Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Sci-Fi Sekrety miasta Colchester
#1
Wybaczcie durny tytuł. Zmienię go, gdy wpadnę coś oryginalniejszego.
Opowiadanie wrzucam krótkimi rozdziałami. Muszę też dodać, że nie jest skończone i nie obiecuję, że je zakończę. Jednak trochę tego już mam.


I

– Na bogów, Kasjuszu, weź to zlecenie, bardzo cię proszę – powiedziała smukła przedstawicielka płci pięknej o imieniu Gaja Lukrecja i potarła wierzchem palca zadarty nosek. Rano zawsze miała katar.
– Nic z tego, Gaja, nie będę się włóczył za jego żoną – odparł przedstawiciel płci nieco mniej pięknej, Kasjusz Larcjusz. – Pół miasta korzysta z jej ognistego temperamentu, nie mam zamiaru się nikomu narażać, a tym bardziej nikomu w liczbie mnogiej.
Gaja wdzięcznym ruchem wyciągnęła z opasłej teczki niepozorną kartkę, odwróciła ją w stronę Kasjusza i palcem dziobnęła w kolumnę cyfr.
– Tyle zarobiłeś w zeszłym miesiącu – dziobnęła niżej – tyle w tym – dziobnęła raz jeszcze, aż puknęło – a tyle wisisz pani Jenkins, pani Rosenmeyer, panu Voytlichowi i mnie. Cztery srebrne dublony, osiem franków i czternaście centymów. – Dziobała w kartkę aż zrobiła w niej dziurę, a Kasjusz z każdym jej słowem coraz głębiej zapadał się w fotelu i wykrzywiał w przepraszającym uśmiechu oblicze.
– Gaja, kotku – zaczął, lecz nie dane mu było skończyć.
– Nie kotkuj mi, Kasjuszu! – ofuknęła go. – Jeśli nie dostanę moich pieniędzy do końca tygodnia, odchodzę.
– Ale...
– Nie! – warknęła. – Odchodzę ja, a wraz ze mną pani Jenkins, jak mniemam – rzuciła zmaltretowaną kartkę na biurko, skrzyżowała ręce i patrzyła wyzywającym wzrokiem na swego pracodawcę.
– Pani Jenkins? – zrezygnowany oklapł na swym wytartym siedzisku. – Na bogów, nie mówisz chyba poważnie?
– Koniec z ciasteczkami i herbatką, Kasjuszu. Rozmawialiśmy o tym już dawno temu. Pani Jenkins może i ma nieskończone pokłady cierpliwości, lecz pieniędzy jej już niestety brakuje. – Ta bitwa należała do niej. Jak zwykle zresztą. – Umówiłem pana Antidamasa na dziś, na godzinę... – spojrzała na wielki, antyczny zegar czający się w kącie – już pewnie jest.
Kasjusz wyprostował się powoli w fotelu, spojrzał na nieszczęsną kartkę leżącą w dziwnie oskarżycielski sposób na jego biurku, a następnie na filiżankę z resztkami ciepłej jeszcze herbaty. Pachniała tak doskonale. Westchnął ciężko i rzekł to, czym zawsze kończyły się kłótnie o kwestie finansowe z Gają:
– Dobrze.
Gaja schowała rozstrzelany przez siebie papier do teczki i z triumfalnie podniesionym czołem skierowała się w stronę drzwi. Kasjusz utkwił wzrok w jej apetycznym tyłeczku. Może nie tak apetycznym jak słynne ciasteczka pani Jenkins, ale przysięgam, że nic, absolutnie nic nie mogło im dorównać, wobec tego druga pozycja w konkursie apetyczności była pozycją wielce zaszczytną, lecz i zupełnie zasłużoną. Dwa jędrne pośladki zgrabnie poruszające się w rytm kroków ich właścicielki z pewnością warte były wgryzienia się w nie.
Nie zdążył odwrócić wzroku, gdy Gaja przystanęła i spojrzała w jego stronę. Wiedziała, musiała wiedzieć. Wiedziała, kiedy się odwrócić i zrobiła to, przyłapując go na zawstydzonej minie i zarumienionych policzkach. Delektowała się jeszcze przez chwilę konfuzją Kasjusza, jednocześnie obdarzając go swym karcącym spojrzeniem, aż wreszcie głosem nieznoszącym sprzeciwu rzekła do niego niczym do niesfornego dziecka:
– I, Kasjuszu, koniec z kartami i rumem.
Jego przygnębienie utwierdziło ją w przekonaniu, że weźmie te słowa na poważnie. Przepełniona poczuciem zwycięstwa wyszła przez oszklone drzwi i głośno je za sobą zatrzasnęła.

KASJUSZ LARCJUSZ – LICENCJONOWANY PRYWATNY DETEKTYW II STOPNIA – krzyczał napis na szybie. Czarne, równo ułożone, lecz nieco już obdrapane litery dyndały na brudnym szkle, przez które można było zauważyć, jak bohater pieśni śpiewanej przez wspomnianą informację w ponurym milczeniu zapala fajkę. Gaja postanowiła nie zawracać sobie głowy kontemplacją oblicza swego szefa i szybkim krokiem ruszyła w kierunku biurka pani Jenkins.
Kim była słynna pani Jenkins? No cóż, sprawa nie należała do prostych. Oficjalnie piastowała stanowisko sekretarki, lecz wszelkie funkcje związane ze stanowiskiem owym spełniała Gaja Lukrecja. Rola starej pani Jenkins sprowadzała się do siedzenia przy zawsze wypastowanym na wysoki połysk biurku, parzeniem różanej herbaty i wypieku legendarnych już ciasteczek zwanych Ciasteczkami Pani Jenkins, co zdaje się jest oczywiste. Czasami pod nieobecność Gai zdarzało jej się przyjąć klienta i umówić go na rozmowę, ale z racji swej gadatliwości, która mimo iż serdeczna, była niezmiernie męcząca, bywało, iż skołowany potencjalny klient wymawiał się jakimś nagle przypomnianym sobie spotkaniem i pośpiesznie opuszczał biuro detektywa Kasjusza. Naturalnie ścigał go nęcący aromat Ciasteczek Pani Jenkins, lecz te zazwyczaj wypychały także jego kieszenie. Czasami też szydełkowała, pucowała okulary lub pisywała listy do swej niewiarygodnie licznej rodziny. Teraz jednak – jak z przerażeniem spostrzegła Gaja – zabawiała pana Antidamasa niezobowiązującą rozmową. Ten dukał coś pod nosem i zaczynał się już gorączkowo rozglądać w poszukiwaniu przebłysku genialnej wymówki, która pozwoliłaby mu opuścić budynek i zostawić daleko za sobą paplającą (aktualnie o nagniotkach na stopach) panią Jenkins.

– Dzień dobry, proszę pana – wpadła jej w słowo Gaja – pan Kasjusz już na pana czeka w swym biurze, pan pozwoli za mną.
Pan Antidamas, wytworny i słusznej postury dżentelmen o nalanej twarzy, z wyraźną ulgą podreptał za nią na krótkich nóżkach i stojąc już pod drzwiami, wylewnie, lecz kurtuazyjnie podziękował za ratunek. Przekroczył próg i znalazł się w biurze detektywa Kasjusza Larcjusza, które zdążyło wypełnić się gęstym i aromatycznym dymem buchającym zapachem wiśni z palonej przez Kasjusza fajki.
– Bonjour – uprzejmie ukłonił się detektyw. – Monsieur Antidamas Krycjasz, jak sądzę?
– Bonjour, jour – odrzekł nerwowo. – We własnej osobie, szanowny panie. Czy zastanowił się pan nad moją ofertą, panie Larcjuszu?
– Skłamałbym, gdybym odpowiedział, iż w ogóle się nad nią zastanawiałem, proszę pana. Otóż nie miałem najmniejszej nawet wątpliwości, iż podejmę się tejże sprawy, z którą pan, szanowny panie, do mnie przychodzi. Co więcej! Będzie to dla mnie sama przyjemność pracować dla tak niezmiernie ważnej osoby. Jak pan, proszę pana. Ba! Przyjemność to słowo, które przynosi panu ujmę. Chciałem rzec, że jest to dla mnie raczej czysta rozkosz.
– Hm, tak, naturalnie – zmieszał się pan Antidamas, który jako jubiler nieczęsto miał do czynienia z taką ilością lukru. – Drogi detektywie, czy nie będzie nietaktem zapytać, czy pamięta pan wszystkie szczegóły sprawy, z którą do pana przychodzę? Doskonale wiem, iż jest pan rozchwytywany – rzekł łaskawie dostojny dżentelmen i nieładnie by było stwierdzić, iż nie zdawał sobie sprawy z przesady swych słów – i rozumiem, że w natłoku obowiązków mogła panu umknąć z głowy nasza poprzednia rozmowa. Szczególnie, iż z pewnością odwiedzają pana klienci o niepomiernie większym prestiżu niż ja, zwykły rzemieślnik.
– Ależ drogi panie Antidamasie Krycjuszu, doskonale pamiętam naszą rozmowę, jak i jej temat. Zapewniam pana, iż niemal każde ważne słowo i fakt utkwiły w mej pamięci niemal na stałe, a ja z miejsca zainteresowałem się problemem, z którym pan do mnie przyszedł.
Pan Antidamas wyraźnie odetchnął z ulgą. Śnieżnobiałą, subtelnie perfumowaną chusteczką otarł z potu czoło i skronie, a nawet niewyraźnie się uśmiechnął.
– Kamień z duszy mi pan zdejmuje, panie Kasjuszu, kamień z duszy. Moje schorowane serce nie potrafiłoby chyba wytrzymać kolejnej rozmowy na ten wstydliwy temat – rzekł jubiler, a Kasjusz pomyślał, że dobrze by było, gdyby portfel bogatego Antidamasa wykazał więcej męstwa. – Zatem serdecznie panu dziękuję i proszę raz jeszcze o zachowanie należytej dyskrecji.
– Oczywiście, sir, rozumiem pana doskonale – konfidencjonalnie odrzekł Kasjusz. – Jednak muszę zauważyć, że nie przeprowadziliśmy jeszcze konkretnej rozmowy dotyczącej ceny, którą będzie mi pan łaskawy zapłacić za mą usługę, dajcie bogowie efektywną – tu spojrzał na pana Antidamasa wzrokiem pasera oceniającego kradziony żyrandol i podniósł palec dodając: – Pragnę pana poinformować, szanowny panie Krycjaszu, iż me usługi są zaprawdę usługami najwyższej jakości, tak więc cena za nie również powinna w jakości owej im dorównać. Jednakowoż! – tu ponownie podniósł palec, nie pozwoliwszy dojść panu Antidamasowi do słowa – mając pana za niezmiernie ważnego członka naszej wspaniałej społeczności, chciałbym nadmienić, że bez wątpienia przyznam panu pewną obniżkę, gdyż pana szczęście jest i moim szczęściem, komfort pana, panie Krycjaszu, jest sprawą zaiste dla mnie priorytetową i... i... – zaciął się w poszukiwaniu kolejnego pochlebstwa, lecz wiedząc, że zabrnął z nimi już za daleko, rzucił tylko cicho: – i tak dalej.
Pan Antidamas odchrząknął głośno i bez słowa wyciągnął z jednej kieszeni książeczkę czekową, z drugiej bogato zdobione pióro i wypisał nim pewną kwotę. Kiwnął palcem na Kasjusza, a gdy ten podszedł, pokazał mu proponowaną sumę. Detektyw spojrzał na wypisaną, lśniącą jeszcze od świeżego atramentu liczbę i skinął głową. Wytworny pan Antidamas podpisał czek, wydarł go z książeczki i trzymając go tuż przed oczami detektywa, rzekł:
– Tyle za sukces w pana śledztwie, panie Larcjusz. Dodatkowo będę płacił panu trzy franki dziennie i pokrywał wszelkie wydatki związane z dochodzeniem. Czy odpowiada panu taka umowa?
– Panie Krycjaszu, jestem w pełni usatysfakcjonowany pana hojnością, wręcz zaskoczony nawet. Będę panu zdawał listownie raporty z postępu śledztwa i uczynię wszystko, co w mej mocy, by dojść do prawdy.
By dopełnić wszystkich wynikających z etykiety formalności, obaj panowie mocno uścisnęli sobie dłonie i zapaliwszy aromatyczne cygara, oddali się niezobowiązującej rozmowie, którą umilała herbata podana przez panią Jenkins. Tuż przed pożegnaniem się pan Antidamas pozostawił na biurku Kasjusza kopertę ze wszelkimi mniej lub bardziej potrzebnymi detektywowi informacjami i bujając swym ciężkim ciałem na przykrótkich nogach, podryfował w kierunku drzwi. Żegnany serdecznym ćwierkaniem pani Jenkins opuścił budynek i zniknął gdzieś w czeluściach miasta Colchester.

– Ile? – zapytała Gaja już w progu.
– Zaległe pensje, moja urocza, lecz podła harpio, remont i być może maszyna do pisania.
– Za niewierną małżonkę? – zdziwiła się Gaja, gdyż istotnie wynagrodzenie było znacznie wyższe, niż zazwyczaj w takich sprawach bywało.
– Co najmniej połowa tej tłuściutkiej kwoty przeznaczona jest na moje milczenie – odrzekł Kasjusz, przeglądając świstki z żółtej koperty. Zatrzymał przez dłuższą chwilę wzrok na jednym z nich, po czym podał go swej asystentce. – Spójrz tutaj, rachunek z pralni. Lekko licząc pół miasta ją miało, a ten dureń podejrzewa Treweriusza.
– To ten z brzuchem jak balon? Doszły mnie słuchy, że swe braki zastąpił urządzeniem mechanicznym.
– Berkovitz i Synowie, jak mniemam. Wadliwe urządzenie łatwo przegrzać, a skutek jest doprawdy makabryczny. Gildia wykluczyła ich bez namysłu za wyprowadzanie na rynek niedostatecznie testowanego towaru i chociaż w oficjalnej prasie przemilczano tę sprawę, w klubach było o tym głośno.
– W klubach? – Gaja z zaciekawieniem podniosła wzrok.
– W klubach dla dżentelmenów, rzecz jasna – odparł zmieszany, po czym natychmiast dodał: – Dziwi mnie fakt, że Treweriusza stać by było na takie fanaberie. Moim zdaniem jest to wyłącznie plotka, a grubas nadal spełnia obie potrzeby fizjologiczne na siedząco.
– Pozwól, że zapytam, Kasjuszu – temat mechanicznego przyrodzenia jednak nie był tematem, w który Gaja miała ochotę dalej się zagłębiać – Czy naprawdę masz zamiar zająć się tą nonsensowną sprawą w sposób uczciwy?
– Ależ moja droga – odrzekł zapytany – znasz mnie tak dobrze, a zadajesz takie głupie pytania.
– Tak właśnie czułam. Jaki więc mamy plan?
– Zaczekam kilka dni i wskażę mu jednego czy dwóch amantów, którzy nie mają wygodnych dla mnie znajomości. To naturalnie wymaga małego śledztwa, lecz Jowisz mi świadkiem, że przyda mi się mały spacerek.
Gaja spojrzała na niego krytycznym okiem. Dosyć wysoki i szczupły, lecz z odkładającym się tu i ówdzie tłuszczykiem, Kasjusz z zadbanego dżentelmena i miłośnika szermierki zmieniał się powoli w przyrośniętego do krzesła urzędasa. Jednak błysk w oczach wciąż zdradzał potężne zapasy energii i zręczności. Powrót do dawnej formy nie powinien zabrać mu wiele czasu, pomyślała, jeśli tylko odstawi ciasteczka i znów zacznie ćwiczyć. Skierowała swój wzrok na koszyk z pogrzebaczami, w którym tkwił niedbale tam wrzucony rapier. Jego obłęki lśniły metaliczno-pomarańczowym blaskiem w promieniach porannego słońca mimo zalegającego na całej broni kurzu.
– Co robisz wieczorem? – zapytała nagle.
– Normalnie upijałbym się w sztok i przegrywał twoją pensję w karty, lecz jako że zabroniłaś mi tego typu wyczynów, moja droga, to myślę, że wieczór spędzę na użalaniu się nad przepływającą mi przez palce młodością. Chyba że masz zamiar zaproponować wspólną kolację przy butelce przedniego portwajnu.
– Miałam na myśli kilka rundek z ostrzem, Kasjuszu. Ostatnim razem nie dałeś mi szans, lecz ja przez ten czas wzięłam dodatkowe lekcje. A czasu było wiele – odrzekła z naciskiem. – Twój rapier usycha z tęsknoty.
– Na bogów, doskonała myśl! – wykrzyknął Kasjusz. – Mojej Margot przyda się trochę ruchu, a i ja z przyjemnością dam ci szkołę. Proponuję po ósmej u Bouchera. Tymczasem wychodzę poszwendać się po mieście za tą latawicą. Ach, na śmierć zapomniałem. Czy będziesz tak miła i odbierzesz od pana Voytlicha mój pistolet?
– Pan każe, sługa musi. Nie zapomnij, dziś o ósmej.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(19-03-2015, 18:19)Drood napisał(a):
I
– Nic z tego, Gaja, nie będę się włóczył za jego żoną – odparł przedstawiciel płci nieco mniej pięknej, Kasjusz Larcjusz(kropka) – Pół miasta korzysta z jej ognistego temperamentu, nie mam zamiaru się nikomu narażać, a tym bardziej nikomu w liczbie mnogiej.

– (...)Cztery srebrne dublony, osiem franków i czternaście centymów(kropka) – d(D)ziobała w kartkę aż zrobiła w niej dziurę, a Kasjusz z każdym jej słowem coraz głębiej zapadał się w fotelu i wykrzywiał w przepraszającym uśmiechu oblicze.

– Nie kotkuj mi, Kasjuszu! – ofuknęła go(kropka) – Jeśli nie dostanę moich pieniędzy do końca tygodnia, odchodzę.

– Nie! – warknęła(kropka) – Odchodzę ja, a wraz ze mną pani Jenkins, jak mniemam – rzuciła zmaltretowaną kartkę na biurko, skrzyżowała ręce i patrzyła wyzywającym wzrokiem na swego pracodawcę.

– Pani Jenkins? – zrezygnowany oklapł na swym wytartym siedzisku(kropka) – Mój boże(Boże), nie mówisz chyba poważnie?

(...)Pani Jenkins może i ma nieskończone pokłady cierpliwości, lecz pieniędzy jej już niestety brakuje(spacja, kropka)– Ta bitwa należała do niej. Jak zwykle zresztą(kropka) – Umówiłem pana Antidamasa na dziś, na godzinę... – spojrzała na wielki, antyczny zegar czający się w kącie – już pewnie jest.

(...) jednocześnie obdarzając go swym karcącym spojrzeniem, aż wreszcie głosem nieznoszącym sprzeciwu rzekła do niego,(zbędny przecinek) niczym do niesfornego dziecka:
– I (przecinek) Kasjuszu, koniec z kartami i rumem.

Rola starej pani Jenkins sprowadzała się do siedzenia przy zawsze wypastowanym na wysoki połysk biurku, parzeniem różanej herbaty i wypieku legendarnych już ciasteczek, (zbędny przecinek)zwanych Ciasteczkami Pani Jenkins, co zdaje się jest oczywiste.

Pan Antidamas, wytworny i słusznej postury dżentelmen o nalanej twarzy(przecinek) z wyraźną ulgą podreptał za nią na krótkich nóżkach i stojąc już pod drzwiami, wylewnie, lecz kurtuazyjnie podziękował za ratunek. Przekroczył próg i znalazł się w biurze detektywa Kasjusza Larcjusza, które zdążyło wypełnić się gęstym i aromatycznym dymem,(zbędny przecinek) buchającym zapachem wiśni z palonej przez Kasjusza fajki.

– Bonjour – uprzejmie ukłonił się detektyw(kropka) – Monsieur Antidamas Krycjasz, jak sądzę?
– Bonjour, jour – odrzekł nerwowo (kropka)– We własnej osobie, szanowny panie. Czy zastanowił się pan nad moją ofertą, panie Larcjuszu?

Co więcej! (To pasowałoby razem) Będzie to dla mnie sama przyjemność pracować dla tak niezmiernie ważnej osoby, (kropka)jak pan, proszę pana.

– Hm, tak, naturalnie – zmieszał się pan Antidamas, który jako jubiler nieczęsto miał do czynienia z taką ilością lukru(kropka) – Drogi detektywie, czy nie będzie nietaktem zapytać, czy pamięta pan wszystkie szczegóły sprawy, z którą do pana przychodzę?

– Ależ drogi panie Antidamasie Krycjuszu, doskonale pamiętam naszą rozmowę(przecinek) jak i jej temat. Zapewniam pana, iż niemal każde ważne słowo i fakt utkwiły w mej pamięci niemal na stałe, a ja z miejsca zainteresowałem się problemem, z którym pan do mnie przyszedł.

(...)Moje schorowane serce nie potrafiłoby chyba wytrzymać kolejnej rozmowy na ten wstydliwy temat – rzekł jubiler, a Kasjusz pomyślał, że dobrze by było, gdyby portfel bogatego Antidamasa wykazał więcej męstwa (kropka)– Zatem serdecznie panu dziękuję i proszę raz jeszcze o zachowanie należytej dyskrecji.

– Oczywiście, sir, rozumiem pana doskonale – konfidencjonalnie odrzekł Kasjusz (kropka)– Jednak muszę zauważyć, że nie przeprowadziliśmy jeszcze konkretnej rozmowy dotyczącej ceny, którą będzie mi pan łaskawy zapłacić za mą usługę, daj boże(Boże) efektywną – tu spojrzał na pana Antidamasa wzrokiem pasera oceniającego kradziony żyrandol i podniósł w górę(Podnieść można tylko w górę) palec (przecinek) dodając(dwukropek) – (...)– mając pana za niezmiernie ważnego członka naszej wspaniałej społeczności (przecinek)chciałbym nadmienić, że bez wątpienia przyznam panu pewną obniżkę, gdyż pana szczęście jest i moim szczęściem, komfort pana, panie Krycjaszu, jest sprawą zaiste dla mnie priorytetową i... i... – zaciął się w poszukiwaniu kolejnego pochlebstwa, lecz wiedząc, że zabrnął z nimi już za daleko (przecinek)rzucił tylko cicho(dwukropek) – i tak dalej.

Wytworny pan Antidamas podpisał czek, wydarł go z książeczki i trzymając go tuż przed oczami detektywa(przecinek) rzekł:

– Panie Krycjaszu, jestem w pełni usatysfakcjonowany pana hojnością, wręcz zaskoczony nawet. Będę panu zdawał listownie raporty z postępu śledztwa i uczynię wszystko(przecinek) co w mej mocy, by dojść do prawdy.

By dopełnić wszystkich wynikających z etykiety formalności, obaj panowie mocno uścisnęli sobie dłonie i zapaliwszy aromatyczne cygara(przecinek) oddali się niezobowiązującej rozmowie, którą umilała herbata podana przez panią Jenkins. Tuż przed pożegnaniem się,(zbędny przecinek) pan Antidamas pozostawił na biurku Kasjusza kopertę ze wszelkimi mniej lub bardziej potrzebnymi detektywowi informacjami i bujając swym ciężkim ciałem na przykrótkich nogach (przecinek)podryfował w kierunku drzwi.

– Co najmniej połowa tej tłuściutkiej kwoty przeznaczona jest na moje milczenie – odrzekł Kasjusz (przecinek)przeglądając świstki z żółtej koperty. Zatrzymał przez dłuższą chwilę wzrok na jednym z nich, po czym podał go swej asystentce(kropka) – Spójrz tutaj, rachunek z pralni.

– W klubach dla dżentelmenów, rzecz jasna – odparł zmieszany, po czym natychmiast dodał (dwukropek)– Dziwi mnie fakt, że Treweriusza stać by było na takie fanaberie.

Jego obłęki lśniły metaliczno –(Tu powinien być dywiz, bo łączy on wyrazy) pomarańczowym blaskiem w promieniach porannego słońca,(zbędny przecinek) mimo zalegającego na całej broni kurzu.

– Normalnie upijałbym się w sztok i przegrywał twoją pensję w karty, lecz jako (że) zabroniłaś mi tego typu wyczynów, moja droga, to myślę, że wieczór spędzę na użalaniu się nad przepływającą mi przez palce młodością. Chyba,(zbędny przecinek) że masz zamiar zaproponować wspólną kolację przy butelce przedniego portwajnu.
–(...) A czasu było wiele – odrzekła z naciskiem(kropka) – Twój rapier usycha z tęsknoty.
– Na boga(Boga), doskonała myśl! – wykrzyknął Kasjusz(kropka) – Mojej Margot przyda się trochę ruchu, a i ja z przyjemnością dam ci szkołę. (...) Tymczasem wychodzę poszwędać(poszwendać) się po mieście za tą latawicą.

Bardzo dobrze mi się to czytało: styl przypadł mi do gustu, tak samo jak dialogi – bardzo dobrze oddałeś w nich rodzaj gry, którą, jak odniosłam wrażenie, uprawiają bohaterowie. :) Ciekawa jestem, co z tego będzie.
Nie jestem tylko w stanie wyobrazić sobie świata, który stworzyłeś: niektóre nazwiska pachną Rzymem, inne (choćby Jenkins) nie za bardzo. Mam nadzieję, że kolejne fragmenty ukażą twoje uniwersum. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
Jedne imiona są rzymskie, inne brytyjskie ponieważ założyłem, że Rzymianie przetrwali na terenach Wysp Brytyjskich i z biegiem czasu zasymilowali się z tamtejszą ludnością.
Podnieść można tylko w górę – zawsze wpadam w tę pułapkę chociaż wiem, że robię błąd:D
Co do poprawki "boga" na "Boga" – tu chodzi o któregoś boga z rzymskiego panteonu, a nie boga jako Boga. Dlatego małe b. Myślałem, że będzie to można wywnioskować, ale chyba przekombinowałem.
Odpowiedz
#4
(19-03-2015, 19:24)Drood napisał(a): Co do poprawki "boga" na "Boga" – tu chodzi o któregoś boga z rzymskiego panteonu, a nie boga jako Boga. Dlatego małe b. Myślałem, że będzie to można wywnioskować, ale chyba przekombinowałem.

Rozważałam właśnie, czy przypadkiem nie chodzi ci o któregoś z bogów rzymskich, ale nie było to moim zdaniem do końca jasne podczas czytania, więc dlatego zasugerowałam poprawkę. :) Bardziej by mi pasowało, gdyby posługiwano się konkretnym imieniem danego boga, bo trochę ich było i trudno się domyślić, o którego chodzi – w końcu trochę ich tam mieli. :P
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#5
Zacznijmy od tego, że jest dobrze. Tak szczerze, to nie ma się do czego naprawdę przyczepić. Napisane jest zgrabnie, styl masz spójny i przyjemny w odbiorze. Informacji przekazujesz czytelnikowi w sam raz, przekaz jest płynny.

Trochę o temacie tekstu. Nie do końca jeszcze rozumiem dlaczego jest to tekst Sci-Fi. Oczywiście nie wszystko muszę wiedzieć na początku, wszystko jest jeszcze, mam przynajmniej taką nadzieję, przede mną. Chętnie dowiedziałbym się więcej o świecie, który sobie wymyśliłeś.

Jeszcze tylko jedna uwaga. Póki co zapoznałeś czytelników z bohaterami i zawiązałeś akcję, jednak wciąż nie wiem, co będzie głównym wątkiem Twojego tekstu, lub bardziej po ludzku, o czym chciałbyś napisać. Życie drobnego detektywa, nawet napisane najlżejszym stylem, może się okazać nudne i nie wciągające. Póki co brakuje mi właśnie czegoś, co by mnie zaciekawiło.

No to jeszcze na koniec trochę słodkiego. Forma jest dobra, czyta się przyjemnie. Szczególnie zapoznanie z nowymi bohaterami wypadło zdecydowanie na plus. Wstawiaj kolejne fragmenty, a na pewno znajda się chętni, które będą chcieli je czytać :)
Odpowiedz
#6
(19-03-2015, 18:19)Drood napisał(a):
I

Cztery srebrne dublony, osiem franków i czternaście centymów – dziobała w kartkę aż zrobiła w niej dziurę, a Kasjusz z każdym jej słowem coraz głębiej zapadał się w fotelu i wykrzywiał w przepraszającym uśmiechu oblicze(nie lepiej zabrzmi – oblicze w przepraszającym uśmiechu?).

– Koniec z ciasteczkami i herbatką, Kasjuszu. Rozmawiałyśmy o tym już dawno temu. (jeśli z Kasjuszem, a tak zrozumiałam, to rozmawialiśmy, a jeśli z panią Jenkins, to zaznacz w tym zdaniu)

Czasami pod nieobecność Gai zdarzało jej się przyjąć klienta i umówić go na rozmowę, ale z racji swej gadatliwości, która mimo serdeczna, była niezmiernie męcząca, bywało, skołowany potencjalny klient wymawiał się jakimś nagle przypomnianym sobie spotkaniem i pośpiesznie opuszczał biuro detektywa Kasjusza.

– Skłamałbym, gdybym odpowiedział, w ogóle się nad nią zastanawiałem, proszę pana. Otóż nie miałem najmniejszej nawet wątpliwości, podejmę się tejże sprawy, z którą pan, szanowny panie, do mnie przychodzi.

– Hm, tak, naturalnie – zmieszał się pan Antidamas, który jako jubiler nieczęsto miał do czynienia z taką ilością lukru – Drogi detektywie, czy nie będzie nietaktem zapytać, czy pamięta pan wszystkie szczegóły sprawy, z którą do pana przychodzę?

Doskonale wiem, jest pan rozchwytywany – rzekł łaskawie dostojny dżentelmen i nieładnie by było stwierdzić, nie zdawał sobie sprawy z przesady swych słów – i rozumiem, że w natłoku obowiązków mogła panu umknąć z głowy nasza poprzednia rozmowa. Szczególnie, z pewnością odwiedzają pana klienci o niepomiernie większym prestiżu niż ja, zwykły rzemieślnik.
Zapewniam pana, niemal każde ważne słowo i fakt utkwiły w mej pamięci niemal na stałe, a ja z miejsca zainteresowałem się problemem, z którym pan do mnie przyszedł.

– Pragnę pana poinformować, szanowny panie Krycjaszu, me usługi są zaprawdę usługami najwyższej jakości, tak więc cena za nie również powinna w jakości owej im dorównać.

Nie dublowałam poprawek Vet. Nanieś je, będzie znacznie lepiej, gwarantuję. Wypunktowałam jedynie powtórzenia. Stwierdzam, iż nadużywasz 'iż', którego osobiście nie lubię i stosuję tylko tam, gdzie muszę zastąpić 'że'. Poza tym nie mam żadnych uwag. Swoich wyrazistych bohaterów przedstawiłeś tak, jak na to zasługują. Opis biednego grubaska, jubilera, tak sugestywny, że widzę go truchtającego na tych krótkich nóżkach. Czekam na dalsze części, może być na co czekać :).
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Mogget – od początku miałem problem z eeee ugatunkowieniem:D tego utworu. Za mało w nim sf na sf, za mało kryminału na kryminał i absolutnie nic z fantasy. No ale wylądować gdzieś musiał. Jeśli ktoś go przeniesie w bardziej odpowiednie miejsce, nie będę protestował.
Nie jestem zdzwiony tym, że początek Cię nie zainteresował fabularnie. Są ku temu dwa powody:
1. Opowiadanie to wcale nie miało być opowiadaniem. Zacząłem je pisać jako ćwiczenie swobodnych dialogów. Spodobało mi się i postanowiłem zachować je i rozwinąć do czegoś dłuższego.
2. Nie potrafię pisać rozwiniętych fabuł. Piszę krótkie fabuły a ich punkty kluczowe staram się serwować oszczędnie nadrabiając w międzyczasie (mam przynajmniej taką nadzieję) całą resztą.

Nawka – ja także nie lubię iża. Co więcej – nie lubię też że:D Oba są dla mnie zgrzytliwe, nieprzyjemne i ogólnie jakieś takie niepasujące do całej reszty. Gdybym mógł, chętnie bym je czymś zastąpił, czy w ogóle pomijał.

Dzięki za poprawki, naniosę je wieczorem:)

EDIT

I poprawione. Iże zostawiłem. Może po prostu któregoś dnia zupełnie przekształcę zdania, które owe potworki zawierają.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości