Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Sci-Fi Leśna Droga
#1
Słowem wstępu: tekst powstał na bazie mojego snu, trochę to pokręcone będzie, ale sądzę, że jako tako zrozumiałe :D Nie daję wielu opisów, bo akcja jest dynamiczna, bohaterowie cały czas są w ruchu, więc opisy tylko atmosferę by psuły (takie usprawiedliwienie xD). To nie jest plagiat, ja tylko oddaję charakter tytułowej postaci i niektóre teksty są żywcem z serialu wzięte, ale inaczej by się po prostu nie dało – nie byłoby tego klimatu :) Kontynuacja wkrótce, jeśli się spodoba :)
Życzę przyjemnej lektury ^^



Dla Lily był to dzień, jak każdy inny — zwyczajny w każdym calu; niczego szczególnego się nie spodziewała, w końcu nic wyjątkowego przeciętnym dziewczynom się ot tak nie przydarza.
A jednak...

Obudziła się rano, w pewien nudny, szary poranek. Zjadła swoje zwyczajowe, najnudniejsze płatki z mlekiem, ubrała się na wpół przytomna, co skutkowało skarpetkami nie do pary i koszulką założoną tył na przód. Kiedy już zdołała otrząsnąć się z nieskończonego snu, wyszła z domu na najnudniejszy w świecie autobus do Londynu. Droga do asfaltówki była dosyć długa, bo około piętnastu minut się szło. To przeciętne piętnaście minut obróciło życie Lily do góry nogami.
Zatrzymała się, zauważywszy rozwiązane sznurowadło, więc schyliła się, by na powrót je zawiązać, lecz usłyszała coś... Właściwie nie wiedziała co. To brzmiało, jakby ktoś się dusił, nie!, jakby ktoś miał silnik w płucach i do tego zepsuty. I przy tym oddychał. Ciężko oddychał. Dziewczynie trudno było ocenić, co to dokładnie jest za dźwięk, bo taki po prostu nie istniał! Nawet w programach dla majsterkowiczów nie słyszała czegoś takiego. Rozejrzała się wokół, przeświadczona, że to tylko złudzenie, ale, jak się później okazało, nie do końca.
Niespodziewanie na jej oczach coś zaczęło się materializować. "Czy to w ogóle możliwe?!" — zapytywała w myślach. A odpowiedź pojawiła się już po kilku sekundach. Lily cofnęła się przerażona, o mało nie wywracając się o nie zawiązane sznurowadło. Przed nią, dosłownie przed nią, stała niebieska budka policyjna. "Przecież takie były w latach sześćdziesiątych!" — zawołała w głowie, bo przez gardło jej to nie mogło przejść. Zamrugała kilkakrotnie, by ocknąć się z tego snu i wrócić do rzeczywistości, ale wielki napis "POLICE BOX" cały czas widniał nad drzwiczkami!
— Dzień dobry — miły głos wyrwał ją z zaszokowania — który mamy rok?
Raz jeszcze zamrugała, stojąc jak słup soli i wpatrując się w mężczyznę, wyglądającego z wnętrza tego dziwnego pudełka. Przybysz przechylił głowę na bok, unosząc pytająco brew, a Lily gapiła się na niego oniemiała do reszty, będąc głucha na jakiekolwiek słowa, ba!, na jakiekolwiek dźwięki! Mężczyzna wyszedł z budki, marszcząc brwi, schował ręce do kieszeni długiego płaszcza i podszedł do zmartwiałej ze strachu dziewczyny. Pstryknął palcami przed jej nosem.
— Co? — spytała ze zdezorientowaniem. — Rok? Sądzę, że dwa tysiące dziesiąty, ale teraz nie jestem pewna... Co pan robi w budce policyjnej?
— Mieszkam, a co ty myślałaś? — Skrzywił się. — Właściwie powinienem wylądować gdzieś na Neptunie, zaproszono mnie na coroczne Międzygalaktyczne Święto Czczenia Marchewkowego Ciasta.
— Słucham?
— Czy tylko wy jesteście tak ograniczeni? — spytał, obchodząc budkę dookoła. — Hmm... Najwyraźniej musiała zarejestrować Londyn jako kolejny przystanek. Wracając z tysiąc osiemset osiemdziesiątego dziewiątego nie przewidziałem trafienia w to samo miejsce, tylko sto lat później... Czyżby niestrawność? — Przyłożył ucho do drzwiczek, nasłuchując uważnie.
Dziewczyna dopiero teraz dostrzegła, jak niecodziennie jest ubrany. Niemodny strój rodem z Sherlocka Holmes' a, w tym kapelusz detektywa i fajka w ręku, a na nosie okulary z czarną obwódką. I trampki! Beżowe trampki! W ogóle nie ubrudzone błotem...
— Pan na jakiś konwent? — spytała ostrożnie, robiąc krok naprzód.
— Co? Konwent? — zdziwił się. — Czy ja wyglądam, jak jeden z tych cudaków przebranych za fikcyjne postacie?
— Tak — odparła natychmiast. — I... I jak ta budka się tu znalazła? I... I jakie Święto Czczenia Marchewki?
— Nie Święto Czczenia Marchewki, a Międzygalaktyczne Święto Czczenia Marchewkowego Ciasta! Nie słyszałaś? Wszelkie istoty z różnych galaktyk przebierają się za ciasto i jedzą ciasto, co, z logicznego punktu widzenia, wygląda na ludożerstwo... Tak jakby. Zostawmy terminologię w spokoju.
— W ogóle... — zaczęła, szukając odpowiednich słów — tysiąc osiemset osiemdziesiąty dziewiąty?
— Tak, co z tym? — zapytał, opierając się plecami o niebieskie pudełko.
— Mówił pan, że wraca stamtąd. Znaczy... z tego roku. To niemożliwe... I jaka "ona"? Co zarejestrowała? I skąd to się tu wzięło?! — wykrzyknęła, wskazując na budkę.
— Ćśś. — Mężczyzna podskoczył do niej, przykładając palec do jej ust. Jego ręce dziwnie pachniały metalem... — Bo się obrazi... Nie lubi obcych. — W chwilę później wyciągnął coś z kieszeni płaszcza i poświecił tym w oczy Lily. Zobaczyła jedynie niebieskie światło, a dźwięk temu towarzyszący był tak samo nieprawdopodobny jak dźwięk tej budki z niestrawnością. Zaraz... Jak budka może mieć niestrawność?
— Przepraszam — powiedziała, odsuwając jego palec od swojej twarzy. — Kim pan właściwie jest?
— Mów mi Doktor — odpowiedział z uśmiechem. Komicznie wyglądał w tym kapeluszu.
— Jaki doktor?
— Po prostu "Doktor".
— No, dobrze... A co to jest? — Wskazała na urządzenie, świecące na niebiesko.
— To soniczny... Ach, nieważne!
— Co to jest? — nalegała.
— Nic takiego, przecież mówię! — Odwrócił się, zamiatając drogę długim płaszczem.
— CO TO JEST? Soniczny co?
— Śrubokręt! — wykrzyknął, poddając się. — Tak, śrubokręt. Nigdy nie widziałaś?
— Takiego nie...
— Przydatne urządzenie, muszę przyznać.
— Mogę zobaczyć? — zainteresowała się.
— Nie! To mój śrubokręt. Ja kocham ten śrubokręt. — Przycisnął urządzenie do piersi, jakby było małym dzieckiem.
Lily zatoczyła oczyma i podparła się rękami na biodrach.
— To co tu właściwie robisz, Doktorze? Nie odpowiedziałeś na moje pytania...
— Znalazłem się tu zupełnym przypadkiem. Jak mówiłem — wybierałem się na Międzygalaktyczne...
— Tak, tak, wiem — przerwała mu, machając niecierpliwie ręką.
— Wylądowałem w Londynie w tysiąc osiemset osiemdziesiątym dziewiątym, na Baker Street, i tak poznałem Sherlocka Homles' a. Był na tyle miły, by pożyczyć mi swoje ciepłe ubranie na lodowata planetę.
— Przecież Sherlock Holmes to postać fikcyjna... — Dziewczyna zmarszczyła brwi, krzyżując ręce na piersi.
— Skoro tak uważasz. — Mężczyzna wzruszył ramionami, majsterkując przy sonicznym śrubokręcie.
— No, dobrze. Skoro miałeś zamiar wylądować na Neptunie, co jest zresztą niewykonalne, to dlaczego teraz tu stoisz?
— O to chodzi, że nie wiem... Fantastyczne! Możliwe, że TARDIS wychwyciła jakiś sygnał, pochodzący nie z tego świata, albo po prostu miała taki kaprys, że chciała zostać w Londynie. Nie przepada za zimnem...
— TARDIS?
— Time And Relative Dimension In Space*. To maszyna czasu.
Ponownie zamrugała i rozdziawiła szeroko buzię. Doktor przysunął się do niej powoli i delikatnie pomógł jej zamknąć usta. Potrząsnęła głową, robiąc srogą minę.
— To jest maszyna czasu? BUDKA POLICYJNA?! — Nie mogła uwierzyć. Po prostu nie potrafiła.
— Ile razy mam powtarzać? TAK, TO JEST MASZYNA CZASU! TAK, TO BUDKA POLICYJNA! TAK, POKAŻĘ CI, CO JEST W ŚRODKU! Chodź. — Złapał ją za rękę i pociągnął za sobą do wnętrza pudełka.

__________
*Czasowe I Względne Przemieszczenia W Przestrzeni
Meow!
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Cytat:Dla Lily był to dzień, jak każdy inny — zwyczajny w każdym calu; niczego szczególnego się nie spodziewała, w końcu nic wyjątkowego przeciętnym dziewczynom się ot tak nie przydarza.
A jednak...
Arghh, ale mnie straszliwie wkurza coś takiego, a zwłaszcza na rozpoczęcie opowiadania xD Niby cały tekst jest utrzymany w takim komediowym obłoczku, ale to i tak nie pomaga. Może to tylko ja, nie wiem :D

Przyznam, że nie oglądałam nigdy Doctora Who, ale go kojarzę i na szczęście rozpoznałam o co biega. Fajnie się czyta, bo bez błędów (a przynajmniej jest ich mało) a do tego zgrabne i niemęczące zdania. Jak dla mnie opisów jest w sam raz. A, i nie mów na to plagiat, tylko fanfiction – chyba lepiej brzmi, co? :D
– Światło porusza się szybciej od światła.
– Bezwzględnie, pułkowniku Pickering?
– Absolutnie, generale Bingam.
Odpowiedz
#3
Oj, tak, rzeczywiście lepiej :) Hmm... Z tym początkiem, to tak podkreślić chciałam, że coś nietypowego i wręcz genialnego może przytrafić się najbardziej przeciętnym osobom... Ale chyba nie wyszło :P
Dzięki za opinię 8D
Meow!
Odpowiedz
#4
Sny często zawierają takie historie, że jakby napisać z nich książkę to byłby to światowy bestseller i jedna z najlepszych jak i nie najlepsza książka. Taką moc mają sny :D

Wracając:
Cytat:Niespodziewanie na jej oczach zaczęło się coś materializować.

Tutaj tylko mi tak to trochę dziwnie brzmiało, jak dla mojej osoby to bym zmienił szyk zdania na:

Kod:
Niespodziewanie na jej oczach [color=#FFA500]coś[/color] [color=#FF0000]zaczęło się[/color] materializować.

Ale to tylko taka moja drobna uwaga, co nie zmienia, że tekst bardzo przyjemnie się czytało. Pozdrawiam!
Odpowiedz
#5
Nom, rzeczywiście, psuje trochu szyk. Dzięki :D
Meow!
Odpowiedz
#6
(15-10-2014, 22:52)Mezaara napisał(a): Dla Lily był to dzień,(bez przecinka) jak każdy inny — zwyczajny w każdym calu; niczego szczególnego się nie spodziewała, w końcu nic wyjątkowego przeciętnym dziewczynom się ot tak nie przydarza.

Obudziła się rano,(bez przecinka) w pewien nudny, szary poranek.

Zjadła swoje zwyczajowe, najnudniejsze płatki z mlekiem, ubrała się na wpół przytomna, co skutkowało skarpetkami nie do pary i koszulką założoną tył na przód(trochę to dziwne, biorąc pod uwagę, że wcześniej przygotowała i zjadła śniadanie).

Droga do asfaltówki była dosyć długa, bo około piętnastu minut się szło. To przeciętne piętnaście minut(Ten przeciętny kwadrans) obróciło życie Lily do góry nogami.

I przy tym oddychał(no raczej, bo inaczej już by nie żył).

Lily cofnęła się przerażona, o mało nie wywracając się o nie zawiązane sznurowadło.

Raz jeszcze zamrugała, stojąc jak słup soli i wpatrując się w mężczyznę,(bez przecinka) wyglądającego z wnętrza tego dziwnego pudełka.

— Co? — spytała ze zdezorientowaniem.(zbitka ciężka do przeczytania – spytała zdezorientowana)

W(zbędne) chwilę później wyciągnął coś z kieszeni płaszcza i poświecił tym w oczy Lily.

— No, dobrze... A co to jest? — Wskazała na urządzenie,(bez przecinka) świecące na niebiesko.

Choć piszesz interesującym stylem, popełniasz niewiele błędów, to fabuła nijak mnie nie wciągnęła. Miało być tajemniczo, zaskakująco, zabawnie, a wyszło tak sobie. Ot, wstała trochę nieprzytomna, poszła na przystanek i pogadała z jakimś facetem o niczym. Dynamizmu niestety też się nie dopatrzyłam.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Czytało mi się płynnie, bez żadnych przerywników w stylu łapania się na głowę "łomatulu, cóż to za błędy?!", więc piszesz naprawdę dobrze.
Całość zdaje się być spójna, logiczna.
Doktora nie oglądałam, może tylko kilka randomowych odcinków, więc ogarnęłam mniej więcej o co chodzi... Jednak nie porwało mnie to, niestety. Nie rozbawiło, nie spowodowało uśmiechu pod nosem. I też nie zafascynowało mnie. Nie czytałam tego z wypiekami na twarzy zastanawiając się, co to będzie... ale może dalej będzie lepiej?
Pożyjemy, poczytamy ;)
Say farewell to this predestined world.
Odpowiedz
#8
Okej, dzięki za wyłapanie błędów :) Następną część postaram się bardziej dopracować C:
Meow!
Odpowiedz
#9
(15-10-2014, 22:52)Mezaara napisał(a): Dla Lily był to dzień, (zbędny przecinek) jak każdy inny — zwyczajny w każdym calu;

Obudziła się rano, (zbędny przecinek) w pewien nudny, szary poranek (pleonazm).

To brzmiało, jakby ktoś się dusił, (raczej kropka i dalej dużą literą) nie!, (zdecyduj się – albo wykrzyknik, albo przecinek; jeśli wykrzyknik, to dalej dużą literą) jakby ktoś miał silnik w płucach i do tego zepsuty.

Rozejrzała się wokół, (zbędny przecinek) przeświadczona, że to tylko złudzenie, ale, jak się później okazało, nie do końca.

(...) a Lily gapiła się na niego oniemiała do reszty, będąc głucha na jakiekolwiek słowa, ba!, (taka sama sytuacja co wcześniej) na jakiekolwiek dźwięki!

— Co? — spytała ze zdezorientowaniem. (spytała zdezorientowana)

Czy ja wyglądam, (zbędny przecinek) jak jeden z tych cudaków przebranych za fikcyjne postacie?

Proszę o szybsze nanoszenie poprawek, bo nie uśmiecha mi się porównywać, czy dany błąd był już wyszczególniany, czy nie.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#10
Zdecydowanie początek brzmi jak banalne opko o Mary Sue, która wstaje, opisuje siebie oglądając w lustrze, a potem schodzi na śniadanie.
Skoro akcja jest dynamiczna, wprowadzenie też powinno takie być. Chociażby Lily idzie ulicą i przez telefon skarży się koleżance, że jest taką nudziarą i ma smętne życie. Płatki na mleku nijakości egzystencji nie podkreślają.
***
I trampki! Beżowe trampki! W ogóle nie ubrudzone błotem...
A dlaczego powinny być ubrudzone?

Dlaczego mężczyzna zwraca się do jednej kobiety per "wy"?

I dlaczego ona ma pretensje do jego stroju, skoro sama paraduje w dwóch różnych skarpetkach i koszulce założonej odwrotnie?

Skoro dziewczyna idzie aż 15 minut do asfaltówki, to chyba nie jest Londyn, więc TARDIS raczej miała ochotę na świeże, wiejskie powietrze.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Fantasy Królestwo Hendegala: Droga do Araweldu JaTyOn 2 1,583 11-04-2016, 01:50
Ostatni post: JaTyOn
  Sci-Fi Droga ku zatraceniu : Szkoła dla naiwnych jaroslaw.juszkiewicz 4 2,620 20-05-2012, 20:36
Ostatni post: Marša

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości