Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Egzekutor
#1
Takie cuś, sam nie wiem.

EDIT: Poprawione, dzięki!

Rozdział I

Niewiele zachowało się z opowieści o powstaniu Falkirk.
Ale jak większość miast miało swój początek w głowie kogoś przedsiębiorczego. Kogoś, kto nie patrzył pod nogi, wyczekując końca podróży i karczemnych wygód, kogoś wystarczająco bystrego, aby zauważyć rozległą wyżynę, której zbocza same w sobie stanowiły naturalne fortyfikacje. Od zachodu najpotężniejsze, rosły ku niebu, przypominając zbocza gór czy mury ludzkich fortec, a z drugiej strony łagodniały, pozwalając na przejście ludzi i ich zaprzęgów. Ci, po przejściu przez płytką, ale szeroką na kilkaset metrów rzekę, pozostawiali za sobą niższe połacie lasu, by po krótkiej wspinaczce odwrócić się i rzucić okiem ponad ciągnące się po horyzont korony drzew.
Jeden z takich kupców zapatrzył się na dłużej, a nawet wrócił do tego miejsca i objął je zamyślonym wzrokiem. Przyjrzał się zboczom, wyrzeźbionym przez wozy podjazdom na szczyt, napił się wody z rzeki i pobrodził w niej chwilę. Zajrzał pod gałązki, obejrzał listki drzew, a pomarszczoną dłonią dotknął ich szorstkiej kory. Powoli spacerował po zarośniętym trakcie, przyglądając się ziemi i zawsze trzymając dłonie splecione za plecami, po czym zniknął. Jednak, jak się okazało, nie na długo.
Zgodnie z naturalną kolejnością rzeczy nie od razu drogi wybrukowano, tylko ta zamożniejsza osoba musiała przejść przez królewską biurokrację i nabyć cały teren. W tamtych czasach było to jednak pełne drewna odludzie, a że wtedy wszyscy tego surowca mieli na pęczki, to ziemia należąca do koronowanej głowy szybko zmieniła właściciela dzięki kilku skrzyneczkom ze złotem. Pomimo tego na nic był temu komuś akt własności, bo dzicz pozostała dziczą. Co prawda przekreśloną wąską drogą od biedy nazywanej traktem, po której raz na miesiąc przechodziła ludzka stopa. To jednak, jak na taki wydatek, było zdecydowanie za mało.
Wbrew temu znalezienie osadników nie przyniosło trudności. Zaraz pojawił się szereg wozów, dźwięki lasu zagłuszyło ryczenie wołów i dzieci, a rozgniewany szum niezliczonych liści nie trafił do sumień drwali. Jakiś ignorant mógł wręcz powiedzieć, że ta część lasu nagle zatętniła życiem. Następnie wystarczył miesiąc lub dwa, aby uzbrojeni w swoją naturę ludzie utworzyli mały przyczółek cywilizacji, oficjalnie nazywając płaskowyż własnym. Postawiono chatki, wyprowadzono zwierzęta, a piejący każdego poranka kogut stał się lokalnym władcą czasu.
Niekiedy pomiędzy zalatującymi świeżością chałupami przechadzał się starszy jegomość w ładnym surducie. Trzymając ręce za plecami, obrzucał kobiety i mężczyzn, trzodę, kurniki, psy i wsiowe kocury zamyślonym, nieobecnym spojrzeniem. Czasem odpowiadał na powitanie skinieniem głowy, innym razem wydawał się nawet go nie zauważać. Nieraz przystawał na granicy z lasem i trwał przez dłuższy moment bez ruchu, utrzymując wzrok zawieszony w jakimś punkcie w przestrzeni. Kiedy indziej znikał ze swojego domku, a wieśniacy rozmawiali o jego przechadzkach po zboczach płaskowyżu, szepcząc, że być może chce się targnąć na swoje życie. Nikt jednak w obecności starszego wielmoży o tym nie wspominał, bo tak jak oficjalnie szanuje się pracodawcę, tak o takich rzeczach rozmawiano za jego plecami.
Minął rok, minął drugi, a trakt wciąż nie był wybrukowany, co jednak nie zniechęcało wszelakich podróżnych, których z biegiem czasu zaczęło się pojawiać więcej. Zarazem do wsi przybył kowal, tuż po nim osadzono cieślę. Z pomocą kamieniarza wybudowano zgrabną gospodę, pierwszy budynek we wsi z piętrem i z kamienia, którym wyłożono też fundamenty. Nie wiadomo skąd pojawiło się więcej zadbanych chat, niemal domków, a droga w jakiś sposób stwardniała i nie odrastały już na niej chwasty. Utykający nieco staruszek w surducie sprowadził też garncarza z całą rodziną, na pustym polu po wycince ktoś umieścił ule, a po rynku nieraz przechadzali się mężczyźni z łukami zawieszonymi na plecach, znacząc ubity piasek kropelkami krwi zabitej zwierzyny.
Wioskę przyjezdni pieszczotliwie nazwali Płaskogórkiem, a ich dobre słowo o tej małej mieścinie przywiodło za sobą monarszego poborcę podatków. Na pierwszy rzut oka niedobrze, ale z drugiej strony o społeczności Płaskogórka zapewne dowiedziano się na królewskim dworze.
Rok później wieś liczyła już kilkuset mieszkańców i wyglądała jak malutkie miasteczko. Niektóre domy pokryły się wygładzonym kamieniem, krawędzie głównej drogi ładnie wyrównano cegłami i nie było dnia bez chociażby jednego straganiku na okrągłym rynku. Po uliczkach przechadzały się lepiej ubrane panie, panowie również zaczęli wyglądać mniej dziko, zaroiło się od dzieci. Już nie w jednym miejscu, ale w czterech było słychać donośne uderzenia kowalskiego młota, a odgłosy pił i siekier oddaliły się znacznie, bo niemal całą wyżynę wyrwano lasowi i jego drzewom.
Płaskogórek przestał być odludziem.
Wielmoża, który niegdyś przechadzał się po nierównej drodze, teraz robił to o wiele rzadziej. Jednak gdy już pojawiał się na zadbanych uliczkach, powoli rozglądając podczas spaceru w ten sam sposób, to trudno było nie zauważyć problemów, jakich przysparzał mu każdy krok. Zwykle ktoś brał go pod ramię, a najczęściej była to pewna wdowa w bliskim mu wieku, i razem robili obchód miasteczka. Mężczyzna zwykł potem siadać na jednej z ławeczek na rynku, miejscu, którego pilnowano, by nie zajmował nikt inny, i obserwować, jak powoli maluje się jego dzieło. Obraz, który sam stworzył parę lat temu w swojej wyobraźni, teraz powstawał w mozolnym tempie na jego oczach, znacząc ziemię kamiennymi fundamentami i comiesięcznym wpisem w księgach poborcy podatków.
Siedząc na zawsze wyczyszczonej z liści ławeczce, na której co rano jakby znikąd pojawiała się nowa, uprana poduszka, stary kupiec patrzył na swój obraz maślanymi oczami, utrzymując się na krawędzi świadomości zmęczonego latami ciała. Nikt nie mógł wiedzieć, ile był gotów oddać, aby tylko spoglądać, jak rozrasta się jego dzieło. Jak pojawiają się nowe kolory, świeże, kontrastujące ze sobą barwy, gdy przypadkowe krople znaczą to, co zostało już namalowane, nie niszcząc, ale czyniąc je piękniejszym. Chciał się temu przypatrywać. Chociażby, jeśli ceną miałaby być jego zdolność do poprawek, machnięć pędzlem z ojcowskim uczuciem czy surowych ruchów ściereczką.
Minęła kolejna zima, a po uliczkach, na których zalegał jeszcze najbardziej uparty śnieg, przechadzali się mężczyźni z włóczniami, dla wygody opartymi na żelaznych naramiennikach. Chodzili dwójkami o każdej porze dnia i nocy, pilnując domostw swoich rodzin i sąsiadów. Przy okrągłym, porządnie wybrukowanym rynku, wokół którego stały najładniejsze domostwa, postawiono świątynię jakiegoś bóstwa. Obok niej pojawił się niski gmach, dumnie powiadamiając wszystkich o swojej funkcji drewnianą tablicą z napisem "Dom Rady Dwunastu". Do tego budynku co jakiś czas wchodził tuzin osób, kobiet i mężczyzn, które pamiętały dawne czasy Płaskogórka. Za nimi do wnętrza wtłaczał się hałaśliwy tłumek, gapiąc się na prowadzonego przez uzbrojonych mężczyzn skazańca i chcących usłyszeć jego wyrok za popełnione występki.
W tamtym czasie płaskowyżu nie porastały już drzewa, ale zadbane domki.
Starszy jegomość przestał wybierać się na dłuższe spacery po miasteczku, tylko raz na jakiś czas pojawiał się na tej samej ławeczce co zawsze. Mieszkańcy pozdrawiali go miło, dzieci zaczepiały, nie rozumiejąc jego spóźnionych uśmiechów na pomarszczonej twarzy i drżącej dłoni na drewnianej lasce. Niekiedy przysiadał się do niego ktoś dorosły, wstydliwie zaczynając mówić coś z wzrokiem wbitym w ziemię, innym razem otaczała go grupka starszych kobiet, szemrząc wesoło i dzieląc się z kupcem najnowszymi plotkami.
A on dziwił się z ogromu ludzkiej życzliwości i zaufania. W końcu nie zrobił wiele. Wykupił tylko ziemię, zapłacił osadnikom i nadzorował wszystko czujnym okiem, wydając wszystkie swoje pieniądze na rzecz miasteczka.
Nic wielkiego, myślał, uśmiechając się leciutko na widok przejeżdżających przez mieścinę podróżników.
A potem stracił swój obraz. I patrzył, jak płótno rozrywają płomienie.
Płomienie z ręki zakutych w stal ludzi.
Ogień pożarł kolory i rozerwał barwy. Z sykiem napił się krwi.
A staruszek widział całą rzeź. Oglądał ją nieobecnym wzrokiem. Patrzył na nieruchome ciała, wdychał czarny dym i słyszał krzyki.
W jego oczach odbijała się krwista łuna.
A potem zniknął.
I nigdy go już nie znaleziono.
Tak kończy się historia o powstaniu Falkirk.

***

Mówią, że na dziedzińcu Uniwersytetu można spotkać nieruchomą postać.
Że czasem po uliczkach przechadza się dziwny starzec.
Podobno ogląda kamieniczki arystokracji, dłonią dotyka brukowaną drogę, a na jego twarzy maluje się zdziwienie.
Ponoć zawsze staje w tym samym miejscu z nieobecnym wzrokiem, który jest jednak pełen przerażenia.
A potem znika.
I nie ma po nim śladu.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Cytat:Falkirk nie od dawna nazywane jest chlubą północy. [tutaj trzymałbym się wersji przeszłej]

I nie po nim śladu. [nie ma?]

Nie szukałem za wiele poprawek, bo znowu Vet będzie mi suszyć głowę.

Choć dalej czekam na "Błądzącego", to nie zmienia faktu, że czekam na coś od ciebie. Po raz kolejny spokojnym, nieśpiesznym tempem przedstawiasz nam jakąś historię. I, cholera, po raz kolejny jest mało. Naprawdę podoba mi się twój styl pisania. Ciężko wyjaśnić, co jest w nim takiego szczególnego, ale najwyraźniej mam słabość do tego rodzaju prowadzenia narracji. Spokojna, bez pośpiechu, a jednocześnie trochę ponaglająca.

I, jak zwykle, za mało. Dużo za mało. Ciężko powiedzieć o samej fabule cokolwiek, poza faktem, że na miejscu dawnego Falkirka (a przynajmniej jego centrum) stoi jakiś Uniwersytet, po którym przechadza się duch(?) handlarza. Ciut za mało faktów, by stwierdzić, czy będzie to ciekawe, ale w moim przypadku porwę się i powiem, ze to jest naprawdę dobry fragment.
Nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na więcej (obym nie musiał czekać za długo ;_;)
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#3
(01-03-2015, 14:56)bananawarlord napisał(a): Takie cuś, sam nie wiem. (A to ja mam wiedzieć? :P)

Rozdział I

Falkirk nie od dawna nazywane jest chlubą północy.
Bo jak większość miast miało swój początek w głowie kogoś przedsiębiorczego. (To drugie zdanie strasznie mi zgrzyta – "bo" na początku, fuj.)

Kogoś, kto nie patrzył się (zbędne) pod nogi, wyczekując tylko końca podróży, karczemnych wygód i ciepłego jadła.

Od zachodu najpotężniejsze, rosły ku niebu (przecinek) przypominając zbocza gór czy mury ludzkich fortec.

Wtedy za plecami pozostawali(pozostawiali) niższe połacie lasu, by po krótkiej wspinaczce odwrócić się i rzucić okiem na horyzont ponad koronami drzew, obok których przechodzili chwilę przedtem.

Nadal jednak nic nie było temu komuś z aktu własności(Dziwnie to brzmi, napisałabym: Nadal jednak na nic był temu komuś akt własności), bo dzicz pozostała dziczą. Co prawda przekreśloną wąską drogą,(zbędny przecinek) od biedy nazywanej traktem, po której raz na miesiąc przeszła(Lepiej moim zdaniem: przechodziła) ludzka stopa.

Trzymając ręce za plecami (przecinek)obrzucał kobiety i mężczyzn, trzodę, kurniki, psy i wsiowe kocury zamyślonym, nieobecnym wręcz spojrzeniem. Czasem odpowiadał na powitanie skinieniem głowy, innym razem wydawał się nawet go nie zauważyć(nie zauważać).

Minął rok, minął drugi, a trakt wciąż nie był wybrukowany. (Te dwa zdania lepiej brzmiałyby razem) Co jednak nie zniechęcało wszelakich podróżnych, których z biegiem czasu zaczęło się pojawiać jakby więcej. (Po co to "jakby"? Ani to potrzebne, ani pasujące do zdania)

Po uliczkach przechadzały się lepiej ubrane panie, panowie również zaczęli wyglądać jakoś (To również bym sobie odpuściła) mniej dziko, zaroiło się od dzieci.

Jednak gdy już pojawiał się na zadbanych uliczkach, powoli rozglądając podczas spaceru w ten sam sposób, to nietrudno było zauważyć problemów(Albo "problemy", albo "trudno było nie zauważyć"), jakich przysparzał mu każdy krok.

Mężczyzna zwykł potem siadać na jednej z ławeczek na rynku, miejscu, którego pilnowano, by nie zajmował (Dodałabym "go") nikt inny, i obserwować, jak powoli maluje się jego dzieło.

Obraz, który sam stworzył parę lat temu w swojej wyobraźni, teraz powstawał w mozolnym tempie na jego oczach, znacząc ziemię kamiennymi fundamentami i co miesięcznym(comiesięcznym) wpisem w księgach poborcy podatków

Minęła kolejna zima, a po uliczkach, na których zalegał jeszcze najbardziej uparty śnieg, przechadzali się mężczyźni z włóczniami, dla wygody opartych(opartymi) na żelaznych naramiennikach.

Przy okrąglutkim, porządnie wybrukowanym ryneczku(Trochę mnie zaczynają denerwować te zdrobnienia. Nie widzę sensu w zdrabnianiu słowa "okrągły", kształtu ryneczku to nie zmienia, a brzmi jak w piosence dla dzieci) , wokół którego stały najładniejsze domostwa, postawiono świątynię jakiegoś bóstwa.

Do tego budyneczku(Znowu) co jakiś czas wchodził tuzin osób, kobiet i mężczyzn, które pamiętały dawne czasy Płaskogórka.

W tamtym czasie płaskowyż(płaskowyżu) nie porastały już drzewa, ale zadbane domki.

Podobno ogląda kamieniczki arystokracji, dotyka brukowaną drogę(brukowanej drogi), a na jego twarzy maluje się zdziwienie.

Szczerze mówiąc, zmęczył mnie ten tekst. Do puenty musiałam brnąć przez gąszcz opisów, wprawdzie napisanych ładnym językiem, ale nadal męczących. Znudziły mnie te wszystkie szczegóły opisu powstawania wioski i jej ewolucji, a postać starca w moim odczuciu jakoś w nich zaginęła, choć jest dobrym motywem. Również niezbyt trafił do mnie motyw ze spaleniem(?) tego człowieka: nie ogarnęłam tego, nie lubię, kiedy ważny punkt akcji jest opisany serią krótkich zdań, zwłaszcza gdy cała reszta składa się z bogatych wypowiedzi.
No i kwestia, którą już poruszyłam w poprawkach: odczułam pewien nadmiar zdrobnień: rozumiem, że wioska była mała i wszystko w niej także, ale zastanowiłabym się, czy we wszystkich miejscach zdrobnienia naprawdę są konieczne.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#4
Chciałbym powiedzieć ci coś zupełnie innego, bo zdania momentami kreślisz bajeczne, ale niestety – po głębszym zapoznaniu się z tekstem, muszę przyznać rację Vet. Próbujesz pisać ładnie i wychodzi ci całkiem zgrabnie. Ale zaprzedając oszczędność słowa, stawiając priorytet na warsztacie, zupełnie tracisz gdzieś biegłość i umiejętność przyciągania czytelnika. Wielkie bloki opisów, które zwykli wpierać nam nauczyciele i lektury, bardzo często nie zdają rezultatu w "prawdziwym pisaniu".

Czasami mniej znaczy więcej. Opis ma kreować wizję, rysować świat pastelami, a nie rzucać na czytelnika szarobury, przytłaczający szkic.
Lubię Tytanica. Moim ulubionym bohaterem była góra lodowa.
Odpowiedz
#5
Tak jak reszta uważam, że piszesz ładnym językiem, jednak chociaż barwny opis nadal pozostanie opisem. Sam pomysł przedstawienia, tego jak powstawało miasto, a później najazdu na nie, który rozgrywał się na oczach założyciela nie jest złym pomysłem. Zawsze lepiej zacząć tak niż kolejnym spotkaniem w karczmie.

Z oceną fabuły raczej się wstrzymam bo tej na razie nie ma.

Trochę dziwi mnie fakt, że kupiec zdecydował się na założenie miasta jedynie ze względu na ukształtowanie terenu. Nie biegły przez okolicę żadne szlaki handlowe, nie ma informacji o złożach poza drewnem, które jednak według tekstu nie jest cenne na tyle, żeby opierać na nim przeżycie całej osady. Wykarczowanie lasu pod samą uprawę pociągnęło by za sobą horrendalne sumy, dodając do tego zakup aktu własności, zapłatę dla osadników oraz zapewne wsparcie w pierwszych latach, otrzymujemy istna fortunę. Wątpię czy pojedynczy kupiec dałby radę pokryć te wszystkie wydatki.

W sumie, jak zwykle moje czepialstwo wyłazi.
Pożyjemy zobaczymy co tam z tego skrobniesz w następnym fragmencie.
[Obrazek: 12.jpg]
Odpowiedz
#6
Napisane jest ładnie, czyta się płynnie i przyjemnie, chociaż wolno. Fragment nie jest zachwycający. Lubię opisy, jednak, jak wspomnieli moi przedmówcy, jest ich zbyt dużo. Całość wydaje się być rozwlekła, wręcz nudna. Sam styl prowadzenia opowiadania jest ciekawy i przyjemny. Nie gnasz na łeb, na szyję, żeby przekazać jak najwięcej, w jak najkrótszym czasie, ale powoli, spokojnie, po kolei opowiadasz tę historię. Podoba mi się końcówka pierwszego fragmentu, lubię tego typu zwroty akcji. Czekam na coś więcej. :)
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
@epoN To miło, że komuś podoba się mój styl pisania, chociaż sam widzę w nim wszystko, co tylko najgorsze. Za rzadkie wrzucanie czegoś nowego to niestety moja słabość, a w "Błądzących" już sam się pogubiłem, więc opowiadanie najpewniej siadło na amen.

@Vetala To nie staruszek się spalił, chociaż rzeczywiście możliwe było zrozumienie tego zdania w ten sposób (poprawione razem z zdrobnieniami). Opisowatość całego fragmentu była taką moja próbą, czy w jakimś sensie by to uszło, czy nie.

@Yami Urzekły mnie opisy w "Ojcu Goriot", więc spróbowałem czegoś chociaż odrobinę podobnego, pomimo znajomości faktu, że w współczesnych książkach jest to raczej strzał w stopę.

@DiValldi Oj bez przesady, uwagi bardzo trafne :P ale powiedzmy, że ten staruszek miał swoje środki i powody, które nie do końca musiały być idealnie racjonalne i logiczne.

@Arabella Dziękuję ślicznie!

EDIT: Poprawione.

***

Dłoń w grubej, czarnej rękawicy przewróciła kartkę księgi na następną stronę.
Tożsamości domniemanego starca nigdy nie odkryto, a właściwie doszło do jego całkowitej negacji u przedstawicieli wyższych kręgów uniwersyteckich. Jednym z argumentów przeciwników tej powszechnie uznawanej za założyciela Falkirk, inaczej Płaskogórka, persony, był fakt, że żadne źródła historyczne nie podają jego prawdziwego imienia i nazwiska. Zamiast tego tamtejsi historycy zostali pozostawieni z prostym określeniem "wójt Płaskogórka" lub bardziej oficjalnym, które znajduje się w między innymi w akcie własności płaskowyżu: "hrabia Errandzki".
Dlaczego ten człowiek, do dziś będący tematem sporów i bohaterem legendy, nie podpisał się swoim prawdziwym imieniem, nazwą lub jakimkolwiek innym określeniem nadawanym w kulturze jego narodu? Tego nie wiemy, ale, jak głosi się na Uniwersytecie Exalta w Falkirk, kraina Errandu nie była wymysłem powieściopisarzy, lecz stanowiła istotną, akurat w czasie założenia Płaskogórka, potęgę handlową, która w swoim czasie daleko wykraczała poza królestwa, księstwa i inne narodowościowe podziały. Nie wchodząc dalej w szczegóły, powodem "imienia" tej już nie tak tajemniczej postaci była po prostu nieznajomość języka errandzkiego w tamtym okresie.
Języka całkowicie obcego dla dawnego pokolenia władców ludzkich, co dziś jest niechybnie dziwnym i z pewnej strony przedstawia postęp, jaki osiągnęła cywilizacja na przestrzeni lat. Dla nich, ludzi czternastego pokolenia naszej ery, założyciel Płaskogórka miał na imię "Kupiec", a oficjalnie wołano go po prostu "wójt Errandzki", uznając drugi wyraz za nazwisko.
Władca, który wydał akt zakupu płaskowyżu, nie dożył do zauważenia tego faktu. Warto jednak wiedzieć, że zapłata, jaką wręczył mu obcy przybysz, sfinansowała znaczną rozbudowę grodu królewskiego, czego potwierdzenie znajduje się w oficjalnych kronikach (a razem z jego złotem zniknęły też ślady nieufności).
Nagle książka zamknęła się z głuchym trzaśnięciem.
Mężczyzna w czarnym płaszczu odłożył ją na półkę i zerknął na zamknięte drzwi będące wyjściem z zastawionego regałami pokoju. Zza ściany dobiegł go szczęk żelaza.
Wyglądał na jakieś trzydzieści pięć lat, chociaż w rzeczywistości miał tylko dwadzieścia dziewięć. Jego skórę wokół ust porastała krótka, ciemna broda, szeroko otwarte oczy o kolorze szarości patrzyły z pewnym dystansem, a wąskie, jakby zawsze lekko zaciśnięte usta nadawały mu upartego, nieprzyjaznego wyglądu.
Strzepnął niewidzialny kurz z obu naramienników, ruchem dłoni wygładził skrawek koszuli wystającej spod metalowej płyty kirysu i wyszedł z pokoju. Za drzwiami znajdowała się trójka ludzi w podobnych strojach. Wszyscy ubrani w odcienie szarości i jednakowo uzbrojeni w krótkie miecze oraz żelazne buławy.
Młodziki, adepci, uczniowie. Ich błyskające podekscytowaniem oczy same wodziły za płcią przeciwną, młode umysły wciąż tkwiły w stanie dojrzałej dziecinności, a twarze porastał kilkudniowy zarost, na którego pozbycie się, pomiędzy wykładami i studenckimi libacjami, nie mieli czasu.
— Dostarczenie wiadomości zajęło trochę czasu, ale czy na pewno nie wiadomo czegoś więcej? — zapytał jeden z mężczyzn na jego widok. — Oprócz tego, że trup jest w elfiej dzielnicy.
— Byle to nie był ktoś ważniejszy — dodał inny, dociskając paski nakolanników.
— Sierżant straży już zajął teren, więc nieboszczyk może stygnąć w spokoju — odpowiedział pierwszemu ktoś z boku i dopiero po tym zauważył postać w płaszczu. — Egzekutorze...
Egzekutor, najstarszy z grupy, uśmiechnął się i odwzajemnił lekkie skinienie głowy.
— Uważałbym, kogo nazywacie nieboszczykiem. —Skrzyżował ręce na piersiach i patrzył, jak jego podwładni zakładają ostatnie elementy lekkich pancerzy.
W końcu ustawili się przed nim w linii. Uzbrojona, lekko opancerzona trójka w długich płaszczach i ciemnych ubraniach sprawiała wrażenie jakichś podejrzanych typków spod ciemnej gwiazdy. Ich mentor nie odróżniał się zbyt mocno, chociaż krawędzie jego płaszcza, w przeciwieństwie do trójki adeptów, miały czerwone, połyskujące w świetle krawędzie, a ubiór zdradzał ślady zużycia.
— Jak się okaże, że nasza ofiara jeno w trupa zalana — wypalił któryś z szeregu, wymownie spoglądając w górę. Odpowiedziała mu para sennych uśmiechów.
Po tym twarze adeptów przybrały poważniejsze miny. Co jednak zdołali ukryć, to musiały zdradzić ich oczy. A wypływała z nich niepewność pierwszej wycieczki, jak w fachu nazywano oględziny miejsc zbrodni, i podekscytowanie typowe dla zbyt pewnych siebie młodzieńców.
Na tych jednak, jak sądziła postać przed szeregiem, czekała już lekcja życia. Egzekutor, piastujący funkcję śledczego, kata i sędziego, był jednym z tuzina podobnych mu osobników, których zadaniem było grzebać w we wszystkim, co przerastało możliwości machiny pilnującej Falkirskiego prawa. Egzekutorzy stanowili żywą, nieliczną przeciwwagę, która pomimo swojej niewielkości całkiem dobrze ograniczała zapędy cwanych wielmoży, seryjnych morderców, grupek złodziei czy królów przestępczego półświatka. Oglądali trupy, szukali dowodów, łapali sprawców, a potem podpisywali papierek, machnięciem pióra decydując o czyimś życiu lub śmierci.
Nie byli oczywiście bez wad.
Kilka minut później czwórka wyszła z małego dworku zwanego roboczo "dziuplą", który był jedną z siedzib egzekutorów w jednej z zamożniejszych dzielnic Falkirk. Po wąskich, zadbanych uliczkach kręcili się nieliczni przechodnie w bogatych strojach, którym daleko było do prostych półpancerzy czterech mężczyzn. Pomimo tej różnicy ustępowano im z drogi, obdarzając ciekawymi spojrzeniami czy uprzejmymi skinieniami głowy. Oczywiście tylko w części przypadków, bo niektórzy odwracali wzrok lub niespodziewanie skręcali w odwrotnym kierunku, najpewniej przypominając sobie o czymś niecierpiącym zwłoki.
Zachodzące słońce nadawało ludziom i budynkom spokojny, pomarańczowy odcień.
Po krótkim marszu znaleźli się na miejscu zbrodni. Przy wejściu do alejki ukrytej w cieniu nieco obdrapanych kamieniczek kręciło się kilku uzbrojonych ludzi w barwach straży miejskiej. Jednym z nich był sierżant, który tkwił tu już od dłuższego czasu, pilnując terenu i czekając na odpowiedź pisma wysłanego przez posłańca do "dziupli".
— Trup jest w zaułku za moimi plecami — zaczął mówić po przedstawieniu się. — Człowiek, mężczyzna, lat trzydzieści, może więcej. Makabrycznie posiekany. Mój chłop, który go znalazł, zarzygał pół ulicy, ale tak to nic nie ruszaliśmy. Tylko paru miejscowych trzymamy pod bronią, co pojawili się pierwsi, tak na wszelki wypadek. — Wskazał palcem na dwie kobiety i jakiegoś elfa obok, pilnowanych przez dwóch strażników, którzy sennie opierali się o rohatyny. — Co każecie, panie egzekutor, ja i moi ludzie na wasze rozkazy.
— Bewkir, dowiedz się wszystkiego od strażnika, który znalazł trupa. — Skinął głową ku jednemu z adeptów. — Sierżancie, zaprowadźcie go do niego, kilka pytań do okoliczności. Reszta za mną.
Minęli dowódcę strażników. Któryś z jego ludzi wskazał, gdzie dokładnie leży ofiara i podał im dwie pochodnie. Słońce niemal ukryło się już za dachami kamieniczek, chociaż ostatnie promienie padały jeszcze na wejście do alejki, więc dodatkowe źródło światła było niezbędne. W trójkę zagłębili się pomiędzy wysokie ściany budynków.
Ciało mężczyzny leżało bezwładnie na bruku otoczone przez plamę krwi, która zdążyła już wsiąknąć w szczeliny chodnika. Na ścianie budynku obok, a zresztą w promieniu kilku metrów, światło pochodni ujawniło pojedyncze krople i zacieki z tej samej substancji. W najbliższym otoczeniu zauważyli też malutkie kawałki czegoś mięsistego, chaotycznie rozrzuconego po bruku, jakby rozszarpało je jakieś dzikie zwierzę.
Sierżant dobrze ocenił wiek ofiary, chociaż widok mężczyzny musiał mu głęboko zapaść w pamięć, bo w całości pozostały tylko jego głowa i kończyny. Pierwszym, co rzuciło się egzekutorowi w oczy, był rozpruty brzuch i widoczne w nim jelita, żołądek i inne organy. Powyżej brutalnie połamane kości klatki piersiowej sterczały pionowo do góry, nie będąc utrzymywanymi przez najpewniej wyrwany mostek. Część płuc widniała jeszcze na kościach, ale ich reszta musiała wymieszać się gdzieś z wnętrznościami, tworząc krwistą, nieregularną substancję ze stałymi elementami organów, krwi i innych nieciekawych płynów. Do tego całą scenerię umacniał metaliczny zapach, wymieszany z odorem niestrawionego pożywienia i fekalii w tej krwawej masie.
A całość posypana świeżymi listkami. W kształcie małych owali o złotych żyłkach i kontrastującym z czerwienią ostrym, zielonym kolorze. Jakby morderca nagle doznał jakiegoś kucharskiego olśnienia i sypnął na trupa jakby był jego potrawą.
— Revanon, rozejrzyj się po okolicy, zajrzyj pod śmiecie, beczki, w okna i parapety. Derrek, bierz się za portret. Chcę mieć wszystko gotowe przed zmrokiem. — Przerwał ciszę niewzruszony, widocznie zaciekawiony głos egzekutora, wydającego polecenia młodym adeptom.
Tuż po tym przykląkł przy ciele z pewnym trudem z powodu prawej nogi i zmarszczył brwi. Krew krwią, flaki flakami, ale najmocniej zainteresowały go listki. Wziął jeden z nich w palce w czarnej rękawicy i zamyślił się przy dźwiękach rysującego po papierze węgielka. W międzyczasie podszedł do nich sierżant, od razu zdejmując czapkę na widok trupa.
— Za moment będzie gotowe — powiedział nieco drżącym głosem Derrek z kartką sztywnego papieru w dłoni. Sierżant stał obok w milczeniu.
Egzekutor obejrzał jeszcze kilka listków w świetle pochodni. Wszystkie były nienaturalnie identyczne i miały w sobie coś przypominającego elfów, lud ostrych uszu.
— Zrób jeszcze dwie kopie, porządnie i ze szczegółami — Wstał, po czym zwrócił się krótko do poruszonego sierżanta: — Macie coś nowego?
Żołdak z trudem odwrócił wzrok od trupa.
— Te listki to dziwne jakieś, prawda? Jakoś niepokój z nich ulatuje czy coś... — odezwał się niepewnie, ale z nutą determinacji w głosie. — Paru gapiów mówi, że nasza ofiara sprzedawała zioła i ogólnie zajmowała się rzeczami z tym związanym. A tak na co dzień to był szary ludź, nie wyróżniał się niczym i mieszkał samotnie. Poza tym podobnież studiował też... no... sztuki alchemiczne i zielarskie, ale do tego nie mam pewności.
Wzrok egzekutora prześlizgnął się po zadbanym, chociaż widocznie już zbyt długo używanym ubraniu zabitego mężczyzny. Nie pominął również spracowanych dłoni i czarnych obwódek u paznokci.
— To dobrze... Derrek, jak skończysz szkice, to przesłuchaj krótko tych ludzi, o których mówi nam sierżant — zaczął, pochylając się nad ofiarą z pochodnią w dłoni. — A teraz zobaczmy jeszcze jedną rzecz — dodał jakby do siebie, delikatnie podważając trupa. Następnie przewrócił go na drugą stronę. Na bruk i piasek wylała się zawartość rozprutego brzucha.
Adept ze szkicem w dłoni i sierżant skrzywili się równocześnie. Ten drugi zmiął czapkę w palcach ze wzrokiem wbitym w egzekutora. W międzyczasie pojawił się drugi z uczniów, wcześniej wysłany do obejrzenia okolicy. Był nieco blady, ale jak dotąd trzymał się całkiem nieźle.
— Egzekutorze. — Na moment kurczowo zacisnął usta. — Na chodniku znalazłem ślady butów z krwi, dosyć duże, więc mordercą musiał być ktoś spory. Wydaje mi się, że mogły należeć do krasnoluda. Nic więcej nie udało mi się zauważyć.
— Dokąd prowadzą te ślady?
— Urywają się przy studni na placu po drugiej stronie alejki.
— Sierżancie, czy budynki tam są zamieszkane? — Egzekutor spojrzał na mężczyznę, który wciąż miął czapkę w dłoniach.
— Chodzi wam o kamieniczki? — odparł mu, podnosząc wzrok znad trupa. — A gdzie tam, tu bida z nędzą, nawet żebraków nie ma. One rychło się wszystkie zawalą w cholerę. Wymarłe miejsce.
Zamilkli na dłuższy moment, jakby każdy z nich się nad czymś zastanawiał.
— Czyli jesteśmy w punkcie wyjścia... A poza tym trudno, żeby ktoś słaby go tak otworzył, no, ale tak czy owak... Poza tym tym kimś równie dobrze mógł być człowiek lub jakiś przerośnięty elf, ślady butów wiele nam nie powiedzą. — Wstał z westchnieniem, patrząc na ofiarę. Nic więcej nie mogli już tutaj wymyślić. — Chociaż zginął w miarę szybko. Szczęście w nieszczęściu.
— Skąd wiecie? — wyrwało się sierżantowi.
— Bo najpierw został uduszony, możliwe, że poprzez chwyt od tyłu. Ślady zaciśnięcia na szyi, zapewne zmiażdżona krtań. — Pociągnął nosem, obdarowując wojaka niewzruszonym spojrzeniem. — A potem ktoś go z jakiegoś powodu posiekał.
Przez moment dwóch uczniów, ich mistrz i wojskowy trwali w milczeniu.
— To chyba nie są... naturalne, te liście, prawda? — odezwał się nagle któryś z adeptów, wskazując zielone owale i zwracając na siebie uwagę reszty.
— Tego się dowiemy od kogoś, kto się zna. — Egzekutor uśmiechnął się leciutko, prostując się nad ofiarą. — To tyle, jak na razie. Po wykonaniu moich poleceń macie wrócić do dziupli. Tylko nie zapomnijcie zabrać Bewkira, bo coś mu się schodzi z tym przesłuchaniem — powtórzył jeszcze uczniom. — Do tego chcę mieć wszystko przelane na papier. Wnioski, uwagi, przemyślenia i opinie, na jutro i to rano. Szkice twarzy również, tylko bez poprawek dla samej sztuki. Papiery zostawcie w moim biurze.
Sierżant zerknął na starszego mężczyznę wydającego rozkazy i założył czapkę. Po tym przyłożył zaciśniętą pięść do miejsca, gdzie znajduje się serce, bezgłośnie wymawiając coś pod nosem.
— Powinniśmy zabrać tego biedaka. — Już rozluźniony zaczął mówić z pewnym żalem w głosie. — Rodziny trzeba poszukać, grabarza, sprzątnięciem też się zajmiemy. — Skrzywił się po wymówieniu tego słowa. — Zapewnimy mu pochówek, ja i moi ludzie. A więc przejmujecie tą sprawę, panie? Rozpoczniecie dochodzenie?
Egzekutor skinął mu głową w potwierdzeniu, a potem bez słowa wyszedł z alejki.
Odpowiedz
#8
(09-03-2015, 19:24)bananawarlord napisał(a): Zamiast tego tamtejsi historycy zostali pozostawieni z prostym określeniem "wójt Płaskogórka" lub bardziej oficjalnym, które znajduje się w między innymi w akcie własności płaskowyżu(Dałabym myślnik albo dwukropek) "hrabia Errandzki".

(...)kraina Errandu nie było(a) wymysłem powieściopisarzy, tylko(Lepiej brzmiałoby wg mnie: lecz/ale) stanowiła istotną, akurat w czasie założenia Płaskogórka, potęgę handlową, która w swoim czasie daleko wykraczała poza królestwa, księstwa i inne narodowościowe podziały.

Dla nich, ludzi czternastego pokolenia naszej ery, założyciel Płaskogórka miał na imię "Kupiec", a po oficjalnemu(oficjalnie) wołano go po prostu "wójt Errandzki", uznając drugi wyraz za nazwisko.

(...)czego potwierdzenie znajduje się w oficjalnych kronikach (a razem z(ze) złotem zniknęły też ostatnie ślady nieufności – dop. autora).

Nagle książka zamknęła się z głuchym odgłosem(Lepiej będzie wg mnie skonkretyzować, czyli napisać np. "trzaśnięciem", "stukiem" lub coś podobnego).

Mężczyzna w czarnym płaszczu odłożył ją na półkę i zerknął na zamknięte drzwi,(zbędny przecinek) będące wyjściem z zastawionego regałami pokoju.

Strzepnął niewidzialny kurz z obu naramienników, ruchem dłoni wygładził skrawek koszuli spod metalowej płyty kirysu(Nie wygładza się spod czegoś, wygładza się coś) i przeszedł przez drzwi. (Lepiej będzie moim zdaniem "opuścił pokój/pomieszczenie" albo "wyszedł" czy coś. "Przeszedł przez drzwi" nasuwa skojarzenie, że nie musiał ich otwierać, ale po prostu przez nie przeniknął.)

Dojście(Lepiej: dostarczenie) wiadomości zajęło trochę czasu, ale czy na pewno nie wiadomo czegoś więcej? — zaczął jeden z mężczyzn na jego widok.

— Uważałbym, kogo nazywacie nieboszczykiem — odezwał się, krzyżując ręce na piersiach i patrząc, jak jego podwładni zakładając(zakładają) ostatnie elementy lekkich pancerzy.

A wypływała z nich między innymi niepewność pierwszej wycieczki, jak w fachu przezywano oględziny miejsc zbrodni, ale i podekscytowanie pełne zapału(Jak dla mnie to "masło maślane") ,(zbędny przecinek) typowe dla zbyt pewnych siebie młodzieńców, którzy myśleli, że są gotowi na wszystko.

Wyszli z małego dworku, (zbędny przecinek)zwanego roboczo "dziuplą", który był jedną z siedzib egzekutorów w zamożnej części miasta.

Pomimo tej różnicy ustępowano im miejsca z drogi(Albo "miejsca", albo "z drogi") , obdarzając ciekawymi spojrzeniami czy uprzejmymi skinieniami głowy. Oczywiście tylko w części przypadków, bo reszta odwracała wzrok lub niespodziewanie skręcała w inne uliczki, najpewniej przypominając się(sobie) o czymś ważnym i niecierpiącym zwłoki.

— Człowiek, mężczyzna, lat trzydzieści (przecinek) może więcej.

Trójka minęła się z dowódcą strażników(Może być po prostu "minęła dowódcę strażników"). Inny z nich wskazał(przecinek) gdzie dokładnie leży ofiara i podał im dwie pochodnie.

Ciało mężczyzny leżało bezwładnie na bruku, (zbędny przecinek)otoczone przez plamę krwi, która zdążyła już wsiąknąć i rozlać się po szczelinach między kamieniami chodnika.

Pierwszym, co się rzuciło się im w oczy, był rozpruty na zewnątrz(zbędne – rozpruty to rozpruty, to "na zewnątrz" nie ma sensu) brzuch i widoczne w nim jelita, żołądek i inne wnętrzności.

Scenerię umacniał do tego metaliczny zapach, (zbędny przecinek)wymieszany się(zbędne) z odorem niestrawionego pożywienia i fekalii.

(...) Derrek, bierz się za portret. Chcę mieć wszystko gotowe przed zmrokiem (kropka) — Przerwał ciszę niewzruszony głos Egzekutora.

Tuż po czym (Albo "tuż potem" albo "po czym") przykląkł przy ciele, mrużąc brwi(Brwi się marszczy, mrużyć można oczy).

— Zrób jeszcze dwie kopie, porządnie (przecinek) ze szczegółami (kropka) — Wstał, po czym zwrócił się krótko do poruszonego sierżanta.(dwukropek) — Co nowego?

— To dobrze. Derrek, jak skończysz (przecinek) przesłuchaj na(zbędne) krótko (to w sumie też) tych ludzi, o których mówi nam sierżant — zaczął, znowu pochylając się nad ofiarą — i daj im nakaz stawienia się w dziupli. A teraz zobaczmy jeszcze jedną rzecz — dodał jakby do siebie(przecinek) delikatnie podważając trupa.

— Egzekutorze (kropka)— Na moment kurczowo zacisnął usta. — Na chodniku znalazłem ślady butów z krwi, dosyć duże, więc mordercą musiał być ktoś... spory.

— Bo najpierw został uduszony, możliwe, że poprzez chwyt od tyłu. Ślady zaciśnięcia na szyi, zapewne zmiażdżona krtań (kropka) — Pociągnął nosem, obdarowując wojaka niewzruszonym spojrzeniem.

— Lepiej bym tego nie ujął (kropka)— Egzekutor uśmiechnął się leciutko, prostując się nad ofiarą.

— Powinniśmy zabrać tego biedaka (kropka) — Już rozluźniony zaczął mówić z pewnym żalem w głosie.

Zacznę od tego, że mylą mi się bohaterowie w tym tekście, zwłaszcza w momentach, w których występują wszyscy naraz – jest ich dość wielu, tekstu nie tak dużo, a w dodatku nie posługujesz się ich imionami, lecz funkcjami, co moim zdaniem jeszcze utrudnia sprawę. Nieszczególnie spodobały mi się również opisy – są szczegółowe, ale niezbyt plastyczne moim zdaniem: mnie czytało się je oraz wyobrażało z pewną trudnością.
Ale fabuła zapowiada się ciekawie – poczekam na rozwój śledztwa. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#9
"Nie pominął również wypracowanych dłoni i czarnych obwódek u paznokci." – spracowanych(?)

Średnio ogarnęłam o co chodziło z tymi adeptami, ogólnie cała sytuacja jest dla mnie trochę niejasna. Jest jakiś Egzekutor i są jego uczniowie, ale jaką rolę pełni ów Egzekutor, kim on właściwie jest? Inną rzeczą jest to, o czym wspomniała Vetala, jest wielu bohaterów w tym samym momencie. Nie jest to jakąś szczególną przeszkodą, nie przeszkadza w czytaniu, ale jednak miło jest wiedzieć, co, kto i gdzie. :P Zachwycanie się warsztatem i stylem sobie odpuszczę, robiłam to w ostatnim poście. Dodam jeszcze, że czytało się przyjemnie, a napisane było dobrze. Udało Ci się mnie zainteresować, czekam na ciąg dalszy. :)
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
#10
@Arabella W tym fragmencie są takie wskazówki (chociaż to może złe określenie): bohaterowie współpracują z sierżantem ze straży miasta i jego ludźmi, główny bohater wydaje mu rozkazy (czyli Egzekutor stoi wyżej w hierarchii, jego urząd musi być legalny), "czarna robota sprawiedliwości" (Egzekutor wykonuje jakąś sprawiedliwość, pojawia się śledztwo, miejsce zbrodni), jedni mieszkańcy na uliczce witają go z szacunkiem, inni odwracają głowy (jest znany, możliwe, że pełni oficjalną funkcję), jest wzmianka o jego siedzibie w zamożnej części miasta, może przesłuchiwać mieszkańców i wzywać ich na przesłuchania do "dziupli" (ma takie prawa) + we fragmencie Egzekutorem jest tylko główny bohater (i tylko on jest tym tytułem określany w dialogach wyżej), zaś w całym mieście ludzi z tą funkcją jest dwunastu (też zdanie w tekście).

Zdaję sobie sprawę, że czytelnik nie musi tego wszystkiego pamiętać, a tym bardziej automatycznie się domyślać i w sumie wypisując te wyrywki tylko potwierdzam swój błąd. Tyle że już nie wiem, czy chować opisy w akcji, czy walnąć z nich jeden akapit, który chociaż wytłumaczy coś do końca (co jednak może być jednak nudne dla czytelnika, jakkolwiek pięknie go napisać).

O nie robieniu rozgardiaszu z wieloma bohaterami w jednym miejscu będę pamiętał :P
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości