Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Klucznicy
#1
Bardzo dawno nie pisałem, postanowiłem do tego wrócić i poniosła mnie trochę wyobraźnia. Starałem się zrobić kilka korekt, jednak znając życie znajdzie się kilka (jak nie więcej) błędów. Przedstawiam Wam moje dzieciątko. :d

Rozdział pierwszy.
„Podróż w czasie.”


Ogień. Połyskliwy, urzekający i ponętny. Przypominał kobietę, jednak nie jakąś codzienną, zwykłą i szarą dziewkę. Był jak młoda, śliczna i rozszalała pani, której temperament wprowadzał w szał nawet największych wojaków. Poruszała się z gracją, niczym szlachetnego pochodzenia niewiasta, pochłonięta namiętnym tańcem ze swym wybrankiem, tonąca w tym gorącym uczuciu, które nazywają miłością. Szkarłat jej włosów sprawiał, że nawet oczy Syriusza stawały się iskierkami. Mógł oglądać te falujące, krwiste niteczki zwisające z małej główki całymi godzinami. Lico pokryte rudymi piegami wywoływały uśmiech na jego twarzy. Oczy przypominające dwa szlifowane rubiny kusiły swą głębią. Drobna postura i figura zasługująca na miano bóstwa kazały podążać za sobą wzrokiem, łapały go na haczyk z niezwykła precyzją. Mimo jej zalet i tak nie potrafił obdarzyć jej ciepłem. Ogień zawsze będzie ogniem, zachwyca, a po wszystkim zostawia tylko popiół.
Od czasu pożaru w Sharpcliff Syriusz nie był już sobą. Przypominał demona, bestię, która bez skrupułów rozerwie dziecku klatkę piersiową, żebro po żebrze. Następnie wyjmie zalane krwią, bijące jeszcze serce i włoży do kłapiącego pyska, po czym zacznie rozrywać je zębami, jednocześnie się szczerząc. Chudy jak szkapa i niezwykle wysoki zawsze wieczorami przychodził na skraj klifu i przyglądał się ruinom niegdyś najsławniejszego miasta w całym Dimeville. Próbował sobie przypomnieć stare czasy, kiedy to potężne jak góry obronne ściany otaczały stolicę handlu i kultury. Bramy metropolii były skierowane w cztery strony świata. Sieć ulic kojarzyła się z mrowiskiem, każda z nich była pełna istot i bardzo głośna. Takich przepychanek ludzkich głów, elfickich uszu, mrocznych ślepi demonicznych krzyżówek i innych stworzeń nie spotykano nigdzie indziej. Targ w centrum od rana zalewany był tłumami mieszkańców i podróżnych. Stoisko ściśnięte przy stoisku, wszystkie się różniły, ogół towarów dostawano tu od ręki. Przechodziwszy przez ten gigantyczny rynek, nie można było wyjść z podziwu. Charakterystyczni sprzedawcy wypełniali plac handlowy. Każdy ubrany inaczej, każdy krzyczy o swoich znakomitych artykułach. Odziani w szarobure, puszyste skóry wilkołaków, czarne, pirackie kapelusze z piórami feniksa czy też w trzewiki z waranów zaślepiali naiwnych swym przepychem. „Biaaaaały kruk! Wspaniała okazja! Niespotykany gatunek z Krain Wiecznych Zim! Tylko tysiąc arkanów!”, „Szamańskie zwoje, leśne lekarstwa skuteczne na każdą chorobę!”, „Zapraszam do mnie! Ogon cerbera! Tylko jedna sztuka na cały rynek!” – tak głośnych eksklamacji nie słyszano nawet na arenie, przez nie centrum miasta było najhuczniejszym miejscem w tej murowanej dżungli.
Południe Sharpcliff należało do wszelkiej maści wojowników. Była tu cała masa wiarusów, najemników, rycerzyków i innych okutych w stal brutali. Co krok można tu było spotać sklepy z wyposażeniem bojowym. Pełne żelastwa budynki były miłością każdego z nich. Dostojni i zasłużeni żołnierze nabywali tam najwyższej jakości ekwipunek, a początkujący niestety musieli kupować przerdzewiałe sprzęty wystawione półdarmo na półkach. Domy towarowe sąsiadowały z profesjonalnymi koszarami, w których swoje umiejętności doskonalili silni młodzieńcy. Wiele z tych budowli otaczało ogromne koloseum, wspaniałe dzieło architektury znane na całym świecie. Przykład tego, że żywi tworzyli piękno w celu zaspokojenia swoich prymitywnych żądz. Co tydzień to miejsce zasypywała lawina widzów. Mężowie sprawdzający swoje umiejętności na arenie zapewniali trybunom tak wspaniałe emocje, że okrzyki dopingujące walczących można było porównać do szumu rozszalałego podczas sztormu morza. Każdy z widowni liczył tutaj na talerz krwistej, bolesnej i spoconej śmierci. Fala dźwięku co chwila uderzała w centrum pola walki, wywołując przypływ adrenaliny do męskich serc, przez co potyczki te należały do najbrutalniejszych w całym uniwersum. Obsydianowe ostrza rozcinające mięśnie, stalowe włócznie kujące serca i strzały powodujące, że białka z oczodołów wypływały jak płyn z rozbitych kurzych jaj były tu normalnym zjawiskiem. Lament cierpienia na arenie sprawiał, że trzęsła się ziemia, walka na tym placu nie polegała na okazywaniu litości. Wypaczeni wojacy musieli posiadać skute lodem wnętrze. Tylko najlepsi mieli tam wstęp.
Północ miasta była w posiadaniu najszlachetniejszych rodów tych ziem. Dzielnice, w których sen zlewał się z rzeczywistością, marzyła o niej cała biedota w tym zurbanizowanym labiryncie. Olbrzymie wille topiące się w ogrodowych barwach jedna za drugą płynęły lazurowymi ulicami, które błyszczały jak rzeka w gorący i słoneczny dzień. Pałacyki słynące z niezwykle wspaniałych rzeźb oszałamiały swą artystyczną oprawą. Arystokracja przechadzająca się po chodnikach wyrazem twarzy pluła na niższe kasty. Mężczyźni ubierali szerokie i przewiewne hajdawery, często kolorowe, komicznie wyglądające – jak worki po ziemniakach. Spodniom towarzyszyły zawsze malutkie i skórkowe kamasze, wielu żartowało, że szlachcicom ucinano palce, żeby stopa się w nich zmieściła. Tors zakrywali jedwabnymi koszulami o kolorze bielszym niż barwa śniegu w Krainie Wiecznych Zim. Na koszule zarzucali kurtki ze skór czarnych lwów. Całość ich stroju uzupełniały czapka nastroszona gryfimi piórami oraz przesłodka, brązowa muszka. Kobiety natomiast uwielbiały suknie wszelkiej maści. Każda z dam wysokich dworów starała się mieć swój oryginalny i wyróżniający się z tłumu krój. Nie istniała ustalona wśród pań moda, ich zadaniem było zaskakiwać coraz to nowszą kreacją. Ta zasada jednak obowiązywała tylko przy sukniach. Prawie zawsze na swoje zgrabne nóżki zakładały lawendowe rajstopy i dość wysokie buty na obcasie. Wszystkie lśniły w promieniach słonecznych, gdyż każda nosiła charakterystyczną malachitową biżuterię z salonu jubilerskiego mistrza Zippherfa. Niektóre z pań zakrywały głowę różnokolorowymi parasoleczkami, co dodawało im uroku. Ogół tych wspaniałości zasłaniał zepsucie mas zamieszkujących te rejony. Przechadzając się po północnych drogach, w oczach tutejszych mieszkańców widziano monety zamiast źrenic. Byli tu tacy fanatycy pieniądza, którzy w ogrodach mieli fontanny, nie z wodą, lecz z drobniakami. To nie było normalne…
Dom Syriusza leżał w samym środku północnych bajeczności miasta, nazywali go Kryształowym Pałacem, ponieważ miał wkute w ściany tęczowe kryształy. Ich zdolność skupiania promieni słonecznych powodowała, że światło pałacu sięgało aż do południowych dzielnic. Syriusz należał do Złotej Triady – trzech najbogatszych rodzin w całym Dimeville. Jego ród znany był pod nazwiskiem Amin. Jednak teraz to nie miało znaczenia, stracił wszystko, nawet najbliższych. Zataczał się w głowie nad wspomnieniami o domowym ognisku. Codziennie rano po przebudzeniu wychodził ze swojej luksusowej sypialni na balkon. Siedząc na dębowym krześle, podziwiał wschód słońca. Po kilku chwilach przychodziła do niego pokojówka Anna, przynosząc mu najświeższe zaparzone zioła. Anna była trzydziestoletnią, bardzo miłą i urodziwą elfką. Jej błękitne oczy często pocieszały Syriusza, gdy był w złym humorze. Niską blondynkę sprzątającą w pałacyku traktowano jak najbliższa przyjaciółka. Uważała Kryształowy Pałac po części za swój własny dom.
– Och, dzień dobry, Anno! – mawiał zawsze, wyrywając się na chwilę ze swojej codziennej, słonecznej refleksji.
– Dzień dobry panie Syriuszu! Przyniosłam filiżankę nowej, druidzkiej mieszanki, chciałby pan skosztować? Jak mija dzień? – odpowiadała często z szerokim uśmiechem na twarzy i troską w spojrzeniu.
Po porannej pogawędce schodził krętymi schodami z trzeciego piętra do jadalni. Tam czekał na niego masywny, okrągły, olchowy stół wypełniony po brzegi najróżniejszymi specjałami tutejszego szefa kuchni – Malcolma. Smaki z całego świata na śniadanie, języki Aminów dzień w dzień próbowały raju. Malcolm był krasnoludem o dość specyficznej osobowości. Gatunek ziemnych ludzi zdobył sławę dzięki swoim nadzwyczajnym, podziemnym miastom i osiągnięciom technicznym, jednak tego małego mężczyzny nie interesowały zbytnio takie zajęcia. Odnalazł siebie w kuchni! Jest to troszeczkę dziwne, ale ta mała wredota potrafiła omamić każdego swoim jedzeniem. Jak to mówią – przez żołądek do serca. Malcolm był dość szeroką i niską istotą, troszeczkę niezdarną i cholernie wygadaną. Ubrany w fartuch kuchenny szwendał się po kuchni, powodując przy tym nieznośny hałas. Jego broda sięgała za klatkę piersiową. Specyficznie zaczesywał wąsy, robiąc z nich świderki, a cała rodzina gdy tylko je widziała, próbowała powstrzymać śmiech. Ten, który zaśmiał się na głos, dostawał do posiłku garść pieprzu w ramach odwetu malutkiego cwaniaka. Normalny bufon zwolniłby za coś takiego, ale Aminowie traktowali służbę jak rodzinę i przymykali oko na niektóre jej występki.
Pierwszy do stołu zawsze siadał Syriusz. Po wypiciu ziół lubił przekąsić świeże pieczywo z mięsem zapiekanym w miodzie. Kilka minut po nim „dołączał” się do niego ojciec – Andreas Amin. Nie ma stworzenia w całym Dimeville, które nie słyszało o tym człowieku. Szczupły jak patyk wynalazca za sprawą swojej ciężkiej pracy zdobył majątek. W przeciwieństwie do szlachty Sharpcliff nie dbał o swój wygląd. Nie ubierał się schludnie, jego ulubionym strojem był fartuch roboczy. Nosił okrągłe, przyciemniane okulary nie pozwalające patrzeć innym w jego oczy. Nikt nie wiedział, dlaczego to robił, nawet Syriusz nie widział nigdy jego źrenic. Rysy podłużnej twarzy Andreasa wskazywały na to, iż był on około czterdziestopięcioletnim , zmęczonym ciągłą pracą mężczyzną. Niewielka, kozia bródka dodawała mu charakteru. Zawsze brudny od smarów i innych paskudztw wychodził wieczorami ze swojego laboratorium, do którego nie miał wstępu nikt poza nim. Syriusz czuł, że ojciec nie okazuje mu wystarczającego uczucia, wolał szperać w tych swoich ustrojstwach niż przez chwilkę się nim zainteresować. Najczęściej ich śniadanie wyglądało tak:
– O, dzień dobry, Syriuszu, zabiorę sobie kilka tych talerzy i szybko idę na dół, jeszcze trochę… – Codziennie ta sama śpiewka wychodziła z ust Andreasa. Były to słowa bez krzty uczuć. Nie miały żadnej barwy. Brzmiały tak, jakby ich nie było.
– Cześć tato! Moglibyśmy chwi… – Trzask drzwi przerywał wypowiedź Syriusza. – Kiedyś cię zatłukę. – Każdego poranka to samo zachowanie taty ściskało serce Syriusza z siłą golema. Jego ostatnie dwa słowa miały w sobie tyle szczerości, że nawet sam syn był przerażony.
Głowa rodziny Aminów rozgłos zyskała głównie dzięki przełomowemu odkryciu, nazywała je Rozcinaczem Światów. Rozcinacz Światów to miecz, którego ostrze potrafiło tworzyć wyrwy w wymiarach. Cały chaos panujący aktualnie w Dimeville był spowodowany tym kawałkiem metalu. Czasami przez umysł Syriusza przelatywała myśl, że ojciec zasłużył sobie na to.
Po Andreasie zwykle przychodziła kolej na Lidię – matkę stojącego przy skraju klifu Syriusza. Lidia Amin – kolejna sława w Sharpcliff. Za sprawą swojego męża stała się celebrytką. Dojrzała kobieta, która przeżyła trzydzieści osiem wiosen. Codziennie o godzinie dziesiątej trzydzieści ze swojej garderoby ruszała w stronę jadalni. Jak przystało na damę z północy, dzień w dzień zmieniała suknie. W ostatni wspólny poniedziałek przez całą dobę towarzyszyły jej kwieciste wzorki, a w ostatni wspólny wtorek w miejsce kwiatków weszły księżyce. Miała niezwykle sympatyczną i okrąglutką twarz. Oczy owej damy jednak nie były normalne, nie posiadały źrenic. Lidia Amin była niewidoma, a biel w jej oczodołach nie raz wywoływała zaniepokojenie. Na szczęście dzięki odpowiedniemu ułożeniu swoich kasztanowych włosów potrafiła chociaż po części zakryć tę wadę. Była niespotykanie delikatną kobietą. Potrafiła z każdym porozmawiać i mu doradzić. Wykazywała się empatią, która nie była mile widziana u bogaczy. Syriusz przy każdym śniadaniu prowadził z nią długie rozmowy. Mogli mówić o wszystkim, rozumieli się jak prawdziwy rodzic i dziecko.
Ostatnią osobą przychodzącą do jadalni była siostra Syriusza, śpiąca królewna – Izabela. Jej ulubionym zajęciem było podróżowanie w sennych odmętach… Brat czasami podśmiewał się w duchu, gdy przypominał sobie o jej „śniadaniach” w okolicach godziny piętnastej. Izabela była dojrzewającą, piętnastoletnią damulką o dość wygórowanym ego. Bardzo często grała rodzicom na nerwach, starała się być buntowniczką. Nie przepadała za eleganckimi sukniami czy też za wykwintnymi ucztami. Zamiast tego wszystkiego wolała nosić dość przewiewne ubrania przypominające piżamy oraz bawić się ze swym ukochanym ognikiem – Narcyzem. Bezustannie swoim zachowaniem przypominała faceta, prawdopodobnie dlatego, że bardziej przypadało jej do gustu towarzystwo składające się z chłopaków, niż ze swoich rówieśnic. Gdyby nie faliste włosy o spokojnej, morskiej barwie oraz rozwijające się kobiece kształty, można by było pomyśleć, że to mężczyzna. Jej dość wyróżniającą cechą były wieczne, delikatne worki pod aksamitnymi oczami. W zwyczaju miała mawiać po przebudzeniu:
– Dzień dobryyyyyyy…! – Kiedy przedłużała piskliwe powitanie, wydawało się, że jest ciągle we śnie.
Wschodnie i zachodnie strony Sharpcliff zajęte były przez przeciętnie zamożnych obywateli parających się rzemiosłem lub świadczących określone usługi. Niewielkie domy zbudowane z drewna i kamienia były okropnie nudne, a szare dróżki wokół nich utwierdzały każdego w przekonaniu, że stolica dostatku w tych rejonach była kopalnią pesymizmu. Niektórzy mieszkańcy starali się dodać choć troszeczkę pozytywnej aury tym terenom poprzez tworzenie malutkich, amatorskich ogrodów niedaleko każdego budynku, wyglądało to jak tęcza na tle burzowych chmur. Zapuszczanie się głęboko w te obszary było wyjątkowo ryzykowne, gdyż poziom przestępczości sięgał zenitu. Bandyci, opryszkowie, złodzieje i inne łachudry działały tam w zorganizowanych grupach, które nazywano klanami. Najgroźniejszym klanem działającym w Sharpcliff był Klan Wiecznego Grzechu. Tylko idiota zadzierał z jego członkami. Niestraszne im były pobicia, rabunki, napaście, gwałty czy nawet morderstwa. Tych, którzy naprawdę zaszli im za skórę, potrafili torturować tygodniami. Ich znakiem wyróżniającym był tatuaż, na którym widniał symbol nieskończoności przebity sztyletem. Ostatnią ich ofiarą, o której było głośno, był pewien lichwiarz. Znaleziono go we własnym biurze, widok jego ciała przyprawiał o mdłości. Truchło, nad którym latały muchy, z językiem przybitym gwoździem do stołu zerkało nieżywym już wzrokiem na mapy wiszące na ścianie, w dłoni pozbawionej paznokci trzymając pióro, które zamiast atramentu oprawcy wypełnili krwią. Istna makabra i psychoza. Ci szaleńcy potrafili profesjonalnie amputować sumienie. Dobrym aspektem apokalipsy było to, że w pewnej mierze wykastrowała chociaż Dimeville z tego trądu.
– Ściemnia się, lepiej już pójdę, nie chcę uciekać przed kolejną wyrwą… – Syriusz powiedział sam do siebie, po czym ruszył powolnym krokiem w stronę Cytadeli Kluczników.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Może zacznijmy od tego.
Wrzuciłeś tekst fantasy, wszystko w porządku, nie mam nic do tego. JEDNAK. Jednak chcesz, byśmy przeczytali i skomentowali twój tekst.
Teraz moje pytanie: ile tekstów z fantasy na naszym forum przeczytałeś i skomentowałeś? Zero. Null. Zbiór pusty. Jeżeli nastawiasz się na pisanie fantasy, to może też powinieneś przeczytać kilka tekstów z fantasy, a nie poezję i miniaturki? Rozumiem, że fantasy jest dużo, dużo dłuższe, ale według mnie to jest brak szacunku dla innych osób, które piszą w fantasy i faktycznie zaglądają do tematów i komentują u innych. Chwała ci za to, że odpowiedziałeś w miniaturkach i poezji raczej jako takimi komentarzami, ale umówmy się – jeżeli oczekujesz od nas treściwych komentarzy w fantasy, to może powinieneś i rozejrzeć się tutaj po różnych tematach?
Nikt ci nie każe wyrabiać wszystkich 10 komentarzy konkretnie tutaj, bo człowieka piorun strzeli, nim się przez to wszystko przebije, ale warto zostawić przynajmniej ze trzy treściwe opinie. W końcu każdy z nas na nie czeka, a i chętnie odwdzięczą się za przysługę (przynajmniej z tych, którzy są tutaj regularnie).
Myślę, że już powinieneś załapać, o co mi chodzi. I na tym zakończę.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#3
Cóż, trafiłeś w sedno. Za mocno się napaliłem na wstawienie tekstu i chciałem jak najszybciej osiągnąć to przepisowe 10 postów. Dziękuję za "kopniaka". :) Biorę się za lekturę.
Odpowiedz
#4
(23-11-2014, 20:24)Rybczag napisał(a): Przypomina kobietę, jednak nie jakąś codzienną, zwykła(ą) i szarą dziewkę.

Drobna postura i figura zasługująca na miano bóstwa, (bez przecinka) karzą(każą – od "kazać", a nie "karać") podążać za sobą wzrokiem, łapią go na haczyk z niezwykła precyzją.

Mimo jej idealnych zalet(A są nieidealne zalety? Zalety albo są, albo ich nie ma, to "idealnych" jest zbędne) i tak nie potrafi obdarzyć jej ciepłem.

Następnie wyjmie zalane krwią, bijące jeszcze serce i włoży do kłapiącego pyska, po czym zacznie rozrywać je zębami(przecinek) jednocześnie się szczerząc.

Chudy jak szkapa i niezwykle wysoki zawsze wieczorami przychodzi na skraj klifu i przygląda się ruiną(ruinom) niegdyś najsławniejszego miasta w całym Dimeville.

Próbuje sobie przypomnieć stare czasy, kiedy to potężne jak góry obronne mury (To się rymuje, a przez to brzydko brzmi) otaczały stolicę handlu i kultury.

Sieć ulic kojarzy się z mrowiskiem, każda z nich była (Zmieniasz czas nie tylko w ogóle tekstu, ale nawet w jednym zdaniu) pełna istot i bardzo głośna. Takich przepychanek ludzkich głów, elfickich uszu, mrocznych ślepi demonicznych hybryd piekła z człowiekiem(To jest co najmniej niejasne. Wynikałoby z tego, że można skrzyżować piekło z człowiekiem, co jest raczej nonsensowne. Chyba że ma to być rozumiane jako jedno określenie – "hybrydy piekła" – ale nie zmienia to faktu, że ta część jest niezrozumiała.) i innych stworzeń spotykane były tylko tutaj.(spacja)Targ w centrum od rana zalewany był tłumami mieszkańców i podróżnych.

Przechodziwszy przez ten gigantyczny rynek(przecinek) nie można było wyjść z podziwu.

Odziani w szarobure, puszyste skóry wilkołaków, czarne, pirackie kapelusze z piórami feniksa,(bez przecinka) czy też w trzewiki z waranów zaślepiają naiwnych swym przepychem.

(Akapit robi się tagiem [p.] bez kropki, nie spacjami) Południe Sharpcliff należało do wszelkiej maści wojowników.

Dostojni i zasłużeni żołnierze nabywali tam najwyższej jakośći(jakości) ekwipunek, a początkujący niestety musieli kupować przerdzewiałe sprzęty, (zbędny przecinek) wystawione półdarmo na półkach.

Domy towarowe sąsiadowały z profesjonalnymi koszarami (przecinek) w których swoje umiejętności doskonalili silni młodzieńcy. Wszystek tych budowli otaczał (To brzmi wg mnie kiepsko, sądzę, że lepiej byłoby napisać w inny, prostszy sposób) ogromne koloseum, wspaniałe dzieło architektury,(zbędny przecinek) znane na całym świecie.

Przykład tego, że żywi tworzą piękno w celu zaspokojenia swoich prymitywnych rządz(żądz).

Mężowie sprawdzający swoje umiejętności na arenie zapewniali trybunom tak wspaniałe emocję(e), że okrzyki dopingujące walczących można było porównać do szumu rozszalałego podczas sztormu morza.

Dzielnice (przecinek) w których sen zlewał się z rzeczywistością(przecinek) były marzeniem całej biedoty w tym zurbanizowanym labiryncie.

Pałacyki sławne(Wg mnie lepiej "słynące") z niezwykle wspaniałych rzeźb oszałamiały swą artystyczną oprawką.

Całość ich stroju uzupełniały czapka nastroszona(za dużo spacji) gryfimi piórami oraz przesłodka, brązowa muszka.

Nie istniała ustalona wśród pań moda, ich zadaniem było zaskakiwać coraz to nowszą kreacją (zbędna spacja).

Niektóre z pań zakrywały głowę różnokolorywmi(różnokolorowymi) parasoleczkami, dodawało im to uroku.

Przechadzawszy (Przechadzając) się po północnych drogach (przecinek) w oczach tutejszych mieszkańców widziano monety zamiast źrenic.

Syriusz należy(Znowu zmiana czasu) do Złotej Triady – trzech najbogatszych rodzin w całym Dimeville.

Siedziąc(Siedząc) na dębowym krześle(przecinek) podziwiał wschód słońca. Po kilku chwilach przychodziła do niego pokojówka Anna, przynosząc mu najświeższe, (zbędny przecinek) zaparzone zioła.

– Och, dzień dobry(przecinek) Anno! – mawiał zawsze (przecinek) wyrywając się na chwilę ze swojej codziennej, słonecznej refleksji.

– Dzień dobry (przecinek) Panie(panie – to nie list) Syriuszu! Przyniosłam filiżankę nowej, druidzkiej mieszanki, chciałby Pan(pan) skosztować? Jak mija dzień? – odpowiadała zawsze z szerokim uśmiechem na twarzy i z troską w spojrzeniu pytała.(Albo jedno, albo drugie)

Po porannej pogawędce schodził zawijanymi(Lepiej "krętymi") schodami z trzeciego piętra do jadalni.

Ubrany w fartuch kuchenny szwendał się po kuchni (przecinek) robiąc niezmierny hałas. Jego broda sięgała za klatkę piersiową. Specyficznie zaczesywał wąsy, robił z nich świderki, cała rodzina gdy tylko je widziała(przecinek) uśmiechała się pod nosem i próbowała powstrzymać śmiech. Ten, który zaśmiał się na głos(przecinek) dostawał do posiłku garść pieprzu w ramach odwetu malutkiego cwaniaka.

Nie ma stworzenia w całym Dimeville, które nie słyszało o tym człowieku. Szczupły jak patyk wynalazca, który swoją ciężką pracą zdobył majątek.

Nikt nie wie (przecinek) dlaczego to robił, nawet Syriusz nie widział nigdy jego źrenic.

Zawsze brudny od smarów i innych paskudztw wychodził wieczorami ze swojego laboratorium(przecinek) do którego nie miał wstępu nikt poza nim.

– O, dzień dobry(przecinek) Syriuszu, zabiorę sobie kilka tych talerzy i szybko idę na dół, jeszcze trochę… –
(...)

– Cześć tato! Moglibyśmy chwi… – t(T)rzask drzwi przerywał wypowiedź Syriusza. – k(K)iedyś cię zatłukę. – Każdego poranka to samo zachowanie taty ściskało serce Syriusza z siłą golema.

Codziennie o godzinie 10:30(słownie) ze swojej garderoby ruszała w stronę jadalni.

Miała strasznie(To kiepski przymiotnik w tym kontekście) sympatyczną i okrąglutką twarz. Jej oczy jednak nie były normalne, nie posiadały źrenic. Lidia Amin była niewidoma, a biel w jej oczodołach nie raz wywoływała zaniepokojenie.

Brat czasami podśmiechuję(podśmiewał się) w duchu, gdy przypomni sobie o jej „śniadaniach” w okolicach godziny piętnastej.

Nie przepadała za eleganckimi sukniami, (bez przecinka) czy też za wykwintnymi ucztami. Zamiast tego wszystkiego wolała nosić dość luźne ciuchy(Do reszty tekstu lepiej będzie pasowało "ubrania"),(zbędny przecinek) przypominające piżamy oraz bawić się ze swym ukochanym ognikiem – Narcyzem.

Gdyby nie jej faliste włosy o spokojnej, morskiej barwie oraz rozwijające się kobiece kształty (przecinek) można by było pomyśleć, że to mężczyzna. Jej dość wyróżniającą cechą były wieczne, delikatne worki pod mchowymi oczyma.

– Heeeeeej wszystkim…! – k(K)iedy przedłużała piskliwe powitanie, wydawało się, że jest ciągle we śnie.

Niewielkie domy zbudowane z drewna i kamienia były okropnie nudne, a szare dróżki wokół nich utwierdzały każdego w przekonaniu, że stolica dostatku w tych rejonach była kopalnią pesymizmu.(spacja)Niektórzy mieszkańcy starali się dodać choć troszeczkę pozytywnej aury tym terenom poprzez tworzenie malutkich, amatorskich ogrodów niedaleko każdego budynku, wyglądało to jak tęcza na tle burzowych chmur.

Zapuszczanie się głęboko w te obszary było wyjątkowo ryzykowne, gdyż poziom przestępczości był tam dość wysoki.

Nie straszne(Niestraszne) im były pobicia, rabunki, napaście, gwałty czy nawet morderstwa. Tych, którzy naprawdę zaszli im za skórę (przecinek) potrafili torturować tygodniami.

Truchło, nad którym latały muchy, z językiem przybitym gwoździem do stołu zerkało nie żywym(nieżywym) już wzrokiem na mapy wiszące na ścianie, w dłoni pozbawionej paznokci, (bez przecinka) trzymając pióro, które zamiast atramentu, (zbędny przecinek) oprawcy wypełnili krwią.

Uf, przebrnęłam. Nie będę ukrywała – było ciężko.

Zacznę od kwestii technicznej – ciągle mieszasz czasy, niekiedy nawet w jednym zdaniu. Narrację zasadniczo prowadzi się w jednym czasie, a u ciebie przewijają się wszystkie.

Pododawaj też akapity, bo trochę ich brakuje (w poprawkach już wspomniałam o tagu [p.] bez kropki – na początku linii, którą ma zaczynać akapit). Tekst będzie się wtedy łatwiej czytało, bo jest go sporo.

Co do tekstu... Zmęczył mnie. Już w pierwszym fragmencie, kiedy nie wiem jeszcze nic o świecie, zarzuciłeś mnie najdrobniejszymi szczegółami opisu jakiegoś miasta. Po tym nie wiem praktycznie nic. Szczerze mówiąc, to teraz, po przeczytaniu, nawet mam pojęcia, jak owo miasto się nazywało. Opisy byłyby niezłe i niewątpliwie całkiem przypadłyby mi do gustu, gdybyś odpowiednio je dawkował, a nie wrzucał wszystko naraz. Jak już mówiłam, to działa tylko na niekorzyść, bo zniechęca do czytania, a praktycznie o niczym nie informuje.

No i w tym opisie właśnie utonęli gdzieś główni (jak sądzę) bohaterowie – ta rodzina. Opisałeś ze szczegółami ich codzienne rytuały, a o samych osobach jakoś niewiele po tym się dowiedziałam. Nieliczne dialogi wydały mi się dość sztywne, niepasujące do klimatu (to fantasy w końcu, więc witanie się "heeeeeeej" w moim odczuciu średnio na miejscu).

No, to tyle. Pomysł na świat, sądząc po opisie, masz dopracowany, pamiętaj tylko przy opisywaniu go, że czytający nie ma wglądu do twojej głowy. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#5
Ha! Fantasy! kolejna świetna powieść do której czytelnik będzie wracał co jakiś czas czy gniot niewarty uwagi? Sprawdźmy ^^

1. Vet widzę powiedziała ci już, że narrację prowadzisz jak pijany marynarz łajbę podczas huraganu, więc to pominę

2. Hybryda piekła z człowiekiem brzmi jak hybryda Kowalskiego z Bolkowem, bardzo źle chyba nie o to ci chodziło?

3. Nasz protagonista "Ostry klif Syriusz" jest. I w sumie tyle o nim wiem bo zamiast przedstawić mi go dokładniej opisujesz jakieś miasto, jakbyś chciał mi je sprzedać, a ja mój drogi nie chcę go kupić. Fantasy to przede wszystkim mocny główny bohater, niekoniecznie musi być twardym łowcą potworów jak Geralt, może być tchórzliwym Ricewindem, ale niech będzie w nim życie kolor niech mnie oczaruje. U ciebie wygląda on tak: " Sharpcliff Syriusz nie jest już sobą. Przypomina demona, bestię, która bez skrupułów rozerwie dziecku klatkę piersiową, żebro po żebrze. Następnie wyjmie zalane krwią, bijące jeszcze serce i włoży do kłapiącego pyska, po czym zacznie rozrywać je zębami jednocześnie się szczerząc. Chudy jak szkapa i niezwykle wysoki" i tyle. Wiem tyle że jest wysoki chudy i ma problemy z głową, albo jest wilkołakiem. później zamiast to jakoś rozwinąć wciskasz mi swoje "cacko".

4. Miasto. Cóż opisujesz je bardzo szczegółowo prawie jakbym widział je w google street view i jest super pysznie, fikuśnie,ale czegoś w nim brakuje, a raczej czegoś jest za dużo. Czytając jego opis mam wrażenie, że miałeś masę pomysłów jak zapełnić tą przestrzeń i z braku zdecydowania które z nich wybrać wrzuciłeś je wszystkie, na czym tekst tylko ucierpiał bo stracił na przejrzystości. Wiem chciałeś dobrze, ale mogłeś zamiast męczyć mnie milionem zbędnych detali już na wstępie wprowadzać je stopniowo jak zrobił to Pratchett gdy opisywał swoje cacko "Ankh-Morpork jeśli nie znasz polecam.
5. Mieszkańcy. Tutaj totalna bieda, opisani są schematycznie i bez polotu, pełno tu stereotypów: męscy spoceni gladiatorzy, aroganccy szlachcice, piękne i niedostępne panny z dobrych domów i tak dalej. to wszystko już było, nie mówię że to źle bo Fantasy ma wiele podgatunków i ta baśniowa niemal hałastra może się bronić sama gdybyś tylko to troszkę dopracował zamiast iść w ekstrema, bo nie każdy szlachcic to bogaty dupek i nie każdy wojownik marzy o wypruwaniu flaków ^^
Przy okazji poruszę tutaj coś co mnie szczerze rozbawiło a mianowicie przestępczość. Jest to tu o tyle zabawnie napisane, że przypadkiem zasugerowałeś mi, iż najgorszy z tzw "klanów" posuwa się do morderstw i tortur, wiesz patrząc na to w ten sposób zwykły bandzior w tym mieście aż pisze po murach różne bzdury albo podkrada pranie schnące na sznurze, troszkę mało w tym takiego "realizmu".

6. Domownicy. Wiem że są, słabo zarysowani ale są, domyślam się, że czeka ich tragiczny koniec, ale póki co żyją więc tchnij w nich więcej kolorów. Krasnolud np jest całkiem zabawny, mógłbyś opisać więcej jego zachowań, albo opowiedzieć nam jak matka straciła wzrok. To jest coś co interesuje mnie dużo bardziej niż miejskie fontanny czy stragany.

Podsumowując mam wrażenie że przy całej swojej chęci do stworzenia czegoś wielkiego możesz mieć z tym problem brakuje ci warsztatu. Jeśli chcesz zobaczyć Porządne Fantasy poczytaj Pałac Subterrarium, a jeśli szukasz czegoś innego ale wciąż dobrego dorwij którąkolwiek z prac Epona a poza tym książki dużo książek i to nie tylko fantasy, bo pomysł możesz mieć świetny, ale to za mało żeby przykuć na dłużej czyjąś uwagę. Dlatego czytaj ćwicz i nie poddawaj się ^^
Eorth znajduje się w tym miejscu gdzie śpią wszystkie smoki
Odpowiedz
#6
Vetalo, z góry dziękuję za poświęcenie tym moim bazgrołom swego czasu, nie spodziewałem się, że będzie tak źle. :D Zastanawiałem się nad napisanie tak opasłego opisu, chyba była to zła decyzja. Obrałem sobie za cel jak najlepsze przedstawienie całego miasta i domu rodzinnego Syriusza przed katastrofą (o której będzie więcej w następnym rozdziale), bo chcę pokazać w jakim stopniu zmienił się świat przedstawiony. Dobrym spostrzeżeniem było to, że czytelnik nie wejdzie mi do głowy, będę o tym pamiętał. Jak tylko znajdę więcej wolnego czasu, zabiorę się za poprawki! :)
PS: Kolor Waszych nazw ciągle kojarzy mi się ze smurfami.
Panie Samolocie (przeraża mnie Twoja prawdziwa nazwa), odniosę się do punktów, które przytoczyłeś.
1. Racja, dopiero teraz to zauważyłem.
2. Chodziło mi tu bardziej o to, że człowiek mógł krzyżować się z demonami. Postaram się to jakoś zmienić.
3. Sharpcliff to nazwa miasta (jeśli coś poplątałem w tekście, to przepraszam). Tak jak mówiłem, chciałem przedstawić w rozdziale pierwszym tylko wspomnienia i zapewne nie był to najlepszy pomysł.
4. Okej, czyli będę musiał jakoś hamować ten mój móżdżek. Trudne zadanie przede mną. xD
5. Pozbycie się stereotypów? Wyzwanie na rozdział drugi, mam nadzieję, że wymyślę coś dobrego. :D Co do bandziorów – mam troszeczkę inne zdanie, ale w kolejnych tekstach postaram się dodać tego "realizmu".
6. Zastosuję się do tej rady. Myślałem tak samo jak Ty o krasnoludzie, lecz postanowiłem odrzucić tę decyzję. Był to błąd.

Dziękuję za słowa otuchy i za polecenie dobrych prac. ;)

EDIT: Poprawki prawie zrobione, zostały mi jeszcze korekty czasu w całym tekście.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
(23-11-2014, 20:24)Rybczag napisał(a):
Rozdział pierwszy.
„Podróż w czasie.”

Lico pokryte czerwioniutkimi('czerwoniutkimi', ale lepiej po prostu 'rudymi') piegami wywołuje uśmiech na jego twarzy.

(Początek w czasie teraźniejszym, a dalej przeszłym. Powinieneś zdecydować. Pisanie długiego tekstu w czasie teraźniejszym nie jest łatwe, stąd opis miasta, który układał ci się w czasie przeszłym.)

Bramy metropolii były skierowane w cztery strony świata – brama północna, brama południowa, brama zachodnia oraz brama wschodnia(po co je wymieniać, skoro początek zdania mówi o bramach skierowanych w cztery strony świata).

Takich
przepychanek ludzkich głów, elfickich uszu, mrocznych ślepi demonicznych krzyżówek i innych stworzeń spotykane były tylko tutaj. ("Takie przepychanki ludzkich głów... bo dalej piszesz ...spotykane były tylko tutaj." Jeśli "Takich przepychanek... nie spotykano nigdzie indziej.")

Stoisko ściśnięte przy stoisku, wszystkie się różnią, ogół towarów dostawano tu od ręki. (oba czasy w jednym zdaniu)

Charakterystyczni sprzedawcy zapierali dech w piersiach. Każdy ubrany inaczej, każdy krzyczy o swoich znakomitych artykułach. (Zmiana czasu – to, o czym napisała Vetala. Poza tym lekka przesada z tym zapartym tchem z powodu handlarzy.)


Tylko tysiąc arkanów!”, „Szamańskie zwoje, leśne lekarstwa skuteczne na każde('wszystkie choroby' lub 'każdą chorobę') choroby!”, „Zapraszam do mnie! Ogon cerbera!

Była tu cała masa wiarusów, najemników, rycerzyków i innych okutych w stal brutali. Co krok spotkać tu można było(szyk – można tu było spotkać) sklepy z wyposażeniem bojowym.

Północ miasta była w posiadaniu najszlachetniejszych rodów tych ziem. Dzielnice, w których sen zlewał się z rzeczywistością, były marzeniem całej biedoty w tym zurbanizowanym labiryncie.

Pałacyki słynące z niezwykle wspaniałych rzeźb oszałamiały swą artystyczną oprawką(oprawą).

Niektóre z pań zakrywały głowę różnokolorowymi parasoleczkami, dodawało im to uroku(co dodawało im uroku).

Jego ród znany był pod nazwiskiem Amin. Jednak teraz to nie ma znaczenia, stracił wszystko, nawet najbliższych. Zatacza się w głowie nad wspomnieniami o domowym ognisku. Codziennie rano po przebudzeniu wychodził ze swojej luksusowej sypialni na balkon. (zmiany czasów)

Jej błękitne oczy często pocieszały Syriusza, gdy był w złym humorze. Niska blondynka sprzątająca w pałacyku była traktowana jak najbliższa przyjaciółka.

– Och, dzień dobry, Anno! – mawiał zawsze(przecinek) wyrywając się na chwilę ze swojej codziennej, słonecznej refleksji.

Jak mija dzień? – odpowiadała zawsze z szerokim uśmiechem na twarzy i z(zbędne) troską w spojrzeniu.

Specyficznie zaczesywał wąsy, robił z(robiąc) nich świderki,(a) cała rodzina gdy tylko je widziała, uśmiechała się pod nosem i próbowała powstrzymać śmiech. (Albo się uśmiechała, albo próbowała to ukryć, więc podkreślone jest zbędne.)

Nosił okrągłe, przyciemniane okulary,(bez przecinka) nie pozwalające patrzeć innym w jego oczy.

Nikt nie wie, dlaczego to robił, nawet Syriusz nie widział nigdy jego źrenic. Rysy podłużnej twarzy Andreasa wskazywały na to, iż jest on około czterdziestopięcioletnim , zmęczonym ciągłą pracą mężczyzną. (zmiany czasów)

Cały chaos panujący aktualnie w Dimeville jest spowodowany tym kawałkiem metalu. Czasami przez umysł Syriusza przelatuje myśl, że ojciec zasłużył sobie na to.(czasy)

Po Andreasie zwykle przychodziła kolej na Lidię – matkę stojącego przy skraju klifu(dodaj 'Syriusza', bo brzmi to, jakby Lidia była matką klifu).

Za sprawą swojego męża stała się celebrytką(to bardzo współczesne słowo).

Jak to(zbędne) przystało na damę z północy, dzień w dzień zmieniała suknie.

Jej dość wyróżniającą cechą były wieczne, delikatne worki pod mchowymi oczyma( co to takiego? lepiej 'aksamitnymi oczami').

Wschodnie i zachodnie strony Sharpcliff zajęte były przez przeciętnie zamożnych obywateli parających się rzemieślnictwem(to nie jest błąd, ale rzadko używane słowo, lepiej brzmi 'rzemiosłem') lub świadczących określone usługi.

Zapuszczanie się głęboko w te obszary było wyjątkowo ryzykowne, gdyż poziom przestępczości sięgał tam granic. Bandyci, opryszkowie, złodzieje i inne łachudry działały tam w zorganizowanych grupach, które nazywano klanami.

Ich znakiem wyróżniającym jest tatuaż, na którym widnieje symbol nieskończoności przebity sztyletem.(czasy)

Ci szaleńcy potrafili profesjonalnie amputować sumienie. Dobrym aspektem apokalipsy jest to, że w pewnej mierze wykastrowała chociaż Dimeville z tego trądu.(czasy)

Niestety całkowicie zgadzam się z Vet, ciągłe zmiany czasu i natłok informacji sprawia, że całkiem zgrabne zdania tworzą nudną całość. Postaraj się dawkować opisy, wplatając je w wydarzenia. Dodaj więcej dialogów, wtedy ściana opisowa stanie się lżejsza. Potrafisz opowiadać, tylko nie rób tego bez przerwy przez wiele godzin, bo wszyscy zasną:).
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#8
► psychodelia
styl w muzyce rockowej, popularny na przełomie last sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku, charakteryzujący się długimi, improwizowanymi kompozycjami oraz tekstami o tematach seksualnych, religijnych lub duchowych; psychedelic, psychodelic, muzyka psychodeliczna

Wprowadź poprawki. Poza tym, co już powiedziały Vet i Nawka niewiele jest do dodania. Podobają mi się opisy, zgrabnie i ładnie je prowadzisz, choć faktycznie bardzo szczegółowo. Napisane jest dobrze, nie zgrzyta. Czyta się przyjemnie, ciekawie. Zaczyna się dość interesująco, ale popracuj jeszcze nad dialogami, wypadają z lekka sztywno i nienaturalnie.
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
#9
Arabello, trafne spostrzeżenie. Chodziło mi o psychozę. Poprawki wprowadzone, czasy pozmieniane (jeśli niczego nie pominąłem to każdy czasownik czasu teraźniejszego stał się czasownikiem czasu przeszłego). Myślę nad tym czy warto rozszerzać tekst o wzmianki na temat niewidomej Lidii i zachowania domowników. Nie chciałbym tego za mocno rozbudowywać, bo w przyszłych treściach będzie mało ważne, w końcu zapewne wielu z Was spostrzegło, że świat Syriusza spotkała jakaś katastrofa.
Odpowiedz
#10
Udało mi się jakoś napisać kolejną część tekstu. Zmniejszyłem obszerność opisów oraz dodałem więcej akcji i charakteryzacji głównego bohatera. Zapraszam do przeczytania, a teraz zabieram się do obmyślania pomysłu na kolejne CWT. ;)

Rozdział drugi.

"Dom, słodki dom..."

– Witamy w domu… – syknął do siebie Syriusz, zmagając się przy tym z negatywnymi emocjami w głowie.
Przystanął przed twierdzą. Ubrany w długą szatę o brunatnym kolorze wzmacnianą metalowymi płytkami zerknął w stronę bramy. Naramiennik, który nosił na prawej ręce, dawał znać o swojej wadze, chłopak uginał się lekko ze zmęczenia. Słabe podmuchy wiatru poruszały jego rozpuszczone, krucze włosy. Na szyi wisiał mu naszyjnik z onyksem. Wielu twierdziło, iż miał jakieś specjalne właściwości, lecz garstka istot wiedziała, co się kryje za mrokiem kamienia szlachetnego. Przy pasie były zaczepione sakwy z ziołami, skórzana torba, w której schował kilka różnokolorowych fiolek z eliksirami, oraz pochwa z małym, zdobionym złotem sztyletem. Stopy odział w kasztanowe, masywne buty wykonane ze skóry. Blizna na lewym policzku uzyskana po starciu z bestiami w Sharpcliff oszpecała jego młodą, ale męską twarz. Lekki zarost niszczył łagodne oblicze Syriusza. Duże, zielonkawe oczy to jeden z niewielu atutów wyglądu ostatniego z rodu Aminów, jednak anemiczna uroda z dnia na dzień przysłaniała ich urok.
– Otworzyć bramę! – krzyknął ochrypniętym głosem ciemnowłosy.
Po kilku chwilach oczom Syriusza ukazał się obszerny dziedziniec oświetlany pochodniami. Charakter obronny budowli przygasał, a działo się tak za sprawą kilku drzew owocowych i kolorowych kwiatów. Ze względu na ciepłą pogodę większość mieszkańców twierdzy nawet wieczorami przesiadywała na placu. Przy każdym stole na dworze rozmawiało po kilka osób w towarzystwie kufli ociekających piwną pianą oraz pieczonych nad ogniskiem mięsiw. Blask księżyca wlewał do twierdzy potok swych promieni, które rozchodziły się nierównomiernie na twarzach każdego ze stworzeń. Chuderlawy człek podszedł do siedzącego na schodku Rumera, spojrzał przez moment w jego płomienne oczy, przykucnął przy nim i rzekł:
– Czołem, Iskierko!
– Czego chcesz, Amin? – Słowa te były nasycone najczystszą irytacją.
Wzrok Rumera zapłonął. Syriusz wzdrygnął się lekko, ale sztuczka igniferna nie wywarła na nim dużego wrażenia, widywał groźniejsze oblicza tych bestyjek. Igniferny to krzyżówki demonów ognia z ludźmi, krasnoludami, bądź elfami, ponieważ rasy te należą do przewodzących. Rumer należał do demonicznych mieszańców i funkcjonował jako człowiek. Żywe ognie, gdyż tak ich nazywano, kamuflowały się pod otoczką wyglądu głównych gatunków, lecz gdy aktywowały swoje piekielne umiejętności, ich obraz całkowicie się zmieniał. Syriusz nienawidził płomieni, aczkolwiek mocno przywiązał się do Rumera. Często żartobliwie nazywał go iskierką, co irytowało ognionoścę.
– Klucznicy z Cytadeli organizują jutro spotkanie… Będą rozmawiali o moim ojcu i Rozcinaczu Światów, boję się. – Pełen lęku przed jutrzejszym wydarzeniem powiedział wibrującym głosem.
– Jesteś pod naszą ochroną, należysz do nas. Nie możesz odpowiadać za winy staruszka. Walczysz dla nas i próbujesz uratować resztki świata. – Rumer utwierdził swoją pewnością w słowach Syriusza, że nie warto się bać.

***

Arcyklucznicy zarządzający Cytadelą weszli do sali obrad. Każdy z nich miał na sobie ciężki, połyskliwy, żelazny pancerz, który na piersi eksponował symbol zakonu – dwa klucze przecinające się wzajemnie. Nie byli to młodzieńcy, a widocznie pomarszczeni mężczyźni z głowami przyprószonymi starczym śnieżkiem. Dostojnym, ciężkim i powolnym krokiem podeszli do stołu i z lekkim brzdękiem usiedli na swych miejscach. Syriusz i Rumer siedzieli na bocznych ławach, czekając w napięciu na początek rozmów. Amin czuł nieprzerwany strach, ponieważ był w końcu potomkiem człowieka, który sprowadził nieszczęścia.
– Witam wszystkich zgromadzonych, rozpoczynamy spotkanie! – Słowa wypowiedziane przez przewodniczącego spotkania poniosły się echem po sali.
Fin, gdyż tak go nazywano, wstał z miejsca i zbadał teren dookoła. Jego twarz z ostro zarysowanymi brwiami wyglądała koszmarnie, jej wyraz był gorzki jak mocna kawa. Spojrzał na Syriusza przenikliwym wzrokiem. Duże, brązowe tęczówki przeszywały boczne ławy. Puls widza momentalnie przyśpieszył. Zobaczywszy, że przywódca spotkania rzuca krzywe spojrzenie na przyjaciela, Rumer z wściekłości mimowolnie zapalił swoje oczy. Po chwili dostojnik wyciągnął z pochwy miecz i wbił jego ostrze w stół.
– Oto rzecz, która zniszczyła świat – wiekopomny wynalazek, Rozcinacz Światów! To coś pokaleczyło nasz dom, który musimy opatrywać! Każdy ze zgromadzonych tutaj wie, że magia to tajemnicza sztuka, którą dopiero badamy. – podrapał tajemniczo podbródek. – Gatunek ludzki, czyli moja rasa, zdobyła gigantyczne osiągnięcia w badaniu magii i dlatego dominowała na kontynencie. Jednak odkrywanie sekretów magicznych to bardzo niebezpieczne przedsięwzięcie, wszyscy muszą być tego świadomi! Andreas Amin nierozważnie połączył krasnoludzką technikę oraz magię, chciał podróżować po wymiarach, których niebezpieczeństw nie znał! Nie dostosował się do zakazów i użył swojej broni – ukuł Syriusza spojrzeniem pełnym nienawiści – zrobił to W STOLICY, przez jego głupotę umarły setki tysięcy istot i umierają dalej. Zakłócenie struktury wymiarowej naszego świata spowodowało, że w losowych miejscach pojawiają się wyrwy, z których wychodzą potwory słabo przez nas znane. Większość z nich jest agresywna. Na całym kontynencie panuje chaos, wszędzie trwa walka o przetrwanie. My – zatrzymał na chwilę słowa i wziął głęboki oddech – Klucznicy, mamy bronić niewinnych. Naszym zadaniem jest zamykanie dziur między światami i zabijanie obcych bytów! Uwolnimy świat od cierpienia, ale potrzebujemy waszej pomocy! Czym więcej wyszkolonych Kluczników, tym lepiej dla naszego uniwersum! Najlepsi badacze struktur świata starają się naprawić zakłóconą linię wymiarową, ale nie zrobią tego sami! Jeśli tylko będziecie mieli możliwość namówienia innych na dołączenie do zakonu, zróbcie to! Na tym zakończę moją przemowę, zapraszam teraz głównego technika Cypriana, ma on dla was kilka nowości – przemówił Fin, wywołując przy tym niezadowolenie Syriusza.
To prawda, że Amin nie potrafił żyć ze swoim ojcem, mimo wszystko był jednak jego potomkiem. Podczas występu Fina wzmianki o tacie uderzały młodego Klucznika, nie chciał ich słuchać, aczkolwiek musiał przetrwać najgorsze ciosy.
Przewodniczący usiadł, a zaraz po nim wstał kremowo brody krasnolud. Na plecach dzierżył posrebrzane działo, którym siał destrukcję w niejednej bitwie. Małe, niebieskie kępy włosów na jasnej brodzie zaskakiwały, Cyprian stylizował się dość dziwnie. Ametystowy monokl zakrywał prawą gałkę i odbijał światło jasnych pochodni. Cyprian kilka razy mlasnął i wypluł ociężale ze swej zarośniętej gęby słowa:
– Każdy z nas musiał wrzucać kryształy magiczne – Klucze – do wyrw, by się zamykały. Aby ułatwić łatanie dziur, stworzyłem rewolwer, którego amunicją są właśnie Klucze. Jest dość precyzyjny, posiada dużą siłę wyrzutu pocisków i sprawdza się w sytuacjach kryzysowych. Od dzisiaj każdy z Kluczników doda to do swojego wyposażenia.
Po usłyszeniu o nowym projekcie Cypriana, Syriusz wiedział, że stanie się to dla niego przedmiot uwielbienia. Nie lubił swego ojca, ale zainteresowanie techniką krasnoludzką widocznie przeszło na kolejne pokolenie. Amin był pewien, że będzie to dla niego specjalna broń, którą nie raz zaprosi do tańca.
Nadszedł czas na sprawy strategiczne. Arcyklucznicy planowali odbicie Vulfernum – największego miasta na zachodzie. Niegdyś zamieszkiwane było przez półdemony oraz demony, ale zostało doszczętnie zrujnowane i opustoszało. Wulkaniczne aglomeracje zostały zdominowane przez portale. Panoszyły się po nich najdziwniejsze kreatury.
– Więc omówmy początek akcji „Piekło”! – Grubym basem wykrzyczał Brejs.
Tak jak każdy podczas przemowy wstał. Czteroręki facet o szerokich gabarytach lekko potrącił stół. Brejs był difem, jego rasa słynęła ze znakomitej krzepy w łapach oraz wspaniałych umiejętności bojowych. Na nosie miał okulary, a rozpoznawali go dzięki grubym brwiom i jasnej brodzie związanej w mały warkocz. Złączył w charakterystyczny sposób dwie pary rąk i gadał dalej.
– Pierwszą fazą działań jest dokładny raport zwiadowców. Potrzebujemy pięciu osób, które wyruszą w stronę zachodniej fortecy Kluczników, a stamtąd udadzą się do Vulfernum. – poruszył głową dookoła widowni. – Następnie dostarczą raport do naszej Cytadeli. Kolejne plany będą znane po uzyskaniu odpowiednich wiadomości na temat demonicznego miasta. Ci, którzy pomyślnie ukończą zwiad, awansują, więc jest to szansa dla nowicjuszy. Oczywiście nie wyruszycie tam sami, w twierdzy zachodniej jest dwóch wyszkolonych zwiadowców, którzy będą wami kierować. Zapisy skończą się za dwa dni. Śmiałkowie, możecie się wykazać!
Po tej mowie dif usiadł. Na widowni zrobił się szum. Każdy z nowicjuszy pragnął awansu, ale to zadanie było dość ryzykowne, nikt nie chciał umierać. Syriusz i Rumer spojrzeli na siebie i wiedzieli już, że wyruszą tam razem. Dowódca zakończył spotkanie, Arcyklucznicy zaczęli się rozchodzić. Długowłosy również ruszył ku wyjściu, lecz niespodziewanie jego ramię znalazło się w żelaznym uścisku. To był Fin.
– Zaczekaj.
Ciało Amina zadrżało. Chciał wykręcić rękę, która go złapała, jednak był sparaliżowany. Rumer zauważył zaistniałą sytuację. Ponownie jego ślepia zaczęły się iskrzyć, był gotowy obrócić tego człowieka w popiół.
– Spokojnie, chcę wam tylko powiedzieć, że jest to dla was szansa, szczególnie dla ciebie, Syriuszu. Jestem zgorzkniałym, starym dziadem, ale martwię się o ciebie, Amin. Ten świat nie jest już tym sprzed katastrofy. Nie jeden idiota chce wbić ci sztylet w plecy za winy staruszka. Musisz stać się wojownikiem o lepszą przyszłość, musisz nauczyć się bronić własnej dupy. Protekcja Kluczników nie będzie wieczna, młodzi już pchają się do najwyższych rad, nie wiadomo, co może im odpierdolić. Zapiszę nazwisko Rumera i twoje na liście dla Brejsa, zgadzasz się?
– F… Fin? Ty się o mnie martwi…? – Nie dokończył, gdyż przerwał mu ignifern.
– Podejmiemy się wyzwania!
Mistrz Arcykluczników poklepał ich obu po plecach i udał się w swoją stronę. Syriusz nadal nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Był blady jak trup, zmienił się w słup soli. Rumer zaśmiał się pod nosem i swym płomienistym ruchem dłoni popchnął Amina w stronę drzwi.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości