Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Miasto Wiedźm
#1
Witajcie :) Wróciłam z nowym opowiadaniem, tak trochę długo mnie nie było i w ogóle, wiem, ale... Nie oszukujmy się, poprzednie "dzieła" były totalnym niewypałem. Myślę, że do tego tu przyłożyłam się bardziej, jednak to wyjdzie od Was :)
Miłego czytania ^^

_____________

Spalona na stosie, okalana piekielnymi płomieniami, z rozwianym ognistorudym włosem i rozdzierającym krzykiem niosącym się po obsydianowym niebie. Wyklęta. Cierpiała nie z powodu trawiącego jej ciało ognia, lecz przez świadomość, że nikt jej nie pomógł. Słowa, które wykrzyczała przed śmiercią, odbiły się echem po okolicznych budynkach, wprawiając gapiów w niemal namacalne przerażenie.
— Wasze dusze nie zaznają spokoju! Udręka w koszmarach będzie was wyniszczała tak, jak wy zniszczyliście mnie! Ale ja to zrobię lepiej!
I zaśmiała się diabolicznie, po czym zniknęła w mrokach nocy.

*

Czarny kot zwinnie przebiegł przez błotnistą drogę, chowając się w dziurze krzywo stojącego budynku. Okna były tak brudne, że niczego nie dało się przez nie zobaczyć, a z dachu sypały się stare, omszałe dachówki. Z komina leciał gęsty, czarny dym, wokół nie znajdowało się nic oprócz spróchniałego, częściowo zmasakrowanego płotu ciągnącego się dookoła domu oraz samotnego drzewa pozbawionego liści. Nikt do tej pory nie odważył się zbliżyć do tego sparszywiałego domostwa. Budynek uchodził za nawiedzony, niekiedy można było usłyszeć zawodzące jęki, jakby duchy wyprawiały swego rodzaju ucztę. Zawsze pod osłoną nocy.
Skrzypienie wysłużonych, zakurzonych desek, wydobywające się spod łap kociska, wypłoszyło spomiędzy rozpadających się schodów kilka piszczących ze strachu myszy. Zwierzę stanęło, jakby szacowało, dokąd w najlepszym wypadku się udać, jednak po krótkiej chwili wspięło się po wyłamanych deskach ściennych i zanurkowało do sporej dziury, znikając w jej ciemnościach.
Schody do piwnicy były w jeszcze gorszym stanie niż tamte prowadzące na piętro. Nikłe światło dochodziło z głównego pomieszczenia, a było ono prawdopodobnie najbardziej absurdalnym miejscem w całym miasteczku. Na samym środku stał okrągły stolik przykryty dzierganą chustą, a na niej znajdowała się duża, kryształowa kula, jaśniejąca w poświacie licznych świec. Sufit zasłany był pajęczynami, wszystko pokryte zostało grubą warstwą kurzu oprócz ustawionego w kącie ogromnego kotła, w którym nieprzyjemnie bulgotało. Regały pełne ksiąg i kartek zajmowały całą powierzchnię ścian, a półki zagracone były szczurzymi ogonami, skrzydłami nietoperzy, liśćmi pokrzywy, jadem ropuchy, mysimi oczami i wieloma innymi niecodziennymi składnikami. Powietrze przesiąknięte było zapachem stęchlizny – o dziwo! – zmieszanej z lekką nutą rumianku.
W tym abstrakcyjnym miejscu znajdowały się dwie kobiety. Pierwsza — czarnowłosa, pulchna, o podstarzałej twarzy — wyglądała na tę bardziej doświadczoną, gdyż druga z kolei — jasnowłosa, smukła, o młodzieńczej cerze — zachowywała się niepewnie, jakby nie była do końca przekonana odnośnie swoich poczynań. Starsza kobieta chodziła z kąta w kąt, co rusz zbierając jakieś przypadkowe rzeczy i wrzucając je natychmiast do kotła zaczynającego niebezpiecznie się chwiać. Dziewczyna obserwowała ją ze zdziwieniem w oczach, nie odrywając od niej wzroku.
— Miau!
Kobieta odwróciła się błyskawicznie w stronę wyjścia, a zaraz potem zakasała rękawy i z uśmiechem podparła się rękami o biodra. Jej wzrok padł na żółtookiego, czarnego kocura wpatrującego się w nią przenikliwie.
— Koty... Przychodzą wtedy, kiedy chcą — stwierdziła, kręcąc głową. — A ona jest głodna.
Po tych słowach zwierzę wstało i wskoczyło na stół, prezentując się w całej okazałości. Do jego cienkiej, skórzanej obróżki przypięta była sakiewka. Z pozoru zwyczajna, niczego nie ukrywająca.
— Aaach, dobrze, dobrze. Mam nadzieję, że sporo ich nałapałeś. — Czarnowłosa rozwiązała woreczek, dziko się przy tym uśmiechając.
— Ależ, Teodoro, jesteśmy czarownicami, a nie morderczyniami — powiedziała z przerażeniem jasnowłosa.
— Kochaniutka — kobieta zacmokała — to jedno i to samo.
Uśmiechnęła się do pomocnicy diabolicznie, rozkładając ręce nad sakwą. Płomienie świec zadrgały, gdy wstrząsnęło nimi chłodne powietrze, a zaraz potem zgasły, pogrążając pomieszczenie w ciemnościach. Grobowa cisza aż dzwoniła w uszach, jednak nie trwała zbyt długo, bo światło na powrót się pojawiło, tyle że w kuli. Nikła, ale za to świecąca mgiełka unosiła się w jej wnętrzu, rozświetlając piwnicę.
— Szczęście, Sabrino... To wszystko, czego potrzebujemy. Usiądź.
Zajęły krzesła naprzeciw siebie, łapiąc się za ręce. Dłonie młodej czarownicy drżały, ale mimo to nie była zdolna do zaprzestania tego procesu. Zamknęły oczy.
— Morgano, moja droga siostro. Słyszysz mnie? — spytała troskliwie Teodora, głęboko oddychając.
Do pomieszczenia wpadł porywisty wiatr, hucząc między dziurami w podłodze niczym jęczące z udręki duchy. Starsza czarownica zaśmiała się donośnie, zadowolona z przybycia siostry.
— Jak długo mam jeszcze czekać? — zagrzmiała Morgana, a jej zniekształcony głos odbił się echem po całym domu. — Trzysta lat już minęło!
— Dziś jest ten dzień, droga siostro! — zatriumfowała Teodora, otwierając oczy. — Dziś zostaniesz wyzwolona!
— Szybciej! — zawył wiatr, zdmuchując pajęczyny z sufitu.
Czarownica pochwyciła dłonie Sabriny, przykładając je do kryształowej kuli.
— Co się dzieje?! — krzyknęła wystraszona dziewczyna.
— Ona potrzebuje ciała! Karmiła się szczęściem innych, przeradzając go w pech, spełniła swoją groźbę!
Jasnowłosa wrzasnęła rozpaczliwie z bólu, nie mogąc oderwać rąk od kuli. Szalejący w pomieszczeniu wiatr pozrzucał wszystko na podłogę, kocioł zachybotał niebezpiecznie i wywrócił się, wylewając zielony, śmierdzący płyn na deski.
Nastał spokój. Ogień powrócił na knoty świec, wiatr przestał wyć i huczeć, zapadła cisza. Teodora wstała z krzesła i wpatrując się niepewnym wzrokiem w ciało jasnowłosej dziewczyny leżące na podłodze, podeszła doń powoli i zatrzymała się od niego w bezpiecznej odległości. Serce uderzało mocno w jej piersi z podniecenia, jak i ze strachu. Nie wiedziała, czego się spodziewać.
I wtem ciało się poruszyło. Powoli, wręcz ślamazarnie, flegmatycznie podniosło się na nogi. Oczy już martwej Sabriny omiotły piwnicę z ciekawością, po czym zwróciły się na Teodorę. Morgana uśmiechnęła się diabolicznie, a w jej oczach zaiskrzył szał złości.
— Witaj, siostro.
Meow!
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(07-10-2014, 19:40)Mezaara napisał(a): Spalona na stosie, okalana piekielnymi płomieniami (przecinek – za pierwszym i za drugim przeczytaniem doszłam do wniosku, że to płomienie miały ognistorude włosy) z rozwianym ognistorudym włosem i rozdzierającym krzykiem niosącym się po obsydianowym niebie.

(...)wokół nie znajdowało się nic oprócz spróchniałego, częściowo zmasakrowanego płotu,(bez przecinka) ciągnącego się dookoła domu oraz samotnego drzewa pozbawionego liści.

Skrzypienie wysłużonych, zakurzonych desek wydobywające się spod łap kociska wypłoszyło spod rozpadających się schodów kilka piszczących ze strachu myszy.

Sufit zasłany był pajęczynami, wszystko pokryte było grubą warstwą kurzu oprócz ogromnego kotła, (bez przecinka)ustawionego w kącie, w którym nieprzyjemnie bulgotało. (Napisałabym "oprócz ustawionego w kącie ogromnego kotła, w którym...", bo inaczej można dojść do wniosku, że nieprzyjemnie bulgotało w kącie.)

Regały pełne ksiąg i kartek zajmowały całą powierzchnię ścian, a półki zagracone były różnymi składnikami, takimi jak:(Nie lubię takiego sposobu wymieniania czegoś w tekście. Lepiej wg mnie napisać coś w stylu "zagracone były szczurzymi ogonami, skrzydłami nietoperzy, jadem ropuchy(...) oraz wieloma innymi niecodziennymi elementami." Poza tym po takim wymienieniu natychmiast wyobraziłam sobie szafkę, na której bezpośrednio leżą wymienione rzeczy, a przecież wiadomo, że składników nie wrzuca się byle jak na półkę, tylko segreguje w fiolkach, woreczkach czy czym tam jeszcze.) szczurze ogony, skrzydła nietoperza, jad ropuchy, liście pokrzywy, mysie oczy i wiele innych niecodziennych elementów. Powietrze przesiąknięte było zapachem stęchlizny o dziwo zmieszanej z lekką nutą rumianku.

Pierwsza — czarnowłosa, pulchna, o podstarzałej twarzy — wyglądała na tę bardziej doświadczoną, gdyż druga z kolei — jasnowłosa, smukła, o bardziej (Sądzę, że to drugie "bardziej" można spokojnie usunąć. Mało wnosi, a tworzy powtórzenie.) młodzieńczej cerze — zachowywała się niepewnie, jakby nie była do końca przekonana odnośnie swoich poczynań.

Starsza kobieta chodziła z kąta w kąt, co rusz zbierając jakieś przypadkowe rzeczy i wrzucając je natychmiast do kotła, (bez przecinka) zaczynającego niebezpiecznie się chwiać.

— Meow!(O, kot w opowiadaniu po polsku miauczy po angielsku! :D Może się czepiam, ale u nas dźwięk wydawany przez kota to "miau" i tak też powinno być wg mnie zapisane.)

Jej wzrok padł na żółtookiego, czarnego kocura, (bez przecinka) wpatrującego się w nią przenikliwie.

Wszystkie świece zadrgały, gdy wstrząsnęło nimi chłodne powietrze, a zaraz potem zgasły, pogrążając pomieszczenie w ciemnościach. (Tutaj też może to czepialstwo, ale wg mnie w chłodnym powietrzu zadrżeć mogły co najwyżej płomienie świec, a nie całe świecie. No, chyba że był to bardzo mocny powiew.)

Do pomieszczenia wpadł porywisty wiatr, hucząc między dziurami w podłodze,(bez przecinka) niczym jęczące z udręki duchy.

Szalejący w pomieszczeniu wiatr pozrzucał wszystko na podłogę, kocioł zachybotał (się – tu musi być) niebezpiecznie i wywrócił się, wylewając zielony, śmierdzący płyn na deski.

Teodora wstała z krzesła i wpatrując się niepewnym wzrokiem w ciało jasnowłosej dziewczyny, (bez przecinka) leżące na podłodze, podeszła doń powoli i zatrzymała się. (Nie zostawiamy "się" na końcu zdania) Serce uderzało mocno w jej piersi z podniecenia(przecinek) jak i ze strachu.

Nieszczególnie podoba mi się początek – spalenie czarownicy na stosie, rzucenie przez nią klątwy i diaboliczny śmiech... Chociaż raczej nie czytałam książek zawierających podobną scenę, to i tak mam uczucie, że gdzieś tu już widziałam. Ten motyw wydaje mi się nieco sztuczny.

W każdym razie dalsza część mi się podoba. Spodziewałam się trochę innego zakończenia tej sceny, więc tym lepiej odebrałam moment, w którym okazało się, że nie przyszła mi do głowy jeszcze jedna ewentualność. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
Dziękuję za pokazanie mi błędów (jakże głupich zresztą, ale niezwykle irytujących :P). Naniosłam poprawki, pozmieniałam te zdania, które źle się czytało :)
W tym opku chodziło mi o napisanie o tradycyjnych wiedźmach, których wszyscy się bali, czarne koty, pech etc. I cieszę się, że się podoba ^^
Meow!
Odpowiedz
#4
Też uważam, że początek jest dość typowy, jednak rozwinięcie jest całkiem niezłe. Opisy są na całkiem wysokim poziomie, no i przyjemnie się czyta. Liczę na więcej tekstów :D
Odpowiedz
#5
Snochacz, ja również na to liczę :D
Meow!
Odpowiedz
#6
Kurde, motyw z ta czarownica był w którymś tomie Wiedźmina, od razu mi sie skojarzylo. Jednak nie wciągnęlo mnie zbytnio, przez co myślę, ze następny fragment będzie bardziej interesujący ;)
"Trudno. Nie jestem już wiedźminem. Przestałem być wiedźminem. Na Thanedd, w Wieży Mewy. W Brokilonie. Na moście nad Jarugą. W jaskini pod Gorgoną. I tutaj, w lesie Myrkvid. Nie, ja już nie jestem wiedźminem. Będę się więc musiał nauczyć obywać bez wiedźmińskiego medalionu." – Wiedźmin, "Wieża Jaskółki", chyba najbardziej wzruszający moment w całej sadze, no, oprócz odejścia Ciri w "Pani Jeziora" :)
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Mi się początek spodobał, a szczególnie klimatyczne, budujące tajemniczą atmosferę opisy w drugim fragmencie i klimacik grozy, zapoczątkowany w pierwszym.

Czekam na więcej :P
Odpowiedz
#8
Haha, najlepsze, że ja Wiedźmina nie czytałam xD
W zamyśle to miał być pierwszy i ostatni fragment tego opowiadania, ale skoro oczekujecie kolejnych, to może uda się coś od mojej wyobraźni wydębić :D
Chyba że inne opko się pojawi xD
Meow!
Odpowiedz
#9
Cześć i czołem.

Cytat:Spalona na stosie, okalana piekielnymi płomieniami, z [rozwianym ognistorudym włosem – chyba miałaś na myśli: rozwianymi ognistorudymi włosami] i rozdzierającym krzykiem niosącym się po obsydianowym niebie.

I zaśmiała się diabolicznie, po czym zniknęła w mrokach – mroku nocy.

Do jego cienkiej, skórzanej obróżki przypięta była sakiewka. Z pozoru zwyczajna, niczego nie ukrywająca sakiewka – tę "sakiewkę" można śmiało usunąć.


Słowa, które wykrzyczała przed śmiercią, odbiły się echem – raczej obiły się echem, odbić można co najwyżej piłkę tenisową od rakiety.

— Jak długo mam jeszcze czekać? — zagrzmiała Morgana, a jej zniekształcony głos odbił się – tutaj podobnie, poprawnie brzmi: obił się echem po całym domu.

Ogień powrócił na knoty świec, wiatr przestał wyć i huczeć, zapadła cisza. Teodora wstała z krzesła i wpatrując się niepewnym wzrokiem w ciało jasnowłosej dziewczyny leżące na podłodze, podeszła doń powoli i zatrzymała się od niego w bezpiecznej odległości. Masz tutaj nalot spójnika i, także radzę zastosować jakiś zamiennik, typu: oraz, a także/również/tudzież itd :).

Powiem tak. Przyjemne opowiadanie o mrocznym i tajemniczym klimacie. Masz dosyć lekkie pióro, a przy tym potrafisz tworzyć obrazowe opisy. Dzięki temu czytalnik może łatwo przeniknąć do świata bohaterów. :) Zaciekawiłaś mnie, dlatego czekam na ciąg dalszy.

Pozdrawiam.
Odpowiedz
#10
Czytało się świetnie. Muszę przeczytać więcej twojej twórczości, gdyż sposób w jakim piszesz niesamowicie wciąga.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości