Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Clint i Rob cz.1
#1
Jak mawiali starsi – jazda to nie miejsce żywych.
Niee, tam szli najwięksi desperaci, szaleńcy i psychopaci uzależnieni od adrenaliny i tańca ramię w ramię ze śmiercią.
W hierarchii Swamp Ride'u szczeble były dokładnie trzy, począwszy od Trutni, których w całej jeździe było dobre kilka tysięcy. Ich dwuosobowe zespoły dosiadały Śmigaczy – starych, zardzewiałych, ubłoconych od kół aż po same lusterka, modyfikowanych motocykli (czy jak kto woli – motocyklików), tanich w produkcji i zadziwiająco lekkich. Różniły się często od siebie w znacznym stopniu, zależnie od tego, jaką zespół pełnił rolę, jak choćby wsparcie, zwiad, bombardowanie, czy też dowództwo (ci pomimo zarządzania jednostkami w polu, przekazu rozkazów i podnoszeniu morale, nadal byli tylko Trutniami), ale nadal wszystkie były doskonale przystosowane do najbardziej zdradzieckich terenów, czy to leśnych, bagiennych, pustynnych, czy nawet górskich.
Nad Trutniami stali Kapitanowie, których liczba w całej formacji zawsze była stała – wynosiła osiem, czyli cztery zespoły. Ewentualne braki wywołane śmiercią lub niezdolnością do walki któregoś z nich, momentalnie zastępowano, ale rzadko musiało do tego dojść, bo oni niemal nigdy nie umierali. Dosiadali potężnych maszyn, istnych ogarów piekieł. Byczych, ale i zabójczo skutecznych w każdym terenie, pomimo wagi. Oni stanowili elitę, byli legendami. Dowodzili bezpośrednio Trutniami i otaczali się nimi jak tylko mogli, robiąc za półbogów. Gdy wyjeżdżali w pole, nie było litości. Zwano ich Czterema Jeźdźcami Apokalipsy, bo w odróżnieniu od Trutni nie skupiali się na osłabianiu sił przeciwnika, żądleniu czy ataku zaczepnym. Nie, oni nieśli ostateczną zagładę. Ich działonowi zamiast popularnych, starych, poklejonych kaemów używali karabinów maszynowych MG3 plujących w mgnieniu oka topiącym się ołowiem. Byli tak wielcy i przeszkoleni, że manewrowali tymi ciężkimi żelastwami bez większych problemów, zachowując przy tym celność i wysoką skuteczność, w czym nie przeszkadzały im nawet ciężkie pancerze, które zwykli nosić. Nie pozostawiali cienia szans nikomu, kto znalazł się w zasięgu strzału. Ale nad nimi znajdował się ktoś jeszcze.
Niezniszczalny duet Harley Joego i Yamaha Sama – ojców całej formacji, którzy od podstaw stworzyli całą jazdę z połączenia zamiłowania do dzikiej szarży na dwóch kółkach, o gębie zroszonej tanim rumem, i wielkiej sympatii do wystrzałów i wybuchów. Nieśmiertelni dwaj dranie, zuchwalcy, nikczemnicy cieszący się niemal tak wielkim szacunkiem, jakim darzono samego Johna Cannona, wśród rebeliantów. Ich słowo było prawem. Bezpośrednio wydawali rozkazy Kapitanom, a w bój jechali jedynie w celach reprezentacyjnych, albo gdy sytuacja miała się niesłychanie źle.
Każdy zespół składał się, jak wiadomo, z dwóch osób: z pilota, który zajmował się utrzymaniem maszyny na kołach i pilnowaniem odpowiedniego miejsca w szyku, a także działonowego, który to siedząc z tyłu, na specjalnym, podniesionym wysoko siodle strzelał całymi salami, jak najcelniej i jak najszybciej. Zwykle to właśnie on zbierał na siebie wszystkie kule ze względu na wystawioną pozycję.
Każdy z nich wiedział, że za wszelką cenę należy utrzymać szyk i wykonywać wszystkie, ale to wszystkie polecenia, bo w przypadku odłączenia się, a nawet poniesienia ciężkich ran, nikt nie będzie się oglądać za siebie.

Na środku rozległej pustyni, gdzieś na środku stanu Colorado stał samotnie Śmigacz R-026, z którego buchały kłęby siwego dymu. Zaraz przy nim sterczał Rob – rosły, brodaty pilot, odziany w skórzaną, wyświechtaną kamizelkę bez rękawów z wyszytym napisem "Live fast, Die last", bojówkach w kamuflażu pustynnym, z ochraniaczami wszytymi na kolanach i czarnych, zakurzonych oficerkach. Grzebał zawzięcie przy swojej maszynie, nie odstępując jej nawet na krok, starając się wydobyć z niej resztki życia, co nie wydawało się wcale tak łatwe, jak powinno. Po całej długości boku ciągnęły się bowiem ślady po zdradzieckich pociskach dużego kalibru, od czasu gdy ostatniej nocy formacja, chaotycznie pędząca ze wsparciem na front, napotkała grupę patrolową sił armii Stanów Zjednoczonych. Udało się ich zręcznie odciąć, zasypując gradem pocisków, obyło się nawet bez strat w ludziach, ale w podobnych warunkach motocykl o przestrzelonej chłodnicy nie miał cienia szans, więc gdy tylko nastał ranek – przegrzał się na śmierć.
Kilkanaście kroków dalej stał działonowy Clint, trzymając za lufę kałasznikow oparty o ziemię. Był nieco mniejszy, mniej barczysty, ale równie umięśniony co jego pilot. Na głowie nosił konfederatkę, pod kilkudniowym zarostem przewiązaną miał zieloną chustę. Nosił się nieco odmiennie od pilota, dumniej, w pełnym, regulaminowym płaszczu bractwa Krwi i Kamienia, ze wszystkich stron obwieszonym sakami i bandolierami. Bystry, lecz martwy wzrok wpił w horyzont przed sobą i tkwił tak hardo, nieruchomo przez dłuższy czas. W końcu odwrócił się w stronę pilota, lecz ten tylko pokręcił zrezygnowany głową, wycierając ręce szmatką.
Maszyna padła, a oni wiedzieli doskonale, co to oznacza. Wiedzieli, że nikt nie zawróci, nie obejrzy się ostatni raz za siebie. Nikt nie miał już nadejść, pewnie nawet nikt już o nich nie pamiętał – to był koniec zespołu R-026. Clint dźwignął karabin i ruszył bez słowa naprzód z kamienną twarzą, chwilę później poszedł i Rob, pozostawiając Śmigacza na środku kompletnego zadupia.
Zdarza się.
To nie pierwszy i nie ostatni przypadek, gdy któraś z maszyn została na zawsze wykluczona z gry, a jej jeźdźcy przeszli do historii. Teraz byli już zdani tylko i wyłącznie na siebie. Słońce stojąc w zenicie przypiekało niemiłosiernie, a dookoła, jak okiem sięgnąć, nie było zupełnie nic, poza brudnym piachem i chwastami rosnącymi to tu to tam. Obaj kroczyli równo i wytrwale, nie okazując zmęczenia, tocząc zaciekłą walkę z niesprzyjającymi warunkami wrogiego terenu. Od czasu do czasu wymieniali się pojedynczymi wyrazami. Tak naprawdę nie przepadali za sobą, może to przez różnicę wieku, poglądów, albo i inną, niewyjaśnioną barierę, która dzieliła ich niczym mur. W jednym tylko byli zgodni – obaj wierzyli, że jedynym ratunkiem dla ich nędznych żywotów było odnalezienie cywilizacji.
Ruszyli na zachód, licząc na łut szczęścia. Rob był niemal pewny, że gdzieś tam, w oddali, znajdowała się droga stanowa, a to oznaczało już rozwiązanie części problemów. Upał zdawał się stale narastać, ale może to tylko złudzenie idące w parze z wycieńczeniem podróżą. Czarne ptaki krążyły wysoko na niebie, a gorące powietrze falowało dookoła, każdy, najmniejszy powiew wiatru był na wagę złota.
Wraz z długo wyczekiwanym zachodem słońca nadszedł czas na rozbicie obozu, bo nawet z kompasem nie trudno było pomylić drogę w nocnym mroku, nie mówiąc już o czyhających niebezpieczeństwach, z którymi starcie po ciemku było jak walka z wiatrakami.
Oparłszy ciężkie, powypychane do granic możliwości plecaki, rozpalili niewielkie ognisko z tego, co zawczasu znalazło się pod ręką, suche chwasty paliły się znakomicie, a szczęście obdarowało ich nawet kilkoma spróchniałymi drzewami. Chwila wytchnienia po ciężkim dniu dała ukojenie i pozwoliła zapomnieć o ciężarze dłużącej się wędrówki. Clint uniósł wzrok na Roba grzebiącego beztrosko łyżkowidelcem w puszce kukurydzy, po chwili wahania westchnął i zapytał niepewnie:
– Co dalej?
Próżno wyczekiwał odpowiedzi. Ciszę przerywało tylko skrobanie metalu i strzały płonących śmieci. Rob zignorował pytanie, puścił je mimo uszu nie okazując nawet krzty zainteresowania, cały czas wgapiając się w pustą już puszkę obozowych racji żywnościowych bractwa.
– Zapytałem...– Clint warknął nieco głośniej, twardo i przebrzydle – Co do kurwy dalej, Rob?
– Piach. Wszędzie dalej jest piach. Widziałeś przecież, zanim zgasło słońce, po kiego więc głupio pytasz?
– Co później?– Clint rozeźlił się. Wiedział, że znalezienie nici porozumienia graniczyło z cudem, ale nie zamierzał dać za wygraną. Rob odrzucił wreszcie puszkę i uniósł swój kosmaty łeb, spojrzał zimno w oczy Clinta
– Później będzie dzień. Ze mną, albo beze mnie, to już nie robi mi żadnej różnicy. Nie obchodzi mnie, czy zejdę tutaj, teraz, na piachu i kurzu, czy po latach, w bogatej willi, otoczony gronem panienek. Wszystko mi jedno. – A ty... – parsknął z lekka mierząc strzelca wzrokiem – To już, kurwa, twoja zasrana sprawa. Pilnuj się, a może znajdziesz swoje szczęście. Może. Przeżyj... Wtedy pomartwisz się, co później.
Clint nie sprawiał nawet wrażenia, by ta smętna gadka ruszyła go choć trochę. Prawdę mówiąc właśnie takiej odpowiedzi się spodziewał. Teraz przynajmniej był pewien, że nic wartościowego się nie dowie, cóż, przynajmniej próbował. Od tej pory obozowali w milczeniu, bez choćby jednego słowa.
Nastał ranek. Clint ocknął się z nerwowej, niewygodnej drzemki, oparty o masywny głaz, słysząc regularne odgłosy piachu przekopywanego saperką. Po otwarciu oczy spostrzegł Roba żywo kopiącego dół. Prezentował się nieco inaczej, niż poprzedniej nocy – jego beztroski wyraz twarzy, stoicki spokój zamienił się w coś w rodzaju trwogi, a zarazem i zwątpienia. Jego włosy były niechlujnie rozchełstane, a kamizelka przekrzywiona i podarta w kilku miejscach, na rękach pojawiły się też krwawiące, równe rozcięcia. W końcu wyskoczył z płytkiego dołu, złapał niedopitą flaszkę rumu (ostatnią z zawartością, obok niej leżały jeszcze dwie puste) stojącą na krawędzi i zaczerpnąwszy duży haust. Wtem rzekł ochryple, lecz zadziwiająco trzeźwo:
– Zakop motykę.
– Po... Popierdoliło cię?
Strzelec nie krył zdziwienia, obie ręce zacisnął mocniej na kaemie, z którym spędził całą noc. Nie spodziewał się usłyszeć już niczego sensownego, ale mimo to słowa Roba, spadające jak grom z jasnego nieba, zdziwiły go nie na żarty. Po chwili zarzucił głową i przemówił opryskliwie
– Nada się jeszcze, kurwa, pójdź po rozum do tego pustego łba!
– Nie nada. Ty bredzisz. To już nie twoje narzędzie, skończyły się te czasy. Opamiętaj się. Pal mosty. Pozbądź się przeszłości.
– Przysięgałem na własną duszę...
– Na co?! – Rob wybuchł śmiechem, otarł czoło przedramieniem i upił jeszcze jeden łyk, cały czas nie mogąc się uspokoić. Nie był to zdrowy śmiech, bynajmniej. Clint natomiast zachował powagę, nie było mu do śmiechu nawet przez moment.
– Mówiłem, że zginę trzymając w rękach ten karabin. Pamiętasz? Nie pamiętasz? Kurwa, teraz to mówię, a ja nie rzucam słów na wiatr!
Słowo się rzekło, rozbrzmiało echem, ale Rob nie zdawał się być przekonanym. Nadal stał i wytrzeszczał przekrwione oczy dając do zrozumienia, czego oczekwiał.
– Z chwilą, jak zostawiliśmy Śmigacza, tam daleko, nie podlegamy już pod nikogo, rozumiesz to? Pod nic. Zespół przepadł, spisany na straty. Wymaż to z pamięci, bracie. Im prędzej się z tym pogodzisz, tym lepiej dla ciebie. To już nie jest twoja broń, nie żyj przeszłością. Pal mosty! Zapomnij. Ja już zapomniałem.
Rob dźwignął się na równe nogi, złapał swój ogryziony, plecak i ruszył powoli, rzucając na odchodnym
– Wiesz, co należy zrobić.
Zostawił Clinta samego z jego myślami kotłującymi się w jego głowie, nie obejrzał się już ani razu. Nie zwykł tego robić, nigdy. To, co tamten zrobi lub nie zrobi, było mu już zupełnie obojętne, a jednak uśmiechnął się sam do siebie, pod nosem, słysząc szczęk metalu opadającego na ziemię i odgłosy przesypywanego piachu.
Podróżowali jeszcze kilka dni, w takim samym, albo i gorszym upale. Zapasy powoli się wyczerpywały, brakło wody. Clint był twardy jak skała, ale nawet jego nadzieja zaczynała opuszczać coraz bardziej. Od początku brał pod uwagę podobną sytuację, ale towarzystwo Roba nie służyło mu. Rob natomiast nadziei w ogóle nie miał, ani na początku, ani na później. Nie potrzebował jej nigdy, po prostu czynił, co uważał za słuszne, z góry godząc się na porażkę. Był stracony od chwili narodzin, dlatego wybrał jazdę, a bractwo opływało w takich typów.
Dotarli do pierwszych zabudowań, ale nie przyniosło to spodziewanej ulgi, było wręcz całkowicie obojętne. Nie trafili do miasta, nie było to nawet miasteczko, a zwykłe, zapomniane przez świat, rozpadające się domostwa usytuowane przy ulicy, która według znaku, zwała się Broaden Street. Co ciekawe, jeszcze kilka lat wcześniej okolica wyglądała jeszcze mizerniej, marniej, ale odkąd droga stała się bardziej uczęszczana na skutek rozwoju przemysłu na obu jej końcach, osada w połowie drogi między nimi rozwinęła się. Przybyło mieszkańców i wędrowców, domów, sklepów, postawiono stację benzynową, kilka warsztatów, a nawet bar. Nadal było to zdecydowanie za mało, by mówić o mieścinie, a na skutek tego, braku przepisów ani służb mogących je egzekwować, panowało tam bezprawie, ubóstwo i jakikolwiek zanik norm społecznych... Ale mieli bar, całkiem pokaźny.
Rob przeszedł kilka kroków oddychając ciężko, trzymając ręce na biodrach. Skinął tylko głową nie odwracając się i rzekł:
– Masz swój raj na ziemi. A teraz zostań tutaj, dowiem się co to za dziupla. Nie idź za mną, bo jeszcze ktoś zacznie coś podejrzewać, lubisz wpierdolić o kilka słów za dużo. I nie myśl na głos. I trzymaj się z dala od tego pospólstwa. Federalni nawet tutaj mogą mieć swoje uszy.
Nie czekał na odpowiedź. Przekroczył ulicę, otworzył z rozmachem drzwi speluny i przeszedłszy przez próg, zamknął je z trzaskiem, wzbijając tumany kurzu. Clint został sam. Nie podobało mu się to miejsce i gdyby nie parszywa sytuacja, w jaką wpadł przez zrządzenie losu, zniknąłby najszybciej, jak byłoby to możliwe. Zmarnowani mieszkańcy, przypominający chodzące trupy, leniwie uwijali się przy stertach złomu porozrzucanych to tu, to tam, albo nosili jakieś zakurzone pakunki z miejsca na miejsce. Czuł na sobie ich złowieszczy, wrogi wzrok, widział ich szpetne twarze w brudnych oknach, samemu starając się na nikogo nie gapić. Pewnie tylko czekali, aż zacznie szukać problemów, on jednak dobrze wiedział, że poskładałby nie jednego i nie dwóch w uczciwej walce, w końcu reprezentował bractwo, a tam nie brało się cherlaków. Wyszkoliło go z jednej strony bractwo, z drugiej ciężkie życie. Wielokrotnie uczestniczył w ulicznych zamieszkach i barowych burdach. Jednak w pojedynkę, z podobnym gminem zgubnie było się mierzyć. Nie przy nich mówić o uczciwości – solidarni nędznicy, znajdujący się na własnej ziemi, zawsze zaskakiwali kilkoma asami z rękawa, toteż najlepszym wyjściem było siedzieć i pokornie czekać, udając że się nie istnieje.
Mogło minąć kilka minut, ale równie dobrze i pół godziny, trudno zachować rachubę czasu. Drzwi baru rozwarły się na oścież, a ze środka wyszedł Rob w pomiętych, zakurzonych łachmanach i pustą flaszką w ręce, nie ukazując żadnych oznak choćby i znikomego upojenia alkoholowego. Był pilotem, a ci, w przeciwieństwie do strzelców, nie musieli żyć w niemal ciągłej prohibicji, wręcz przeciwnie – jadąc prosto w ogień krzyżowy musieli być pijani jak prosiaki, by wygrać wyścig ze śmiercią, bezbłędnie wykonać powierzone zadanie. To właśnie dawało im decydującą przewagę. Nieprzyjaciele pierzchli w popłochu na sam dźwięk rozpędzonych maszyn, bo zdawali sobie sprawę, że mierzą się z desperackimi samobójcami.
– Clint?– odezwał się zmierzając w jego stronę – Mamy robotę. Opłacalną, do siedmiu diabłów. Zarezerwuj mi pokój w motelu i zostaw wszystkie śmieci, będzie trzeba się trochę pogimnastykować.
– Skontaktowałeś się ze sztabem? – Clint nawet na to nie liczył, zdawał sobie sprawę, że tak gładko sprawy nie można było załatwić, jednak nie miał pojęcia, jakie zamiary kryły się w głowie Roba. Rob zgrzytnął zębami zdenerwowany usłyszanymi słowami, speszył się straszliwie.
-Dalej, kurwa, swoje? Czego w moim słowach nie zrozumiałeś? Nie ma sztabu! Dla ciebie nie ma już sztabu! Nie ma kompanii. Nie podlegasz nikomu i niczemu, jesteś sam, jak palec. Zacznij się troszczyć o własną dupę, zanim ktoś ci ją odstrzeli, durniu – splunął, westchnął i podchodząc bliżej rzekł z cicha -To nie konfederaci, więc daruj sobie rozmowy o tym, kim byłeś. Nadal nie wiesz, kto może słuchać. Nie mam zamiaru umierać za ciebie.
– Kurwa, Rob! Przynajmniej raz. Raz w życiu zrób tak, jak należy. Przestań myśleć o własnej dupie, ty pieprzony gnoju!
-Tylko to mi zostało. – Rob nie dawał się przekonać, trwając z kamienną twarzą. – Tak samo, jak i tobie. Zrób więc przynajmniej raz, raz w życiu coś dla siebie.
Milczenie przedłużało się nieznośnie, gdy Clint w końcu przemówił kręcąc głową:
-Nie pójdę z tobą. Nie tym razem.
Rozstali się na środku ulicy. Każdy z nich poszedł w inną stronę.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Na dobry początek proponuję zajrzeć do tekstów innych użytkowników i podobnie sformatować swoje opowiadanie. Wchodzę i widzę ścianę tekstu, dosłownie ścianę, bo nie ma tu żadnych wcięć ani znaków formatowania. Akapit możesz wprowadzić wpisując [p.] bez kropki w miejscu, gdzie chcesz go dodać. Jest trochę błędów, dziwnych szyków i tak dalej, ale że usunęło mi wprowadzone poprawki, a nie mam czasu sprawdzać tekstu od nowa, to, niestety, ale musisz zaczekać na sprawdzających. Napisane jest całkiem ładnie, czyta się dobrze i płynnie. Nie masz problemu z opisami, ładnie wplatasz je w tekst i odpowiednio dawkujesz. Temat również jest ciekawy.Trochę zaskoczyło mnie zakończenie, wydało mi się dziwne, że tak po prostu się rozeszli. Interesująco prowadzisz narrację, lekko i przyjemnie, sprawiasz, że miło się czyta i pozostaje niedosyt. Rozumiem, że to dopiero początek przygody Roba i Clinta?
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
#3
Zajrzałem. Chyba coś zdołałem poprawić, albo ewentualnie zepsuć bardziej.
Dziękuję za wszystkie miłe słowa i tak, to jest dopiero początek, a właściwie to jakoś trzecia część całości. Urwane może trochę chaotycznie, ale to dlatego, ze kontynuacja będzie do tego bezpośrednio podłączona.
Odpowiedz
#4
(24-03-2015, 21:54)humbas napisał(a): (...)– starych, zardzewiałych, ubłoconych od kół aż po same lusterka, modyfikowanych motocykli (czy(przecinek) jak kto woli –(tu bym dała przecinek zamiast myślnika) motocyklików), tanich w produkcji i zadziwiająco lekkich.

Różniły się często od siebie w znacznym stopniu, zależnie od tego, jaką zespół pełnił rolę, jak choćby wsparcie, zwiad, bombardowanie,(zbędny przecinek) czy też dowództwo (ci pomimo zarządzania jednostkami w polu, przekazu rozkazów i podnoszeniu morale,(zbędny przecinek) nadal byli tylko Trutniami), (...)

Ewentualne braki wywołane śmiercią lub niezdolnością do walki któregoś z nich,(zbędny przecinek) momentalnie zastępowano, ale rzadko musiało do tego dojść, bo oni niemal nigdy nie umierali.

Niezniszczalny duet Harley Joego i Yamaha Sama – ojców całej formacji, którzy od podstaw stworzyli całą jazdę z połączenia zamiłowania do dzikiej szarży na dwóch kółkach, o gębie zroszonej tanim rumem,(zbędny przecinek) i wielkiej sympatii do wystrzałów i wybuchów.

Nieśmiertelni dwaj dranie, zuchwalcy, nikczemnicy cieszący się niemal tak wielkim szacunkiem, jakim darzono samego Johna Cannona, wśród rebeliantów. (To "wśród rebeliantów" powinno być raczej po "cieszący się", bo obecnie zdanie nie brzmi dobrze)

Bezpośrednio wydawali rozkazy Kapitanom, a w bój jechali jedynie w celach reprezentacyjnych, (zbędny przecinek)albo gdy sytuacja miała się niesłychanie źle.

Każdy zespół składał się, jak wiadomo, z dwóch osób: z pilota, który zajmował się utrzymaniem maszyny na kołach i pilnowaniem odpowiedniego miejsca w szyku, a także działonowego, który to siedząc z tyłu, na specjalnym, podniesionym wysoko siodle (przecinek) strzelał całymi salami(A nie "salwami"?), jak najcelniej i jak najszybciej.

Na środku rozległej pustyni, gdzieś na środku stanu Colorado(przecinek) stał samotnie Śmigacz R-026, z którego buchały kłęby siwego dymu. Zaraz przy nim sterczał Rob – rosły, brodaty pilot,(zbędny przecinek) odziany w skórzaną, wyświechtaną kamizelkę bez rękawów z wyszytym napisem "Live fast, Die last", bojówkach w kamuflażu pustynnym, z ochraniaczami wszytymi na kolanach i czarnych, zakurzonych oficerkach.

To nie pierwszy i nie ostatni przypadek, gdy któraś z maszyn została na (zbędny akapit)zawsze wykluczona z gry, a jej jeźdźcy przeszli do historii. Teraz byli już zdani tylko i wyłącznie na siebie. Słońce stojąc w zenicie(przecinek) przypiekało niemiłosiernie, a dookoła, jak okiem sięgnąć, nie było zupełnie nic,(zbędny przecinek) poza brudnym piachem i chwastami rosnącymi to tu (przecinek) to tam.

Tak naprawdę nie przepadali za sobą, może to przez różnicę wieku, poglądów, (zbędny przecinek)albo i inną, niewyjaśnioną barierę, która dzieliła ich niczym mur.

(akapit)Ruszyli na zachód, licząc na łut szczęścia.

Wraz z długo wyczekiwanym zachodem słońca nadszedł czas na rozbicie obozu, bo nawet z kompasem nie trudno(nietrudno) było pomylić drogę w nocnym mroku, nie mówiąc już o czyhających niebezpieczeństwach, z którymi starcie po ciemku było jak walka z wiatrakami.

Oparłszy ciężkie, powypychane do granic możliwości plecaki,(O co oparłszy? Musiało być coś, o co je wsparli) rozpalili niewielkie ognisko z tego, co zawczasu znalazło się pod ręką, suche chwasty paliły się znakomicie, a szczęście obdarowało ich nawet kilkoma spróchniałymi drzewami.

Rob zignorował pytanie, puścił je mimo uszu (przecinek)nie okazując nawet krzty zainteresowania, cały czas wgapiając się w pustą już puszkę obozowych racji żywnościowych bractwa.

– Zapytałem...(spacja)– Clint warknął nieco głośniej, twardo i przebrzydle – Co do kurwy dalej, Rob?

– Co później?(spacja)– Clint rozeźlił się. Wiedział, że znalezienie nici porozumienia graniczyło z cudem, ale nie zamierzał dać za wygraną. Rob odrzucił wreszcie puszkę i uniósł swój kosmaty łeb, spojrzał zimno w oczy Clinta(kropka)

– Później będzie dzień. Ze mną,(zbędny przecinek) albo beze mnie, to już nie robi mi żadnej różnicy. Nie obchodzi mnie, czy zejdę tutaj, teraz, na piachu i kurzu, czy po latach, w bogatej willi, otoczony gronem panienek. Wszystko mi jedno. (zbędny akapit)– A ty... – parsknął z lekka(przecinek) mierząc strzelca wzrokiem – To już, kurwa, twoja zasrana sprawa.

Prawdę mówiąc(przecinek) właśnie takiej odpowiedzi się spodziewał.

W końcu wyskoczył z płytkiego dołu, złapał niedopitą flaszkę rumu (ostatnią z zawartością, obok niej leżały jeszcze dwie puste) stojącą na krawędzi i zaczerpnąwszy(zaczerpnął – imiesłów nie ma tu racji bytu) duży haust.

Po chwili zarzucił głową i przemówił opryskliwie(dwukropek)

– Na co?! – Rob wybuchł(wybuchnął) śmiechem, otarł czoło przedramieniem i upił jeszcze jeden łyk, cały czas nie mogąc się uspokoić. Nie był to zdrowy śmiech, bynajmniej.(Lepiej by brzmiało wg mnie: Nie był to bynajmniej zdrowy śmiech) Clint natomiast zachował powagę, nie było mu do śmiechu nawet przez moment.

– Mówiłem, że zginę (przecinek)trzymając w rękach ten karabin.

Nadal stał i wytrzeszczał przekrwione oczy(przecinek) dając do zrozumienia, czego oczekwiał(oczekiwał).

– Z chwilą, jak zostawiliśmy Śmigacza, tam daleko, nie podlegamy już pod nikogo, rozumiesz to? Pod nic. Zespół przepadł, spisany na straty. Wymaż to z pamięci, bracie.

Rob dźwignął się na równe nogi, złapał swój ogryziony, plecak (Ogryziony to jakaś rzecz? Czy niefortunne określenie do plecaka? W drugim przypadku powinno być bez przecinka, ale z pewnością przydałby się wtedy inny przymiotnik) i ruszył powoli, rzucając na odchodnym(dwukropek)

Zostawił Clinta samego z jego myślami kotłującymi się w jego głowie, nie obejrzał się już ani razu. Nie zwykł tego robić, nigdy. To, co tamten zrobi lub nie zrobi, było mu już zupełnie obojętne, a jednak uśmiechnął się sam do siebie, (zbędny przecinek)pod nosem, słysząc szczęk metalu opadającego na ziemię i odgłosy przesypywanego piachu.

Podróżowali jeszcze kilka dni, (zbędny przecinek)w takim samym,(zbędny przecinek) albo i gorszym upale.

Nie trafili do miasta, nie było to nawet miasteczko, a zwykłe, zapomniane przez świat, rozpadające się domostwa usytuowane przy ulicy, która według znaku,(zbędny przecinek) zwała się Broaden Street.

Nadal było to zdecydowanie za mało, by mówić o mieścinie, a na skutek tego, (zbędne) braku przepisów ani służb mogących je egzekwować, panowało tam bezprawie, ubóstwo i jakikolwiek(To tu nie pasuje) zanik norm społecznych...

Rob przeszedł kilka kroków (przecinek)oddychając ciężko, trzymając ręce na biodrach. Skinął tylko głową(przecinek) nie odwracając się(przecinek) i rzekł:

– Masz swój raj na ziemi. A teraz zostań tutaj, dowiem się (przecinek)co to za dziupla. Nie idź za mną, bo jeszcze ktoś zacznie coś podejrzewać, lubisz wpierdolić(To pasuje w znaczeniu "powiedzieć"? Bo mnie jakoś średnio) o kilka słów za dużo.

Zmarnowani mieszkańcy, przypominający chodzące trupy, leniwie uwijali się przy stertach złomu porozrzucanych to tu, to tam, (zbędny przecinek) albo nosili jakieś zakurzone pakunki z miejsca na miejsce.

Jednak w pojedynkę,(zbędny przecinek) z podobnym gminem zgubnie było się mierzyć. Nie przy nich mówić o uczciwości – solidarni nędznicy, znajdujący się na własnej ziemi, zawsze zaskakiwali kilkoma asami z rękawa, toteż najlepszym wyjściem było siedzieć i pokornie czekać, udając (przecinek)że się nie istnieje.

Był pilotem, a ci, w przeciwieństwie do strzelców, nie musieli żyć w niemal ciągłej prohibicji, wręcz przeciwnie – jadąc prosto w ogień krzyżowy(przecinek) musieli być pijani jak prosiaki, by wygrać wyścig ze śmiercią, bezbłędnie wykonać powierzone zadanie.

– Clint?(spacja)– odezwał się(przecinek) zmierzając w jego stronę(kropka) – Mamy robotę. Opłacalną, do siedmiu diabłów.

(spacja)Dalej, kurwa, swoje? Czego w moim słowach nie zrozumiałeś? Nie ma sztabu! Dla ciebie nie ma już sztabu! Nie ma kompanii. Nie podlegasz nikomu i niczemu, jesteś sam,(zbędny przecinek) jak palec. Zacznij się troszczyć o własną dupę, zanim ktoś ci ją odstrzeli, durniu – splunął, westchnął i podchodząc bliżej(przecinek) rzekł z cicha(dwukropek)(spacja)To nie konfederaci, więc daruj sobie rozmowy o tym, kim byłeś.

(spacja)Tylko to mi zostało. – Rob nie dawał się przekonać, trwając z kamienną twarzą.
Milczenie przedłużało się nieznośnie, gdy Clint w końcu przemówił (przecinek)kręcąc głową:

(spacja)Nie pójdę z tobą. Nie tym razem.

Całkiem mi się podobało, chociaż z początku poczułam się przytłoczona tak szczegółowym opisem tego Swamp Ride'u (dobrze pamiętam?) i praktycznie nic z niego nie zapamiętałam. Jakoś nie przepadam za pokaźnymi opisami organizacji/miasta/bohatera zaraz na początku tekstu.
Niemniej dalsza część przypadła mi do gustu i pod względem stylu, i akcji. Dwaj bohaterowie-wyrzutkowie, którzy muszą podróżować razem, chociaż się nie znoszą – zapowiada się naprawdę ciekawie. :) No i ten pustynny klimat! No i spodobało mi się zakończenie – budzi niedosyt i domysły.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#5
Stokrotnie dziękuję za poprawki, w wolnej chwili machnę dla tekstu ostateczny szlif na ich podstawie. Dziękuję także za wyrazy uznania i w najbliższym czasie postaram się dokończyć opowieść.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości