Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Bogini hańby
#41
(09-05-2015, 19:37)Crazy Halfling Mage napisał(a): Jeśli chcesz pisać tekst pod większą rzeszę ludzi
A dokładniej jeśli planujesz coś wydać w tradycyjny sposób.
Czasami, gdy pojawiają się nowi, próbują na jeden raz wrzucić wszystko, co mają. Zupełnie, jakby portal miał lada dzień zniknąć z Internetów, a administracja pojechać do Afryki, sprzedawać olejek do opalania rdzennym murzynom.
~Yami
Odpowiedz
Reklama AdSense
#42
Cytat:Absolutnie nie ścinaj opisów. Nie uważam, żeby cokolwiek w tekście było złe. Ok, Twój styl to dużo rozbudowanych opisów – cool for me. Jeśli chcesz pisać tekst pod większą rzeszę ludzi, to owszem, trochę je przytnij, bo większość ludzi zazwyczaj woli takie krótsze. Ale jak piszesz coś stricte dla siebie, jak ja, to pisz tak, jak lubisz, bo – w moim przekonaniu – nie jest to złe.

Cytat:A dokładniej jeśli planujesz coś wydać w tradycyjny sposób.

Dla siebie to można równie dobrze płodzić grafomańskie bohomazy z błędami o przygodach naćpanej pralki w brutalnym świecie krwawych jamników. Jeśli takie rzeczy ludzi kręcą – droga wolna. My uczymy się, jak pisać dobrze. Gdzie pisanie dobrze często ociera się o sztukę sprzedaży własnego tekstu i siebie. Historia z wyrazistymi bohaterami, porywającą fabułą, mocnymi dialogami i świetnym światem, do której można się śmiać i płakać, potrzebuje wyłącznie szlifu, aby wybronić się sama na rynku. Być może nie zostaniesz bestsellerem, ale przynajmniej będziesz na rynku.

Bądźmy szczerzy – rozwlekanie opisów, malowanie rzeczy zupełnie zbędnych, sypanie epitetami po cztery na zdanie – to wszystko jest słabe, powszechne i... nudne. Tak próbuje pisać każdy, bo zdaje mu się – podkreślam ZDAJE MU SIĘ – że tak trzeba pisać, aby pisać lepiej. Efekt jest przeważnie odwrotny. Bo jeśli ja, jako osoba pisząca, wymiękam przy tych opisach, to jak ma zareagować na coś takiego typowy zjadacz chleba? Albo wydawnictwo?

Tekst robi się nudny. Nudny, ludzie! To chyba największy zarzut wobec jakiejkolwiek pracy. NUDA! Wyobrażanie sobie nieistotnych detali jest toporne i uciążliwe. Szczególnie, jeśli czytasz szybko, a masz sobie wyobrazić detale czterech braci, ich ubiory i milion innych rzeczy. Nudzisz się.

Jeśli chcecie tak pisać – piszcie tak. Pisanie to wolność. Możecie iść z nim w każdą stronę. Mówię tylko, że byłem tam. I w tej krainie nie ma skarbów.
Lubię Tytanica. Moim ulubionym bohaterem była góra lodowa.
Odpowiedz
#43
Nadrobiłem wszystko(przynajmniej w tym jednym tekście), po sporej przerwie.
Cytat:Szarpnęła się z oburzeniem do tyłu, jednocześnie robiąc wymach mocną nóżką.
Ten tekst zniszczył mi trochę psychikę. Zamiast zbuntowanej nastolatki wyobraziłem sobie przez to jedno zdanie małe zdenerwowane dziecko i strzaskało mi to całą wizję, którą starałaś się stworzyć opisem.

Same opisy wiadomo już, że są u ciebie barwne i o nich już ludzie pisali, a ja powiem tylko tyle, że na następnym balu lub opisie dużej grupy pewnie przeskoczę tylko fragmenty oczami.

Co do mroku w opowiadaniu, to tak rzeczywiści czai się on gdzieś w głębi, jednak zaczynają go przykrywać koronki i falbanki z ubrań arystokratów.
I nie mówię tu już o opisach, po prostu styl świata który tworzysz może się okazać na tyle specyficzny, że przynajmniej mnie odstraszy.
Według mnie zaczyna się z tego kreować bajka dla dorosłych, tyle że jej klimaty zniszczą u mnie ciekawość zanim zdążę się uzależnić fabułą.

Piszesz ładnie jednak zaczynam wątpić czy jest to świat, który chcę budować w swojej wyobraźni.

I bum zamiast o tekście to napisałem wywód o własnym guście, ale cóż nie będę już nic zmieniał.
[Obrazek: 12.jpg]
Odpowiedz
#44
Di, dzięki za komentarz. :) Cóż, mam nadzieję, że uda mi się coś uratować z tego tekstu i nie wyjdzie mi z niego bajka dla dorosłych, bo nie taki mam zamiar. Na razie jest to swoisty wstęp, ponieważ wciąż zastanawiam się, jak to rozwinąć.

No i kolejny fragment. Mam nadzieję, że tym razem będzie lepiej niż poprzednio. Miłego czytania. :)

– Pójdziesz do Żeny i powiesz jej, że ma uczesać naszą małą chłopkę. Niech zdobędzie kilka jej włosów i natychmiast mi je przekaże. Jeśli po drodze spotkasz Dav… – Joanna zamyśliła się na chwilę. – Powiedz jej, że chcę ją widzieć jak najszybciej – dokończyła, nie patrząc na sługę. Bonifazius skłonił się i, nie zwlekając, wybiegł z pokoju. Doskonale wiedział, że „jeśli” w ustach Joanny nie było prośbą, ale rozkazem. Po chwili do pokoju, szumiąc skrzydłami, wleciała ogromna sowa. Przysiadła na oparciu fotela naprzeciwko dziedziczki i czekała.
– Nadstaw uszu, moja droga, bowiem mam dla ciebie zadanie – przemówiła w końcu kobieta. – Wybierz spośród moich ptaków dwanaście najlepszych. Zaufanych, których jesteś całkowicie pewna. Mój rozkaz dla nich brzmi następująco: polecicie do Dzieci tej, którą nazywamy Matką i przekażecie im wiadomość. Wiadomość przeznaczoną tylko i wyłącznie dla nich, nikt inny nie może poznać jej treści. Zatem słuchaj uważnie i zapamiętaj słowo w słowo, a gdy powierzysz ją wybranym, zapomnij o tym, co teraz powiem. Wyczul słuch. – Joanna nachyliła się i zaczęła szeptać wprost do ucha sowy.
Gdy skończyła, ptak poderwał się i wyleciał, o mało nie zderzając się w drzwiach z wchodzącym Bonifaziusem.
– Masz? – zapytała niecierpliwie kobieta.
– Tak, madame.
– Doskonale, daj mi je. – Odebrała ostrożnie niewielkie zawiniątko i podniosła na sługę dziwne oczy. – Każ osiodłać konie, Bonifaziusie, i przyślij do mnie Żenę. Będzie mi potrzebny męski strój do jazdy konnej, płaszcz z kapturem i opaska. Teraz zostaw mnie samą, mój drogi – mówiła cicho i łagodnie, jednak w jej głosie pobrzmiewała metaliczna nuta rozkazu. Sługa skłonił się i wybiegł wypełniać polecenia.
Joanna tymczasem delikatnie rozpakowała owiniętą sznurkiem paczuszkę i spojrzała na lśniący kosmyk miedzianych włosów. Czyżby to była ONA? Kobieta przygryzła w zamyśleniu policzek. Niedługo się okaże. – Pomyślała, słysząc nadchodzącą służącą. Chwilę później do komnaty weszła niska kobieta, dźwigając naręcze ubrań. Joanna wstała.
– Pomóż zdjąć mi to cholerstwo. Byle szybko – rzuciła szorstko. Obróciła się tyłem do służącej i czekała, aż ta zacznie rozpinać haftki sukni. Usłyszała, jak wieśniaczka odkłada przyniesiony strój, a zaraz potem poczuła, jak zwinne palce wprawnie wyswobadzają ją z ciężkiego ubrania.
Chwilę później kończyła układać na związanych włosach skrywającą je opaskę. Gdy Bonifazius wszedł do pomieszczenia, po służącej nie było śladu. Zniknęła też suknia, którą Joanna nosiła na balu, biżuteria i buty. Teraz była ubrana w męski strój do jazdy konnej podkreślający zgrabną sylwetkę amazonki.
– Wyślij przodem gońca, niech powiadomi Itzel – powiedziała, nakładając płaszcz. – Podaj mi ramię, Bonifaziusie. Chodźmy, nie mamy czasu do stracenia.
Przed stajnią czekały już na nich przygotowane konie. Wyjechali od razu, jednak zamiast skierować się w stronę głównej bramy, pojechali na tyły posiadłości.
Tylko nieliczni wiedzieli o skrytej w bluszczu furcie w murze prowadzącej poza teren rezydencji. Żeby dostać się do niej, trzeba było przejść przez warzywniak, w którym niepodzielnie królował stary ogrodnik, Glewas, będący postrachem nielicznych złodziejaszków i dzieciaków, które próbowały dostać się na obszar za murem. I tym razem starzec nie zawiódł, wyrastając jak spod ziemi na drodze jeźdźców.
– A gdzież to się zachciało przeprowadzić koniki, hę? – zapytał, mrużąc małe, złe oczka. W odpowiedzi Bonifazius odsłonił skrytą dotąd pod kapturem twarz. Na ten widok ogrodnik zająknął się i spokorniał momentalnie.
– Wybaczcie staremu, miłościwy panie – mówił, gnąc się w ukłonach i wycofując rakiem w stronę swojej budy. – Wzrok już nie ten, nie zauważyłem, że to wy chcieliście przejechać… – Bonifazius zaczekał, aż mężczyzna schowa się za domkiem zbitym byle jak z niedopasowanych desek i dopiero wtedy ruszył w stronę furty, przepuszczając nadal milczącą Joannę.
Poza murami pojechali kłusem po nierównej, zarośniętej drodze w głąb otaczającego posiadłość lasu. Niedługo potem dojechali do rozstaju dróg. Pierwsza z nich, prowadzącą w lewo, była szeroka i wydeptana przez zwierzęta, ludzi i wozy. Drugiej właściwie nie było. Stanowiła ją ledwo widoczna, zarośnięta trawami sięgającymi pod koński brzuch ścieżka, na której dwa konie nie mogły iść obok siebie. Wkrótce dotarli do skrytego wśród zarośli i drzew zadziwiająco zadbanego domku, otoczonego dość wysokim murkiem. Joanna zeskoczyła z konia, podeszła do wejścia i załomotała kołatką. Stuknęło, w drzwiach pojawił się ukryty dotąd wizjer. Wyjrzało przez niego zmrużone, przekrwione oko stróża.
– Czego? – rozległ się nieprzyjemny, skrzypiący głos. Joanna zdjęła kaptur i podeszła do drzwi.
– My do kapłanki Itzel – rzuciła, pochylając się w stronę judasza. Zza drzwi dało się słyszeć niewyraźne burczenie, ponownie coś stuknęło. Wizjer zniknął, szczęknął zamek. Wejście otworzyło się, odsłaniając wspaniałości przydomowego ogródka zielarskiego kapłanki. Weszli do środka, mijając nadal mamroczącego pod nosem gnoma. Zaczekali, aż skończy zamykać posiadające pięć zamków drzwi, opatrzone dodatkowo kilkoma pieczęciami ochronnymi i poszli za kuśtykającym o lasce odźwiernym. Mimo że gnom podpierał się na ladze, wcale jej nie potrzebował. Bonifazius przekonał się kiedyś na własnej skórze, że służący starej kapłanki nadal jest w pełni sił witalnych, a na dodatek doskonale opanował spuszczanie łomotu swoją laską. Przez kolejny miesiąc czuł na ciele zadane wtedy razy.
W drzwiach domu stała Itzel, uśmiechając się niczym lekko szalona, ale dobrotliwa ciotka,
– Joanno! Duszko moja najukochańsza! Jakże ja cię dawno nie widziałam! – Niemal krzyczała, obejmując pulchnymi ramionkami kobietę. – O, Bonifazius! Ależ wyrósł z ciebie przystojniak! Słowo daję, gdybym była młodsza, z łóżka bym cię nie wypuściła, moje ty ciasteczko lukrowane! – zaśmiała się rubasznie i puściła oczko do jego towarzyszki, jednocześnie szczypiąc w pośladek płonącego iście dziewiczym rumieńcem mężczyznę.
– Z czym do mnie przychodzicie, słoneczka? – zapytała chwilę później, rozsiadając się w obitym wytartą już skórą fotelu. Joanna bez słowa podała jej niewielkie zawiniątko. Itzel zręcznie rozwiązała sznureczek i uniosła do oczu kosmyk połyskujących miedzią włosów. Przyglądała im się przez moment, po czym, przecząc zupełnie twierdzeniu, jakoby wydatna tusza ograniczała zwinność, zadziwiająco zgrabnie poderwała się z fotela i skinieniem zaprosiła przybyszów do przejścia do dalszych pomieszczeń.
Ściany wysokiego pokoju zasłaniały od góry do dołu zastawione księgami, fiolkami i flaszkami regały. Itzel sprawnie wspięła się po drabinie i zaczęła przerzucać opatrzone kolorowymi wstążkami pergaminy, mrucząc pod nosem. W końcu wyciągnęła jeden, chwyciła stożkowatą butelkę i podeszła do stojącego na środku pokoju drewnianego stołu. Joanna i Bonifazius zatrzymali się przy drzwiach i stamtąd obserwowali poczynania odwróconej plecami kapłanki.
Itzel przelała trochę zawartości zdjętej flaszki do przezroczystego naczynia. Dodała dziwnie wyglądającego zielska, wrzuciła kilka otrzymanych od Joanny włosów. Przygryzła wargę w zamyśleniu i, zmarszczywszy brwi, sięgnęła po coś, co Bonifaziusowi przypominało ludzki palec. Wywar syknął, roztaczając wokół duszący, zalatujący trupem odór. Itzel sapnęła z oburzeniem. Nabrała garść małych, żółtych kwiatków i z rozmachem cisnęła je bulgoczącemu złowrogo płynowi na pożarcie. Strzeliło, zaśmierdziało. Itzel podrapała się po głowie. Żołądek Bonifaziusa zatańczył kankana, gdy zauważył, iż kobieta do poskrobania się użyła trzymanej w dłoni szponiastej łapy. Jeszcze przez chwilę kapłanka krążyła po pomieszczeniu, dodając do naczynia kolejne składniki.
Wreszcie odwróciła się w ich stronę. Siwe włosy miała nastroszone i potargane, a na twarzy widniały czarne smugi. Pokręciła głową, patrząc z rezygnacją na Joannę.
– To nie ONA. Dziewczyna ma wyjątkowo silną aurę, jednak to wciąż nie ta. – Joanna westchnęła ciężko, rozdymając nozdrza. – Możesz oddać ją nam, uczynimy z niej kapłankę. Dziewczyna ma do tego odpowiednie predyspozycje… – urwała, przechwyciwszy nieme przyzwolenie.
– Jest jeszcze coś – kontynuowała wiedźma, przyglądając się bacznie kobiecie. – Sprawdzając waszą dzierlatkę, trafiłam na wyjątkowo… hm… ciekawy… ślad. – Joanna poderwała głowę i wbiła w kapłankę spojrzenie.
– Jaki… ślad? – zapytała lekko drżącym głosem. Bonifazius zauważył, jak przez twarz Itzel przemknął cień uśmiechu. Przyglądając się kobiecie, spostrzegł, że po początkowej wylewnej serdeczności nie pozostał nawet ślad. Już nie przypominała dobrodusznej ciotki, która każdego przytuli do obfitej piersi i nakarmi domowymi ciasteczkami. Teraz wyglądała jak prawdziwa kapłanka – zimna, surowa i poważna.
– Chodźcie. Coś wam pokażę – mruknęła, taksując ich wzrokiem.
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
#45
(12-05-2015, 17:54)Arabella napisał(a): – Pójdziesz do Żeny i powiesz jej, że ma uczesać naszą małą chłopkę. Przy czesaniu ma „przypadkiem” wyrwać lub uciąć jej pukiel włosów. Weźmiesz od niej owe włosy i przyniesiesz mi. (drugie i trzecie zdanie połączyłabym w jedno – 'Przy okazji niech zdobędzie kilka jej włosów i natychmiast mi je dostarczy.' – to może być tak lub jakoś inaczej, ale w ten sposób uprościsz zdania i unikniesz powtórzeń)

Jeśli po drodze spotkasz Dav… – Joanna zamyśliła się na chwilę. – Powiedz jej, żeby przyszła do mnie, kiedy tylko się dowie, że chcę ją widzieć (tu też bym uprościła – 'Powiedz, że chcę ją widzieć jak najszybciej.') – dokończyła, nie patrząc na sługę.

Mój rozkaz dla nich brzmi następująco: polecicie do Dzieci(czemu z dużej?) tej, którą nazywamy Matką i przekażecie im wiadomość.

Chwilę później do komnaty weszła niska kobieta, dźwigając przełożone przez lewe przedramię(właśnie takie szczegóły są zbędne) naręcze ubrań. Joanna wstała.

Obróciła się tyłem do służącej i czekała(przecinek) aż ta zacznie rozpinać haftki sukni.

Usłyszała, jak usługująca jej(zbędne) wieśniaczka odkłada przyniesiony strój, a zaraz potem poczuła, jak zwinne palce wprawnie wyswobadzają ją z ciężkiego ubrania.

Teraz kobieta (zbędne – wcześniej pisałaś o tym, że Joanna zdjęła poprzednie ubranie) była ubrana w męski strój do jazdy konnej,(bez przecinka) podkreślający zgrabną sylwetkę amazonki.

Wyjechali od razu, jednak zamiast skierować się w stronę głównej bramy, pojechali w kierunku tyłu(na tyły) posiadłości.

Żeby dostać się do niej(przecinek) trzeba było przejść przez warzywniak, w którym niepodzielnie królował stary ogrodnik, Glewas, będący postrachem nielicznych złodziejaszków i dzieciaków, które próbowały dostać się na obszar za murem.

– Wzrok już nie ten, nie zauważyłem, że to wy żeście chcieli (chcieliście – wcześniej już jest 'że') przejechać…

Joanna zeskoczyła z konia i(przecinek zamiast 'i') podeszła do wejścia,('i' zamiast przecinka) załomotała kołatką.

Zza drzwi dało się słyszeć niewyraźne burczenie, ponownie (coś – bo wychodzi, że to burczenie stuknęło) stuknęło.

Weszli do środka, mijając nadal marudzącego coś(mamroczącego pod nosem) pod nosem gnoma.

Mimo że idąc(oddziel to przecinkami, a najlepiej usuń) gnom podpierał się na ladze, wcale jej nie potrzebował.

W drzwiach domu, uśmiechając się niczym lekko szalona, ale dobrotliwa ciotka, stała Itzel.(zmieniłabym szyk – W drzwiach domu stała Itzel, uśmiechając się...)

Itzel sprawnie wspięła się po drabinie i, mrucząc pod nosem, (to przerzuciłabym na koniec zdania) zaczęła przerzucać opatrzone kolorowymi wstążkami pergaminy.

W końcu wyciągnęła jeden, chwyciła, wypełnioną do połowy wściekle fioletowym płynem,(nie traktowałabym tego jako wtrącenie) stożkowatą (aż tyle szczegółów to zbyt wiele na jedną butelkę) butelkę i podeszła do stojącego na środku pokoju drewnianego stołu.

– Jaki… ślad? – zapytała lekko drążcym(drżącym głosem).

Naprawdę jest nieźle, rysuje się wątek poszukiwania wybranki? Z fabułą wszystko jest w porządku. Jednak określeń opisowych nadal używasz za dużo jak dla mnie. Zaznaczyłam takie miejsca w tekście. Widać, że bardzo to lubisz, ale troszeczkę obetnij, nawet, gdyby miało boleć :D.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#46
Naw, dziękuję za komentarz i poprawki. Ostatnio łapię się na tym, że przeglądając poprawki mam takie: ej, czyli to było dobrze. I to też. Cholera, dlaczego ja to zmieniłam? >.< xD
Dzieci z dużej litery, ponieważ jest to swojego rodzaju nazwa, hm, jakby to powiedzieć, takiego trochę ugrupowania, co raczej wyjaśnię jakoś później.
Przeklęte powtórzenia. >.<
Co do określeń – zupełnie o tym nie pomyślałam. Skupiłam się na ograniczeniu opisów i nie dawaniu ich wszędzie, gdzie się da oraz nie sypaniu zbędnymi przymiotnikami, a i tak coś się wkradło. Postaram się uważać na to. :)
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
Reklama AdSense
#47
Cytat:na dodatek doskonale opanował spuszczanie łomotu swoją laską.

Nie pasuje mi ten łomot do formy narracji w tekście.

Cytat:Żołądek Bonifaziusa zatańczył kankana

j/w

Ogólnie zakończone perfidnym cliffhangerem i dalej wiadomo dużo mniej niż więcej. Ale lubię to, jak wygląda magia w Twoim opku :)
Opisów jest wyraźnie mniej, a przynajmniej ja ich mniej widziałem.
Czekam na więcej :P
Niby to wszystko banalne lecz długo się uczyłem cieszyć z prostych rzeczy.
Całe dnie szare przyćmione żalem i narzekaniem gdy teraz na to patrzę ciężko mi uwierzyć.
Zawsze gdy wstaje czeka tu na mnie jakieś wyzwanie bo nieustannie mamy coś tu do odkrycia.
Nawet przegrane coś dają nam a więc idę odważnie i to, co dane mi biorę od życia.
Odpowiedz
#48
I... kolejny fragment. Mam nadzieję, że się spodoba. :) Miłego czytania. :)

Posłusznie zeszli za kobietą do piwnicy. Oboje rozglądali się ciekawie, zaglądając ukradkiem przez uchylone drzwi. Niewielu miało okazję zobaczyć podziemia domu Itzel, a jeszcze rzadziej ktokolwiek wychodził z nich inaczej niż zawinięty w płótno.
Szli jeszcze przez chwilę, zanim zobaczyli proste, drewniane drzwi. Jednak myliłby się ten, kto uznałby je za normalne. Wejścia strzegły potężne pieczęcie ochronne i nie tylko. Przechodząc, Joanna i Bonifazius rozejrzeli się niespokojnie, jednak niczego nie zauważyli. Mimo to, kiedy Itzel zdejmowała magiczne zabezpieczenia, czuli na sobie czyjeś spojrzenie. Bonifaziusowi wydawało się nawet, że słyszy chichot – zły, wywołujący ciarki śmiech. Ale gdy zapytał o to Joannę, spojrzała tylko na niego jak na wariata i weszła do pomieszczenia za kapłanką. Podążył za nimi nieświadom, że za jego plecami, w miejscu, gdzie stał przed chwilą, zmaterializował się chudy, wysuszony mężczyzna w łachmanach i robił głupie miny, wywołując ledwie słyszalny chichot identycznego towarzysza. Jednak, gdy Bonifazius obejrzał się za siebie, nie zobaczył nikogo.
Znaleźli się w ciemnym pomieszczeniu, oświetlonym jedynie kilkoma ustawionymi w różnych miejscach lichtarzami. Ktoś szturchnął go w ramię. Obrócił się, prawie przewracając jakiś posąg, a może postać. Joanna wyciągnęła ku niemu chustkę wydzielającą mocny ziołowy zapach.
– Zakryj nos i usta, zanim cię zemdli. Jeśli zarzygasz posadzkę, Itzel złoży nas w ofierze – warknęła groźnie zza materiału.
Poczuł to dopiero, kiedy skończyła mówić. Straszliwy smród wypełnił nozdrza, zdusił oddech. Zatoczył się do tyłu, ale nie przewrócił, podtrzymany przez silne ramię. Z cienia za nim wyłoniła się młoda protegowana Itzel, Xoco. Pchnęła go lekko do przodu, a sama przyklęknęła obok kapłanki oddającej cześć Matce. Wzorem Joanny szczelnie zakrył nos i usta chusteczką, po czym również uklęknął.
Po chwili uniósł głowę i rozejrzał się ciekawie, nie ośmielając się jednak odjąć materiału od twarzy. W pokoju było ciemno, ale dało się rozróżnić poszczególne kształty. Pomieszczenie w dużej mierze było puste. Umeblowanie stanowił stół i udekorowany kolbami i liśćmi kukurydzy tron z wysokim oparciem.
W końcu Itzel wstała, odsłaniając podłogę przed dziwnym ołtarzem. Leżało na niej kilka nagich, dziwnie ułożonych kobiet. Bonifazius postąpił krok w ich stronę i zorientował się, że to wcale nie są ludzie. Na posadzce przed stołem leżały skóry młodych dziewczyn.
Kapłanka obróciła się ku nim, przywołała Joannę gestem, po czym wrzuciła coś do kosza ustawionego przed stołem ofiarnym. Bonifazius z niedowierzaniem patrzył, jak ogień w koszu z pomarańczowego zmienia się na zielony. Żar buchnął, zasyczało, zamruczało i niespodziewanie rozległ się głos przywodzący na myśl tłuste, białe robale pełzające po wzdętym trupie.
– To nie ONA… – zaszeptał ochryple. – Znajdź… Dziewczyna wie, gdzie JEJ szukać… Znajdź… Dowiedz się… Pospiesz się… Zanim oni ją dostaną… Musisz być pierwsza… – syczał. Bonifazius poczuł, jak zimno zalewa jego ciało. Nagle zapragnął znaleźć się jak najdalej od tego miejsca, tych kobiet, a przede wszystkim tego głosu. – Znajdź… – zachrypiał i umilkł.
Płomień znowu stał się pomarańczowy.
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
#49
(25-05-2015, 16:53)Arabella napisał(a): Niewiele kto miał okazję zobaczyć podziemia domu Itzel, a jeszcze rzadziej wychodził z nich inaczej niż zawinięty w płótno. (napisałabym to inaczej: Niewielu miało okazję... ,a jeszcze rzadziej ktokolwiek wychodził z nich inaczej...)

Podążył za nimi,(bez przecinka) nieświadom, że za jego plecami, w miejscu, gdzie stał przed chwilą, zmaterializował się chudy, wysuszony mężczyzna w łachmanach i robił głupie miny, wywołując ledwie słyszalny chichot identycznego towarzysza.

Jeśli zarzygasz posadzkę, Itzel złoży nas w ofierze.(bez kropki)Zamruczała(z małej litery, jednak to słowo kojarzy mi się ciepło, seksownie, więc lepiej 'warknęła') groźnie zza materiału.

Wzorem Joanny,(raczej bez przecinka) szczelnie zakrył nos i usta chusteczką, po czym również uklęknął.

Kapłanka obróciła się ku nim, przywołała Joannę gestem, po czym wrzuciła coś do ustawionego przed stołem ofiarnym kosza. (lepsza jest chyba konstrukcja 'wrzuciła coś do kosza ustawionego...)

Coraz bardziej mrocznie, skóry zdarte z kobiet-ofiar? Szukanie najważniejszej ofiary? Dobry fragment, moim zdaniem zrównoważyłaś ilość opisów. Czekam na dalsze części.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#50
Naw, dziękuję za poprawki. :D Cieszę się, że mi się udało, starałam się wyrzucić zbędne opisy. :)
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości