Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Dziewiąty Krąg.
#1
A oto i moja najukochańsza dziecina:) rzucam Wam ją na pożarcie!

Część pierwsza:

Asmodeusz wpadł do pokoju niczym wściekłe tornado. Błoniastym skrzydłem zahaczył o zabytkową grecką wazę, która spadła i roztrzaskała się na drobne kawałki. Mod nawet nie zwrócił na to uwagi. Kroczył przez salon, gniewnie stukając w posadzkę kopytami, aż dotarł do barku, gdzie nalał sobie szklankę whiskey. Podniósł ją do ust, lecz w ostatniej chwili zmienił zdanie, odstawił ją gwałtownie, po czym chwycił butelkę i pociągnął solidnie z gwinta. Podszedł do fotela i opadł na niego z ciężkim westchnieniem. Jeszcze raz pociągnął z butelki, odstawił ją na podłogę i znów wzdychając schował twarz w dłoniach. Wyglądał na wściekłego i jednocześnie zdruzgotanego.
W takim stanie znalazł go Samael, który przyszedł do pokoju zaalarmowany nagłym hałasem.
– Modek, co z tobą? Czy coś się stało? – zapytał podchodząc do załamanego Upadłego. – Nic ci nie jest?
– Nie Samie, mnie nic, na razie, ale mój interes solidnie dziś ucierpiał..
– No to mów, co się stało?
– Zamknęli sześć moich domów grzechu. – powiedział Asmodeusz łamiącym się głosem i złapał się za głowę. – Jakiś kurwiszon w rzyć kopany doniósł Belzebubowi, że zatrudniam potajemnie nierządnice babilońskie i Bubek zarządził lustrację moich burdeli! I jak się okazało, w sześciu z nich były owe nierządnice, a to były moje najlepsze domy grzechu! Oni puszczą mnie z torbami. Muszę znaleźć tego drania i go sprzątnąć zanim jeszcze bardziej mi zaszkodzi. Dzwoń po Beliala, ma go odszukać, przywlec tu i zgotować mu na moich oczach prawdziwe męki piekielne!– w tym czasie Samael wyciągnął telefon i po chwili czekania wyłożył całą sytuacje demonowi po drugiej stronie. Gdy skończył rozmawiać zaproponował Asmodeuszowi coś na co wpadł podczas rozmowy.
– Może niech Belial zastosuje na nim wszystkie techniki tortur wymyślone przez ludzi? Te cwane bękarty Adama specjalizują się w zadawaniu bólu lepiej niż my, tu w Piekle. – zaproponował Sam.
– Za długo by to trwało, a ja chcę się szybko dowiedzieć skąd to wie i czy ma jakieś inne informacje. Niech użyje metod Niemców z drugiej wojny światowej. Jak słuchałem tego Mengele i innych z SS to aż mi ciarki chodziły po plecach. A swoją drogą, czego Hitlera nie ma jeszcze z nami?
– Już niedługo, podobno pikawa mu siada. Wiesz, dziewięćdziesiąt osiem lat to bardzo dużo jak na ludzi.
– Jak on się tak długo uchował? Braun go pod kiecką wyniosła, czy co? – zażartował zaintrygowany Asmodeusz.
– Strasznie to skomplikowane, wiesz jacy są ludzie i ich intrygi. Gdyby nie propaganda Nieba te skurczybyki już dawno by się połapały, że u nas wcale nie jest tak strasznie jak się im wmawia i waliliby do Twoich burdeli drzwiami i oknami. A tak przy okazji, sprzedasz mi tą ifrytkę Tamar? – zapytał Samael.
– Nawet nie wiem, o którą ci chodzi, co ty myślisz, że ja te wszystkie pindy znam z imienia?!– wykrzyknął zdenerwowany Asmodeusz. – Chłopie, znam ich może z pięć a mam pięćset! No, teraz już mniej… – dodał po chwili z ironią. – Mów z którego jest domu i jaką ma szarfę.
– Ech.. – westchnął Samael. – Wiedziałem, że o to zapytasz. I tu jest problem, a nawet dwa, bo widzisz… Tego... No... Tamar jest z domu Goga i ma purpurową szarfę… – gdy skończył, mówił niemal szeptem.
Mod uśmiechnął się perfidnie, prezentując szereg czarnych jak bazalt kłów i powiedział. – Ależ nie ma tu żadnego problemu. Dom Goga, purpurowa szarfa, wszystko jasne. Nie na sprzedaż.
– Mod, jesteśmy przyjaciółmi, a przyjaciele sobie pomagają. Wszystko jest na sprzedaż. Trzeba tylko ustalić odpowiednią cenę, prawda?
– Samie, ona jest bezcenna, tak jak pięćdziesiąt pozostałych purpurowych szarf. Nie mogę ci jej sprzedać. Dom Goga przez trzydzieści lat czekał na nową krwawą dziewicę, po tym jak Astoratch zżarł poprzednią bo podlazła mu zbyt blisko pyska.
– No weź, nie daj się prosić.
– Nie, nic z tego. – Biip!! Biip!! Zadzwoniła komórka Samaela, wyciągnął ją z kieszeni marynarki i zaczął czytać maila.
– Jak już mówiłem, przyjaciele muszą sobie pomagać i mam zamiar ci pomóc, a ty pomożesz mi. – powiedział z uśmiechem Samael.
– A niby jak możesz mi pomóc? – zapytał Asmodeusz.
– A tak, że wiem już kto jest tym donosicielem.
– Korupcja w Piekle… Ech, co to się porobiło. No dobra, sprzedam ci ją, ale wiedz, że będzie cię to drogo kosztować. A teraz mów, kto to??
– Zdziwisz się. To Rafael. Kopara opada, nie? Niebo wściekło się, gdy się dowiedzieli, że wyciągnąłeś nierządnice z szeolu. Podpatrzył cię jakiś ksiądz w Meksyku jak otwierałeś bramę i poleciał od razu do biskupa. Wiedzieli od początku, ale nie mieli dowodów, że to ty, więc wysłali Rafaela, żeby trochę powęszył. Gdyby nie łut szczęścia, długo jeszcze byśmy o tym nie wiedzieli. Wyobraź sobie, że jeden z agentów Beliala był na dziwkach w momencie, gdy ten dawał rozkazy by zbadać pewną sprawę i gdy rozmawiał z nim przez telefon, jakiś typ w płaszczu wpadł na niego. Nic dziwnego, ale agentowi wypadł telefon i gdy się po niego schylił zobaczył, że nie tylko jemu cos wypadło. Na ziemi leżało białe pióro. Wydało mu się to dziwne i powiedział o tym Belialowi, który kazał mu śledzić ptaszka. Dotarł za nim do starego magazynu i podsłuchał rozmowę z innym aniołem, z której się wszystkiego dowiedział.
– I to wszystko się wydarzyło w ciągu kilku minut? – zapytał ze zdziwieniem Asmodeusz.
– Oj chłopie, nie myślisz, przecież w twoim mieszkaniu czas płynie inaczej, niż na zewnątrz.
– Nie czepiaj się, jestem zmęczony, ale co ja teraz zrobię? Przecież nie będę torturował archanioła. Mamy pokój z Niebem.
– To nie musisz być ty osobiście. Chłopcy Beliala się tym zajmą i dadzą Niebu subtelnie do zrozumienia, że Piekło nie toleruje ich szpiegów u siebie.
– No dobra, załatw to. A wracając do dziewczyny, chcę za nią zgodę na działalność w Polsce. Na piśmie.
– Zgoda, ale ostrzegam cię. Otwarcie burdeli z twoim logo w ojczyźnie Wojtyły będzie jak nasranie Bogu przed tronem.
– To już moje zmartwienie przed czyim tronem będę srał. – odpowiedział zadowolony Asmodeusz. – Umowa stoi?
– Stoi.

***

Zniecierpliwione demony przestępowały z nogi na nogę , w wiecznym mroku Piekła, pilnując wejścia do magazynu. Z jego wnętrza dobiegały nieludzkie krzyki, które niejednego twardziela przyprawiłyby o ciarki na plecach.
Rafael siedział przykuty do krzesła. I to dosłownie. Jego ręce były przybite gwoźdźmi do poręczy, a golenie do nóg krzesła. Skrzydła leżały przed nim w kałuży ciemnej krwi. Archanioł spoglądał na nie oczyma czerwonymi i spuchniętymi od łez. Wielu łez.
– Bo choćbym też chodził wpośród cienia śmierci, nie będę się bał zła, albowiem ty jesteś ze mną, łaska twoja i kij twój mię pocieszą i prowadzić będą. – cicho wyszeptał Rafael, poruszając popękanymi i skrwawionymi ustami.
– Tutaj Pan cię nie usłyszy, bracie. – powiedział szyderczo jeden z jego oprawców, wycierając z krwi rzeźnicki nóż w jego blond włosy. – I ty dobrze o tym wiesz.
– Nie jestem waszym bratem, Merhimie. Już nie. – odrzekł z goryczą Rafael
– Znowu zaczyna prawić morały, szefie, przefasonować mu facjatę? – zapytał stojący nieco z boku, ukryty w mroku czart.
– Tylko szybko. Zaraz może tu wpaść komando Gabriela, a wtedy zrobi się naprawdę nieciekawie. – pochylił się w stronę Rafaela i wyszeptał mu do ucha. – Widzisz, co leży przed tobą? Przejrzyj na oczy. Już nie jesteś jednym z nich. Teraz jesteś jednym z nas. I przygotuj się na następną porcje bólu. Nasze skrzydła nie rosną, one się wprost wyrywają na zewnątrz.

***

Ciszę zagłuszył delikatny szelest. Do Gabriela podleciał jeden z przyczajonych w powietrzu nad magazynem archaniołów.
– Kapitanie, to tu. – zameldował.
– Cicho coś tam… I ciemno… To na pewno tu? Tak? Więc daj znak, że wchodzimy. Tylko po cichu i bez brawury, to nie Delta Force, Urielu.
Komando zleciało powoli i niemal bezszelestnie. Dwa archanioły wylądowały na dachu, dwa przy tylnym wyjściu, Gabriel z pozostałymi pięcioma przed wejściowymi drzwiami. Były lekko uchylone. Dowódca wszedł pierwszy, reszta za nim. Dał znak, żeby przeszukali pomieszczenia. Rozdzielili się na trzy grupy i dwójkami weszli w mrok, który spowijał wnętrze starego składu. Gabriel z Urielem poszli przeszukać główną halę. Włączyli latarki, co prawda nie dawały one zbyt wiele światła, które nie radziło sobie z piekielnym mrokiem, ale choć trochę rozganiały ciemność. Uriel usłyszał cichy szelest, który go zaniepokoił. Skojarzył mu się z odgłosem jaki wydają skrzydła nietoperza. Kątem oka zarejestrował jakiś ruch po lewej. Zawrócił i zaczął iść w tamtą stronę. Nagle jego noga natrafiła na jakąś śliską kałużę i ziemia uciekła mu spod stóp. Upadł na coś miękkiego a jego latarka potoczyła się kawałek dalej. Rękami zbadał to na czym leżał.
– To nie może być to o czym myślę… – powiedział niemal bezgłośnie. – To nie mogą być pióra. – drżącą ręką sięgnął po latarkę i zamarł. Krew odeszła mu z twarzy a gardło tak ścisnęło, że nie mógł wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Snop światła padał na pochyloną sylwetkę na krześle, której brudne blond włosy zasłaniały twarz. Uriel znał te włosy, w końcu wszyscy archaniołowie takie mieli, ale to nie one tak go przeraziły, tylko to co było źródłem tych dziwnych dźwięków i poruszało się powoli tuż za plecami skatowanego archanioła. Wielkie, czarne, błoniaste skrzydła.
Z przeciwległego końca hali dotarł do Gabriela zduszony jęk. Jednym machnięciem skrzydeł oderwał się od ziemi i wykonał skok w kierunku źródła dźwięku. Na ziemi, w kałuży krwi leżał Uriel, kilka metrów przed nim był demon. Ręka Gabriela wystrzeliła ku rękojeści miecza. Pikując w dół wydobył płonącą niebieskim płomieniem klingę, która rozświetliła całe wnętrze. Na ułamek sekundy przed dosięgnięciem celu spostrzegł, że demon jest przywiązany do krzesła i niegroźny. Niestety było już za późno by zatrzymać wyprowadzony cios. Ostrze było już niemal przy karku upadłego, gdy uderzyło w inne, które je zablokowało. Płomień tego drugiego złączył się z płomieniem miecza Gabriela i blask, który towarzyszył zetknięciu obu kling, wypełnił pomieszczenie, i wylał się na zewnątrz krusząc szyby w oknach. Michał podszedł do wywróconego siłą uderzenia Gabriela i podał mu rękę. Uriel szedł już w ich stronę. Razem podeszli do demona na krześle. Przez dobre kilka minut stali przed nim bez słowa zerkając to na niego, to na odcięte skrzydła leżące nieopodal. Wreszcie Gabriel klęknął przed demonem, ujął w ręce jego twarz i przemówił.
– Rafaelu. Obudź się. Przyszliśmy po Ciebie, proszę cię, ocknij się. – Rafael podniósł powoli głowę do poziomu twarzy Gabriela i powiedział:
– Zostawcie mnie.
-Rafaelu, bracie. To ja, Gabriel.
– Zostawcie mnie!! – krzyknął Rafael. Patrzył teraz Gabrielowi prosto w twarz. Jego oczy jarzyły się czerwonym blaskiem.

Część druga:

Samael siedział przy biurku w swoim gabinecie, czekał. Aby zabić czas, który nieznośnie przedłużał się wraz z wyczekiwaniem, bawił się ozdobnym przyciskiem do papieru. Powoli zaczynało go to nudzić. Rozejrzał się po pokoju, wystrój był ostatnim krzykiem mody na Ziemi. Czarne ściany, białe meble o finezyjnych, często dwuznacznych kształtach. Czarnobiały dywan w szachownicę. No i okno. Było w nim coś niezwykłego. Wielkie, jednolicie szklane, można by odnieść wrażenie, że wcale go tam nie ma. A za nim…
Stuk! Stuk! Rozległo się pukanie do drzwi.
– Wejść. – Powiedział demon. Nic się nie stało, więc nieznacznie zirytowany powiedział jeszcze raz, tym razem głośniej.
– Wejść!! – Drzwi otworzyły się powoli, wpuszczając do pomieszczenia subtelną woń siarki zmieszanej z nieziemsko pięknie pachnącymi kobiecymi perfumami. Sam znał ich zapach. Istotnie nie pochodziły z Ziemi. Nic co pachnie duszą nierządnicy nie może pochodzić z Ziemi, oprócz oczywiście samej duszy.
– Witaj Płomyczku. – powiedział łagodnie do wchodzącej kobiety. Podeszła do wolnego fotela krocząc dumnie i z niesamowitą gracją. Wokół niej falowało powietrze. Temperatura w pokoju nieznacznie się podniosła. Sam skinął dłonią w stronę fotela. Nim zdążyła go dosięgnąć, z mroku za drzwiami wystrzeliła wielka czarna macka, odsunęła fotel, wedle zwyczaju, i równie szybko jak się pojawiła, zniknęła. Usiadła. – Mam nadzieję że Twoja podróż tutaj odbyła się spokojnie i bez żadnych niespodzianek.
– Po pierwsze, żadne Płomyczku. Po drugie, jakich niespodzianek? – odparła nad podziw chłodno, biorąc pod uwagę, że jej włosy płonęły żywym ogniem.
– Przepraszam za to zdrobnienie. A co do niespodzianek, chodziło mi o ewentualne utrudnienia w podróży. Jak zapewne wiesz, miałaś wielu wielbicieli, tam gdzie… Pracowałaś. Gdy się dowiedzieli, że opuszczasz Dom Goga byli dość niezadowoleni. Swoją drogą nie dziwię im się…
– Co masz na myśli mówiąc, że się im nie dziwisz? – Zapytała ifrytka.
– Oj Tamar, Tamar… Ja sam po skorzystaniu z Twoich usług postanowiłem Cię mieć na własność, więc nie wątpię, że Twoi dawni… Klienci, również chcieliby Cię zatrzymać dla siebie. Na szczęście żaden z nich nie miał wystarczającej władzy. – Gdyby uśmiechy mogły kruszyć kryształ, ten który wpełzł na twarz Samaela strzaskałby bezcenną kolekcję kryształowych kieliszków stojącą na półce. – Ale skoro nic się nie stało, to znaczy, że chyba jednak nikt się nie sprzeciwił decyzji Asmodeusza.
– Jakiej decyzji?
– A no takiej, że od dzisiaj nie będziesz musiała oddawać się byle półkrwi demonowi, który sypnie wystarczającą ilością gotówki.
– Więc teraz mam być Twoją prywatną kurewką i dawać Ci dupy na każde zawołanie. – Tamar raczej stwierdziła niż zapytała. W jej głosie słychać było pomruk uśpionego wulkanu. Słowa te lekko zakłuły demona. Nie spodziewał się, że będzie miała mu za złe, że wyciągnął ją z burdelu. W głębi siebie skrycie wierzył, że będzie mu wdzięczna i zbliży ich to do siebie. Siedział tak przed nią, nie wiedząc co powiedzieć i nerwowo skrobał pazurem po poręczy fotela. Cisza się przedłużała, słychać było jedynie odgłos skrobania i cichy trzask płomieni. A jeśli ona mnie nienawidzi? Pytał sam siebie. Jeśli gardzi mną tak jak resztą tych napalonych skurwysynów?
– Przepraszam, jeśli źle zrozumiałaś moje intencje. Nie chciałem, żebyś tak to odebrała. Bo widzisz, ja… Chciałem być Twoim protektorem… Ech, cholera, sam się pogrążam… Tiamath!! – Krzyknął w stronę drzwi. Do pokoju wszedł, a raczej wpełzł, ledwo mieszcząc się w drzwiach demon wielkiej postury. Monstrualne, błoniaste skrzydła, koloru smoły musiał przytrzymać szponiastymi łapami, gdyż nie mieściły się we framudze. – Zabierz Panią do mojego mieszkania. – Dwie macki w mgnieniu oka owinęły się wokół Tamar, która wydała z siebie zduszony krzyk. – Delikatnie! – Warknął przez zęby na demona, który odwarknął coś i poluzował zwoje macek. Wściekła ifrytka zapłonęła białym ogniem i zaczęła wierzgać i wić się próbując wydostać z uścisku. – Aha, jeszcze jedno. Jak będziesz ją niósł, to trzymaj z dala od gobelinów na ścianach. Tylko pożaru w Piekle brakowało. – Tiamath odwrócił się i ruszył w kierunku wyjścia, Sam dopiero teraz zauważył, że ubranie, które Tamar miała na sobie, całkowicie spłonęło, odsłaniając idealne kształty. Odprowadzał wzrokiem jej pośladki, aż zniknęła za drzwiami. Przekręcił się na fotelu, wstał i podszedł do półki z kieliszkami. Wziął jeden, z barku wyjął 50-letnią Starkę i nalał sobie kieliszek. Podszedł do okna, wychylił setkę wódki, zaklął siarczyście i z zainteresowaniem zaczął obserwować demony pracujące przy budowie nowego wieżowca. Dookoła pełno było podobnych budowli. Wiele z nich, swymi iglicami sięgało gęstego i czarnego jak dno studni oceanu...

Część trzecia:

Młody, chociaż lepiej by pasowało powiedzieć świeży, demon wszedł do pokoju bez pukania. Zatrzymał się w połowie drogi do biurka.
– Dobrze, że przyszedłeś. – Jego rozmówca stał przy wielkim oknie i przyglądał się panoramie miasta.
– Po drodze jak tu szedłem, zauważyłem jak jeden z twoich sługusów wynosił stąd jakąś wrzeszczącą kulę ognia. Czy mógłbym wiedzieć… – nie zdążył zapytać, gdyż arcydemon stojący dotąd przed oknem, znalazł się, nie wiedzieć kiedy, za nim i gwałtownie mu przerwał.
– Nie mógłbyś! Nic Ci do tego! Powiedz lepiej, co cię do mnie sprowadza, Rafaelu?
– Przyszedłem Ci podziękować. – odpowiedział niezrażony wybuchem Samaela. – Nigdy nie spodziewałbym się, że życie tu, w Piekle, może być wygodniejsze, a już na pewno nie przyjemniejsze niż w Niebie. Macie tu nowoczesną technologię, elektryczność, a tam?? Tylko kamień, żelazo i magia…
– No widzisz. – Samael uśmiechnął się. – Całe wieki staraliśmy się by tak było. Nie daj się zmylić. Piekło… To Piekło. Ale wbrew pozorom, nie jest takie, jak przedstawia się je na Ziemi, a nawet w Niebie. To tylko złudzenia, i propaganda naszej opozycji. Wszyscy mamy uczucia, potrafimy nienawidzić, kochać… – tu zrobił krótką przerwę, przez chwilę się nad czymś zastanawiając. – Jednak lepiej wychodzi nam to pierwsze. Hmmm… Jesteś tu nowy, dopiero poznajesz nasz świat, więc jeszcze wszystkiego nie rozumiesz. Lecz jest jedna rzecz, która rekompensuje nam wszystkim utratę Łaski Pana. I Ty dobrze wiesz, co to jest. Poczułeś to w momencie, gdy ocknąłeś się po wypiciu naszej krwi. Mam na myśli krew moją i pozostałych ośmiu arcydemonów. Zastanów się i powiedz mi, co czujesz?
– Nie wiem jak to nazwać… Czuję pewną pustkę, ale nie jest to pustka negatywna, przytłaczająca. Ta pustka sprawia, że jest mi lżej na duszy. Czuję się… Czuje się…
– Wolny. – szeptem powiedział Samael. Stał teraz ponownie przy oknie. Gestem dłoni przywołał do siebie Rafaela. Ten podszedł i przystanął obok.
– Karwasz twarz. Nie lubię jak zapada taka martwa cisza, zupełnie jak w jakimś amerykańskim filmie. – zażartował Sam. – Na rozładowanie atmosfery powiem Ci świetny dowcip, który usłyszałem od Asmodeusza. Tylko jak to szło… Aha, mam!
Umarł Jan Paweł Drugi i poszedł do Nieba. Podchodzi do Świętego Piotra stojącego przed bramą no i Piotr mówi do niego: Ty byłeś taki super gość, na Ziemi czyniłeś samo dobro, za to dostaniesz najszybszy kabriolet na świecie. Nikt nie będzie miał szybszego niż Ty. Jak powiedział, tak zrobił i Wojtyła dostał samochód. Zadowolony zasuwa swoim nowym kabrioletem po niebiańskiej autostradzie, gdy nagle czmychnął obok niego jakiś inny kabriolet. Wojtyła rozpoznał tylko długie włosy i brodę kierowcy. Zajeżdża do Piotra i mówi: E, Piotrze, przecież miałem mieć najszybszy kabriolet na świecie. A Piotr na to: No wiesz… syn szefa.
Obaj parsknęli śmiechem i oparli się o szybę, dla zachowania równowagi. Samael pierwszy doszedł do siebie i spróbował przybrać poważną minę. Nie za bardzo mu to wychodziło, więc gdy Rafael na niego spojrzał wstrząsnęła nim nowa fala rozbawienia. Odzyskawszy panowanie nad sobą zapytał Sama o sklepienie nad Miastem Grzechu, jak niektórzy nazywali Piekło, gdyż niezmiernie go to ciekawiło.
– Dobre pytanie. Jak się domyślasz, stwierdzenie niebo w Piekle, byłoby dość sprzeczne i denerwujące, więc wraz z Belialem wpadliśmy na genialny pomysł, by nad naszymi głowami znajdował się ocean. Bardzo oryginalne, nie uważasz? Nie jest on zwykłym zbiornikiem wodnym. Szczerze mówiąc nie ma w nim ani kropli wody. To czyste zło. Każdy zły uczynek popełniony na Świecie trafia tu. Zadbaliśmy o to, by nie zamieniło nas to w oszalałe, rządne krwi bestie, którymi bez wątpienia bylibyśmy dzisiaj, gdyby nie Zła Destylatornia. Trafna nazwa. Sam na nią wpadłem. – przyznał z dumą Samael. – Stworzyliśmy ją na szczycie wieżowca, w którym się znajdujemy. Dzięki naszej mocy, energia wszystkich złych czynów jest ściągana przez specjalny odbiornik, następnie przekazywana do Destylatorni, tam, jak sama nazwa mówi, jest destylowane z niej czyste zło. Następnie trafia do naszego oceanu. Reszta oddestylowanych emocji, gdyż wiedz, że złu zawsze towarzyszą różne emocje, trafia z powrotem na zewnątrz, do świata ludzi, aniołów i demonów.
Spojrzeli obaj na bezmiar czerni unoszący się nad ich głowami. Co jakiś czas, przeszywał go błysk wyładowania. Na tle blasków widoczne były cienie istot monstrualnych rozmiarów i kształtów, o których strach nawet pisać.
– Leviathan i jego ziomkowie. Jak tylko stworzyliśmy maszynę do destylowania zła, gdy było jeszcze małe jeziorko, wpadli na genialny, w ich mniemaniu, pomysł, że pójdą sobie popływać. Jak weszli, tak już nie wyszli. Spodobało im się, w dodatku są dokumentnie przesiąknięci złem, co ma niesamowity skutek uboczny. Są strasznie żartobliwi. Nie mogą opuścić oceanu, więc od czasu do czasu wynurzają się na chwilę, żeby nasrać komuś na głowę. Oczywiście w przenośni. He he he. – zażartował Samael. – Jak taki Leviathan, rozmiarów naszego wieżowca, się wypróżni, to muszę zaganiać do sprzątania połowę piekła. „This is Sparta”, albo Piekło, jakby to powiedział Leonidas z tego filmu… Żadne gówno, choćby nie wiem jakich rozmiarów, nie będzie się walało po moich ulicach.

Część czwarta:

Tamar siedziała na podłodze w kałuży magmy. Złość już dawno jej przeszła. Teraz płonęła sobie z nudów. Minęło już kilka godzin, odkąd ten obleśny, mackowaty stwór wrzucił ją do pokoju. W złości spaliła wszystko co miała w zasięgu wzroku. Łącznie z ubraniem… i podłogą. Jedynie drzwi i okna oparły się jej niszczycielskiej sile. Przekonała się o tym na początku, bo chciała je spalić w pierwszej kolejności, by wrócić do gabinetu i wygarnąć temu gburowi, że nie jest niczyją zabaweczką i nie da się tak traktować. Ale nawet ich nie zarysowała, widocznie nałożono na nie zaklęcie ochronne. Samael musiał przewidzieć, że będzie próbowała się wydostać. Swoją drogą, ciekawe, czemu nie zrobił tego samego z meblami. Przemyślenia przerwało jej stukanie do drzwi.

***

– Skoro to już wszystko o czym chciałeś porozmawiać Rafaelu, w takim razie pozwól, że odprowadzę Cię do wyjścia. Chciałbym udać się na spoczynek. – Powiedziawszy to Samael odwrócił się i skierował w stronę drzwi.
– Ależ nie będzie to konieczne, sam trafię do wyjścia. Nie chcę nadużywać twojej gościnności.
– Wobec tego chodźmy.

***

Wstała, stłumiła płomień i ustawiła się naprzeciwko drzwi. W powietrzu wykonała dłońmi kilka skomplikowanych gestów. W pokoju zaczęła nagle gwałtownie spadać temperatura. Całe ciepło kumulowało się na czubkach jej palców. Ściany pokryły się szronem, podłoga zastygła wokół niej na kształt wodnych kręgów.
– Wejść! – krzyknęła.

***

Sam szedł z wolna korytarzami, zmierzając do swoich pokoi. Miał iść odpocząć, ale coś nie dawało mu spokoju. Czy może raczej… ktoś. Toczył w sobie wewnętrzną walkę, gdyż wiedział, że powinien dać jej trochę czasu, niech ochłonie, ale z drugiej strony tak bardzo pragnął ją zobaczyć. Minął swoją sypialnie i skierował się do pokoju dla gości, gdzie została ulokowana Tamar. Zatrzymał się przed drzwiami i stał tak kilka minut, zastanawiając się co jej powie. Wreszcie, opracowawszy najoptymalniejszy plan działania, zapukał do drzwi. Po chwili usłyszał stanowcze „Wejść!”. Zdjął zaklęcie i nacisnął na klamkę. Poczuł delikatny powiew chłodu, a zaraz potem, to znajome, nieprzyjemne uczucie z tyłu głowy. Uchylił się w ostatniej chwili.

***

Klamka ruszyła się. „Teraz!” pomyślała Ifrytka. Strumień płomieni, o temperaturze, na myśl
o której Słońce dostaje rumieńców i chowa się na zachodzie, pomknął w stronę drzwi, odparowując je, a następnie, zamieniając przeciwległą ścianę w szklaną taflę, opuścił wieżowiec, wytapiając po drodze dziury w innych ścianach i sąsiednich budynkach.
– Hmmm… dlaczego nie pomyślałam o tym wcześniej? – zapytała sama siebie zaintrygowana efektem swego czaru.
Samael wychylił głowę zza nadtopionej krawędzi ściany.
– Akuku. – powiedział z rozbawieniem. – Niezły pokaz umiejętności. Miałaś szczęście, że nie wpadłaś na to wcześniej, bo nie tylko drzwi i okna, ale i całe pomieszczenie było otoczone sześciennym zaklęciem ochronnym. Wyparowałabyś tak, jak wszystko na drodze tej miniaturowej… – Przerwał w pół zdania i stał przez moment w milczeniu, głęboko kontemplując jakiś niezwykle nurtujący problem, co przejawiało się niezbyt inteligentnym grymasem na jego twarzy. – Eee… tego… – ocknął się po chwili, trafiony nagłą myślą, której impet, gdyby posiadała masę, urwałby mu głowę. – Jesteś goła. – stwierdził błyskotliwie.
– Co ty nie powiesz… – Tamar stała pośrodku pokoju, skrzyżowane ręce trzymała na piersi, no, w sumie to pod piersiami, co jeszcze bardziej je uwydatniało. Lewy sutek jeszcze się trochę żarzył. Powietrze w okolicach wzgórka łonowego delikatnie falowało. – Będziesz tak stał i się gapił, czy skołujesz mi jakieś wdzianko?
– Yyy… już, już się robi. – pstryknął palcami.
– No, tak lepiej. – dziewczyna stała teraz przed ścianą, którą przemieniła w szklaną taflę i przeglądała się w niej jak w lustrze. – Ale ten gorset jest za mały w obwodzie pod biustem. Wy faceci myślicie, że są tylko rozmiary A, B, C, D, a to nie prawda. Ja mam B – 75, a to jest
B – 70 i trochę ciśnie mnie w cycki. Możesz się tym zająć? – spytała lekko oszołomionego efektem swego czaru Sama.
– Ale co mam zrobić? Te nazwy kojarzą mi się z bombowcami… – Nim zdołał dokończyć, nadbiegło kilka demonów ze straży, zaalarmowanych hukiem i wstrząsami.
– Książę! – wykrzyknął pierwszy z nich. – Jak dobrze, że nic Ci się nie stało! Tak pierdyknęło, że myśleliśmy, że to już koniec świata. Tyrmadon poleciał do Twojego biura sprawdzić czy nie masz na ten temat jakichś informacji, a my przybiegliśmy tu jak najszybciej. Co tak walnęło? – to mówiąc skupił spojrzenie na ziejącej ze ściany dziurze.
– Ależ to nic takiego. – zaśmiał się Samael. – Weźcie przyprowadźcie kilku Polaków, żeby postawili nowe ściany i położyli tynk. Ja tymczasem odprowadzę Panią Tamar do jej właściwego pokoju. – To mówiąc podał jej ramię i oddalili się z wolna korytarzem. Grupka demonów stała niczym zahipnotyzowana i z utęsknieniem odprowadzała rytmicznie kołyszące się pośladki Ifrytki.

Część piąta:

– Obiecuję, że zajmę się tym osobiście szefie. – Asmodeusz strzepnął popiół z cygara, zrobił wydech. Smuga dymu uniosła się do góry formując zawiłe wzory, po czym dołączyła do większej chmury w kształcie nagiej kobiety lewitującej pod sufitem. Wokół okrągłego stolika do pokera siedziało jeszcze kilku innych demonów. Mroczne postacie milczały, z wolna pykając dymne kółka. Ciemne pomieszczenie oświetlała tylko jedna lampa kołysząca się powoli nad stołem. Podłoga delikatnie drgała, w tle słychać było echo muzyki klubowej. Belzebub pochylił się w jego stronę. W oczy rzucał się niesamowicie powyginany barani róg z lewej stron jego głowy.
– No ja myślę. Zaczyna mi to doskwierać… – to mówiąc wymownie podrapał się w miejscu brakującego rogu. Pazurami prawej dłoni wykreślił w powietrzu znak i jego postać zaczęła się rozmywać. Po chwili nie było już go wcale.
– To jak panowie? – zapytał pozostałych Mod. – kończymy partyjkę i do roboty.

***

– To tu? – zapytał jeden z demonów.
– Według PDA, jak najbardziej. – odpowiedział mu drugi, skryty w cieniu rzucanym przez mur kościelny.
– Ogrodnik mówił, że to tu trzymają truskaweczkę. – dodał po chwili z rozbawieniem.
– Ktoś kto wymyślił ten kryptonim, musi mieć wypaczone poczucie humoru… To jak, wchodzimy?
– Jeszcze chwila, cierpliwości. Czekamy na Asmodeusza i oddział szturmowy.
– Szturmowcy?! Przecież mieliśmy tylko wpaść i wypaść. – zdenerwowany zaczął grzebać kopytem w ziemi.
– Nie panikuj, podobno jakiś biskup przyjechał po południu w odwiedziny do proboszcza tej parafii. Według wywiadu to jakiś egzorcysta, więc mogą wystąpić niewielkie trudności.
– A co z ekipą remontową, która nocuje na plebanii?
– Sprawdzeni. To zwykli robotnicy zajmujący się renowacją ołtarza. – Mod pojawił się niewiadomo skąd. Za nim stało pięciu demonów w czarnych, metalowych zbrojach, pokrytych runami, które niemal niedostrzegalnie jarzyły się na czerwono.
– Nie chcę kwestionować twoich decyzji szefie, ale po co szturmowcy na jednego biskupa? – zapytał rogacz mający od początku wątpliwości co do sensu całego przedsięwzięcia.
– Z biskupem dam sobie radę. Ale nie mam pewności co do tych robotników. Przyjrzałem się ich sprzętowi i jak na mój gust mają go trochę za dużo. Ale dosyć gadania. Wchodzimy. Wy dwaj zostańcie na zewnątrz i otoczcie kościół powłoką akustyczną i iluzją. Nie chcę zapeszać, ale może być wybuchowo.

***

– Widzę dwóch osobników zbliżających się do bramy kościelnej. Odbiór.
– Przyjąłem, nie podejmuj żadnych działań, dopóki ich dokładniej nie zidentyfikujesz.
– Czarne zbroje, skrzydła, kopyta. To oni, klecha miał racje.
– Skradają się?
– Nie, idą sobie jakby nigdy nic.
– Jeśli masz czysty strzał to ich zdejmij. Widzisz jeszcze jakichś?
– Nie, tylko ta dwójka.
– Przyjąłem, są twoi. Bez odbioru.

***

– Dwójka i trójka, obserwujcie wierzę kościelną i dzwonnicę. – powiedział Asmodeusz. – My idziemy na wabia. Rozwalcie każdego kogo zauważy… – Huk wystrzału zagłuszył jego słowa. Demon po jego lewej zwalił się na ziemię powalony siłą uderzenia. – Zdjąć go! Gdziekolwiek jest! – Krzyknął i rzucił się biegiem w stronę najbliższej osłony. Pocisk trafił go w plecy, stracił równowagę i wyrżnął o glebę. Po chwili rozległo się coś jakby trzeci strzał i wieżyczka kościoła eksplodowała. Demon postrzelony jako pierwszy usiadł i zaniósł się rubasznym śmiechem.
– Co jest? – krzyknął Mod w jego stronę.
– Amunicja konwencjonalna! – ledwo wydusił z siebie tamten. – A ja się prawie posrałem ze strachu, tak we mnie pierdyknęło! – i wybuchł następną falą śmiechu. Mod sięgnął do pleców, faktycznie, nie było śladu po kuli. Uśmiechnął się, będzie łatwiej niż myślał. Podniósł się i zwołał do siebie resztę oddziału.

***

– Pierwszy zdjęty. Drugi ucieka, zaraz go załatwię. – Strzał. – Kolejny z głowy. Nie widzę innych ce… – sygnał urwał się, zagłuszony hukiem eksplozji. Kościół zatrząsł się.
– Piotrze, zgłoś się. – Cisza. – Piotrze, zgłoś się! – Nadal nic. – Cholera, chyba po nim, musi ich być więcej. Zająć pozycje! – krzyknął dowódca do pozostałych członków drużyny. – Przyjmiemy gości po chrześcijańsku, chlebem, solą i ołowiem.

***

Przeszli przez plac nie niepokojeni przez żaden dodatkowy ostrzał. Przed drzwiami największy potentat luksusowych burdeli na świecie wymówił formułę magiczną. Runy na zbrojach zapłonęły krwistą czerwienią. Kolejna formuła sprawiła, że drzwi zamieniły się w drzazgi. Przez wejście wyleciał w ich stronę grad kul, wskoczyli do środka i ukryli się za kolumnami. Ostrzał był nieprzerwany, jakby tamci nie martwili się o zapas amunicji. Jeden z demonów wychylił się zza kolumny i z mieczem w dłoni, bowiem mieszkańcy piekieł brzydzą się broni palnej, która nie wymaga bezpośredniego kontaktu, zaatakował najbliższego z obrońców. Skoszony serią z M-4 padł na posadzkę, ale za chwile podniósł się i błyskawicznie dopadł zaskoczonego człowieka. Potężnym cięciem przepołowił nieszczęśnika, który zanim się zorientował, że nie żyje, oddał strzał na chybił trafił, przypadkowo raniąc jednego z kumpli, który nie nacierpiał się jednak zbyt długo, gdyż zginął z rąk innego rogatego. Początkowo oszołomieni ludzie odzyskali nagle sprawność trzeźwego myślenia, jakby kto zdzielił ich po łbach mokrą ścierą i zmieniwszy amunicję, na poświęconą przez biskupa, zaczęli wycofywać się do zakrystii. Nowe kule dosięgły odsłoniętych wojowników. Runy zaczęły gasnąć.
– Cholera, mają święcone pociski! – krzyknął któryś z demonów.
– Zauważyłem. – odpowiedział Asmodeusz, w skupieniu wydłubując jeden z naramiennika. – Teraz zacznie się zabawa. Drzwi od zakrystii otworzyły się z trzaskiem. Wyszedł przez nie mężczyzna odziany w srebrną zbroję, która emanowała błękitną poświatą. Stanął za ołtarzem i krzyknął:
– W imieniu Ojca! I Syna! I Ducha Świętego! Ja, Wacław Depo rozkazuję ci demonie! Wyjaw swe imię!
– Ech… – westchnął cicho Mod. – Nie cierpię tej formułki, mam problemy z zawieraniem nowych znajomości… – burknął do siebie. Wystąpił zza kolumny, kopyta stukały o posadzkę, trzy pary błoniastych skrzydeł rozpostartych w całej okazałości falowały spokojnie w rytm jego kroków.
– Jam jest Asmodeusz! – wykrzyknął w stronę kapłana. – Jam jest dowódcą 72 legionów piekieł. Zarządcą piekielnych domów gry i rozpusty. Jam postawił świątynię Jerozolimską tak, że ostrza nie wsuniesz między skalne bloki. Na zlecenie mego pana przybyłem by odzyskać coś, co należy do niego. Ustąp śmiertelniku, gdyż nie możesz równać się ze mną! – Echo jego głosu brzmiało jeszcze przez moment wśród murów świątyni. Kapłan stał w milczeniu. Nie spodziewał się tego. Naprzeciw niego stał sam Asmodeusz. Ciarki przeszły mu po plecach, zimny pot zrosił czoło. – Zląkłeś się śmiertelniku. – kontynuował Książę demonów. – Nie dziwota. Radzę ci, ustąp i ratuj swą duszę, bo życie straciłeś chwilę temu, stając na mej drodze. – Biskup nie słuchał, modlił się. Po chwili milczenia zacisnął mocniej pięść na stylisku młota, który trzymał od początku. Pokłonił lekko głowę w stronę krzyża wiszącego na ścianie i powiedział cicho:
– Dziękuję. – młot zapłonął nieskazitelnie białym ogniem. – Nie dostaniesz tego, po co tu przyszedłeś Upadły Serafinie. Będziesz musiał przejść nad moim stygnącym ciałem.
– Tak też uczynię. – powiedział demon i skoczył w kierunku kapłana z wyciągniętym toporem. Szturmowcy ruszyli w ślad za nim. Siedmiu pozostałych przy życiu ludzi przebranych w zbroje wyszło im naprzeciw. Asmodeusz zamachnął się, ostrze jego broni, spowite w mroku, jak gdyby pochłaniało światło wokół siebie, przecięło powietrze z zawrotną prędkością. Obuch młota stanął mu na drodze. Nie było żadnych blasków, eksplozji iskier, czy innych tandetnych efektów specjalnych. Drzewce kapłańskiej broni zdezerterowało i pękło na pół, pozostawiając swego właściciela osamotnionego na placu boju. Z kawałem bułatu sterczącym z piersi. Blask bijący z runów powoli gasł, wsysany przez topór.
– Przeklęta rosyjska stal. – szepnął Depo. Na ustach wykwitło mu kilka krwawych bąbli. Osunął się na ziemię. Asmodeusz stał nad nim w tryumfalnej pozie. Dookoła gorzała walka. Przycisnął kopytem ciało do posadzki i wyszarpnął broń zaklinowaną między elementami zbroi.
-Stygnij. – syknął i przekroczył umierającego biskupa. Skierował się do zakrystii. Po kilku minutach wyszedł niosąc w ręku powykręcany barani róg. Szturmowcy rozprawili się do tego czasu z ludźmi. – Pora na nas. – pstryknął palcami. Spowił ich mrok. Zniknęli.

Część szósta:

Belzebub siedział wygodnie rozparty w fotelu i spoglądał przez olbrzymie okno na panoramę Miasta. Wieczny mrok, który spowijał metropolię, co jakiś czas rozświetlały rozbłyski Mocy pochodzące z oceanu Zła, kłębiącego się nad szczytami wieżowców. Powietrze za jego plecami zafalowało. Odwrócił się, by dokładniej przyjrzeć się temu zjawisku. Zawsze fascynował go sposób, w jaki podróżuje Asmodeusz. Drgające powietrze utworzyło okrąg, przez który nagle przebiły się dziesiątki długich kłów, tak ostrych, że zdolnych przegryzać się przez wymiary. Szkaradna paszcza kłapnęła zębiskami i wygryzła dziurę w osnowie piekieł. Z mrocznej i wilgotnej gardzieli Czerwia wyłonił się Mod, w towarzystwie swojej grupy uderzeniowej. Ich zbroje nosiły ślady zażartej walki i dużej ilości krwi. Ludzkiej krwi. Belzebub uśmiechnął się w duchu. Jak nic, niezłą jatkę tam zrobili. Tylko patrzeć, jak przychodzą poselstwa i groźby od Metatrona. Szturmowcy klęknęli i uderzyli pancernymi pięściami w piersi.
– Ave Belzebubie! – powitali jednego ze swych panów. Mod tylko stał i czekał.
– Ave. – Odpowiedział Książę Piekieł, a jego spojrzenie spoczęło na Asmodeuszu. – Masz go?
– Mam. – Zdjął z pleców worek i położył go na biurku. Belzebub wyjął z niego róg i długo, z wielką troską oglądał go, by upewnić się, że nie ucierpiał w żaden sposób.
– Ach… – Westchnął z ulgą Władca Piekieł. – Setki lat czekania, wieki upokorzenia… Tak długo czekałem, osłabiony i zniesławiony. A wszystko, przez moją słabą głowę! – Krzyknął donośnie, a oczy zapłonęły mu wściekle. – I przez twoje urokliwe dziwki. – Dodał już spokojniej patrząc na Asmodeusza, na twarzy którego gościł perfidny uśmieszek, pełen dumy i satysfakcji. – Wywiązałeś się z umowy, więc i ja się z niej wywiążę. – Pstryknął palcami. – Twoje burdele właśnie zostały otwarte, a panienki pracowicie biorą się do roboty. Masz szczęście, że Sam się za tobą wstawił. Oczywiście nierządnice wróciły do siebie. Nie mogłem się zgodzić na to, by dalej u ciebie pracowały. – Mod skinął głową na znak, że rozumie. Przez chwilę obaj milczeli.
– Ekhm… Czy aby nie zapomniałeś o czymś Belzebubie?
– Nie, ale miałem nadzieję, że ty zapomniałeś. Cóż, trudno, umowa, to umowa. – Otworzył przepastną szufladę i wyciągnął z niej jakiś dokument. – Oto zezwolenie na otwarcie twojej działalności w Polsce. Obawiam się tylko, że… – Nie dokończył, ponieważ w pomieszczeniu rozległ się przenikliwy gwizd, który zagłuszył jego słowa. Potem okno rozjarzyło się błękitnym blaskiem, z którego wyłoniła się majestatyczna postać. Najpotężniejszy z Tronów przekroczył krawędź portalu i stanął przed Upadłymi. Rozpostarł sześć skrzydeł, które majestatycznie falowały na tle powoli zamykającego się przejścia między światami. Elitarni szturmowcy, weterani niejednej bitwy, którzy widzieli i czynili najokrutniejsze spośród okrucieństw, teraz, niczym małe dzieci chowali się za plecami Asmodeusza.
– Cóż za wspaniała wizyta! – Wykrzyknął jak najbardziej szczerze Belzebub. – Kogo jak kogo, ale ciebie się tu nie spodziewałem. Cóż cię sprowadza Metatronie?
– Doskonale wiesz co, Belzebubie. – To mówiąc spojrzał na grupkę demonów starających się za wszelką cenę uniknąć spojrzenia, pod którego działaniem runy na zbrojach zaczynały migotać i gasły jedna po drugiej. – Usłyszałem modlitwę bitewną polskiego kapłana i zesłałem na niego łaskę, przekonany, że któreś z pomniejszych demonów mordują wsiowych głupków i chędożą ich baby. Ale gdy nie doczekałem się modlitwy dziękczynnej, zirytowałem się i postanowiłem osobiście upomnieć nierozgarniętego klechę. I wiecie co znalazłem na miejscu?
– Jatkę? – Uprzedził go Bubek.
– Rzeźnię – Kontynuował wyliczanie Asmodeusz.
– Dokładnie. – Spojrzał wymownie na upapranych juchą żołnierzy, którzy w wyraźnym pośpiechu i nieładzie wycofywali się z pomieszczenia. – Wyjęliście mi to z ust. I widzę jaki był cel waszej wizyty na Ziemi Niczyjej. – Jego wzrok spoczął na Belzebubie, który za pomocą zaklęcia umocowywał odcięty przed wielu laty róg na jego prawowitym miejscu. – Oj, chłopaki, chłopaki, co ja mam teraz zrobić z tym fantem? Iluzja wiecznie trzymać nie będzie, jak się rozwieje, to wszyscy zobaczą zburzony kościół. No i jeszcze te zmasakrowane ciała walające się po całym kościele, że o rozpłatanym biskupie nie wspomnę…
– Met, na pewno coś wymyślisz, w końcu w twoim i naszym interesie leży, by wszyscy uwierzyli w jakąś zgrabną historyjkę o wybuchu gazu na plebanii, czy coś. – Asmodeusz uspokajał go pojednawczym tonem. – Z drugiej strony dzięki zamieszaniu będzie łatwiej przeprowadzić transport kontrabandy do mojego nowego rewiru działań. – Dodał z niekrytą satysfakcją.
– A cóż to? – Zdziwił się Metatron. – Czyżby miały gdzieś powstać nowe burdele?
– Nie inaczej. – pośpieszył z wyjaśnieniami Belzebub. – Mod właśnie otrzymał pismo zezwalające mu rozpocząć ekspansję na Polskę.
– Fiii. – Gwizdnął głośno anioł. – I myślicie, że ujdzie wam to na sucho? Jako najwyższy przedstawiciel i egzekutor Prawa nie mogę na to pozwolić.
– Ależ pozwolisz przyjacielu, bo oferuję ci 15 procent zysków z tych domów grzechu, które powstaną.
– Piętnaście?! – Oczy Metatrona zapłonęły wściekle, a w ręku zmaterializowała mu się wielka kosa. Czy ty mnie chcesz obrazić?!
– Spokojnie, spokojnie, Mod się przejęzyczył. Chodziło mu o czterdzieści pięć procent. – Wtrącił pojednawczo Książę Piekieł. – Prawda Mod?
– Zgadza się. Chciałem się trochę potargować, ale jesteś zbyt twardym zawodnikiem Met. Z kim, jak z kim, ale z tobą, robienie interesów to czysta przyjemność.
– No ja myślę. – Odparł Śpiewca Zastępów wyraźnie zadowolony. – Zajmę się tym waszym bałaganem. Jest tylko jeden mały problem. Oni spodziewali się waszego przybycia, a skoro oni wiedzieli, to kilku aniołów też pewnie o tym wie. Także całkowicie tego zatuszować nie da rady, ale postaram się zrobić tak, by ślady nie prowadziły bezpośrednio do tego pokoju. Radzę znaleźć kreta, który was wsypał. Co jest? Cóż to za nietęgie miny? – spytał zdziwiony nagłą zmianą na obliczach demonów.
– Pozwól Metatronie, że zagłębię cię w szczegóły pewnego niefortunnego zajścia…

***

– Na siódme niebo i wszystkie dziewięć kręgów piekieł!! Co wyście uczynili?! – wrzeszczał wściekle Tron, wpadłszy w istną furię. – Kurwa! Wasza! Mać!
– Ależ, przecież my nie mamy matki. – próbował zażartować Mod.
– Nie kpij Asmodeuszu! Doigraliście się. Nie pomogę wam w tej sprawie, umywam ręce, słyszycie? Umywam ręce. – Odwrócił się i z całej siły uderzył kosą w okno. Przeszła przez szybę jak przez jedwab. Metatron wszedł w powstałą szczelinę, która od razu po jego zniknięciu scaliła się tak, że nie pozostał po niej ślad. W pokoju zapadła ciężka cisza. Po długim milczeniu odezwał się Belzebub.
– No to chyba mamy problem…
Jest tylko jeden Met.
Met jest wszędzie.
Met zawsze był.
I zawsze będzie.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
„Chłopie, znam ich może z pięć (tu brak przecinka) a mam pięćset!”
„– Ech.. – westchnął Samael. – Wiedziałem, że o to zapytasz. I tu jest problem, a nawet dwa, bo widzisz… Tego... No... Tamar jest z domu Goga i ma purpurową szarfę… – gdy skończył (przecinek) mówił niemal szeptem.”
„– Jak już mówiłem, przyjaciele muszą sobie pomagać i mam zamiar ci pomóc, a ty pomożesz mnie (powinno być 'mi', a nie 'mnie'). – powiedział z uśmiechem Samael.”
„No dobra, sprzedam ci ją, ale wiedz, że będzie cie (cię) to drogo kosztować.”
„cicho wyszeptał Rafael (przecinek) poruszając popękanymi i skrwawionymi ustami.”
„Tutaj Pan cię nie usłyszy (przecinek) bracie. – powiedział szyderczo jeden z jego oprawców (przecinek) wycierając z krwi rzeźnicki nóż w jego blond włosy.”
„Nie jestem waszym bratem (przecinek) Merhimie. Już nie.”
„Znowu zaczyna prawić morały (przecinek) szefie, przefasonować mu facjatę? – zapytał (przecinek) stojący nieco z boku, ukryty w mroku czart.”
„Tylko po cichu i bez brawury, to nie Delta Force (przecinek) Urielu.”

Problem z przecinkami jest zbyt częsty więc sobie odpuszczę. Przejrzyj tekst i powstawiaj (zwłaszcza przed spójnikiem 'a').

„Włączyli latarki, co prawda nie dawały one zbyt wiele światła, które nie dawało (powtórzenie) sobie rady z piekielnym mrokiem, ale choć trochę rozganiały ciemność.”
„Uriel usłyszał cichy szelest, który go zaniepokoił, (ja bym dał tu kropkę) skojarzył mu się z odgłosem jaki wydają skrzydła nietoperza.”
„Nagle jego noga natrafiła na jakąś śliską kałużę i ziemia uciekła mu z pod (a nie 'spod'?) stóp.”

Na razie przeczytałem tylko część pierwszą. Bardzo ciekawe opowiadanie. Na pewno doczytam je do końca.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#3
Poprawki do części drugiej.

„Rozejrzał się po pokoju, wystrój był ostatnim krzykiem mody. Na Ziemi.” – co 'Na Ziemi'?
Jeśli dobrze rozumiem intencje, to chodziło o modę, więc lepiej napisać to tak:
„Rozejrzał się po pokoju, wystrój był ostatnim krzykiem mody... na Ziemi.” – albo coś w tym stylu.
„Witaj (przecinek) Płomyczku.”
„Po pierwsze, nie płomyczku.” – lepiej brzmi „Po pierwsze, żadne Płomyczku.” i oczywiście, Płomyczek z dużej litery.
„Gdy się dowiedzieli, że opuszczasz Dom Goga byli dość niezadowoleni, swoją drogą nie dziwię im się…” – zrób z tego dwa zdania: „Gdy się dowiedzieli, że opuszczasz Dom Goga, byli dość niezadowoleni. Swoją drogą, nie dziwię się im…”
„który sypnie wystarczająca (wystarczającą) ilością gotówki.”

cz.3
„Powiedz lepiej (przecinek) co cię do mnie sprowadza (przecinek) Rafaelu?” – dalej problem z przecinkami.
„Karwasz twarz.” – a co to za zwrot?
„Samael pierwszy doszedł do siebie i spróbował przybrać poważą (poważną) minę.”
„A reszta oddestylowanych emocji,” – po co to 'A' na początku zdania?

cz.4
„Skoro to już wszystko o czym chciałeś porozmawiać Rafaelu, w takim razie pozwól, że odprowadzę Cię do wyjścia, chciałbym udać się na spoczynek.” – zbyt zawiłe, lepiej tak: „Skoro to już wszystko, o czym chciałeś porozmawiać, Rafaelu, pozwól, że odprowadzę Cię do wyjścia. Chciałbym udać się na spoczynek.”
„ „Teraz!” pomyślała Ifrytka.” – Wcześniej była 'ifytka' z małej, teraz z dużej litery? Kolejne, zaraz po tym, zdanie jest zbyt długie. Metafora o słońcu jest zbędna.

Fajnie się czyta. Rozbawił mnie ten tekst:
„Te nazwy kojarzą mi się z bombowcami…”
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#4
Doczytałem do końca. Nawet nie zwracałem uwagi na błędy, tak mnie wciągnęło. Czekam na dalszy ciąg.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#5
W pisaniu prozy i ogólnie języku polskim obce jest stosowanie dwu- znaku zapytania i dwuwykrzyknika. Umownie stosujmy jeden wykrzyknik albo trzy, ale najlepiej jeden.
Lubię Tytanica. Moim ulubionym bohaterem była góra lodowa.
Odpowiedz
#6
(08-04-2011, 12:31)StuGraMP napisał(a): zapytał (przecinek) stojący nieco z boku, ukryty w mroku czart.”
Stojący to przymiotnik, a nie imiesłów, więc bez przecinka. Nie jest to również wtrącenie ;)
Czasami, gdy pojawiają się nowi, próbują na jeden raz wrzucić wszystko, co mają. Zupełnie, jakby portal miał lada dzień zniknąć z Internetów, a administracja pojechać do Afryki, sprzedawać olejek do opalania rdzennym murzynom.
~Yami
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Dzięki za uwagi, już biorę się za poprawki:)
Jest tylko jeden Met.
Met jest wszędzie.
Met zawsze był.
I zawsze będzie.
Odpowiedz
#8
To jadziem, Meciu :D

Spoiler:

Met, Met, Met... Mimo wyzej wspomnianych chochlikow... Masakra, czlowieku. Po prostu bajera jak ta lala i git majonez. Widze, ze procz krolowania na parkiecie masz szereg innych zalet! :D to jest genialne! :D JA CHCE WIECEJ! WIECEEEEEEEJ! WIECEJ, MET!


Apropos.. Yami, Nid. Irituje mnie to, ze jak piszecie komentarz, to nie odnosicie sie do tekstu, tylko wtracacie w gruncie rzeczy nieistotne duperele. Ktorykolwiek z was chociaz to przecztyal, czy zostawiliscie murzynowi [Sem] do ogarniecia?
Dżon Rambo z cyckami
Odpowiedz
#9
(08-04-2011, 15:43)Yami napisał(a): W pisaniu prozy i ogólnie języku polskim obce jest stosowanie dwu- znaku zapytania i dwuwykrzyknika. Umownie stosujmy jeden wykrzyknik albo trzy, ale najlepiej jeden.

A proszę pokaż mi jakiś zapis mówiący o tej obcości:) no i czemu jeden albo trzy a dwa to już nie? To jest zapis graficzny tekstu. Wykrzykniki i pytajniki, no i ich ilość, odzwierciedlają sens i wyrazistość zdania. Gdy mój bohater mówi lekko podenerwowany stawiam jeden wykrzyknik. Czytelnik to widzi i tak to odbiera. Gdy postać jest bardziej zdenerwowana lub zdziwiona stawiam dwa znaki i wtedy widać, że on nie żartuje:) a jak są trzy to krzyczy. I to widać. Łatwiej przekazać w ten sposób emocje.

Założę się, że zwróciłeś na to uwagę, bo na forum są animacje wykrzykników i pytajników, gdy napisze się dwa obok siebie:P gdyby nie to, nawet byś ich nie zauważył, bo nie przeszkadzałoby Ci w odbiorze, tylko pomagało:)
Jest tylko jeden Met.
Met jest wszędzie.
Met zawsze był.
I zawsze będzie.
Odpowiedz
#10
To tylko sprawy kosmetyczne. Jeśli już potrzebujesz eskalować wrażenia pomiędzy wrażeniem z jednym wykrzyknikiem a tym z trzema, proszę bardzo.
Lubię Tytanica. Moim ulubionym bohaterem była góra lodowa.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości