Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Graniczni
#1
Bose stopy zapadały się w zimnym śniegu, towarzyszące temu uczucie było tak dziwne i przerażające, że pragnęła krzyczeć, ale mroźne powietrze zatykało jej nos i paliło w przełyku. Sterowanie ciałem okazało się trudniejsze, niż to przewidywała, mróz oplatał ją ciasno i ściskał z całych sił, dostając się do każdego zakamarka ciała, bo niewiele zakrywająca, płócienna sukienka była jej jedynym ubraniem.
– Ej, ty! – słyszała za sobą krzyk mężczyzny, gonił ją. Jęknęła cicho, zmarzniętymi palcami siłowała się z grubą pętlą zaciśniętą na szyi. Dzikie szczekanie wypełniało jej uszy. One też ją gonią. Nie oglądała się za siebie, żeby nie stracić równowagi, bieg przez wysoki śnieg był wystarczająco wyczerpujący, nie potrzebowała dodatkowych utrudnień.
Mężczyzna, który starał się ją dogonić, w prawej ręce ściskał nóż, tuż za nim, z pianą na pyskach, biegły dwa psy. Oni chcą mnie dorwać i zabić, było jej jedyną myślą. Dobrze znała te psy, wolała nie mieć z nimi nic do czynienia, ale tak ciężko biegnie się z brzuchem dużym jak piłka... Wciągała powietrze do płuc, nie zważając na ból, w oddali majaczyły zarysy jakichś budowli, musiała znajdować się niedaleko wsi, tam powinna znaleźć schronienie. Blada skóra lśniła w porannym słońcu, włosy koloru pierwszych wiosennych liści oplatały jej głowę dziesiątkami miękkich macek.
Ocalę nas, choćby nie wiem co.


Rozdział I Gówniana znajomość

Kolejne ataki dzikich zwierząt...
– Bla bla bla...
,,...władze nie reagują... pomimo ostrzeżeń... podejrzenie masowej wścieklizny”
– Czy w tych gazetach nie ma już nic dla normalnych ludzi? – Henry westchnął, wyrywając stronę z nieciekawym artykułem, po czym złożył ją na pół, czekając, aż będzie musiał jej użyć. Mróz gryzł go w pośladki, kiedy pochylał się nad wydrążoną w ziemi dziurą w drewnianej wygódce. Kolejna strona okazała się równie mało interesująca co poprzednia.
– Nikt nie chce słuchać o twojej córce pogryzionej przez wściekłego psa – warknął Henry. Podczas przyjmowania wygodniejszej pozycji kości w jego starych kolanach zatrzeszczały. We wsi mówili, że to przez jego wieczną zgryźliwość wszystko w nim chrobocze, tak jakby zarówno jego duch, jak i ciało były zepsute od gniewu i zawiści. Mała łajza pewnie sama zdenerwowała zwierzaka... Biedaczysko. Stwierdził w myślach, przyglądając się czarnemu kundlowi, który spoglądał na niego ze zdjęcia upiornie czerwonymi oczami. Henry wzdrygnął się, po plecach przeszły mu ciarki, zdawało mu się bowiem, że poczuł na karku czyjś oddech. Dopiero po chwili walnął się w czoło, bo przecież siedział w starej, drewnianej wygódce, zbitej jeszcze przez dziadka Antoniego i nic dziwnego w tym, że przez wielkie szpary, jakie utworzyły się przez lata pomiędzy dechami, hulał wiatr.
Mimo trzeźwych tłumaczeń w jego gardle utworzyła się gula, musiał więc odkaszlnąć i wypluć flegmę aby oczyścić przełyk. Zielonkawy śluz wylądował na ziemi tuż obok jego stopy, wykonał więc niezgrabny ruch gumiakiem, żeby wetrzeć zieloną maź w glebę. Tym sposobem chciał dodać sobie otuchy.
– Okazuje się, że nawet w wygódce można najeść się strachu, co, Henry?
-Taaaa... – Stary kiwał głową, z lekkim uśmiechem na ustach. Taki stary piernik jak ja... zachciewa się strasznych filmów... głupi. Urywane myśli Henry'ego nagle ustały na dobre. Poczuł, jak sztywnieje mu całe ciało, wszystkie mięśnie a zwłaszcza te na karku napięły się boleśnie, aż do granic wytrzymałości, krople zimnego potu zrosiły czoło i górną wargę. Stare serce musiało być zbudowane z dobrego materiału, bo mimo szaleńczego tępa nie zbuntowało się przeciwko niemu, za to zwieracze, które ostatnio nie miały ochoty współpracować, nagle zawarczały jak odpalany silnik porsche i robota, z którą męczył się od ponad pół godziny, zakończyła się błyskawicznym sukcesem.
– Boże na niebie! – krzyknął i nie myśląc o swojej nagości od pasa w dół, z impetem wypadł na zewnątrz, jednak spodnie w kostkach krępowały jego ruchy, przez co przewrócił się, nurkując twarzą w mokrym śniegu.
– Ty stary pierdzielu. – Głos tym razem nie był tak przyjemny jak przed chwilą. – Coś ty przed chwilą powiedział? Widać jak trwoga, to nawet największy ateista do Boga? Pfff...– Henry bał się poruszyć, słowa wibrowały w jego głowie nieprzyjemnie, docierając do jego uszu pomimo grubej czapki i warstwy śniegu, która dzieliła go od reszty świata- Wstawaj! – Mocny kopniak w miejsce, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę zmusił go do ruchu. – Nie udawaj mi tu trupa, przecież wiem, że jeszcze żyjesz! I błagam, czy możesz już schować swój pionowy uśmiech? Nie mam ochoty patrzeć na ciebie z tej strony, właściwie to wolałbym nie patrzeć z żadnej, ale... – Tym razem zamiast kopniaka było lekkie szturchnięcie w nogę. To niemożliwe, ale skądś znał ten głos, który poruszał każdą strunę w jego ciele i kazał mu kulić się w sobie w obawie, że za chwilę może nastąpić coś gorszego. – Borysiewicz, do jasnego pierza! Ruchy! – Henry chciał płakać, pierwszy raz od trzydziestu lat jego oczy zaszkliły się od przeźroczystej cieczy. Oddychając ciężko, wypełznął z największej zaspy na ubitą ścieżkę. Nadal nie śmiał spojrzeć, kto do niego mówi, ale powoli wstał i ze wzrokiem wbitym w ziemię zaczął podciągać spodnie.
– Śmierdzielu, zapomniałeś się podetrzeć! – Siedemdziesięciopięcioletni mężczyzną nagle wybuchnął płaczem i nie zważając już na nic, odwrócił się na pięcie, aby stanąć oko w oko z obcym, który nieproszony wszedł na jego teren.
– Co...– wykrztusił widząc przed sobą wysoką, chudą postać unoszącą się pół metra nad ziemią. Był to mężczyzna o bladej, prawie białej cerze, z mlecznobiałymi oczami wielkimi jak denka szklanek, które przez cały czas, gdy na niego patrzył pozostawały otwarte, jedynie małe, czarne punkciki poruszające się za każdym razem, kiedy odwracał głowę, aby na coś spojrzeć mówiły, że istota nie jest całkowicie ślepa. Zapadłe policzki łączył cienki, purpurowy suwak ust, który od czasu do czasu rozsuwał się, ukazując komplet złoto białych, wydłużonych zębów.
– Demon! – Henry krzyknął z całych sił, ale nie mógł zmusić się do ucieczki, niewidzialna siła trzymała go w miejscu. Mężczyzna nastroszył zakończone frędzelkami uszy, grymas na szczupłej twarzy wskazywał na to, że niezbyt spodobał mu się komentarz staruszka. Odchrząknął, poprawiając czerwoną muszkę, po czym tą samą dłonią wygładził przód kremowej marynarki
– Czyś ty, ośle, kiedy widział demona? – Henry przechylił lekko głowę, jego ręka bezwiednie powędrowała do głowy, aby podrapać czaszkę, robił to zawsze, kiedy się nad czymś zastanawiał. Osobnik znajdujący się tuż przed nim nie wyglądał z pewnością na człowieka, z gęstą czupryną włosów koloru obsydianu, wysoki na ponad dwa metry, z nienaturalnie szczupłym ciałem wciśniętym w dopasowany garnitur i w butach z aligatora, wisząc pół metra nad ziemią nie miał w sobie nic ludzkiego.
– Nie, ale... – W ostatnim horrorze, jaki widział w telewizji wampir, który wcale na niego nie wyglądał, nie palił się na słońcu tak jak powinien, tylko świecił, skurczybyk. Henry przemyślał sprawę i stwierdził, że ten tutaj też może tylko ukrywać swoją prawdziwą postać albo to, co przedstawiają podania wcale nie jest prawdą i demony wyglądają porządniej niż to przedstawiano. Chociaż coś w jego twarzy nadal go niepokoiło.
– Skończ, Henry, od twoich głupich urojeń zaczyna mnie boleć głowa. – Zobrazował swoją wypowiedź przykładając dłoń do wysokiego czoła. – Oszczędzę ci wysiłku, którego twój mózg mógłby nie przeżyć, i powiem to od razu: tak, słyszę twoje myśli. Potrafię w nich czytać, jak byś to określił. – Odczekał chwilę, żeby upewnić się, że to co powiedział padło na podatną glebę.
– No dobrze, a teraz, jeśli już zrozumiałeś... przychodzę tu w pewnej sprawie. Słuchaj uważnie, możesz notować. – Henry tylko zamrugał. – Jutro... dzisiaj...– Podejrzany osobnik pokręcił głową i przez chwilę prowadził ze sobą cichy monolog, z którego mężczyzna dosłyszał tylko powtarzające się kilkukrotnie słowa: dzisiaj i jutro. – Jutro, o tej samej porze, może zdarzyć się, że znów poczujesz potrzebę fizjologiczną, to nieistotne, ale wspominam o tym, żebyś nie był tym faktem za bardzo zaskoczony...
– Przyszedłeś do mnie, żeby mi to powiedzieć? He he he, dziękuję bardzo, już od dwudziestu lat mam ten sam standardowy cykl wypróżnień... – Śmiech zamienił się w charczenie gdy do jego płuc przestało napływać powietrze.
-No no no, już dobrze, Henry, ale proszę cię, nie gadaj tyle, nie mam czasu na... to. – Ręką wymownie wskazał na rozwalający się wychodek. – Tak jak już wspominałem, mam dla ciebie pewne zadanie.
– Wcale nie wspominałeś – mruknął pod nosem staruszek, ale nie na tyle głośno, żeby jego gość zwrócił na niego uwagę.
– To zadanie jest banalnie proste... Jak zdążyłeś już chyba zauważyć, nie jestem istotą z tego świata.
– Taaaa... – Henry przestał już walczyć, chciał tylko, żeby dziwak skończył wywody, bo czuł już chłód wpełzający pod wiatrówkę, z chęcią siedziałby teraz w domu nad kubkiem gorącej herbaty, oglądając jeden z tych śmiesznych seriali, które teraz emitowano prawie na każdej stacji. Gruba i ruda Salmonella, dziewica z jednym dzieckiem szuka narzeczonego, albo Koniopas Dandel martwi się, że jego ogiery mają większe powodzenie u kobiet niż on sam... Miło popatrzeć na ludzkie problemy, nawet jeśli tylko w telewizji. Na wsi działo się niewiele, a ludzie mało rozrywkowi zazwyczaj siedzieli w domu i przeliczali swoje dolary zarobione za granicą.
– … słuchasz mnie, stary capie?! – Henry zacisnął szczęki i pokiwał głową, jak przestanie pierdzielić to szybko do domku, herbatka, bamboszki... Skup się i słuchaj, ten dziwak potrafi czytać w myślach. – Jutro musisz złapać Krwiopijcę i Rozpruwacza – Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciągnął zdjęcie i wcisnął je w pomarszczone ręce dziadka. Z fotografii spoglądały na niego dwa duże psy o ciemnej maści i ślepiach strasznych jak sama śmierć. Nie rozpoznawał rasy, ale domyślał się, że jedno kłapnięcie potężnymi szczękami wystarczy, aby błyskawicznie amputować komuś kończynę, z pewnością zasługiwały na swoje straszne miana. Wzdrygnął się na samą myśl, ale nie miał czasu na dalsze rozmyślania, bo zdjęcie zostało mu brutalnie wyrwane, czemu towarzyszyło niezadowolone cmoknięcie. – Pardon, nie to zdjęcie Cassie i Lula są na szczęście całe i zdrowe. Tutaj. – Kolejna fotografia trafiła w jego ręce, tym razem przedstawiała dwa małe, białe, kudłate zwierzątka bardziej przywodzące na myśl młode króliki niż psy.
– To jest Krwiopijca i Rozpruwacz? – Upewnił się Henry, machając zdjęciem w okolicy pasa tamtego, bo wyżej nie mógł sięgnąć.
– Tak, najgroźniejsze psy w całym p... w naszym dobytku – poprawił się błyskawicznie – Masz je złapać. Jutro. To wszystko. – Widząc zdziwienie na twarzy rozmówcy, czarnowłosy westchnął ciężko. – Żeby ułatwić... Jutro o tej samej porze usłyszysz krzyk, nie bój się tylko spokojnie wyjdź z wygódki i podążaj za głosem. Dam ci ich ulubione smakołyki. – Tym razem z zewnętrznej kieszeni wydostał zawiniątko wielkości ludzkiej pięści opakowane w brązowy papier. – Tym ich zwabisz i złapiesz do worka.
– Jakiegoś specjalnego worka?
– Nie, parciany w zupełności wystarczy, ale pamiętaj, że twoim zadaniem jest złapać psy i nic poza tym, jasne? – Ostatnie słowa wypowiadał tak lodowatym tonem, że krew w żyłach Henry'ego na chwilę skrzepła – Nic innego niech cię nie obchodzi.
Mężczyzna trząsł się już z zimna, a od upragnionej ciepłej herbaty dzieliło go zaledwie kilka słów, nawet jedno słowo, wypowiedział je szybko, bez zastanowienia:
– Dobrze. – Nieznajomy przyjął odpowiedź z krzywym uśmiechem, zatarł dłonie jak Żyd, który właśnie dobił rentownego interesu.
– Bardzo dobrze. W takim razie tutaj możemy się pożegnać. – Henry skinął głową, patrząc, jak jego szalony omam oddala się powoli w kierunku kibla.
– Ej, ty – krzyknął za nim.
– Hm?
– Może powiesz mi, kim jesteś, skoro już dobiliśmy targu?– Będę miał co opowiadać sąsiadom, kiedy już się obudzę, dodał w myślach, bo właśnie kilka chwil wcześniej przekonał sam siebie, że wszystko to musiało mu się przyśnić.
– Kashas, demoniczny treser, do usług. – Nadal odwrócony do niego plecami wykonał szybki ruch dłonią, w której pojawiła się lśniąca, srebrna wizytówka. Jakby od niechcenia, dziwak zamachnął się za siebie, a kartonik bez problemu wylądował w jednej z kieszeni wiatrówki. Henry gorączkowo zaczął grzebać w kurtce, ale palce natrafiały wyłącznie na miękki materiał.
Zaskrzypiały stare zawiasy, Henry powędrował wzrokiem w kierunku, z którego dobiegał dźwięk, ale drzwi już się zatrzasnęły. Dziwak, po co poszedł do wygódki?! Podbiegł i szarpnięciem otworzył wychodek – w środku nie było nikogo, jedynie smród odchodów kręcił go w nosie. Wycofał się powoli i popędził do domu, jakby coś miło go zaraz pochwycić za kostki. Zaraz się obudzisz, zaraz znajdziesz się w cieplutkim łóżku!
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Wydaję mi się, że powinnaś zerknąć tutaj: http://podziemieopowiadan.pl/forum/threa...logow.html Poza tym w wielu miejscach brakuje spacji, niektóre wielokropki składają się z czterech kropek, nie ma wielkich liter tam, gdzie być powinny, pojawiają się powtórzenia oraz jakieś dziwne przerwy, w których prawdopodobnie walnęłaś [.p] bez pisania od nowej linijki...
Fabuła fabułą, ale naprawdę o wiele lepiej by się czytało, gdyby nie było problemów z formą Twojego tekstu.
Odpowiedz
#3
(05-02-2015, 15:03)Chiasa napisał(a): (akapit)Bose stopy zapadały się w zimnym śniegu, towarzyszące temu uczucie było tak dziwne i przerażające, że pragnęła krzyczeć, ale mroźne powietrze zatykało jej nos i paliło w przełyku.

– Ej (przecinek)Ty(ty – zaimki z małej litery, bo to nie list) ! – słyszała za sobą krzyk mężczyzny, gonił ją. Jęknęła cicho, zmarzniętymi palcami siłowała się z grubą pętlą,(zbędny przecinek) zaciśniętą na szyi. Dzikie szczekanie wypełniało jej uszy. One też ją gonią. Nie oglądała się za siebie, żeby nie stracić równowagi, biegnięcie(Napisałabym "bieg" albo "brnięcie", bo "biegnięcie" brzmi dziwnie) przez wysoki śnieg było wystarczająco wyczerpujące, nie potrzebowała dodatkowych utrudnień.

Mężczyzna, który starał się ją dogonić, w prawej ręce ściskał nóż, tuż za nim, z pianą na pyskach(przecinek) biegły dwa psy.

Rozdział I Gówniana znajomość

(akapit)(spacja)b(B)la bla bla....
,,...władze nie reagują...(spacja)pomimo ostrzeżeń... podejrzenie masowej wścieklizny”

(spacja)Czy w tych gazetach nie ma już nic dla normalnych ludzi? – Henry westchnął (przecinek) wyrywając stronę z nieciekawym artykułem, po czym złożył ją na pół (przecinek) czekając, aż będzie musiał jej użyć. Mróz gryzł go w pośladki, kiedy pochylał się nad wydrążoną w ziemi dziurą, (zbędny przecinek) w drewnianej wygódce. Kolejna strona okazała się równie mało interesująca(przecinek) co poprzednia.

(spacja)Nikt nie chce słuchać o twojej córce pogryzionej przez wściekłego psa(spacja)– warknął Henry.

We wsi mówili, że to przez jego wieczną zgryźliwość wszystko w nim chrobocze, tak jakby zarówno jego duch(przecinek) jak i ciało były zepsute od gniewu i zawiści.

Mała łajza pewnie sama zdenerwowała zwierzaka... Biedaczysko.
(Skoro to myśl, to powinna być zapisana jak myśl, a nie jako osobne zdanie) Stwierdził w myślach (przecinek)przyglądając się czarnemu kundlowi, który spoglądał na niego ze zdjęcia upiornie czerwonymi oczami.

Dopiero po chwili walnął się w czoło, bo przecież siedział w starej, drewnianej wygódce,(zbędny przecinek) zbitej jeszcze przez pradziadka Antoniego i nic dziwnego w tym, że przez wielkie szpary, jakie utworzyły się przez lata pomiędzy dechami (przecinek)hulał wiatr. (To po prawej albo w osobnej linijce, albo bez akapitu)Mimo trzeźwych tłumaczeń w jego gardle utworzyła się gula, musiał więc odkaszlnąć i wypluć flegmę (przecinek)aby oczyścić gardło. Zielonkawy śluz wylądował na ziemi tuż obok jego stopy, wykonał więc niezgrabny ruch gumiakiem, żeby wetrzeć ścierwo ("Ścierwo" to określenie na rozkładające się ciało lub zgniłe mięso, względnie pogardliwe określenie człowieka, ale w żadnym wypadu nie pasuje to do wyplutej śliny czy też innej wydzieliny) w glebę.

– Okazuje się, że nawet w wygódce można najeść się strachu, co (przecinek)Henry?
(spacja)Taaaa... – s(S)tary kiwał głową,(zbędny przecinek) z lekkim uśmiechem na ustach.

Urywane myśli Henr'ego(Henry'ego) nagle ustały na dobre. Poczuł(przecinek) jak sztywnieje mu całe ciało, wszystkie mięśnie (przecinek)a zwłaszcza te na karku napięły się boleśnie, aż do granic wytrzymałości, krople zimnego potu zrosiły czoło i górną wargę. Stare serce musiało być zbudowane z dobrego materiału, bo mimo szaleńczego tępa nie zbuntowało się przeciwko niemu, za to zwieracze, które ostatnio nie miały ochoty współpracować(przecinek) nagle zawarczały jak odpalany silnik porsche i robota, z którą męczył się od ponad pół godziny (przecinek)zakończyła się błyskawicznym sukcesem.

(spacja)Boże na niebie – krzyknął i nie myśląc o swojej nagości od pasa w dół, z impetem wypadł na zewnątrz(przecinek) nurkując twarzą w mokrym śniegu.

(spacja)Ty stary pierdzielu(spacja)g(G)łos tym razem nie był tak przyjemny jak przed chwilą(spacja)(kropka)– c©oś ty przed chwilą powiedział? Widać jak trwoga, to nawet największy ateista do Boga? Pfff...(spacja)– Henry bał się poruszyć, głos wibrował w jego głowie nieprzyjemnie, docierając do jego uszu pomimo grubej czapki i warstwy śniegu, która dzieliła(oddzielała) jego głowę od reszty świata(spacja)(kropka)– Wstawaj! – m(M)ocny kopniak w miejsce, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę zmusiła(zmusił) go do ruchu.(spacja)– Nie udawaj mi tu trupa, przecież wiem, że jeszcze żyjesz!

(...) Nie mam ochoty patrzeć na ciebie z tej strony, właściwie to wolałbym nie patrzeć z żadnej, ale....(spacja)– t(T)ym razem zamiast kopniaka było lekkie szturchnięcie w gumiaka.(Te dwa słowa się rymują, a to proza, więc należało by zmienić jedno z nich na jakiś synonim)

To niemożliwe, ale skądś znał ten głos, który poruszał każdą strunę w jego ciele i kazał mu kulić się w sobie w obawie, że za chwilę może nastąpić coś gorszego. –(spacja)Borysiewicz(przecinek) do jasnego pierza! Ruchy!(spacja)– Henry chciał płakać, pierwszy raz od trzydziestu lat jego oczy zaszkliły się od przeźroczystej cieczy. Oddychając ciężko(przecinek) wypełznął z największej zaspy na ubitą ścieżkę. Nadal nie śmiał spojrzeć(przecinek) kto do niego mówi, ale powoli wstał i ze wzrokiem wbitym w ziemię zaczął podciągać spodnie.

(spacja)Śmierdzielu, zapomniałeś się podetrzeć! – s(S)iedemdziesięciopięcioletni mężczyzną nagle wybuchnął płaczem i nie zważając już na nic(przecinek) odwrócił się na pięcie, aby stanąć oko w oko z obcym, który nieproszony wszedł na jego teren.

-Co...– wykrztusił (przecinek)widząc przed sobą wysoką, chudą postać unoszącą się pół metra nad ziemią. Był to mężczyzna o bladej, prawie białej cerze, z mlecznobiałymi oczami wielkimi jak denka szklanek, które przez cały czas(przecinek) kiedy na niego patrzył (przecinek)pozostawały otwarte, jedynie małe, czarne punkciki, (zbędny przecinek)poruszające się za każdym razem(przecinek) kiedy odwracał głowę (przecinek)aby na coś spojrzeć mówiły, że istota nie jest całkowicie ślepa. Zapadłe policzki łączył cienki, purpurowy suwak ust, który od czasu do czasu rozsuwał się(przecinek) ukazując komplet złoto białych, wydłużonych zębów.

Mężczyzna nastroszył zakończone frędzelkami uszy,(Uszy musiałyby być naprawdę mocno owłosione, by móc je nastroszyć) grymas na szczupłej twarzy wskazywał na to, że niezbyt spodobał mu się komentarz staruszka.

Odchrząknął (przecinek)poprawiając czerwoną muszkę, po czym tą samą dłonią wygładził przód kremowej marynarki

-Czyś ty (przecinek)ośle(przecinek) kiedy widział demona?– Henry przechylił lekko głowę, jego ręka bezwiednie powędrowała do głowy, aby podrapać czaszkę, robił to zawsze, kiedy się nad czymś zastanawiał.

-Nie, ale...– w(W) ostatnim horrorze, jaki widział w telewizji (przecinek)wampir, który był wampirem (Wampir, który był wampirem... Dziwnie, gdyby był czymś innym) wcale na niego nie wyglądał, no i nie palił się na słońcu tak jak powinien, tylko świecił, ten skurczybyk. Henry przemyślał sprawę i stwierdził, że ten tutaj też może tylko ukrywać swoją prawdziwą postać,(zbędny przecinek) albo to (przecinek)co przedstawiają podania wcale nie jest prawdą i demony wyglądają porządniej niż to przedstawiano.

-Skończ(przecinek) Henry, od twoich głupich urojeń zaczyna mnie boleć głowa.– z(Z)obrazował swoją wypowiedź (przecinek)przykładając dłoń do wysokiego czoła(kropka)– o(O)szczędzę ci wysiłku, którego twój mózg mógłby nie przeżyć(przecinek) i powiem to od razu,(Dałabym dwukropek zamiast przecinka) tak (przecinek)słyszę twoje myśli. Potrafię w nich czytać, jak byś to określił. – o(O)dczekał chwilę, żeby upewnić się, że to(przecinek) co powiedział padło na podatną glebę(kropka)– n(N)o dobrze, a teraz(przecinek) jeśli już zrozumiałeś... przychodzę tu w pewnej sprawie. Słuchaj uważnie, możesz notować. – Henry tylko zamrugał(kropka) – Jutro... dzisiaj....(Wielokropek ma trzy kropki)– p(P)odejrzany osobnik pokręcił głową i przez chwilę prowadził ze sobą cichy monolog, z którego mężczyzna dosłyszał tylko powtarzające się kilkukrotnie słowa: dzisiaj i jutro.(spacja)– Jutro, o tej samej porze, może zdarzyć się, że znów poczujesz potrzebę fizjologiczną, to nieistotne, ale wspominam o tym(przecinek) żebyś nie był tym faktem za bardzo zaskoczony...

-Przyszedłeś do mnie, żeby mi to powiedzieć? He he he (przecinek)dziękuję bardzo, już od dwudziestu lat mam ten sam standardowy cykl wypróżnień...– j(J)ego śmiech zamienił się w charczenie (przecinek)gdy do jego płuc przestało napływać powietrze.

-No no no, już dobrze(przecinek) Henry, ale proszę cię(przecinek) nie gadaj tyle, nie mam czasu na... to(kropka) – r®ęką wymownie wskazał na rozwalający się wychodek(kropka, spacja)– Tak jak już wspominałem, mam dla ciebie pewne zadanie.


-To zadanie jest banalnie proste... Jak zdążyłeś już chyba zauważyć(przecinek) nie jestem istotą z tego świata.

-Taaaa.....– Henry przestał już walczyć, chciał tylko (przecinek)żeby dziwak skończył wywody, bo czuł już chłód wpełzający pod wiatrówkę, z chęcią siedziałby teraz w domu nad kubkiem gorącej herbaty (przecinek)oglądając jeden z tych śmiesznych seriali, które teraz emitowano prawie na każdej stacji.

Miło popatrzeć, (zbędny przecinek) na ludzkie problemy, nawet jeśli tylko w telewizji. Na wsi działo się niewiele, a ludzie mało rozrywkowi,(zbędny przecinek) zazwyczaj siedzieli w domu i przeliczali swoje dolary zarobione za granicą.

– … słuchasz mnie (przecinek) stary capie?!– Henry zacisnął szczękę(szczęki) i pokiwał głową, jak przestanie pierdzielić (przecinek) to szybko do domku, herbatka, bamboszki...

– Jutro musisz złapać Krwiopijcę i Rozpruwacza(kropka) – z(Z) wewnętrznej kieszeni marynarki wyciągnął zdjęcie i wcisnął je w pomarszczone ręce dziadka (zbędna spacja).

Nie rozpoznawał rasy, ale domyślał się, że jedno kłapnięcie potężnymi szczękami wystarczy (przecinek) aby błyskawicznie amputować komuś kończynę, z pewnością zasługiwały na swoje straszne miana. Wzdrygnął się na samą myśl, ale nie miał czasu na dalsze rozmyślania (przecinek)bo zdjęcie zostało mu brutalnie wyrwane, czemu towarzyszyło niezadowolone cmoknięcie(kropka) – p(P)ardon, nie to zdjęcie(przecinek) Cassie i Lula są na szczęście całe i zdrowe. Tutaj (kropka)– k(K)olejna fotografia trafiła w jego ręce, tym razem przedstawiała dwa małe, białe, kudłate zwierzątka bardziej przywodzące na myśl młode króliki niż psy.

-To jest Krwiopijca i Rozpruwacz?– upewnił się Henry (przecinek)machając zdjęciem w okolicy pasa tamtego, bo wyżej nie mógł sięgnąć.

–(...) To wszystko. – w(W)idząc zdziwienie na twarzy rozmówcy (przecinek)czarnowłosy westchnął ciężko(kropka)– Żeby ułatwić... Jutro o tej samej porze usłyszysz krzyk, nie bój się(przecinek)tylko spokojnie wyjdź z wygódki i podążaj za głosem. Dam ci ich ulubione smakołyki(kropka, spacja)– t(T)ym razem z zewnętrznej kieszeni wydostał zawiniątko wielkości ludzkiej pięści zawinięte w brązowy papier(kropka, spacja)– t(T)ym ich zwabisz i złapiesz do worka.

-Nie, parciany w zupełności wystarczy, ale pamiętaj, że twoim zadaniem jest złapać psy i nic poza tym, jasne?– o(O)statnie słowa wypowiadał tak lodowatym tonem, że krew w żyłach Henr'ego na chwilę skrzepła(kropka, spacja)– Nic innego niech cię nie obchodzi.

-Dobrze(kropka)– n(N)ieznajomy przyjął odpowiedź z krzywym uśmiechem, zatarł dłonie jak żyd(Żyd), który właśnie dobił rentownego interesu(kropka)

-Bardzo dobrze. W takim razie tutaj możemy się pożegnać. – Henry skinął głową (przecinek)patrząc(przecinek) jak jego szalony omam oddala się powoli w kierunku kibla(kropka)

-Ej (przecinek)ty- krzyknął za nim (kropka)

-Może powiesz mi (przecinek)kim jesteś, skoro już dobiliśmy targu?– b(B )ędę miał co opowiadać sąsiadom, kiedy już się obudzę, dodał w myślach, bo właśnie kilka chwil wcześniej przekonał sam siebie, że wszystko to musiało mu się przyśnić.

-Kashas, demoniczny treser (przecinek)do usług(kropka)– n(N)adal odwrócony do niego plecami wykonał szybki ruch dłonią, w której pojawiła się lśniąca, srebrna wizytówka.

(To powinno być albo w nowej linijce, albo bez akapitu) Zaskrzypiały stare zawiasy, Henry powędrował wzrokiem w kierunku (przecinek)z którego dobiegał dźwięk, ale drzwi już się zatrzasnęły.

Podbiegł i szarpnięciem otworzył wychodek(spacja)– w środku nie było nikogo, jedynie smród odchodów kręcił go w nosie. Wycofał się powoli i popędził do domu(przecinek) jakby coś miło go zaraz pochwycić za kostki.

Zacznę od kwestii technicznych: spację stawiamy i przed myślnikiem, i po nim (no, chyba że to myślnik otwierający wypowiedź bohatera, wtedy nie stawia się spacji, ale akapit), inaczej zamiast półpauzy wychodzi dywiz (krótka kreska), który służy do łączenia wyrazów. No i brakło trochę akapitów w niektórych miejscach. Sprawdź samodzielnie te dwie kwestie, bo nie wszędzie w poprawkach to zawarłam.

Sama zerknij również na czas narracji, bo zauważyłam, że w niektórych miejscach raz masz czasowniki w przeszłym, raz w teraźniejszym, podczas gdy narrację powinno się raczej utrzymywać w jednym czasie.
Zachęcam również do zapoznania się z forumowym poradnikiem o zapisie dialogów, do którego link podał mój przedmówca, bo w tym tekście dosyć on kuleje.

Co do samego tekstu... Z początku mi się podobał, ta ucieczka dziewczyny jest całkiem nieźle opisana, potem przemyślenia tego dziadka też niezłe (no, może pomijając jego perypetie jelitowe), ale cała rozmowa z tym przybyszem z innego świata wydała mi się nużąca. Moim zdaniem jest za długa i za mało treściwa: odniosłam wrażenie, że byłaby lepsza, gdyby szybciej zmierzała do sedna. Przez to humorystyczne akcenty takie jak choćby imiona tych piesków nie wywarły na mnie takiego wrażenia, jakie, jak podejrzewam, miały wywrzeć.

Ogólnie czytało mi się nieźle, ale mogło być trochę lepiej. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#4
Proponuję zajrzeć do poradników o interpunkcji (http://podziemieopowiadan.pl/forum/threa...nkcja.html oraz http://podziemieopowiadan.pl/forum/threa...nkcja.html) i na ich podstawie jeszcze raz przeczytać tekst i spróbować go poprawić.

Przeczytałam tylko pierwszy fragment, nie było jakichś szczególnych potknięć, chociaż jak wspominała osoba przede mną, powinnaś popracować nad powtórzeniami. Rozmyślania bohaterów pisze się w cudzysłowie lub inną czcionką, np. pochyloną. Wielokropek sugeruje, iż zaraz po nim nastąpi coś zaskakującego, dziwnego i tak dalej. Przejrzyj tekst pod kątem spacji oraz wcięć, także interpunkcji i popraw go trochę. Przypominam również, że na końcu zdania powinna znaleźć się kropka, rzadziej wykrzyknik lub znak zapytania.

Edit: O, Vet mnie wyprzedziła. xD
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
#5
Pokój temu domowi. Po przeczytaniu powyższego fragmentu, uczucia mam mieszane. Wstęp jest morderczo wręcz sztampowy, a co za tym idzie zwyczajnie nudny. Dalej jest dużo lepiej, choć szczerze mówiąc wolałbym abyś mniej uwagi poświęciła "Toaletowej Epopei" naszego protagonisty, a więcej światowi przedstawionemu. Opisz troszkę dom czy podwórze, bo wybacz, ale wychodek nie jest jakimś szczytem architektury i nie musisz mu poświęcać aż tyle uwagi. Druga sprawa, nie próbuj na siłę wepchnąć humoru w miejsce w którym zwyczajnie nie pasuje, twoje nawiązania do naszej tv są mało zabawne. Mimo tego, jak również starego motywu z zabawnymi nazwami "psów" Ogólnie jestem na tak. Zapachniało mi tu troszkę pierwszym Baldurem...
Pisz dalej.
Eorth znajduje się w tym miejscu gdzie śpią wszystkie smoki
Odpowiedz
#6
Ufff... Dziękuję Vetala, za Twoją ciężką pracę. Nie wiem, jak można w jednym tekście narobić tyle błędów, ale widocznie zbyt długo pisałam tylko ,,do szuflady". Naniosłam poprawki, ale jeszcze przejrzę to wszystko na spokojnie:)
Nigdy nie słyszałam o Baldurze... Wychodek jest, powiedziałabym, najważniejszym miejscem w tym gospodarstwie B)
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Ja też może coś dorzucę.

Odrzucił mnie, jak i poprzedników, opis fizjologicznych problemów Henry'ego. Generalnie nie czyta się o takich sprawach za dobrze, jest to temat tabu. Wszyscy to robią, ale nie wypada mówić. Jeżeli już opisujesz takie sprawy, to łatwo można przesadzić, tak jak Ci się zdarzyło w tym tekście. Przekroczyłaś granicę pomiędzy ocieraniem się o temat tabu, a babraniem się w gównie. Nieprzyjemnie się to czytało.

Ważna sprawa z dialogami. Czasem nie mogłem zidentyfikować który z bohaterów kiedy się wypowiada. Przykłady:
"– Śmierdzielu, zapomniałeś się podetrzeć! – Siedemdziesięciopięcioletni mężczyzną nagle wybuchnął płaczem i nie zważając już na nic..."
"– Czyś ty, ośle, kiedy widział demona? – Henry przechylił lekko głowę, jego ręka bezwiednie powędrowała do głowy" – w obu przypadkach można by pomyśleć, że to Henry się wypowiada, skoro to jego zachowanie opisujesz po myślniku. Przydałoby się zaznaczyć, że jest to tylko reakcja na wypowiedź demona.

Czasem brakuje mi jeszcze logiki w tym opowiadaniu. Dlaczego Henry wypadł z wygódki twarzą w śnieg? Dlaczego Henry był w stanie podczas spotkania z demonem myśleć o ciepłych bamboszkach skoro powinien być przerażony? W jaki sposób wisząca pół metra nad ziemią postać była w stanie kopnąć leżącego Henry'ego w rzyć? Dlaczego Henry, który myślał tylko o jak najszybszym napiciu się herbatki spytał demona o to, kim jest?

Główny bohater nie ma według mnie jakiejś spójnej osobowości. Raz jest przerażony, raz strasznie spokojny. W jednej chwili płacze, w drugiej myśli o serialu w telewizji. Nie jestem w stanie stwierdzić jaki on tak naprawdę jest, trochę jakby mu się charakter zmieniał w zależności co było dla Ciebie w danej chwili wygodniejsze.

Napisane jest ok, nie męczyłem się bardzo czytając. Czasem się zdarzyło jakieś powtórzonko, innym razem zdanie ułożone nie do końca tak, jak powinno, ale generalnie w porządku. Mam nadzieję, że weźmiesz sobie do serca poprawki Vetali i następnym razem będzie lepiej.

Jak na początek jest dobrze, wszystko jeszcze przed Tobą. Uważaj żeby nie pisać za dużo o rzeczach obrzydliwych. Żeby było zabawnie, to nie można przesadzić w ilości. Jeszcze jeden plus, o którym zapomniałem. Dobrze, że Twoje opowiadanie budzi pewne pytania typu: Czym do kaduka są te psy i dlaczego zagryzają ludzi? albo: Dlaczego ten demon chce je złapać? Jakoś czytelnika trzeba w końcu zaciekawić.

Pisz dalej, chętnie zobaczę czy się poprawiłaś :)
Odpowiedz
#8
Rozdział II 130 lat temu
Wiatr szarpie nim jak szmacianą lalką, która przez przypadek znalazła się na morzu podczas sztormu. Deszcz uderza w jego głowę, ciężkie, zimne krople wędrują wzdłuż kręgosłupa.
Zaciska dłonie na gumowych osłonkach kierownicy i prze przed siebie, z wysiłkiem naciskając na pedały. Łańcuch protestuje, poskrzypując, jakby za chwilę miał się rozerwać. Chłopak widzi w oddali jasne rozbłyski i już po chwili, cały świat drży od potężnego grzmotu. Jego serce podskakuje pod samo gardło, do krwi uwalnia się dawka adrenaliny, czuje, jak wracają mu siły. Pedałuje, jakby od tego zależało jego życie. Nędzne życie. Mały, wychudzony, wiecznie z podbitym okiem. Kto przejąłby się moją śmiercią? Nikt.
Rozwścieczony naciska na pedały z podwójną siłą. Wszyscy go nienawidzą, uważają go za nic niewartego śmiecia, tylko dlatego, że nie jest taki sam jak oni. Nie nosi markowych ciuchów, nie ma iPhone'a 450i, nie jeździ najnowszym modelem M7. Pieprzone nowoczesne zabawki.
Opony grzęzną w rozmiękłej ziemi, niepotrzebnie wybierał krótszą drogę przez las. Dobrze, że nadzorca go nie przyłapał, kiedy wjeżdżał na teren rezerwatu, musiałby przez dwie godziny słuchać najnudniejszego wykładu na świecie.
Frajer. Gdzie twoja mamusia?! Co to jest? Ej, patrzcie! On jeździ rowerem! Jaki chudy... Zabierzcie mu to! Co mówisz? Pamiątka po babci? Możesz iść i śmierdzieć gdzie indziej? Mieszka w t-e-j ruderze. Nie uwierzycie...– Głosy rozbrzmiewają w jego głowie, napawając go obrzydzeniem do całego świata. Niektóre ewidentnie wypowiadane przez chłopców, inne piskliwe jak głosy dopiero co wyklutych piskląt. Niech wszyscy oni zginą. Chcę ich zabić. W myślach widzi siebie, jak idzie środkiem szkolnego korytarza z oblepioną krwią siekierą w ręku. Chwyta ją mocno i obraca na oczach spetryfikowanego tłumu. Uśmiecha się szeroko, krew wyrysowała ciekawy wzór na jego białej koszulce polo. Kto będzie następny? Wszyscy czekają z napięciem, w skupieniu obserwując każdy jego ruch. Z głośników umocowanych przy suficie płynie muzyka, The Bad In Each Other by Feist. Widzi strach, ich spojrzenia są nim przepełnione, chciałby wydłubać im te oczka...
– Antoni... – Jedna z dziewcząt, mała i puszysta, zwraca się do niego, swoim irytująco piskliwym głosem.
– Nora... – Chłopak jest wściekły na siebie, dlaczego w ogóle wymówił jej imię? Podła zdrajczyni.
– Wiem, że jesteś zdenerwowany, ale... – Jej wypowiedź zostaje brutalnie przerwana, kiedy w pulchną twarz wbija się ostrze siekiery. Krew, mózg i gałka oczna, wypływają z otwartej rany, kiedy cofa rękę razem z narzędziem. – Nie... Nora!
Wibracje w spodniach odciągają jego myśli od mordu. Wyciąga telefon z kieszeni i nie patrząc na to, jaka nazwa pojawia się na wyświetlaczu, naciska zieloną ikonę. Byłby bardziej niż zaskoczony, gdyby dzwonił do niego ktoś inny, niż wściekły ojciec.
– Słucham? – rzuca do słuchawki, dyszy przy tym ciężko, starając się utrzymać dotychczasowe tępo jazdy.
– Witam. – Antoni nie rozpoznaje głosu, dziwnie miłego i słodkiego, niczym herbata osłodzona pięcioma łyżkami cukru. Z ciekawością odrywa aparat od ucha i patrzy na wyświetlacz, na którym nie widzi nic podejrzanego: tylko ekran powitania z głównym menu, tak jakby rozmowa była wyłącznie jego przewidzeniem. Musi na chwilę się zatrzymać, prowadzenie roweru po takiej drodze z równoczesnym rozmawianiem przez telefon wcale nie jest prostą rzeczą.
– Antoni? – Chłopak z niedowierzaniem przygląda się kolorowej szybce, nadal nie widzi nic, co mogłoby wskazywać, że ktoś właśnie się z nim połączył. Może to jakaś usterka...
– Tak, słucham? O co chodzi?
– Mam dla ciebie pewną propozycję.
– Propozycję? Dla mnie?
– Tak. Chciałbym, żebyś coś dla mnie zrobił.
– Czy to są jakieś żarty?
– Nie, raczej nie trudziłbym się tyle, żeby stroić sobie żarty – odpowiada głos, widocznie oburzony jego insynuacją.
– Nie nazwałbym wykonania jednego telefonu trudnym – odcina się chłopak, już zbyt wiele razy przerabiał coś podobnego, żeby dać się nabrać po raz kolejny. To pewnie któryś z jego prześladowców, w szkole aż się od nich roi.
– Posłuchaj, chłopcze... – Głos, który wcześniej wydawał mu się przesłodzony, zmienił się diametralnie, stał się zimny i ostry, jakby osoba po drugiej stronie nie mogła już wytrzymać roli akwizytora. – Jesteś pośmiewiskiem całej szkoły, dobrze o tym wiem. Nie masz przyjaciół, nie masz dziewczyny, jesteś zerem, nikim. – Antoni oddycha głośno, nozdrza mu drgają, ma ochotę wyrzucić telefon w błoto, ale powstrzymuje go myśl, że następnego nie dostanie. Poza tym może właśnie nadszedł czas, żeby się postawić. Burza szaleje wokół niego, błyskawice przecinają niebo, ukazując upiorne szkielety starych drzew. Wielkie krople deszczu obijają się o jego czapkę z daszkiem, wsiąkają w materiał bluzy i ześlizgują się ze skórzanych spodni do sportowych butów.
– Nie, to ty mnie posłuchaj! Nie mam zamiaru bawić się w wasze chore gierki! – Mówiąc to, kieruje wzrok na najbliższy mu pień, wyobrażając sobie, że jest Markiem Cloggem, najbardziej znienawidzonym przez niego osobnikiem ze szkoły. Ukryty w ciemności lasu, nie boi się już niczego, chce krzyczeć i bić. – Może i dawałem sobą pomiatać, ale to się zmieni, znajdę cię i zabiję! Obiecuję! – wrzeszczy. W ciemnym lesie, prócz niego, nie ma nikogo, nie martwi się więc, że ktoś może go usłyszeć. W oczach swojego ojca, sąsiadów i nauczycieli jest wzorowym uczniem z najlepszą średnią w szkole.
– Brawo, brawo, brawo. – Prócz głosu, w słuchawce, słyszy odgłos klaskania. Klap, klap, KLAP!
Ostatnie klaśnięcie brzmi bardzo realistycznie, jakby osoba, która to robi, znajdowała się kilka metrów przed nim. Patrzy na ścieżkę, ale jedyne, co jest w stanie zobaczyć, to ciemność. Mała lampka zamocowana na kierownicy nie daje zbyt wiele światła, ma zasięg dwóch kroków.
– Brawo, chłopcze. – Antoni zamiera, głos nie pochodzi z telefonu. Serce zaczyna bić szaleńczo w klatce jego żeber. Nie mogąc się poruszyć, sparaliżowany strachem patrzy, jak z mroku wyłania się wysoka postać w towarzystwie dwóch małych cieni.
– Witaj, Antoni. – Chłopak widzi przed sobą dziwnego mężczyznę, jego trupio-blada twarz jaśnieje w mroku, uśmiecha się upiornie, rozchylając cienkie wargi. – Obserwuję cię od tak dawna. Myślałem, że już nigdy nie doczekam się na podobne słowa. Achah... – Jego westchnienie, połączone ze śmiechem, przeraża bardziej, niż wielkie, białe oczy, z małymi, czarnymi kropkami w samym ich centrum. – Teraz możemy już dobić targu. – Szczerzy zęby w szpetnym uśmiechu. – Mogę ci dać to wszystko, o czym marzysz. Znam dobrze twoje pragnienia. – Antoni słucha go, ale trudno jest skupić się na słowach nieznajomego, całą jego uwagę zajmuje analiza dziwnego stroju. Fioletowy garnitur, z żółtą muszką pod szyją, burgundowy płaszcz nonszalancko zarzucony na ramiona. W jednym ręku trzyma parasol z czarnego materiału, drugą zaciska na plastikowej smyczy. Dopiero teraz Antoni zdaje sobie sprawę, że dwa mniejsze cienie to w rzeczywistości psy. Małe, białe pieski z czerwonymi kokardami na główkach. Ich oczy lśnią, jak pomarańczowe diody, ale tylko tym zdradzają swoją obecność, nie szczekają, nie popiskują, siedzą przy nogach swojego właściciela w zupełniej ciszy.
– Jeśli się zgodzisz, dam ci wszystko, czego zapragniesz: bogactwo, sławę, siłę. – Antoni kieruje wzrok na jego twarz. Kiedy ich spojrzenia się krzyżują w głowie chłopaka pojawia się wizja tak rzeczywista, że nieomal zapomina, gdzie się znajduje. Jest w szkole, dziewczyny uśmiechają się, kiedy przechodzi obok nich, chłopcy klepią go po plecach, na przegubie dostrzega złoty zegarek, w uszach gra wysokiej jakości muzyka, dziwne, ale bez patrzenia może stwierdzić, że pochodzi ona z najnowszego odtwarzacza multimediów RR45. Czuje się świetnie, jest popularny, ma wszystko. Prawie jak król.
– Zgódź się na lepsze życie. – Przymilny głos wyrywa go z marzenia, dziwne, ale czuje się oszukany. Stoi w środku lasu, cały mokry i przemarznięty, a przecież przed chwilą miał to wszystko, był nareszcie kimś.
– Co miałbym zrobić w zamian? – pyta podejrzliwie, pragnie oczywiście dostać to wszystko, ale są pewne granice, których nie jest w stanie przekroczyć, nawet dla bogactwa.
– Nic wielkiego, chciałbym, żebyś coś dla mnie zbudował.
– Zbudował? – W wyobraźni widzi film dokumentalny o tym, jak Egipcjanie budowali piramidy dla swoich faraonów, z pomocą samych mięśni wciągając marmurowe bloki na sam szczyt prawie ukończonego grobowca. – Nie jestem zbyt silny...
– Przecież nie mówimy o niczym wielkim. – Nieznajomy śmieje się. – To będzie prosta konstrukcja, mała i nie wymagająca dużego nakładu pracy.
– To znaczy?
– Sławojka.
– Co przepraszam?
– No tak, wy młodzi nic już nie wiecie o normalnym życiu. Wszędzie pełno komputerów i innych urządzeń działających wbrew naturze. Niedługo przestaniecie funkcjonować jak normalni ludzie. Idioci. – Ostatnie słowo było ciche, ale Antoni i tak je usłyszał. – Wychodek, drewniana wygódka.
– Już wiem! Kiedyś chyba ją widziałem, mój dziadek na wsi miał coś takiego. Ale potem umarł, ojciec sprzedał gospodarstwo... Teraz stoi tam supermarket.
– Och, tak mi... przykro. – Dziwne, ale słowo ,,przykro” zabrzmiało w tym przypadku jak obelga. Nieznajomy wyciąga z kieszeni płaszcza zwiniętą w rulon kartkę papieru i podaje ją Antoniemu.
Ten niepewnie przyjmuje ją, od razu czuje, że to, co wcześniej wydawało mu się papierem, jest w rzeczywistości skórą, dzięki czemu deszcz nie ma szansy jej zniszczyć. Rozwija ją i zmuszony jest pomóc sobie funkcją latarki w telefonie, żeby móc odczytać pochyłe pismo. Pokrótce, obiecywano mu złote góry, sprzęt najlepszej jakości, samochody i inne dobra, w zamian żądając jedynie wybudowania zwykłego kibla.
– Skąd mam wiedzieć, że to nie oszustwo?
– Mam nadzieję, że to pomoże. – W jednej chwili telefon w jego ręce ożywa, zamienia się w dziwną maź, bulgocze, by po chwili przyjąć formę najnowszego iPhone'a.
– To niedorzeczne. – Nie jest w stanie pojąć, co stało się przed chwilą. – Jesteś czarodziejem?
– Czy jeśli powiem, że jestem, to szybciej podpiszesz ten dokument?
– Podpiszę go nawet jeśli powiesz, że jesteś ufoludkiem. – Antoni zaczyna gorączkowo szukać długopisu, ale kieszenie ma puste, znajduje tylko czekoladę i baton, ale tym chyba nie dałby rady...
– Masz. – Nieznajomy wciska mu w dłoń długopis w kształcie ludzkiego palca. Obrzydliwość.
Chłopak podpisuje papier: Antoni Borysiewicz.
– W takim razie na początek chcę dostać samochód, najnowszy model. – I tak się dzieje, tuż przed nim pojawia się czarne auto o czerwonych felgach. To działa! Super! – Dzięki! – krzyczy, ale nikt mu nie odpowiada. Nieznajomy zniknął, zabierając ze sobą dwa milczące pieski.
Przez cały następny dzień jest królem, w szkole podziwiają jego najnowsze, elektroniczne zabawki. Ma telefony, samochody. Cały świat, który opiera się głównie na elektronice, zaczyna należeć do niego. Wszędzie komputery, plazmy, ma nawet własne kino w garażu na tyłach domu. Okazuje się, że nie może zażyczyć sobie nic więcej poza przedmiotami związanymi z elektrycznością, ale to wcale mu nie przeszkadza. Jest szczęśliwy jak nigdy dotąd. Przez calutki dzień. Jeden dzień, jest niczym król, bóstwo. Jeden pieprzony dzień. Dwadzieścia cztery godziny czystego szczęścia. Doba wypełniona radością. Jeden calutki dzień. Kurwa. Kolejnego dnia następuje najsilniejszy z dotychczasowych, koronalny wyrzut masy na słońcu. CME. Wyrzucona przez słońce plazma dociera na ziemię i świat przestaje być taki, jaki był dotychczas. Internet, telewizja, nie działają. Cały sprzęt elektroniczny nie ma większej wartości niż zwyczajny złom. Cywilizacja zostaje zresetowana. Antoni płacze, skulony w kłębek, w rogu swojego pokoju.
Odpowiedz
#9
Czemu w rozdziale II jest nagle narracja w czasie teraźniejszym (której nie znoszę i zazwyczaj odrzuca mnie od czytania momentalnie), podczas gdy w rozdziale pierwszym była w przeszłym? Ma to coś konkretnego na celu czy to takie "bo tak".
[niedozwolony link]
Odpowiedz
#10
Napisałam w innej narracji, bo jest to całkiem inny czas, 130 lat temu, nie chcę, żeby się pomieszało, bo niekiedy występują te same postacie. Fragmentów z Antonim będzie niewiele, więc myślę, że mogę pozwolić sobie na taką odskocznię.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości