Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Jedno cięcie
#1
Tym razem "archiwalne" opowiadanie A.D.2004 wygrzebane jakiś czas temu z szuflady i nieco poprawione. Akcja osadzona jest w Rokuganie, świecie gry Legenda Pięciu Kręgów, fantastycznym odpowiedniku Japonii – z tym, że mało tu tej fantastyki ;)

=================================

CZĘŚĆ 1 z 2

=================================

Silny powiew wiatru od strony morza wyrwał go z zamyślenia. Otworzył oczy. Jego cień wydłużał się i przypominał teraz cień zadaszonej, zamkowej wieży. Przed nim rozciągał się bezmiar wód, gdzieś w oddali majaczył żagiel kogi. Sięgnął prawą dłonią w bok, gdzie leżały obydwa jego miecze, lecz to nie po nie sięgał. Podniósł z ziemi długi drewniany kształt, podwójny flet z trzciny zwany hichiriki. Przytknął go do ust. Z instrumentu popłynęła delikatna melodia.
A wraz z nią wspomnienia…
Krew…
Leżąca na macie, oddzielona od ciała głowa dziewczyny…
Melodia płynęła niezmąconym potokiem spokojnych dźwięków, ani przez chwilę nie zdradzając tego, co się działo w jego duszy. Oto znów był samotny, jak przedtem. Wciąż i wciąż powracał do tego stanu od czasu, gdy wygnano go z gór.
Było inne rozwiązanie, lecz on się na nie godził, choć wielu powiedziało by mu, że jest najlepsze.
Nie dla niego.
Śmierć nie przynosiła rozwiązań.
Wiedział, że myśląc w ten sposób różni się od większości. Od tych, którzy wybierali tę drogę, będąc przekonanymi o słuszności dokonywanego wyboru.
Jak jego ojciec.

*

Togashi Ichinada pojawił się na wiodącym na świątynny dziedziniec chodniku. Szedł powoli, patrząc wprost przed siebie, ubrany był na biało, a był to kolor śmierci. Jego twarz była poważna i spokojna.
Na dziedzińcu czekał na niego człowiek ubrany w zieloną hakamę i żółte kimono, tradycyjne barwy klanu. Z jego oblicza, dało się wiele wyczytać, gdyż nie ukrywał uczuć zbyt skutecznie. Nawet niezbyt uważny obserwator dostrzegłby na nim coś na kształt ponurej satysfakcji.
Ichinada zatrzymał się na środku dziedzińca, gdzie przygotowano mu miejsce. Usiadł, składając przy boku miecze. Drugi samuraj podszedł do niego, lecz siedzący nie zaszczycił go spojrzeniem. Patrzył przed siebie, tam, gdzie pośród wszystkich zebranych zasiadała kobieta, której towarzyszył chłopiec. Patrzył długo, a chłopiec patrzył na niego przygryzając wargi.
Potem wszystko potoczyło się tak, jak zazwyczaj.
Co Ichinada zaczął, drugi samuraj szybko zakończył, a gdy odcięta głowa potoczyła się po ziemi, na jego twarzy zagościła ulga. Wszystko przebiegło zgodnie z planem. Chłopiec, tego jednak nie dostrzegał. Widział tylko śmierć własnego ojca, tak dalece słuszną, właściwą i honorową, jak tylko być mogła. To właśnie wmawiano mu przez kolejne lata. On jednak wiedział, co się stało. Wiedział, że ten, który dokończył dzieła, rzucił oszczercze oskarżenie na jego ojca. Stwierdził, że Ichinada uwiódł mu żonę, a gdy chciano ją zapytać o zdanie w tej sprawie, okazało się, że nic już nie powie, gdyż mąż zdążył już wymierzyć jej sprawiedliwość. Niczego nie udowodniono, ale Ichinada nie mógł znieść tego oskarżenia. Każdy myślał, co chciał, a Ichinada wiedział o tym. Wyczytał to w spojrzeniach, w twarzach, które nie potrafiły ukryć tego, co kryło się w duszy…
Tak jak jej twarz, pomyślał.
Jak jej twarz, nie mogąca ukryć przerażenia, które zostało na niej także wtedy, gdy jej głowa spoczęła już na macie w domu pani Suinoko.
Oddzielona od ciała.

*

Muzyka płynęła swoim rytmem, myśli również.

*

To wspomnienie było zatarte.
Wypił wtedy dużo. Pamiętał służącego. Powiedział, że pan śpi i nie wolno wchodzić. Był to sumienny sługa, który nie pozwoliłby, aby ktokolwiek przeszkadzał jego panu. Posłuszeństwo i oddanie – tego po służbie należało oczekiwać.
Jednak temu służącemu nic dobrego nie przyszło z tego, że był posłuszny i oddany.
Absolutnie nic.
Przekroczył ciało martwego sługi i znalazł się wewnątrz domu. Było ciemno. Oczy wiele nie zobaczyły, tam, w tę wiosenną noc w Shiro Mirumoto. Uszy usłyszały więcej. Wiedział, gdzie znajdzie tego, kogo szukał. Wiedział, że nie jest on sam. Usłyszał delikatny jęk kobiety. Niemal słyszał przyspieszone bicie serc. Nie zastanawiał się długo. Ona niczego nie usłyszała, umarła cicho i szybko. Mężczyzna był zbyt zaskoczony, by się bronić, ale on chciał mu dać szansę. Miecze były na stojaku pod ścianą, ale tamten miał inny pomysł na załatwienie sprawy. Zerwał się do wyjścia, krzycząc głośno, a zanim jego krew pokryła ściany i podłogę, ktoś zdążył go usłyszeć.
I to był początek końca pewnego etapu w życiu, początek nowej drogi. Nie przewidział jednak kilku spraw. Tego, że jego matka w tej sytuacji postanowi się połączyć z ojcem na tamtym świecie, a także tego, że on sam, o ile nie podąży za nimi, będzie odtąd skazany na samotność, na szukanie sensu w życiu, które sens ten utraciłoby w takiej sytuacji dla każdego innego.
On jednak nie był taki, jak większość.

*

Zanim to wszystko miało miejsce, był dobrym uczniem w swej szkole. Nauczono go wiele, a że odznaczał się i w kenjutsu i w muzyce, jak również w innych sferach, wynagrodzono go, posyłając na nauki do szkoły Mirumoto. Tam miał zapoznać się z techniką dwóch mieczy, którą to szczycił się klan Smoka.
Gdy powrócił, z dumą zaprezentował swemu sensei, czego się nauczył.
Wkrótce uznano go za odpowiedniego kandydata, by skierować go na drogę Ise Zumi. Zmienił się, zgolił włosy, a ciało jego pokryto misternymi tatuażami. Kilka lat spędził w górskiej świątyni niedaleko Kyuden Togashi, gdzie przeszedł trening. Jego przyszłość miała wyglądać zupełnie inaczej, ale wszystko to runęło, gdy w wieku dwudziestu jeden lat powrócił w rodzinne strony, by odwiedzić matkę.
Jednym cięciem katany rozprawił się ze wszystkim, co do tej pory było dla niego ważne. Ale nigdy nie żałował tego cięcia. Żałował tylko, że ktoś usłyszał krzyk uciekającego Kitsuki Tamutsu, żałował, że nie zabił go wtedy od razu.

*

Melodia urwała się. Odjął hichiriki od ust i złożywszy go na ziemi wstał, w ręku trzymając tkwiący w saya miecz. Słońce niemal już zaszło. Czekała go noc rozmyślań, noc medytacji, ważna noc. O świcie los zadecyduje, o świcie okaże się, komu sprzyjają fortuny, ale teraz…
Noc się dopiero zaczyna, jest jeszcze sporo czasu.
Zmierzył wzrokiem miecz, wyciągnął go do połowy i spojrzał na ostrze.
Sanjinto, pomyślał, pamiętam to tak dokładnie.

*

Zdarzyło się pewnego dnia, że pewien daimyo z rodziny Shosuro, klanu Skorpiona, był w podróży wraz ze służbą i eskortą złożoną z dwunastu samurajów. Udawał się z wizytą do zaprzyjaźnionego władcy Suzume Togo zamieszkującego w fortecy nad Czerwonym Jeziorem. Tak się złożyło, że w tych okolicach od pewnego czasu grasowała grupa bandytów napadająca na kupców i terroryzująca miejscowych chłopów. Pan Shosuro Sakano, bo tak się ów daimyo nazywał, nic o tym nie wiedział, wyruszając w podróż z nieliczną eskortą.
Podróżował w zamkniętej lektyce niesionej przez tragarzy. Zamknięty w środku, z mieczem na kolanach, zastanawiał się właśnie nad tekstem haiku, gdy nagle samuraj z eskorty podszedł do lektyki i przerwał jego rozmyślania:
– Wybacz, Sakano-sama, że przeszkadzam, ale przed nami, na drodze, leżą trupy. Zabito ich z łuków.
Sakano zmarszczył brwi, uleciał mu wspaniały rym, co nie wprawiło go w dobry nastrój. Właściwie, to czemu nie kazać mu popełnić seppuku? Tak pomyślał, ale rzekł zupełnie co innego:
– Rozejrzyjcie się po okolicy, jak daleko stąd do gospody?
– Będziemy na miejscu za godzinę, Sakano-sama – odpowiedział samuraj lekko niepewnie brzmiącym głosem, co dodatkowo podrażniło pasażera lektyki.
– Mówisz tak, jakbyś nie był co do tego przekonany. Co to ma znaczyć?
– Pomyślałem, że jeśli tutaj napadnięto na kupców, to również i gospoda mogła stać się celem ataku, a wtedy…
– Co wtedy? Wtedy zabijecie tych, którzy są za to odpowiedzialni i ruszymy dalej. Jak się nazywasz?
– Bayushi Toshiro, Sakano-sama.
– Odejdź i nie psuj mi nastroju swoją obecnością. Nie chcę cię więcej widzieć do czasu, gdy dotrzemy do Kyuden Suzume. Przyślij mi tutaj Yukune!
Samuraj ukłonił się i pospieszył wykonać rozkaz. Wymieniona przez Sakano osoba zatrzymała się akurat przy leżących na drodze zabitych kupcach, gdy poszedł do niej Toshiro. Była to samurai-ko, dwudziestoletnia lub nawet młodsza, mimo to patrząca na Toshiro z lekceważeniem i wyższością. Jej długie, czarne włosy sięgały pasa, za który zatknięte były miecze. Nosiła purpurowo-czarne kimono, a dolną połowę jej twarzy zakrywała maska. Widać było jednak oczy, a jej spojrzenie było niezwykłe i trudno się było oprzeć jego urokowi.
Toshiro wiedział, że to ulubienica Sakano, że jest hatamoto, członkiem jego straży i z tego powodu cieszy się specjalnymi względami daimyo. Podejrzewał też, że niektórymi z tych przywilejów nie cieszy się żaden inny hatamoto i nie są one związane z obowiązkami ochroniarza, ale były to tylko domysły, które zrodziły się w jego głowie, a na których prawdziwość nie miał żadnych dowodów.
– Pan Sakano cię wzywa – oznajmił.
Samurai-ko zwróciła głowę w jego kierunku i powiedziała:
– Co oznacza twoja mina? Czyżbyś naraził się naszemu panu? Lepiej uważaj, jeśli nie chcesz, by cię spotkało to samo co Tozukiego. – Ruszyła w stronę lektyki.
Toshiro przywołał w pamięci wydarzenia z ubiegłego tygodnia, kiedy to Soshi Tozuki podczas uczty na zamku pana Sakano popisywał się, demonstrując skomplikowane kata w obecności samego Bayushi Shoju, głowy klanu, oraz jego żony, pięknej Kachiko. Soshi potknął się, upuszczając miecz. Otrzymał natychmiastowe pozwolenie na seppuku, które zresztą bezzwłocznie wykonał. Toshiro mu asystował.
Sakano był wściekły, szczególnie, gdy pan Shoju wyraził swą dezaprobatę co do poziomu wyszkolenia jego samurajów. Każdy wiedział, że Sakano jest skłonny zlecać swoim ludziom dokonanie ostatecznego samopoświęcenia z różnych, nie zawsze bardzo poważnych powodów. Jeśli komuś nie było śpieszno do honorowej śmierci i kolejnego wcielenia, musiał uważać.
Yukune stała koło lektyki, rozmawiając z Sakano. Po chwili poszła do przodu, dając znak pozostałym, by ruszać w dalszą drogę. Było gorące przedpołudnie, słońce świeciło wysoko nad ich głowami, ani śladu wiatru i chmur.
Toshiro nie usłyszał nawet strzały, która roztrzaskała mu czaszkę. Ostatnia jego myśl nie dotyczyła niczego wzniosłego, ale bolących, zmęczonych marszem stóp.
Rozległy się krzyki i dźwięki dobywanych mieczy. Tragarze przyspieszyli kroku na wyraźny rozkaz Yukune. Widząc ich przerażone twarze, zacisnęła dłoń na rękojeści miecza, co dało spodziewany skutek. Wszelkie myśli o ucieczce, jakie mogły zakiełkować w ich głowach, zniknęły jak ręką odjął. Tymczasem kolejne strzały posypały się spomiędzy drzew. Padło jeszcze dwóch bushi, kilku innych pobiegło w stronę, skąd strzelano. Rozległy się krzyki.
Napastnicy wybiegli z zarośli. Ledwo kilku, ale inni z pewnością wciąż pozostawali w ukryciu. W większości mieli tylko kije i chłopski oręż taki jak sai czy nunchaku. Nie stanowiliby prawdziwego zagrożenia, ale kilku z nich było samurajami uzbrojonymi w katany. Kilka bezpańskich psów, kilku roninów. To zmieniało sytuację, szczególnie, że jeden z nich zdawał się być prawdziwym mistrzem miecza. Ubrany w obszarpane kimono, posiadacz imponującegu zestawu blizn nie tracił czasu. Jeden z samurajów Sakano rzucił się na niego, licząc na to, że jego szybkość pozwoli mu zaatakować przed tamtym i miał rację… ale niewiele mu to pomogło. Rzeczywiście zaatakował szybciej, ale ronin wywinął mu się spod ostrza i uderzył nisko. Skorpion krzyknął krótko, nie zobaczył nawet, co dokładnie stało się z jego brzuchem. Ronin nie czekał. Ani przez chwilę nie stał w miejscu. Skierował się w stronę lektyki pana Sakano. W tym samym momencie jeden z tragarzy, trafiony strzałą w plecy, upadł, lektyka przewróciła się na bok, a z jej wnętrza dobiegł wściekły okrzyk Sakano.
Yukune z mieczem w ręku zastąpiła drogę roninowi. Kątem oka dostrzegła, jak z lasu wysypali się kolejni napastnicy. Oceniała sytuację. Samurajowie Sakano zastąpili im drogę, skupiła się więc na tym, kto w tej chwili stanowił bezpośrednie zagrożenie dla jej pana. Uniosła miecz.
Ronin zaczekał aż uderzy. Jej cięcie było szybkie, poszło na jego szyję, ale zderzyło się z jego ostrzem. Odskoczyła, spoglądając ukradkiem w stronę lektyki. Odsunęła się przed pionowym cięciem, równocześnie uderzając z obrotu, ale on znowu zdążył. Spojrzała mu w oczy i zobaczyła to, czego wolałaby nie widzieć. Spokój. Ani śladu zdenerwowania, może tylko udawał, ale to wystarczało, by pozbawić ją pewności siebie. Teraz zmienił pozycję, układając ostrze poziomo, na wysokości pasa, kierując je do tyłu. Yukune zobaczyła, że kolejny bushi pada przeszyty strzałą, zobaczyła, że dwaj kolejni napastnicy kierują się w jej stronę. Tragarze uciekli, a Sakano z trudem wydobywał się z lektyki. Błysnęło ostrze, coś w oczach ronina zdradziło go. Na ułamek sekundy przed ciosem wiedziała, że go zada. Ostrze jego katany uderzyło poziomo, po szerokim łuku, zderzyło się z jej klingą. Yukune obróciła się, odpowiedziała ciosem za cios, ronin cofnął się, ale za wolno, jego kimono naznaczyła krwawa pręga. Syknął cicho, niemal w tej samej chwili tnąc z dołu. Nie trafił. Ból płynący z rany musiał go zdekoncentrować, spowolnić jego ruchy. Nie uszło to uwagi samurai-ko.
Błysk ostrza.
Krew zbryzgała jej twarz.
Nim upadł, Yukune zwróciła się ku kolejnym przeciwnikom. Zobaczyła, że pan Sakano stoi obok lektyki i wyciąga ostrze z ciała jednego ze zbójców, zobaczyła, jak inny podnosi do strzału łuk. Celował w jej daimyo. Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, łucznik padł jak rażony gromem. Za jego plecami pojawił się ktoś jeszcze. Nieznajomy miał twarz pokrytą jakimś malowidłem lub tatuażem, związane w długą kitę włosy spadały mu na plecy. Miał na sobie brązowe, wytarte kimono, w obu dłoniach trzymał miecze.
Smok, pomyślała Yukune, to pewnie ronin, wcześniej członek klanu Smoka. Obcy wybiegł na drogę, dwóch kierujących się w stronę Yukune zbójów zatrzymało się w pół kroku. Potem zaczęli się cofać. Sakano zmierzył podejrzliwym spojrzeniem dziwnego przybysza, a Yukune, patrząc na niego, powiedziała:
– Sakano-sama. Ten człowiek uratował ci życie.
Pozostali zbójcy albo padli pod ostrzami samurajów pana Sakano, albo zniknęli pośród drzew.
– Kim jesteś? – spytał po chwili milczenia Sakano.
Wokół leżały rozrzucone ciała samurajów i napastników, pozostali przy życiu bushi zebrali się teraz przy swym daimyo. Przybysz milczał.
Yukune nie wytrzymała.
– Stoisz przed daimyo z rodu Shosuro, roninie, okaż należny szacunek!
Obcy ukłonił się i spokojnie odpowiedział.
– Jestem… – przez chwilę myślał nad tym, jak się przedstawić, w końcu rzekł – Yachizawa.

*

Wtedy po raz pierwszy widział Sanjinto. Miecz, który Sakano schował do saya, gdy z nim rozmawiał.
Nie zawiedziesz mnie, przyjacielu, myślał, patrząc na ostrze. Jeszcze nigdy mnie nie zawiodłeś.
Schował miecz na miejsce i znów spojrzał w stronę morza. Słońce skryło się za horyzontem. Wkrótce potem zapadły ciemności. Yachizawa odgarnął opadające na twarz kosmyki włosów i usiadł na ziemi. Sięgnął po leżący obok flet i, podniósłszy go, przyłożył do ust. Kiedy pierwsze dźwięki dobyły się z niego, myśli grającego były już daleko.

*

Widział przedtem wiele kobiet, ale Yukune wywoływała w nim odczucia, które były mu dotąd obce. Samo patrzenie na nią sprawiało mu niewypowiedzianą przyjemność. Próbował spojrzeć jej w oczy, ale one uciekały przed jego wzrokiem.
Zawsze.
Yukune nie lubiła tych spojrzeń, nikt wcześniej tak na nią nie patrzył. Nikt dotąd nie wytrzymywał jej spojrzenia, a teraz to ona musiała odwracać oczy. Dziwny jest ten ronin, myślała.
– Chcę to ukryć – powiedział Yachizawa, wskazując na tatuaż pokrywający jego twarz. – To zbyt jasno wskazuje na to, skąd przybywam. Wolałbym, by mnie nie rozpoznano.
Patrzył na rozciągające się poniżej pola uprawne. Taras, na którym stali, znajdował się na jednej z górnych kondygnacji zamku pana Sakano. Sam zamek zbudowano na wzgórzu. Składały się nań trzy bastiony, z których ten był najwyższy.
– Kto miałby cię rozpoznać? Obawiasz się kogoś?
– Nikogo się nie obawiam, ale oni mogą sprawiać kłopoty tym, w których towarzystwie przebywam.
– O kim mówisz, Yachizawa-san? – spytała, choć znała odpowiedź.
Ronin milczał.
Jak pan Sakano mógł przyjąć na służbę Ise Zumi, myślała Yukune. Jednego z tych wytatuowanych obłąkańców z górskich twierdz klanu Smoka. Nikt dokładnie nie wie, czego się po takich spodziewać.
– Chcę zapomnieć o tym, kim byłem – głos miał zimny, beznamiętny. – Muszę mieć nową twarz.
– Dobrze, Yachizawa-san, będziesz ją miał.
Spojrzał w jej kierunku. Ich oczy się spotkały.
Yukune nie była pewna, kto pierwszy je odwrócił.

*

Melodia płynęła nieprzerwanym potokiem dźwięków. Człowiek siedzący na brzegu morza, nie dbał o to, czy ktoś go słyszy. Muzyka była jego częścią, pożywieniem dla duszy, oczyszczeniem, którego potrzebował.
Czekał.
Świt miał przynieść rozstrzygnięcie pomiędzy ciemnością a światłem. Nie martwił się tym, grał. Myśli, wspomnienia płynęły. Ostatnie trzy dni tyle zmieniły albo przynajmniej wydawało się, że zmienią. Tymczasem znowu przyszła śmierć i wszystko zniszczyła.
O świcie przyjdzie raz jeszcze.
Po mnie albo po niego, myślał, kto wie? Ale teraz mam jeszcze tę noc, a będzie ona długa. Nie zmrużę oka bo przecież nie prześpię chwil, które mogą być ostatnimi.

*

Wioskę otaczał rów oraz pierścień drzew. Obie strony drogi przez nią wiodącej obsadzono wysokim żywopłotem. Zbudowane z drzewa cisowego i papieru domy były niemal identyczne, wyróżniało się tylko kilka niewątpliwie należących do bogatszych mieszkańców. Nie nastała jeszcze pora wzmożonych prac w polu, toteż podczas upału, jaki właśnie panował, chłopi szukali schronienia w cieniu licznych w całej wiosce drzew.
Na zalany słonecznym żarem plac wkroczył obcy. Zauważono go natychmiast. Co najmniej kilkanaście par oczu zatrzymało się na nim, po czym ich spojrzenia odprowadziły go w kierunku gospody.
Nosił szeroki stożkowaty kapelusz, pokryty misternie malowanym wzorem. Spod niego na ramiona przybysza spływały długie, czarne włosy sięgające niemal pasa. Za czerwonym obi tkwiły samurajskie miecze umieszczone w sposób charakterystyczny dla klanu Smoka, każdy przy innym boku. Fioletowe kimono, które nosił, wyglądało na wysłużone i stare. Obcy pochylał głowę lekko w przód, co uniemożliwiało dokładniejsze przyjrzenie się jego twarzy ukrytej w cieniu rzucanym przez szeroki kapelusz.
Po chwili zniknął w drzwiach gospody, a zaraz potem jeden z obserwujących go ludzi zszedł powoli z drewnianego pomostu. Nie był to chłop.
Doji Inashitsu miał dwadzieścia trzy lata, od dwóch lat pełnił funkcję yoriki w Taite. Swymi rozmiarami nie wzbudzał może respektu, ale jego szybkość była powszechnie znana. Wiedziano też, że odznaczył się w bitwie na Równinie Żurawia, kiedy to klan Lwa wdarł się na ziemie Żurawi, chcąc odzyskać utracone uprzednio na ich rzecz tereny. Inashitsu zabił wtedy jednego z oficerów armii Lwa, znanego szermierza, i wzbogacił się o dwie blizny. Jako yoriki cieszył się poważaniem, chłopi się go obawiali, wiedzieli jednak, że może ich ochronić. Bali się, gdyż był porywczy, za drobne uchybienie potrafił zabić. Uciekali więc przed jego spojrzeniem, padali na kolana, czekali aż pozwoli im odejść. Sądzili też, że nie ma on sobie równych w sztuce walki mieczem, co pozwalało im nie bać się innych, w tym właśnie przybyłego do wioski samuraja kryjącego się pod szerokim kapeluszem.
Kiedy Inashitsu wszedł do gospody, natychmiast rzuciło mu się w oczy, że siedzący na macie nieznajomy nie zostawił mieczy przy wejściu jak to było w zwyczaju. Mogło to oznaczać złe zamiary przybysza.
Na widok wchodzącego samuraja obcy nie zareagował w żaden widoczny sposób. Kapelusz leżał po jego lewej, obok fletu hichiriki, po prawej stronie leżały miecze. Inashitsu uspokoił się. Tak ułożonych mieczy nieznajomy nie zdołałby szybko wyjąć. Jeśli je tak położył, najwyraźniej nie zamierzał się nimi posłużyć i wyraźnie dawał to do zrozumienia.
Służąca podeszła do siedzącego samuraja i postawiła przed nim miskę z ryżem i gotowanymi warzywami. Inashitsu patrzył na twarz przybysza. Cała była pokryta białym makijażem. Żuraw spoglądał przez chwilę, po czym usiadł naprzeciwko nieznajomego. Służąca szybko wróciła z kolejną miską ryżu. Jedli w milczeniu, a gdy skończyli, Inashitsu odezwał się:
– Witamy w Taite. Jestem Doji Inashitsu, jestem tutaj yorikim.
Przybysz spojrzał mu w oczy.
– Yachizawa – powiedział cicho, a Inashitsu od razu zrozumiał, kim był przybysz. Nie podał nazwiska rodowego, musiał być roninem. Samuraj bez pana, pomyślał Żuraw. Lepiej, żeby szybko się stąd wyniósł, nim narobi kłopotów.
Zamienili kilka słów.
Inashitsu dowiedział się, że ronin przybył z zachodu, od strony ziem rodziny Suzume, nie zamierzał zostawać dłużej, niż kilka dni. Yoriki wyczuwał jednak niechęć bijącą od nieznajomego i skierowaną ku niemu. Obecność tego człowieka w Taite niepokoiła go.

*

Odłożył instrument i otworzył oczy. Spojrzał w niebo, na gwiazdy. Żuraw, pomyślał. Ten, który zabił Yukune, też był Żurawiem. To wspomnienie było świeże. Turniej w świątyni Onnotangu odbył się nie dalej jak miesiąc temu. Tamten Żuraw szybko zapłacił za swój czyn, ale to niewiele zmieniało. Yukune znienawidziła go, kiedy opuścił klan Skorpiona. Spotkali się potem na turnieju i wszystko się zmieniło, ale tylko na chwilę.
Cięcie miecza, pomyślał, jedno cięcie zmienia wszystko po raz kolejny. I nie ostatni.

C.D.N.
[niedozwolony link]
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Coś, co lubię najbardziej, czyli Japonia. Aż chce się komentować. Do tego tekst jest trochę starszy i widać, że jest sporo rzeczy, które trzeba by w nim dopracować. No to zaczynamy.

Zacznijmy od narracji. Czasem ciężko się połapać co się w tym tekście dzieje, ponieważ zmieniasz punkt widzenia. Nie wiadomo kto jest w danej historii najważniejszy oraz za kim podąża fabuła. Sprawia to, że tekst jest ciężki w odbiorze. Przykład: Najpierw opisujesz podróż z punktu widzenia daimyo Sakano, później samuraja Toshiro, a na koniec Yukune. Oczywiście, czasem warto jest "wejść do głowy" innych bohaterów, ale lepiej tego nie nadużywać, szczególnie jeśli ci bohaterowie wcale nie są dla fabuły ważni.

Sam tekst pozostawia wiele niewyjaśnionych faktów. Dlaczego Yachizawa zabił, przyłapanych na gorącym uczynku, kochanków? Pewnie to była zdrada, ale w tekście nie jest wspomniane, że zabita kobieta była jego żoną/narzeczoną/kochanką. Podobnie kiedy jego ojciec popełnia samobójstwo, nie jest to dosłownie powiedziane i czytelnik, szczególnie gdy nie zna japońskiej kultury, nie załapie o co chodzi. Zbyt wiele pozostawiasz domysłom.

Teraz Japonia. Trochę mi jej brakuje w Twoim tekście. Głównie można ją znaleźć w japońskich nazwach. Tutaj ważna uwaga, jeśli wprowadzasz terminy obcojęzyczne, uważaj aby czytelnik, który nie zna jeżyka, również wiedział o co chodzi.

"Podniósł z ziemi długi drewniany kształt, podwójny flet z trzciny zwany hichiriki." – to jest przykład dobrego opisu, wszyscy wiedzą, że hichiriki to trzcinowy flet.

"Padło jeszcze dwóch bushi, kilku innych pobiegło w stronę, skąd strzelano. Rozległy się krzyki." – słowo "bushi" nie zostało nigdy wcześniej wspomniane i czytelnik nie wie, że znaczy ono "wojownik". Mógłby to być, na przykład, "tragarz".

Jak wcześniej wspomniałem, brakuje mi Japoni, przede wszystkim japońskich obyczajów i samurajskiej filozofii. Wystarczyło opisać chociażby seppuku. Widać, że wiesz jak to wygląda, ale nie pokusiłeś się o porządny opis, a szkoda. Jak wspomniałeś o haiku, to dobrze jest, chociaż pobieżnie, powiedzieć, co to jest. Żeby nie ograniczało się to tylko do używania japońskich nazw, szczególnie jeśli nie wyjaśniasz, co znaczą.

Niestety, nie mam już sił na ocenę stylu, więc przejdę do podsumowania. Bardzo przeszkadzało mi to, że często nie wiedziałem co się stało, dlaczego i po co. Duża ilość imion do zapamiętania, liczne przeskoki w narracji, kilka niefortunnie ułożonych zdań oraz niewyjaśnionych wydarzeń sprawiały, że nie odbierałem tej historii płynnie. Byłoby jeszcze gorzej gdybym nie znał większości japońskich nazw. Chętnie przeczytałbym jakiś Twój nowy tekst powiązany z Japonią, bo jest to klimat, który uwielbiam.
Odpowiedz
#3
Może się kiedyś o taki pokuszę :)

Cytat:Dlaczego Yachizawa zabił, przyłapanych na gorącym uczynku, kochanków?

Ten kogo zabił to człowiek odpowiedzialny za śmierć jego ojca, a kobieta to... jakaś tam kobieta, która miała pecha być z nim tej nocy, tym samym stając się niewygodnym świadkiem. Fakt, warto wyraźniej zaznaczyć.

Cytat:Zacznijmy od narracji. Czasem ciężko się połapać co się w tym tekście dzieje, ponieważ zmieniasz punkt widzenia.

Sposób prowadzenia narracji rzeczywiście jest tu dość zakręcony, teraz bym tego w taki sposób nie napisał – fragment z napadem zapewne byłby w całości z perspektywy albo Sakano, albo Yukune.

Jestem też ciekaw, czy komuś uda się w ogóle ogarnąć chronologię i ułożyć to wszystko w odpowiedniej kolejności (bo, nie ukrywam, to dość karkołomne zadanie i faktycznie idzie się nieźle pogubić), ale do tego wrócimy, jak już będzie całość ;)

Jeszcze parę uwag o naturze tego opowiadania – tekst był pierwotnie napisany w zeszycie, w takiej kolejności jak widać i niewiele w trakcie pisania zostało wykreślone (późniejsze poprawki to głównie interpunkcja, stylistyka, jakieś kosmetyczne zmiany + lekka rozbudowa kilku fragmentów). Powstał on jako opis historii pewnego bohatera, którego to spotykali moi gracze na sesjach RPG i był pisany głównie z myślą o nich, a że oni terminologię japońską dobrze znali, nie było za bardzo potrzeby wyjaśniać co jest co i jak wygląda. To oczywiście nie zmienia faktu, że dla ogółu odbiorców będzie to stanowiło pewne utrudnienie i w związku z tym może być uważane za wadę.

Ostatni fragment ze wzmianką o turnieju to najwyraźniejsze nawiązanie do eRPGegowej sesji właśnie. Otóż na wspomnianym turnieju, jeden z bohaterów, samuraj z klanu żurawia, zabił w walce ową Yukune, po czym sam w finałowej walce zginął z ręki Yachizawy. Więcej tego rodzaju nawiązań raczej nie będzie.
[niedozwolony link]
Odpowiedz
#4
Część 2 z 2


Przyspieszył kroku, kierując się ku herbaciarni, usłyszał krzyk, pojedynczy, urwany krzyk. I już wiedział. Wiedział, co się stało. Shoji odsunęły się, zobaczył postać. Sylwetka samuraja chowającego miecz w saya. Inashitsu. Kiedy pierwszy raz ujrzał go w gospodzie, poczuł coś. Instynktownie poczuł, że znienawidzi tego człowieka. Teraz mógł sobie zarzucać, że tego nie przewidział, że nie zabrał jej stamtąd od razu. Żuraw musiał wypytać panią Suinoko o wszystko, a ona posłusznie odpowiadała. Musiała mu powiedzieć, że…

*

…przyszedł wieczorem. Zostawił miecze przy wejściu, powierzając je młodej gejszy imieniem Fujiko. Z głębi budynku dobiegały pojedyncze dźwięki Biwy. Uśmiechnął się. W duchu.
Fujiko wskazała mu drogę, rozsunął shoji i wszedł wolnym krokiem, zauważyła go, ale nie przerwała gry, gdy usiadł naprzeciwko niej na macie.
– Witaj, mam nadzieję, że teraz wyjawisz mi swe imię – mówiąc to, patrzył jej prosto w oczy. – Pani Suinoko uległa moim prośbom, dlatego tu jestem.
– Cieszę się, Yachizawa-san – spuściła oczy.
Oczy, które przypominały mu Yukune. Patrząc w nie, miał niemal wrażenie, że ją odzyskał. Od pierwszego wejrzenia, gdy po raz pierwszy przekroczył próg tej herbaciarni zeszłego wieczora, poczuł coś jakby ukłucie.
Pani Suinoko przedstawiła mu swoje dziewczęta. Były dwie, Fujiko i Onaki. I była jeszcze ona. Siedziała z boku, pobrzękując na biwie. Zapytał o nią i dowiedział się, że jest kochanką Inashitsu, a Żuraw życzy sobie, by była tylko dla niego. W jej twarzy widział Yukune. Nie zastanawiał się długo. Następnego dnia dał Suinoko swoje pieniądze, prawie wszystkie, i kobieta zgodziła się, choć nie przyszło jej to łatwo.
Teraz siedzieli naprzeciwko siebie, a ona wbijała wzrok w podłogę.
– Nazywaj mnie, jak chcesz – powiedziała. – Wkrótce będę tylko wspomnieniem, nie jest ważne, jak mam na imię.
Yukune, pomyślał, ale nie powiedział. Nie, ona nie żyje, a ta dziewczyna nią nie jest. Chcę wiedzieć, chcę ją poznać i to, jak ma na imię, nie jest bez znaczenia. Przeciwnie.
– Jest ważne. Możesz mi wierzyć.
– Satsumi – powiedziała cicho. Znowu się uśmiechnął, tym razem naprawdę.
Dziewczyna wstała i odprowadził ją wzrokiem. Potem rozejrzał się po pomieszczeniu. Wejście dla gości, fusuma, było niskie. Wchodząc, należało się bowiem pokłonić. Na podwyższeniu znajdowała się kompozycja z kwiatów, na środku pomieszczenia zagłębione palenisko. Podłoga była wyłożona matami.
Satsumi wróciła, niosąc pojemnik na wodę, potem postawiła na palenisku żelazny garnek, napełniła go i roznieciła ogień. Patrzył na nią przez cały czas, nie poruszając się wcale. Patrzył na czerwone kimono, na jej misternie ułożone czarne jak smoła włosy, twarz, oczy podkreślone przez makijaż, usta…
Dziewczyna przelała wodę za pomocą łyżki do naczynia, w którym znajdował się herbaciany proszek, a następnie zaczęła ubijać herbatę pędzelkiem chosen. Powstałą w wyniku tego pastę przełożyła do czarek i uzupełniła wodą.
Yachizawa przyjął od niej czarkę i przyłożył ją do ust, przez chwilę rozkoszował się smakiem, po czym odłożył naczynie na przygotowaną serwetkę. Rozpoznał ten smak. Jeden z najlepszych gatunków. Wiedział jednak, że niezależnie od tego, jakiej herbaty się użyje, jeśli nie włożyło się serca w ceremonię, nie osiągnie się zadowalających wyników.
Satsumi spojrzała tak, jakby chciała zapytać o rezultat swoich poczynań, a on lekko skinął głową. Wydawało mu się, że dostrzegł na jej twarzy coś na kształt uśmiechu, ale nie był tego pewny.
Dziewczyna wstała. Wzięła ze sobą biwę.
– Chodź ze mną, Yachizawa-san.
Wstał, ruszył za nią do sąsiedniego pomieszczenia, oświetlał je pojedynczy papierowy lampion, były tam dwie maty i szerokie posłanie. Usiadł na macie, ona zajęła miejsce naprzeciwko niego. Zaczęła grać, nucąc przy tym słowa starej piosenki. Zamknął oczy, wsłuchując się w dźwięki, w jej głos. Nie myślał już o niczym, słuchał, aż nagle przerwała. Nie otwierał oczu.
Usłyszał szelest jedwabiu.
– Yachizawa-san?
Jej głos wyrwał go z tego dziwnego stanu, otworzył oczy i zobaczył jej szeroko otwarte oczy, rozchylone usta i szczupłe, obnażone ciało. Teraz już nie widział Yukune, to nie była ona.
Satsumi.
Poczuł, że chce ją zatrzymać, zabrać ze sobą. Była jak obietnica wiecznego szczęścia na wyciągnięcie ręki. Nie wahał się, by sięgnąć. Nie wahał się ani przez chwilę.

*

Inashitsu zszedł z drewnianego pomostu, ruszył przez środek wioski w stronę swego domu. Yachizawa stał nieruchomo, patrząc w jego kierunku. Żuraw dostrzegł go i zatrzymał się. Na jego twarzy widać było z trudem skrywaną wściekłość. Ronin zbliżył się i wciąż wpatrując się w młodego samuraja, rzekł:
– Jedno cięcie miecza może zmienić całe życie. Zabijając nie tylko odbierasz życie temu, kogo zabijasz, czasem niszczysz też życie innych, a czasem swoje własne. Za szybko dobywasz broni, Żurawiu. Szczególnie, wobec bezbronnych.
Inashitsu milczał przez krótką chwilę, potem powiedział:
– O świcie na plaży, roninie. Jeśli tego chcą fortuny, będziemy walczyć. Na śmierć.
Yachizawa skinął głową.
– Iai?
– Jeśli się nie lękasz.
Yachizawa spojrzał mu w oczy, ale nie zobaczył zdenerwowania. Oczywiście, pomyślał. Szkoła pojedynku Iaijutsu, każdy Żuraw jest w tym szkolony, opanowali tę sztukę do tego stopnia, że używają tej techniki nawet w normalnej walce. Walczyłem już z Żurawiami, myślał ronin, liczą na szybkość. Szybkość, którą sztuka Iaijutsu potęguje. A z szybkości są znani, liczą na to do tego stopnia, że nie przykładają zbytniej wagi do obrony. Żuraw zawsze musi być szybszy. By przeżyć, musi uderzyć pierwszy, tak by przeciwnik nie miał już szansy odpowiedzieć. Tylko jeden klan, myślał Yachizawa, patrząc za odchodzącym Inashitsu, może się równać z Żurawiem, jeśli chodzi o szybkość. Klan Skorpiona. I tak się składa, że jeszcze kilka lat temu uczył się w ich szkole. Szkole rodziny Bayushi. Uczono tam szybkości, uczono tam Iaijutsu. Dlatego nie bał się tego Żurawia, nie bał się, ale nie lekceważył, będąc pewnym że i on nie zostanie zlekceważony.
Ruszył w stronę herbaciarni. Kiedy wchodził do środka, usłyszał płacz jednej z dziewczyn. Wszedł do pokoju, w którym pił herbatę z Satsumi. Zatrzymał się w progu i spojrzał na to, co spodziewał się zobaczyć.
Jej oczy, jej twarz. Zastygłe w wyrazie przerażenia. Już nie przypominała mu Yukune. Yukune zginęła w walce, na jej martwej twarzy Yachizawa widział wściekłość. Z tą samą wściekłością, szukającą drogi ujścia na zewnątrz, stanął do walki z tamtym Żurawiem, ale opanował to, uspokoił się.
I zabił go.
Tym razem było inaczej.
Satsumi zginęła przez niego. Z jego winy, za jego własne pieniądze. Dał jej nadzieję na inne życie, ona dała mu radość, wierzył w to, co jej mówił zeszłej nocy i ona także chciała wierzyć.

*

– Zabiorę cię stąd, Satsumi, zabiorę cię daleko stąd – mówił obejmując ją ramieniem.
– Ale pani Suinoko nie zgodzi się, nie pozwoli…
Spojrzał w jej oczy, myśląc, jak niewiele go obchodzi, co powie pani Suinoko, co powiedzą wszyscy. Nigdy go nie obchodziło, co mówią. Żył po swojemu.
– Nie bój się. Przyjdę do ciebie jutro, porozmawiam z panią Suinoko…
Na jej twarzy zobaczył nagłą zmianę, tak jakby przypomniała sobie o czymś. Zrozumiał natychmiast.
– Inashitsu – wiedział, że chodzi o niego – Żuraw. Jego się boisz, czy może… chodzi o coś więcej?
Spojrzała na niego i pokręciła przecząco głową.
– Boję się Inashitsu. Yachizawa-san, on cię zabije. Ciebie i mnie, jeśli się dowie… boję się.
Pomyślał, że zabił już wielu samurajów, dlaczego nie zabić jeszcze jednego? Nienawidził ich przecież. Tego, za co się uważali. Los sprawił, że on również był jednym z nich, ale nie był taki jak oni. Nigdy. Przekonali się o tym wcześniej liczni pechowcy, którzy stanęli mu na drodze, a między nimi…
Sanjinto. Myśli pognały w przeszłość.

*

Shosuro Sakano był wściekły. Nie znosił niesubordynacji, jego ludzie nigdy nie przejawiali takich tendencji. Wiedzieli, czym to grozi. Patrzył teraz na stojącego przed nim samuraja o długich, czarnych włosach spiętych z tyłu głowy. Jego twarz była biała jak mleko, kontrastowała z czarnymi włosami. Za nim stali czterej inni wojownicy.
– Nie wykonałeś rozkazu, co to ma znaczyć?
Jego głos był stanowczy, widać było, że Sakano nie znosi sprzeciwu. Wojownik nie poruszył się nawet, wciąż patrząc w oczy daimyo. Jeden ze stojących za nim samurajów postąpił krok do przodu, mówiąc:
– Na kolana, stoisz przed swoim panem.
Byli w komnacie Sakano, na najwyższej kondygnacji zamku Shidden. Oskarżony wojownik był bez broni. Zarzut dotyczył rozkazu Sakano, który daimyo wydał zeszłego dnia. Rozkazał mianowicie zabić dziesięciu mężczyzn z jednej z pobliskich wiosek. Miała to być kara za ukrywanie przez jej mieszkańców w tajemnicy części zbiorów, by zapłacić mniejszą daninę swemu panu. Gdy sprawa wyszła na jaw, Sakano postanowił potraktować wioskę z właściwą sobie surowością. Polecił kilku samurajom udać się na miejsce i wyciągnąć konsekwencje. Wśród wyznaczonych znalazł się jeden, któremu rozkaz najwyraźniej się nie spodobał i odmówił jego wykonania.
Dla samuraja powinnością najważniejszą jest być posłusznym rozkazom swego daimyo. Ten był jednak inny, dziwny. Sakano już wcześniej zastanawiał się, czy dobrze zrobił, przyjmując tego człowieka w poczet swoich samurajów. Ale ów ronin, uratował mu przecież życie.
I co z tego, pomyślał Sakano, patrząc na nieposłusznego wojownika ze swego podwyższenia. Okazał mu swoją wdzięczność, przyjmując go na służbę, wysłał go do szkoły Bayushi, gdzie szkolił się przez kolejne dwa lata. Yukune skwapliwie donosiła o wszystkich postępach, jakie czynił, a były naprawdę imponujące. Przez jakiś czas Sakano był bardzo zadowolony ze swego nowego samuraja, który uzyskał także uznanie pana Shoju podczas pokazów w Kyuden Bayushi, za co Sakano publicznie nagrodził go swoją pochwałą. Łącząc techniki szkoły Skorpiona i Smoka, Yachizawa stał się wyjątkowo skutecznym wojownikiem. Miał jednak jedną wadę. Był zbyt niezależny. Sakano starał się przez jakiś czas przymykać na to oko, ale teraz Yachizawa przesadził i mimo wszystkich wcześniejszych zasług, musiał za to zapłacić, a cena była wysoka.
Dobrze, że Yukune nie ma na zamku, myślał Sakano, jeszcze by stanęła w jego obronie i również ją należałoby ukarać. A teraz, kiedy wróci, będzie już po wszystkim. Jego głowa spadnie i wkrótce o nim zapomnimy. Yukune chyba kochała tego przybłędę, ale nie mogła się z tym zdradzić, to by ją zhańbiło. Sakano był ciekaw, jak zareaguje na wiadomość o jego śmierci.
– Powinienem kazać cię stracić, Yachizawa-san, ale biorąc pod uwagę twoje wcześniejsze zasługi, daję ci pozwolenie na seppuku. Chcesz coś powiedzieć?
Stojący przed Sakano wojownik wciąż patrzył mu w oczy. Czterej samurajowie stojący za nim po ostatnich słowach daimyo spojrzeli po sobie zaskoczeni jego łaskawością. Nagle milczący do tej pory wojownik przemówił:
– Nie skorzystam z twojego pozwolenia Sakano-sama. Gdybym w ogóle brał pod uwagę takie rozwiązanie, zrobiłbym to już dawno temu, a wtedy los nie postawiłby mnie na twojej drodze i ty również gryzłbyś już ziemię, czekając na nowe wcielenie – jego głos był spokojny, ale uważny słuchacz wychwyciłby w nim gniewną nutę. – Uważasz się za pana życia i śmierci, Sakano-sama, a czy wiesz, kiedy śmierć przyjdzie po ciebie? Może już nadchodzi?
Ani Sakano, ani jego ludzie nie spodziewali się tego, co się potem stało. W momencie, gdy daimyo miał właśnie dać wyraz swemu oburzeniu na tak bezczelną odpowiedź, Yachizawa skoczył w jego kierunku. Dopadłszy do Sakano, zdzielił go w brodę pięścią. Głowa daimyo odskoczyła do tyłu, a ronin prawą ręką wyszarpnął mu miecz z saya. Sakano upadł do tyłu, krzycząc głośno, podczas gdy jego ludzie dobyli broni.
– Zabić go!
Yachizawa odwrócił się w stronę atakujących go samurajów, błysnęły ostrza.
Skoczył, spadł na podłogę pomiędzy nimi, tnąc szeroko, mierząc w szyję stojącego najbliżej. Głowa samuraja potoczyła się po podłodze. Yachizawa uniknął ciosu drugiego, schylając się ciął go przez brzuch. Usłyszał krzyk ale nie patrzył już w jego stronę, dwóch pozostałych stanęło naprzeciwko niego, przyjęli pozycje. Yachizawa zatrzymał się. Sakano wstał, spojrzał w stronę swego byłego samuraja, teraz już ronina, który właśnie zabił jego dwóch ludzi.
– On ma mój miecz, odbierzcie mu go! Straż!
Był wściekły. Dobył wakizashi, krótkiego miecza, który mu pozostał, i ruszył w stronę Yachizawy, zachodząc go z lewej. Dwaj samuraje zaatakowali niemal jednocześnie. Yachizawa skoczył do przodu, między nimi. Nie trafili. Ronin zatrzymał się zaraz za ich plecami, z miecza spływała krew. Jeden z nich odwrócił się, drugi stał nieruchomo przez chwilę, potem osunął się na podłogę. Teraz ronin znalazł się tuż przy wyjściu, ale Sakano zastąpił mu drogę, nie chcąc go wypuścić. Yachizawa dopadł do niego szybkim susem, ciął w przelocie, daimyo krzyknął.
Ronin wybiegł z pomieszczenia.
Ostatni pozostały przy życiu z czterech samurajów zatrzymał się, patrząc na leżącego na podłodze Sakano trzymającego się za obciętą w przedramieniu rękę. Dłoń leżąca obok w kałuży krwi ściskała wakizashi.
– Na co czekasz? Za nim! – krzyknął Sakano.
Bushi posłuchał, wybiegł na korytarz, ronin już na niego czekał i rozpłatał mu gardło, nim ten zorientował się w sytuacji. Wyszarpnął mu zza obi wakizashi, po czym ruszył dalej. Za rogiem wpadł na samurajów Sakano stłoczonych w korytarzu. Ostrza katan i yari mierzyły ku niemu. Zakręcił mieczami i wpadł między nich, krew zbryzgała ściany i sufit, odcięte kończyny potoczyły się po podłodze, krzyki, świst ostrza, brzęk stali…

*

Sanjinto.
Tamtego dnia to wspaniałe ostrze zmieniło właściciela. Potem dowiedział się, że ta broń nosi w sobie zaklętego ducha, że jest nemuranai. Przez następne lata służyła mu bardzo dobrze.
Nie musisz się bać, myślał Yachizawa, trzymając w objęciach młodą gejszę. Jeśli ten Żuraw stanie mi na drodze, Sanjinto wypije jego krew.
Dzień później, patrząc na jej odciętą głowę, wiedział, jak bardzo się mylił, zapewniając, że nic jej nie grozi.
Wyszedł z herbaciarni, spojrzał na słońce, które wkrótce miało już zajść i skierował się nad brzeg morza. Szedł powoli. Nadchodząca noc była czasem na przygotowanie się do tego, co miało stać się o świcie.
Zabiję go, myślał, albo on zabije mnie. Tak czy inaczej cięcie miecza znowu odmieni czyjś los.
Kilka godzin później, gdy świt się już zbliżał, a podmuchy wiatru rozwiewały jego włosy, pojawiła się niejasna myśl, którą zaczął rozważać. Uświadomił sobie, że znowu wszystko utracił. Za każdym razem, gdy do tego dochodziło, wkrótce coś nowego zyskiwał… tylko po to, by znowu to utracić. Ojciec, potem matka. Rodzina go wyklęła, wędrował długo, aż znalazł nowy dom, nowe nazwisko i Yukune. A potem znów wszystko przepadło. Działo się tak ponieważ nie pasował do tego świata. Nie mógł się odnaleźć w miejscu, które mu przeznaczono. Każdy inny zrobiłby to, a jeśli nie, zakończyłby swe życie w sposób uważany za najbardziej honorowy.
Ale nie on.
Teraz, gdy ponownie odebrano mu to co miał, mimo że tylko przez krótką chwilę, pojawiło się pytanie: czy szukać dalej? Czy jest jakiś sens w tym wszystkim? Czy jest po co żyć w świecie, do którego nie potrafi się dopasować? Czy warto zabijać Inashitsu? Co to da? Może lepiej poczekać na cios Żurawia i odejść z honorem?
Myślał.
W końcu podniósł do ust hichiriki i zagrał raz jeszcze, a kiedy dźwięki popłynęły w dal, przestał się zastanawiać i podjął decyzję.
Świtało.

*

Kiedy Inashitsu nadszedł, Yachizawa stał na brzegu, wpatrując się w morze. Żuraw zatrzymał się kilka kroków od niego. Wiatr rozwiewał włosy ronina, jego pomalowana na biało twarz prześwitywała między czarnymi kosmykami.
Nie padło ani jedno słowo. Stali naprzeciwko siebie, a morska fala obmywała im stopy. Inashitsu miał na sobie białe kimono i błękitną hakamę. Patrzył w oczy ronina. Trwało to dłuższą chwilę, w końcu Żuraw zmienił pozycję, wysuwając do przodu stopę. Rękę położył na rękojeści katany. Yachizawa nie poruszył się. Oddychał powoli, miarowo. Żuraw usiłował wyczytać z jego twarzy cokolwiek, co pozwoliłoby mu domyślić się, kiedy zaatakuje. Ale twarz ronina była nieporuszona niczym głaz, a makijaż dodatkowo utrudniał dopatrzenie się w niej jakiejkolwiek wskazówki, jednocześnie nadając jej niemal demonicznego wyglądu.
Palce ronina dotknęły rękojeści. Delikatnie…
Uśmiechnął się lekko.
Żuraw nie wiedział, co to oznaczało, zmienił ułożenie ciała, zacisnął dłoń na rękojeści. Kropla potu na czole Inashitsu nie uszła uwadze ronina, który drgnął lekko, prowokując przeciwnika do ataku. Żuraw krzyknął, błyskawicznym ruchem dobył miecza, momentalnie wyprowadzając cięcie skierowane ukośnie, w górę. Miało przeciąć brzuch i klatkę piersiową przeciwnika. Przecięło tylko powietrze, gdy Yachizawa cofnął się o krok. Pojedynczy kosmyk jego czarnych włosów poleciał ku górze, rozsypał się w locie. Ostrze Żurawia było teraz wysoko, a dobyty z saya Sanjinto miał przed sobą wolną drogę. Yachizawa nie wydał z siebie dźwięku, gdy uderzał. Inashitsu obrócił się, starając się zejść ostrzu z drogi i prawie mu się udało.
Czerwień zakwitła na białym kimonie.
Stanęli znowu twarzą w twarz. W oczach Żurawia ronin zobaczył to, co chciał. Wściekłość. Przed oczami mignęła mu w ułamku sekundy twarz Satsumi. Teraz miał już wolną rękę, by skorzystać z wszystkiego, czego się nauczył. Iaijutsu nie wskazało zwycięzcy, a Żuraw nie wykorzystał swojej szansy. Nadeszła pora na to, czego uczyły szkoły Bayushi i Mirumoto. Yachizawa dobył wakizashi. Uniósł obie ręce, obszedł przeciwnika łukiem i poczuł chłodną wodę na stopach. Tamten wodził za nim spojrzeniem.
Ruszyli obydwaj.
Żuraw włożył wszystkie siły w pionowo idące cięcie, podczas gdy ostrza ronina zawirowały wokół niego w szalonym tańcu. Zabrzęczała stal, gdy klingi jednej i drugiej katany spotkały się.
Inashitsu jęknął, spojrzał w dół i ujrzał ostrze wakizashi zatopione głęboko w ciele, tuż poniżej jego własnego mostka. Wzrok samuraja spotkał się ze spojrzeniem ronina. Yachizawa zobaczył w jego oczach rozpacz.
Czy patrzyła na ciebie tak jak ty teraz patrzysz na mnie? Jednym cięciem odebrałeś jej życie, zabrałeś mi radość, a swoje życie zmarnowałeś. O tym myślał, ale nie wydał z siebie ani słowa.
Ostrze Sanjinto zatoczyło krąg, a głowa Inashitsu spadła na piasek, gdzie oblizała ją woda. Yachizawa wytarł miecze w kimono leżącego u jego stóp samuraja, po czym schował je, podniósł leżący na piasku hichiriki, nałożył kapelusz i wolnym krokiem ruszył brzegiem, kierując się na północ.
Z góry dobiegał krzyk mew.

KONIEC
[niedozwolony link]
Odpowiedz
#5
Sory, że tak późno.

(07-01-2015, 00:35)Vercenvard napisał(a): CZĘŚĆ 1 z 2

Melodia płynęła niezmąconym potokiem spokojnych dźwięków, (zbędny przecinek) ani przez chwilę nie zdradzając tego, co się działo w jego duszy. Oto znów był samotny, (zbędny przecinek) jak przedtem.

Było inne rozwiązanie, lecz on się na nie godził, choć wielu powiedziało by (powiedziałoby) mu, że jest najlepsze.

Wiedział, że myśląc w ten sposób (przecinek) różni się od większości.

Z jego oblicza, (zbędny przecinek) dało się wiele wyczytać, gdyż nie ukrywał uczuć zbyt skutecznie.

Patrzył przed siebie, (zbędny przecinek) tam, gdzie pośród wszystkich zebranych zasiadała kobieta, której towarzyszył chłopiec. Patrzył długo, a chłopiec patrzył na niego (przecinek) przygryzając wargi.

Chłopiec, (zbędny przecinek) tego jednak nie dostrzegał.

Nauczono go wiele, a że odznaczał się i w kenjutsu (przecinek) i w muzyce, jak również w innych sferach, wynagrodzono go, posyłając na nauki do szkoły Mirumoto.

Odjął hichiriki od ust i złożywszy go na ziemi (przecinek) wstał, w ręku trzymając tkwiący w saya miecz.

Sakano był wściekły, szczególnie, (zbędny przecinek) gdy pan Shoju wyraził swą dezaprobatę co do poziomu wyszkolenia jego samurajów.

To zmieniało sytuację, szczególnie, (zbędny przecinek) że jeden z nich zdawał się być prawdziwym mistrzem miecza. Ubrany w obszarpane kimono, posiadacz imponującegu (imponującego) zestawu blizn nie tracił czasu.

Ronin zaczekał (przecinek) aż uderzy.

Człowiek siedzący na brzegu morza, (zbędny przecinek) nie dbał o to, czy ktoś go słyszy.

Nie zmrużę oka (przecinek) bo przecież nie prześpię chwil, które mogą być ostatnimi.

Uciekali więc przed jego spojrzeniem, padali na kolana, czekali (przecinek) aż pozwoli im odejść.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#6
(09-01-2015, 08:20)Vercenvard napisał(a): Część 2 z 2

– Cieszę się, Yachizawa-san (kropka i dalej dużą literą) – spuściła oczy.

Jej głos wyrwał go z tego dziwnego stanu, otworzył oczy i zobaczył jej szeroko otwarte oczy, (powtórzenie) rozchylone usta i szczupłe, obnażone ciało.

Zabijając (przecinek) nie tylko odbierasz życie temu, kogo zabijasz, czasem niszczysz też życie innych, a czasem swoje własne. Za szybko dobywasz broni, Żurawiu. Szczególnie, (zbędny przecinek) wobec bezbronnych.

Dlatego nie bał się tego Żurawia, nie bał się, ale nie lekceważył, będąc pewnym (przecinek) że i on nie zostanie zlekceważony.

Dał jej nadzieję na inne życie, ona dała mu radość, wierzył w to, co jej mówił zeszłej nocy (przecinek) i ona także chciała wierzyć.

– Zabiorę cię stąd, Satsumi, zabiorę cię daleko stąd – mówił (przecinek) obejmując ją ramieniem.

Ale ów ronin, (zbędny przecinek) uratował mu przecież życie.

Sakano starał się przez jakiś czas przymykać na to oko, ale teraz Yachizawa przesadził i mimo wszystkich wcześniejszych zasług, (zbędny przecinek) musiał za to zapłacić, a cena była wysoka.

Nie skorzystam z twojego pozwolenia (przecinek) Sakano-sama.

Yachizawa uniknął ciosu drugiego, schylając się (przecinek) ciął go przez brzuch. Usłyszał krzyk (przecinek) ale nie patrzył już w jego stronę, dwóch pozostałych stanęło naprzeciwko niego, przyjęli pozycje.

Wyszedł z herbaciarni, spojrzał na słońce, które wkrótce miało już zajść (przecinek) i skierował się nad brzeg morza.

Działo się tak (przecinek) ponieważ nie pasował do tego świata.

Teraz, gdy ponownie odebrano mu to (przecinek) co miał, mimo że tylko przez krótką chwilę, pojawiło się pytanie: czy szukać dalej?

Czy patrzyła na ciebie tak (przecinek – tutaj albo przed 'tak') jak ty teraz patrzysz na mnie?
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Przeczytane, czas na wrażenia.

Opowiadanie warsztatowo jest dobre, bardzo ciekawy sposób narracji alla Tarantino, napisane przejrzyście i zachowujące spójność mimo sposobu narracji.
A teraz przejdźmy do oceny treści.

Plusy:
– główny bohater jest wyrazisty, mimo różnicy kultur można mu współczuć i się z nim identyfikować, łatwo się do niego przyzwyczaić.
– Opisy walk wyglądają bardzo dobrze, i przypominają mi trochę "Siedmiu Samurajów" Akiry Kurosawy krótkie brutalne starcia zamiast długich pojedynków znanych z fantasy.
– Historia przedstawiona wciąga opowiadanie nie tyle się czyta co pochłania jak pijak kolejną butelkę sake, świetny motyw drogi.
– Słownictwo jest fachowe nie czytam ciągle "machnął kataną tam czy tu" każda broń jest nazwana, co więcej zadbałeś nawet o to by wieśniacy byli uzbrojeni zgodnie z realiami zamiast jakichś kłonic czy maczug
– Nawiązania do kultury orientu, opisanie ceremonii picia herbaty, choć pewnie nie całej.

Minusy:

– Fachowe słownictwo. Jest to i plus i minus jednocześnie ponieważ kultura kraju kwitnącej wiśni jest nad Wisłą wciąż bardzo słabo znana i nie wszyscy wiedzą co to np sai czy kim jest Dayamo. Oczywiście zawsze można sprawdzić w Google lub kogoś zapytać, ale dobrze by było umieścić pod tekstem jakiś mały słowniczek wyrazów trudnych.
– Opisy. Są u ciebie bardzo skromne, a szkoda gdyż Japonia ma w sobie wiele uroku i opisanie choćby krótkie jej przyrody, krajobrazów czy architektury pogłębiłoby immersję.

– Brak informacji o śmierci Yukune. Znaczy, owszem napisałeś, że zginęła ale jest to tylko krótka wzmianka która prawdę mówiąc rodzi więcej pytań niż odpowiedzi. Później zauważyłem w komentarzu twoje wyjaśnienie jej losów, ale po pierwsze jest to spoiler, a ja ich nie lubię. Po drugie taka informacja powinna znaleźć się w tekście, nie poza nim, zwłaszcza, że tekst traktuję jak zamkniętą całość i gdybym przeczytał to nie na forum, a na kartach książki to owej informacji w żaden sposób nie mógł bym uzyskać.

Podsumowując mimo tych kilku drobnych zgrzytów, czytając twoje opowiadanie bawiłem się świetnie i chętnie przeczytał bym coś więcej w podobnych klimatach.
Eorth znajduje się w tym miejscu gdzie śpią wszystkie smoki
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości