wędrówki droga stawała się coraz bardziej stroma, śnieg sięgał bioder, co bardzo spowalniało, a lekko grzejące słońce zasłaniały wały chmur, ani myśląc, by ruszyć się z ciepłego legowiska. Najwyraźniej im jest ciepło – pomyślał Bjorn z przekąsem – ale mnie nie. Dalej przeszli tunelem zaprojektowanym przez najlepszych inżynierów, przy wejściu nie znajdując ani jednej pochodni. Strażnicy przez kilka kolejnych minut prosili króla, aby zaniechał wędrówki ze względu na wątpliwe bezpieczeństwo, ale Valthjolf ani myślał wracać. Tunel wydawał się nie mieć końca. Po pewnym czasie ujrzeli dwie płonące pochodnie przy wielkich wrotach.
– Zaczekajcie – polecił zdezorientowanym strażnikom król.
– Ale wasza miłość… – odezwał się jeden najbardziej śmiały, co było dziwne, bo w oczach innych był słabym chudzielcem.
– Chyba wyraziłem się dość jasno, Erp – stwierdził chłodnym głosem.
– Jak rozkażesz, królu – odparł żołnierz, salutując.
Król trzykrotnie uderzył bokiem pięści w grube wrota. Przez chwilę panowała kompletna cisza. Nagle usłyszeli chrzęst wielu otwieranych zamków i podnoszenie ciężkiego, żelaznego rygla. Powitał ich kompletny mrok, mieli wrażenie, że światło zostało pożarte, jak głosiła jedna ze starych przepowiedni. Ich nosów dobiegło rześkie powietrze, pomieszane ze słodkim zapachem.
– Bjornie wejdź tam... sam. Nie pytaj – powiedział, widząc malujące się na twarzy zaskoczenie. – Wszystkiego dowiesz się na miejscu.
Zdziwiony książę, patrząc to na ojca, to w mrok, w końcu postąpił kilka kroków w przód.
Nie oglądając się, ruszył przed siebie. Po chwili słysząc zgrzyt, nie mogąc się powstrzymać, obrócił głowę – wielkie wrota zamknęły się. Przez chwilę z coraz szybciej bijącym sercem stał w kompletnych ciemnościach. Nagle wokoło zapaliły się fioletowe światła. Bjorn spojrzał w prawo i ze zdziwieniem stwierdził, że źródłem świateł są setki małych roślinek, wyglądem przypominające szklane rzeźby z lodowego ogrodu. Kolejne kręgi jaskiniowych roślin świeciły mocniej. Na grubych liściach niektórych rosły bursztynowe kwiaty, z których szerokich czasz wolno sączył się ku górze ciemnoniebieski dymek. Im dalej szedł, tym bardziej wszystko to potęgowało wrażenie nieskończoności pieczary. Gdy dostrzegł wielki kamienny stół, słodki zapach kwiatów przerodził się w woń zatęchłej krwi. Oczy zamknęły mu się pod naciskiem uderzającego w twarz wiatru, jednak obraz jaskini nie zniknął. Teraz przed stołem stało czterech pomarszczonych mężczyzn, których wąskie barki ledwo zapełniały szerokie, ciemnoszare szaty. Krótkie, zupełnie siwe i pozlepiane włosy jednego z nich wyglądały jak przerzedzony złośliwymi chwastami trawnik. Każda szata została stworzona z szarego, grubego na szerokość kciuka materiału. Na szyjach uwieszone mieli kamienne łańcuchy z żelaznymi medalionami po środku. Każdy garbił się pod naporem ciężkiego metalu. Jedynym, co podtrzymywało skrzywione sylwetki przed upadkiem, były długie, wykonane z ciemnego drewna kostury mocno trzymane w stalowych uściskach.
Bjorn otworzył oczy i starcy zniknęli. Zamknij je – usłyszał w myślach cichy szept. Gdy powieki ciężko opadły, widok czterech zgarbionych mężczyzn powrócił.
– Zdejmij ubranie, Bjornie, synu Valthjolfa – rozkazał skrzeczącym głosem jeden z nich.
Królewski syn postąpił zgodnie z poleceniem, ojciec wiedział, co robił, wysyłając go do pieczary.
– Widać, żeś zmęczone dziecko… Połóż się na ołtarzu – powiedział kolejny, wskazując na ogromną kamienną płytę.
Bjorn posłuchał. Ruszył do stołu po zimnej, kamiennej dróżce. Kamień pochłaniała czarna mgiełka przypominająca nocne niebo opuszczone przez gwiazdy. Gdy wygodnie ułożył się na plecach, zimno kamienia powodowało wrażenie nagłego skoku do przerębli w lodzie – nie było już odwrotu. Ciemne korzenie wyrosły nagle z ziemi i szybko jak węże podpełzły do rąk Bjorna, i silnie je oplotły.
– Co się dzieje?! Co to jest?! – krzyknął pełen strachu.
– Tak musi być – powiedział trzeci starzec.
Korzenie zmieniły się w twardy kamień, Bjorn mimo nieludzkiego wysiłku nie potrafił się wyrwać. Starcy zaczęli nucić. Kamienne kajdany zaczęły się nagrzewać, z pod nich wydobywały się niknące po chwili stróżki niebieskiego dymu. Przez następną minutę słychać było krzyk, któremu towarzyszył dziki śmiech spleśniałych mężczyzn, natężeniem przypominającym kwik zarzynanej świni. Wypływający dym zmienił kolor na czarny. Z Bjorna lały się rzeki potu, kręgosłup wyginał ku górze jak u kocura chcącego przeciągnąć się po długim śnie. Kolory wokoło natężyły się, ciśnienie w uszach rozsadzało bębenki, skutkiem czego była wylewająca się ciemna krew. Bjorn padł bezwładnie na kamień.
Biegł po krawędzi wielkiego lodowca. Lód mroził gołe stopy, a silny wiatr wraz z kroplami deszczu przerzedzał gęste, długie włosy i splątaną brodę. Nagi wojownik lawirował pomiędzy lecącymi znikąd oszczepami. Kolejne skoki nad głębokimi szczelinami w lodzie stawały się coraz bardziej ryzykowne. Nagle obok niego pojawił się wielki niedźwiedź. Biegli ramię w ramię, a szeroka bestia odpychała się, wbijając długie pazury w twardy lód. Zwierzę zaryczało głośno, mężczyzna również. Z gęstej sierści wystawała krótka włócznia. Kolejna fala oszczepów się zbliżała. Niedźwiedź zwolnił czując kłucie w boku. Z pleców mężczyzny polała się krew. Bestia wraz z człowiekiem ponownie przyspieszyła. Setki ogników krążyły wokoło biegnących. Potężna błyskawica uderzyła w lodowiec, tworząc głęboką szczelinę. Wojownik wraz z niedźwiedziem skoczyli równocześnie.
Biegli dalej. Z czarnego, zwierzęcego nosa wydobywały się kłęby pary powodowane różnicą temperatur. Wiatr napierał na plecy, jakby chciał za wszelką cenę pomóc w szaleńczym biegu. Ostatnia szczelina – nie przebyta otchłań ciemności u dołu, trzy metry szerokości. Strugi mroku wypływały z dołu, zderzając się z małymi wojowniczkami światła – wąskimi promieniami słońca. Odwieczny bój, w którym nikt nie zdobywał przewagi, a teraz wszystko postawiono na jedną kartę, wygrana albo nicość, otchłań. W ostatniej chwili niedźwiedź i potężny mężczyzna napięli mięśnie. U brązowej bestii gęsta sierść nastroszyła się, tworząc wielki kłąb. W tej samej chwili człowiek i zwierzę odbili się ku górze. Tysiące włóczni posypało się ze wszystkich stron. Strugi światła pochwyciły lecące drzewce. Jednak niektóre przeleciały przebijając lecących w powietrzu. Czas stanął. Promienie słońca przepaliły lodowego kolosa, przebijając się aż do dna, wszystko zostało postawione na jedną kartę.
Czas ruszył.
Promienie otchłani zmieniły się w ogień, który wspiął się ku górze chwytając przebitych włóczniami. Nadzieja zniknęła. Niedźwiedź i człowiek zniknęli również. Spadli w głąb powiększającej się szczeliny, z której popłynęły ku górze ciemne strugi.
*

Valthjolf wraz z milczącymi strażnikami ruszył w drogę powrotną. Po chwili król zatrzymał strażników uniesioną ręką.
– Lada chwila południe – stwierdził patrząc na pozycję słońca, wiszącego na niebie.
Król ruszył w stronę Żelaznego dworu. Nieliczne płatki śniegu, topniejącego w mgnieniu oka osadzały się na idealnie wystrzyżonej brodzie. Strażnicy otaczali go z każdej strony, mężnie wypinając klatki piersiowe, jakby manifestowali złu swoją nieuległość i jednocześnie kazali mu trzymać się z daleka. Śnieg topniał, a buty brodziły w nowo powstałych strumieniach, wymieszanej z błotem wody. Co rusz przeciskali się przez wąskie szczeliny pomiędzy skałami – szli na skróty. Spotkanie Trójki i króla miało odbyć się niebawem. Każdą skalną wnękę sprawdzano kilkukrotnie, strażnicy bacznie strzegli króla, wypatrując zamachowców. W oddali poniżej widać było wielkie kamienne mury, na których budowano nowe wieże strażnicze z drogiego w tych stronach drewna. Na dachu każdej ku górze ciągnął się żelazny pręt z przywiązaną flagą ludzi z gór. Na fioletowym tle widać było jednoręczny topór, odrobinę większy kilof oraz rudę żelaza. Powyżej widniało również drzewo, którego korzenie oplatały niżej znajdujące się przedmioty. Flaga była prosta, co pomagało zwykłym wieśniakom zapamiętać jej wizerunek. W murze grubym na dziesięć stóp umieszczono ogromne wrota. Grubą warstwę najtwardszej stali obudowano ciemnym drewnem, na którym wymalowano setki przeróżnych symboli nawiązujących do konkretnych wydarzeń. Tuż przed wrotami, przed ponad dwoma laty dobudowano kolejny kawał muru. Wielką, opadającą kratę, która była jedynym przejściem do bramy, za dnia wciągano na górę wielkim kołowrotem znajdującym się na wieży strażniczej. W wieży z kołowrotem stacjonowało dziesięciu doświadczonych wojaków mających bronić nietykalności kołowrota. Ludzie szeptali, że król popadł w paranoję w obawie przed najazdem, jednak on miał swój plan.
*

Wokoło kamiennej posiadłości wznoszono kolejne budowle. Powstawała wielka piekarnia, pracownia kowalska, płatnerska oraz całkiem duży dom dla szewca i kolejny dla krawca. Budowano garbarnie skór, a nawet młyn. Inżynierowie doskonale kierunkowali prace robotników, którzy wciąż kopali podziemny tunel, do którego miała wpływać jedna z górskich rzek, a nim prosto do młyna i dalej pod ziemią za mury. Projekt jednak wciąż był niepewny. Król i rada chcieli usamodzielnić Żelazny Dwór, jeżeli miasto zostałoby zdobyte. A jako że wielkie dworzyszcze znajdowało się prawie trzysta stóp nad nim, szturm wrogich jednostek byłby łatwy do odparcia. Robotnicy tworzyli żelazne pojemniki na ołów, którym można było oblewać ewentualną załogę tarana.
Powstaje tutaj prawdziwa twierdza – pomyśl jednak… – ktoś zawołał Jozza spoglądającego na dwór przez szerokie okno. Odwrócił się i zobaczył za sobą dwie sylwetki. Migg i Satrio pomachali mu. Podobnie jak Jozz ubrani byli w brązowe szaty z wyszywanymi czarnymi wzorami, które przypominały stare runy. Szaty umocowane były grubymi, szerokimi pasami wykonanymi z twardej skóry, a zapinka była w całości wykonana ze złota. Dłonie chowali w rękawach, a od ich gładko wygolonych głów odbijało się żółte światło wiszącego na suficie żyrandola. Zarówno Jozz jak Migg i Satrio mieli skórzane trzewiki zdobione brązowymi rzemykami. Wyglądali prawie tak samo. Jedynym co tak naprawdę różniło ich, były całkowicie czarne tatuaże ciągnące się od nosa w lewo i prawo ku górze. Pogrążeni w rozmowie ruszyli do najbliższego pomieszczenia. Stąpali po szorstkiej, kamiennej podłodze, która wyglądała, jakby była jedną wielką płytą. Była idealnie gładka, a piękne dywany utrzymane w stylu południowym doskonale pasowały do wiszących wokoło obrazów. Pokój, do którego zmierzali, schowany był za wielkimi, dębowymi drzwiami z masywnym kółkiem do otwierania i żelaznymi wzmocnieniami. Król wariuje – pomyślał Jozz, na chwilę oderwawszy się od rozmowy, gdy pociągnął za metalowy uchwyt. Pomieszczenie zrobiło na nim wrażenie. Gdyby spojrzeć od zewnątrz, nie trudno można by było dostrzec tu miejsce, gdzie prawie nikt nie miał wstępu. Ogromne, ciemnoszare kolumny podtrzymywały wielki, niedawno odnowiony taras. Niegdyś otwarty, teraz krył się pod dobudowanym dachem utrzymującym się na grubych, kamiennych ścianach. Obfite deszcze dawały coraz częściej o sobie znać, a zdobiona różnymi malunkami wzorzysta podłoga wykonana z jednej płyty grubego na trzy stopy marmuru mogła zostać zniszczona. Podłoga jak i cały dwór była niezwykle często pielęgnowana. Pomieszczenie zdobiły cudowne obrazy ukazujące człowieka walczącego z nierzadko okrutną naturą, wielkie podboje i ogromne miasta pokazujące doskonałość niegdysiejszych inżynierów.
*

Bjorn z ogromnym wysiłkiem otworzył zlepione krwią oczy. Znowu ujrzał setki świecących fioletową barwą, przezroczystych roślin. Leżał na lodowatym kamieniu. Z trudem podniósł się, czemu towarzyszyło głośne strzyknięcie w kręgosłupie. Na rękach czuł chłód, zupełne przeciwieństwo poprzednich odczuć – pomyślał. Spojrzał na przedramiona. Na skórze widniały sploty czarnych tatuaży, tworząc przedziwne wzory. Podobne tatuaże widział na rysunkach w starych księgach z Wielkiej Biblioteki. Wzory splatały się przy nadgarstkach, a faliste kształty przypominały płomienie. Zdziwiony książę z trudem podniósł się z niewygodnego legowiska, jakby spał przez wiele dni. Przeciągną się, ziewnął. Zaczął rozglądać się za ubraniem, jednak wszystko zniknęło. Ale będą mieli ubaw – pomyślał. Ruszył poprzednią drogą w kierunku wielkiej bramy. Kilkakrotnie skręcał, gdzie nie trzeba – ciemności przerzedzone jedynie jasnym fioletem nieco utrudniały sprawę. Gdy dotarł do drewnianych wrót, zastukał trzykrotnie przerdzewiałą kołatką. Wielka para drzwi otworzyła się w jego kierunku z paskudnym skrzypieniem. Na zewnątrz nikogo nie było. Ile to trwało, do cholery? – w głowie powstawały kolejne myśli.
– Dzięki, ojcze – powiedział, uśmiechając się, gdy zobaczył worek z ubraniem.
Rozwiązał rzemień i zdziwiony wyciągnął zawartość tobołka. Używana, przydługa kolczuga, płócienna koszula, spodnie z utwardzanej skóry z żelaznymi ochraniaczami, wojskowe, okute na przodzie buty. Gdy pogrzebał głębiej, znalazł skórzane rękawice, wyścielony od wewnątrz wełną żelazny hełm i grube, wełniane skarpety.
– Hmmm... co to ma znaczyć? – zapytał sam siebie.
Ubrał koszulę z grubego płótna, szorstki materiał niemiłosiernie drapał nieprzyzwyczajoną do tanich ubrań skórę. Wciąż było mu zimno, cholernie zimno. Bardzo zawiedziony zrozumiał, że będzie musiał ubrać kolczugę. Ubieranie metalowej „bluzy” trwało okropnie długo. Sploty lodowatego metalu co rusz zaczepiały o wystające nitki wcześniej ubranego skrawka zszytego materiału. Z wielkim trudem udało mu się włożyć prawą rękę w lewy rękaw.
Na bogów! – krzyknął. Po chwili z kamienną twarzą, tylko delikatnie ukazującą poirytowanie, ściągnął kolczugę. Cała zabawa jeszcze przede mną – pomyślał, czemu towarzyszył szyderczy uśmieszek i zaciskające się zęby. – Ależ to nieznośnie drapie! – Gdy uporał się z drugim rękawem, stwierdził, że musi wyglądać wspaniale w samej koszuli i za dużej kolczudze. W następnej kolejności założył również przydługie spodnie, w których ochraniacze kolan znajdywały się na poziomie jego wąskich łydek. Na koniec założył ciepłe skarpety i całkiem wygodne buty.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Cytat:Wstawiam, ponieważ ciekawy jestem co robię źle. Jeżeli ktoś przeczyta to proszę o krytykę mojego jeszcze nie skończonego opowiadania

Wstawiam, ponieważ ciekawy jestem co robię źle.
Wiele.
Nikt ciebie nie zna, więc nikt nie będę nazbyt pałać do czytania ściany tekstu. Pierwsze, co powinieneś zrobić, to rozejrzeć się na forum, a nie wklejać tekst.
Gdzie jest tytuł opowiadania? Temat powinien być oznaczony nazwą opowiadania, a nie jakąś wstawką z pamiętnika. Od tego masz treść posta, by powiadomić o tym czytelników.
Brak formatowania. Co to za apostrofy na początku akapitów? Gdzie są spacje po myślnikach?
Nie przywitałeś się nawet w odpowiednim dziale, a już rzucasz nam na twarz kilka stron tekstu. Niesformatowanego do tego. Usiądź, przeczytaj to trzy razy i się zastanów: "czy to nie jest przypadkiem za dużo?" Nie każdy lubi czytać na ekranie monitora, weź to pod uwagę.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#3
(03-05-2015, 13:18)ZacKeR87685 napisał(a): Witam.
Wstawiam, ponieważ ciekawy jestem co robię źle. Jeżeli ktoś przeczyta to proszę o krytykę mojego jeszcze nie skończonego opowiadania :)
––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––
' co to jest? Zgaduję, że ma pełnić funkcję akapitu czy zaznaczenia początku rozdziału czy jakoś tak. W tym miejscu powinien znajdować się akapit. Valthljolf (podwójna spacja szedł pokrytą miękkim puchem śniegu ścieżką w kierunku Lodowego Ogrodu. Gruby fioletowo – ciemno zielony ciemnozielony płaszcz przypięty do czego? srebrnymi spinkami łopotał na porywistym wietrze/ poruszany porywistym wiatrem równo z porywistym wiatrem, który swą gwałtownością przypominał kolejne razy wymierzane krnąbrnemu dziecku. Podłużna blizna przecinająca twarz od oka, (bez przecinka) do ust delikatnie szczypała. Wiązane twardymi (zbędne) rzemieniami skórzane buty (dałabym przecinek) z każdym krokiem rozkopywały sięgające kolan, spiętrzone wały śniegu spiętrzone wały śniegu sięgającego kolan.

Ubrani w grube kurty podszyte od środka (zbędne) wilczym futrem, grube – zbędne pasy z obciążone pochwami skrywającymi długie miecze umocowanymi długimi mieczami i masywne (zbędne) drewniane tarcze w lewych (zbędne) dłoniach. Każdy nosił gruby płaszcz, na których(m), ponieważ "każdy", nie "wszyscy" miał wyszyte szare wzory, symbolizujące wojsko wyszyte mieli szare wzory symbolizujące wojsko. Na lewej piersi każdego widniała spinka przedstawiająca kamienny dziryt w trójkątnej obwódce, w około wokół której wiły się dwa długie (zbędne) , przypominające kształtem węże stwory. Wiatr z wolna przeradzał się w grad, którego każda lodowa kula była miała rozmiar wielkości dziecięcej pięści. Lodowy deszcz bębnił w słomiane dachy niskich (zbędne) budynków znajdujących się prawie trzysta stóp poniżej krawędzi przepaści. (podwójna spacja) Ponad trzy metrowe trzymetrowe , zrobione z najtwardszego (zbędne) szkła figury przedstawiające dawnych królów w czasie Wielkich Łowów, znikały w tumanach przysypującego je śniegu. (podwójna spacja) Valthljolf przechodził właśnie przez drewniany mostek wiszący nad zamarzniętą rzeką, która spływała ku dołowi gór podnóżu gór, gdy Bjorn – jedyny syn władcy – pomachał do niego. Na twarz(y) Valthjolfa pojawił się szeroki uśmiech, a wokół bystrych oczu wystąpiły głębokie zmarszczki. Bojorn Bjorn stał na drewnianym tarasie wystającym ponad (zbędna spacja) trzydzieści stóp zdecyduj się, czy określasz długość w metrach czy stopach za krawędź przepaści. Cała konstrukcja wbrew temu, co można było pomyśleć, była niezwykle solidna. Każdy gruby (zbędne) bal drewna podpierał swoich towarzyszy. Drzewo było sprowadzane z dalekiego kraju, specjalizującego się we wszystkim, co co było związane z związane było z drewnem. Bale (przecinek) dzięki (w) Wszczepianym splotom korzennym(przecinek) łączyły się. Z roku na rok konstrukcja była coraz trwalsza – korzenie wciąż rosły.

Często (przecinek) gdy przebywał w ogrodzie (przecinek) zastanawiał się nad jego nazwą – razem ze z już nieżyjącą, zmarłą niedawno – w formie, w jakiej Ty to zapisałeś, wygląda na to, że jego żona nie żyje, ale może z nim porozmawiać, chociaż zmarła zmarłą żoną stwierdził, iż jest ona kompletnie bez sensu. Trzech żołnierzy wciąż podążało za swoim panem, co chwila(ę) podejmując coraz to(zbędne) bardziej wymuszoną rozmowę.

Spotkali połączyli, złączyli się się w mocnym uścisku. Ucałowali się w policzki – dwukrotnie (przecinek) zgodnie z tradycją – i znowu objęli.
(wcięcie)(spacja) Synu (przecinek) wejdźmy do środka. Ta śnieżyca przyprawia mnie o dreszcze. (bez kropki)– powiedział i skinął na strażników (przecinek) którzy obejrzeli obeszli cały taras, popatrzyli w dół urwiska i po wykonanym przeszukaniu dwójka dwóch z nich ustawiła się przed wejściem. Trzeci natomiast został w środku (przecinek) wciąż wyglądając przez balkon.
(akapit) Strażnik podszedł do ogromnego (przecinek) kamiennego pieca i dorzucił węgla do ognia wrzucił kolejne kawały węgla drzewnego. Następnie zaciągnął drewniane zasuwy na okna nie wiem o co chodzi i otworzył małą klapkę w dachu, ponieważ wiekowy komin był zatkany.
(akapit) (spacja) Jakie wieści synu? Co szykuje Voridar? – zapytał Bjorna (przecinek) drapiąc się po głowie.
(akapit) (spacja) Nie rozmawiałem z nim osobiście, zostałem dopuszczony jedynie do posłańca przedstawieciela – odparł wzburzony Bjorn, na którego twarzy malował się głęboki gniew.
(akapit) (spacja) Ośmieszyli nas. Chcieli nam ukazać pokazać , że mają nad nami władzę! – krzyknął również równie zdenerwowany Jolf.
(akapit)(spacja) Ojcze, to co usłyszałem…
(akapit)(spacja) Już wiem Bjornie,(bez przecinka) – mówił powiedział uspokojony już Jolf (kropka) (A) atak na Caelin.
(akapit)(spacja) Przedstawiciel Voridaru proponował sojusz. Ojcze może…
(akapit)(spacja) Nigdy! – krzyknął rozwścieczony(kropka) – My jeszcze mamy honor! mamy jeszcze honor A Rohdar powstanie razem z innymi przeciwko Voridarowi!
(akapit)(spacja) Eskirze idź do Trójki – Jolf zwrócił się do siedzącego przy wielkim piecu strażnika (kropka)(M) mają stawić się w południe.
(akapit)(spacja) Gdzie mają pójść (przecinek) wasza miłość? – zapytał zbity z tropu strażnik.
(akapit)(spacja) Będą wiedzieli.

8 stron A4 czcionką Times New Roman w rozmiarze 12. Maksymalna ilość, jaką większość czytelników jest w stanie przeczytać na raz na ekranie monitora to 3 strony A4 czcionką T.N. Roman size 12, chociaż i to często jest ponad siły. Dlaczego? Ponieważ czytanie na komputerze jest dużo bardziej męczące niż na papierze i większość osób po prostu zniechęca się, widząc taką zabójczą ilość tekstu. To raz. Dwa – sprawdzający. Czytanie to koszmar, a sprawdzanie podobnej ściany tekstu, jaką zaserwowałeś "na dobry początek" to prawdziwa masakra. Tyle o długości tekstu.
Kolejna rzecz: formatowanie. Wejdź do dowolnego wątku z jakimkolwiek opowiadaniem i zobacz, jak jest sformatowany. Potem zajrzyj do jeszcze jednego i kolejnego. Następnym krokiem jest podobne sformatowanie tekstu przy pomocy tagu [p.] (bez kropki), którym wstawisz akapity. Jako czytelnik, gdy wchodzę do tematu i widzę dosłowną i w przenośni ścianę tekstu, mam ochotę uciekać, gdzie pieprz rośnie. To jest mur nie do przebicia. Spróbuj przeczytać podobnie sformatowane opowiadanie, życzę powodzenia. Rozumiem, że pierwszy raz wstawiasz i pewnie jesteś podniecony jak pszczoła po przedawkowaniu nektaru. Ale postaw się w roli czytelnika albo sprawdzającego. Wbijasz do tematu i widzisz koszmarną ilość tekstu, w dodatku bez akapitów i tak dalej. Miałbyś ochotę to czytać?
Dalej: tytuł. Tytuł ma zachęcać czytelnika do przeczytania opowiadania. Jest takim pierwszym bodźcem powodującym, że ktoś chcę przeczytać to, co napisałeś. Twój tytuł nie przyciąga, wręcz przeciwnie. Tekst z tytułu możesz dać w przedmowie, nie jako nazwę opowiadania.

Pobieżnie sprawdziłam kawałek tekstu. Przejrzyj jego resztę pod kątem powyższych poprawek. Początkowy fragment nie zachęca do dalszego czytania. Zbyt dużo szczegółowych, zbędnych opisów. Dajesz masę niepotrzebnych przymiotników, które tylko wprowadzają zamęt. Jak na razie nie dzieje się nic ciekawego, niewiele zrozumiałam z rozmowy ojca i syna. Jedynie, że ktoś, coś, ale i tak nie wiem kto i co. Tyle na ten moment, więcej nie dam rady przeczytać, żeby przekonać się, czy warto czy nie. Na tę chwilę – nie mam ochoty czytać dalej.
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
#4
Najpierw znajdź dla tekstu tytuł. Może być roboczy, tymczasowy. Dobry tytuł, tajemniczy i zapadający w pamięć, przyciągnie czytelników. Teksty nienazwane szybko nikną w odmętach forów. "Moje pierwsze opowiadanie" wywołuje kiepskie pierwsze wrażenie. Zupełnie tak, jakby sam autor był zbyt leniwy, aby nadać mu jakieś imię.

Druga sprawa to formatowanie. Wcięcia akapitowe na naszym forum dodaje się za pomocą tagu [.p] (bez kropki). Bez formatowania tekst czyta się ciężko. Czytelnicy zrezygnują z tekstu, nie poświęcą na niego swojego czasu, jeśli sam autor nie poświęcił mu nawet kilku minut, aby nadać mu ładną formę.

Trzecia i ostatnia sprawa – długość. 13 stron maszynopisu to naprawdę dużo, aby dać konstruktywną krytykę, rozłożyć tekst na elementy, poprawić go i zarysować cenne wskazówki. Wiele osób zrezygnuje z czytania, jeśli pierwszy fragment jest zbyt duży. To wymaga inwestycji czasowej, na którą nie każdy się zdecyduje. Długie fragmenty to coś, na co mogą sobie ewentualnie pozwolić ludzie, którzy piszą dobrze i mają na portalu wyrobioną swoistą reputację. (co nie znaczy, że to robią) Tacy, którzy dają gwarancję, że przy tekście jest mało sprawdzania i prawdopodobnie jest bardzo, bardzo dobry.
Lubię Tytanica. Moim ulubionym bohaterem była góra lodowa.
Odpowiedz
#5
Widzę, że Yami i Bell Cię zmasakrowali troszkę. Podpiszę się tylko pod ich słowami. Na litość boską, skróć ten tekst. Sformatuj, znajdź odpowiedni tytuł. Praca jest jak dziecko pisarza, a dziecka nie nazwiesz chyba "Mój pierwszy syn" albo "to coś co wypełzło". Po imieniu.
–"We are leaves in the wind. Where will we fall? Nobody knows."
-Nadejdzie czas, kiedy zniknę stąd. Słońce zgaśnie, nadejdzie mrok. Stojąc na granicy, zrobię krok. Rozliczony zostanie, każdy mój błąd. Odejdę w wieczny byt. Czy zdążę dojść na szczyt?
Odpowiedz
#6
Dzięki za podpowiedzi. Głupio, że się mało postarałem. Poprawię się i dziękuję za poświęcony czas.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Wbrew wszystkiemu, powiem, że istnieją ludzie, których oczy nie bolą od całej ściany tekstu. Ja zaczynam się denerwować zwykle przy drugiej stronie, jeśli muszę coś pochłonąć na jeden raz, ale moi czytelnicy swego czasu narzekali, że "mogłoby być trzy razy dłuższe". Fakt faktem, że są to wyjątki i normalny wzrok ma dość po paru linijkach gęstego tekstu.
Że tytułu brak, też prawda. I pod całą resztą także się podpisuję.

Ale imiona bohaterów ujmujące, a to już jakiś plus! ^^
Odpowiedz
#8
(03-05-2015, 19:54)Vessna napisał(a): Wbrew wszystkiemu, powiem, że istnieją ludzie, których oczy nie bolą od całej ściany tekstu. Ja zaczynam się denerwować zwykle przy drugiej stronie, jeśli muszę coś pochłonąć na jeden raz, ale moi czytelnicy swego czasu narzekali, że "mogłoby być trzy razy dłuższe". Fakt faktem, że są to wyjątki i normalny wzrok ma dość po paru linijkach gęstego tekstu.

Mówią to PO przeczytaniu tekstu. To znacząca różnica. Siadając do świeżego tekstu zupełnie nieznanego autora, nie wiesz, co będzie w środku. Robisz w pewnym sensie komuś przysługę, bo istnieje prawdopodobieństwo, że przy tekście nie będziesz się bawić wcale. Są teksty lepsze, gorsze albo nie w twoim guście. Mimo wszystko decydujesz poświęcić tekstowi swój czas i energię. Nie wypada więc nadużywać tej przysługi, bo przede wszystkim krzywdzi się siebie. Po prostu mniej osób zdecyduje się na taką inwestycję i mniej osób cię przeczyta.

Z drugiej strony – jak masz zamieszczonych 10 krótkich fragmentów, nie narzucasz się z wielkimi kolosami, ktoś przeczyta pierwszy. Może się spodoba i przeczyta wszystkie na jedno posiedzenie.

Tak to działa. Zamieszczaj skromnie, ale często : )
Lubię Tytanica. Moim ulubionym bohaterem była góra lodowa.
Odpowiedz
#9
OK.
Spróbuję zmierzyć się z tym tekstem. Zapewne wiele uwag powtórzę za Arabellą.

(03-05-2015, 13:18)ZacKeR87685 napisał(a): ' (Nie wiem, co ma oznaczać ten cudzysłów pojedynczy na początku...) Valthljolf szedł pokrytą miękkim puchem śniegu ścieżką w kierunku Lodowego Ogrodu. Gruby (przecinek) fioletowo – ciemno zielony (z tego nie wiadomo, czy to był ciemny fiolet, czy raczej ciemna zieleń – chyba chodziło o "fioletowo-ciemnozielony") płaszcz przypięty srebrnymi spinkami łopotał równo z porywistym wiatrem, który swą gwałtownością przypominał kolejne razy wymierzane krnąbrnemu dziecku (Uuu... ostre porównanie w czasach, kiedy tyle się mówi o tym, że nie wolno bić dzieci!). Podłużna blizna przecinająca twarz od oka, (zbędny przecinek) do ust delikatnie szczypała.

Ubrani w grube kurty podszyte od środka wilczym futrem, grube pasy z umocowanymi długimi mieczami i masywne drewniane tarcze (nie można być ubranym w tarczę) w lewych dłoniach. Każdy nosił gruby płaszcz ('grube kurty' i 'grube płaszcze' to nie to samo?), na których (którym) wyszyte mieli szare wzory symbolizujące wojsko. Na lewej piersi każdego widniała spinka przedstawiająca kamienny dziryt w trójkątnej obwódce, w około (wokoło) której wiły się dwa długie, przypominające kształtem węże stwory. Wiatr z wolna przeradzał się w grad (ja rozumiem, że deszcz przerodzić może się w grad... ale wiatr?), którego każda lodowa kula była wielkości dziecięcej pięści (co ty się uwziąłeś z tymi dziećmi – normalnie grad określa się, że jest wielkości grochu, orzechu, piłek golfowych albo kurzych jaj). Lodowy deszcz bębnił w słomiane dachy (tej wielkości grad raczej zmłóciłby takie dachy) niskich budynków znajdujących się prawie trzysta stóp poniżej krawędzi przepaści. Ponad trzy metrowe (trzymetrowe), zrobione z najtwardszego szkła figury (przecinek, bo dalej wtrącenie) przedstawiające dawnych królów w czasie Wielkich Łowów, znikały w tumanach przysypującego je śniegu (to w końcu był śnieg czy grad – zdecyduj się).

Na twarz (twarzy) Valthjolfa pojawił się szeroki uśmiech, a wokół bystrych oczu wystąpiły głębokie zmarszczki. Bojorn (Bjorn) stał na drewnianym tarasie wystającym ponad trzydzieści stóp za krawędź przepaści.

Bale dzięki Wszczepianym (małą literą) splotom korzennym łączyły się.

Często (przecinek) gdy przebywał w ogrodzie (przecinek) zastanawiał się nad jego nazwą – razem ze zmarłą żoną stwierdził, iż jest ona kompletnie bez sensu. Trzech żołnierzy wciąż podążało za swoim panem, co chwila podejmując coraz to bardziej wymuszoną rozmowę. Bjorn wyszedł na spotkanie ojcu (szyk – ojcu na spotkanie) z szeroko rozpostartymi ramionami. Spotkali się w mocnym uścisku. Ucałowali się w policzki – dwukrotnie (przecinek) zgodnie z tradycją – i znowu objęli.
(spacja – i ta uwaga dotyczy dalszej części tekstu; to ma być myślnik, a nie dywiz)Synu (przecinek) wejdźmy do środka. Ta śnieżyca przyprawia mnie o dreszcze. (zbędna kropka) – powiedział i skinął na strażników (przecinek) którzy obejrzeli cały taras, popatrzyli w dół urwiska i po wykonanym przeszukaniu (przyjrzenie się czemuś to nie to samo co przeszukanie; jak ci policja zrobi przeszukanie mieszkania, będziesz wiedział, na czym polega różnica :) ) dwójka ustawiła się przed wejściem. (raczej przecinek zamiast kropki i dalej małą literą) Trzeci natomiast został w środku (przecinek) wciąż wyglądając przez balkon.
Strażnik podszedł do ogromnego (przecinek) kamiennego pieca i wrzucił kolejne kawały węgla drzewnego. Następnie zaciągnął drewniane zasuwy na okna (a cóż to za zasuwy? nie chodzi przypadkiem o okiennice?) i otworzył małą klapkę w dachu, ponieważ wiekowy komin był zatkany.
-Jakie wieści (przecinek – zwroty w wołaczu oddzielamy od reszty przecinkiem) synu? Co szykuje Voridar? – zapytał Bjorna (przecinek – imiesłów przysłówkowy zawsze wymaga przecinka) drapiąc się po głowie.

-Już wiem (przecinek) Bjornie, (zbędny przecinek) – mówił uspokojony już Jolf (kropka i dalej dużą literą) – atak na Caelin.
-Przedstawiciel Voridaru proponował sojusz. Ojcze (przecinek) może…
-Nigdy! – krzyknął rozwścieczony (kropka) – My jeszcze mamy honor! A Rohdar powstanie razem z innymi przeciwko Voridarowi!
-Eskirze (przecinek) idź do Trójki (kropka) – Jolf zwrócił się do siedzącego przy wielkim piecu strażnika (kropka i dalej dużą literą) – mają stawić się w południe.
-Gdzie mają pójść (przecinek) wasza miłość? – zapytał zbity z tropu strażnik.
-Będą wiedzieli.

Ponieważ w tym miejscu jest dodatkowa interlinia, więc i ja zrobię sobie w tym miejscu przerwę.
Jak widać, błędów jest mnóstwo, a ja nie zamierzam zawalić całej nocy na sprawdzenie całości. Jutro popracuję nad kolejnym fragmentem, bo tekst naprawdę wymaga wielu poprawek. Postaraj się jednak nanieść już podane poprawki i sformatuj całość – spacje przy myślnikach, wcięcia akapitów [p].
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#10
Zrobione.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Fantasy Księga – przyczyna nieszczęść Mezaara 13 3,491 13-07-2014, 21:23
Ostatni post: Mezaara
  Horror Księga fudi 4 2,978 28-11-2011, 22:18
Ostatni post: fudi

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości