Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Obyczajowe Wycieczka szkolna
#1
Witam, jest to stare... nazwijmy to opowiadanie jeszcze z czasów liceum. Bardzo możliwe, przywrócę je tutaj do życia i dopiszę dalszą część, ale niczego nie obiecuję ;)

Pierwotny tekst podzieliłam na 2 bo był za długi.



Padało.
Pod rozpadający się budynek z wybitymi oknami zalepionymi taśmą izolacyjną i odpadającą ze ścian farbą podstawił się nowiutki, elegancki autobus marki mercedes. Kontrast miły dla oka jak drzazga. Grupa uczniów czekająca pod dachem, obok tabliczki z napisem "Uwaga na odpadające elementy elewacji", ożywiła się nieco.
Kiedy kierowca autobusu po raz pierwszy tu przyjechał, był przekonany, że pomylił adresy. Wyszedł na chwilę, żeby wyjaśnić nieporozumienie, ale okazało się, że wszystko się zgadza. Nie mógł pojąć, skąd władze placówki miały pieniądze na wynajem jego firmy, skoro szkoła wyglądała jakby lada moment miała się zapaść. Podejrzewał jednak, że posiadanie podobnych informacji nie skończyłoby się dla niego najlepiej.
Drzwi otworzył jegomość w skórzanej kurtce z tatuażem na szyi i dogasającym papierosem w ustach – wychowawca klasy. Ta szkoła nie cieszyła się zbyt dobrą opinią. Paul zawsze bał się tego mężczyzny. W końcu jakim trzeba być demonem, żeby zapanować nad podobną zgrają młodocianych przestępców – jak władze miasta zwykły nazywać uczniów III liceum.
– Ach, miło pana znów widzieć – odezwał się. – Co się stało z poprzednim kierowcą?
– Nadal leży w szpitalu – odparł lekko drżącym głosem.
W wyniku bliżej niewyjaśnionych okoliczności jego poprzednik wypadł przez balkon z pierwszego piętra, kiedy zatrzymali się na nocleg w czasie ostatniej wycieczki.
Wychowawca tylko się uśmiechnął.
Paul szybko odwrócił wzrok. Wyszedł, żeby otworzyć bagażnik i uniknąć dalszych pytań. Uczniowie piorunem załadowali do środka wszystkie swoje rzeczy i na powrót rozpierzchli się po dziedzińcu.
– Gotowy? – zapytał wychowawca gasząc papierosa.
– Mam nadzieję – odparł, domykając bagażnik.
– No to jazda! – Wychylił się z autobusu i rozejrzał. – Ej! Panienki! – zwrócił się do swoich wychowanków. – Do mnie, ale tak w tempie ekspresowym. Leny! Odstaw tego kota, do cholery!
Wchodzili pojedynczo prawie jak cywilizowani ludzie. Mercedes był dobrze wyposażony. Z telewizją, klimatyzacją i światłami nad każdym siedzeniem. W oknach – o ile można tak to nazwać – wisiały karmazynowe zasłony.



Podróż zaczynała im się dłużyć, szczególnie, że utknęli w korku. Stali już na tej przeklętej autostradzie od ponad godziny, spoglądając zazdrośnie na nadjeżdżające z naprzeciwka samochody. Z początku im to nie przeszkadzało, rozeszli się jak na przerwie i pozamieniali miejscami. Wprawdzie to drugie nie obyło się bez ofiar, ale ostatecznie wszyscy przeżyli.
– Czemu stoimy? – zapytał Leny, podchodząc bliżej kierowcy.
Paul wytarł z czoła kropelki potu, uczniowie zaczynali się niecierpliwić, a Bóg jeden raczył wiedzieć, do czego oni są zdolni.
– Piąty raz już o to pytasz – powiedziała poirytowana Sansa, albo Anna. Dziewczyny były identyczne i nikt ich nie odróżniał. Zazwyczaj pomiędzy bliźniaczkami w tym wieku pojawiają się pewne różnice, które pozwalają na identyfikację, aczkolwiek nie u tej dwójki.
– Jak cię to tak interesuje, to rusz dupę i to sprawdź – powiedział wychowawca. – Pablo – zwrócił się do kierowcy – otwórz drzwi.
Paul nie miał pojęcia, skąd ten człowiek wziął jego przezwisko, ale wolał się z nim o to nie kłócić. Wcisnął odpowiedni przycisk. Wysoki blondyn z kolczykiem w uchu wyszedł na zewnątrz.
– Hej! My też chcemy iść! – Dało się słyszeć z końca autobusu.
Zanim chłopcom udało się przedrzeć ku wyjściu, minęło kilka minut. Wyszło jeszcze dwóch.
– Nie zdewastujcie niczego! – krzyknął za nimi wychowawca. – Ani nikogo! – dodał po chwili namysłu.
Sznur samochodów ciągnął się przez następne dwa kilometry. Kiedy dotarli do źródła problemu, pierwsze, co zobaczyli to migające niebieskie światła radiowozu, karetkę i całkiem już spory tłum gapiów – prawie jak w domu.
Na drodze leżało powalone drzewo o grubym pniu, a pod nim samochód osobowy, a raczej jego nędzne resztki. Miejsce wypadku zostało prowizorycznie "odseparowane" niewielką blokadą. Chłopcy podeszli tak blisko, jak to było tylko możliwe.
– Ile to jeszcze potrwa? – zapytał Leny stojącego obok policjanta.
– Nie wiem – powiedział, popijając kawę. – Oni też nie wiedzą. – Wskazał na ekipę strażacką uwijającą się bez ładu dookoła resztek samochodu. – Jakiś problem?
– Nie – zakpił, ale policjant tego nie zauważył.
Drugi funkcjonariusz jadł w radiowozie frytki z opakowania, które do złudzenia przypominało te z McDonalda. Leny zanotował sobie, że droga jest od dwóch godzin zamknięta, ale policjanci (w jakiś magiczny sposób ), mają ciepłe jedzenie z baru szybkiej obsługi, który biorąc pod uwagę fakt, że są na jakimś odludziu, musiał znajdować się dobre kilka albo kilkanaście kilometrów stąd. Wysłał ich w myślach do wszystkich diabłów i jeszcze raz rozejrzał się po miejscu wypadku.
A może zrobić tym durniom zdjęcie? Wyciągnął telefon.
Marco tymczasem rozejrzał się za Rudym. Jeszcze niedawno gdzieś tu był. Ten człowiek miał zdolność wtapiania się w tło. Dosłownie. Ludzie go po prostu nie zauważali. Marco nie mógł tego pojąć, bo długie, ognistoczerwone włosy jego kolegi w denerwujący sposób rzucały się w oczy.
W końcu go dostrzegł. Uderzył Artura, który przyszedł razem z nimi i wskazał głową kierunek. Rudy siedział na powalonym drzewie, które przygniotło osobówkę i jak gdyby nigdy nic, przyglądał się pracy ekipy ratunkowej. Przy takim obciążeniu dodatkowe osiemdziesiąt kg nie powinno robić większej różnicy.
Kierowcę – jak zdołał ustalić Artur – już dawno wyciągnęli i zawieźli do szpitala, ale mieli problem z pasażerem.
Rudy co jakiś czas dawał ekipie ratunkowej jakieś wskazówki, pokazując palcem i coś tłumacząc. Mimo to nadal nikt nie zauważył faktu, że nie powinno go tam być. Na ten widok stojący nieopodal chłopcy zaczęli się opętańczo śmiać. Wyglądali, jakby dostali jakiegoś ataku.
– Czy twoi koledzy uciekli z wariatkowa? – zapytał policjant Leny'ego. – Mieliśmy ostatnio zgłoszenie...
– A kto ci powiedział, że to moi koledzy?
Mężczyzna w niebieskim mundurze zamilkł.
– Nie możecie zorganizować objazdu, zamiast gapić się, jak wyjmują z samochodu czyjeś flaki? – zapytał zdenerwowany.
Policjantowi nie spodobały się jego słowa, zaczęli się kłócić. Do ich, nazwijmy to – dyskusji – szybko włączyli się też inni, zniecierpliwieni kierowcy. Zanim jednak Leny zdążył uderzyć funkcjonariusza – za co tym razem dostałby wyrok – pojawił się Rudy i odciągnął go na bezpieczną (dla policjanta) odległość.
– Chłopaki, idziemy.
Podburzony przez Leny'ego tłum chyba coś zdziałał, bo zanim doszli do autobusu, samochody zaczęły powoli ruszać.
– No, nareszcie! Co za matoł – odezwał się blondyn. – Czy do policji biorą tylko tych, którzy mają IQ poniżej dziesięć?
– Przestań – powiedział Marco. – Billy też pracuje w policji, a wcale nie jest taki głupi. Poza tym to naprawdę spoko koleś.
– Tylko, że nasza Zoe to jego siostra, więc Billy w zasadzie się nie liczy – skonstatował Artur.
Dotarli do autobusu. Cała trójka weszła do czarnego mercedesa, gdzie została powitana jak bohaterzy wracający z misji samobójczej. Brakowało tylko Rudego, któremu kierowca zatrzasnął drzwi przed nosem i powoli ruszył za pozostałymi samochodami.
– Ej, Pablo – odezwał się rozbawiony wychowawca. – To z drzwiami było dobre, ale przestań się wygłupiać i wpuść Rudego.
Zaniepokojony Paul zatrzymał autobus, rozglądając się na boki. Mężczyzna wskazał głową drzwi, za którymi stał zniecierpliwiony, młody chłopak z czerwonymi włosami. Kierowca szybko nacisnął odpowiedni guzik. Przecież wychodziło ich tylko trzech.
– Bardzo, kurwa, śmieszne – powiedział Rudy do swojego wychowawcy, akcentując każde słowo i poszedł zająć miejsce.
– Ej, wiecie, co? – odezwał się Dean. – Jak wrócimy do budy, trzeba zajumać dziennik i sprawdzić, czy Rudy w ogóle jest na liście. – Wszyscy, nie licząc samego zainteresowanego, zaczęli się śmiać. A Dean wkrótce leżał na podłodze, robiąc za oparcie dla glanów Rudego.
Pozostała część drogi minęła względnie spokojnie. Tak się przynajmniej Paulowi wydawało, dopóki nie zobaczył jak prowadzą ku niemu chłopaka z ociekającym krwią bandażem na głowie.
– Edric, znaczy psorze – zwrócili się do wychowawcy. – Harry potrzebuje iść do lekarza.
– A co mu się stało? – zapytał nad wyraz spokojnie.
– Wkurzył Abigail i dostał z glana w twarz.
– Pogięło go? Czemu zabandażowaliście mu głowę? – zapytał takim tonem, jakby pytał gdzie, jest keczup do jego jajecznicy.
– Bo walnął potylicą w okno.
– Ty wiesz, gdzie jest potylica? – zdziwił się. – Może jednak trzy lata nauki nie poszły na marne.
Edric uczył ich biologii.
– Okno jest całe? – zapytał, obserwując uważnie stróżkę lepkiej, czerwonej cieczy spływającej po skroni Harry'ego.
– Spokojnie, krew jest z nosa, ma połamany – wyjaśnił ten drugi.
– Nie zauważyłem – stwierdził wychowawca, przyglądając się uważniej twarzy swojego ucznia.
– Nastawiliśmy – powiedział z dumą pierwszy z chłopców.
– Dobra, to wy idziecie na miasto, a my musimy jechać do szpitala, tak na wszelki wypadek. Nie wiem ile nam to zajmie, więc będę dzwonić. Pablo, zaparkuj gdziekolwiek. To będzie dobre miejsce. – Wskazał przystanek autobusowy.
Paul zerknął w tylne lusterka, za nimi jechał autobus komunikacji miejskiej, ale to była kolejna rzecz, o którą wolał się z wychowawcą nie kłócić. Nadal w ciężkim szoku po tym, co zobaczył i usłyszał, zatrzymał się i wypuścił młodzież.
– To na pewno dobry pomysł? – zapytał niepewnie. – To duże miasto, a my nawet nie jesteśmy w centrum.
– Poradzą sobie – odparł ze spokojem.
W tym momencie jeden z jego wychowanków zapukał w szybę drzwi autobusu.
– Psorze, ale gdzie my jesteśmy?
– Za Mostem Dantego, ośle. Dobra, Pablo, jedziemy. Poradzą sobie – powtórzył.



– To gdzie idziemy? – zapytała Monic. – Abigail, wiesz w ogóle, gdzie my jesteśmy? – Trzy pary oczu spojrzały na nią wyczekująco.
Dziewczyna uniosła głowę znad telefonu i rozejrzała się.
– Wiem – odpowiedziała po chwili.
– Dobra! – krzyknął Leny, wskakując na ławkę. – Trza się ogarnąć nieco. Musimy znaleźć metro, bo z tego przystanku nie da się dojechać do centrum. Abigail! Prowadź!
– Stary, gorzej ci? Mój chomik ma lepszą orientację w terenie niż ona – zaprotestował Marco.
– Ty nie masz chomika – zauważył Rudy.
Reszty dziewczyny nie usłyszały, bo wszyscy zaczęli mówić w tym samym momencie, tak, że nie dało się z tego nic zrozumieć.
– Alexa, masz może karabin przy sobie? – zapytała Abigail stojącą obok koleżankę.
– Nie, został w szkole.
– Szkoda.
Raven dyskretnie odsunęła się na bezpieczną odległość. Tak długo jak Alexandra z karabinem nie wzbudzała większych obaw, to sama myśl o Abigail dzierżącej choćby zabawkowy pistolet sprawiała, że ciarki jej po plecach przechodziły.
– Ej, idziecie? – Monic zawołała chłopaków, którzy nadal się kłócili.
Jako że nikt nie miał lepszego pomysłu, co zrobić, cała klasa poszła za swoją otaku. Po trzech latach nadal nie wiedzieli, co to słowo znaczy, ale nie przeszkadzało im to. Abigail, Alexa, Monic i Raven szły z przodu orszaku.
– Ona na pewno wie, gdzie idzie? – zapytała niepewnie Alice po dziesięciu minutach marszu.
– Wie – odpowiedział Leny, wskazując na wznoszący się przed nimi znak z literą "M".
– To fascynujące – przyznała idąca obok Yuki.
W szkole Abigail potrafiła pomylić piętra, jak szła na lekcję, a tutaj, w stolicy, orientowała się jak we własnym domu i to nawet nie patrząc, dokąd idzie.
Nikt nie miał biletów, więc po prostu przeskoczyli barierki. Akurat jechał pociąg. Zbiegli na sam dół.
– Centrum jest w drugą stronę – powiedziała Abigail – ale nie licząc dziewczyn, tylko Leny jej słuchał.
– Debile – stwierdził, kiedy cała klasa weszła do nie tego pociągu co trzeba.
– Yep.
Na ścianach metra wisiały różne plakaty reklamujące najnowsze filmy, jakieś leki i pieluchy dla dzieci.
– To gdzie jedziecie? – zaciekawił się Leny śledząc ruchy niebieskiej kuleczki, na ekranie bilbordu.
– Ja do siostry – odparła Abigail.
– Nie idziesz z nami na zakupy? – zapytała zdziwiona Monic.
Dziewczyna pokręciła głową.
– Spotkamy się w hotelu – powiedziała. – Tylko nie zapomnijcie wysłać mi adresu i numeru pokoju. Śpię przy oknie.
– Na pewno nie.
– Zaraz, my idziemy dzisiaj spać? – Raven wyglądała jakby miała ciekawsze plany.
– Ambitnie. Ciekawe, kiedy się zorientują – przerwał im Leny. Myślami nadal z resztą klasy.
– Pewnie na końcu trasy – stwierdziła Abigail.
Miała rację. Czekał na nich przez dwie godziny. Dziewczyny zdążyły zrobić zakupy i przyniosły mu nawet jakieś jedzenie i gorącą herbatę, żeby nie zamarzł, bo po głupiemu uparł się, że zaczeka na dworze.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Mieszane uczucia.

Jest w tym opowiadaniu trochę problemów, które sprawiają, że bardzo ciężko mi się je czyta. Punktowo, może tak będzie wygodniej.

1. Czasem podajesz pewne informacje zbyt późno, co powoduje zamęt. Od razu przykład:
"Pod rozpadający się budynek z wybitymi oknami, zalepionymi taśmą izolacyjną i odpadającą ze ścian farbą podstawił się nowiutki, elegancki mercedes " – Powinno być "autobus marki mercedes". Jeżeli wprowadzasz do historii jakiś przedmiot lub osobę, to musisz określić mniej więcej wygląd, żebym mógł wrzucić to/ją do odpowiedniej szufladki. Dla mnie mercedes to samochód, nie autobus.

2. Wprowadzasz bardzo dużo postaci, które są niemożliwe do zapamiętania. Za dużo postaci, które ciężko od siebie odróżnić, szczególnie, że raczej ich nie opisujesz. Mnóstwo imion, które nie ma do czego zaczepić. Jakby zastąpić każde z nich wyrażeniem "któreś z dzieciaków", to wiele by to nie zmieniło. Oprócz Rudego, jego się pamięta.

3.Nie ma określonego miejsca akcji, dotyczy głównie późniejszego fragmentu, ale nie tylko. Dobrze jest mniej więcej wiedzieć gdzie znajdują się bohaterowie. czasem wystarczy jedno zdanie. A tak nie wiem, czy wypadek był w mieście, czy może gdzieś w lesie, albo jeszcze gdzieś indziej. Na pewno to nie pomaga.

Trochę brakuje mi w Twoim opowiadaniu celu. Wycieczka trwa, ale kolejne wydarzenia nie układają się w jakąś spójną całość. Czasem jest trochę wesoło, czasem trochę absurdalnie, ale powoli zaczyna mnie to nużyć.

Sam pomysł wydaje się być dobry. Opis szkolnej wycieczki takiej patologicznej klasy mógłby być naprawdę zabawny, co w przebłyskach widać w Twoim opowiadaniu. Jednak w tej formie nie zachwyca.

Tak na koniec, mniej postaci, a lepiej opisane. Trochę też więcej o świecie, który otacza bohaterów. Pomagaj też czytelnikowi, staraj się, żeby łatwiej mu było sobie dane sytuacje wyobrazić. To wszystko co mógłbym Ci poradzić.
Odpowiedz
#3
Mogget: Dziękuję Ci bardzo za wszystkie te uwagi.

Postaci jest wiele dlatego, że wycieczka szkolna początkowo miała być fragmentem większego opowiadania, które może kiedyś uda mi się napisać :)

Popracuję też nad opisem otoczenia. Jak pewnie zauważyłeś staram się nie dawać żadnych wskazówek, gdzie dokładnie dzieje się akcja, dlatego wszystkie nazwy są zmienione, albo zastępowane jedynie słowami takimi jak: stolica, miasto, kraj. Głównie po to, żeby nie identyfikować go z żadnym konkretnym miejscem, ale widać przegięłam, bo informacja, że wypadek zdarzył się na autostradzie rzeczywiście by się przydała ;)
Odpowiedz
#4
Napisane jest całkiem nieźle, chociaż język nie przypadł mi do gustu, jest zbyt potoczny i współczesny. Czyta się teoretycznie dobrze, jednak Twój styl nie trafia do mnie, przez co czytanie nie sprawiło mi przyjemności. Pomysł wydaje się być dobry, jednak zawiodło opisanie, przesadziłaś z "ufajnieniem" języka. Nie zauważyłam jakieś strasznej ilości błędów, jednak wiele z nich mogłabyś usunąć samodzielnie, sprawdzając swój tekst przed wstawieniem go na forum. Brakuje mi jakiegoś punktu zaczepienia, czegoś, co mogłoby mnie, jako czytelnika, zainteresować i sprawić, że będę chciała czytać dalej. Jak wspomniał Mogget, jest zbyt dużo postaci w jednej scenie. Inną sprawą jest, iż ogólnie w tekście panuje chaos, ciężko jest się połapać co, kto i jak. Nie jestem w stanie polubić bohaterów, nawiązać z nimi więzi, nawet zainteresować się ich losem i przygodami. Dialogi wydają mi się wymuszone, sztuczne. Ogólnie, cała sytuacja wydaję mi się dość naciągana. Postaraj się jakoś uwiarygodnić te wydarzenia, nadać bohaterom nieco "ludzkości", sprawić, żeby czytelnik mógł się z nimi utożsamić. Kolejna sprawa, tło. Jest niejasne, zupełnie nie łapię, co i gdzie się dzieje. Dalej, szybkość. Lecisz z tekstem, jakby ktoś Cię gonił, przez co ciężko było mi się skupić na tym, co czytam. Przeczytałam, ale, gdyby ktoś zapytał mnie o czym był tekst, nie potrafiłabym powiedzieć niczego konkretnego. Cóż, pisz i nie zniechęcaj się. Mam nadzieję, że trafię jeszcze na jakiś Twój tekst. :)
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
#5
Arabella:
Tylko nie czytaj smoka, bo mi nie wyszedł XD
Na temat ilości postaci już się wypowiadałam. W tamtym momencie miały już być dobrze czytelnikowi znane ;)
Przyznaję, że trudno cokolwiek powiedzieć o tym tekście, bo to dość krótki fragment. Aktualnie poważnie zastanawiam się nad napisaniem trochę większego opowiadania, gdzie bohaterami są właśnie "poznani" już uczniowie III LO
Odpowiedz
#6
Cytat:Drzwi otworzył jegomość w sku[ó]rzanej kurtce i tatuażu[otworzył jegomość w tatuażu? Raczej z tatuażem] na szyi z dogasającym papierosem w ustach – wychowawca klasy.

– Gotowy? – [z małej]Zapytał wychowawca gasząc papierosa.

– No, to jazda – [z wielkiej]wychylił się z autobusu i rozejrzał. – Ej! Panienki! [tu ci się wkradł tag [.p]– Zwrócił się do swoich wychowanków. – Do mnie, ale tak w tempie ekspresowym.

– Nie zdewastujcie niczego! – [z małej]Krzyknął za nimi wychowawca. – Ani nikogo! – [tyż z malej]Dodał po chwili namysłu.

Sznur samochodów ciągną[ł] się przez następne dwa kilometry.

Miejsce wypadku zostało prowizorycznie "odseparowane"[imo cudzysłów zbędny] niewielką blokadą.

– Ile to jeszcze potrwa? – [z małej]Zapytał Leny stojącego obok policjanta.

– Nie wiem – powiedział[przecinek] popijając kawę. – Oni tez[ż] nie wiedzą[kropka i z wielkiej] – wskazał na ekipę strażacką uwijającą się bez ładu dookoła resztek samochodu[kropka] – Jakiś problem?

– Czy twoi koledzy uciekli z wariatkowa? – [z małej]Zapytał policjant Leny'ego. – Mieliśmy ostatnio zgłoszenie...

– Nie możecie zorganizować objazdu, zamiast gapić się jak wyjmują z samochodu czyjeś flaki? – [z małej]Zapytał zdenerwowany.

– Przestań – powiedział Marco[kropka] – Billyjest spoko, a też pracuje w policji.

Cała trójka weszła do czarnego mercedesa, gdzie została powita[na] jak bohaterzy, wracający z misji samobójczej.

Paul zatrzymał zaniepokojony autobus i rozejrzał się.[zaniepokojony autobus dziwnie brzmi i z tego co wiem nie wolno kończyć zdanie "się"]

– Ej, wiecie, co? –[z małej] Odezwał się Dean. – Jak wrócimy do budy, trzeba zajumać dziennik i sprawdzić, czy Rudy w ogóle jest na liście.

– A co mu się stało? –[z małej] Zapytał nad wyraz spokojnie.

Czemu zabandażowaliście mu głowę? –[z małeeej] Zapytał takim tonem, jakby pytał gdzie jest keczup do jego jajecznicy.

– Okno jest całe? – [z małej]Zapytał obserwując uważnie stróżkę lepkiej, czerwonej cieczy spływającej po skroni Harry'ego.

– To na pewno dobry pomysł? – [z małeej]Zapytał niepewnie. – To duże miasto, a my nawet nie jesteśmy w centrum.

– Za Mostem Dantego, ośle. Dobra, Pablo, jedziemy. Poradzą sobie. – [z małej]Powtórzył.

– To gdzie idziemy? – [z małej]Zapytała Monic – Abigail, wiesz w ogóle gdzie my jesteśmy?

– Wiem, [–]odpowiedziała po chwili.

– Dobra! – [z małej]Krzyknął Leny[przecinek] wskakując na ławkę. – Trza się ogarnąć nieco.

– Alexa, masz może karabin przy sobie? – [z małej]Zapytała Abigail stojącą obok koleżankę.

Raven dyskretnie odsunęła się [na]bezpieczną odległość.

– Ona na pewno wie gdzie idzie? – [z małej]Zapytała niepewnie Alice po 10 minutach marszu.

– To gdzie jedziecie? – [z małej]Zapytał Leny śledząc ruchy niebieskiej kuleczki, która pojawiła się na ekranie bilbordu.

– To nie idziesz z nami na zakupy? – [z małej]Zapytała zdziwiona Monic.

przerwał im Leny. [przecinek bym dała]Myślami nadal z resztą klasy.

Sporo błędów, a większość to takie typu; pisanie z wielkiej zamiast małej litery. Kiedy mamy przykładowo "powiedziała, zapytała, krzyknęła" czy inne czynności robione ustami, piszemy z małej litery po wypowiedzianej kwestii. Jak już o tym, to zauważyłam, że nadużywasz "zapytał, powiedział" i nie widziałam w tekście, byś na coś innego to zamieniła. To zdecydowanie potrzebuje nieco różnorodności, bo ileż można tylko pytać i mówić :D No dobra, zdarzało ci się też "odparł". W każdym razie od razu mówię, że to nie moje klimaty, więc nie dziw się, że jakoś szczególnie to mnie nie jara. Ot, jakaś wycieczka szkolna. Na razie uczniowie tylko chodzili tam i z powrotem, nic w sumie interesującego. Dużo postaci, nikt nie zapadł mi w pamięć, oprócz Rudego (pewnie dlatego, bo był rudy XD). Czasem zdania są dziwnie zbudowane i trudno się czyta, nieco nadużywasz "się", a w wielu miejscach można było tego uniknąć. Tekst nie czytało się źle, ale jak mówiłam, to całkiem nie moje klimaty ;)
– Światło porusza się szybciej od światła.
– Bezwzględnie, pułkowniku Pickering?
– Absolutnie, generale Bingam.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Trice:
Moje też nie XD To pewnego rodzaju eksperyment ;)
Co do "powiedziała, zapytała, krzyknęła" o ile dobrze pamiętał Stu mówił, że po "!" albo "?" ZAWSZE jest duża litera.

Cytat: Miejsce wypadku zostało prowizorycznie "odseparowane"[imo cudzysłów zbędny] niewielką blokadą.

Cudzysłów jest dlatego, że to miejsce wypadku tak naprawdę wcale odseparowane nie było ;)
Odpowiedz
#8
Cytat:Co do "powiedziała, zapytała, krzyknęła" o ile dobrze pamiętał Stu mówił, że po "!" albo "?" ZAWSZE jest duża litera.
Taa? Całe życie w kłamstwie ;_;
– Światło porusza się szybciej od światła.
– Bezwzględnie, pułkowniku Pickering?
– Absolutnie, generale Bingam.
Odpowiedz
#9
(23-02-2015, 20:58)Angelika napisał(a): [align=justify]Padało.
Pod rozpadający się budynek z wybitymi oknami,(bez przecinka) zalepionymi taśmą izolacyjną i odpadającą ze ścian farbą podstawił się nowiutki, elegancki autobus marki mercedes.

Nie mógł pojąć(przecinek) skąd władze placówki miały pieniądze na wynajem jego firmy, skoro szkoła wyglądała(przecinek) jakby lada moment miała się zapaść.

Drzwi otworzył jegomość w skórzanej kurtce,(bez przecinka) z tatuażem na szyi i dogasającym papierosem w ustach – wychowawca klasy.

Wychowawca uśmiechnął się tylko.(szyk – tylko się uśmiechnął)

– Gotowy? – (z)Zapytał wychowawca(przecinek) gasząc papierosa.

– No,(bez przecinka) to jazda(kropka lub wykrzyknik i dalej z dużej) – wychylił się z autobusu i rozejrzał.

– Ej! Panienki! – (z)Zwrócił się do swoich wychowanków.

Wchodzili pojedynczo,(bez przecinka) prawie jak cywilizowani ludzie.

– Czemu stoimy? – (z)Zapytał Leny(przecinek) podchodząc bliżej kierowcy.

– Piąty raz się(zbędne) już o to pytasz – powiedziała poirytowana Sansa,(bez przecinka) albo Anna.

– Jak cię to tak interesuje, to rusz dupę i to sprawdź – powiedział wychowawca(kropka) – Pablo – zwrócił się do kierowcy – otwórz drzwi.

Paul nie miał pojęcia(przecinek) skąd ten człowiek wziął jego przezwisko, ale wolał się z nim o to nie kłócić.

Zanim chłopcom udało się przedrzeć ku wyjściu(przecinek) minęło kilka minut.

– Nie zdewastujcie niczego! – (k)Krzyknął za nimi wychowawca. – Ani nikogo! – (d)Dodał po chwili namysłu.

Kiedy dotarli do źródła problemu(przecinek) pierwsze, co zobaczyli to migające niebieskie światła radiowozu, karetkę i całkiem już spory tłum gapiów – prawie jak w domu.

Na drodze leżało powalone drzewo,(bez przecinka) o grubym pniu, a pod nim samochód osobowy, a raczej jego nędzne resztki.

Chłopcy podeszli tak blisko(przecinek) jak to było tylko możliwe.

– Ile to jeszcze potrwa? – (z)Zapytał Leny stojącego obok policjanta.

Leny zanotował sobie, że droga jest od dwóch godzin zamknięta, ale policjanci (w jakiś magiczny sposób ), mają ciepłe jedzenie z baru szybkiej obsługi, który biorąc pod uwagę fakt, że są na jakimś odludziu(przecinek) musiał znajdować się dobre kilka,(bez przecinka) albo kilkanaście kilometrów stąd.

(nowy akapit i poprzedź myślnikiem – to jest myśl)
A może zrobić tym durniom zdjęcie?(myślnik) Wyciągnął telefon.

Marco nie mógł tego pojąć, bo długie, ognistoczerwone włosy jego kolegi,(bez przecinka) w denerwujący sposób rzucały się w oczy.

Rudy siedział na powalonym drzewie, który przygniótł osobówkę(które przygniotło osobówkę, przecinek zamykający wtrącenie) i jak gdyby nigdy nic,(bez przecinka) przyglądał się pracy ekipy ratunkowej.

Przy takim obciążeniu dodatkowe 80kg(liczebniki w tekstach literacki piszemy raczej słownie) ,(bez przecinka) nie powinno robić większej różnicy.

Rudy,(bez przecinka) co jakiś czas dawał ekipie ratunkowej jakieś wskazówki, pokazując palcem i coś tłumacząc.

Wyglądali(przecinek) jakby dostali jakiegoś ataku.

– Czy twoi koledzy uciekli z wariatkowa? – (z)Zapytał policjant Leny'ego. – Mieliśmy ostatnio zgłoszenie...

– Nie możecie zorganizować objazdu, zamiast gapić się(przecinek) jak wyjmują z samochodu czyjeś flaki? – (z)Zapytał zdenerwowany.

– No, nareszcie! Co za matoł – odezwał się blondyn. – Czy do policji biorą tylko tych, którzy mają IQ poniżej 10? (słownie)

– Przestań – powiedział Marco. – Billy(spacja)jest spoko, a też pracuje w policji. I wcale nie jest przy tym głupi.
– Billy jest bratem naszej Zoe i się nie liczy – powiedział Artur.

Cała trójka weszła do czarnego mercedesa, gdzie została powitana jak bohaterzy,(bez przecinka) wracający z misji samobójczej.

– Ej, wiecie, co? – (o)Odezwał się Dean.

– Wszyscy, nie licząc samego zainteresowanego(przecinek) zaczęli się śmiać.

Tak się przynajmniej Paulowi wydawało, dopóki nie zobaczył(przecinek) jak prowadzą ku niemu chłopaka z ociekającym krwią bandażem na głowie.

– Edric, znaczy psorze.(bez kropki)(z)Zwrócili się do wychowawcy. – Harry potrzebuje iść do lekarza.

– A co mu się stało? – (z)Zapytał nad wyraz spokojnie.

– Pogięło go? Czemu zabandażowaliście mu głowę? – (z)Zapytał takim tonem, jakby pytał(przecinek) gdzie jest keczup do jego jajecznicy.

– Okno jest całe? – (z)Zapytał(przecinek) obserwując uważnie stróżkę lepkiej, czerwonej cieczy spływającej po skroni Harry'ego.

To będzie dobre miejsce(kropka)(W)wskazał przystanek autobusowy.

– To na pewno dobry pomysł? – (z)Zapytał niepewnie. – To duże miasto, a my nawet nie jesteśmy w centrum.

Poradzą sobie.(bez kropki)(p)Powtórzył.

– To gdzie idziemy? – (z)Zapytała Monic(kropka) – Abigail, wiesz w ogóle(przecinek) gdzie my jesteśmy? – Trzy pary oczu spojrzały na nią wyczekująco.

– Dobra! – (k)Krzyknął Leny, wskakując na ławkę.

– Alexa, masz może karabin przy sobie? – (z)Zapytała Abigail stojącą obok koleżankę.

To był ten moment, w którym nawet ona przestawała rozumieć, o czym te dwie rozmawiają i(przecinek) jak się nad tym głębiej zastanowić, to(zbędne) chyba nie chciała tego rozumieć.

Jako,(bez przecinka) że nikt nie miał lepszego pomysłu, co zrobić, cała klasa poszła za swoją otaku.

– Ona na pewno wie(przecinek) gdzie idzie? – (z)Zapytała niepewnie Alice po 10(słownie) minutach marszu.

W szkole Abigail potrafiła pomylić piętra(przecinek) jak szła na lekcję, a tutaj, w stolicy, orientowała się jak we własnym domu(przecinek) i to nawet nie patrząc, dokąd idzie.

To gdzie jedziecie? – (z)Zapytał Leny(przecinek) śledząc ruchy niebieskiej kuleczki, która pojawiła się na ekranie bilbordu.

To nie idziesz z nami na zakupy? – (z)Zapytała zdziwiona Monic.

To my idziemy dzisiaj spać? – Raven wyglądała(przecinek) jakby miała ciekawsze plany.

Miała rację. Czekał na nich przez 2(słownie) godziny.

Piszesz poprawne zdania. Dialogi stylizowane na język uczniowski nawet tu pasują. Duża liczba postaci też mi nie przeszkadza, w końcu zabrałaś nas na szkolną wycieczkę:). Natomiast sama opowieść, bez urazy, jest nudna. Taka relacja reporterska bez emocji. Korek, wypadek, ktoś wychodzi, ktoś wchodzi, ktoś je frytki, ktoś krwawi. Nie poczułam żadnych emocji, smutku ani radości. Nie poczułam sympatii ani niechęci do żadnego z bohaterów, bo żadnego nie zapamiętałam. Takie dzieciaki powinny być wyraziste: jedne przesadnie mądre, inne tępe, a jeszcze inne bezczelne. Powinnaś nadać im jakieś cechy, a oni są bezbarwni. Spróbuj do tej relacji dołożyć trochę emocji – niech ktoś się wkurzy albo z kogoś zakpi – będzie znacznie lepiej.

Popraw także zapis dialogów – http://podziemieopowiadan.pl/forum/threa...logow.html
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#10
Dziękuję wszystkim za zainteresowanie, komentarze i oczywiście za sprawdzenie błędów.

Już to mówiłam, ale tylko się przypomnę ;) To opowiadanie miało być częścią czegoś większego, dlatego bohaterowie mogą wydawać się bezpłciowi, a niektóre sytuacje lub wypowiedzi całkowicie absurdalne. Jest to jednak dla mnie bardzo przyjemny trening, bo postanowiłam przedłużyć naszą wycieczkę o kilka dni. Może kiedyś dopiszę resztę, to jest zarówno wcześniejsze wydarzenia, jak i te trochę późniejsze.

A teraz zapraszam do czytania następnej części:


W szpitalu jak zwykle roznosiła się nieprzyjemna, charakterystyczna dlań woń. Edic nigdy nie lubił tego miejsca, ale musiał dopełnić niezbędnych formalności. Personel medyczny, jak na standardy ich wspaniałego kraju, był całkiem miły. Po tym, jak zrobił awanturę najpierw u ordynatora oddziału, a potem u dyrektora szpitala, nagle okazało się, że nie będą musieli czekać dwóch dni na wyniki badań.
Harry'emu zrobiono rentgen i opatrzono nos. Na zdjęciach wszystko wyglądało jak trzeba. Chirurg powiedział, że sam by tego lepiej nie zrobił, a po złamaniu nie powinno być widać najmniejszego śladu. Był szczerze zdziwiony, że chłopaki „na czuja” zrobili to z taką precyzją. Wychowawca podejrzewał, że mogli mieć w tym temacie pewne doświadczenie, ale zachował to dla siebie. Na koniec Harry dostał jakieś leki i zalecono, że gdyby wystąpiły jakiekolwiek powikłania, natychmiast ma się zgłosić do lekarza.
Edric podziękował i zabrał wychowanka do autobusu, po drodze zajechali jeszcze coś zjeść, a dopiero potem zgarnęli resztę klasy spod wieży astronomicznej. Trzeba było ją okrążyć trzy razy, bo każdy stał z innej strony, ale ostatecznie zabrali wszystkich. A przynajmniej taką mieli nadzieję. Pod hotel zajechali po dwudziestej drugiej.
– No dobra, kogo nie ma? – Zapytał wychowawca, gdy już wszyscy wzięli swoje bagaże, a w luku pozostała samotna walizka.
– Abigail – powiedziała Monic. – Jest u siostry.
Edric zaklął szpetnie pod nosem.
– Przekaż jej, że jak się jutro spóźni, to resztę drogi będzie jechała na stopa – warknął.
Miał już dość jeżdżenia po całym mieście w tę i z powrotem.
– Leny, zaniesiesz jej bagaż, a teraz idziemy – zarządził.
W recepcji było ciepło i przytulnie. Główny hol był okrągłym pomieszczeniem z wysokim sufitem. Na lewo były windy, a dalej drzwi na stołówkę i toaleta. Paul cieszył się, że ma już tę część podróży za sobą. Jego radość nie trwała jednak długo. Zbladł, gdy zobaczył numerek pokoju. Upadek z pierwszego piętra można jeszcze przeżyć, ale z dziesiątego już nie koniecznie. Miał nadzieję, że nie podzieli losu swojego poprzednika. Wprawdzie jak dotąd nie spotkało go nic złego ze strony uczniów, ale ostrożności nigdy za wiele.



Monic właśnie szukała w internecie jakiegoś ciekawego filmu. W pokoju były cztery pojedyncze łóżka ustawione po dwa naprzeciw siebie. Dziewczyny rzuciły rzeczy Abigail gdzieś w kąt, a przy pożądanym przez wszystkie oknie stał jakiś doniczkowy chwast, który Alexa podlała nitrogliceryną. Nagle ktoś pociągnął za klamkę, a po chwili walnął w drzwi z glana.
– Raven idź, otwórz dla Abi – poprosiła Alexa.
Dziewczyna z westchnieniem odłożyła książkę i podeszła do drzwi.
– Co tak długo? – Zapytała zniecierpliwiona Abigail, kiedy już weszła. – Tęskniłyście?
– Nie – odparła obojętnie Monic, nawet na nią nie patrząc.
Dziewczyna rozejrzała się po pokoju w poszukiwaniu swojego bagażu.
– Widzę, że zamawiałyście pizzę – kontynuowała niezrażona.
– Zostało jeszcze trochę, jak chcesz, to bierz.
– Jadłam już, ale dzięki. Mam dla nas trochę łupów – oznajmiła, wysypując na łóżko torbę słodyczy, chipsów i ciasteczek, a także dwie duże czekolady.
– Jak miło.
– Harry jeszcze żyje? – Zaciekawiła się nagle.
– Tak. Nic mu nie jest.
– Cholera, widać za słabo go kopnęłam. – W jej głosie słychać było szczery zawód.
Alexa uśmiechnęła się.
– Kupiłam nam piwo – oznajmiła z dumą.
– Fajnie – ożywiła się Raven, zapominając, że książkami nie rzuca się o ściany, kiedy kończy się je czytać.
Szczególnie, że ta konkretna nawet nie była jej własnością. Wyciągnęła ją sobie z bagażu koleżanki, gdy jej nie było.
Monic natomiast spojrzała na Abigail jak na nienormalną.
– Czy ciebie już tam do reszty popierdoliło? – zapytała nad wyraz uprzejmym tonem.
– A tobie co się znowu nie podoba? – zdziwiła się.
– Chcesz się urżnąć w trupa na wycieczce szkolnej? Pogięło cię?
– Tak, jednym piwem – zakpiła.
– Ja nie będę potem wracać do domu z rodzicami, jak nas Edric przyłapie – powiedziała. – Nie jesteśmy u siebie – zakończyła swój wywód.
– Monic ma rację – odezwała się Alexa. – Idź to wywal, albo będziesz spała za drzwiami.
– Skoro o drzwiach mowa, co przy wejściu robi tabliczka z napisem "Terytorium Rosji"?
– Idź to wywal – powtórzyła, ignorując pytanie.
– No dajcie spokój, nikt nam nic nie zrobi. Jak przyszłam, musiałam się zameldować u Edrica. Siedzi nawalony i gra w rozbieranego pokera z jakimś podejrzanym typem. Coś czuję, że go jutro będzie dupa boleć, bo ewidentnie przegrywał.
– Edric się upił? – Raven była w szoku.
– No przecież mówię.
– Nie mogłaś tak od razu? – ucieszyła się Monic. – Dawaj to piwo. Najebany jak messerschmitt nie zadzwoni po policję.
Abigail uśmiechnęła się, wyjmując dla każdej z nich po butelce wspomnianego wyżej trunku.
– Eee… a czym to otworzymy? – Zainteresowała się nagle Raven.
– O cholera… – zaklęła Abi.
– Amatorki – mruknęła Alexandra, zdejmując pasek od spodni i otwierając swoją butelkę sprzążką.
Dziewczyny popatrzyły po sobie. Tego jeszcze nie widziały, ale jak to mówią: każdego dnia człowiek uczy się czegoś nowego.
Anigail podeszła do okna, otworzyła je na oścież i usiadła na parapecie. Przewiesiła nogę na drugą stronę, opierając się o ścianę.
– Ja twoich resztek z ulicy zbierać nie będę jak spadniesz – poinformowała ją obojętnie Monic.
– A ja bardzo chętnie – ożywiła się Alexa. – Twoje szczątki posłużą do badań nad ludzkim DNA.
– Malkov, idź się, kurwa, leczyć, dobra?
Zanim Rosjanka zdążyła odpowiedzieć, przez otwarte okno wleciało jakieś czarne ptaszysko. Okrążyło pokój i usiadło na szafce, kracząc głośno. Raven krzyknęła krótko przerażona całym zajściem. Spojrzała na niczym niewzruszoną Abigail, która nadal spokojnie siedziała na parapecie.
– Co do cholery? – Monic wstała ze swojego łóżka.
Alexandra patrzyła na ptaka wstrząśnięta.
– Kruki nie powinny spać o tej porze? – Zerknęła na zegarek.
– To nie jest kruk, tylko wrona – powiedziała Abigail.
– Znalazła się specjalistka – sarknęła Monic. – Normalnym ludziom w nocy do pokojów wlatują nietoperze – powiedziała.
Dziewczyna zaczęła się śmiać.
– Więc to, co wtedy mówiłaś o zamku Merry, to prawda? – zapytała Alexandra, patrząc na przyjaciółkę.
Abigail uśmiechnęła się pod nosem.
– Każ temu czemuś się wynosić.
Ptaszysko zakrakało wściekle, jakby doskonale rozumiało ludzką mowę.
– No już, no już – uspokoiła je Abigail.
Zeszła z parapetu i podeszła do swojego łóżka, na które wysypała wcześniej słodycze. Wzięła do ręki paczkę ciastek.
– Ty chyba nie zamierzasz tego karmić. – Monic wyglądała, jakby zaraz miała zwymiotować.
Niczym niezrażona dziewczyna pokruszyła w dłoni ciastko i wyciągnęła rękę. Wrona przekrzywiła lekko łebek, kracząc cicho.
– Nie podleci tak blisko – powiedziała Alexandra.
– Uważaj, bo się zdziwisz – poinformowała ją Raven lekko drżącym głosem w tym samym momencie, w którym ptak poderwał się do lotu.
Przysiadł na skraju łóżka i zaczął dziabać co mniejsze kawałki, nie raniąc dłoni dziewczyny.



Sam wcześniej poszedł spać, prosił tylko, żeby go nie budzić. Oczywiście jego koledzy mieli to w głębokim poważaniu. Wpadli do pokoju, który dzielił z Harrym i Deanem, w środku nocy i zapalili światło. A nie, czekaj, światło było już zapalone, więc zaczęli go budzić.
– Sam, Sam, gdzie są klucze od czołgu? – Zapytał Marco, podczas gdy pozostali zwijali się ze śmiechu.
– Sam, wstawaj, gdzie są te klucze?
– W szufladzie – powiedział niewyraźnie.
Harry i Dean przyglądali się temu z rozbawieniem ze swoich łóżek.
– Sam, pośpiesz się, gdzie są klucze od czołgu?
– No przecież wam powiedziałem – jęknął, odwracając się na drugi bok, zawinięty w kołdrę jak w kokon.
– Sam, nie wygłupiaj się, gdzie są klucze?
Zabawa była przednia.
– Ej, chłopaki – przerwał im Rudy.
– Co?
Uniósł do góry klucze z plakietką i napisem "Klucze od czołgu" tak, żeby wszyscy widzieli.
– Skąd je masz? – zapytał Leny.
– Z szuflady.
Nastąpiła chwila niezręcznej ciszy. Wszyscy spojrzeli niepewnie na Sama.
– Dobra, za pięć minut zbiórka na dole! – zarządził Leny, gdy już minął pierwszy szok.
Pół godziny później wszyscy trzej – Rudy, Marco i Artur – stali na baczność na parkingu. Latarnie dawały marne światło szczególnie, że ta, pod którą stali, właśnie zgasła. Leny udawał, że niczego nie zauważył i przechadzał się w tę i z powrotem niczym prawdziwy oficer. Zamyślony, z głową spuszczoną w dół, lekko przygarbiony, pochylony do przodu, a wszyscy, zmarli oficerowie świata przewracali się w tym momencie w grobach.
– Dobra – zaczął, zatrzymując się na chwilę. – Mamy klucze od czołgu, ale brakuje nam czołgu. Wróg nas przechytrzył, ale bez obaw, panowie, nie mógł uciec daleko.
Gdzieś z krzaków za ich plecami odezwało się cykanie świerszczy.
– Jak go znajdziemy? – zapytał Artur.
– Szeregowy, nie pyskuj.
– Ale...
– Co ja powiedziałem? Padnij, pompuj!
Artur nie zamierzał go słuchać. Leny nie zamierzał udawać, że go to obchodzi.
– Musimy postawić się na miejscu wroga – kontynuował. – Teraz każdy z was myśli: gdybym był czołgiem, to gdzie bym teraz był?
– A może zapytamy Sama? – zaproponował Rudy. – Skoro wiedział, gdzie są klucze, to może wie też, gdzie jest czołg?
– Co za idiotyczny pomysł – podsumował ich samozwańczy dowódca. – Ani mi się waż. Próba ucieczki będzie karana śmiercią!
– Ty się chyba za bardzo wczułeś – zauważył Marco.
– Dość tego! – uciął dyskusję Leny. – Znaleźć mi ten czołg.
Pobiegli za nim w zwartym szeregu. Okrążyli cały parking, który, nie licząc ich autobusu był właściwie pusty, potem wybiegli na ulicę, ale tam też nic nie znaleźli, a na koniec wrócili na tyły hotelu. Dookoła budynku posadzono drzewa, wyznaczono ścieżki, a całość oddzielono siatką, więc mieli sporo zabawy. Rozrywka na poziomie podstawówki.
Nagle Rudy się zatrzymał.
– Co jest? – Zapytał Leny, a potem zobaczył to samo, co on.
Za ścieżką, pod drzewem stał zaparkowany, zgniłozielony maluch z wymalowanym na tapicerce napisem "CZOŁG". Spojrzał na klucze, które trzymał w ręku, na samochód i jeszcze raz na klucze.
– Wsiadamy? – Pytanie było czysto retoryczne.
Rzucił klucze do Artura, bo tylko on miał prawo jazdy, i pobiegł w stronę samochodu. Ku ich niewypowiedzianemu zdumieniu, a zarazem i radości, klucze pasowały. Co więcej, ich „czołg” zapalił i był zdolny do jazdy.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości