Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Myśliwi
#1
Tak, moja nowa seria! :nie:
W każdym razie jestem wielce rad, że tyle się tu nauczyłem, będąc z wami i słuchając się poprawek i mam nadzieję, że nie poszło to wszystko na marne i Myśliwi osiągną jakiś sukces, przełom w mojej "karierze".
Miłego czytania życzę :ok:

PS. Fragment troszkę długi, nie wiedziałem, gdzie rozdzielić i myślę, że tak będzie lepiej ;)

**********************************************************************************************
Myśliwi – Czarny Most


Ucieczka


Noc zbliżała się nieuchronnie, a czarne chmury burzowe wciąż krążyły nad Argann, grożąc piorunami. Pogoda nie dawała spokoju Hornowi, którego przechodził dreszcz, gdy tylko widział błysk na nieboskłonie. Siedział teraz w kącie klatki i rysował patykiem na piasku pokraczne postacie dzikich zwierząt, które były jego hobby; znał się bowiem na nich lepiej niż niejeden pustelnik. Jego rysunek bardzo dobrze odwzorowywał prawdziwe zwierzę uciekające przed polującym na niego myśliwym.
Horn był mieszańcem – w połowie ogrem, w połowie człowiekiem, jednakże nikt nie używał całej nazwy tej mieszanej rasy, większość wolała korzystać ze zwrotu półogr. Odmieńcy byli w owych czasach bardzo znienawidzonym ludem, który błąkał się po bezdrożach różnych krain. Od wynalezienia broni palnej, najgorszym niebezpieczeństwem dla mieszańców byli zaś łowcy – wojownicy pracujący na usługach Gernoda władcy Więzienia Odmieńców na wyspie Argann, w którym osadzono właśnie Horna, a wraz z nim miliony bezbronnych odmieńców. Gernod był bratem króla Argann, Gordiana I Leżącego, i miał obsesję na punkcie bezczeszczenia krwi ludzi przez inne rasy – według niego ludzie byli jedynymi prawowitymi dziedzicami ich ziem, które podarowali im łaskawi bogowie. Horn często doświadczał gniewu władcy Więzienia Odmieńców – gdy tylko ten miał zły nastrój, skazywał wybranych przez siebie więźniów na bezlitosną chłostę.
Horn tego dnia miał na plecach grube strupy, które pękały przy nieostrożnym ruchu. Jego łysą głowę pokrywały głębokie bruzdy i szerokie blizny. Niezadowoleni z efektów wcześniejszego biczowania strażnicy dodatkowo oszpecili mu twarz, łamiąc nos. Półogr siedział na mokrej szmacie w samych pobrudzonych pyłem gatkach i skórzanych szelkach na ramioniach. Umięśnione ciało także pokrywała warstwa brudu i kurzu od dorywczych prac przy budowie twierdzy; szczerze powiedziawszy, całego tego brudu nie było widać na ciele o ciemnej karnacji. Twarz – jak przystało na orka – miał co najmniej brzydką, a dodatkowa szrama biegnąca od ust aż po oko i kończąca w połowie czoła pogarszała jego wygląd.
Obok niego stała brudna pusta miska wylizana do ostatniej kropli grochowej zupy, a raczej papki, która miała być takową potrawą. Horn spojrzał na nią swym budzącym grozę wzrokiem i machnął ręką, jakby sam do siebie, następnie zamazał swoje gryzmoły i zaczął rysować od nowa. Tym razem za cel obrał sarnę, za którą biegła głodna wataha wilków, ale nie była wystarczająco szybka, by złapać samotną ofiarę. Obawiał się jednak, że brak mu umiejętności, by namalować coś tak złożonego, ale miał dużo czasu na bazgranie patykiem w piachu w swojej celi, aż do rana.
Kolejny błysk, po ciele Horna przebiegł porażający dreszcz.
Mrożąca krew w żyłach burza rozszalała się na dobre i zrzuciła na ziemię potężną ulewę. Krople deszczu wpadły przez odsłonięty dach i półogr musiał przerwać swój rysunek, by wszystkiego nie zepsuć.
– Psst! – Usłyszał za swoimi plecami. Odgłos dochodził z sąsiedniej celi, w której siedział w połowie elf, w połowie ork – skrót od tego to zwyczajny półelf, gdyż żadna inna krzyżówka, nawet człowieka z elfem, nie jest możliwa – Draggar. – Zrobimy to dzisiaj? – Horn przez trzy lata zdążył się zaprzyjaźnić z wieloma odmieńcami, ale jego sąsiad był z nich wszystkich tym najlepszym, prawdziwym i choć całkowicie różnili się rasowo, to dogadywali się jak równy z równym. – Klory i Bisk mówią, że nie będzie lepszej chwili! Musimy...
– Przemyślę ja – mruknął półogr, nie ruszając się z miejsca. – Burza nie jest odpowiednim momentem ja sądzę – odparł w końcu.
– Wiem, że nie lubisz takiej... – Draggar znów nie zdążył dokończyć, gdyż jego przyjaciel mruknął znacząco, gasząc wszystkie argumenty półelfa.
Nawałnica nie ustępowała i nie zapowiadało się na to, żeby szybko się zmieniła, chyba że na gorszą. Kolejne błyski i grzmoty irytowały półogra coraz bardziej, co wywoływało w nim niepochamowaną niechęć do robienia czegokolwiek. Otaczająca go klatka wzbudzała w nim beznadzieję, bo ogry lubiły duże pomieszczenia, a w tej celi Horn musiał zginać się w pół, by przejść na swoje uklepane w piasku miejsce na szmacie, która zwykle była mokra od potu spływającego po ciele półogra wracającego z ciężkiej roboty.
Nastąpił gwałtowny grzmot, który wstrząsnął całym Hornem i zdenerwował do maksimum cierpliwości.
– Mam dość czekania! – Odwrócił się i rzekł głośno do Draggara. Widząc, co zrobił, poszukał wzrokiem patrolującego strażnika, ale na jego szczęśnie żadnego nie było w pobliżu. Odetchnął z ulgą.
– Zdecydowałeś? – spytał niepewnie półelf, ale znaczący wzrok półogra mówił sam za siebie. Draggar przesunął się na drugą stronę celi i szepnął do sąsiadującego z nim półgoblina, po czym tamten zaśmiał się cicho i wyciągnął z kieszeni metalowy wytrych. Horn długo nie zastanawiał się, skąd Bisk – bo tak miał na imię sąsiad – wytrzasnął takie narzędzie, bo chwilę potem półgoblin wydostał się ze swojej celi i zaczął otwierać drzwi w klatce Draggara.
Piorun z głośnym trzaskiem uderzył gdzieś poza więzieniem; Horn mruknął gniewnie, jakby chciał rzucić się na chmury i rozerwać je na strzępy, by przestały go nękać.
Bisk otworzył jeszcze celę innego półgoblina, Klory'ego, po czym zajął się zamkiem w drzwiach do klatki Horna. Po chwili półogr był już wolny i bez zbędnego czekania wyczołgał się z celi i rozciągnął obolałe mięśnie, czując ogromną ulgę. Sprytny mieszaniec położył palec na suchych wargach i bezszelestnie ruszył w stronę wyjścia, by nie zwrócić na siebie uwagi innych odmieńców, którzy chcieliby uciec z nimi, a im więcej uciekinierów, tym większa szansa niepowodzenia. Bisk machnął ręką w geście przywołania reszty towarzyszy do siebie, po czym ruszył jeszcze szybciej do drzwi, a gdy już stanął obok nich, otworzył je niemal błyskawicznie wytrychem. Horn był zaskoczony umiejętnościami półgoblina, ale nie było czasu na rozmowy na ten temat.
Wąska komnata stanęła przed nimi otworem; równie wąskie schody schodziły w dół, zakręcając wokół filara, pomieszczenie posiadało żyrandol świecący bardzo jasno, a po drugiej stronie korytarza Horn ujrzał wartowników upijających się jakimś trunkiem, czemu towarzyszyły ciche rozmowy. Zaniepokojony Draggar złapał Biska za ramię i pociągnął w tył, ale półgoblin nie zamierzał rezygnować i po cichu udał się w stronę schodów, a za nim Klory. Półogr i półelf zastanawiali się chwilę nad bezpieczeństwem tego przedsiewzięcia, ale w końcu ruszyli za towarzyszami. Wszyscy musieli poruszać się praktycznie bezszelestnie, by nie wzbudzić ciekawości jeszcze nie upitych strażników, za których plecami znajdował się ich cel – schody w dół.
Bisk po raz kolejny zadziwił Horna, gdy wyciągnął z gatek krótki sztylet i podbiegł do bawiących się w najlepsze strażników. Jeden z nich jeszcze przed śmiercią zauważył biegnącego w jego stronę półgoblina, ale krzyknąć już nie zdążył, gdyż napastnik podciął mu gardło, a po chwili drugi wartownik także siedział bez tchu w piersi. Nawet półogr zauważył, że picie na warcie, a przede wszystkim obijanie się jest bardzo nierozsądne. Ich problem.
Bisk prychnął z pogardą i splunął jednemu z nich na twarz – widocznie zalazł mu za skórę. Kompania zostawiła broń, by przypadkiem nią nie stuknąć i zbudzić czujność innych strażników, po czym ruszyła dalej schodami i jedynie ciężkie nogi Horna wydawały jakiekolwiek odgłosy. Schody były wąskie i kręte, a nieprzyjemnie zimny bruk mroził stopy więźniów, nawet to nie dało rady zburzyć skupienia każdego z nich. Podekscytowanie nigdy nie brało góry nad Hornem w nieodpowiednich chwilach, ale wywoływało niepokój. Nawet gdyby udało im się uciec niezauważonym, to strażnicy prędzej czy później spostrzegliby śmierć dwóch towarzyszy i zniknięcie czterech więźniów, więc mieli niewiele czasu. Burza dawała im przewagę, gdyż pokaźna ulewa zagłuszała większość odgłosów, a także przesłaniała światło księżyca.
Horn przez chwilę myślał o pójściu do komnaty Gernoda i poderżnięciu mu gardła bądź wyprawieniu niczym zwierzynę, ale niestety warunki mu na to nie pozwalały i odrzucił tę możliwość. Dopiero wtedy zaczął się zastanawiać nad sensem ucieczki, gdyż nie wiedział, jak dadzą radę przeżyć na płaskowyżu otaczającym Więzienie Odmieńców, ale zdawał się na inteligencję sprytnego Biska.
Dotarli do niewielkich drzwi, po otwarci których ujrzeli jeszcze więcej par drzwi, domyślając się, że są to lochy, gdyż zawędrowali aż pod ziemię. Klory zatrzymał kompanów machnięciem ręki, by wsłuchać się w dźwięki dochodzące z długiego korytarza tak na wszelki wypadek i jego obawy jednak się ziściły. Z naprzeciwka nadchodziło dwóch strażników gawędzących wesoło – tak przynajmniej wywnioskował półgoblin – mających na sobie pełne uzbrojenie jak na wojnę.
– My wiejemy! – szepnął Horn, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa sytuacji. Mieli co najwyżej parę sekund na wycofanie się, ale ku jego zdumieniu żaden z kompanów nie ruszył się z miejsca, wszyscy zamarli. – Udając posągi, się my nie ukryjemy, wy głupki! – powiedział nieco głośniej półogr, a reszta natychmiast wyrwała się z transu. Widocznie przestraszyli się wizji ponownego schwytania, jedynie Horn był na tyle odważny, by stawić czoło swym lękom.
Bisk po raz kolejny wyjął sztylet, puścił się biegiem wzdłuż korytarza i stanął dwieście metrów dalej, tuż przed zakrętem w prawo, skąd – jak sądził drugi półgoblin – dochodzili strażnicy. Reszta cierpliwie czekała na efekty działań półgoblina. Czekali długie chwile, ale odgłosy ucichły i tylko ich oddechy przecinały powietrze. Klory ponownie stanął bez ruchu i począł nasłuchiwać odgłosów i jak się okazało, poprzednim razem się pomylił.
Strażnicy wyszli z drzwi tuż obok Draggara, który niepostrzeżenie uniknął zderzenia z drewnem i uskoczył na odległość dwóch metrów od żołnierzy. Będąc w podziemiach, wartownicy nie mieli żadnych szans na wezwanie pomocy, ale nadal mieli broń, której potrzebowaliby teraz uciekinierzy. Pierwszy z nich szybko zorientował się, co jest na rzeczy i krzyknął na całe gardło, by wezwać pomoc, co dało raczej znikome skutki.
Draggar postanowił jednak nie lekceważyć donośnego głosu strażnika, i wykorzystując nieuwagę, niczym wściekły pies, rzucił się na zdezorientowanego wartownika stojącego z tyłu i złapał go za gardło, po czym ścisnął z całej siły i zasłonił nim, by ochronić się przed atakiem drugiego strażnika. Ten jednak nie zamierzał atakować półelfa, obrał bowiem sobie za cel Horna i przystąpił do agresywnej walki. Jednym długim ruchem sieknął halabardą, by zdobyć przewagę dystansową, po czym próbował dźgnął półogra, ale był za daleko. Chwilę jego nieuwagi wykorzystał Klory, który rzucił się na niego i wgryzł w szyję jak jakaś bestia.
Gdy obaj strażnicy padli martwi, uciekinierzy zebrali pozostałą po nich broń i udali się w dalszą drogę, nie próbując nawet ukryć ciał ze względu na brak czasu. Korytarz zaprowadził ich na schody prowadzące w górę, a następnie do pomieszczenia, gdzie drogi rozdzielały się, by po paru metrach znów się złączyć, tworząc budowlany owal. Cała grupa puściła się pędem w stronę głównych drzwi, które miały zaprowadzić ich na zewnątrz.
Wielkie wrota otwarły się i ukazały pusty, ledwo oświetlony dziedziniec; burza ucichła, a deszcz nadal lał jak z cebra, tworząc kałuże w dziurach pomiędzy brukowanymi kamieniami. Na zewnątrz czekało na nich świeże powietrze i pusta twierdza, wyglądająca na opuszczoną
– Widocznie nikt o tej porze nie pilnuje dziedzińca, a szkoda, przecież... – zaczął swą ironię Klory, ale Draggar w porę uciszył go gestem, bo na blankach pojawiła się para strażników obserwująca twierdzę na zewnątrz, jak i wewnątrz. Cała kompania stanęła w bezruchu, czekając na cud; drzwi za nimi nadal były otwarte i światło z wnętrza cytadeli oświetlało ich całych. Jeden z wartowników przystanął w miejscu i wskazał palcem uchylone wrota do lochów, chwilę o czymś porozmawiali, stojąc w miejscu, a następnie obaj zeszli z murów.
Gardło Horna ścisnęło się w lęku, jego kryjówka w ciemności była bardzo niebezpieczna, toteż Bisk, pod nieobecność strażników, zaciągnął ich do niewielkich krzaków na uboczu przejścia tuż obok otwartych drzwi. Odgłosy kroków stawały się coraz głośniejsze, aż w końcu pojawiło się dwóch tych samych żołnierzy. Zamknęli oni wrota i udali się z powrotem na blanki. Grupka uciekinierów szybko wykorzystała ten moment – kiedy wartownicy zbliżali się do muru, wszyscy bezszelestnie przekradli się na zachodni mur i wdrapali na niego. Wszyscy stanęli na blankach jak równy z równym.
Zbliżał się dzień i ze wschodu wstawało słońce, oświetlając swym jasnym blaskiem całą dolinę i płaskowyż, na którym nie znajdowało się ani jedno drzewo. Horn zaczął rozglądać się dokoła w poszukiwaniu bezpiecznych miejsc, do których mogliby się udać i to wszystko przeczekać, przeżyć z dala od przymusowych prac i chłost. Daleko na zachodzie znajdował się niewielki zagajnik, na południowym zachodzie ciągnęło się pasmo górskie, a na północnym zachodzie małe bajorko. Tego, co było dalej, dojrzeć nie mógł ze względu na swój niezbyt dobry wzrok, podobnie Klory i Bisk. Pozostał Draggar, który, jako że był w połowie elfem, posiadał lepszy wzrok od reszty i dzięki niemu wypatrzył daleko na zachodzi niewielki obóz rozbity obok małego zagajnika.
– Udamy się do zagajnika, widziałem tam...
Reszty Horn nie usłyszał, bo słowa półelfa zagłuszyło głośne wycie rogu i krzyki gotujących broń żołnierzy. Domyślił się, że strażnicy odnaleźli trupy wartowników i brak więźniów w klatkach, toteż, nie zwlekając, usiedli na blankach i, modląc się do Malvora, skoczyli z pięciometrowego muru twierdzy. Horn twardo upadł na miękką ziemię i przewrócił się na twarz pod swym ciężarem. Za nim skoczył Draggar, który z gracją postawił nogi na gruncie, nawet nie ślizgając się na miękkim błocie.
Półogr zauważył, że jego kompani już zaczęli uciekać, a on został sam z tyłu, podniósł się więc jak najszybciej potrafił i pobiegł za resztą. Obok ucha śmignął mu bełt i przeciął kawałek jego policzka. Kątem oka ujrzał, że Klory kuśtyka, a z jego nogi płynie struga krwi. Z ledwością dogonił małych półgoblinów spowolnionych przez rannego towarzysza. Śmignęła kolejna fala grotów i kilka z nich trafiło Biska, który padł na ziemię, wijąc się z bólu. Horn chciał mu pomóc, ale to było zbyt niebezpieczne. Draggar zaś wyglądał jak uodporniony na wszystko, galopujący rumak, którego błoto nie powstrzymywało przed szybkim biegiem. Wielka kula przecięła powietrze i z wielkim hukiem uderzyła w ziemię, rozbijając błoto na wszystkie strony. Dopiero wtedy dało się usłyszeć wystrzały z muszkietów i armat, jakby żołnierze dopiero się obudzili i niecelnie strzelali.
W końcu udało im się wbiec na gościniec, ale nadal czuli na plecach oddech konnych jeźdźców. Uciekinierzy mieli dużo szczęścia, gdyż znajdowali się już prawie sto jardów od twierdzy, ale doskwierało im zmęczenie, co spowalniało ich ruchy. Nagle Horn padł na ziemię, czując ostry ból w plecach. Zamroczyło go i odebrało poczucie świadomości na kilka długich chwil. Zrozumiał, że został trafiony, ale gdzie dokładnie, nie mógł określić. Nie spodziewał się tak straszliwego pieczenia, więc sądził, że była to poważna rana.
Ulgi doświadczył po paru sekunach, kiedy Draggar zawrócił po niego i wyciągnął bełt z pomiędzy łopatek. Strumień krwi trysnął z ciała wielkiego Horna, gdy grot opuścił jego plecy. Półogr miał szczęście, gdyż miał grubą skórę, która nie pozwoliła pociskowi przedostać się do kręgosłupa. Nie słyszał jednak nadal, co mówi do niego Draggar, kątem oka zdołał uchwycić Klory'ego naszpikowanego strzałami i klęczącego nad nim Biska, oboje byli poważnie ranni, ale nie mógł im pomóc. Musiał uciekać dalej z nieczystym sumieniem, od tego że jego przyjaciel, który uratował mu już kilkakrotnie życie, został przez niego zostawiony na pastwę łowców. Nie mógł nic zrobić.
"Gdzieś pomiędzy złem a dobrem jest zdrowy rozsądek. Tego się trzymajmy." ~ Verguun z południa
"Pieprzyć przeciwników, to ty masz być tym wygranym!" ~ Polleck z Aster Mit

Myśliwi!!!!
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Kurczę, rzeczywiście długie... Przyznam się, że nie przepadam za ogromami, szybko się nudzę xP Wyłapałam parę błędów interpunkcyjnych i językowych (nie RAMIENIACH, tylko RAMIONACH ;)), ale styl mi się podoba. Masz lekkie pióro, dobrze się czyta, a opisy są na wysokim poziomie, tylko niekiedy można by było krócej i prościej, ale spoko, też mam z tym problem, i to nie mały xD
Dużo opisów. Bardzo dużo opisów. Konspiracja, ucieczka z więzienia, rozumiem, trza trochę nadać klimatu... Ale, moim zdaniem, tych opisów jest nazbyt dużo. Odrobinę więcej dialogów by się przydało, bo szybko nudzący się czytelnik mógłby nie dotrzeć do końca, tylko w połowie wyłączyć kartę i dać sobie z tym spokój.
Podoba mi się w wypowiedziach, że zostają one nagle przerywane. To daje do zrozumienia, że ta sytuacja to nie przelewki i trzeba uważać.
Parę literówek też się znalazło, uważaj na nie, bo mogą zepsuć smak opowiadania ;)
Bardzo spodobał mi się koniec. Dobrze, że nie dałeś happy endu, bardzo dobrze zrobiło to opowiadaniu. Śmierć kompanów, gryzące sumienie uciekiniera nadają tego klimatu. Za to ogromny plus ^^
Meow!
Odpowiedz
#3
Dzięki za konstruktywną opinię ;)
Interpunkcja, orty itp to zadanie sprawdzających, więc się nie martw, już oni mnie nastawią, jeśli rzeczywiście jakieś tam wyłapałaś :ok:
Nie było czasu na dialogi, kiedy rozmawiać? Podczas ucieczki i skradaniu się? :P
"Gdzieś pomiędzy złem a dobrem jest zdrowy rozsądek. Tego się trzymajmy." ~ Verguun z południa
"Pieprzyć przeciwników, to ty masz być tym wygranym!" ~ Polleck z Aster Mit

Myśliwi!!!!
Odpowiedz
#4
No, z tymi dialogami to się nie popisałam :P Ale czy tak, czy tak mi się podoba ^^
Meow!
Odpowiedz
#5
Ja zawsze muszę mieć odmienne zdanie od wszystkich, prawda? :)

Zacznijmy od tego, ze widać postęp, zauważalny progress. Widać, ze dla Ciebie pisanie to nie jest cos, co robisz w czasie, gdy naprawde Ci się nudzi, tylko ewidentnie jest to Twoja pasja. Tak trzymaj :)

Łatwo się czyta, jest mniej niezrozumiałych akcji, przez co również swobodniej się czyta. Jednak to nie mój gust. Nie lubię opowiadań, gdzie autor podkreśla, ze dany bohater jest orkem lub przesadnie chce dowiesc, ze to fantasy, pelnokrwiste fantasy, choć wiem, ze to nieuniknione. Nie znaczy to natomiast, ze opinia ma się zmieni, bo o gustach się przeciez nie dyskutuje ;)

Czekam na następny fragment.
"Trudno. Nie jestem już wiedźminem. Przestałem być wiedźminem. Na Thanedd, w Wieży Mewy. W Brokilonie. Na moście nad Jarugą. W jaskini pod Gorgoną. I tutaj, w lesie Myrkvid. Nie, ja już nie jestem wiedźminem. Będę się więc musiał nauczyć obywać bez wiedźmińskiego medalionu." – Wiedźmin, "Wieża Jaskółki", chyba najbardziej wzruszający moment w całej sadze, no, oprócz odejścia Ciri w "Pani Jeziora" :)
Odpowiedz
#6
(12-10-2014, 12:07)Drassen Prime napisał(a):
Ucieczka


Noc zbliżała się nieuchronnie, a czarne chmury burzowe wciąż krążyły nad Argann, grożąc swoimi(uważam, że zbędne) piorunami.

Siedział teraz w kącie klatki i rysował patykiem na piasku pokraczne postacie dzikich zwierząt, które były jego hobby; znał się bowiem na zwierzętach lepiej niż nie jeden(niejeden) pustelnik.

Horn był mieszańcem – półorkiem półczłowiekiem (to raczej nie są błędne zapisy, ale skoro dalej używasz sformułowania półork, to tu zapisałabym rozdzielnie albo w połowie orkiem, w połowie człowiekiem), jednakże nikt nie używał całej nazwy tej mieszanej rasy, większość wolała używać krótszego zwrotu – półork.

Najgorszym niebezpieczeństwem dla mieszańców byli Łowcy(myślę, że z małej jak myśliwi) – wojownicy pracujący na usługach Gernoda,(bez przecinka) władcy Więzienia Odmieńców na wyspie Argann, w którym więziony (przetrzymywano, osadzono właśnie Horna – unikniesz dwóch powtórzeń) był właśnie Horn, a wraz z nim miliony bezbronnych odmieńców. Gernod był bratem króla Argann, Gordiana I Leżącego(przecinek) i miał obsesję na punkcie bezczeszczenia krwi ludzi przez inne rasy – według niego ludzie byli jedynynymi(jedynymi) prawowitymi dziedzicami ich(zbędne) ziem, które podarowali im bogowie.

Horn często doświadczał gniewu władcy Więzienia Odmieńców;(raczej myślnik zamiast średnika) gdy tylko ten miał zły nastrój, skazywał wybranych przez siebie więźniów na bezlitosną chłostę.

Jego łysą głowę pokrywały głębokie bruzdy i szerokie blizny,(tu dałabym kropkę) a na twarzy posiadał miazgę z nosa, którego zgnietli mu jeszcze tego samego dnia niezadowoleni z wcześniejszego biczowania strażnicy. ('posiadanie miazgi' nie brzmi dobrze – zapisałabym to w oddzielnym zdaniu 'Niezadowoleni z efektów wcześniejszego biczowania strażnicy dodatkowo oszpecili mu twarz, łamiąc nos.')

Półork siedział na mokrej szmacie w samych pobrudzonych pyłem gatkach i skórzanych szelkach na ramieniach(ramionach).

Umięśnione ciało także pokrywała warstwa brudu i kurzu od dorywczych prac w(przy) budowie twierdzy; szczerze powiedziawszy(przecinek) całego tego brudu nie było widać na ciemnej karnacji ciele(ciała lub na ciele o ciemnej karnacji).

Twarz – jak przystało na orka – miał, co najmniej, (bez tych przecinków) brzydką, a dodatkowa szrama [u]ciągnąca się(biegnąca) od ust aż po oko i kończącą się w połowie czoła[/u].(ta część zdania jest niedokończona – 'pogarszała ten stan' lub jakoś tak)

Horn spojrzał się(zbędne) na nie swym(zbędne) budzącym grozę wzrokiem i machnął ręką, jakby sam do siebie, następnie zamazał swoje gryzmoły i zaczął rysować od nowa.

Tym razem za cel obrał sarnę, za którą biegła głodna watacha(wataha) wilków, ale nie była wystarczająco szybka, by złapać samotną ofiarę.

Mrożąca krew w żyłach burza rozszalała się na dobre i zrzuciła na ziemię potężną ulewę, przez którą półork musiał przerwać swój rysunek, by wszystkiego nie zepsuć.(drugiej części zdania nie rozumiem, ulewa była w środku?)

– Psst! – u(U)słyszał za swoimi plecami,(kropka i dalej z dużej litery) odgłos dochodził z sąsiedniej celi, w której siedział półelf półork – skrót od tego to zwyczajny półelf, gdyż żadna inna krzyżówka, nawet człowieka z elfem, nie jest możliwa – Draggar. (jeżeli półork jest krzyżówką orka i człowieka, a Draggar to w połowie ork, w połowie elf, czemu nazwałeś go półelfem, skoro z człowiekiem nie ma nic wspólnego – skomplikowane)

Przemyślę ja – mruknął półork, nie ruszając się z miejsca. – Burza nie jest odpowiednim momentem ja myślę(jak sądzę) – odparł w końcu.

Kolejne błyski i grzmoty irytowały półorka coraz bardziej, co wywoływało w nim niepochamowaną(niepohamowaną) niechęć do robienia czegokolwiek.

Otaczająca go klatka dawała mu poczucie beznadziejności(dawać poczucie czegoś – to raczej w sensie pozytywnym, wzbudzać poczucie lęku, beznadziei), bo orkowie lubili duże pomieszczenia, a w tej celi Horn musiał zginąć się w pół, by przejść na swoje uklepane w piasku miejsce na szmacie, która zwykle była mokra od potu spływającego z wracającego z robót półorka.(spływającego po ciele orka wracającego z ciężkiej roboty)

– Mam dość czekania! – o(O)dwrócił się (i) rzekł głośno do Draggara, a gdy zauważył(widząc), co zrobił, poszukał wzrokiem patrolującego strażnika, ale nie znalazł żadnego(na szczęście żadnego nie było w pobliżu).(na początku tego nie było, ale wróciłeś do zdań typu: zrobił, nie zrobił, poszukał, znalazł – trzeba to trochę urozmaicać)

Horn długo nie zastanawiał się(przecinek) skąd Bisk – bo tak miał na imię sąsiad – wytrzasnął takie narzędzie, bo chwilę potem półgoblin wydostał się ze swojej celi i zaczął otwierać drzwi w klatce Draggara.

Piorun z głośnym trzaskiem uderzył gdzieś poza Więzieniem(dlaczego z dużej litery?); Horn mruknął gniewnie, jakby chciał rzucić się na chmury i rozerwać je na strzępy, by przestały go nękać.

Wąska komnata stanęła przed nimi otworem; równie wąskie schody schodziły w dół, zakręcając się(zbędne) wokół filara,(kropka i dalej z dużej litery) pomieszczenie posiadało żyrandol świecący bardzo jasno, a po drugiej stronie korytarza Horn ujrzał wartowników upijających się jakimś trunkiem, a temu(czemu) towarzyszyły ciche rozmowy.

Bisk po raz kolejny zadziw(i)ł Horna, gdy wyciągnął z gatek krótki sztylet i podbiegł do bawiących się w najlepsze strażników.

Schody były wąskie i kręte, a nieprzyjemnie zimny bruk mroził stopy więźniów, ale (nawet) to nie dało rady zburzyć skupienia każdego z nich.

Podekscytowanie nigdy nie brało góry u(nad) Hornem w nieodpowiednich chwilach, ale wywoływał(o) niepokój.

Burza dawała im przewagę, gdyż pokaźna ulewa zagłuszała większość odgłosów, a także zasłaniało(przesłaniała) światło księżyca, bez niego dziedziniec w twierdzy był praktycznie pusty nocą.(jeśli był księżyc, to nie było pusto?)

Dopiero wtedy zaczął się zastanawiać nad sensem ucieczki, (gdyż) nie wiedział, jak mogli przeżyć(dadzą radę przeżyć) na płaskowyżu otaczającym Więzienie Odmieńców, ale zdawał się na inteligencję sprytnego Biska.

Dotarli do niewielkich drzwi, po których otworzeniu(otwarciu których) ujrzeli jeszcze więcej par drzwi, domyślili się(domyślając się), że są to lochy, gdyż zawędrowali aż pod ziemię.

Klory zatrzymał kompanów machnięciem ręki, by podsłuchać długi korytarz(zbędne, bo podsłuchać można kogoś) na wszelki wypadek i jego obawy jednak się ziściły.

Z naprzeciwka nadchodziło dwóch strażników gawędzących wesoło – tak przynajmniej wywnioskował półgoblin – mieli(mających) na sobie pełne uzbrojenie jak na wojnę.

– My wiejemy! – szepnął Horn, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa sytuacji;(kropka i dalej zaczęłabym jako nowe zdanie) mieli co najwyżej parę sekund na wycofanie się, ale ku jego zdumieniu żaden z kompanów nie ruszył się z miejsca, wszyscy zamarli. – Udając posągi(przecinek) się my nie ukryjemy, wy głupki! – powiedział nieco głośniej półork, a reszta natychmiast wyrwała się z transu.

Widocznie przestraszyli się wizji ich(zbędne) ponownego złapania, jedynie Horn był na tyle odważny, by stawić czoło swym lękom.

Bisk ponownie wyjął sztylet, puścił się biegiem wzdłó(u)ż korytarza i stanął dwieście metrów dalej, tuż przed zakrętem w prawo, skąd – jak sądził drugi półgoblin – dochodzili strażnicy.

Klory ponownie stanął bez ruchu i począł nasłuchiwać odgłosów i jak się okazało, przedtem się mylił. (chyba 'ponownie jak poprzednio się nie mylił')

Będąc w podziemiach(przecinek) wartownicy nie mieli żadnych szans na wezwanie pomocy, ale nadal mieli broń, której potrzebowaliby teraz uciekinierzy.

Pierwszy z nich szybko zorientował się(spostrzegł), co się dzieje i krzyknął na całe gardło, by we(z)wać pomoc, co dało raczej znikome skutki.

Draggar postanowił jednak nie lekceważyć donośnego głosy(u) strażnika i(przecinek) wykorzystując nieuwagę, niczym wściekły pies, rzucił się na zdezorien(t)owanego wartownika stojącego z tyłu i złapał go za gardło, po czym ścisnął z całej siły i zasłonił nim, by ochronić się przed atakiem drugiego strażnika.

Na zewnątrz czekało na nich świeże powietrze i pusta twierdza, wyglądała jak opuszczona. (która wyglądała... lub wyglądająca na opuszczoną)

– Widocznie nikt o tej porze nie pilnuje dziedzińca, a szkoda, przecież... – zaczął swą ironię Klory, ale Draggar w porę uciszył go gestem, bo na blankach pojawiła się para strażników,(bez przecinka) obserwująca twierdzę na zewnątrz, jak i wewnątrz.

Cała kompania stanęła w bezruchu, czekając na cud; drzwi za nimi nadal były otwarte i światło z jej wnętrza(wnętrza cytadeli) oświetlało ich całych. Jeden z wartowników przystanął w miejscu i wskazał palcem uchylone wrota do lochów, chwilę o czymś porozmawiali, stojąc w miejscu, a następnie obaj zeszli z murów.

Gardło Horna ścisnęło się w lęku, jego kryjówka w ciemności była bardzo niebezpieczna i można było łatwo wpaść(podkreślony fragment usunęłabym), toteż Bisk, pod nieobecność strażników, zaciągnął ich do niewielkich krzaków na uboczu przejścia,(bez przecinka) tuż obok otwartych drzwi.

Grupka uciekinierów szybko wykorzystała ten moment;(myślnik zamiast średnika) kiedy wartownicy zbliżali się do muru, wszyscy bezszelestnie przekradli się na zachodni mur i wdrapali na niego. Wszyscy(zbędne) s(S)tanęli na blankach jak równy z równym.

Zbliżał się dzień i ze wschodu wstawało słońce(przecinek) oświetlając swym jasnym blaskiem całą dolinę i płaskowyż, na którym nie znajdowało się ani jedno drzewo.

Daleko na zachodzie znajdował się niewielki zagajnik, na południowym zachodzi ciągnęło się pasmo górskie, a na północnym zachodzi(e) małe bajorko.

Pozostał Draggar, który, jako że był w połowie elfem, posiadał lepszy wzrok od reszty i dzięki niemu wypatrzył daleko na zachodzi(e) niewielki obóz rozbity obok małego zagajnika.

Domyślił się, że strażnicy odnaleźli trupy wartowników i ich brak w klatkach(wychodzi na to, że trupy powinny być w klatkach – 'i brak więźniów w klatkach'), toteż, nie zwlekając, usiedli na blankach i(przecinek) modląc się do Malvora, skoczyli z pięciometrowego muru twierdzy.

Za nim skoczył Draggar, który z gracją postawił nogi na gruncie, nawet nie ślizag(a)jąc się na miękkim błocie.

Uciekinierzy mieli dużo szczęścia, gdyż znajdowali się juz(ż) sto metrów od twierdzy, ale doskwierało im zmęczenie, co spowalniało ich ruchy.


Ulgi doświadczył dopiero po paru sekunach, kiedy Draggar zawrócił po niego i wyciągnął bełt z pomiędzy (spomiędzy) łopatek.

Półork miał szczęście, gdyż miał grubą skórę, która (gdyż jego gruba skóra) nie pozowliła (pozwoliła) pociskowi przedostać się do kręgosłupa.

Nie słyszał jednak nadal, co mówi do niego Draggar, kątem oka jednak(zbędne) zdołał uchwycić Klory'ego naszpikowanego strzałami i klęczącego nad nim Biska, oboje(obaj) byli poważnie ranni, ale nie mógł im pomóc.

Musiał uciekać dalej z brudnym(nieczystym) sumieniem, od tego(zbędne) że jego przyjaciel, który uratował mu już kilkakrotnie życie, został przez niego zostawiony na pastwę Łowców.

Ta historia jest całkiem ciekawa i nieźle napisana. Bohaterowie też dobrze zarysowani, wzbudzający sympatię. Moim zdaniem robisz postępy. Z interpunkcją też jest lepiej. Nadal masz problem z budowaniem zdań, nie stosujesz spójników, zamiast nich wstawiając średnik albo nic. W środku tekstu wróciłeś do zdań prostych typu: zrobił to, wziął tamto, ale później już było OK. Nie zwracasz uwagi na literówki, które sam powinieneś wyeliminować. Podziwiam twój upór i mam nadzieję, że będą z ciebie ludzie:).
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Dzięki za wasze opinie, wiedziałem, że ten fragment się spodoba ;)
Biorę się za poprawki! :ok:
"Gdzieś pomiędzy złem a dobrem jest zdrowy rozsądek. Tego się trzymajmy." ~ Verguun z południa
"Pieprzyć przeciwników, to ty masz być tym wygranym!" ~ Polleck z Aster Mit

Myśliwi!!!!
Odpowiedz
#8
Tekst jest ciekawie napisany, tak że nie miałem kłopotów z przeczytaniem całości. Wydaje mi się, że lepiej by było gdybyś zamiast używać ras do opisu sytuacji, korzystał z imion postaci, cech charakterystycznych, albo dodatkowych ksywek. Historia mnie zaciekawiła, a sami bohaterowie przypadli do gustu. Liczę na rychłą kontynuację, ponieważ opowiadanie ma duży potencjał. Dobra robota
Odpowiedz
#9
No dzięki, projekt fabuły powstał rok temu, a że jest taki jary, to się żem nie spodziewał...
No to oczekujcie kolejnego fragmentu! :ok:
"Gdzieś pomiędzy złem a dobrem jest zdrowy rozsądek. Tego się trzymajmy." ~ Verguun z południa
"Pieprzyć przeciwników, to ty masz być tym wygranym!" ~ Polleck z Aster Mit

Myśliwi!!!!
Odpowiedz
#10
Kolejny fragment i tym razem podzielony!
Miłej lektury ;)


Wirujący młot

Część 1

Horna bez przerwy męczyły wyrzuty sumienia, a to tylko dlatego, że nie zabrał ze sobą Klory'ego i Biska. Nie był w stanie tego zrobić, nie mógł zniweczyć wszystkich ich starań, ryzykując takim czynem. W kilka sekund oddalił się od półgoblinów na odległość ponad dziesięciu jardów i zasięg muszkietów przestał wystarczyć – musieli wysłać w pogoń konnicę. Półogr ucieszył się, kiedy huki z broni palnej zdawały się już być prawie niesłyszalne, ale nadal nie dawali mu spokoju ścigający ich łowcy. Gdy obejrzał się do tyłu, ujrzał zbliżających się szybko pięciu jeźdźców niecałe pięćdziesiąt jardów za nimi. Mieli marne szanse przeżycia takiego starcia. Do obozu, który Draggar wypatrzył, stojąc na murach, była jeszcze prawie cała staj. Mało ciekawa perspektywa moja jest, pomyślał Horn.
Draggar też to pojął, prawdopodobnie nawet szybciej od niego, bo przestraszony obejrzał się wcześniej i przyspieszył biegu, jakby jego kondycja nigdy się nie wyczerpywała. Siły półogra spadały z każdą sekundą, Horn myślał już o oddaniu się po dobroci w ręce okrutnych strażników, ale przypomniał sobie, jak straszliwa chłosta mu groziła, więc odrzucił tę myśl. Nogi ślizgały się w kałużach i błocie, a także od czasu natrafiali na duże kamienie. Horn zwolnił tępa, czując spadające na niego krople deszczu. Znowu wrócił, pomyślał.
Zagrzmiało.
Półogr zamknął oczy i poczuł, jak upada, po czym tapla się w błocie. To był koniec, jeźdźcom pozostało tylko kilka jardów do pokonania, by go schwytać. Brak broni, pancerza, czegokolwiek do obrony był jego zgubą. Zbliżali się nieuchronnie i nagle, gdy wszelkie szanse wydawały się pozornie niskie, łowcy wyminęli Horna i pogalopowali tuż obok niego, prawie go zgniatając. Nie zauważyli mnie oni, ucieszył się, kiedy pięciu konnych zaczęło ścigać samego Draggara. Kolejne wyrzuty sumienia zacisnęły pętlę wokół serca półogra. Stracił bowiem kolejnego przyjaciela, prawdopodobnie na zawsze. Przez chwilę myślał o tym, żeby wrócić po Klory'ego i Biska, ale odrzucił tę możliwość, która wydawała się szaleńcza.
– Pssst! – usłyszał za głową i podniósł się szybko, gotów do walki. – To ja! Draggar! – wzdrygnął się.
– Jak to, ty tutaj, jak ty tam? – zapytał oszołomiony Horn, leżąc wraz z półelfem w wielkiej kałuży błota.
– Ciszej. Łowcy nieźle się wkurzą, kiedy zauważą, że gonią powietrze. Musimy uciekać, nim się zorientują, gdzie jesteśmy. Za mną!
Półogr nie widział Draggara, dopóki ten nie podniósł się z ziemi i kucając, zaczął odchodzić w stronę gęstego zagajnika. Nie była to zbyt ryzykowna akcja, ale zawsze istniało niebezpieczeństwo, że żołnierze zawrócą i ich zobaczą. Słońce niemal całkowicie wzeszło zza ogromnego Więzienia Odmieńców, zalewając płaskowyż ciepłymi promieniami. Horn obawiał się, że teraz łowcy ich zauważą. Zaczął popędzać półelfa, dopóki nie znaleźli się w gąszczu i położyli na wilgotnej ziemi. Zrobili to w samą porę, gdyż łowcy właśnie pogalopowali obok, krzycząc przekleństwa i machając mieczami.
– Jak tobie to się udało? – spytał półogr, kiedy niebezpieczeństwo minęło.
– Zrobiłem to samo, co ty, a kiedy mnie minęli, podczołgałem się do ciebie – wyjaśnił Draggar widocznie dumny ze swojego wyczynu, który z perspektywy półogra wydawał się niemal niemożliwy.
– Jak? Ja nic nie słyszałem! – Horn wsadził palec w małe ucho, jakby szukał czegoś, co mu je zatkało.
– Wiele rzeczy o mnie nie wiesz – uśmiechnął się cierpko – ale kiedyś się tego dowiesz. Musimy iść, obóz jest niedaleko – rzekł, po czym wstał i zaczął przedzierać się przez jeszcze ciemniejszą gęstwinę.
Pokrzywy cięły Horna po gołych łydkach, wywołując nieznośne swędzenie; o Draggarze nie można było tego powiedzieć, a nawet jeśli coś czuł, to dobrze to ukrywał. Raz na jakiś czas noga półogra grzęzła w błocie lub zaczepiała się o chude gałązki i łamała je z trzaskiem, co przyprawiało go o gęsią skórkę. Magia drzew iglastych dawała o sobie znać, w zagajniku bowiem było ciemniej niż by się wydawało; świerki kołysały się od podmuchów porannego wiatru, a na trawie zdawało się, że zalega rosa.
Draggar rzucił się na ziemię, łapiąc Horna za ramię, gdy tuż obok wyjścia z zagajnika zatrzymał się zbrojny jeździec. Półogr nie przyglądał się łowcy, by zorientować się, że lada chwila ich wykryje.
– Hej, Erol! – krzyknął żołnierz, odwracając się w stronę pustkowi, po czym zsiadł ze swego rumaka. Chwilę potem podjechał do niego drugi jeździec, który po zejściu z konia wyjął z juków butelkę grogu i wziął głębokie hausty. Horn zwilżył usta, słysząc żołnierza przełykającego jego przysmak.
– Co się dzieje? – zapytał strażnik ospale.
– Sprawdźmy ten zagajnik – odparł drugi, po czym wkroczył na bagnisty teren.
Była jeszcze szansa, Horn wierzył, że jeżeli przeturlają się na bezszelestnie w gęstą trawą, to łowcy ich nie znajdą. Lekko uniósł rękę i dotknął barku półelfa.
– My wiejemy! – szepnął, kiedy Draggar odwrócił głowę w jego stronę.
– Co? Co wieje? – Żołnierz najwyraźniej to usłyszał, bo spojrzał pytająco na kompana i uniósł brwi.
– Wiatr! – powiedział szeptem półelf i nim ten się spostrzegł, chwycił go za kostkę i ściągnął do parteru, gdzie udusił.
Mieli szczęście, gdyż drugi jeździec właśnie zanurzył się w gęstwinę, a gdy z niej wyszedł, nie spotkał kompana, a jego truchło. Jedynym wyjściem dla uciekinierów było zabicie zagrażającego im przeciwnika i zabranie ich koni, ale wtedy nie mieli szans uciec przed strzałami z muszkietów, chyba że wcześniej pozbyliby się reszty łowców. Draggar w końcu zadecydował. Po cichu wyjął szablę z pochwy martwego żołnierza i zanim ofiara się spostrzegła, półelf podciął mu nogi, a następnie odciął głowę, gdy ten runął z okrzykiem bólu na ziemię. Oko Horna było zbyt powolne i nie uchwyciło całego zdarzenia, widział jedynie zamazane ruchy. Nic dziwnego, że nie widzę ja, on nie widział też, pomyślał.
Uszy półelfa poruszyły się lekko. Draggar wstał i w mgnieniu oka zebrał pozostałą po żołnierzach broń. Konie zarżały na widok swoich martwych jeźdźców, ale Draggar nie chciał, by wzbudziły podejrzenia, więc wprowadził je do zagajnika i przywiązał do drzewa.
– Ty szybki jesteś bardzo! – rzekł półogr, wstając z oblepionej błotem ziemi.
– Spokojnie, Horn. Poznasz jeszcze wiele moich tajemnic, ale teraz musimy uciekać. Przeczekamy to, a potem... – zatrzymał się, jakby sam nie wiedział, co rzec – potem się okaże.
Draggar przeszukał juki i znalazł jedynie grog. Horn przyjął to z większym entuzjazmem niż półelf, ale oboje trochę wypili, by nie umrzeć z pragnienia. Horn zaproponował zabicie i zjedzenie koni, ale kompan stanowczo się temu sprzeciwiał. Półogr tego nie rozumiał, ale po długim czasie namawiania zgodził się. Wolał bowiem nie denerwować tajemniczego przyjaciela. Słońce wschodziło wyżej i wyżej, aż w końcu pojawiło się w zenicie. Łowcy nadal nie odpuszczali i przeszukiwali pobliskie tereny. Teraz ich ilość się zwiększyła, z trzech jeźdźców zrobiło się dziesięciu i doszło jeszcze pięciu pieszych. Prawdopodobnie odkryli już zniknięcie dwóch kompanów, ale – z czego Draggar i Horn byli radzi – nie wpadli jeszcze na to, by przeszukać ich zagajnik.
Pozostało jedynie czekać.
"Gdzieś pomiędzy złem a dobrem jest zdrowy rozsądek. Tego się trzymajmy." ~ Verguun z południa
"Pieprzyć przeciwników, to ty masz być tym wygranym!" ~ Polleck z Aster Mit

Myśliwi!!!!
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości