Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości
Tryby wyświetlania wątku
Ignis Blackfire [dłuższe dzieło]
#1
Spoiler: Spis treści
Zawiera śladowe ilości wyrażeń uznawanych powszechnie za wulgarne.

Prolog

– Mam nadzieję, że to będzie warte zachodu – mruknął Edard.
Poprawił na sobie cuchnący stęchlizną koc, tak by skrył w cieniu jego twarz. Zachodzące słońce dawało wciąż zbyt wiele światła, by mógł czuć się bezpiecznie, nie wspominając o przeklętych refleksach na kolczudze. Jeden z czterech innych siedzących obok niego zakaszlał cicho. Przeżuł w ustach przekleństwo na myśl o tym, ilu cholernych chorób może się nabawić przez samo przebywanie w tym rynsztoku, jakim były slumsy Aarestii.
– Będzie, będzie – zapewnił go ten siedzący najbliżej.
Odziany był w workowaty strój i jako jedyny nie miał na sobie narzuty. Mizerny, chudy jak suchotnik, z niemal czarnymi cieniami pod oczami i bladą cerą, z przetłuszczonymi włosami, zdawał się być jeszcze biedniejszy od innych, siedzących wzdłuż ulicy jałmużników. Choć z jednej strony Edard żartował z niego w myślach, wyobrażając sobie, jak nawet inni żebracy decydują się okazać mu nieco łaski, to jednak czuł wobec niego jakiś żal. Jeszcze przed paroma tygodniami siedzieli razem w karczmie i pili piwo, grali w kości i zajadali się pieczenią, a teraz miał przed sobą co najwyżej wrak tamtego człowieka, którym był Ronin.
– Wiesz, że kapitan nie pozwoli ci znowu wstąpić do straży – zagadnął go.
– Wiem, wiem – Ronin zaczął nerwowo wyłamywać sobie kościste palce. – Ale może coś osiągnę.
– Parę monet na pewno. Parker nienawidzi wszystkiego, co wiąże się z demonami, jak przyniesiemy mu paru kultystów na tacy, nie poskąpi srebra. Dostaniesz swoja działkę.
– Może… jak powiesz dobre słowo…
– Nie wrócisz do straży.
– Wiem, nie jako strażnik, ale może da mi jakąś pracę…
– Spieprzyłeś, Ronin – odezwał się inny. – Po cholerę tyś się w ogóle wychylał? Kult Krwawego Oka, niech skonam.
– Dziesięciu Tysięcy Krwawych Oczu – odburknął mężczyzna. – Też byś się dał przekonać na moim miejscu.
– Kultystom? – parsknął śmiechem. – Nigdy. Głupi nie jestem. Ronin, magia nie istnieje. Od tysiąca lat. I wszyscy o tym wiedzą. Nie wiem, jakim trzeba być idiotą, żeby zaryzykować ośmioletnią karierę wojskową i uwierzyć w takie brednie.
– Odpieprz się – burknął mężczyzna i splunął przed siebie.
Podrapał się po szczecinie i spojrzawszy na swoją dłoń, zaklął cicho, gdy zobaczył na niej delikatną, krwawą smugę z rozdrapanego strupa. Edard obserwował w milczeniu ten obraz nędzy i rozpaczy.
– Jakby nie spojrzeć – mruknął milczący dotąd mężczyzna – nie są najgorsi. Żadnych mordów, żadnych grabieży, żadnych krzykaczy nawet… tylko żebraków na ulicach coraz mniej. Jakby wszystkie sekty tak działały, chyba zmienilibyśmy prawo.
– Nawet tak nie mów – warknął na niego poprzedni. – Sekta to sekta, diabli wiedzą, co i kiedy im do łbów strzeli. Dziś żebracy, a jutro co? Może na straż się przerzucą?
– Wtedy długo nie pożyją – stwierdził rzeczowo Edard. – Parker wytrzebi ich choćby własnoręcznie.
– Dupa nie Parker – burknął Ronin, kuląc się na ziemi.
Wieczór powoli nadciągał, okrywając uliczkę mrokiem. Chłód coraz bardziej dawał się we znaki. Zimno przenikało przez kolczugę, a zatęchły koc, zamiast grzać, tylko pogarszał sprawę, wchłaniając osiadającą na metalu wilgoć. Ronin kucał na przedzie, wyłamując i obgryzając palce, co jakiś czas gorączkowo rzucając głową to w lewo, to w prawo. Edard zmełł w ustach kolejne przekleństwo. Kiedy parę dni temu dawny towarzysz broni przyszedł do niego, kompletnie złamany i zrujnowany, by przedstawić swoją propozycję, przystał na nią bez chwili wahania, w myślach już planując, na co wyda zarobioną premię. Układ był dziecinnie prosty – Ronin przekona swoich nowych ziomków, że znalazł kolejnych chętnych do zwerbowania do sekty, zaś Edard i jego pododdział udadzą się na miejsce spotkania i schwytają pośrednika. Jeśli będzie cenny dla sekty, inni postarają się go odbić i sami wpadną w ręce straży, jeśli nie – schwytany sam szybko się zorientuje, jak krucha jest jego sytuacja, i zacznie mówić, dając im tym samym dostęp do najnowszych nabytków sekty. Przedsięwzięcie miało być banalne, a przy tym opłacalne. Tym bardziej zaczynał denerwować się świadomością, że Ronin może ich zdemaskować przez swoje zachowanie.
W mniej więcej godzinę po zmierzchu, gdy głowy strażników zaczęły chwiać się z sennego znudzenia, w oddali dało się słyszeć powolne, szurające kroki. Ronin spojrzał w tamtym kierunku i zastygł bez ruchu.
– Idzie – syknął.
Jego głos był jak chluśnięcie w twarz zimną wodą. Edard natychmiast zupełnie się rozbudził i poczuł, jak jego serce przyspieszyło bicia. Pozostali również poruszyli się niespokojnie, naciągając znów swoje koce. Ronin zaczął jeszcze bardziej nerwowo przygryzać palce.
Przybysz zbliżył się na tyle, że można było już wyraźnie dostrzec jego ubiór. Miał na sobie postrzępioną, brudną szatę, która z pewnością widziała już lepsze czasy, prawdopodobnie wiele lat temu. Twarz skryta była w cieniu wielkiego, workowatego kaptura. Posuwał się naprzód powoli, niczym starzec, zgarbiony, ze złożonymi jak do modlitwy rękami, wyciągniętymi przed siebie, przez co przypominał jakiegoś wędrującego żebraka. Edard zwrócił na nie uwagę – były równie chude i kościste jak u Ronina.
Przybysz przeszedł powoli koło nich, nie zaszczycając ich choćby spojrzeniem. Jeśli w jakikolwiek sposób dał Roninowi znak, Edard nie zauważył tego. Mimo to, chudzielec wstał i gestem dłoni nakazał to samo pozostałym. Powoli, uważając, by nie wydawać z siebie zbyt wielu dźwięków, strażnicy podążyli za nim. Mężczyzna kroczył dalej naprzód, niezwykle równym, wręcz hipnotycznym rytmem. W pewnym momencie skręcił w niewielką, ślepą uliczkę i dotarł do samego jej końca. Dopiero wówczas po raz pierwszy spojrzał na całą piątkę. Nie odzywając się ani słowem, stał i w milczeniu obserwował ich przez dłuższą chwilę. Potem wreszcie schylił się i zacisnął dłonie na kratce ściekowej. Spokojnym ruchem uniósł kratkę i postawiła ją obok, otwierając tym samym wejście do kanału, i znów spojrzała w stronę strażników.
– Chodźcie – szepnął Ronin, wychodząc naprzód grupy. – To jedyny sposób, żeby się do nich dostać.
I nie mówiąc nic więcej, podszedł do wyrwy w chodniku i zszedł w dół. Edard, walcząc z chęcią natychmiastowego pojmania tego człowieka i zakończenia misji, podszedł do kanału i również zszedł po drabinie zaczynającej się tuż pod poziomem ścieków. Szczęśliwie woda w środku była zbyt nisko, by musiał się ubrudzić, niemniej smród zwalał z nóg.
Gdy cała szóstka była już na dole, jeden ze strażników z niechęcią zrzucił z siebie koc i cisnął nim w wodę. Dopiero w tym momencie Edard uprzytomnił sobie, że ani razu nie zapytał, czy Ronin uprzedził swoich towarzysz, iż do sekty "chcą" dołączyć strażnicy. Stres pojawił się tylko na chwilę, bowiem gdy kultysta zszedł za nimi (z trudem zasuwając kratę z powrotem na swoje miejsce) obdarzył ich tylko przelotnym spojrzeniem i ruszył przed siebie. Wyjął zza pazuchy niewielką pochodnię i kilkoma uderzeniami krzemienia o ścianę kanału skrzesał iskrę. Jasne, chybotliwe światło wypełniło korytarz, a wraz z nim pojawiły się tańczące na kamieniach cienie. Strażnicy spojrzeli na Edarda, a ten po chwili również odrzucił swoją narzutę i już nieco pewniejszym krokiem podążył za milczącym przewodnikiem, zachowując spory dystans. Pochód zamykał Ronin.
Po niezbyt długim marszu dotarli do miejsca, w którym kilka korytarzy krzyżowało się w niewielkiej, okrągłej wyrwie. Z wody wystawało parę trzcin, część z nich już przegniła. Przewodnik bez chwili wahania skierował się na wprost, wyciągając pochodnię tak daleko przed siebie, jak tylko było to możliwe. Jej światło utknęło w jednym z korytarzy, sprawiając, że pozostałe odnogi zdawały się ziać ciemnością. Edard zaklął, tym razem już głośno, widząc, jak człowiek schodzi coraz niżej, zanurzając się aż po pas w cuchnącej wodzie. Wyglądało na to, że w tym miejscu dno zgłębiało się na moment. Przewodnik wyszedł na drugim końcu, odwrócił się i wbił w nich wyczekujące spojrzenie. Gdy znaleźli się w zatoczce, z pozostałych odnóg dało się słyszeć chlupot. Wtem jeden ze strażników z okrzykiem zwalił się na kolana, z głośnym pluskiem lądując w wodzie.
– Co do…?!
Edard odwrócił się, dobywając miecza. Ostatni z ich czwórki nie ruszał się, z rękami uniesionymi ku górze i przerażeniem na twarzy. Tuż za nim stał Ronin, przykładając mu sztylet do gardła. Drugi strażnik leżał w wodzie, przytrzymywany przez czterech mężczyzn w czarnych togach. Obok nich pływały trzcinowe rurki, których użyli, by nie utonąć. On i ostatni zbrojny nie mieli już jakiegokolwiek wyjścia – z pozostałych odnóg wyłoniła się grupa kilkunastu kultystów, którzy trzymali przed sobą gotowe do strzału kusze. Gdyby nie dwaj wyłączeni z działania strażnicy, mogliby próbować walczyć albo przynajmniej uciekać, ale teraz każdy niewłaściwy ruch oznaczałby dla nich wyrok.
– Ty pierdolony sprzedawczyku – warknął w bezsilnej złości i splunął w breję przed sobą. – Lepiej ukręć sobie łeb, zanim dopadnie cię Parker. Będziesz błagał o śmierć.
– Gadaj zdrów – odparł tamten. – Schowaj miecz albo zarżniemy was jak świnie. Liczę do trzech. Raz!
Edard zaklął, ale posłusznie schował miecz. Drugi strażnik zrobił to samo. Część kultystów opuściła kusze i podeszła do nich, by po kolei związać im ręce za plecami.
– Jesteś chory, Ronin! – rzucił klęczący strażnik, wykrztuszając obrzydliwą wodę. – Skreśliłeś swoją ostatnią szansę na powrót do życia! I za co?! Jakieś bujdy o pieprzonych krwawych oczkach!
Ronin zbliżył się do niego i uderzył go w twarz otwartą dłonią. Podenerwowanie i przestrach gdzieś zniknęły, pozostawiając tylko twarde spojrzenie rozpalone gorączkową pasją.
– Nigdy więcej nie waż się obrażać Dziesięciu Tysięcy Krwawych Oczu, Pana Gniewu, Malbotha.
– Ronin, do diabła. – Edard starał się, by jego głos brzmiał pewnie, ale trząsł się z zimna i podenerwowania. – Przez osiem lat aresztowałeś niejednego kultystę, wiesz najlepiej, że wszyscy oni opowiadają te same brednie, tylko w inny sposób!
Spojrzenie, którym uraczył go dawny towarzysz, odebrało mu mowę. Nie wiedział, czy widzi w nich chorobę, szaleństwo, czy kompletną desperację. Wiedział na pewno, że to już nie był ten sam człowiek.
– Wkrótce się przekonasz – odparł. – Wszyscy się przekonają.

***
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Przeczytane.
Moje uwagi :

ad1 "Przeżuł w ustach przekleństwo na myśl o tym ile cholernych chorób może się nabawić przez samo przebywanie w tym rynsztoku," <–-–-–- chyba raczej ilu

Podsumowanie.

Plusy:

+ szybko się czyta

+ nie ma nawału informacji

+ dobrze prowadzona narracja

+ wzbudza zainteresowanie

Minusy:

– wprowadzający w błąd wstęp (tu prawie wcale nie ma przekleństw)

– motyw zasadzki jest cliche

– od początku można się domyśleć jak potoczy się fabuła tego fragmentu

– imię głównego bohatera za bardzo kojarzy mi się z Edward (ale to tylko moje marudzenie takie :P)

– twój protagonista jest mało domyślny
– kult tysiąca oczu przypomina mi kult niewidzącego oka z gry Baldur's Gate Cienie Amn, ponieważ tam również występuje jak wskazuje nazwa podobny kult i też akcja dzieje się w kanałach (ale to znowu tylko moje prywatne odczucie).

Nie jest to co prawda jakaś totalna rewolucja, ale kawał niezłej roboty z obietnicą niezanudzenia mnie na śmierć w dalszych fragmentach(obym się nie pomylił :P).
Eorth znajduje się w tym miejscu gdzie śpią wszystkie smoki
Odpowiedz
#3
(02-05-2015, 19:22)Crazy Halfling Mage napisał(a): Przeżuł w ustach przekleństwo na myśl o tym (przecinek) ile(ilu) cholernych chorób może się nabawić przez samo przebywanie w tym rynsztoku, jakim były slumsy Aarestii.

Jedno spojrzenie wystarczyło, by upewnić się, że nie potrzebuje(potrzebował – zasadniczo utrzymuje się ten sam czas narracji) jej – i tak wyglądał jak żebrak.

Choć z jednej strony Edard żartował sobie z niego w myślach, wyobrażając sobie, jak nawet inni żebracy decydują się okazać mu nieco łaski, to jednak czuł wobec niego jakiś żal. Jeszcze przed paroma tygodniami siedzieli razem w karczmie i pili piwo, grali w kości i zjadali(zajadali) się pieczenią, a teraz miał przed sobą co najwyżej wrak tamtego człowieka, którym był Ronin.

– Dziesięciu Tysięcy Krwawych Oczu – odburknął mężczyzna(kropka) – t(T)eż byś się dał przekonać na moim miejscu.

– Kultystom? – prychnął(parsknął – śmiechem się nie prycha) śmiechem(kropka) – n(N)igdy. Głupi nie jestem. Ronin, magia nie istnieje,(zbędny przecinek) od tysiąca lat,(zbędny przecinek) i wszyscy o tym wiedzą.

Podrapał się po szczecinie i spojrzawszy na swoja(ą) dłoń, zaklął cicho, gdy zobaczył na niej delikatną, krwawą smugę z rozdrapanego strupa.

– Nawet tak nie mów – warknął na niego poprzedni(kropka) – s(S)ekta to sekta, diabli wiedzą, co i kiedy im do łbów strzeli.

– Wtedy długo nie pożyją – stwierdził rzeczowo Edard(kropka) – Parker wytrzebi ich choćby własnoręcznie.

Zachmurzone niebo (Przysłaniać światło księżyca mogą chmury, nie niebo) co rusz przysłaniało światło księżyca, pogrążając scenerię w kompletnych ciemnościach.

Edard poczuł mdłości, gdy dostrzegł spojrzenie Ronina,(zbędny przecinek) podążające za stworzeniem.

Zimno przenikało przez kolczugę, a zatęchły koc, zamiast grzać, tylko pogarszał sprawę, wpijając( «zagłębić w coś zęby, paznokcie lub palce» –-–> "wpijać" tutaj nie pasuje, jak już "nasiąkając wilgocią" czy coś w tym guście) osiadającą na metalu wilgoć.

Jakby tego było mało, smród był coraz mocniejszy. Ronin kucał na przedzie, wyłamując i obgryzając palce(Jak można obgryzać palce? Raczej paznokcie, chyba że mowa o tzw. "skórkach", ale wtedy napisałabym "czubki palców" albo coś) , co jakiś czas rzucając głową to w lewo, to w prawo.

Edard przeżuł(Może być "zmełł", żeby nie było dwukrotnie to samo określenie na tę samą czynność) w ustach kolejne przekleństwo.

Po nitce do kłębka, jeden Ronin byłby w stanie przyczynić się nawet do kompletnego zdemaskowania niebezpiecznego kultu, a on, Edard, będąc tym, który zainicjował całą akcję, mógłby nawet starać się o szybszy awans.

Jego głos był jak chluśnięcie w twarz zimną wodą. Edard natychmiast zupełnie się rozbudził i poczuł, jak jego serce przyspieszyło bicia(Jakoś mi to nie brzmi, napisałabym "jak jego serce zabiło szybciej/szybsze bicie swego serca").

Powoli, uważając (przecinek) by nie wydawać z siebie zbyt wielu dźwięków, strażnicy podążyli za nim.

Mimo,(zbędny przecinek) iż z całą pewnością wiedział o ich obecności, nie zareagował na to w żaden sposób.

Zakapturzona postać spokojnym ruchem uniosła kratkę i postawiła ją obok(zbędna spacja) , otwierając tym samym wejście do kanału (przecinek)i znów spojrzała w stronę strażników.

– Chodźcie – szepnął Ronin, wychodząc naprzód grupy(kropka) – t(T)o jedyny sposób, żeby się do nich dostać.

Edard, walcząc z chęcią natychmiastowego pojmania tego człowieka i zakończenia misji, podszedł do kanału i również zszedł po drabinie,(zbędny przecinek) zaczynającej się tuż pod poziomem ścieków. Szczęśliwie, (zbędny przecinek)woda w środku była zbyt nisko, by musiał się ubrudzić, niemniej smród zwalał z nóg. Schodząc(przecinek) próbował spojrzeć z bliska w twarz przybysza, jednak ta wciąż pozostawała zbyt głęboko w cieniu.

Wyjął zza pazuchy niewielką pochodnię i kilkoma uderzeniami krzemienia o ścianę kanału skrzesał iskrę. Jasne, chybotliwe światło wypełniło korytarz, a wraz z nim pojawiły się tańczące na ścianach cienie.

Po niezbyt długim marszu,(zbędny przecinek) dotarli do miejsca, w którym kilka korytarzy krzyżowało się w niewielkiej, okrągłej wyrwie. Z wody wystawało kilka trzcin, część z nich już przegniła.

Przewodnik bez chwili wahania skierował się na wprost, wyciągając pochodnie(ę) tak daleko przed siebie, jak tylko było to możliwe.

Jej światło utknęło(Światło nie może utknąć) w jednym z korytarzy, sprawiając, że pozostałe odnogi zdawały się ziać ciemnością. Edard zaklął, tym razem już głośno, widząc(przecinek)jak człowiek schodzi coraz niżej, zanurzając się aż po pas w cuchnącej wodzie.

Edard odwrócił się, dobywając jednocześnie(zbędne – jednoczesność czynności wynika ze zdania) miecza.

Ostatni z ich czwórki stał z rękami uniesionymi ku górze, z przerażeniem na twarzy. Tuż za nim stał Ronin, przykładając mu sztylet do gardła.

Mimowolnie odnotował, że wszystkie cztery pary rąk mają(miały) kościste, pająkowate palce. On i ostatni ze strażników nie mieli już jakiegokolwiek wyjścia – z pozostałych odnóg wyłoniła się grupa kilkunastu kultystów, (zbędny przecinek)odzianych w takie same postrzępione szaty, które skrywały ich twarze.

– Ty pierdolony sprzedawczyku – warknął w bezsilnej złości i splunął w breję przed sobą(kropka) – l(L)epiej ukręć sobie łeb, zanim dopadnie cię Parker.

Gadaj zdrów – odparł ów(Ten rym zdecydowanie źle brzmi. Zamiast "ów" lepiej dać "tamten")(kropka)– s(S)chowaj miecz, (zbędny przecinek)albo zarżniemy was jak świnie.

– Jesteś chory, Ronin – rzucił klęczący strażnik, wykrztuszając obrzydliwą wodę(kropka) – i (I)skreśliłeś swoją ostatnią szansę na powrót do życia!

Podenerwowanie i przestrach gdzieś zniknęły, pozostawiając tylko twarde spojrzenie,(zbędny przecinek) rozpalone gorączkową pasją.

– Ronin, do diabła(kropka) – Edard starał się, by jego głos brzmiał pewnie, ale trząsł się z zimna i podenerwowania(kropka) – p(P)rzez osiem lat aresztowałeś niejednego kultystę, wiesz najlepiej (przecinek)że wszyscy oni opowiadają te same brednie (przecinek)tylko w inny sposób!

Muszę przyznać, że tekst całkiem przypadł mi do gustu. Jest napisany przyjemnym stylem, więc miło mi się czytało. Zbudowałeś ciekawe, łatwe w odbiorze (w każdym razie dla mnie) opisy dobrze ukazujące akcję, a i fabuła niczego sobie – przedstawiłeś Ronina w taki sposób, że nie spodziewałam się jego zdrady. :)
Jedynym mankamentem jest zapis dialogów – zerknij do forumowego poradnika na ten temat, myślę, że pomoże ci ogarnąć, o co w tym chodzi. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#4
Cytat:Ronin, magia nie istnieje,(zbędny przecinek) od tysiąca lat,(zbędny przecinek) i wszyscy o tym wiedzą.

Tutaj bronię tych przecinków. Postać mówi to tak, jakby tłumaczyła coś głupkowi, robiąc przerwy między tymi trzema wypowiedziami. Tylko kropka albo wykrzyknik mi tu nie pasowały trochę... A może właśnie powinienem użyć kropki?

Cytat:Ronin. Magia nie istnieje. Od tysiąca lat. I wszyscy o tym wiedzą.
"Jesteś tak chuda, że gdyby nastała zombie apokalipsa, zamiast Cię pożreć wykorzystaliby Cię od razu jako wykałaczki..."
Odpowiedz
#5
(02-05-2015, 20:48)Crazy Halfling Mage napisał(a):
Cytat:Ronin, magia nie istnieje,(zbędny przecinek) od tysiąca lat,(zbędny przecinek) i wszyscy o tym wiedzą.

Tutaj bronię tych przecinków. Postać mówi to tak, jakby tłumaczyła coś głupkowi, robiąc przerwy między tymi trzema wypowiedziami. Tylko kropka albo wykrzyknik mi tu nie pasowały trochę... A może właśnie powinienem użyć kropki?

Cytat:Ronin. Magia nie istnieje. Od tysiąca lat. I wszyscy o tym wiedzą.

Róbta co chceta. Ja podczas czytania w ogóle nie odczułam, że jest to "mówienie jak do głupka", co więcej te przerwy zabrzmiały mi nienaturalnie. Poza tym nie jestem fanką tworzenia wtrąceń tam, gdzie nie są potrzebne. Opcja z kropkami też mi jakoś nie podchodzi. Nie lepiej zaznaczyć po dialogu, że tak to było powiedziane, na przykład: "(...) – mówił wolno i wyraźnie, jakby zwracał się do głupka/półgłówka itp."?
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#6
(02-05-2015, 20:48)Crazy Halfling Mage napisał(a):
Cytat:Ronin, magia nie istnieje,(zbędny przecinek) od tysiąca lat,(zbędny przecinek) i wszyscy o tym wiedzą.

Tutaj bronię tych przecinków. Postać mówi to tak, jakby tłumaczyła coś głupkowi, robiąc przerwy między tymi trzema wypowiedziami. Tylko kropka albo wykrzyknik mi tu nie pasowały trochę... A może właśnie powinienem użyć kropki?

Ronin, magia nie istnieje. Od tysiąca lat. I wszyscy o tym wiedzą.

Nie akcentuj przecinkami, bo zamiast przerw powstaje chaos. Zawsze tłumaczyłem sobie to tak, że przecinki są od oddzielania myśli, a kropka jest przerwą na oddech.
Lubię Tytanica. Moim ulubionym bohaterem była góra lodowa.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Ach, zapomniałem odnieść się do uwag Krigeranethotha.
Mój protagonista jest mało domyślny. To jest fakt...
Spoiler:
A wstęp wcale nie wprowadza w błąd, bronię go rękami, nogami i tarczą zawieszoną na plecach. "Śladowe ilości" to mało lub bardzo mało – czyli tyle, ile tutaj właśnie owych wulgaryzmów się znajduje.
W BGII grałem rzeczywiście, ale kompletnie nie miałem go w głowie podczas pisania tego fragmentu. Ale rzeczywiście, można się doszukiwać nawiązania.
"Jesteś tak chuda, że gdyby nastała zombie apokalipsa, zamiast Cię pożreć wykorzystaliby Cię od razu jako wykałaczki..."
Odpowiedz
#8
Chciałem właśnie bronić tych "śladowych ilości", ale sam sobie z tym poradziłeś :)
Co do zdania "Ronin, magia nie istnieje. Od tysiąca lat. I wszyscy o tym wiedzą":
Kropki można też zastąpić wielokropkami:
Ronin, magia nie istnieje... Od tysiąca lat... I wszyscy o tym wiedzą.
albo
Ronin, magia nie istnieje... od tysiąca lat... i wszyscy o tym wiedzą.
Głosuję za drugą wersją, bo wskazuje, że jest to jedno zdanie, tyle że wypowiadane z przerwami.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#9
Całkiem łatwo się czytało, szczególnie jak na debiut.

Zdrada ronina była trochę zbyt przewidywalna, szczególnie nie pasowało mi, że w rozmowie z Edardem wciąż starał się mówić o sekcie pozytywnie. Jeżeli chciał ich wciągnąć w zasadzkę, to powinien to jakoś bardziej ukrywać. Wtedy zdrada byłaby bardziej zaskakująca, a kontrast między "Roninem, członkiem straży", a "Roninem okultystą" byłby lepiej wyeksponowany.

Brakuje mi też w Twoim tekście głównego bohatera, kogoś o kim chciałoby się czytać. Ronin odpada, bo jest zdrajcą i od razu się go nie lubi, a Edard zbytnio przypomina zwykłego strażnika. Żaden z nich nie jest jak dla mnie dobrym kandydatem. Chyba że to tylko wstęp, a głównego bohatera jeszcze poznamy.

Bardzo mało wiadomości poświęciłeś światu, w którym znajdują się bohaterzy, jednak nie wydaje się żeby było to aż tak potrzebne w tym prologu. Przynajmniej ja nie czułem, że brakuje mi na ten temat informacji. W kolejnych fragmentach dobrze byłoby to rozwinąć, szczególnie jeżeli chodzi o Aarestię, w której, jak zgaduje, będzie rozwijać się fabuła.

To jeszcze szybkie podsumowanie. Jak już napisałem, czytało się nieźle, nawet jak pojawiają się pewne "warsztatowe potknięcia", to nie są one ani rażące, ani nagminne. fabuła też trzyma się kupy, nie ma większych błędów logicznych. Całkiem niezły debiut.
Odpowiedz
#10
Cytat:Układ był dziecinnie prosty – Ronin przekona swoich nowych ziomków, że znalazł kolejnych chętnych do zwerbowania do sekty, zaś Edard, wraz ze swoim pododdziałem, udadzą się na miejsce spotkanie(a) i schwytają pośrednika.

Jego głos był jak chluśnięcie w twarz zimną wodą. Edard natychmiast zupełnie się rozbudził i poczuł, jak jego serce przyspieszyło bicia. zaczęło szybciej bić

Pozostali również poruszyli się niespokojnie, naciągając znów swoje koce. poprawiając na sobie koce

Ronin zbliżył się do niego i uderzył go w twarz otwartą dłonią. otwartą dłonią w twarz

Napisane jest ładnie, czyta się przyjemnie. Masz całkiem niezły warsztat, opisy są sugestywne, ciekawe i w odpowiedniej ilości. Z łatwością mogłam wyobrazić sobie poszczególne sceny. Motyw podwójnej zdrady, gdzie jedno wiarołomstwo okazuje się fałszywe jest dość popularny i oklepany, jednak okoliczności są interesujące. Prolog jest dokładnie taki, jak powinien być prolog: niezbyt długi, przyciągający uwagę, wprowadzający do świata. Zaczyna się ciekawie, chętnie zobaczę, co będzie dalej. :)
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości