Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Horror A Gothic Romance
#1
Ogień w kominku powoli przygasał. Hrabia trzymał w jednej dłoni lampkę krwistoczerwonego wina, a w drugiej tomik poezji znaleziony w starej biblioteczce. Zasłuchany w trzaskanie płonącego drewna, Lucjusz pociągnął łyk napoju. Poczuł na ustach jego słodkawy smak. Po chwili odłożył książkę i z lampką wina wpatrywał się w kominek, będąc obecny jedynie ciałem, a duszą, o ile taką posiadał, sam bowiem często się zastanawiał nad jej istnieniem, błądził po wspomnieniach sprzed lat, gdy przeniósł się tu, do zamku w Renwot, odcinając się od życia dawnego i rozpoczynając nowe. Często myślał, czy dobrze postąpił. Taka była ostatnia wola jego dziadka, hrabiego Georga Purlyea.
Zamczysko było ogromne, wciąż niezbadane przez Lucjusza. Kryło wiele tajemnic. Zbyt wiele. Jednak hrabiemu odpowiadał taki układ. Nie czuł się nigdy zagrożony w tym miejscu, nie czuł obecności „kogoś innego”, chyba że służby. Zamek był wręcz idealny dla dwudziestopięcioletniego hrabiego Lucjusza Purlyea.
Lucjusz upił ostatni łyk z kieliszka, po czym odłożył go na stolik po prawej. Rozsiadł się wygodniej w fotelu i odrzucił głowę w tył, pogrążając się coraz mocniej w śnie. Zalała go ciemność. Nieprzenikniona. Tajemnicza. Złowroga. Hrabia poczuł, jak wypełnia go strach, niczym niewytłumaczony. Po ciele przeszły mu dreszcze. Wzdrygnął się odruchowo w fotelu. Z nicości zaczęły wyłaniać się kolejno obrazy: najpierw Lucjusz widział, jak wspina się po schodach w jednej z wież zamku. Następnie ujrzał wnętrze jakiegoś pomieszczenia, puste, z wyjściem na mały balkonik.
Chwilę później po drugiej stronie drzwi pojawiła się postać kobiety. Jej długa, czarna suknia falowała na wietrze. Skóra nieznajomej była w odcieniu mleka, usta natomiast czarne jak węgiel. Włosy z kolei były długie i mocno kręcone, o kolorze bordowym.
Lucjusz mimowolnie stawiał kroki w stronę kobiety. Ta wyciągnęła już rękę wnętrzem dłoni do góry. Wciąż towarzyszący hrabiemu strach powoli znikał. Pojawiało się pożądanie, pragnienie zdobycia owej nieznajomej. Gdy był już w odległości około dwóch kroków, przystanął i wyciągnął rękę w stronę kobiety. Zawahał się jednak. Lucjusz usłyszał swój słaby, niewyraźny głos: „Veronica…”
Przełamał się i dotknął dłonią rękę nieznajomej. Ta natychmiast zniknęła. Obraz pełni Księżyca, pokoju i gwieździstego nieba zniknął, rozpływając się. Lucjusz otworzył szybko oczy i ujrzał ledwo widoczny płomyk ognia w kominku. Siedział w tym samym fotelu, wciąż w jednym z kilkunastu pokoi w swoim zamku. Po chwili uświadomił sobie, że po twarzy i szyi spływają mu krople potu. Zaczesał ręką długie, szatynowe włosy do tyłu, by nie przylepiły się do czoła lub policzków.
Wziął głęboki oddech i rozejrzał się po pokoju: tonął w mroku, gdyż ogień w kominku już zgasł. Jedyne światło rzucał Księżyc przez olbrzymie okna. Na ścianach wisiały portrety hrabiów i hrabin tego zamku, ostro wpatrując się w fotel ustawiony koło kominka: ten, na którym tak często przesiadywał Lucjusz. Hrabia zielonymi oczami przebiegł po wszystkich władcach Renwot. Głowy wszystkich z nich pokrywała siwizna, zarówno mężczyźni jak i kobiety mieli krótkie włosy – o długości normalnej dla osób w wieku pięćdziesięciu, nawet i sześćdziesięciu lat. Miny pełne powagi i godności u każdego były takie same.
Lucjusz wstał i wyszedł z pokoju. Znalazł się w wąskim, lecz długim korytarzu, prowadzącym w prawo i w lewo. Ściany, podłoga jak i sufit zbudowane były z tych samych cegieł. Posadzka pokryta była dywanami w wymyślne wzory, sprowadzanymi z dalekich krain. Światło na korytarz rzucały pochodnie, jednak zdecydowana większość i tak nikła w ciemnościach. W powietrzu unosiła się słaba woń delikatnych perfum, które hrabia używał.
Nie zastanawiając się ani przez chwilę, Lucjusz skręcił w lewo i pośpieszył ku sypialni. Przeszedł kilkanaście kroków i zatrzymał się przed wielkimi witrażami z widokiem na morze. O tej porze, a było już dawno po północy, było ono spokojne i czarne niczym kruk. W jego tafli odbijał się Księżyc. Morze ciągnęło się nieprzerwanie na północ, wschód i zachód, tworząc swego rodzaju „mały ocean” jak zwykł nazywać je Lucjusz. Idąc dalej, hrabia przeszedł obok kilku drzwi i zniknął za kolejnym zakrętem. Przystanął jednak przy schodach wiodących spiralą w górę, gdy posłyszał śpiew. Kobiecy. Dobiegał on z góry, z jednej z wież. Lucjusz uznał, że muszą to być omamy związane z drzemką i dziwnym snem. Wiedział, że jest sam w zamku. Nikt go nigdy nie odwiedzał bez zaproszenia, chociaż z nim czy bez niego goście nie czynili tego chętnie. Każdy lękał się zamczyska, jego upiornej i tajemniczej atmosfery. Tylko Lucjusz czuł się tutaj tak wspaniale.
To niemożliwe, nierealne. Czyżby sam Zły Duch mącił mi w głowie, chcąc zwabić mnie na wieżę? Czy może jakieś inne nieczyste moce tam są? A może to tylko moja wyobraźnia…
Śpiew jednak nie ustawał. Lucjusz zaczął się przekonywać, że tak czy siak, musi to sprawdzić. A przynajmniej podsłuchać. Zdjął jedną z pochodni i ostrożnie idąc, by nie zabrudzić lub podpalić swojego eleganckiego stroju, zaczął wspinać się po schodach. Ściany tutaj były jeszcze bardziej lodowate niźli wewnętrzne mury w zimie. Lucjusz zacisnął wydatne usta, próbując stąpać jak najciszej.
Wspinając się coraz wyżej, słyszał wyraźniej pieśń. Głos kobiety był delikatny, wysoki i przyjemny, pełen melodii. Miał w sobie coś kuszącego, co sprawiało, że ciągnął ku sobie – niczym głos syren na otwartym morzu, ale także i coś przerażającego, co sprawiało, że serce biło szybciej.
Lucjusz poczuł chłód dobiegający z górnego pomieszczenia. Już niedaleko – napomniał sam siebie w duchu. Zwolnił kroku. Poczuł dreszcz emocji, połączony ze strachem i podekscytowaniem. Kolejny stopień, i jeszcze jeden, i znów…
Gdy znalazł się na samej górze schodów, oczom Lucjusza ukazała się sceneria iście ze snu: puste pomieszczenie z ukośnym sufitem, pozbawione jakichkolwiek mebli, drewnianą posadzką oraz drzwi prowadzące na balkon. Nie zdziwił więc Lucjusza fakt, że owe drzwi były uchylone, a po ich drugiej stronie stała ta sama kobieta. Poświata Księżyca nadawała jej skórze jeszcze bielszej barwy. Była niczym… Żywa Śmierć, dokończył w myślach hrabia, patrząc na nieznajomą.
Lucjusz zaczął się przemieszczać. Nim spostrzegł, co robi, był już blisko kobiety. Ujrzał jej piękne, czarne usta i duże, brązowe oczy. Zawiał wiatr, a suknia zafalowała. Na dodatek hrabia poczuł zapach nieznanych mu dotąd, łagodnych i przyjemnych perfum, należących widocznie do owej kobiety
– Veronica… – wypowiedział Lucjusz, wpatrując się wciąż w nieznajomą. Poczuł nagle, jak wszystkie emocje opuszczają go, zostawiając pustkę, która powoli wypełniała się pożądaniem.
Kobieta uśmiechnęła się. Spomiędzy jej warg wyjrzały białe zęby, odbijające słaby blask pochodni. Zawiał mocny wiatr, zdmuchując płomień. Lucjusz odruchowo skulił się, gdy dotarł do niego podmuch zimna. Kobieta jednak stała bez ruchu, wciąż uśmiechając się do hrabiego. Stali tak w dwójkę jeszcze przez chwilę, po czym Veronica zrobiła krok do przodu, przechylając głowę w bok i całując Lucjusza w usta. Hrabiego zdziwił chłód jej warg,
Wraz z pocałunkiem, mężczyznę zalała fala emocji, których nie sposób opisać. Czuł zarówno podniecenie, jak i ulgę, i poniekąd spełnienie. Strach gdzieś wyparował. Pożądanie malowało się już wyraźnie w umyśle Lucjusza. Odwzajemnił pocałunek.
Stali tak oboje, w świetle Księżyca i szumie morza, z chłodnym wiatrem miotającym suknią Veroniki i odgłosami nocy – wyciem wilków, szumem lasu rosnącego nieopodal zamku, nim ostatnim pocałunkiem Veronica pożegnała się, po czym Lucjusz stracił równowagę i upadł. Nie poczuł żadnego bólu. Napadła go jednak pustka związana z brakiem dotyku kobiety, z brakiem jej obecności. Na razie jednak nie zdawał sobie z tego sprawy. Zataczał się w głąb ciemności, znikając w ciemnościach. Świat przestał dla niego istnieć, teraz była tylko ciemność…
Lucjusz obudził się z mocnym bólem czaszki. Leżał wciąż w tym samym miejscu, na podłodze jednej z wież. Noc przeminęła i nastał dzień. Podmuchy zimnego wiatru wdzierały się do pomieszczenia przez otwarte drzwi. Hrabia wstał i zatoczył się, wychodząc na balkonik. Rozglądnął się po bezkresnym, szarym morzu i zawiódł wzrokiem po reszcie okolicy, jakby na próżno szukając znaku Veroniki. Zniknęła… Przepadła… Ona była tylko złudzeniem. Czymś nieprawdziwym, nierealnym… – powtarzał wciąż sobie hrabia.
Mimo tego, że starał się o niej zapomnieć, wciąż czuł jej dotyk na wargach, chłód bijący od nieznajomej, i wciąż pozostawał tajemnicą fakt, skąd ona się wzięła na wieży. Lucjusz zamknął oczy i pogrążył się w rozpamiętywaniu: znów widział twarz Veroniki o delikatnych rysach, skórę o odcieniu mleka, ten blask księżyca… Nie mógł odpędzić wrażenia, że ona wciąż tu jest. Że stoi za nim i tylko na niego czeka. Jej już nie ma! – napominał sam siebie hrabia w duchu, próbując pogodzić się z gorzką prawdą. Nieznajoma rozkochała go w sobie, to było jasne – a Lucjusz znów zapragnął ją zobaczyć. Nie wiedział jednak, kim ona jest, ani gdzie jej szukać. To sprawiało, że cała sytuacja stawała się jeszcze bardziej beznadziejna. Może jednak wróci do mnie ponownie w nocy? Z tą myślą hrabia postanowił żyć w nadziei, że tak będzie.
Chwilę potem Lucjusz znalazł się na dole, idąc ku sypialni. Jedyne, czego teraz pragnął, to zaznać snu w swoim wielkim łożu. Plany jednak zniweczył mu ksiądz Cerleon, który przychodził czasami do hrabiego w celu jedynie rozmowy. Rozmowy na temat Boga. Ostatnim czasy Lucjusz próbował omijać Cerleona, wiedział jednak, że bez niego oszaleje z samotności.
Hrabia podszedł do drzwi i ujrzał w nich sylwetkę starszego mężczyzny, z siwymi włosami na głowie i zmarszczkami na twarzy. Cerleon, musiał Lucjusz przyznać, wyglądał dość sędziwie jak na sześćdziesięcioletniego księdza. Gość wykrzywił usta w grymasie przypominającym uśmiech.
– Niech Bóg cię błogosławi, hrabio Lucjuszu Purleyu – Cerleon przemówił donośnym głosem.
Lucjusz skinął głową i odpowiedział nieco cichszym tonem.
– Ciebie też, księże Cerleonie.
Po przywitaniu się oboje podążyli do jednej z ulubionych sal Lucjusza. Mieściła się ona głęboko w zamku. Całą drogę zarówno hrabia, jak i ksiądz milczeli, wsłuchując się w dźwięk tupotu nóg. Gdy przeszli przez korytarze spowite mrokiem, ich oczom ukazała się jedna z największych sal w zamku – Sala Wieczorowa. Służyć ona miała niegdyś do wyprawiania uczt, jednak po śmierci hrabiego Georga nikt nie odwiedzał Lucjusza, a tym samym nie było potrzeby do wyprawiania czegokolwiek.
W pomieszczeniu stało kilka rzędów stołów, połączonych ze sobą tak, że tworzyły kwadrat. Pokryte były białym obrusem, wymienianym co jakiś czas przez służbę. Hrabia i ksiądz zajęli miejsca koło siebie.
– Z czym do mnie przychodzisz, przyjacielu? – zapytał Lucjusz, wracając z butelką wina i dwoma kieliszkami.
– Sprawdzam, czy wciąż zipiesz – odpowiedział Cerleon i roześmiał się.
Kolejny etap rozmowy skierował się już na mniej przyziemne sprawy, takie jak samopoczucie, wiara. Podczas dłuższej przemowy księdza na temat zbawienia, jakie dał Ojciec, hrabia upił łyk wina, a jego smak przeniósł go z powrotem do tego wieczoru, gdy ruszył schodami na wieżę, znów ujrzał Veronicę i znów ją całował. Cerleon zauważył nieobecność swojego słuchacza i przerwał swój monolog, po czym zagadnął.
– Czy wszystko w porządku, hrabio?
Lucjusz z trudem wyrwał się z zamyślenia i przytaknął szybko. Ksiądz zmierzył jeszcze raz badawczym spojrzeniem wysoką sylwetkę Lucjusza i wrócił do tematu. Tym razem hrabia próbował słuchać go uważnie, jednak cały czas powracał myślami do tej kobiety. W głowie wciąż słyszał jej zwodzącą pieśń, widział te hipnotyzujące oczy. Pragnienie jej sprawiało, że Lucjusz zaraz postrada myśli, chciał wyjść z zamku i jej szukać, choćby nawet miał błąkać się latami. Na razie jednak jedyne co mógł zrobić, to słuchać księdza Cerleona i jego dalszych wywodów na temat wiary. Czyżby to sam Bóg wysłał tę diablicę, abym postradał zmysły? Czy może jednak jest ona sprawką Szatana, który chce mnie nękać? Powinienem powiedzieć o tym księdzu? A jeśli uzna, że już postradałem zmysły? Jeśli to tylko było snem?
Gdy ksiądz skończył, czekał na jakiś odzew ze strony Lucjusza. Hrabia natomiast walczył ze sobą w duchu, próbując przełamać się i powiedzieć o wieczorze przyjacielowi. Nie zrobił tego jednak, w ostatniej chwili napłynęła mu myśl: A jeśli on spróbuje nas rozdzielić, bo zauważy w tym podstęp Lucyfera? Nie mogę do tego dopuścić… Kilkoma krótkimi zdaniami Lucjusz wymamrotał opinię o wierze, dobru i złu i przeprosił księdza pod pretekstem potrzeby snu. Cerleon nie protestował, widocznie zadowolony, że mógł zamęczyć hrabiego swoim wykładem. Gdy oboje stali już przy drzwiach, Cerleon położył rękę na ramieniu przyjaciela i powiedział, spoglądając prosto w oczy Lucjusza:
– Pamiętaj, druhu: „Zło czai się wszędzie, a naszym zadaniem jest go unikać, bo w nas ono rośnie, a bez nas będzie martwe”.
– Będę, przyjacielu. Idź z Bogiem!
– Z Bogiem!
Gdy rozstali się, Lucjusz czym prędzej poszedł do sypialni i położył się do spania. Nie mógł jednak zasnąć – sądził, że po nieprzespanej nocy przyjdzie mu to z łatwością, okazało się jednak, że organizm wcale tego nie pragnął. Mój organizm pragnie jej. Ona sprawiła, że maskarada mojego nędznego życia uleciała, zabrała mnie daleko poza ten świat. Przy niej zaznałem miłości, jakkolwiek zła by nie była.
Lucjusz podszedł do jednego z dwóch wielkich witraży. Miał stamtąd widok na niewielki las, a dalej na kościół księdza Cerleona i przylegający do niego wielki, stary cmentarz, teraz już nie używany, gdy cała wioska opustoszała. Gdzieś tam jesteś… Hrabia sięgnął do biblioteczki i wyciągnął jedną ze starych ksiąg. Oprawiona była w skórę, a kartki miała pożółkłe, niektóre nawet się kruszyły. Zaiste, antyk – rzucił sam do siebie Lucjusz, czytając.
Gdy tak zajmował się lekturą, coraz bardziej pragnął wyjść z zamku i pospacerować. Chęć ta stała się o tyle nachalna, że Lucjusz zdecydował ją spełnić. Rzucił książkę na łóżko i ubrał długi, czarny płaszcz. Szatynowe, proste włosy miał wciąż rozpuszczone. Kilka minut później opuścił już zamek, udając się mostem na błonia.

***


Hrabia błądził po bezkresnym zielonym terenie bez końca. Tymczasem na niebo napłynęły jeszcze bardziej szare chmury, tym razem deszczowe. Przez nie cała okolica straciła barwę, odcięta od blasku słońca, a spowita mrokiem nieba. Drzewa poruszyły swoimi gałęziami, już bez liści, na znak obecności wiatru. Zbliżał się ulewny deszcz. Hrabia jednak dalej spacerował, podziwiając piękno natury i tylko co chwilę rzucając spojrzenie na złowrogie chmury. W oddali stał jego ukochany zamek, rozcinając niebo od spodu swoimi iglicami. Z tej odległości wydawał się nieprzyjazny, jakby rządził nim okrutnik i tyran, a mury jego – czarne jak smoła – nasiąknęły zbyt wieloma grzechami.
Zawiał mocny wiatr, tak chłodny, że Lucjusz musiał zacisnąć mocniej płaszcz. Postanowił, że uda się do kościoła księdza Cerleona, by przeczekać tam deszcz. I pomodlić się do Boga o ponowne spotkanie z nią. Wnętrze świątyni było skąpo urządzone, wystarczająco jednak dla tych kilku ludzi, którzy przybywają tu co niedzielę, by zjednoczyć się z Ojcem. Hrabia zajął miejsce w jednej z ław i przeżegnał się. W tym samym momencie o dach kościoła zaczęły uderzać pierwsze krople deszczu. Były one jak płacz nieba, który jednoczył się z Lucjuszem w jego cierpieniu.
Och, słodka Veronico! Czemuś mnie opuściła?
Ulewa zaczęła się na dobre. Za oknami kościoła było już szaro, zauważyć można było jedynie cmentarzysko i kilka drzew, które nie zniknęły w deszczu. Lucjusz wstał i podszedł do ołtarza. Uklęknął i już miał zacząć wymawiać kolejne słowa modlitwy, gdy do jego uszu napłynęła pieśń. Ta sama, którą słyszał tego wieczoru. Hrabia rozejrzał się – nikogo, prócz Chrystusa nie było w kościele. Pieśń dobiegała jednak nie ze świątyni, lecz z tego, co znajdowało się obok niej – z cmentarza.
Strach ogarnął umysł Lucjusza. Wiedziony jednak słodką melodią, ruszył do wyjścia i nie zważając na ulewę, wyszedł na zewnątrz. Czuł się, jakby utracił władzę nad własnym ciałem, zachowując jednak świadomość. Wolnymi krokami zbliżał się ku cmentarzowi. Każdy krok tonął w kałużach powiększającego się błota. Nie stanowiło to jednak żadnej przeszkody dla Lucjusza.
Chwilę potem był już między starymi grobami. Niektóre miały nagrobki z białego, inne z czarnego kamienia. Na wielu zatarło się już imię i nazwisko, na innych widniały pojedyncze słowa. Cherubiny i Serafiny, zdobiące niektóre z grobów, spoglądały smutno ku ziemi, jakby opłakując martwych.
Ulewa zmniejszyła widoczność o kilka kroków. Lucjusz był już przemoknięty. Widział jednak, że pieśń prowadzi go ku grobowcom. Z jednego z nich dobiegała pieśń. Hrabia poczuł dreszcz ekscytacji, ale i znajomy już strach, który ostatnimi czasy bywał często w jego umyśle. To iście Zły Duch prowadzi mnie tam, ku królestwu martwych, bym stał się jednym z nich. Ach, zgubiony ja! Lecz nie ma już ratunku, nie widzę odwrotu… A ona wciąż woła… A jakże piękna jest jej pieśń!
Deszcz zaczął ustawać. Od grobowca dzieliło Lucjusza zaledwie kilka kroków. Był już całkowicie przemoczony. Stał jak wryty – jakaś moc nie pozwalała mu ruszyć się z miejsca. Strach się potęgował, a ekscytacja ustąpiła. Hrabiego przeszły dreszcze, gdy spomiędzy grobowców wyszła Veronica. Wyglądała tak samo pięknie i delikatnie jak owej nocy, gdy widział ją we śnie. Była tak samo pociągająca. Podniecenie wzięło górę nad strachem i innymi emocjami. Lucjusz wpatrywał się w kobietę wzrokiem pełnym pożądania. Nagle wszystkie słowa ugrzęzły mu w gardle. Obydwoje jedynie wymieniali spojrzenia.
Nagle hrabia poczuł lodowatą rękę Veroniki na szyi. Przejechała nią po torsie i zatrzymała się na brzuchu. Druga ręka dotknęła jego warg, a następnie jej miejsce zastąpiły usta kobiety. Pocałunek był jak łyk ulubionego wina Lucjusza, jak kęs słodkiego owocu. Hrabia doznał silnych emocji – takich samych, jak za pierwszym razem. Objął obiema rękoma twarz Victorii i odwzajemnił pocałunek.
Stali tak jeszcze przez chwilę, gdy nagle Veronica przeszła do całowania szyi Lucjusza. Jej wargi były niczym dotyk ust martwej kochanki, jak pocałunek samej Śmierci. Hrabia doznał emocji, jakich nie sposób mu było opisać. Czuł, jak się rozpływa z ekstazy samych pocałunków. W kobiecie było coś niezwykłego, coś, przez co Lucjusz postradał zmysły i przybył tu, na cmentarz obok kościoła księdza Cerleona. Gdyby jego przyjaciel to widział…
Lucjusz poczuł silny ból w lewej stronie szyi. Coś jakby przerwało mu skórę i dostało się… do tętnicy. Chciał krzyczeć, jednak ból był zbyt duży. Poddał się fali cierpienia i opadł bezwładnie na kolana. Czuł, jak krew z niego znika. Wykrwawiał się. Ostatni atak bólu i Lucjusz leżał na zimnej, mokrej ziemi. Lekki skurcz uspokajających się nerwów w całym ciele. Koniec. Naszła ciemność i ulga. Hrabia zniknął w nicości.




– Co za szczęście, że się obudziłeś – rzucił ksiądz Cerleon, widząc, jak jego przyjaciel otwiera oczy.
Znajdowali się w zamku Lucjusza, w jego własnej sypialni. Pokój był niewyraźny, tonący w półmroku. Za oknem szalał deszcz i wiatr, a wzburzone morze uderzało o klify. Hrabia wciąż czuł ból w szyi, a także był sparaliżowany i strasznie osłabiony. Ledwie słyszał bicie własnego serca.
Twarz księdza zdradzała jedynie zadowolenie.
– Jak… Czemu… Co mi się stało? – zapytał słabym głosem Lucjusz. Sam był zdziwiony, jak cichy jest jego głos.
Cerleon potrząsnął głową i podszedł do barku. Wyciągnął dwa kieliszki i nalał do nich troszkę krwistoczerwonego wina. Wziął obydwa i podszedł do wielkiego łoża. Wręczył Lucjuszowi jeden i przemówił powoli.
– Nie mam pojęcia. Znalazłem cię na cmentarzu, leżałeś w błocie, ledwie żywy. Ciesz się, że Bóg darował ci ponownie życie. Bez jego łaski martwi zagarnęli by cię do ich królestwa.
– Ale… – zaczął Lucjusz, szukając wspomnień z tamtej chwili. Nie pamiętał niczego. – Jak ja się tam znalazłem?
Cerleon potrząsnął ponownie głową. Wstał i nalał raz jeszcze wina.
– Musiałem zrobić ci transfuzję krwi. Wlałem w ciebie tyle życiodajnego płynu, że pięciu mężczyzn ledwie mogło wrócić do wioski. O ile w ogóle wrócili.
– Co więc stało się z moją krwią? – zapytał Lucjusz, czując, jak osłabienie bierze górę. Jego głos był prawie słyszalny.
– Nie mam pojęcia, przyjacielu. Nie znalazłem jej nigdzie obok, a w ziemię przecież nie mogła wsiąknąć. Może jakieś zwierzę cię dopadło. Któż to wie. – Ksiądz odłożył kieliszek i założył dłonie na piersi. – Teraz módl się do Pana o wyzdrowienie. Będę tu czuwał nad tobą, w razie gdyby… coś się stało. – Mówiąc to, Cerleon wyszedł z pokoju, zostawiając Lucjusza samego.
Hrabia zamknął powieki, chcąc cokolwiek sobie przypomnieć. Jego myśli jednak powędrowały znów do Victorii, do tej tajemniczej kobiety. Muszę ją odnaleźć… Muszę… Muszę… Osunął się w sen, który przyszedł jak ulga od bólu i cierpienia. Wszechogarniająca ciemność. Nic więcej. I z tej ciemności znów zaczęły wyłaniać się kształty. Widział siebie, leżącego na łóżku. Dookoła osiadł mrok, zakrywając resztę pokoju. Jedynie przez witraże wpadały promienie blasku pełni Księżyca.
Tuż nad Lucjuszem była Veronica, dotykając włosami twarzy, na której malowało się zaskoczenie.
– Znalazłaś mnie… – wyszeptał hrabia. Kobieta uśmiechnęła się i dotknęła dłonią policzek Lucjusza. Przeszył go dreszcz spowodowany chłodem jej ciała.
– Oczywiście – powiedziała Veronica. Jej głos był przyjemny, pozbawiony jednak emocji.
Lucjusz złapał kobietę pod żebrami i popchnął ją na bok. Następnie przygniótł jej nogi swoim ciężarem. Veronica nie zareagowała. Wpatrywała się wciąż w hrabiego ze wzrokiem pełnym pożądania. I wzajemnie. Lucjusz zbliżył swoją twarz do głowy Victorii o kilka centymetrów, po czym ucałował ją. Jej wargi były tak samo lodowate, jak ostatnim razem. Równie czarne i kuszące. Gdy ukochana odwzajemniła pocałunek, smakował on jak łyk najlepszego wina, które pijał Lucjusz czytając poezję. Tak, to było to, czego hrabia najbardziej pragnął. Znaleźć się tu z Victorią, w jego własnym łożu. Kolejny pocałunek rozbudził jeszcze bardziej pragnienie pożądania.
W tym samym momencie coś odepchnęło go w tył. Odruchowo zacisnął powieki. Poczuł ciężar na swoim brzuchu i gdy otworzył oczy, ujrzał siedzącą na sobie Victorię. Kobieta wsunęła rękę pod koszulę Lucjusza. Hrabia poczuł jej lodowaty dotyk. Wzdrygnął się. Następnie Veronica zbliżyła się do jego twarzy, oddając jednak serię pocałunków na szyi. Lucjusz poczuł, że zalewa go fala przyjemności. To było dla niego coś, czego nie da się opisać. Tylko on i jego Nocna Kusicielka. Zapragnął ją bardziej niż kiedykolwiek. Zamknął oczy z rozkoszy, pozwalając pieścić się rękom i wargom Victorii.
Chwila ciągnęła się w nieskończoność. I niech tak będzie całą wieczność – pomyślał Lucjusz. Nagle rozległ się krzyk mężczyzny.
– Zostaw go, ty ladacznico! – W tym głosie Lucjusz rozpoznał księdza Cerleona.
Coś mokrego i lepkiego wylało się na ciało hrabiego. Odruchowo otworzył oczy – nie ujrzał na sobie Victorii, leżała z ruszającą się chaotycznie głową i oczami spętanymi szokiem naprzeciw ciała Lucjusza. Miała rozległą ranę na gardle, z której wylewała się obficie krew. Hrabia widział, jak jego ukochana oddaje ostatni oddech, jak dławi się, jak umiera. Po chwili leżała już martwa. Jej nieskazitelne ciało poplamione było krwią. Hrabia poczuł, że ruszają nim odruchy wymiotne. Stłumił je jednak, wpatrując się oczami pełnymi szaleństwa i rozpaczy w nieruchome ciało. Plama krwi była jednak nienaturalnie duża – żaden ludzki organizm nie pomieściłby takiej ilości w sobie.
Gdy Lucjusz wycofał się na brzeg łóżka, nie spuszczając wzroku z ukochanej, poczuł rękę księdza Cerleona na ramieniu i krzyknął. Wbił w niego spojrzenie pełne przerażenia.
– Bogu dzięki, że nic ci się nie stało!
– Jak mogłeś to zrobić? Dlaczego ją zabiłeś i to w taki… bestialski sposób?! – Lucjusz czuł, jak łzy napływają mu do oczu. Po chwili zaczął łkać. Wyciągnął rękę i dotknął nią nogę kobiety. – Och, moja słodka Veronico. Jakże okropny spotkał cię los.
– Widzę, że ta diablica spętała cię swym czarem. Dałeś się omamić, głupcze! – odrzekł stanowczo ksiądz, ciągnąc Lucjusza za ramię. Ten jednak nie chciał ustąpić.
– Ja ją pokochałem… A ty… Ty ją zabiłeś!
– Nie miałem innego wyjścia! Ostatnim razem prawie umarłeś na cmentarzu, gdy wypiła z ciebie krew! Ona była wampirem! – ksiądz zaczął już krzyczeć. Pociągnął mocniej ramię Lucjusza, lecz hrabia wyrwał się z uścisku i znalazł się koło ciała ukochanej.
Wampir… – powtórzył w myślach Lucjusz. Nigdy nie sądził, że spotka to legendarne, nocne stworzenie. To dlatego była taka zimna, jej ciało było martwe. A ta krew… Lucjusz nie chciał jednak ustąpić. Cerleon tymczasem przeszedł pod drzwi, mówiąc nieco cichszym, jednak równie stanowczym głosem:
– Ona już jest martwa. Zostaw ją. Trzeba pozbyć się ciała.
– Ona nie jest martwa… – wycedził tak cicho Lucjusz, że ksiądz nie usłyszał. – Ona żyje. Żyje dzięki mojej krwi. I żyć będzie… – Mówiąc to, hrabia sięgnął ręką po zakrwawione ostrze leżące obok głowy Victorii i zawahał się.
– Nie rób tego, Lucjuszu! Pozwól jej odejść! – krzyknął Cerleon, pośpiesznie zbliżając się ku łóżku. Zanim jednak dotarł, hrabia naciął sobie nadgarstki. Popłynęła z nich obficie krew, spływając wprost do ust Veroniki.
Lucjusz poczuł okropny ból. Chciało mu się wyć. Czuł, jak krew z niego wypływa. Wstrząsnęły nim silne drgania nerwów. Chwilę potem osunął się obok ukochanej, nie mogąc wytrzymać bólu. Czuł, jakby miał zaraz odejść. Chciał tego.
Może poprzez śmierć pojednam się z moją Victorią…
Tak, już nadszedł jego czas. Wpatrywał się w sufit z ulgą. Krwawienie ustało, serce powoli zwalniało. Lucjusz odetchnął po raz ostatni. Świat się rozmył. Pokój zawirował. Ostatnie, co ujrzał, była twarz Victorii. Jej oczy… wpatrujące się w niego z nieskrywanym żalem. Ona żyje… – pomyślał Lucjusz i jego usta otwarły się delikatnie. Zastygły jednak w pół ruchu. Serce przestało bić. Ciało hrabiego umarło. To był już koniec dla Lucjusza. Umarł z miłości. Umarł z poświęcenia się.
Tymczasem rozległy się krzyki bólu i rozpaczy. To Veronica ucztowała na ciele jej oprawcy. Wbiła zęby w jego szyję i sączyła już napływającą krew z tętnicy. Ksiądz po raz ostatni zawył i osunął się w ciemność. Podobnie jak Lucjusz. Ich obojga spotkała ta sama śmierć – umarli przez wampira, umarli przez Victorię. Chwilę potem po kobiecie nie było już śladu. Pozostały jedynie dwa stygnące trupy. I odór śmierci. I lament aniołów.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Ponieważ tekst był wstawiony w czasie, gdy obowiązywał punkt 36. regulaminu, wątek był ukryty. Skoro przepis został uchylony, przywracam wątek.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#3
(26-11-2014, 20:38)cuse napisał(a): Zasłuchany w trzaskanie płonącego drewna, (zbędny przecinek) Lucjusz pociągnął łyk napoju.

Taka była ostatnia wola jego dziadka, hrabiego Georga Purlyea (Purlye'a – odmiana imion i nazwisk obcych).

Zamek był wręcz idealny dla dwudziestopięcioletniego hrabiego Lucjusza Purlyea (Purlye'a).

Lucjusz upił (wypił – 'upić' to wziąć łyka z wierzchu, napocząć) ostatni łyk z kieliszka, po czym odłożył go na stolik po prawej.

Hrabia poczuł, jak wypełnia go strach, (zbędny przecinek) niczym niewytłumaczony.

Lucjusz usłyszał swój słaby, niewyraźny głos: „Veronica…” (kropka)

Obraz pełni Księżyca (małą literą), pokoju i gwieździstego nieba zniknął, rozpływając się.

Jedyne światło rzucał Księżyc (małą literą) przez olbrzymie okna.

Przeszedł kilkanaście kroków i zatrzymał się przed wielkimi witrażami z widokiem na morze (witraże jako takie uniemożliwiają podziwianie widoków za oknem).

W jego tafli odbijał się Księżyc.

Morze ciągnęło się nieprzerwanie na północ, wschód i zachód, tworząc swego rodzaju „mały ocean” (przecinek) jak zwykł nazywać je Lucjusz.

Wspinając się coraz wyżej, słyszał wyraźniej pieśń. Głos kobiety był delikatny, wysoki i przyjemny, pełen melodii. Miał w sobie coś kuszącego, co sprawiało, że ciągnął ku sobie – (zbędny myślnik) niczym głos syren na otwartym morzu, ale także i coś przerażającego, co sprawiało, że serce biło szybciej.

Kolejny stopień, (zbędny przecinek) i jeszcze jeden, i znów…

Poświata Księżyca nadawała jej skórze jeszcze bielszej barwy.

Na dodatek hrabia poczuł zapach nieznanych mu dotąd, łagodnych i przyjemnych perfum, należących widocznie do owej kobiety (kropka)

Hrabiego zdziwił chłód jej warg, (kropka, a nie przecinek)
Wraz z pocałunkiem, (zbędny przecinek) mężczyznę zalała fala emocji, których nie sposób opisać.

Stali tak oboje, (zbędny przecinek) w świetle Księżyca i szumie morza, (zbędny przecinek) z chłodnym wiatrem miotającym suknią Veroniki i odgłosami nocy – wyciem wilków, szumem lasu rosnącego nieopodal zamku, (raczej myślnik – wtrącenia wydzielamy z obu stron takimi samymi znakami) nim ostatnim pocałunkiem Veronica pożegnała się, po czym Lucjusz stracił równowagę i upadł.

Napadła (Dopadła) go jednak pustka związana z brakiem dotyku kobiety, z brakiem jej obecności.

Zataczał się w głąb ciemności, znikając w ciemnościach (pleonazm). Świat przestał dla niego istnieć, teraz była tylko ciemność(powtórzenie)

Rozglądnął się po bezkresnym, szarym morzu i zawiódł (powiódł) wzrokiem po reszcie okolicy, jakby na próżno szukając znaku Veroniki (raz jest Veronica, a raz Veronika – odmiana imion pochodzenia obcego się kłania http://odmiana.net/odmiana-przez-przypad...a-Veronica).

Nie wiedział jednak, kim ona jest, (zbędny przecinek) ani gdzie jej szukać.

Ostatnim (Ostatnimi) czasy Lucjusz próbował omijać Cerleona, wiedział jednak, że bez niego oszaleje z samotności.

– Niech Bóg cię błogosławi, hrabio Lucjuszu Purleyu – Cerleon przemówił (szyk – przemówił Cerleon) donośnym głosem.

Cerleon zauważył nieobecność swojego słuchacza i przerwał swój monolog, po czym zagadnął. (raczej dwukropek)

Pragnienie jej sprawiało, że Lucjusz zaraz postrada myśli (ja rozumiem, że można postradać zmysły, ale myśli? od kiedy?), chciał wyjść z zamku i jej szukać, choćby nawet miał błąkać się latami. Na razie jednak jedyne (przecinek) co mógł zrobić, to słuchać księdza Cerleona i jego dalszych wywodów na temat wiary.

Nie zrobił tego jednak (szyk – Jednak tego nie zrobił), w ostatniej chwili napłynęła mu myśl:

– Pamiętaj, druhu: „Zło czai się wszędzie, a naszym zadaniem jest go unikać, bo w nas ono rośnie, a bez nas będzie martwe” (z czego to jest cytat?).

Hrabia błądził po bezkresnym zielonym terenie bez końca (pleonazm).

Hrabia jednak dalej spacerował, podziwiając piękno natury i tylko co chwilę rzucając spojrzenie na złowrogie chmury (rymowanie jest w złym tonie).

Hrabia rozejrzał się – nikogo, prócz Chrystusa (przecinek) nie było w kościele.

Nagle hrabia poczuł lodowatą rękę Veroniki na szyi. (...) Objął obiema rękoma twarz Victorii i odwzajemnił pocałunek. (to może się zdecyduj – kiepsko wygląda, gdy sam autor myli imiona)

Naszła (Nadeszła) ciemność i ulga.

Wziął obydwa i podszedł do wielkiego łoża. Wręczył Lucjuszowi jeden i przemówił powoli. (raczej dwukropek)

Bez jego łaski martwi zagarnęli by (zagarnęliby) cię do ich królestwa.

– Musiałem zrobić ci transfuzję krwi. Wlałem w ciebie tyle życiodajnego płynu, że pięciu mężczyzn ledwie mogło wrócić do wioski. O ile w ogóle wrócili. (chwila, moment... a kto zbadał grupę krwi? ksiądz? Pięciu dawców to pięciokrotnie większe prawdopodobieństwo błędu)

Jego głos był prawie słyszalny. (prawie niesłyszalny / ledwie słyszalny)

Widział siebie, (zbędny przecinek) leżącego na łóżku.

Veronica nie zareagowała. Wpatrywała się wciąż w hrabiego ze wzrokiem pełnym pożądania. I wzajemnie. Lucjusz zbliżył swoją twarz do głowy Victorii o kilka centymetrów, po czym ucałował ją (ją ucałował).

Gdy ukochana odwzajemniła pocałunek, smakował on jak łyk najlepszego wina, które pijał Lucjusz (przecinek) czytając poezję.

Znaleźć się tu z Victorią, w jego własnym łożu.

Poczuł ciężar na swoim brzuchu i gdy otworzył oczy, ujrzał siedzącą na sobie Victorię.

Następnie Veronica (to w końcu jak ona ma na imię... a może tam są dwie kobiety?) zbliżyła się do jego twarzy, oddając jednak serię pocałunków na szyi.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości