Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Dwie pieczenie
#1
Witajcie

Mam zaszczyt przedstawić wam moje pierwsze opowiadanie. Nie jest jeszcze ukończone, więc będę udostępniać je w częściach. Czekam na krytykę

Część 1


W lochu panowała ciemność. Mokra, nieprzyjemna dająca o sobie znać instynktom. Spoglądając w górę, przy sklepieniu można było dostrzec księżyc, który ustawił się jakby specjalnie w oknie by móc oświetlić to pomieszczenie. Długi korytarz, w którym pomiędzy podwyższonymi kamiennymi dróżkami przepływało koryto pełne najgorszych rzeczy jakie można było sobie wyobrazić był na tyle długi, by światło w nim gubiło się w dali pozostawiając jedynie ciemność. Miejsce to zdawało się z jednej strony niezwykłe i piękne, a z drugiej zaś odrażające. Pod oknem właśnie, stała postać. Sylwetki jej nie sposób było określić, gdyż zlewała się z otaczającym ją cieniem niczym posąg w katedrze. Nagle, z oka dobił pomarańczowy blask pochodni i stukanie obitych butów. Na ulicy, pomimo pustki i pogaszonych świateł panowała wrzawa. Straż biegła gęsiego, jakby czegoś szukała w popłochu. Ostatni z szeregu zatrzymał się przy kratach w oknie z widokiem na tunel, spytał się niepewnym głosem:

-Nie chcesz aby się wycofać? –

Postać nie odpowiedziała, ruszyła pewnym krokiem brodząc w ściekach. Strażnik przy kracie popatrzył się na niego z pogardą.
Światło pochodni odsłoniło cienie i ukazało tajemniczą postać w całej jej okazałości.
Skórzany strój, do którego poprzypinane było dziesiątki pasków, a także torby, poprzyszywane do pasów niczym saszetki alchemików, tudzież zbieraczy ziół. Czarna broda idealnie podkreślająca wypukłe, lecz nie grube kości policzkowe i włosy zmierzwione do tyłu, wszystko to czyniłoby postać niezwykle elegancką, gdyby nie strój i miejsce, w którym aktualnie się znajduje. Ruszył naprzód, a strażnik podniósłszy się, zabierając pochodnie ze sobą zabrał także całe światło padające na loch. W powietrzu było czuć, że dzieje się coś złego, nawet księżyc się schował, mimo tego, że wielcy astrologowie z dzielnicy uniwersyteckiej przepowiedzieli bezchmurne niebo i księżyc okalający blaskiem całe miasto aż do ranka. Nie pomylili się oni od dwustu lat, więc coś musiało być na rzeczy.
Brodząc wysokimi po uda butami postać wydawała tak ogromny szum, że echo odbijając się powracało z jeszcze większy impetem, przez co cały rejon dudnił chluśnięciami, które powodował każdy jeden krok. Przez cały ten hałas nie można było rzec, czy cokolwiek prócz spacerującego przebywa w tej wodzie. Jedyne, co potrafił wyczuć to dno, nie zawsze równe tak, jak zostało zbudowanym. Zatrzymał się na chwilkę. Dłubiąc nogą w dnie wyszukał czegoś, mimo smrodu i niewiedzy panującej w ciemności postanowił wyciągnąć to coś z wody, jeśli można nazwać to wodą. Podniósł się i wymacał dwoma rękoma.

–Świetnie, że nikt mnie nie o tym nie poinformował –

Była to kość. Prawdopodobnie ludzka. Albo wszystkie informacje o czyimś zaginięciu w tym miejscu zatajano, albo nikt kto tu doszedł nie przeżył na tyle długo, by komuś o tym zameldować. Tak czy siak grasował tu potwór, mężczyzna był świadom tego, że może w każdej chwili go zaatakować, a on tego nawet nie usłyszy przez dudnienie które wydają jego kroki. Spojrzał w tył, ku oknie i wyjściu z pułapki. Powyżej dziesięciu metrów w dal nie było widać nic, prócz czarnej próżni zalewającej to pomieszczenie. Nie liczył kroków ani czasu, nie wie jak daleko od okna się znajduje i czy w razie ataku potwora da radę uciec.
Wypuścił powoli powietrze. Zmęczony myślami stanął chwilkę dosłuchując się dźwięków. Wydawało mu się, że słyszy pluskanie, jakby ktoś przed nim także odbywał wędrówkę. Mogło to być echo, albo jakiś chory łowca przygód. Lub spiskowiec. Gdyż była to jedyna droga pozwalająca dotrzeć na pałac królewski tajemnym przejściem, od kuchni. Tylko kto inny próbowałby się tam dostać prócz niego, gdy na dworze królewskim stwierdzono zamach stanu? Tylko głupiec, i tak też o sobie pomyślał, stojąc w bezruchu w mazi sięgającej jego kolan.
Szedł coraz wolniej, próbując zniwelować dźwięk, który wydawał stawiając kroki. Pewnie osoba stojąca obok zapytała by się, czemu nie używa suchej, kamiennej dróżki pod ścianą, zamiast taplać się w tych miastowych ściekach. Prawda jest taka, że czegoś tu szukał. Nie była to jego rzecz, bo wiedział by dokładnie, w którym miejscu ją zgubił a także nie błądziłby po korytarzu jak ślepiec, gdyż znałby już dokładnie plan korytarzy rozprowadzających się pod całym miastem. Ktoś go tu wysłał, by ten odnalazł zgubioną rzecz. Fartem okazało się, że zadanie znalezienia zguby wiąże się na tyle z dostaniem do pałacu tym, że rzecz znajduje się po drodze do ważniejszego celu.

-Co jeżeli ktoś inny szuka tego, co ja? I to właśnie jego pluski w dali słyszałem? –

Mówiąc sam do siebie na chwile się zatrzymał i wyjął sztylet ze swojego pasa. Zwolnił jeszcze bardziej, gdyż zobaczył lekki pobłysk, światło rzucało jasność na ścianę zaraz za zakrętem, lecz powoli się wypalało i bladło z każdą chwilą. Poniechał dalszego szukania i pomknął dróżką pod ścianą, tym razem bezszelestnie, zwinnie i szybko niczym polujący zwierz. To co zobaczył przeraziło go z lekka. Było to bowiem rozszarpane ciało. Świeże. Uśmiechnął się lekko, gdyż zwłoki mimo tego, że były martwe wciąż trzymały pochodnie w dłoni, wznosząc ramię ku górze. Ten nienaturalny akt, rozśmieszył na chwilę postać, wystarczająco długo by zapomniała o tym, że jednak coś musiało sprawić, że martwy osobnik został rozszarpany. Przeszukując zwłoki trafił na wiele drogiej męskiej biżuterii. Pierścienie z kamieniami szlachetnymi, naszyjnik i złoty zegarek na łańcuszku. Plądrując trupa zauważył także skórzaną torbę pełną fiolek z naklejonymi pożółkłym papierem etykietami.
Grzebiąc w kieszeniach biedaka, nie wyczuł, jak coś wielkiego i zimnego runęło na niego. Szybko odskoczył rozrzucając po ziemi zawartość kieszeni, którą zdołał zebrać od nieżyjącego już jegomościa. W tym także jego własny sztylet, który położył przy zwłokach. Z przerażeniem próbował przyjrzeć się atakującemu, lecz ciemność nie pozwalała na to, mimo nikłego, to wciąż tlącego się światła pochodni.
Jedno było pewne. To, co go zaatakowało nie było człowiekiem. Nie było od jakiegoś czasu bynajmniej, gdyż kończyny zdawały się ludzkie. Ślepia potwora błysnęły białym blaskiem. Były znacznie większe od ludzkich, można rzec, że przypominały na swój sposób rybie. Bestia ta wydała potężny cios, trafiając w głowę przestraszonego, tym samym usypiając go. Opadł na ziemię z impetem i nieporadnością na twarzy. Moment tak go zszokował, że nie zdawał on sobie nawet sprawy, co przed chwilą się stało. Zamknął oczy i usnął, do połowy zanurzony w ściekach...
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(13-10-2014, 23:51)Sepultur096 napisał(a): Spoglądając w górę, przy sklepieniu można było dostrzec księżyc, który ustawił się jakby specjalnie w oknie(przecinek) by móc oświetlić to pomieszczenie. Długi korytarz, w którym pomiędzy podwyższonymi kamiennymi dróżkami przepływało koryto pełne najgorszych rzeczy(przecinek) jakie można było sobie wyobrazić(przecinek) był na tyle długi, by światło w nim gubiło się w dali (przecinek)pozostawiając jedynie ciemność.

Pod oknem właśnie, (bez przecinka) stała postać. (...) Nagle, (bez przecinka) z oka dobił (Wnioskuję, że chodzi o "z okna dobiegł", bo inaczej to nie ma sensu.) pomarańczowy blask pochodni i stukanie obitych butów. Na ulicy, pomimo pustki i pogaszonych świateł(przecinek) panowała wrzawa.

(spacja)Nie chcesz aby się wycofać? – (zbędny myślnik)

Postać nie odpowiedziała, ruszyła pewnym krokiem (przecinek) brodząc w ściekach. Strażnik przy kracie popatrzył się(zbędne) na niego z pogardą.

Skórzany strój, do którego poprzypinane było dziesiątki pasków, a także torby, (bez przecinka) poprzyszywane do pasów niczym saszetki alchemików, (bez przecinka)tudzież zbieraczy ziół.

Czarna broda idealnie podkreślająca wypukłe, lecz nie grube(niegrube) kości policzkowe i włosy zmierzwione do tyłu, wszystko to czyniłoby postać niezwykle elegancką, gdyby nie strój i miejsce, w którym aktualnie się znajduje(znajdowała – nie miesza się czasów narracji). Ruszył naprzód, a strażnik podniósłszy się, zabierając pochodnie ze sobą (przecinek) zabrał także całe światło padające na loch. W powietrzu było czuć, że dzieje się coś złego, nawet księżyc się schował, mimo tego, że wielcy astrologowie z dzielnicy uniwersyteckiej przepowiedzieli bezchmurne niebo i księżyc okalający blaskiem całe miasto aż do ranka.

Brodząc wysokimi po uda butami (przecinek) postać wydawała tak ogromny szum, że echo odbijając się (przecinek)powracało z jeszcze większy impetem, przez co cały rejon dudnił chluśnięciami, które powodował każdy jeden krok.

Dłubiąc nogą w dnie (przecinek)wyszukał czegoś, mimo smrodu i niewiedzy panującej w ciemności postanowił wyciągnąć to coś z wody, jeśli można nazwać to wodą. Podniósł się i wymacał dwoma rękoma. (Może to tylko jakieś moje prywatne zboczenie, ale bardzo nie lubię tego sformułowania. Napisałabym zatem np. "obiema rękami" albo "oburącz")

(spacja) Świetnie, że nikt mnie nie o tym nie poinformował (kropka)(zbędny myślnik)

Albo wszystkie informacje o czyimś zaginięciu w tym miejscu zatajano, albo nikt (przecinek) kto tu doszedł nie przeżył na tyle długo, by komuś o tym zameldować. Tak czy siak grasował tu potwór, mężczyzna był świadom tego, że może w każdej chwili go zaatakować, a on tego nawet nie usłyszy przez dudnienie (przecinek) które wydają jego kroki.

Powyżej dziesięciu metrów w dal nie było widać nic,(bez przecinka) prócz czarnej próżni zalewającej to pomieszczenie. Nie liczył kroków ani czasu, nie wie(nie wiedział) (przecinek)jak daleko od okna się znajduje i czy w razie ataku potwora da radę uciec.

Zmęczony myślami stanął chwilkę (przecinek)dosłuchując się dźwięków. (...) Mogło to być echo,(bez przecinka) albo jakiś chory łowca przygód.

Szedł coraz wolniej, próbując zniwelować dźwięk, który wydawał (przecinek)stawiając kroki. Pewnie osoba stojąca obok zapytała by(zapytałaby) się, czemu nie używa suchej, kamiennej dróżki pod ścianą, zamiast taplać się w tych miastowych ściekach. (...) Nie była to jego rzecz, bo wiedział by(wiedziałby) dokładnie, w którym miejscu ją zgubił (przecinek) a także nie błądziłby(nie błądziłby) po korytarzu jak ślepiec, gdyż znałby już dokładnie plan korytarzy rozprowadzających się pod całym miastem.

-Co jeżeli ktoś inny szuka tego, co ja? I to właśnie jego pluski w dali słyszałem? –(zbędny myślnik)

Mówiąc sam do siebie (przecinek) na chwile(ę) się zatrzymał i wyjął sztylet ze swojego pasa.

To (przecinek)co zobaczył przeraziło go z lekka.(...) Uśmiechnął się lekko, gdyż zwłoki mimo tego, że były martwe wciąż trzymały pochodnie(ę) w dłoni, wznosząc ramię ku górze. Ten nienaturalny akt, (bez przecinka) rozśmieszył na chwilę postać, wystarczająco długo (przecinek)by zapomniała o tym, że jednak coś musiało sprawić, że martwy osobnik został rozszarpany. Przeszukując zwłoki (przecinek)trafił na wiele drogiej męskiej biżuterii.

Plądrując trupa (przecinek)zauważył także skórzaną torbę pełną fiolek z naklejonymi pożółkłym papierem etykietami.

Szybko odskoczył (przecinek)rozrzucając po ziemi zawartość kieszeni, którą zdołał zebrać od nieżyjącego już jegomościa.(...)Z przerażeniem próbował przyjrzeć się atakującemu, lecz ciemność nie pozwalała na to, mimo nikłego, to (Zbędne. Tworzy powtórzenie i wprowadza niepotrzebny zamęt w zdaniu. Za pierwszym razem nie do końca zrozumiałam, o co w nim chodzi.) wciąż tlącego się światła pochodni.

Nie było od jakiegoś czasu bynajmniej(Po pierwsze, "bynajmniej" nie jest synonimem słowa "przynajmniej" – a nawet jeśli znasz różnicę między tymi słowami, to tutaj to pierwsze nie pasuje. Po drugie, jest w niezbyt odpowiednim miejscu, najlepiej brzmiałoby, gdyby znalazło się za "było". Oczywiście po poprawieniu "bynajmniej" na "przynajmniej"), gdyż kończyny zdawały się ludzkie. Ślepia potwora błysnęły białym blaskiem. Były znacznie większe od ludzkich, można rzec, że przypominały na swój sposób rybie.

Bestia ta wydała(To średnio brzmi, lepiej "zadała"/"wyprowadziła") potężny cios, trafiając w głowę przestraszonego, tym samym usypiając go. (Według mnie trudno nazwać taką czynność usypianiem. Chyba że wynika to z jakichś dziwnych zdolności owej bestii, która bijąc po głowie, sprawia, że jej ofiary zasypiają. Aczkolwiek naprawdę dziwnie by to wyglądało.)

Zacznę od strony estetycznej: zarówno tam, gdzie tekst schodzi do nowej linijki, jak i przed wypowiedziami brakuje akapitów. Tutaj wstawia się je tagiem [p.] (bez kropki). No i te odstępy między wypowiedziami bohaterów a tekstem są zbędne – wystarczy samo zaznaczenie dialogu akapitem.

Początek tekstu, te opisy lochów spowitych ciemnością, najbardziej mi się spodobał z całego tego fragmentu. Dobrze oddałeś tajemniczość tego miejsca. Pod koniec fragment trochę mniej przypadł mi do gustu: jakoś niezbyt poruszyła mnie bestia czająca się w kanałach. Po początkowych opisach nie spodziewałam się, że ta część tak prosto się zakończy – zebraniem w czerep od jakiegoś monstrum. :D
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
Nietrafiony opis:
" Mokra, nieprzyjemna dająca o sobie znać instynktom."
Jedyny instynkt, który dałby o sobie znać, to rozrodczy u płazów. One lubią "na mokro".

Z resztą za bardzo kombinujesz z tymi opisami. Chociażby w przypadku księżyca.
Albo tu:
Długi korytarz, w którym pomiędzy podwyższonymi kamiennymi dróżkami przepływało koryto pełne najgorszych rzeczy jakie można było sobie wyobrazić był na tyle długi ,

Domyślam sie, że miał to być kolektor ściekowy? Jesli tak, to kolejne zdanie jest absurdalne:

Miejsce to zdawało się z jednej strony niezwykłe i piękne

Poza tym, skąd okna? Jak już światło miało wpadać, to ulicznymi studzienkami, odpowietrznikami albo zakratowanym otworem ujścia kolektora do rzeki.

***
Straż biegła gęsiego, jakby czegoś szukała w popłochu. Ostatni z szeregu zatrzymał się przy kratach w oknie z widokiem na tunel, spytał się niepewnym głosem:

-Nie chcesz aby się wycofać? –

Postać nie odpowiedziała, ruszyła pewnym krokiem brodząc w ściekach. Strażnik przy kracie popatrzył się na niego z pogardą.


W sumie nie wiem co chciałeś przekazać tymi zdaniami :( Dlaczego straż jest w popłochu? Tylko z powodu zamachu stanu? Dlaczego tylko jeden żołnierz dostrzega niby fantastycznie zamaskowanego w cieniu bohatera?

***
Jedyne, co potrafił wyczuć to dno, nie zawsze równe tak, jak zostało zbudowanym.

I znów komplikowanie opisu.
" Jedyne, co potrafił wyczuć, to nierówne dno"

Dlaczego on idzie w ściekach a nie chodnikiem przy ścianie? Niby potem próbujesz tłumaczyć, że czegoś szuka, ale w kompletnych ciemnościach musiałby macać drogę butem, aby trafić na cokolwiek. Bo oświetlenia nie miał.
Z resztą to wtrącenie zdania: "Pewnie osoba stojąca obok zapytała by się," jest niezgrabne.
Gdybyś w tym stylu utrzymał całe opowiadanie (tak jakby narrator był bajarzem lub gawędziarzem), to miałoby sens. A tak próbujesz sam siebie tłumaczyć.

Bestia ta wydała potężny cios, trafiając w głowę przestraszonego, tym samym usypiając go. Opadł na ziemię z impetem i nieporadnością na twarzy. Moment tak go zszokował, że nie zdawał on sobie nawet sprawy, co przed chwilą się stało. Zamknął oczy i usnął, do połowy zanurzony w ściekach...

Wydała-zadała
usypiając go – pozbawiając przytomności
nieporadnościa na twarzy – zaskoczeniem malującym na twarzy (?)
Zamknął oczy i usnął, do połowy zanurzony w ściekach... – Leżał ogłuszony, do połowy zanurzony w ściekach.

Przy okazji – pewnie miał szczęście, że ta połowa to nogi a nie twarz? :D

***
Za mało tekstu by pisać coś o sensie opowieści
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości