Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantastyka Pokorny sługa
#1
Mój pierwszy, i mam nadzieję, że nie ostatni, tekst, który wrzucę na forum. Bardzo chętnie wysłucham wszelkich opinii, komentarzy, wrażeń, spostrzeżeń itp. Byłoby miło gdyby były one szczere. Z góry przepraszam jeśli tekst jest nieodpowiednio sformatowany, nigdy moich tekstów nie wystawiałem na widok publiczny i nie wiem jak to się robi. W każdym razie życzę powodzenia (w dotarciu do końca).


Pokorny sługa

Świt. Pierwsze promienie wschodzącego słońca przebiły się przez mętne szkło okien i padły na twarz Billa Forewella, proboszcza w małym miasteczku Ness. Przebudzony mężczyzna wstał i rozpoczął od codziennej rutyny. Najpierw twardy, wytarty klęcznik, oprawiona w czarną, miękką skórę Biblia i psałterz. Czytając słowa Boga, myślał o czekającym go dniu, o każdej jego owcy, dla której był pasterzem. Rozmyślał o ich codziennych zmaganiach i prosił Boga w ich intencji.
Gdy skończył trening ducha, przyszedł czas na trening ciała. Chociaż Bill miał już 47 lat wciąż utrzymywał zadziwiającą kondycję i sprawność fizyczną. Był również potężnym człowiekiem, co kontrastowało z jego jasnobłękitnymi oczyma, miękkim spokojnym głosem i dobrodusznym usposobieniem. Dla niego siła była darem Boga, która nie służyła mu do przemocy i naginania ludzi do swej woli, lecz do pomocy, rozstrzygania sporów i pracy.
Na koniec ksiądz umył się w zimnej wodzie, ogolił i ubrał się, zarzucając na wierzch sutannę. Dopiero wtedy udał się na pierwszą w tym dniu mszę. W tym samym czasie troskliwe matki budziły swoje pociechy i przygotowywały im śniadanie, a zaspani ojcowie wychodzili do pracy. Zaczynał się dzień Boży.

— Bóg oddał wam w posiadanie talenty, które winniście pomnażać. Każdy według tego, co otrzymał. A jeśliby któryś z was pomyślał: nie będę pomnażał tego, co mi mój Bóg ofiarował, niech pamięta, że jesteśmy tylko dzierżawcami na roli Pana. Kiedy nadejdą żniwa, wezwie gospodarz swoich najemników i spyta się, co mają mu do ofiarowania. A biada tym, którzy przyniosą tyle samo ziaren, ile dostali. Wnet zostaną wyrzuceni na zewnątrz, w ciemność, gdzie będzie tylko płacz i zgrzytanie zębów.
Znaczącą pauzą ksiądz zakończył kazanie i rozejrzał się po obecnych w kościele. Chociaż pracował w tej parafii już od piętnaście lat, nigdy nie mógł się przyzwyczaić do tej namacalnej wręcz ciszy, która zawsze zapadała po ostatnich słowach homilii. Oczy wszystkich zebranych ludzi, a kościół wypełniony był po brzegi, skierowane były na ambonę, jakby każde słowo, które wypowiadał było obietnicą wody dla spragnionych wędrowców. Prawdopodobnie, duży wpływ wywarła na nich praca jego poprzednika. Douglas Pellack był wspaniale zapowiadającym się duchownym. Będąc skromnym ascetą łączył w sobie cechy przywódcze, prostolinijność oraz umiejętność tłumaczenia najbardziej skomplikowanych problemów prosto i zrozumiale. Niestety, zmarł w tragicznym wypadku, dokładnie 15 lat wcześniej. Właśnie ta msza odprawiana była w jego intencji.
Wciąż myślał o swym poprzedniku, gdy wychodził z kościoła, by udać się nawiedzić chorych. Nie zatrzymał się, jak zwykle, w piekarni na rogu po to, aby kupić dla siebie makowego rogalika, lecz skierował się ku miejskiemu skwerowi. Potrzebował pomyśleć, co przychodziło mu najlepiej podczas spaceru.
Nagle zatrzymał się jak wryty. Przed nim rosło drzewo tak chore i uschnięte, że zakrawało na cud, że się jeszcze nie przewróciło. Wydawało się zgarbione pod ciężarem lat, krzywe konary wyrastały z jego pnia jak długie palce starca, a zamiast ulistnionej korony straszyło nagimi kikutami. Zaskakujące było to, że jeszcze kilka dni temu mógłby przysiąc, że rósł w tym miejscu zdrowy, silny dąb. Jednak nie był to koniec niespodzianek, po chwili roślina się poruszyła. Najpierw gałęzie, a potem całe drzewo pochyliło się w jego stronę. Stał zahipnotyzowany, zaskoczenie zupełnie odebrało mu możliwość ruchu. Nagle poczuł szorstki dotyk na skórze, chwilę potem żelazny uścisk zacisnął się na jego nadgarstku. Chciał krzyknąć lecz kolejna gałąź zatkała mu usta. Zanim się spostrzegł, tonął w plątaninie żywych pnączy, które z potworną mocą przyciągnęły go do siebie. Zobaczył przed sobą czarną plamę opuszczonej dziupli, która nabrała wyglądu rozwartej paszczy. Zaczął wierzgać z całej siły, by uwolnić się z pułapki, jednak gdy jedna z gałęzi uderzyła go w głowę, stracił przytomność.
Gdy się obudził, leżał w pobliskich krzakach, a przed nim stał wysoki, barczysty mężczyzna. Miał księżycową, pozbawioną zmarszczek skórę i odziany był nieskazitelnie białym uniformem, który prostotą kroju upodabniał się do stroju płetwonurka. Istota patrzyła milcząco na niego swoimi błękitnymi oczyma, jakby czekając na rozpoczęcie rozmowy.
—Yhm.. co się właściwie stało? — wykrztusił, mając nadzieję, że odpowiedź nie przerazi go aż tak bardzo. Nie doczekał się jej więc spytał – Kim jesteś?
— Jestem Arden — odpowiedział lakonicznie. — Uratowałem cię.
— Uhm.. dzięki. Co tu się stało? O co chodziło z tym drzewem?
— Nie mogę powiedzieć, ale jeszcze się spotkamy. Wtedy się dowiesz. Muszę iść.
Zaraz potem przybysz odwrócił się i zniknął. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Za to do uszu Billa dotarł tupot zbliżających się stóp i głośne oddechy biegnących. Po chwili na ścieżce pojawił się Jack, właściciel piekarni .
— Nic się księdzu nie stało? — wysapał piekarz, chwytając się za kolana. – Usłyszałem krzyk i od razu pobiegłem na pomoc. Może podwieźć księdza do szpitala? — dodał, ujrzawszy krew na skroni duchownego.
Krzyk? Nawet nie pamiętał kiedy krzyknął. Ten dzień już i tak jest pełen niespodzianek, ruszające się drzewa, dziwaczni przybysze, a do tego nagłe zaniki pamięci.
— Nie, nic wielkiego, najadłem się tylko strachu. Czuję się całkiem dobrze, myślę, że zwykły opatrunek wystarczy. Mógłbym tylko użyć twojej apteczki? Chętnie też poczęstuję się jednym z twoich przepysznych rogalików. Może znajdzie się też kubek herbaty z rumem, co, John? Przyda się coś, co postawi mnie na nogi.
Jednak, chociaż starał się tego nie okazywać, był niespokojny. Zbyt wiele rzeczy, których nie rozumiał, zdarzyło się w tak krótkim czasie, a jedyną osoba mogącą cokolwiek wytłumaczyć był jego małomówny oraz bardzo tajemniczy wybawca, który niestety zniknął. Kiedy w towarzystwie Jacka udał się do piekarni, naszła go niespodziewana myśl. Czy jego poprzednik również przeżywał takie przygody?
Wspomnienie o nietypowym zdarzeniu nie dawała mu spokoju przez kolejne dni. Podczas codziennej modlitwy na przemian dziękował Bogu za niespodziewaną pomoc oraz prosił Go o wytłumaczenie. Szczególnie martwiło go zapewnienie przybysza, że jeszcze się kiedyś spotkają. Czuł się przez to dziwnie, jakby jego wybawca pochodził z innego wymiaru, w którym czas jest tylko narzędziem, a przyczyna i skutek są od siebie nieodróżnialne, w którym w końcu znane jest przeznaczenie każdej, najdrobniejszej istoty. Jednak dni minęły, a powtórne spotkanie nie nadchodziło. Życiem księdza znów zaczęła rządzić rutyna, coraz mniej czasu potrzebował na zaśnięcie. Coraz rzadziej zdarzało mu się w tłumie ludzi ujrzeć jasną sylwetkę, która okazywała się być zwykłym mirażem.

Aż któregoś dnia ksiądz otrzymał wezwanie od jednej z jego parafianek. Stara kobieta nagle podupadła na zdrowiu, trzeba było udzielić jej sakramentu. Wsiadł więc do swojego starego mercedesa i skierował się na drogę stanową nr 42, główną ulicę prowadzącą na autostradę.
Szosa prowadziła przez gęsty las, który okalał miasteczko ze wszystkich stron. Jezdnia była sucha, szeroka i dobrze utrzymana. Nie było też na niej wielu zakrętów. Bill nie przejmował się więc tym, że samochód jechał szybciej niż dozwalały przepisy. Zwykle traktował znaki drogowe przede wszystkim jak wskazówki. Zwykł mówić, że czas poświęcony na podróż jest dla Boga czasem straconym.
Jednak gdy zbliżał się do jednego z ostrzejszych zakrętów i nacisnął hamulec, poczuł zupełny brak oporu. Samochód nie zwolnił! Nie tracąc zimnej krwi, próbował mimo wszystko wejść w zakręt, jednak stracił panowanie nad pojazdem. Samochód wybił barierkę. Wkrótce dojechał do linii drzew i rozbił się na jednym z nich. Po chwili Billowi udało się wyczołgać z dymiącego wehikułu. Rozbity łuk brwiowy, złamane żebro, może wstrząs mózgu. W sumie nic wielkiego. No i przede wszystkim widok białej, wysokiej postaci tuż przed nim.
— Dzień dobry, Ardenie. Widocznie masz pecha znowu widzieć mnie w opłakanym stanie. Niech zgadnę, znów mnie uratowałeś?
— Nie do końca. Chciałbym cię uratować. Oni wciąż cię ścigają. Chodź ze mną.
— Kto mnie ściga? Kim są oni? Dlaczego mnie ścigają?
— Nienawidzą ludzi i chcą się ich pozbyć. Ja cię uratuję, choć ze mną.
— Dlaczego nie chcesz mi nic powiedzieć! — frustracja oraz niedawny zastrzyk adrenaliny spowodowały wybuch duchownego – Ktoś chce mnie zabić, a Ty nie chcesz mi powiedzieć kto! I niby dokąd mam z Tobą pójść?! Może mam zostawić moich parafian i uciec z tobą na Majorkę, gdzie nie znajdą mnie ruchome drzewa , które znają się na mechanice samochodowej?!
— Tak musi być. Chodź ze mną.
Z tymi słowy Arden wyciągnął ręce w stronę swego rozmówcy. Lecz Bill nie miał zamiaru czekać bezczynnie. Pomimo obrażeń poderwał się do sprintu. Nie oglądał się za siebie, wystarczał mu szelest deptanych liści, świadczący o pogoni. Jednak szosa była niedaleko. Ksiądz wybiegł jak szalony na jezdnię i machając rękami zatrzymał przejeżdżający samochód. Kierowcą okazał się Stewart, pracownik jedynego w mieście sklepu z narzędziami. Gdy zobaczył, w jakim stanie jest Bill, z ochotą zgodził się podwieźć go do miasta. Kiedy pojazd oddalał się od miejsca wypadku, błękitne oczy duchownego lustrowały skraj lasu, jednak nikogo tam nie wypatrzyły.

— Ardenie, twoja misja musi zakończyć się sukcesem. Jesteś jedynym, któremu może się udać. Wyślemy cię, jednak musisz sobie dać radę sam. Nie zdobędziemy tyle energii by dorzucić ci wsparcie. Wiem, że oni też będą próbować, nie pozwól im. On jest nasz, jest człowiekiem, tak jak my. Na szczęście masz przewagę. Obcy nie mogą się nikomu pokazać w swojej prawdziwej postaci. Niestety nie wiemy, na co stać ich technologię, uważaj więc.
— Dlaczego on? W tamtych czasach jest nas co najmniej sześć miliardów, dlaczego to musi być on?
— Każdy człowiek jest kluczem, który otwiera inny zamek. Tego jednego szukaliśmy naprawdę długo. Chociaż z pozoru nie wyróżnia się niczym szczególnym, jego DNA potrafi pokonać wirusa. Twoi poprzednicy zawiedli, on jest naszą ostatnią szansą. Jeżeli ci się nie uda, jeśli Obcy cię wyprzedzą, prędzej czy później zginiemy. Jeśli... Powiem tak. Bez antidotum przetrwamy jeszcze góra 5—6 miesięcy. Nawet jeśli mógłbyś, to nie będziesz miał do czego wracać.
— Ale dlaczego w ten sposób? Czy muszę używać siły? Czy on nie będzie chciał uratować swoich potomków?
— To nie jest takie łatwe. Nikt chętnie nie pójdzie na śmierć, nawet mając świadomość, jak wielu ludzi ratuje. Musimy mieć pewność, że Obcy go nie przechwycą. Mówimy tu o przetrwaniu rasy ludzkiej. Jeśli będzie stawiał jakikolwiek opór, musisz użyć siły. To twój obowiązek.


W ten sposób wszystko się zaczęło. A wszystko zakończy się tak. Za pięć minut skończy się msza. Po wyjściu z kościoła Bill Forewell pójdzie do sierocińca. Przechodząc ulicą nagle poczuje zapach dymu oraz usłyszy wołanie o pomoc. Nie myśląc wiele wbiegnie schodami na górę, a gdy wejdzie do pokoju dostanie solidnie w łeb. Później uduszę go, podczepię do mojego pasa niewidzialności i zaciągnę do lasu, gdzie włożę go do kapsuły czasu. Tysiące lat później ziemscy naukowcy odnajdą jego zakonserwowane ciało, wytworzą z jego DNA szczepionkę i uratują ludzkość. Później wymyślą jakąś śmiercionośną broń i zniszczą obcych, którzy próbowali zakończyć ludzką rasę.

— Jesteśmy z ciebie tacy dumni, Ardenie. — Łzy matki jak zwykle bolały najbardziej. Prawie tak samo bolało ramię, uchwycone w jej żelaznym uścisku.
— Tak, to jest wielki honor dla całej naszej rodziny. — Ojciec był już spokojniejszy, chociaż można było w nim wyczuć delikatne oznaki zdenerwowania: sztywność kończyn, małomówność, niespokojność oczu. — Na pewno dasz sobie radę, synu.
Jeszcze kilka minut uścisków i pożegnań, później ciągnąca się w nieskończona droga w stronę zakrzywiacza czasoprzestrzeni. Przez cisnące się do oczu łzy nie był w stanie wyraźnie zobaczyć zebranych dookoła ludzi, jednak wydawało się, że wszyscy przyszli go pożegnać, wszyscy, którzy do tej pory przetrwali epidemię. Prawie sześć tysięcy mężczyzn, kobiet, dzieci. Jeżeli mu się uda, może odzyskają swoich bliskich. Czuł, że wszyscy w niego wierzą. Szedł jak przez mgłę. Po chwili pochwycili go ludzie w nieskazitelnie białych fartuchach i delikatnie położyli go w komorze czasoprzestrzennej. Ostatnie spojrzenie na jego stary świat pełne było światła i rozmazanych kolorów. Zaraz potem wszystko pochłonęła ciemność.


Bill wyszedł z kościoła w niezbyt dobrym humorze. Ostatnia przygoda naprawdę go poruszyła, zaczął bać się o swoje życie. Coraz częściej oglądał się za siebie i z przerażeniem stwierdził, że chyba ktoś go śledzi. Może to tylko myśli paranoika, jednak nie dawało mu to spokoju. Pierwszy raz w życiu modlitwa nie uspokoiła go. Nie spał dobrze, chodził wciąż zmęczony i przygarbiony. Nawet myśl o sierotach, które jak co tydzień czekają na niego, przyciskając swoje małe, zadarte noski do szyb i wypatrując go, nie była w stanie polepszyć mu humoru. I gdy szedł tak ze spuszczoną głową, poczuł dym, a po chwili usłyszał wołanie na ratunek. Szybko zlokalizował jego źródło, z okna pobliskiej kamienicy wydobywała się czarna chmura. Ile sił w nogach pobiegł na pomoc, skacząc po cztery schodki naraz wbiegł na piętro, i gdy wpadł do podpalonego pokoju poczuł przeszywający ból i stracił przytomność.
Arden uśmiechnął się triumfalnie. Udało mu się. Uratował ludzką rasę. Do oczu popłynęły łzy ulgi. Pochylił się tylko, żeby sprawdzić, czy puls jeszcze bije. Żył jeszcze, trzeba będzie go dobić, zanim podłączy go do swojego pasa. Przeciągnął bezwładne ciało księdza na środek pokoju, gdzie czekał przygotowany już wcześniej miedziany kabel. Lecz gdy zacisnął go na szyi Billa, poczuł nagłe szarpnięcie i usłyszał głośny huk. Z dziury w jego piersi trysnęła krew, stracił siłę w nogach i padł na ziemię, tuż obok swojej ofiary. Tam, na pokrytej brudem podłodze opuszczonej kamienicy, celny strzał z łowieckiej strzelby odebrał mu życie, a wraz z nim ostatnią nadzieję rasy ludzkiej na przetrwanie.

Ciemność. Teraz dopiero zdał sobie sprawę z pewnego faktu. Zaraz zostanie podzielony na najmniejsze możliwe cząsteczki, a później z tych części, jak z jakiś mikroskopijnych puzzli, złoży się z powrotem. Jakie to uczucie? To trochę jakbym był po raz drugi narodzony. Albo, co trafniejsze, stworzony. Czy ludzie nie stali się równi Bogu? Jeżeli tak, to właśnie mam w rękach życie Boga. Mogę być jego Zbawicielem. Przytłaczająca myśl. Nie mogę dać wygrać tym kosmitom. Nagły błysk światła- to już czas.

Gdy Bill otworzył oczy zobaczył przed sobą zatroskaną twarz burmistrza Ness, Stephena.
— Proszę księdza, czy ksiądz mnie słyszy?
— Tak, słyszę. — Wciąż znajdowali się w kamienicy, obok leżało zakrwawione ciało Ardena, jego niedoszłego mordercy. Głowa bolała go jak diabli, ale powoli odzyskiwał możliwość koncentracji i ostrość widzenia. — Co tutaj robisz Stev? Co tu się w ogóle dzieje?
—Zaraz ci wytłumaczę, usiądź tylko wygodnie. Będę szczery, śledziliśmy cię.
—Wy jako kto? — To wszystko nie mieściło mu się w głowie.
—My jako parafianie. Śledziliśmy cię, bo baliśmy się, że oni – tutaj wskazał na leżące obok ciało Ardena — chcą cię dopaść. Tak, jak chcieli dorwać Douglasa, świeć panie nad jego duszą. Gdy tylko twój poprzednik zorientował się, że ktoś próbuje go dorwać, poprosił nas o pomoc. Choć nie od razu mu uwierzyliśmy, jego opowieści były niewiarygodne. Oni czasem przyjmują postać bladych humanoidów, czasem są podobni do roślin lub zwierząt, umieją także być niewidzialni. Niestety, nie udało nam się go uratować. Z tobą poszło lepiej. Całe szczęście, że Cris, który mieszka naprzeciwko, jest wielkim fanem polowań. — Powtórnie wskazał na leżące obok ciało.
—Jak długo mnie śledzicie?
—Pobieżnie od samego początku. Zawsze staraliśmy się wiedzieć gdzie jesteś. Jednak od czasu gdy John znalazł cię w parku wzmogliśmy czujność. I mieliśmy rację. Oni nie przestaną, dopadną cię jak Douglasa. Możemy cię ukryć. Byłeś dobrym kapłanem, uczyłeś nas jak wiele radości może dać nam spotkanie z Bogiem. Przynosiłeś nadzieję tam, gdzie sami nie mogliśmy jej znaleźć.. Wzmacniałeś naszą wiarę, gdy zdarzyło nam się zwątpić. Chociaż tyle możemy dla ciebie zrobić.
— Nie. — Na myśl o wierności swych parafian łzy popłynęły Billowi do oczu. — Nie opuszczę was. Nie mogę uciekać przed złem, gdy tylko je spotkam. Nie porzucę owiec, które Bóg dał mi w swoją opiekę. Jeśli będzie trzeba, oddam za was swoje życie. Myślę, że tego chce ode mnie Bóg.
— Jest ksiądz pewien, że chce narazić swoje życie?
— Tak, jestem pewien. Ono nie należy do mnie. Chciałbym, gdy już spotkam się ze Stwórcą, móc mu powiedzieć, że zrobiłem z niego użytek najlepszy z możliwych.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Cytat:zarzucając na wierzch księżą sutannę

Niepotrzebne. Gdybyśmy wcześniej nie wiedzieli, kim on jest, ten fakt byłby istotny. Jednak w tej sytuacji prowadzi do przesytu opisu.

Cytat:...zdrowy, silny...; ...twardy, wytarty...; ...czarną, miękką...

Za dużo tych podwójnych opisów. Nie jest to może błędne, ale nie pasuje mi takie zdublowane opisanie przedmiotów.
Cytat:Chciał krzyknąć, lecz kolejna gałąź zatkała mu usta

Niepotrzebny przecinek.

Cytat:Jednak, chociaż starał się tego nie okazywać, jego myślami władał niepokój.

Przekombinowane. Ja również bardzo często wpadam w tą manierę, by opisać wszystko ładnymi słówkami. Jednak przesyt tych poetyzmów robi z tekstu papkę. Wystarczy zywkłe "był niespokojny".

Cytat:Dawało to poczucie wszechmocy

Te zdanie jest tak ulokowane, że pierwsza myśl to właśnie wszechmoc należy do księdza, nie do tajemniczego przybysza.

Cytat:optycznym mirażem.

Masło maślane.

Cytat:Samochód dość często przekraczał więc dozwoloną prędkość

Niezgrabne to trochę, jednak to ksiądz jako istota nadrzędna w tej parze przekraczał prędkość, a samochód spełniał jego wolę.

Hehć, jak ja bym chciał powiedzieć do policjantów że to samochód przekroczył prędkość, nie ja :P.


Choć zdarzeń w teście jest na kopy, to opowiadanie nie ma akcji. W ciągu tak krótkiego tekstu zawarłeś akcję, która powinna być rozłożona na wiele, wiele stron. Zdarzenie po zdarzeniu, zdarzenie po zdarzeniu. Czułem się tak, jakbym puścił film akcji, wycinając wcześniej tylko momenty "z adrenaliną" i do tego przyśpieszył go kilka razy. Sama fabuła jest do bani.

Masz za to ciekawy styl, sam tekst wciąga swoją budową. Jeżeli chcesz pisać miniaturę taką jak ta, musisz zawrzeć w niej tylko jedną "scenę". Jeżeli chcesz napisać dłuższą akcję, nie możesz wyrzucić wszystkich kart na stół. Sposobem jest dozowanie akcji.
Odpowiedz
#3
(21-12-2014, 21:37)Mogget napisał(a): Czytając słowa Boga (przecinek) myślał o czekającym go dniu, o każdej jego owcy, dla której był pasterzem.

Chociaż Bill miał już 47(liczebniki słownie) lat, to(zbędne, a wg mnie trochę lepiej brzmi bez tego) wciąż utrzymywał zadziwiającą kondycję i sprawność fizyczną. Był również potężnym człowiekiem, co kontrastowało z jego jasno-błękitnymi(jasnobłękitnymi) oczyma, miękkim spokojnym głosem i dobrodusznym usposobieniem. Dla niego siła była darem Boga, który(a) nie służyła mu do przemocy i naginania ludzi do swej woli, lecz do pomocy, rozstrzygania sporów i pracy.

— Bóg oddał wam w posiadanie talenty, które winniśmy(Oddał "wam" ale "winniśmy" – znacznie bardziej będzie pasowało "nam") pomnażać. (...) Kiedy nadejdą żniwa (przecinek)wezwie gospodarz swoich najemników i spyta się, co mają mu do ofiarowania.

Chociaż pracował w tej parafii już od 15(słownie) lat, nigdy nie mógł się przyzwyczaić do tej namacalnej wręcz ciszy, która zawsze zapadała po ostatnich słowach homilii. Oczy wszystkich zebranych ludzi, a kościół wypełniony był po brzegi, (Jakoś lepiej by mi pasowało, gdyby to podkreślone wtrącenie ujęte było w myślniki – z tymi przecinkami za pierwszym razem uznałam to po "a" za dalszą część tego zdania, a nie dodatkową treść) skierowane były na ambonę,(kropka albo "jakby" z małej litery) Jakby każde słowo, które wypowiada(wypowiadał – w narracji zachowuje się jeden czas)(przecinek) było obietnicą wody dla spragnionych wędrowców. Z pewnością była to w dużej części zasługa jego poprzednika. Douglas Pellack był wspaniale zapowiadającym się duchownym. Był skromnym ascetą, który łączył w sobie cechy przywódcze, prostolinijność oraz umiejętność tłumaczenia najbardziej skomplikowanych problemów prosto i zrozumiale. Niestety, zmarł w tragicznym wypadku, dokładnie 15(słownie) lat wcześniej.

Wciąż myślał o swym poprzedniku, gdy wychodził z kościoła, by udać się jak co niedzielę nawiedzić chorych. Nie zatrzymał się, jak zwykle, w piekarni na rogu po to, aby kupić dla siebie makowego rogalika, lecz skierował się ku miejskiemu skwerowi.

Wydawało się zgarbione pod ciężarem lat, krzywe konary wyrastały z jego pnia jak długie palce starca, a zamiast ulistnionej korony straszyło(za dużo spacji) nagimi kikutami (zbędna spacja).

Gdy otrząsnął się z(ze) zdziwienia (przecinek)roślina zaczęła się poruszać. Najpierw gałęzie, a potem całe drzewo pochyliło się w jego stronę. Stał zahipnotyzowany, zaskoczenie zupełnie odebrało mu możliwość poruszania się. Nagle poczuł szorstki dotyk na skórze, chwilę potem żelazny uścisk zacisnął się na jego nadgarstku. Chciał krzyknąć(przecinek) lecz kolejna gałąź zatkała mu usta. Zanim się spostrzegł, tonął w plątaninie żywych pnączy, które z potworną mocą przyciągnęły go do siebie.

Zaczął wierzgać z całej siły, by uwolnić się z pułapki, jednak gdy jedna z gałęzi uderzyła go w głowę(przecinek) stracił przytomność.

Gdy się obudził, leżał w pobliskich krzakach, a przed nim stał mężczyzna,(bez przecinka). Był wysoki i barczysty.(Znacznie lepiej brzmiałoby "a przed nim stał wysoki i barczysty mężczyzna") Miał księżycową, pozbawioną zmarszczek skórę(Rozumiem metafory, ale to określenie zupełnie mi nie podchodzi. Księżycowa skóra to jaka? Świecąca? Pokryta kraterami? O ile zazwyczaj podobają mi się "wymyślne" zwroty, to tutaj to "księżycową" zastąpiłabym po prostu "białą/śnieżnobiałą/kredowobiałą") i pokryty był nieskazitelnie białym uniformem(Do uniformu znacznie lepiej pasować będzie "odziany był w/okrywał go..." niż "pokryty był"), który prostotą kroju upodabniał się do stroju płetwonurka.

—Yhm.. co się właściwie stało? — wykrztusił (przecinek)mając nadzieję, że odpowiedź nie przerazi go aż tak bardzo. Nie doczekał się jej (przecinek)więc spytał(dwukropek) – Kim jesteś?

Po chwili na ścieżce pojawił się Jack, właściciel piekarni(zbędna spacja) .
— Nic się księdzu nie stało? — wysapał piekarz (przecinek)chwytając się za kolana (kropka) – Usłyszałem krzyk i od razu pobiegłem na pomoc. Może podwieźć księdza do szpitala? — dodał (przecinek)ujrzawszy krew na skroni duchownego.

Krzyk? Nawet nie pamiętał(przecinek) kiedy krzyknął.

—(...)Chętnie też poczęstuje(ę) się jednym z twoich przepysznych rogalików. Może znajdzie się też kubek herbaty z rumem, co(przecinek) John?

Jednak, chociaż starał się tego nie okazywać(przecinek) był niespokojny. Zbyt wiele rzeczy, których nie rozumiał (przecinek)zdarzyło się w tak krótkim czasie, a jedyną osoba mogąca(ą) cokolwiek wytłumaczyć był jego małomówny oraz bardzo tajemniczy wybawca, który niestety zniknął.

Wspomnienie o nietypowym zdarzeniu nie dawała(dawało) mu spokoju przez kolejne dni.

Czuł się przez to dziwnie, jakby jego wybawca pochodził z innego wymiaru, w którym czas jest tylko narzędziem, w którym przyczyna i skutek są od siebie nieodróżnialne, w którym w końcu znane jest przeznaczenie każdej, najdrobniejszej istoty.

Zwykł mówić, że czas poświęcony na podróż,(zbędny przecinek) jest dla Boga czasem straconym.

Jednak gdy zbliżał się do jednego z ostrzejszych zakrętów i nacisnął hamulec, poczuł zupełny brak oporu. Hamulec nie zadziałał! Nie tracąc zimnej krwi(przecinek) próbował mimo wszystko wejść w zakręt, jednak stracił panowanie nad pojazdem. Samochód wybił barierkę, W(w)krótce dojechał do linii drzew i rozbił się na jednym z nich.

— Dlaczego nie chcesz mi nic powiedzieć! — f(F)rustracja oraz niedawny zastrzyk adrenaliny spowodowały wybuch duchownego (kropka)– Ktoś chce mnie zabić, a Ty(zaimki z małej litery – to nie list) nie chcesz mi powiedzieć kto! I niby dokąd mam z Tobą(z małej litery) pójść?! Może mam zostawić moich parafian i uciec z tobą na Majorkę, gdzie nie znajdą mnie ruchome drzewa(zbędna spacja) , które znają się na mechanice samochodowej?!

— Tak musi być. Choć(Chodź – czasownik, nie spójnik) ze mną.

Nie oglądał się za siebie, wystarczał mu szelest deptanych liści,(zbędny przecinek) świadczący o pogoni. Jednak szosa była niedaleko. Ksiądz wybiegł jak szalony na jezdnię i machając rękami(przecinek) zatrzymał przejeżdżający samochód. Kierowcą okazał się Stewart, pracownik jedynego w mieście sklepu z narzędziami. Gdy zobaczył, w jakim stanie jest Bill, z ochotą zgodził się podwieźć go do miasta. Gdy pojazd oddalał się od miejsca wypadku, błękitne oczy duchownego lustrowały skraj lasu, jednak nikogo tam nie wypatrzyły.

— (...)Nie zdobędziemy tyle energii(przecinek) by dorzucić ci wsparcie. Wiem, że oni też będą próbować, nie pozwól im. On jest nasz, jest człowiekiem, tak,(bez przecinka) jak my. Na szczęście masz przewagę. Obcy nie mogą się nikomu pokazać w swojej prawdziwej postaci. Niestety nie wiemy (przecinek)na co stać ich technologię, uważaj więc.

— Dlaczego on? W tamtych czasach jest nas co najmniej 6(słownie) miliardów, dlaczego to musi być on?
— Bez antidotum przetrwamy jeszcze góra 5—6(słownie) miesięcy.

— To nie jest takie łatwe. Nikt chętnie nie pójdzie na śmierć, nawet mając świadomość(przecinek) jak wielu ludzi ratuje.(...) To Twój(z małej litery) obowiązek.[/i]

Przechodząc ulicą (przecinek)nagle poczuje zapach dymu oraz usłyszy wołanie o pomoc. Nie myśląc wiele(przecinek) wbiegnie schodami na górę, a gdy wejdzie do pokoju (przecinek)dostanie solidnie w łeb. Później uduszę go, podczepię(ą) do mojego pasa niewidzialności i zaciągnę do lasu("Czasu" i "lasu" się rymuje, a to proza – zmieniłabym więc określenia), gdzie włożę go do kapsuły czasu. (A cały akapit, z którego pochodzi ten fragment, jest czym? Dalszą częścią wypowiedzi czy czymś odrębnym? Wynikałoby z niego, że jest częścią wypowiedzi, zatem znacznie lepiej byłoby połączyć go z resztą tego, co powiedział mówiący)

— Jesteśmy z ciebie tacy dumni, Ardenie. — ł(Ł)zy matki jak zwykle bolały najbardziej.

— Tak, To(to) jest wielki honor dla całej naszej rodziny. — o(O)jciec był już spokojniejszy, chociaż można było w nim wyczuć delikatne oznaki zdenerwowania: sztywność kończyn, małomówność, niespokojność oczu.

Prawie 6 (słownie) tysięcy mężczyzn, kobiet, dzieci.

Może to tylko myśli paranoika, jednak nie dawało mu to spokoju. Pierwszy raz w życiu modlitwa nie ]dała mu ukojenia.

I gdy szedł tak ze spuszczoną głową (przecinek)poczuł dym, a po chwili usłyszał wołanie na ratunek.

Ile sił w nogach pobiegł na pomoc, skacząc po cztery schodki naraz wbiegł na piętro, i gdy wpadł do podpalonego pokoju(przecinek) poczuł przeszywający ból i stracił przytomność.

Żył jeszcze, trzeba będzie go dobić(przecinek) zanim podłączy go do swojego pasa.

Lecz gdy zacisnął go na szyi Billa(przecinek) poczuł nagłe szarpnięcie i usłyszał głośny huk(zbędna spacja) . Z dziury w jego piersi trysnęła krew, stracił siłę w nogach i padł na ziemię, tuz(tuż) obok swojej ofiary.

Zaraz zostanie podzielony, (bez przecinka) na najmniejsze możliwe cząsteczki, a później z tych części, jak z jakiś(jakichś) mikroskopijnych puzzli, złoży się z powrotem.

Przytłaczająca myśl. Nie moge(ę) dać wygrać tym kosmitom.

Gdy Bill otworzył oczy(przecinek) zobaczył przed sobą zatroskaną twarz burmistrza Ness, Stephena.

— Tak (przecinek)słyszę(kropka) — w(W)ciąż znajdowali się w kamienicy, obok leżało zakrwawione ciało Ardena, jego niedoszłego (To mi tutaj niezbyt pasuje – Arden przynajmniej raz uratował życie księdza, a zatem wybawcą był. Słowo "niedoszły" by temu zaprzeczało, bo oznacza "taki, który nie doszedł do skutku, nie urzeczywistnił swych zamierzeń") wybawcy.

—Zaraz Ci(z małej litery) wytłumaczę, usiądź tylko wygodnie.

—My jako parafianie. Śledziliśmy cię, bo baliśmy się, że oni – tutaj wskazał na leżące obok ciało Ardena(spacja)— chcą cię dopaść.

Oni czasem przyjmują postać bladych humanoidów, czasem są podobni do roślin,(bez przecinka) lub zwierząt, umieją także być niewidzialni. Niestety, nie udało nam się go uratować. Z tobą poszło lepiej. Całe szczęście, że Cris, który mieszka naprzeciwko, jest wielkim fanem polowań(kropka i spacja)— p(P)owtórnie wskazał na leżące obok ciało.

—Pobieżnie od samego początku. Zawsze staraliśmy się wiedzieć(przecinek) gdzie jesteś. Jednak od czasu gdy John znalazł cię w parku(przecinek) wzmogliśmy czujność. I mieliśmy rację. Oni nie przestaną, dopadną cię jak Douglasa. Możemy cię ukryć. Byłeś dobrym kapłanem, uczyłeś nas(przecinek) jak wiele radości może dać nam spotkanie z Bogiem. Przynosiłeś nadzieję tam, gdzie sami nie mogliśmy jej znaleźć.. (wielokropek składa się z kropek trzech)Wzmacniałeś naszą wiarę, gdy zdarzyło nam się zwątpić.

— Nie. — Na myśl o wierności swych parafian łzy popłynęły Billowi do oczu.(spacja)— Nie opuszczę was. Nie mogę uciekać przed złem, gdy tylko je spotkam.

Popieram przedmówcę w kwestii prędkości akcji – również w moim odczuciu wszystko dzieje się za szybko, przez co tekst sporo traci. Przykładem może być choćby ten fragment:
Cytat: Po chwili Billowi udało się wyczołgać z dymiącego wehikułu. Rozbity łuk brwiowy, złamane żebro, może wstrząs mózgu. W sumie nic wielkiego. No i przede wszystkim widok białej, wysokiej postaci tuż przed nim.
Emocje, które według tego, co by wynikało z reszty tekstu, towarzyszyły spotkaniu tajemniczej postaci, zostały przez Ciebie ujęte w jednym zdaniu. "Trochę" mało :P. Według mnie zdecydowanie za mało, żeby uczynić reakcje bohatera wiarygodnymi.
No i odnośnie zacytowanego kawałka... Szczerze wątpię (również na podstawie własnych doświadczeń) że osoba świeżo po wypadku samochodowym byłaby w stanie tak dokładnie ocenić, jakie szkody odniosła. Adrenalina potrafi zdziałać "cuda".

Od strony technicznej: zauważyłam błędy w zapisie dialogów. Zachęcam zatem do zerknięcia w forumowy poradnik na ten temat, a po jego przeczytaniu – ćwiczenia. :)

Ogólnie, poza wspomnianym tempem akcji, tekst przypadł mi do gustu. Napisany jest ładnie, a sam pomysł wzbudził moje zainteresowanie. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#4
Za dużo i za szybko. Identyczna uwaga jak moi poprzednicy. Osobiście rozbiłbym samą historię na trzy-cztery części, bo pomysł miałeś naprawdę świetny. Co mi się jedynie nie podobało – taka dobra, polska msza, a użyte zagraniczne imiona. Chociaż nie wiem, jak wygląda katolicka msza, nigdy nie byłem w kościele. No nic.
Vet już wskazała, co i gdzie masz poprawić (znowu mnie wyprzedziła >.<), więc już nie będę tego duplikował – szczególnie, że ona zrobiła to o niebo lepiej.
Brakowało mi w tym wszystkim trochę więcej emocji, ale wszystko jest dosyć mocno skompresowane, więc trudno domagać się niemożliwego:P Poza tym styl pisania bardzo, ale to bardzo ci pomógł. Masz niezły warsztat, dzięki czemu całość czyta się gładko.

Otworzyłem przejrzeć twój tekst gdzieś zaraz po tym, jak wstawiłeś, i byłem mile zaskoczony. Wszystkie akapity (poza dialogami, tutaj też trzeba akapity dawać) na swoim miejscu. Szkoda jednak, że skompresowałeś opowiadanie do jednej części.
Powodzenia w dalszej twórczości;)
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#5
Dziękuje wam za wasze odpowiedzi Bogus, Vetalo, Epon. Były dla mnie bardzo przydatne. Szczególnie poprawki Vetali, muszę przyznać, że znalezienie tylu błędów wymaga sporo czasu i umiejętności. Postaram się następnym razem zmniejszyć ilość nałożonej na Ciebie pracy.

Tekst faktycznie bardzo krótki i akcja jest w nim szczątkowa. Widzę, że jest to poważny problem, skoro wszyscy go zauważyliście. Będę mógł się wykazać następnym razem. Może napisze coś dłuższego.
Odpowiedz
#6
Cytat:Był również potężnym człowiekiem, co kontrastowało z jego jasnobłękitnymi oczyma, miękkim spokojnym głosem i dobrodusznym usposobieniem.

Z głosem i usposobieniem rozumiem, ale dlaczego właściwie miałoby to kontrastować z kolorem oczu?

Cytat:Miał księżycową, pozbawioną zmarszczek skórę i odziany był nieskazitelnie białym uniformem, który prostotą kroju upodabniał się do stroju płetwonurka.
"odziany w uniform" jakoś lepiej brzmi.


Cytat:Istota patrzyła milcząco na niego swoimi błękitnymi oczyma, jakby czekając na rozpoczęcie rozmowy.
"milcząco" jest tutaj w dość niefortunnym miejscu, a na dobrą sprawę w ogóle je można usunąć, albo przynajmniej zastąpić zwrotem "w milczeniu" i przesunąć za "na niego".
Cytat:—Yhm.. co się właściwie stało? — wykrztusił, mając nadzieję, że odpowiedź nie przerazi go aż tak bardzo. Nie doczekał się jej więc spytał – Kim jesteś?
— Jestem Arden — odpowiedział lakonicznie. — Uratowałem cię.

W tym miejscu brakuje przy "odpowiedział lakonicznie" określenia kto odpowiada. Co prawda niby jest to oczywiste, ale skoro masz w dialogu takie dopiski to wypada jednak różnicować to i określać kto mówi. Tutaj nie ma tego tak przy jednej jak i drugiej kwestii. Sugerowałbym przy tej drugiej to dodać, albo w ogóle zostawić tylko samą wypowiedź.

Cytat:Rozbity łuk brwiowy, złamane żebro, może wstrząs mózgu. W sumie nic wielkiego.

ekhm... zamiast wymieniać tak lakonicznie odniesione obrażenia (i to w sposób, jakby go już ktoś zdiagnozował) skupiłbym się raczej na jego odczuciach. No i wstrząs (a raczej wstrząśnienie) mózgu, efektów może trochę nieciekawych dawać.

Cytat:No i przede wszystkim widok białej, wysokiej postaci tuż przed nim.

Ale co z tym widokiem? Brzmi jak niekompletne zdanie. Pasowało by dodać coś w stylu "zaskoczył go widok...", "drgnął na widok...", "coś sprawiło, że nie myślał o bólu. Widok..." itp.

Cytat:Może mam zostawić moich parafian i uciec z tobą na Majorkę, gdzie nie znajdą mnie ruchome drzewa , które znają się na mechanice samochodowej?!

Gość wygramolił się właśnie z rozwalonego samochodu, może ma wstrząśnienie mózgu, trafia na jakiegoś niewiadomocozakolesia, a gada z nim jak z kumplem przy piwie :)

Cytat:Pomimo obrażeń poderwał się do sprintu.

Bez jaj :) Jak ma się podrywać do sprintu to trzeba było jego obrażenia ograniczyć do tego łuku brwiowego i paru zadrapań.

Na razie tyle.
[niedozwolony link]
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Całość wygląda jakbyś miał ochotę rozwinąć ja w coś dłuższego, ale z braku czasu lub chęci postawiłeś na uproszczenia.

Cytat:Szczególnie martwiło go zapewnienie przybysza, że jeszcze się kiedyś spotkają. Czuł się przez to dziwnie, jakby jego wybawca pochodził z innego wymiaru, w którym czas jest tylko narzędziem, a przyczyna i skutek są od siebie nieodróżnialne, w którym w końcu znane jest przeznaczenie każdej, najdrobniejszej istoty.
Ten fragment przynajmniej moim zdaniem jest trochę naciągany. Jeśli ratuje cie nieznana istota i zapewnia, że jeszcze się spotkacie możesz zastanawiać się nad jej pochodzeniem. Jednak twoja postać to osoba o głębokiej wierze.
Cytat:— Nie. — Na myśl o wierności swych parafian łzy popłynęły Billowi do oczu. — Nie opuszczę was. Nie mogę uciekać przed złem, gdy tylko je spotkam. Nie porzucę owiec, które Bóg dał mi w swoją opiekę. Jeśli będzie trzeba, oddam za was swoje życie. Myślę, że tego chce ode mnie Bóg.
— Jest ksiądz pewien, że chce narazić swoje życie?
— Tak, jestem pewien. Ono nie należy do mnie. Chciałbym, gdy już spotkam się ze Stwórcą, móc mu powiedzieć, że zrobiłem z niego użytek najlepszy z możliwych.
Dlatego jej pierwszą myślą, chociaż by mogło wydawać się to szarym standardem powinno być, że istota jest wysłannikiem Boga. Ty jednak przeszedłeś do teorii bardziej w stylu Stephen Hawking.

Resztę zgrzytów które zauważyłem wymienili inni więc nie ma co powielać.
A i sam teks podany jest jako fantastyka, ale motyw obcych, wirusów i kapsuł na martwe ciała będące potencjalnym antidotum, to bardziej klimaty Sci-Fi
Odpowiedz
#8
Każde Sci-fi to fantastyka.

–> Sci-Fi
–> Fantasy
–> Horror

To trzy główne gatunki FANTASTYKI, więc określenie tego tekstu tym mianem jest jak najbardziej prawidłowe.
[niedozwolony link]
Odpowiedz
#9
W sumie słuszna uwaga, zapamiętam na przyszłość.
Odpowiedz
#10
Może jednak się wypowiem. Uwaga Vencenvarda jest oczywiście słuszna, jednak przydzieliłem moje opowiadanie do fantastyki z innego powodu. Nie chciałem zbyt wcześnie zdradzić, że Arden pochodzi z przyszłości, dla czytelnika miał być właśnie czymś w rodzaju anioła stróża (przynajmniej na początku), a jego pochodzenie miało być niespodzianką. Zresztą główny bohater nie dowiedział się prawdy do samego końca.

W każdym razie cieszę się, że zachciało się wam (Vencenvardzie i DiValldi) przeczytać moje opowiadanie, dzieki za wasze komentarze. Postaram się dostarczyć jeszcze więcej materiałów do oceny :P
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości