Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Filakterium
#1
Pierwszy rozdział opowiadania, chociaż jeszcze nie wiem czy zakończony, waham się nad dodaniem kilku kwestii, taki półprodukt :x Dziękuję za uwagę!

Okrzyk „Fizis ginie!”* nie schodził z ust uciekających przed językami ognia mieszkańców miasta. Pożar pojawił się znikąd, lecz nie zamierzał szybko odpuścić, gród alchemików był dla niego smakowitym kąskiem. Znajdował wśród wąskich zaułków, wśród kramów z drewnem, wśród składów oliwy drogocenne dary, które pomagały mu się rozprzestrzeniać i, co ważniejsze, pozwalały mu siać spustoszenie. Śmiercionośny marsz pożerał wszystko, co znalazł na swej drodze. Gonił ludzi między uliczkami, otaczał ich, brał w kleszcze, by w końcu dokonać dzieła, podczas jego uczty piecze nad muzyką sprawowały krzyki i wrzaski kobiet lamentujących drogocenne imiona. Żywe morze próbowało dostać się do południowej i zachodniej bramy miasta, gdzie ogień jeszcze nie dosięgnął, jeśli ocean pożogi dotarłby również tam, byliby w kompletnym potrzasku — mury, które ochraniały miasto przed najeźdźcami, stałyby się ich mogiłą…
Ogień nie próżnował, pochłaniał w swych czeluściach wszystkich niebędących w stanie przed nim uciec. Już dawno nie posiadał się z takiej radości — rzeź sprawiała, że płomienie wbijały się w ciemne niebo, oświetlając je niczym podczas letniego poranka, czerwona łuna zalegała nad miastem. Dym wszedł w komitywę z chmurami. Upiorna noc miała dopiero się zacząć.
Ogień posępnie stwierdził, że podczas łowów upoluje głowy wszystkich mieszkańców miasta.
— Czy nie powinnyśmy pomóc Fizis, mistrzu? — spytała dziewczynka, dosiadająca kasztanowego kuca.
Jej błękitne oczy z fascynacją wędrowały po tragicznym obrazie, który dział się tuż u podnóża góry. Niemal mogła dosięgnąć pulchną rączką połaci ognia rujnujących gród. Jedno zaklęcie opiekuna małej wystarczyłoby, by miasto mogło ujść z życiem z koszmaru. Przeniosła wzrok na stojącego tuż obok mężczyznę ubranego w ciemny płaszcz, z kapturem zasłaniającym zmarszczoną twarz. Wiedziała, jaki wyraz na niej królował — jak zwykle — powaga pomieszania z czymś, co ona nie umiała nazwać, a co za każdym razem ją coraz bardziej trapiło.
— Nie możemy nic zrobić dla tego miasta, moje dziecko — odparł ochrypłym głosem mag. — Ono nie bez powodu płonie. Wyczul zmysły.
I wtedy nagle poczuła, coś czego wcześniej nie potrafiła dostrzec w gęstwinie emocji, że też nie zauważyła tego wcześniej! To nie był zwykły ogień, pożar miał w sobie moc, o której dziewczynka bałaby się choćby zamarzyć! Przeszedł ją dreszcz na samą myśl, że ktoś był w stanie wywołać tak wielką pożogę.
— Więc to magia? — spytała nieśmiało i powiodła spojrzeniem po umierającym mieście.
— Tak, a dokładniej, czarna magia…
***
dziesięć lat po pożarze

Sura z nieukrywaną przyjemnością powalił przyjaciela jednym szybkim pchnięciem. Walka wręcz nie stanowiła dla niego wielkiego wyzwania, opanował ją do perfekcji pod okiem największych mistrzów sztuk bitewnych, których jego ojciec sprowadzał z najdalszych zakątków królestwa. Książę zawsze chętnie słuchał mądrzejszych od siebie, a nawet uczył się na własnej skórze jak powinno wyglądać odpowiednie zadawanie ciosów. Niejednokrotnie kończył lekcje posiniaczony, z przeciętą wargą i srogo poturbowany, a skutki swych porażek odczuwał długie dni po ich doświadczeniu, ale nigdy nie narzekał, wiedział, że dzięki naukom w przyszłości osiągnie perfekcje. Nie był tylko sprawnym egzekutorem, ale również sędzią, który długie godziny każdego dnia spędzał na zaznajamianiu się i dopytywaniu, kiedy nadarzała się ku temu okazja, o nowe strategię bitewne. Pragnął być na bieżąco ze wszystkimi sprawami królestwa, interesowały go nie tylko interesy stolicy i jej ościennych miejscowości, ale również odległe rubieże, gdyby nie zakaz ojca już dawno przekonałby się o ich niezwykłości. Księcia ciekawiła polityka zagraniczna — dlaczego król paktował z tym, a przeciwko temu tworzył spiski i szykował się do wojny. Wieczory Sura poświęcał wertowaniu królewskich kronik, by tam znaleźć odpowiedzi na trapiące go pytania, wiedział, że historia lubi się powtarzać, więc chciał być przygotowany na każdą ewentualność. Jednak mimo tego że następca tronu bardzo starał się jednać do siebie mieszkańców, w ich oczach uchodził za dzieciaka, który dopiero co spił mleko spod nosa, a na jego słowa niespecjalnie zwracano uwagę. Podczas narad jego głos ginął wśród tumultu innych.
Sura był ciekawy świata, a zwłaszcza społeczności żyjących w odległych krainach, do których on najprawdopodobniej nigdy się nie uda, usychał, gdy nie mógł wyjść na ulicę Teverry, by odkrywać tajemnice miasta. Czuł życie, kiedy przemierzał zaułki stolicy. Przyrzekł sobie, że nigdy nie wyrzeknie się tej przyjemności obcowania z poddanymi, poznawał ich i słuchał uważnie opinii: o sobie, o ojcu, o dworze. Ludzie nie mieli najlepszego zdania o koronowanych głowach. Sura chciał to zmienić, więc gwizdał na prośby matki, by przestał się włóczyć po ulicach, że powinien zająć się sprawami godnymi następcy tronu, a nie podrostka jakiegoś zachlajmordy. Książę był świadomy, że jeśli chciał mieć poważanie wśród zwykłych ludzi, musiał chociaż odrobinę stać się nimi, chociaż zrozumieć, czego oni pragnęli. Dążył do tego, by być królem nie tylko rozkazującym wielkiej armii i zajmującym się gospodarką, on wymarzył sobie szanowanie wśród społeczeństwa. Wiedział, że na szacunek musiał sobie zasłużyć.
Ogolony na łyso Sura z właściwą sobie kpiącą miną wpatrywał się w leżącego w błocie Werno — chłopaka pochodzącego z rodziny, która od wieków służyła władcom Fengaldu — królestwa leżącego w dorzeczu dwóch wielkich rzek. Teverra znajdowała się właśnie tuż nad jedną z nich, nad Lwem, w miejscu największego zbliżenia do Illianny. Obie rzeki łączył kanał, zagradzający dostęp w okolice miasta. Obronność grodowi gwarantowały potężne, grube mury, postawione jeszcze za panowania starej dynastii, która w swej mądrości przewidziała, że do Teverry będą ciągnąć rzesze ludności z całego królestwa, by poznać i zakosztować jej bogactwa — rozkazali więc by od ostatnich miejskich zabudowań mury były znacznie oddalone, po to by w przyszłości dać możliwość postawienia kolejnych gmachów. Teverra w ostatnich czasach stała się jednak wielkim mrowiskiem, w którym brakowało miejsca — chociaż rozbudowywano domy o kolejne kondygnacje, to i tak wciąż było to za mało. Ludzi przybywało, ale miejsca już nie. Miasto musiało poradzić sobie z problem — za każde dodatkowe dziecko w rodzinie mieszkańców Teverry należało zapłacić podatek, obejmował on oczywiście tylko pełnoprawnych obywateli Fengaldu, niewolnicy nie zostali objęci tym prawem, w oczach władzy ich nigdy nie było zbyt wielu. Stolica od niepamiętnych czasów odgrywała ważną rolę gospodarczą, przynosząc ogromne zyski mieszkańcom i całemu królestwu. Przez nią przechodził główny szlak handlowy, nazywany pieszczotliwie Wełnianym, bo to właśnie ten materiał był najczęściej transportowanym, zwłaszcza do Grytrandi, w której to wieczny deszcz i mało urodzajne gleby nie dawały możliwości hodowli owiec. Fengald z północy otaczało niedostępne i niemal niemożliwe do sforsowania pasmo górskie, naturalna ściana dla potencjalnych najeźdźców, którzy przez swą zbytnią pewność ginęli w jej zawiłościach. Południowym krańcom królestwa bogactwo zapewniało Morze Erytrejskie — obfite w ryby i cenne perły, które to uwielbiała matka Sury, nie patrząc na krzywe spojrzenia dworu rozkazywała przyszywać do swych jedwabnych sukien najpiękniejsze perły.
Na zachodzie Fengald graniczył z Grytrandią i królestwem Iwiz, z oboma tymi krajami stosunki nie układały się najlepiej, ale nie były tak złe jak z wschodnimi sąsiadem —Sawerunem, który to gdy nie prowadził wojny z Fengaldem, paktował przeciw niemu. Państwo barbarzyńców, bo tak nazywano je w Tevernie, zawsze niepokoiło zawziętością i chęcią mordu. Podania milczały o pierwszych przyczynach konfliktu, mówiły jedynie o włochatych mężczyznach i kobietach, którzy stali w ramię w ramię i razem atakowali armię Fengaldu. Wielu dałoby sobie głowę uciąć, że przyczyn wcale nie było, po prostu Saweruńczykom znudziło się życie w pokoju, i orzekli, że czas zmienić spokój w wojnę. Ich szybkość i siła wielokrotnie podkreślano na kartach ksiąg tevernińskich, co jednak istotniejsze kronikarze zaznaczali w swych pismach, że Saweruńczycy nie atakowali w jakimś określonym szyku, tylko biegli na łeb na szyję, by dopaść wroga. Gdyby ich wojska były bardziej zorganizowane i nowocześnie wyposażone możliwe, że Fengald przestałby istnieć, jednak prymitywizm Saweruńczykow dawał możliwości na doskonalenie sił bitewnych kraju dorzecza dwóch rzek. Aby zabezpieczyć się przed napadami na wschodnie granice przyszłe królestwo Sury zdecydowało się na niezwykły ruch — wielotysięczne morze ludzi zaczęło budować Mur, który miał chronić przed zagrożeniem, jakie ciągle stwarzał Sawerun. Przedsięwzięcie skończyło się połowicznym sukcesem, podczas niego życie straciło wielu ludzi, a budowla i tak nie była w pełni gotowa. Barbarzyńcy, gdy zorientowali się co dzieje się tuż pod ich nosem, uniemożliwiali, jak tylko mogli zakończenie dzieła Fengaldu.
Sura wiele słyszał o dzikim wschodnim ludzie, wiedział, że ich postura i wygląd bardzo różnił się od tego do jakiego się przyzwyczaił. Saweruńczycy według rysunków i opisów w wertowanych przez księcia podaniach obdarzeni zostali krępymi, mocnymi ciałami, pokrytymi gęstym owłosieniem, muskularni i silni, gotowi gołymi rękami podnieść cielsko niedźwiedzia. Ich czaszki różniły się od ludzkich, barbarzyńcy mieli je bardziej uwypuklone, a dodatkowo ich twarze szpeciły silnie rozwinięte łuki tuż nad oczami. Posługiwali się językiem gestów, mówienie przychodziło im z wielkim trudem, nie potrafili wymawiać wielu głosek. Ich społeczeństwo według księgi Pastyriusza — podróżnika i łowcy przygód, który to ryzykując życie, przedarł się do stolicy państwa barbarzyńców, Iku. Ujrzał w niej Saweruńczyków bezmyślnie słuchających głównego kapłana, który to opiekował się świętym totemem przedstawiającym tygrysa szablozębnego. Na samą myśl o pokracznych stworach, Surę przeszedł dreszcz.
— Chyba będę musiał znaleźć sobie nowego partnera treningowego — zakpił książę i podał przyjacielowi dłoń, ale chłopak nie skorzystał z pomocy, sam wstał, otrzepując się z ziemi. — Jesteś coraz wolniejszy, jeszcze nie dawno dawałeś radę mnie nawet powalić, a teraz nie nadążasz, Werno.
Sura zacmokał z niesmakiem i zrobił skwaszoną minę, jego kompan mógł tylko pokiwać w ciszy głową, zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę i chociaż wiedział, że przyjaciel nigdy nie zamieniłby go na kogoś innego, to czuł się przytłoczony wizją, że spowalnia rozwój księcia. Werno pochodził z klanu Wiatru, który przed wiekami przysięgał posłuszeństwo monarchii, od najmłodszych lat pobierał nauki, by pewnego dnia stać na straży życia Sury i jego interesów. Był oczami i uszami księcia. Szpiegiem, który miał donosić o wszelkich snutych przeciwko następcy tronu intrygom, a tych nie brakowało na dworze. Musiał być czujny. Licho nigdy nie spało.
— Chodź, przejdziemy się po mieście, póki matka jeszcze jest zajęta przymiarkami nowej sukni. — Sura wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
— Królowa kiedyś straci do ciebie cierpliwość — stwierdził strapiony Werno, jednak ruszył za księciem, który już niemal opuścił dziedziniec.
Nie dało się nie zauważyć, przynajmniej sługa księcia nie potrafił, że w Surza było coś dostojnego, coś co przyciągało uwagę, wierzył, że pewnego dnia świat zauważy potencjał młodego następcy tronu, który uwielbiał mieć wszystko dopięte na ostatni guzik — nawet swą koszulę, wsadzoną w czarne dopasowane spodnie. Sura nie miał u pasa broni, jak niemal każdy mieszkaniec Teverny, on jej nie potrzebował, przecież kroczyła tuż za nim — odziana w ciemny płaszcz, miecz i walka wręcz nie była jej potrzebna, bo i po co te umiejętności komuś, kto w okamgnieniu mógł stworzyć kulę ognia?
Werno był magiem. Potężnym członkiem klanu Wiatru. Wybranym, by służyć Surze. Oddanym mu w prezencie jeszcze przed urodzinami.
— Idziesz, czy nie? — Książę obejrzał się przez ramię i posłał kompanowi oko.
Z całą pewnością Werno nie tak wyobrażał sobie posługę u następcy tronu — Sura uważał go jak przyjaciela, mag nie wiedział, czym zasłużył sobie na takie traktowanie, jednak był za nie ogromnie wdzięczny.
— Może przejdziemy się do świątyni?
— Po, co? Żeby słuchać kapłańskich kazań? Oszalałeś?
— Wiesz, że świętobliwość jest jedną z najważniejszych person w mieście, i w całym królestwie, nie powinieneś jej lekceważyć, książę.
— Nie lekceważę tego starca, tylko go unikam, a to dwie różne rzeczy, nie chcę, by mi zrobił wodę z mózgu. — Sura zniżył głos do szeptu, gdy mijali damy dworu jego matki. — Królowej już to zrobił, jeśli nie każe szyć sobie kolejnych fatałaszków, to wznosi lamenty do bóstw.
— Ty też czasem powinieneś.
— Och, Werno, przestań już, składam im ofiary, gdy tego oczekują, ale niech nie wymagają ode mnie codziennych medytacji… Nie mam na nie czasu i ważniejsze, nie mam na nie chęci.
Mag pokręcił głową.
— Żebyś kiedyś nie pożałował swych słów.
— Co spuszczą na mnie swój gniew? — prychnął. — Mają pewnie lepsze zajęcia niż uczenie mnie pokory w stosunku do nich…
Werno pokręcił tylko z dezaprobatą głową, ale już się nie odezwał, wiedział, że jego słowa i tak nie zmieniłyby decyzji księcia — jeśli Sura na coś się uparł nie było możliwości, by zmienił postępowanie.
***
osiemnaście lat po pożarze
Arn nie nadawał się na jeźdźca — wątła postura, przypominająca źdźbło trawy gotowe w każdej chwili zgiąć się na wietrze, sprawiała, że ledwo udawało mu się utrzymać miecz w ręce. O życiu jako prawdziwy Botai chłopak mógł tylko pomarzyć. Od najmłodszych lat czuł się wykluczony ze społeczności, jakby był kimś, kto nie pasował do reguł gry wojowniczego plemienia.
— Arn.
Wuj przywołał go skinieniem palca wskazującego, chłopak podniósł się z wielkiego głazu, z którego obserwował tytaniczne masywy górskie. Zawsze podziwiał ich niezwykłość, a jednocześnie bał się tajemniczej aury ciążącej nad nimi. Przyciągały go i kusiły, ale zbyt przerażała go myśl o gniewie wuja i tym, co mogło go spotkać po przekroczeniu bezpiecznej granicy obozowiska.
„Botai nie boi się niczego” pomyślał i skarcił się za wieczne tchórzostwo, jednak nie chciałby zapędzać się w skaliste głębiny, by tylko poznać ich sekrety, czuł, że to nie przyniosłoby mu ani przede wszystkim plemieniu korzyści, a wręcz przeciwnie… W Górach mieszkały dusze zmarłych Botai, a one nie życzyłyby sobie, by jakiś młodzian poznał ich świat. Musiałby pozostać tam na zawsze…
— Tak, wuju?
Chłopak stanął przed opiekunem, uśmiechając się od ucha do ucha, starzec był dla niego jedyną rodziną, jedyną podporą — autorytetem, z którego posunięć i refleksji czerpał całymi garściami. Razem stanowili ostatnich przedstawicieli niegdyś potężnego klanu Enuitów — dowodzącego wojskami ludu Botai podczas Odwrotu w Dolinie krwi, który miał miejsce się na długo przed urodzinami Arna, a mimo tego odcisnął piętno na chłonnym umyśle chłopaka. O bitwie na bagnach krążyły legendy — jedni wierzyli, że w miejscach, gdzie polegli Enuitowie polegli z rąk ludzi Fengaldu wciąż można usłyszeć ich głosy nawołujące do samobójczego ataku, dzięki któremu plemię miało zyskać na czasie i schronić się wśród równin Gertur, inni twierdzili, że Dolina krwi pozostaje niemal nie do sforsowania, bo dusze Enuitów z własnej woli nie opuszczają świata żywych, by pilnować bezpieczeństwa tyłów swego plemienia, nie przepuszczają nikogo, kto pała chęcią mordu przez bagna. Arn nie mógł osądzić, co było prawdą w podaniach, ale w jedno mógł wierzyć na pewno — ta brawurowa misja skończyła się sukcesem i dała szansę ludowi Botai na przetrwanie, a jednocześnie niemal do nogi wybiła wielki klan, którego później nie udało się odtworzyć. Choroby i kolejne wojny sprawiły, że liczba jego członków malała, aż wreszcie ostali się na ziemi tylko Arn i Izuk. Młodzian, z którego inne dzieciaki szydziły i pogardzały przez jego wieczne marzycielstwo, brak pewności siebie, a przede wszystkim przez to, że pomimo swego pochodzenia chłopak nie był pełnoprawnym Botai — nie potrafił walczyć i jednocześnie utrzymać się w siodle. Nie przeszedł próby, chociaż podchodził do niej wielokrotnie. Na samą myśl o swych porażkach chłopak dostał gęsiej skórki, zacisnął pięści i usta, musiało mu się w końcu udać przetrwać ten cholerny sprawdzian! Nie chciał tego robić dla siebie, ale dla wuja, pragnął, by ten był z niego dumny, a nie musiał się za niego wstydzić.
Próba Botai polegała na ujarzmieniu jednego z dzikich koni, które od niepamiętnych czasów przemierzały równiny Gubar. Znały je na wylot. Doskonale wiedziały, gdzie szukać bezpiecznych i zielonych pastwisk, na których mogłyby odchować młode i najeść się do syta. Botai nie hodowali koni, oni je zdobywali, źrebaki, gdy tylko nabrały sił i umiały sobie same poradzić, były wypuszczane na wolność, aby wrócić do rodziny. Konie z równin Gubar żyły o wiele dłużej niż te, które ludzie z innych krain zdążyli udomowić, one dzięki swej długowieczności przeżywały członków Botai, wręcz stawały się częścią ich społeczności. Rumaki i jeźdźcy stanowiły jedność. One wskoczyłyby za swymi towarzyszami w ogień, a ich przyjaciele zrobiliby to samo dla nich. Jeździec udający się w ostatnią wyprawę, zabiera również swego rumaka, by w Dolinie Anahan móc wiecznie czuć wiatr we włosach i cieszyć się nieśmiertelnymi promieniami słońca. Próba Botai nie była wcale łatwym zadaniem — należało podkraść się do konia i bez wahania osiodłać go, a przecież zwierzę wierzgało i próbowało się uwolnić. Arnowi jedynie raz udało się do niego podejść, był to potężny czarny kasztan, oczarował chłopaka swą postawą, majestat i dzikość wręcz od niego biły. Enuit chciał, by stał się jego przyjacielem, jednak koń miał inne zdanie, gdy tylko zauważył Arna pognał przed siebie, a młodzian musiał pogodzić się z tym, że odniósł kolejną klęskę.
Starzec uchodził za wielkiego mędrca i chodzącą legendę, która gołymi rękami zabiła niedźwiedzia, gdy ten zaatakował jego towarzyszy podczas jednej z wypraw wojennych, Izuka szanowali wszyscy, a z jego opiniami liczyła się sama rada plemienia, do której zresztą Enuit należał. Arn wiedział, że rodzina nie byłaby z niego dumna, nie umiał nawet dobrze strzelać z łuku, gdyby tacy jak on mieliby stanowić trzon Botai, lud dawno by pożegnał się ze światem. Arn żył tylko dlatego, że jego wuj był poważanym i uwielbianym członkiem społeczności, inaczej już dawno Botai pozbyłoby się balastu.
— Chłopcze, siadaj, proszę — powiedział starzec, uśmiechając się do podopiecznego ciepło, jego widok zawsze sprawiał, że skamieniałe serce odwiecznego wojownika nagle kruszało i potrafiło odzyskać radość, znowu pogodnie biło. Arn nieświadomie pomagał Izukowi wrócić z ciemnych topieli myśli, w których mężczyzna coraz częściej się zatracał. — Mój czas nadchodzi, Arnie — oznajmił, kiedy chłopak usiadł tuż obok niego, na twarzy młodziaka zawitał chłód i przerażenie zarazem, jeździec zaśmiał się ni to wesoło, ni upiornie. — My, ludzie Botai obdarzeni zostaliśmy tą niezwykłą zdolnością, która daje nam możliwość wyczucia, kiedy w końcu należy powlec konia na ostatnią wyprawę, by pożegnać się na zawsze z równinami Gubar i wkroczyć otchłań Gór Losu, by odnaleźć Dolinę Anahan.
— Nie żartuj sobie ze mnie, wuju. — Arn pełen oburzenia, a jednocześnie strachu omiótł wzrokiem sylwetkę krewnego.
Siwa broda okraszała starca dostojnością i powagą, została przez niego idealnie przystrzyżona, żaden włosek nie odstawał od reszty, Izuk lubił doskonałość. Jednak mędrzec nie mógł się cieszyć włosami na głowie, już dawno go opuściły, był to swoisty fenomen wśród Botai, którzy zrzucali winę za łysość wojownika na Arna, który miał przysparzać samych problemów wujowi. Blizny pokrywały niemal całe wysuszone ciało Enuita, a podczas jednej z potyczek stracił on serdeczny palec u lewej ręki. Ubrany w typowy dla swego klanu strój — czerwony tunikę i szerokie spodnie zwężające się u kostek, siedział na porośniętej trawą ziemi. Przy pasie nosił wiernego towarzysza — Innego, z którego pomocą Izuk pozbawił głowy licznych wrogów.
— Och, mój drogi Arnie, jesteś naprawdę dobrym dzieckiem. — Izuk w zamyśleniu zamknął oczy, a potem powiódł wzrokiem po rubieżach obozowiskach.
— Zbyt dobry na to plemię, Botai nigdy nie zaakceptuje takiego marzyciela, jak ty, chłopcze. — Starzec uśmiechnął się i poczochrał włosy Arna. — Czuję, że twoja historia zapiszę się złotymi głoskami na kartach ksiąg naszego świata, jednak nie będziesz bohaterem mego ludu, Arnie. — Ton głosu starca zabarwił się nutką goryczy, którą chłopak szybko wyłapał. — Nie jesteś Enuitem, mój chłopcze, a ja chociaż bardzo bym chciał, nie jestem twym prawdziwym wujem, jesteś obcym wśród Botai i oni to czują, i ty dostrzegasz to od najmłodszych lat, dlatego zawsze tak bardzo oddalasz się od obozowiska, a nasz namiot stoi jak najdalej się da. Jesteś dzieckiem pożogi, Arnie, jedynym który ocalał z pożaru Fizis. Dzieckiem Ognia.


*parafraza "Rzym ginie" Sienkiewicza :x
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Jako sprawdzająca mam prośbę o zmniejszenie wrzuconego fragmentu, podzielenie na dwa, będzie znacznie łatwiej go przeczytać i sprawdzić. Za dwa dni wrzucisz drugą część. Krótsze fragmenty czyta i komentuje więcej osób:).
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#3
Wstawiłam tak długi fragment, bo dla mnie tworzy on spójną całość :x Nie wiedziałabym, w którym momencie mogłam przerwać :/ Następnym razem bez mrugnięcia okiem to zrobię, bo sama nie lubię czytać długich tekstów na kompie.
Odpowiedz
#4
Dłuuugi, bezlitośnie długi fragment. Gdyby nie to, że tekst przedni i zaciekawia od pierwszego zdania, nigdy nie zdobyłabym się na to żeby przezeń przebrnąć. Szczegółową rewizję pozostawiam sprawdzającym ode mnie tylko mała porcyjka z samego początku gdzie zauważyłam najwięcej błędów:

"Znajdował wśród wąskich zaułków, wśród kramów z drewnem, wśród składów oliwy drogocenne dary, które pomagały mu się rozprzestrzeniać i, co ważniejsze, pozwalały mu siać spustoszenie." – Pierwsze "wśród" w porządku reszta zbędna. Wystarzy wymieniać po przecinku. "drogocenne dary, którte pomagały mu się rozprzestrzenić" domyślam się, że chodzi o oliwę, ale całe zdanie jest nieoczywiste. Wystarczyłoby np. "składów oliwy, która pomagała mu się rozprzestrzenić..." drugie "mu" nie potrzebne lepiej będzie po prostu "pozwalały siać spustoszenie"

"Żywe morze próbowało dostać się do południowej i zachodniej bramy miasta, gdzie ogień jeszcze nie dosięgnął, jeśli ocean pożogi dotarłby również tam, byliby w kompletnym potrzasku" – Żywe morze i ocean pożogi poruwnujesz ogrom wody i do ludzi i do ognia co daje efekt troszkę komiczny i nieoczywisty. Z jednego wodnego zbiornika zrezygnuj. ;) " południowej i zachodniej bramy miasta, gdzie ogień jeszecz nie dosięgnął" lepiej "których ogień jeszcze nie dosięgnął"

"Gonił ludzi między uliczkami, otaczał ich, brał w kleszcze, by w końcu dokonać dzieła, – zamiast przecinka kropka i od nowego zdania.

"Już dawno nie posiadał się z takiej radości" – Niby wiadomo o co chodzi, ale coś tu zgrzyta. Trzeba przepracować.

"Upiorna noc miała dopiero się zacząć." – Ładniej by było "rozpocząć"

"oświetlając je niczym podczas letniego poranka, czerwona łuna zalegała nad miastem." – Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, ze po "poranka" lepiej dać kropkę i zacząć od nowego zdania.

"Jej błękitne oczy z fascynacją wędrowały po tragicznym obrazie, który dział się tuż u podnóża góry." – Obraz nie może się dziać. Może się rozpościerać czy coś w tym stylu. Dziać czy też rozgrywać może ewentualnie tragedia czy spektakl.

"zmarszczoną twarz. Wiedziała, jaki wyraz na niej królował" – Lepiej pomarczoną. Za duża spacja po słowie twarz.

" co ona nie umiała nazwać, a co za każdym razem ją coraz bardziej trapiło." – Lepiej "czego ona nie umiała nazwać"

"Nie był tylko sprawnym egzekutorem, ale również sędzią, który długie godziny każdego dnia spędzał na zaznajamianiu się i dopytywaniu, kiedy nadarzała się ku temu okazja, o nowe strategię bitewne." – Tego zdania nie rozumiem. Piszesz, że był złym, nie sprawny egzekutorem, sędzią, ale całe godzniny pytał się o jakieś strategie. Przemyśl je jeszcze raz i zamień żeby było poprawnie. Może: "Był nie tylko sprawnym egzekutorem, ale również sędzią"

No, to tyle co wyłapałam. Jeżeli chodzi o sam tekst, czyta się płynnie i od początku do końca jest ciekawie. Ładne opisy, nie zbyt męczące, nie za długie. Nie wydaje mi się żebym kiedyś gdzieś czytała coś podobnego więc kolejny plus. Czekam na ciąg dalszy, a zwłaszcza na rozwinięcie wątku tej dziewczynki z pożaru. :)
"W tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem" – Ferdynand Kiepski
Odpowiedz
#5
(02-04-2015, 21:01)VoyJoy napisał(a): Pierwszy rozdział opowiadania, chociaż jeszcze nie wiem czy zakończony, waham się nad dodaniem kilku kwestii, taki półprodukt :x Dziękuję za uwagę!

Znajdował wśród wąskich zaułków, wśród (zbędne) kramów z drewnem, wśród (również zbędne. Przeczytaj zdanie na głos w swojej wersji, a potem z moimi poprawkami i zobacz, które brzmi ładniej i lepiej się wypowiada. ;) składów oliwy drogocenne dary, które pomagały mu się rozprzestrzeniać i, co ważniejsze, pozwalały mu siać spustoszenie. Śmiercionośny marsz raczej śmiercionośna armia płomieni albo coś. Marsz kojarzy mi się raczej z maszerującymi ludźmi :P pożerał wszystko, co znalazł na swej drodze. Gonił ludzi między uliczkami, otaczał ich, brał w kleszcze, by w końcu dokonać dzieła, (kropka) podczas jego uczty piecze nad muzyką sprawowały krzyki i wrzaski kobiet lamentujących drogocenne imiona. Trochę dziwnie to brzmi. Dałabym raczej "wrzaski lamentujących kobiet", ale jak wolisz, sama zdecyduj, jak bardziej Ci się podoba. :) Żywe morze próbowało dostać się do południowej i zachodniej bramy miasta, gdzie ogień jeszcze nie dosięgnął (dotarł), (kropka) jeśli ocean pożogi dotarłby również tam, byliby w kompletnym potrzasku — mury, które ochraniały miasto przed najeźdźcami, stałyby się (nich) ich mogiłą… myślę, że bardziej pasuje tu "grobem", lepiej komponuje się z resztą zdania

Już dawno nie posiadał się z takiej radości — rzeź sprawiała, że płomienie wbijały wzbijały się w ciemne niebo, oświetlając je niczym podczas letniego poranka, czerwona łuna zalegała nad miastem.

— Czy nie powinnyśmy pomóc Fizis, mistrzu? — spytała dziewczynka, (nie jestem pewna, ale chyba bez przecinka) dosiadająca kasztanowego kuca.
Jej błękitne oczy z fascynacją wędrowały po tragicznym obrazie tragicznej scenie, która rozgrywała się(?), który dział się tuż u podnóża góry.

(enter) Wiedziała, jaki wyraz na niej królował — jak zwykle — powaga pomieszania z czymś, co (czego)ona (zbędne)nie umiała nazwać, a co za każdym razem ją coraz bardziej trapiło za każdym razem trapiło ją coraz bardziej – brzmi lepiej. :).

I wtedy nagle poczuła, (zbędny przecinek) coś (przecinek) czego wcześniej nie potrafiła dostrzec w gęstwinie emocji, (dałabym kropkę. Rozpoczęcie od nowego zdania ładnie podkreśliłoby wagę wypowiedzi. że też nie zauważyła tego wcześniej!

[align=center]***
dziesięć lat po pożarze


Książę zawsze chętnie słuchał mądrzejszych od siebie, a nawet uczył się na własnej skórze (dałabym przecinek) jak powinno wyglądać odpowiednie zadawanie ciosów.
(akapit) Był nie tylko sprawny egzekutorem Nie był tylko sprawnym egzekutorem, ale również sędzią, który długie godziny każdego dnia spędzał na zaznajamianiu się i dopytywaniu, kiedy nadarzała się ku temu okazja, (zostawiłabym bez przecinka, ale nie mam pewności) o nowe strategię bitewne. Pragnął być na bieżąco ze wszystkimi sprawami królestwa, interesowały go nie tylko interesy stolicy i jej (zbędne) ościennych miejscowości, ale również odległe rubieże, (kropka) gdyby nie zakaz ojca już dawno przekonałby się o ich niezwykłości.
(akapit) Jednak mimo tego że następca tronu bardzo starał się jednać do siebie sobie mieszkańców, w ich oczach uchodził za dzieciaka, który dopiero co spił mleko spod nosa, a na jego słowa niespecjalnie zwracano uwagę.

(akapit) Sura był ciekawy świata, a zwłaszcza społeczności żyjących w odległych krainach, do których on najprawdopodobniej nigdy się nie uda, (kropka) usychał, gdy nie mógł wyjść na ulicę Teverry, by odkrywać tajemnice miasta. Przyrzekł sobie, że nigdy nie wyrzeknie się tej (zbędne) przyjemności obcowania z poddanymi, poznawał ich i słuchał uważnie opinii: o sobie, o ojcu, o dworze.
Książę był świadomy, że jeśli chciał mieć poważanie wśród zwykłych ludzi, musiał chociaż odrobinę stać się nimi taki jak oni , chociaż zrozumieć, czego oni (zbędne) pragnęli. Dążył do tego, by być królem nie tylko nie tylko królem rozkazującym wielkiej armii i zajmującym się gospodarką, on wymarzył sobie szanowanie (szacunek) wśród społeczeństwa.
Teverra znajdowała się właśnie tuż nad jedną z nich, nad (zbędne) Lwem, w miejscu największego zbliżenia do Illianny. Obie rzeki łączył kanał, zagradzający odcinający dostęp w okolice miasta.
(akapit) Obronność grodowi gwarantowały potężne, grube mury, postawione jeszcze za panowania starej dynastii, która w swej mądrości przewidziała, że do Teverry będą ciągnąć rzesze ludności z całego królestwa, by poznać i zakosztować jej bogactwa — rozkazali więc by od ostatnich miejskich zabudowań mury były znacznie oddalone, po to by w przyszłości dać możliwość postawienia kolejnych gmachów. bardzo długie zdanie, podziel je
(akapit) Teverra w ostatnich czasach stała się jednak wielkim mrowiskiem, w którym brakowało miejsca — chociaż rozbudowywano domy o kolejne kondygnacje, to i tak wciąż było to za mało.

(akapit) Fengald z północy otaczało niedostępne i niemal niemożliwe do sforsowania pasmo górskie, naturalna ściana dla potencjalnych najeźdźców, którzy przez swą zbytnią pewność ginęli w jej zawiłościach.
Południowym krańcom królestwa bogactwo zapewniało Morze Erytrejskie — obfite w ryby i cenne perły, które to uwielbiała matka Sury, (kropka) nie patrząc na krzywe spojrzenia dworu rozkazywała przyszywać do swych jedwabnych sukien najpiękniejsze perły.

Wielu dałoby sobie głowę uciąć, że przyczyn wcale nie było, po prostu Saweruńczykom znudziło się życie w pokoju, (bez przecinka) i orzekli, że czas zmienić spokój w wojnę.
(akapit) Ich szybkość i siła (siłę) wielokrotnie podkreślano na kartach ksiąg tevernińskich, co jednak istotniejsze kronikarze zaznaczali w swych pismach, że Saweruńczycy nie atakowali w jakimś określonym szyku, tylko biegli na łeb na szyję, by dopaść wroga.

(akapit) Aby zabezpieczyć się przed napadami na wschodnie granice przyszłe królestwo Sury zdecydowało się na niezwykły ruch — wielotysięczne morze ludzi zaczęło budować Mur, który miał chronić przed zagrożeniem, jakie ciągle stwarzał Sawerun.

Barbarzyńcy, gdy zorientowali się co dzieje się tuż pod ich nosem, uniemożliwiali, (chyba bez przecinka) jak tylko mogli zakończenie dzieła Fengaldu.
Saweruńczycy według rysunków i opisów w wertowanych przez księcia podaniach obdarzeni zostali krępymi, mocnymi ciałami, pokrytymi gęstym owłosieniem, (kropka) muskularni i silni, gotowi gołymi rękami podnieść cielsko niedźwiedzia.
Ich społeczeństwo według księgi Pastyriusza to zdanie nie ma powiązania z kolejnym. Tak jakbyś chciała napisać jedno, a zaczęłaś drugie, porzucając pierwsze. Nie wiem czy zrozumiesz o co chodzi, ale lepiej nie umiem tego wytłumaczyć. — podróżnika i łowcy przygód, który to ryzykując życie, przedarł się do stolicy państwa barbarzyńców, Iku.

— Po, (bez przecinka) co? Żeby słuchać kapłańskich kazań? Oszalałeś?
— Wiesz, że świętobliwość jest jedną z najważniejszych person w mieście, (bez przecinka)i w całym królestwie, nie powinieneś jej lekceważyć, książę.

— Królowej już to zrobił, (kropka) jeśli nie każe szyć sobie kolejnych fatałaszków, to wznosi lamenty do bóstw.

— Co (dałabym przecinek) ześląspuszczą na mnie swój gniew?

[align=center]***
osiemnaście lat po pożarze
[align=justify]

Przyciągały go i kusiły, ale zbyt przerażała go myśl o gniewie wuja i tym, co mogło go spotkać po przekroczeniu bezpiecznej granicy obozowiska.
„Botai nie boi się niczego” pomyślał i skarcił się za wieczne tchórzostwo, jednak nie chciałby zapędzać się w skaliste głębiny, by tylko poznać ich sekrety, (kropka) czuł, że to nie przyniosłoby mu ani przede wszystkim plemieniu korzyści, a wręcz przeciwnie…

Chłopak stanął przed opiekunem, uśmiechając się od ucha do ucha, (kropka) starzec był dla niego jedyną rodziną, jedyną podporą — autorytetem, z którego posunięć i refleksji czerpał całymi garściami. Razem stanowili ostatnich przedstawicieli niegdyś potężnego klanu Enuitów — dowodzącego wojskami ludu Botai podczas Odwrotu w Dolinie krwi, który miał miejsce się (zbędne) na długo przed narodzinami urodzinami Arna, a mimo tego odcisnął piętno na chłonnym umyśle chłopaka.
(Akapit) O bitwie na bagnach krążyły legendy — jedni wierzyli, że w miejscach, gdzie polegli Enuitowie polegli z rąk ludzi Fengaldu (dałabym przecinek) wciąż można usłyszeć ich głosy nawołujące do samobójczego ataku, dzięki któremu plemię miało zyskać na czasie i schronić się wśród równin Gertur, (kropka) inni twierdzili, że Dolina krwi pozostaje niemal nie do sforsowania, bo dusze Enuitów z własnej woli nie opuszczają świata żywych, by pilnować bezpieczeństwa tyłów swego plemienia, nie przepuszczają nikogo, kto pała chęcią mordu przez bagna. chyba jeszcze nigdy nie widziałam tak długiego zdania. Podziel je
(akapit) Młodzian, (bez przecinka) z którego inne dzieciaki szydziły i pogardzały przez jego wieczne marzycielstwo, brak pewności siebie, a przede wszystkim przez to, że pomimo swego pochodzenia chłopak nie był pełnoprawnym Botai — nie potrafił walczyć i jednocześnie utrzymać się w siodle. Nie przeszedł próby, chociaż podchodził do niej wielokrotnie. Na samą myśl o swych porażkach chłopak dostał gęsiej skórki, zacisnął pięści i usta, musiało mu się w końcu udać przetrwać zdać ten cholerny sprawdzian!

(akapit) Próba Botai polegała na ujarzmieniu jednego z dzikich koni, które od niepamiętnych czasów przemierzały równiny Gubar.
Doskonale wiedziały, gdzie szukać bezpiecznych i zielonych pastwisk, (bez przecinka) na których mogłyby odchować młode i najeść się do syta. Botai nie hodowali koni, oni je zdobywali, (kropka) źrebaki, gdy tylko nabrały sił i umiały sobie same poradzić, były wypuszczane na wolność, aby wrócić do rodziny.

(akapit) Jeździec udający się w ostatnią wyprawę, (chyba bez przecinka) zabiera również swego rumaka, by w Dolinie Anahan móc wiecznie czuć wiatr we włosach i cieszyć się nieśmiertelnymi promieniami słońca.
(akapit) Arnowi jedynie raz udało się do niego podejść, był to potężny czarny kasztan, ( kropka) oczarował chłopaka swą postawą, majestat i dzikość wręcz od niego biły. biły od niego Enuit chciał, by stał się jego przyjacielem, jednak koń miał inne zdanie, (kropka) gdy tylko zauważył Arna pognał przed siebie, a młodzian musiał pogodzić się z tym, że odniósł kolejną klęskę.
Starzec uchodził za wielkiego mędrca i chodzącą legendę, która gołymi rękami zabiła niedźwiedzia, gdy ten zaatakował jego towarzyszy podczas jednej z wypraw wojennych, (kropka) Izuka szanowali wszyscy, a z jego opiniami liczyła się sama rada plemienia, do której zresztą Enuit należał. Arn wiedział, że rodzina nie byłaby z niego dumna, nie umiał nawet dobrze strzelać z łuku, (kropka) gdyby tacy jak on mieliby stanowić trzon Botai, lud dawno by pożegnał się ze światem.

— Chłopcze, siadaj, proszę — powiedział starzec, uśmiechając się do podopiecznego ciepło, (kropka) jego widok zawsze sprawiał, że skamieniałe serce odwiecznego wojownika nagle kruszało i potrafiło odzyskać radość, znowu pogodnie biło.

— Nie jesteś Enuitem, mój chłopcze, a ja chociaż bardzo bym chciał, nie jestem twym prawdziwym wujem, jesteś obcym wśród Botai i oni to czują, i ty dostrzegasz to od najmłodszych lat, (kropka) dlatego zawsze tak bardzo oddalasz się od obozowiska, a nasz namiot stoi jak najdalej się da.

*parafraza "Rzym ginie" Sienkiewicza :x

Napisane jest ładnie, ale ilość tekstu jest po prostu zabójcza. To raz, dwa to długość akapitów i zdań – niekiedy są przerażająco długie. Staraj się dzielić je podług rozpoczynanych wątków, czyli nie wrzucaj dwóch wątków do jednego zdania i kiedy rozpoczynasz nowy wątek w ciągu pisania, to po prostu wbij akapit i od razu lepiej będzie wyglądało i czytało się.
Co do samego tekstu – czyta się płynnie i przyjemnie, nie zauważyłam jakichś strasznych błędów, chociaż czasami wkrada Ci się dziwna składnia albo coś interpunkcyjnego. Miałam zamiar przeczytać tylko pierwszy kawałek, ale po początkowej części wciągnęło mnie i zanim się obejrzałam, byłam już przy zakończeniu. :) Ładnie prowadzisz tekst, masz lekką, przyjemną narrację. Kreujesz ciekawych bohaterów i interesująco prowadzisz akcję. Jak na razie niewiele mogę powiedzieć, ale zapowiada się ciekawie, szczególnie że od samego początku opowiadanie wciągnęło mnie. :)
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
#6
Boże jaka ściana tekstu :/

1. " Ich szybkość i siła wielokrotnie podkreślano na kartach ksiąg tevernińskich" <–-–-– ich szybkość i siła co? Zdanie chyba niegramatyczne.
2. "Licho nigdy nie spało." <–-–- Nie bardzo mi to zdanie pasuje do tekstu.

3. "Chodź, przejdziemy się po mieście, póki matka jeszcze jest zajęta przymiarkami nowej sukni" <–-–- to jeszcze możesz wywalić

4. "— odziana w ciemny płaszcz, miecz i walka wręcz nie była jej potrzebna, bo i po co te umiejętności komuś, kto w okamgnieniu mógł stworzyć kulę ognia?" <–-–- to jest jakaś wymiana zdań?

5, "Sura uważał go jak przyjaciela" <–-–- chyba za?

6, "który miał miejsce się na długo przed urodzinami Arna," <–-–- się? Poza tym skoro go nie było na świecie wtedy jak coś mogło wpłynąć na jego umysł?

7. "Izuk w zamyśleniu zamknął oczy, a potem powiódł wzrokiem po rubieżach obozowiskach. " <–-–- Nielichy ma wzrok ten starzec widzi rubieże i obozowiska, a może za dużo pije?

Tekst jest Długi pełen gramatycznych dziwolągów i niespójny, czasem mam wrażenie, że część zdań wykasowałaś, albo zmieniłaś i zapomniałaś poprawić resztę. Drugi problem Wszystko dzieje się za szybko! Wciągu takiego kawałka tekstu przeskakujesz osiemnaście lat, zaczynasz jeden wątek później urywasz i zaczynasz kolejny, ja wiem, że wielu pisarzy tak robi, ale oni zazwyczaj przerywają akcję w najciekawszym momencie, żeby zaintrygować czytelnika, a ty po prostu przerywasz, bo tak. Popraw tego potworka i rozciągnij do jakiejś sensownej długości, najlepiej wstawiając nieduże fragmenty co kilka dni. Na ten moment umarł w butach.
Eorth znajduje się w tym miejscu gdzie śpią wszystkie smoki
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
(02-04-2015, 21:01)VoyJoy napisał(a): Znajdował wśród wąskich zaułków, wśród kramów z drewnem, wśród składów oliwy(Tu zdecydowanie powinno się znaleźć coś. Część zdania, myślnik albo średnik, inaczej to zdanie nie ma sensu) drogocenne dary, które pomagały mu się rozprzestrzeniać i, co ważniejsze, pozwalały mu siać spustoszenie.

Gonił ludzi między uliczkami, otaczał ich, brał w kleszcze, by w końcu dokonać dzieła, podczas jego uczty piecze(ę) nad muzyką sprawowały(To określenie jak dla mnie nie ma tu zastosowania – "mieć pieczę" to "opiekować się/dbać", więc tu nie pasuje zupełnie moim zdaniem) krzyki i wrzaski kobiet lamentujących drogocenne imiona. (Lepiej brzmiałoby: "wrzaski kobiet wykrzykujących imiona drogich im osób/członków rodziny" czy coś takiego. "Lamentowanie drogocennych imion" wcale mi się nie klei)


Już dawno nie posiadał się z takiej radości — rzeź sprawiała, że płomienie wbijały się w ciemne niebo, oświetlając je niczym podczas letniego poranka, czerwona łuna zalegała nad miastem. (Światła, które daje pożar, w życiu nie porównałabym do letniego poranka)

Ogień posępnie stwierdził, że podczas łowów upoluje głowy wszystkich mieszkańców miasta. (Takie określenie również nie pasuje mi do ognia – pochłania wszystko, nie wybiera głów, rąk ani nóg)

— Czy nie powinnyśmy pomóc Fizis, mistrzu? — spytała dziewczynka, (zbędny przecinek) dosiadająca kasztanowego kuca.

Przeniosła wzrok na stojącego tuż obok mężczyznę ubranego w ciemny płaszcz,(zbędny przecinek) z kapturem zasłaniającym zmarszczoną twarz. (od nowej linijki)Wiedziała, jaki wyraz na niej królował — jak zwykle — powaga pomieszania z czymś, co(czego) ona nie umiała nazwać, a co za każdym razem ją coraz bardziej trapiło.

I wtedy nagle poczuła, (zbędny przecinek)coś(przecinek) czego wcześniej nie potrafiła dostrzec w gęstwinie emocji, że też nie zauważyła tego wcześniej! To nie był zwykły ogień, pożar miał w sobie moc, o której dziewczynka bałaby się choćby zamarzyć!

Książę zawsze chętnie słuchał mądrzejszych od siebie, a nawet uczył się na własnej skórze(przecinek) jak powinno wyglądać odpowiednie zadawanie ciosów. Niejednokrotnie kończył lekcje posiniaczony, z przeciętą wargą i srogo poturbowany, a skutki swych porażek odczuwał długie dni po ich doświadczeniu, ale nigdy nie narzekał, wiedział, że dzięki naukom w przyszłości osiągnie perfekcje(ę). Nie był tylko sprawnym egzekutorem, ale również sędzią, który długie godziny każdego dnia spędzał na zaznajamianiu się i dopytywaniu, kiedy nadarzała się ku temu okazja, o nowe strategię(e) bitewne.

Pragnął być na bieżąco ze wszystkimi sprawami królestwa, interesowały go nie tylko interesy stolicy i jej ościennych miejscowości, ale również odległe rubieże, gdyby nie zakaz ojca(przecinek) już dawno przekonałby się o ich niezwykłości.

Jednak mimo tego(przecinek) że następca tronu bardzo starał się jednać do siebie (zjednać sobie) mieszkańców, w ich oczach uchodził za dzieciaka, który dopiero co spił mleko spod nosa, a na jego słowa niespecjalnie zwracano uwagę.

(akapit)Sura był ciekawy świata, a zwłaszcza społeczności żyjących w odległych krainach, do których on najprawdopodobniej nigdy się nie uda, usychał, gdy nie mógł wyjść na ulicę Teverry, by odkrywać tajemnice miasta.

Dążył do tego, by być królem nie tylko rozkazującym wielkiej armii i zajmującym się gospodarką, on wymarzył sobie szanowanie(poszanowanie) wśród społeczeństwa.

Ogolony na łyso(Ogolony na łyso następca tronu? Trochę mi się to nie widzi – ogoleni na łyso chodzili więźniowie, może jeszcze jakieś zbiry) Sura z właściwą sobie kpiącą miną wpatrywał się w leżącego w błocie Werno — chłopaka pochodzącego z rodziny, która od wieków służyła władcom Fengaldu — królestwa leżącego w dorzeczu dwóch wielkich rzek.

Obie rzeki łączył kanał,(zbędny przecinek) zagradzający dostęp w okolice miasta.

Obronność grodowi gwarantowały potężne, grube mury,(zbędny przecinek) postawione jeszcze za panowania starej dynastii, która w swej mądrości przewidziała, że do Teverry będą ciągnąć rzesze ludności z całego królestwa, by poznać i zakosztować jej bogactwa — rozkazali więc (przecinek)by od ostatnich miejskich zabudowań mury były znacznie oddalone, po to by w przyszłości dać możliwość postawienia kolejnych gmachów.

Miasto musiało poradzić sobie z problem(problemem)— za każde dodatkowe dziecko w rodzinie mieszkańców Teverry należało zapłacić podatek, obejmował on oczywiście tylko pełnoprawnych obywateli Fengaldu, niewolnicy nie zostali objęci tym prawem, w oczach władzy ich nigdy nie było zbyt wielu.

Przez nią przechodził główny szlak handlowy,(zbędny przecinek) nazywany pieszczotliwie Wełnianym, bo to właśnie ten materiał był najczęściej transportowanym("transportowany" lepiej by brzmiało), zwłaszcza do Grytrandi, w której to wieczny deszcz i mało urodzajne gleby nie dawały możliwości hodowli owiec.

Na razie tyle ode mnie – nie dałam rady więcej.

Znużył mnie potwornie opis geografii i samego miasta. Chociaż jest napisany ładnym językiem, to jest go zwyczajnie zbyt dużo jak na początek opowiadania. Ja w świat stworzony przez autora lubię wchodzić stopniowo, a nie być w niego wrzucana – wtedy czuję się zagubiona i czytam, ale nie wiem o czym, a i tak zaraz to zapominam. I tak było w tym przypadku.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#8
(02-04-2015, 21:01)VoyJoy napisał(a): Południowym krańcom królestwa bogactwo zapewniało Morze Erytrejskie —(zbędny myślnik) obfite w ryby i cenne perły, które to uwielbiała matka Sury,(kropka i dalej dużą literą) nie patrząc(nie bacząc) na krzywe spojrzenia dworu(przecinek) rozkazywała przyszywać do swych jedwabnych sukien najpiękniejsze perły.

Na zachodzie Fengald graniczył z Grytrandią i królestwem Iwiz,(tu dałabym kropkę i dalej dużą literą) z oboma tymi krajami stosunki nie układały się najlepiej, ale nie były tak złe jak z(ze) wschodnimi sąsiadem —(spacja)Sawerunem, który to (przecinek) gdy nie prowadził wojny z Fengaldem, paktował przeciw niemu.

Wielu dałoby sobie głowę uciąć, że przyczyn wcale nie było, po prostu Saweruńczykom znudziło się życie w pokoju, i orzekli(postanowili zatem lub postanowili więc – 'orzec' bardziej pasuje mi do jednej osoby lub niewielkiego grona), że czas zmienić spokój w wojnę.

Ich szybkość i siła(siłę) wielokrotnie podkreślano na kartach ksiąg tevernińskich, co jednak istotniejsze(istotniejsi) kronikarze zaznaczali w swych pismach, że Saweruńczycy nie atakowali w jakimś określonym szyku, tylko biegli na łeb na szyję, by dopaść wroga.

Aby zabezpieczyć się przed napadami na wschodnie granice(przecinek) przyszłe królestwo Sury zdecydowało się na niezwykły ruch — wielotysięczne morze ludzi zaczęło budować Mur(dlaczego dużą literą?), który miał chronić przed zagrożeniem, jakie ciągle stwarzał Sawerun.

Przedsięwzięcie skończyło się połowicznym sukcesem, podczas niego(zbędne, wystarczy 'gdyż lub ponieważ') życie straciło wielu ludzi, a budowla i tak nie była w pełni gotowa.

Barbarzyńcy, gdy zorientowali się(przecinek) co dzieje się tuż pod ich nosem, uniemożliwiali, jak tylko mogli(przecinek) zakończenie dzieła Fengaldu.

Sura wiele słyszał o dzikim wschodnim ludzie, wiedział, że ich postura i wygląd bardzo różnił się od tego(przecinek) do jakiego się przyzwyczaił.

Saweruńczycy według rysunków i opisów w wertowanych przez księcia podaniach obdarzeni zostali krępymi, mocnymi ciałami,(bez przecinka) pokrytymi gęstym owłosieniem,(myślnik zamiast przecinka) muskularni i silni, gotowi gołymi rękami podnieść cielsko niedźwiedzia.

Ich społeczeństwo według księgi Pastyriusza — podróżnika i łowcy przygód, który to(przecinek) ryzykując życie, przedarł się do stolicy państwa barbarzyńców, Iku.

Ujrzał w niej Saweruńczyków bezmyślnie słuchających głównego kapłana, który to opiekował(bez przecinka – opiekującego się) się świętym totemem przedstawiającym tygrysa szablozębnego.

Na samą myśl o pokracznych stworach,(bez przecinka) Surę przeszedł dreszcz.

— Jesteś coraz wolniejszy, jeszcze nie dawno(niedawno) dawałeś radę mnie nawet powalić, a teraz nie nadążasz, Werno.

Sura zacmokał z niesmakiem i zrobił skwaszoną minę,(tu dałabym kropkę) jego kompan mógł tylko pokiwać w ciszy głową,(a tu myślnik zamiast przecinka) zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę i chociaż wiedział, że przyjaciel nigdy nie zamieniłby go na kogoś innego, to czuł się przytłoczony wizją, że spowalnia rozwój księcia.

Nie dało się nie zauważyć, przynajmniej sługa księcia nie potrafił, że w Surza było coś dostojnego, coś(zbędne) co przyciągało uwagę,(kropka i dalej dużą literą) wierzył, że pewnego dnia świat zauważy potencjał młodego następcy tronu, który uwielbiał mieć wszystko dopięte na ostatni guzik — nawet swą koszulę,(bez przecinka) wsadzoną w czarne dopasowane spodnie.

Sura nie miał u pasa broni, jak niemal każdy mieszkaniec Teverny, on jej nie potrzebował, przecież kroczyła tuż za nim —(bez myślnika) odziana w ciemny płaszcz,(kropka i dalej dużą literą) miecz i walka wręcz nie była jej potrzebna(nie była Werno potrzebna), bo i po co te umiejętności komuś, kto w okamgnieniu mógł stworzyć kulę ognia?

Z całą pewnością Werno nie tak wyobrażał sobie posługę u następcy tronu — Sura uważał go jak(uważał za przyjaciela lub traktował jak przyjaciela) przyjaciela,(tu znów dałabym kropkę) mag nie wiedział, czym zasłużył sobie na takie traktowanie, jednak był za nie ogromnie wdzięczny.

— Po,(bez przecinka) co?

— Wiesz, że świętobliwość jest jedną z najważniejszych person w mieście,(bez przecinka) i w całym królestwie, nie powinieneś jej lekceważyć, książę.

— Nie lekceważę tego starca, tylko go unikam, a to dwie różne rzeczy,(może kropka i dalej dużą literą) nie chcę, by mi zrobił wodę z mózgu. — Sura zniżył głos do szeptu, gdy mijali damy dworu jego matki.

— Och, Werno, przestań już, składam im ofiary, gdy tego oczekują, ale niech nie wymagają ode mnie codziennych medytacji… Nie mam na nie czasu i(przecinek) ważniejsze, nie mam na nie chęci.

— Co(Bo co, przecinek – tak będzie bardziej zadziornie) spuszczą na mnie swój gniew? — prychnął. — Mają pewnie lepsze zajęcia niż uczenie mnie pokory w stosunku do nich…

Werno pokręcił tylko z dezaprobatą głową, ale już się nie odezwał, wiedział, że jego słowa i tak nie zmieniłyby decyzji księcia — jeśli Sura na coś się uparł(przecinek) nie było możliwości, by zmienił postępowanie.

***

Arn nie nadawał się na jeźdźca — wątła postura,(bez przecinka) przypominająca źdźbło trawy gotowe w każdej chwili zgiąć się na wietrze,(bez przecinka) sprawiała, że ledwo udawało mu się utrzymać miecz w ręce.

— Arn. (myślnik i dalej podkreślone, gdyż to wyjaśnia, kto mówi)
Wuj przywołał go skinieniem palca wskazującego,(kropka zamiast przecinka, dalej nowy akapit dużą literą) chłopak podniósł się z wielkiego głazu, z którego obserwował tytaniczne masywy górskie.

„Botai nie boi się niczego” pomyślał i skarcił się za wieczne tchórzostwo, jednak nie chciałby zapędzać się w skaliste głębiny, by tylko poznać ich sekrety,(kropka i dalej dużą literą) czuł, że to nie przyniosłoby mu ani przede wszystkim plemieniu(jeśli porównujesz, to lepiej byłoby zapisać w taki sposób: 'Czuł, że to nie przyniosłoby korzyści ani jemu, ani plemieniu') korzyści, a wręcz przeciwnie…

Razem stanowili ostatnich przedstawicieli niegdyś potężnego klanu Enuitów —(bez myślnika) dowodzącego wojskami ludu Botai podczas Odwrotu w Dolinie krwi,(kropka)

który miał miejsce się na długo przed urodzinami Arna, a mimo tego odcisnął piętno na chłonnym umyśle chłopaka.(Coś, co działo się dawno, nie mogło mieć wpływu na umysł chłopaka. Gdybyś napisała, że opowieści o tym miały wpływ, wtedy byłoby dobrze.)

O bitwie na bagnach krążyły legendy — jedni wierzyli, że w miejscach, gdzie polegli Enuitowie polegli(zbędne) z rąk ludzi Fengaldu wciąż można usłyszeć ich głosy nawołujące do samobójczego ataku, dzięki któremu plemię miało zyskać na czasie i schronić się wśród równin Gertur,(kropka i dalej dużą) inni twierdzili, że Dolina krwi pozostaje niemal nie do sforsowania, bo dusze Enuitów z własnej woli nie opuszczają świata żywych,(tu też zakończyłabym zdanie, a dalej 'Pilnują bezpieczeństwa...') by pilnować bezpieczeństwa tyłów swego plemienia, nie przepuszczają nikogo, kto pała chęcią mordu przez bagna(wychodzi na to, że pała chęcią mordu z powodu bagien – powinno być '... nie przepuszczą przez bagna nikogo, kto pała chęcią mordu').

Nie chciał tego robić dla siebie, ale dla wuja, pragnął, by ten był z niego dumny, a(i) nie musiał się za niego wstydzić.

Botai nie hodowali koni, oni je zdobywali,(tu kropka) źrebaki, gdy tylko nabrały sił i umiały sobie same poradzić, były wypuszczane na wolność, aby wrócić do rodziny.

Jeździec udający się w ostatnią wyprawę, zabiera(ł) również swego rumaka, by w Dolinie Anahan móc wiecznie czuć wiatr we włosach i cieszyć się nieśmiertelnymi promieniami słońca.

Enuit chciał, by stał się jego przyjacielem, jednak koń miał inne zdanie,(kropka) gdy tylko zauważył Arna(przecinek) pognał przed siebie, a młodzian musiał pogodzić się z tym, że odniósł kolejną klęskę.

Starzec uchodził za wielkiego mędrca i chodzącą legendę, która gołymi rękami zabiła niedźwiedzia, gdy ten zaatakował jego towarzyszy podczas jednej z wypraw wojennych,(kropka) Izuka szanowali wszyscy, a z jego opiniami liczyła się sama rada plemienia, do której zresztą Enuit należał.

Arn wiedział, że rodzina nie byłaby z niego dumna, nie umiał nawet dobrze strzelać z łuku,(kropka) gdyby tacy jak on mieliby stanowić trzon Botai, lud dawno by pożegnał się ze światem.

Arn żył tylko dlatego, że jego wuj był poważanym i uwielbianym członkiem społeczności, inaczej już dawno Botai pozbyłoby (musiałabyś dodać 'plemię Botai', w tym przypadku 'pozbyliby') się balastu.

— Chłopcze, siadaj, proszę — powiedział starzec, uśmiechając się do podopiecznego ciepło,(kropka, a dalej nowy akapit) jego widok zawsze sprawiał, że skamieniałe serce odwiecznego wojownika nagle kruszało i potrafiło odzyskać radość, znowu pogodnie biło.

— Mój czas nadchodzi, Arnie — oznajmił, kiedy chłopak usiadł tuż obok niego,(kropka) na(Na) twarzy młodziaka zawitał chłód i przerażenie zarazem, (kiedy)jeździec zaśmiał się ni to wesoło, ni upiornie.

— My, ludzie Botai obdarzeni zostaliśmy tą niezwykłą zdolnością, która daje nam możliwość wyczucia, kiedy w końcu należy powlec konia na ostatnią wyprawę, by pożegnać się na zawsze z równinami Gubar i wkroczyć (w) otchłań Gór Losu, by odnaleźć Dolinę Anahan.

— Nie żartuj sobie ze mnie, wuju. — Arn pełen oburzenia, a jednocześnie strachu(przecinek) omiótł wzrokiem sylwetkę krewnego.

Siwa broda okraszała starca dostojnością i powagą,(kropka) została przez niego idealnie przystrzyżona, żaden włosek nie odstawał od reszty, Izuk lubił doskonałość.

Jednak mędrzec nie mógł się cieszyć włosami na głowie, już dawno go opuściły,(kropka) był to swoisty fenomen wśród Botai, którzy zrzucali winę za łysość wojownika na Arna, który miał przysparzać samych problemów wujowi.

Ubrany w typowy dla swego klanu strój —(przecinek zamiast myślnika, gdyż wtrącenie otwieramy i zamykamy tym samym znakiem) czerwony tunikę i szerokie spodnie zwężające się u kostek, siedział na porośniętej trawą ziemi.

Przy pasie nosił wiernego towarzysza —(to samo w tym miejscu) Innego, z którego pomocą Izuk pozbawił głowy licznych wrogów.

— Och, mój drogi Arnie, jesteś naprawdę dobrym dzieckiem. — Izuk w zamyśleniu zamknął oczy, a potem powiódł wzrokiem po rubieżach obozowiskach. (zbędny nowy akapit)
— Zbyt dobry na to plemię, Botai nigdy nie zaakceptuje takiego marzyciela, jak ty, chłopcze. — Starzec uśmiechnął się i poczochrał włosy Arna. — Czuję, że twoja historia zapiszę(e) się złotymi głoskami na kartach ksiąg naszego świata, jednak nie będziesz bohaterem mego ludu, Arnie. — Ton głosu starca zabarwił się nutką goryczy, którą chłopak szybko wyłapał. — Nie jesteś Enuitem, mój chłopcze, a ja chociaż bardzo bym chciał, nie jestem twym prawdziwym wujem,(kropka) jesteś obcym wśród Botai i oni to czują, i ty dostrzegasz to od najmłodszych lat, dlatego zawsze tak bardzo oddalasz się od obozowiska, a nasz namiot stoi jak najdalej się da.

Skończyłam, starając się pomóc Vetali. (Vet – może to jeszcze przejrzyj :))
Zmęczyła mnie ta opowieść o krajach, ludach, zwyczajach. Jakbym czytała kronikę historyczną. Piszesz ładnym językiem, ale tych lekcji wystarczyłoby na dwie powieści. Dopiero rozmowa Sury z Werno przełamała ten blok. Przecież o wyglądzie i wojowniczości poszczególnych ras mogłabyś opowiadać w trakcie bitew, spotkań, zawieranych sojuszy. To ciekawa opowieść, ale opisy są zamęczające. Gdybyś postarała się część z nich przenieść do dalszej akcji.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#9
NIGDY nie dawaj na starcie takiej ilości opisów świata/historii/ras, bo nikogo to nie obchodzi póki nie zainteresują go bohaterowie/fabuła.

Cytat:Sura uważał go jak przyjaciela

Nie po polsku. "Za przyjaciela".
[niedozwolony link]
Odpowiedz
#10
Format tekstu nie jest zachęcający. Przydałoby się dodać kilka akapitów. A teraz o treści.

Budujesz długie, rozbudowane zdania. To jest trudne i często nie wychodzi. Zazwyczaj lepiej jest rozbić na zdania proste, lepiej to wtedy brzmi i jest większa szansa na uniknięcie kalekich formuł. Jeden z bardziej jaskrawych przykładów:
"Sura nie miał u pasa broni, jak niemal każdy mieszkaniec Teverny, on jej nie potrzebował, przecież kroczyła tuż za nim — odziana w ciemny płaszcz, miecz i walka wręcz nie była jej potrzebna, bo i po co te umiejętności komuś, kto w okamgnieniu mógł stworzyć kulę ognia?" – Zamiast myślnika można dać przecinek, zamiast "jej" chyba lepiej "mu" (Sura to chłopak, no nie?), miecz nie jest umiejętnością (co może wynikać z zdania) i, co najważniejsze, powtarzasz w zdaniu informacje. Z tego zdania złożonego, trzy zdania proste (na cztery) można streścić słowami "Sura nie potrzebował miecza"

Jak już wcześniej zostało wspomniane, nie zaczyna się od opisu świata/historii, wszystkie potrzebne informacje należy odpowiednio wpleść w fabułę kiedy będą potrzebne. Póki co, to większość podanych przez Ciebie faktów jest niepotrzebna i łatwo zostanie zapomniana.

Tak na koniec, chociaż historia jest póki co dość mocno szablonowa, to przynajmniej jest w miarę spójna. Powinnaś za to poćwiczyć nad stylem, musi być bardziej przyjazny dla czytelnika. Mniej powtórzeń informacji, mniej niepotrzebnego rozbudowania zdań, mniej zalewu informacji. Do zobaczenia przy kolejnym fragmencie.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości