Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Destrukcja
#1
I kolejny tekst z serii "sensu nie ma, wyjechał na urlop". Cóż, miłego czytania. :)

Czuję, jak ogarnia mnie wściekłość. Rozgrzewająca furia, nienawiść, gniew, destrukcyjne pragnienie krzywdzenia. Chcę niszczyć, bić, kopać, gryźć, rzucać przedmiotami, łamać, krzyczeć, szarpać zębami, drzeć, pruć. Podchodzę do najbliżej stojącego mebla, ciężkiego przedwojennego krzesła z miękkim obiciem. Podnoszę je z trudem i rzucam na podłogę, jednak nie roztrzaskuje się na kawałki tak, jak tego pragnę, jedynie pięknie wykonane oparcie pęka, pojawia się rysa. Właśnie, rysa. Jakaś rysa, szczelina, rana, kreska w mojej głowie zaczyna się rozszerzać, przez powiększający się otwór wychodzą kolejne postaci, lęki stare i nowe, które powoli, ale skutecznie opanowują moją głowę, szepczą, kuszą, mamią, niepokoją.
Łzy ściekają po moich policzkach, gdy przewracam drewniane, ciężkie biurko, które z hukiem opada na bok. Rozrywam poduszki, pierze fruwa na wszystkie strony, małe, białe, lekkie piórka, niby zawiedzione nadzieje opadają, powoli szybując na podłogę. Oddycham wolniej, jestem zmęczona, ale nie mogę przestać. Podchodzę do zdobionej komody, wyrzucam szuflady, jednak mebel jest zbyt ciężki, aby go przewrócić. Jakiś głos w głowie podpowiada mi, żebym skorzystała z kija bejsbolowego, który znajdę w pokoju starszego brata. Idę za wskazówkami owego głosu, łatwo odnajduję wskazany przedmiot i wracam do salonu, aby kontynuować swoje „dzieło”.
Nie wiem, kto zadzwonił, być może sąsiadka z piętra wyżej, zaniepokojona hałasem i rumorem dobiegającym z naszego mieszkania, może stróż, obudzony dziwnymi odgłosami. Przyjechali policjanci, bez zbędnych ceregieli wparowali do mieszkania, wyważając otwarte drzwi. Podobno znaleźli mnie nieprzytomną na podłodze w salonie, zakrwawioną, z szeroko rozrzuconymi nogami i rękami.
Obudziłam się już w szpitalu, na szafce przy łóżku stał wazon z kwiatami i miś. Obcy mężczyzna siedział na jednym z tych cholernie niewygodnych szpitalnych krzeseł przy moim łóżku, chyba czekał, aż się obudzę.
Zamknęłam oczy i nie otwierając ich, odszukałam igłę wbitą w moje ramię, wyszarpnęłam ją, uwalniając się od kroplówki i poderwałam z łóżka, krew ściekała mi po ramieniu, kalając białą sterylność wokół. Mężczyzna wstał, odsunął się o krok i stanowczym głosem nakazał się uspokoić. Miałam w dupie, czego chce ten goguś. Chciałam niszczyć, tylko to mnie obchodziło. Jakaś część mojego mózgu, ta zdrowa, krzyczała, płakała, groziła i modliła się, abym wreszcie się uspokoiła, grzecznie położyła do łóżka i dała przywiązać. Nic z tego. Coś w mojej głowie powtarzało w kółko, że palenie, niszczenie, grabienie i gwałcenie jest fajne. Trudno byłoby się z nią nie zgodzić, więc, wciąż ubrana w szpitalną piżamę, zabrałam się za realizowanie swoich zamiarów. Lekarze byli innego zdania, jakiś koleś w białym kitlu, strzelając przerażonym wzrokiem na boki, podbiegł i wbił mi strzykawkę w ramię. Dwóch innych unieruchomiło mnie. Poczułam, że osuwam się w ciemność, było mi już wszystko jedno, pragnienie niszczenia rozmyło się.
Chyba od początku wiedziałam, że coś jest nie tak, że jestem chora psychicznie. Jednak niewiele sobie z tego robiłam.
Teraz też nie obchodzi mnie to jakoś szczególnie. Teraz nic mnie nie obchodzi. Niczego nie chcę, nie pragnę, na nic nie mam ochoty. Jeść, pić, rozmawiać, ruszać się, żyć. Kiedy lekarze lub psycholog próbują ze mną rozmawiać, odwracam się do nich plecami, nie chcę ich widzieć. Udaję, że śpię, chowam się pod kołdrę, pragnę, żeby zostawili mnie w spokoju, pozwolili kolejny raz osunąć się w niebyt, odrętwienie.
Niedługo przed świętami Bożego Narodzenia wypuścili mnie z psychiatryka. Nie sprawiałam problemów, byłam spokojna, rozmawiałam z psychologiem, nastąpiła znaczna poprawa – twierdził doktor jakiś tam.
Jednak żaden doktorek nie mógł wiedzieć, że mi chodzi tylko o jedno. Niszczyć. To słowo było moją motywacją, motorem i pragnieniem. Teraz wreszcie mogę je spełnić.
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(04-02-2015, 20:52)Arabella napisał(a): Czuję (przecinek) jak ogarnia mnie wściekłość.

Nie sprawiałam problemów, byłam spokojna, rozmawiałam z psychologiem, nastąpiła znaczna poprawa (przecinek albo wręcz myślnik) twierdził doktor jakiś tam.

Mocny tekst :)
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#3
Dzięki za komentarz i poprawki, Stu. :)
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
#4
Well, Bell, mi by było szkoda psuć dobre meble ;p
A poważnie, bardzo plastyczny opis wydarzeń, kolejny raz łatwo to sobie z wizualizować, ale to już w sumie twoja wizytówka, pewien standard do którego mnie przyzwyczaiłaś, więc tutaj zdecydowany plus.
Natomiast sama bohaterka, cóż niezbyt potrafię spojrzeć jej oczami, czegoś jej brakuje, jest w jakiś sposób niekompletna. Tak jak szarlotka, kiedy do startych jabłek nie dodasz cynamonu, będzie zapewne smaczna, ale będzie brakować tego charakterystycznego smaku. Liczę że następnym razem wyczuję ten cynamon.
Eorth znajduje się w tym miejscu gdzie śpią wszystkie smoki
Odpowiedz
#5
Dzięki za komentarz, Krig. :) Cóż, jak pisałam na początku, opowiadanie z serii "sensu nie ma, wyjechał na urlop", więc ciężko byłoby oczekiwać po nim czegoś wow, super, co powali na kolana. ;)
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
#6
(04-02-2015, 20:52)Arabella napisał(a): Jakaś rysa, szczelina, rana, kreska w mojej głowie zaczyna rozszerzać się(się rozszerzać – taki szyk brzmi lepiej), staje się szersza i szersza(podkreślenie bym usunęła – jest powtórzeniem pierwszej części zdania), przez powiększający się otwór wychodzą kolejne postaci, lęki stare i nowe, które powoli, ale skutecznie opanowują moją głowę, szepczą, kuszą, mamią, niepokoją.

Przyjechali policjanci, bez zbędnych ceregieli wparowali do mieszkania, wywarzając(wyważając) otwarte drzwi.

Mężczyzna wstał, odsunął się o krok i groźnym, ale spokojnym(opanowanym, choć oba przymiotniki zamieniłabym na 'stanowczym') głosem nakazał się uspokoić.

Kiedy lekarze lub psycholog chcą(próbują) ze mną rozmawiać, odwracam się do nich plecami, nie chce(chcę) ich widzieć.

Udaję, że śpię, chowam się pod kołdrę, chcę(pragnę), żeby zostawili mnie w spokoju, pozwolili kolejny raz osunąć się w niebyt, odrętwienie.

Najbardziej w tym tekście podobała mi się próba pokazania tej drugiej natury chorego, która nakazuje zrobić wszystko, by innych oszukać, żeby uwierzyli w skuteczność swoich metod leczenia. Wszystko, aby móc wyjść. Dość dramatyczne przeżycia osoby chorej psychicznie.
Bella, czekam na choć jeden twój tekst humorystyczny, lekki – może się doczekam:).
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
O matko, jak to się stało, że nie zauważyłam tego "wyważać"? O.o Dziękuję za poprawki i komentarz, Naw, jesteś nieoceniona. :) Cóż, w najbliższej przyszłości nie planuję pisać niczego humorystycznego, ale jeśli wpadnę na jakiś dobry pomysł, który będę umiała opisać, czemu nie. :)
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości