Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Miniatura Wizytówka z Wietnamu
#1
W sumie miała to być opka na konkurs, ale i tak go przespałem, więc :v


Pluton amerykańskiej piechoty szedł przez dżunglę. Ponieważ przez większość zarośli musieli się przebijać za pomocą maczety, trwało to strasznie długo. Blisko czterdzieści luda, obciążonych sprzętem i bronią, idących w rządku. Strasznie łatwy cel. John rozglądał się dookoła, jednak ciężko było cokolwiek dostrzec w tej dziczy.
Zdawało się to jednak nie dotyczyć Wietnamczyków, którzy potrafili uderzyć z każdej strony w każdym momencie. Mężczyzna wodził karabinem w każdą stronę, gotów otworzyć ogień przy choćby najmniejszym zagrożeniu. Mało brakowało, a poczęstowałby serią jakąś żabę.
Buty miał przemoczone już od dobrej godziny. Zresztą i tak trzymały się długo jak na tutejsze warunki. Komary brzęczały dookoła. John czasem zastanawiał się, co zabije go pierwsze: malaria, pułapka czy pocisk. Szanse były dosyć wyrównane.
Odetchnął ciężko i chwycił manierkę. Uniósł ją do ust. Nagle jego ciało zamarło.
Seria z karabinu trafiła w żołnierza tuż przed nim, powalając go. Pluton rzucił się na ziemię i zamarł, dookoła rozbrzmiewały okrzyki, jednak znaczenie słów nie docierało do Johna. Stał z szeroko otwartymi oczami i patrzył na trupa przed nim.
Był pewien, że krzyczeli coś do niego, jednak nie słyszał co. Strzały rozległy się ponownie, kule świstały niebezpiecznie blisko. Amerykanie zaczęli odpowiadać ogniem, strzelając na oślep. W dżungli rzadko kiedy widziało się przeciwnika, przeważnie strzelało się tam, gdzie było go słychać.
John nawet nie zauważył, jak któryś z towarzyszy broni powalił go na ziemię. Krzyczał coś, jednak dopiero, gdy został spoliczkowany, zaczęło to do niego docierać. Mieszanina wyzwisk, wulgaryzmów, wyrzutów i rozkazów. Pokiwał jedynie głową, wciąż widząc widmo śmierci przed swoimi oczami. Obrócił się na brzuch, uważając, by nie zamoczyć karabinu. Po chwili także otworzył ogień.
Kule świstały, wydawały się być absolutnie wszędzie. Przewaga ognia była jednak po stronie US Army. Dźwięki wydawane przez AK cichły, jednak John nie przejmował się tym, regularnie naciskając spust. Nie myślał nawet o tym, co robi. Nawet nie zauważył, że nad nim przebiegł medyk.
Wystarczy naciskać spust. Klik. Klik. Klik.
Klik.
I problemy same odejdą, niczym nocna mara. Wystarczy skierować lufę w odpowiednią stronę i nacisnąć spust odpowiednią ilość razy.
– Wstrzymać ogień! Wstrzymać ogień!
Sens tych słów nie docierał jednak do Johna. Dopiero, gdy ktoś uderzył go w hełm, zrozumiał, że powinien przestać. Podniósł się powoli z ziemi, cały w błocie. Ociekał wodą. Potrzebował jeszcze chwili, żeby dojść do siebie.
– Co z nim? – zapytał medyka, patrząc na mężczyznę, który został trafiony serią.
– Martwy. Powinniśmy zabrać broń, amunicję i nieśmiertelnik. Na pogrzeb... na pogrzeb nie ma czasu.

Kilkanaście minut i dwie wymiany ognia później pluton dotarł na skraj dżungli. Zdążyli stracić dwóch ludzi, trzeci wpadł w pułapkę i trzeba było go nieść na noszach. Żołnierze zajęli pozycje na skraju zarośli. Tuż przed nimi, na wzgórzu znajdowała się wioska.
– Trzymać perymetry! Steve, zajmij się rannym. Pierwszy i drugi oddział, zająć pozycje z widokiem na wioskę i wzgórze. Trzeci, trzymać od zachodu do południa. Czwarty, od południa do wschodu. Wykonać!
Żołnierze bezgłośnie wykonali polecenie. John z pewną ulgą przyjął to, że mógł położyć się na względnie suchej ziemi i przyglądać się wiosce. Widział krzątających się Wietnamczyków, jednak nie był w stanie powiedzieć o nich więcej niż to, że byli. Leżeli tak kilka minut w absolutnej ciszy, jedynie czasami przerywanej pojedynczymi jękami rannego. To było w tym wszystkim najstraszniejsze.
Nie ma rzeczy straszniejszej od ciszy, kiedy to człowiek pozostaje sam na sam ze swoimi myślami.
John przypatrywał się wieśniakom przez przyrządy celownicze swojego karabinu. Palec położony na spuście drżał mu.
Gdy się zaciągał, mówili mu, że będzie wspaniale. Miał chronić wolności, szerzyć demokracje! Tak, oni zawsze używali wielkich słów. „Jedź, walcz za wolność, zostań bohaterem!”, mówili. Co gorsza, John w to uwierzył. Wmówili mu, że wojna może być honorowa i sprawiedliwa.
Kiedy tak naprawdę każda jest taka sama.
Przeklinał w myślach. Cisza i jęki doprowadzały go powoli do szaleństwa. Miał ochotę wstać, rzucić karabin i uciec, nadeszło jednak wybawienie.
– Sir! Sir! Duża grupa skośnookich wchodzi na wzgórze po lewym zboczu! Niosą coś, to chyba broń!
Oczy oraz lufy obu oddziałów niemalże natychmiast skierowały się w tamtym kierunku. Serce Johna zabiło mocniej. Dowódca nawet nie czekał na porządne zidentyfikowanie kontaktów. Rozkaz brzmiał krótko:
– Ognia!
Blisko dwadzieścia luf jednocześnie otworzyło ogień. Wszyscy tylko na to czekali. Chcieli zapłaty za życie swoich towarzyszy broni, a za śmierć można odpłacić tylko śmiercią. Jedno wielkie, błędne koło.
Grupa Wietnamczyków padła na ziemię. John miał nadzieję, że od ran śmiertelnych. Gdy zaczęli odpowiadać ogniem, zrozumiał, że była ona złudna. Kule ponownie latały od jednej do drugiej strony, lecz tym razem to Amerykanie strzelali z lepszej pozycji. Ich wrogowie próbowali przebić się do wioski, jednak co chwilę ostrzał przygniatał ich do ziemi.
– Foxtrot, tutaj Charlie, Foxtrot, tutaj Charlie. Potrzebujemy wsparcia ogniowego na pozycję... – do Johna dochodziły urywki rozmowy dowódcy z bazą. Z początku nie widział w tym sensu, jednak zrozumiał, kiedy z wioski także otworzono do nich ogień.
– Nasz dowódca to jednak łebski gość! – krzyknął John do swoich towarzyszy, nie przerywając ognia. Czuł płynącą w krwi adrenalinę. Smutki zniknęły, ustępując dziwnemu uczuciu euforii. Chciał się śmiać, naciskanie na spust dawało mu gigantyczną ilość radości.
Ilość świstających pocisków w powietrzu powoli spadała. Wietnamczykom udało przebić się do wioski, chociaż zapewne stracili kilku ludzi. John miał nadzieję, że tak było. Był pewien, że zasłużyli na to!
Po kilku minutach wymiana ognia ucichła niemalże całkowicie. Czasem jedynie niektórzy z Amerykanów oddawali kilka strzałów. Adrenalina opadła.
Dowódca zbliżył się do nich.
– Jedynka pójdzie prawą flanką wzdłuż zarośli, jakieś dwieście metrów. Dwójka zrobi to samo, ale lewą stroną. Trójka będzie was osłaniać, czwórka kryć dupę. Jak wsparcie jebnie, to do wioski ruszą wszyscy poza czwórką. Dołączymy do was, jak zabezpieczycie teren. Zrozumiano?
Dowódcy oddziałów potwierdzili. John wstał niechętnie i podążył w kierunku lewej flanki. Znów zaczął się bać. Musieli przejść niezbyt gęstymi zaroślami. Gorsze było jednak to, że mogli być ostrzelani z każdej strony. Wietnamcy mogli otworzyć ogień zarówno z wioski jak i wyskoczyć z dżungli.
Żołądek podszedł mu do gardła. Zaczęły mu drżeć ręce, potem także reszta ciała. Znów przed oczyma dojrzał serię, która poszatkowała kolesia z jedynki. Nawet nie pamiętał jego imienia...
Był kompletnie zielony, trafił tutaj jako uzupełnienie. W sam środek piekła.
Po krótkim marszu dotarli na pozycje. Zamarli na ziemi, formując obronę okrężną. Dzięki temu mogli się bronić przed atakiem z każdej strony.
Ale nie przed strachem. Mimo że oparł swoje M16 o ziemię, to ono wciąż drżało. Nie mógł przełknąć śliny. Sięgnął po manierkę.
Nie było jej. Zostawił ją w dżungli przy pierwszym ostrzale. Przeklął cicho i czekał. To było najgorsze. Bał się każdej chwili spędzonej w ciszy, kiedy to zostawał sam ze sobą, kiedy myślał, co oni tu właściwie robili.
Samolot było słychać z wyprzedzeniem. Kilka chwil później przelatywał nad wioską, zrzucając swój ładunek.
Kilka bomb uderzyło w wioskę, jak i zbocza wzgórza. Seria eksplozji wstrząsnęła okolicą. Kurz uniósł się wysoko w powietrze, a wraz z nim kawałki chat. Gdy hałas wywołany wybuchem ucichł, do ich uszu dotarły krzyki rannych.
Jak i euforii.
John zadrżał gwałtownie. Nie chciał iść.
– Naaaaaprzóód! – wykrzyknął dowódca. John nie miał wyboru. Wstał i ruszył za resztą, która ostrzeliwała w ruchu zmasakrowaną wioskę. Inne oddziały też to robiły. Jakby zniszczenia były za małe, poczęstowali Wietnamczyków kolejną porcją ołowiu. W mgnieniu oka dyscyplina zaczęła opadać.
Najpierw zaczął biec jeden, potem kolejni. John nawet nie zauważył, kiedy biegł razem z nimi, oddając strzały z biodra, których większość ulatywała w niebo. Ponownie poniosła go ta dziwna euforia, której nie był w stanie zrozumieć. Czuł się jak pod wpływem jakiegoś narkotyku, na przemian śmiejąc się głośno i krzycząc bojowo. Minęła chwila i dotarli do wioski.
John wbiegł radośnie na sam jej środek, przez tę chwilę czuł się nieśmiertelny. Oddał kilka serii po zmasakrowanych domach, jednak jego entuzjazm opadł, kiedy do jego mózgu dotarło, jak wygląda okolica. Trupy, masa trupów. Gorsi byli jednak ci, którzy żyli.
Ledwo powstrzymał wymioty, kiedy dojrzał płaczącą kobietę. Eksplozja urwała jej rękę tuż nad łokciem. Jeden z żołnierzy podszedł do niej, mruknął coś i oddał strzał w plecy.
John odwrócił wzrok. To także było niefortunne, gdyż trafił na dziewczynkę trzymającą w ramionach matkę. Kobieta nie żyła. Zmasakrowały ją odłamki.
Zwymiotował.
– Sir, brak śladów uzbrojonych skośnookich. Musieli się wycofać przed nalotem – zameldował jeden z żołnierzy.
Wojna wyglądała tak pięknie z USA.
Tylko z USA.
Niby to wszystko banalne lecz długo się uczyłem cieszyć z prostych rzeczy.
Całe dnie szare przyćmione żalem i narzekaniem gdy teraz na to patrzę ciężko mi uwierzyć.
Zawsze gdy wstaje czeka tu na mnie jakieś wyzwanie bo nieustannie mamy coś tu do odkrycia.
Nawet przegrane coś dają nam a więc idę odważnie i to, co dane mi biorę od życia.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
To ja chylę czoła. Na początek – udało ci się mnie na tyle zainteresować, że nie mogłam się doczekać każdej kolejnej linijki. Dobrze wstać wcześnie rano i zjeść taki tekst na śniadanie. Mój nastrój znacznie się obniżył, ale w dobry sposób.

Znakomicie pokazałaś okrucieństwo i bezens wojny, a także mentalność amerykańskich żołnierzy. John jest zwykłym człowiekiem, który się boi gdy trzeba się bać i daje się ponieść emocjom, nie patrząc na konsekwencje. Potem żałuje.

Podobało się i to bardzo. Teraz tylko będę wyczekiwać kolejnych twoich tekstów.
Jedno jej spojrzenie i miasto leży w gruzach
Za to ją wielbią, nie za jej urodę
Odpowiedz
#3
Kupiłeś mnie <3
Nie jestem w stanie napisać nic konstruktywnego, poprzedni komentarz pożarł resztki mojej zdolności kojarzenia faktów na dzisiaj. Tym tekstem mnie kupiłeś.

*Konstruktywny komentarz in progress. Prosimy poczekać kilka godzin/dni.*
Say farewell to this predestined world.
Odpowiedz
#4
Dla mnie nic nadzwyczajnego, napisane tak sobie, a przesłanie nazbyt oczywiste, niestety nie dla wszystkich. Wciąż za dużo naiwniaków sądzi, że wojnie zawsze przyświęca jakiś wspaniały cel ;) Wojnie albo coraz modniejszej ostatnio walce o pokój :D bo jak to się w Radiu Erewań mówiło:
Słuchacze pytają: Czy będzie wojna? Radio Erewań odpowiada: Wojny nie będzie. Będzie za to taka walka o pokój, że kamień na kamieniu nie zostanie.
Odpowiedz
#5
(11-09-2014, 22:48)Elas napisał(a): Nagle jego ciało nagle (zbędne) zamarło.

Obrócił się na brzuch, uważając (przecinek) by nie zamoczyć karabinu.

Wystarczy skierować lufę w odpowiednią stronę i nacisnąć spust wystarczającą (zgrzyta) ilość razy.

Kilkanaście minut i dwie wymiany ognia później, (zbędny przecinek) pluton dotarł na skraj dżungli.

Tuż przed nimi znajdowała się wioska na wzgórzu. (szyk – Tuż przed nimi, na wzgórzu znajdowała się wioska.)

– Trzymać perymetry! (nie rozumiem; jak można trzymać 'pole widzenia')

Pierwszy i drugi oddział, zająć pozycje z widokiem na wioskę i wzgórze. Trzeci (konsekwentnie tu też przecinek) trzymać od zachodu do południa. Czwarty (tak samo) od południa do wschodu.

Widział krzątających się Wietnamczyków, jednak nie był w stanie powiedzieć o nich więcej, (zbędny przecinek) niż to, że byli. Leżeli tak kilka minut, (zbędny przecinek) w absolutnej ciszy, jedynie czasami przerywanej pojedynczymi jękami rannego.

Nie ma rzeczy straszniejszej od ciszy, kiedy to człowiek pozostaje sam na sam z (ze) swoimi myślami.

Palec położony na spuście drżał mu. Był rozdarty. (kto był rozdarty? palec? – właśnie to z tego zdania wynika, bo jest błąd następstwa podmiotów)

„Jedź, walcz za wolność, zostań bohaterem!” (przecinek albo myślnik) mówili.

– Sir! Sir! Duża grupa skośnookich wchodzi na wzgórze, (zbędny przecinek) po lewym zboczu!

Rozkaz brzmiał krótko. (raczej dwukropek, bo ewidentnie wprowadzasz wypowiedź)
– Ognia!

Jedno, wielkie, błędne koło. (zbędny przecinek – jeśli natomiast chciałeś zrobić pauzę dla podkreślenia, trzeba było napisać: Jedno... wielkie, błędne koło.)

Gdy zaczęli odpowiadać ogniem, dowiedział się (raczej 'zrozumiał' albo 'przekonał się'), że była ona złudna. Kule ponownie latały od jednej do drugiej strony, jednak tym razem to Amerykanie strzelali z lepszej pozycji. Ich wrogowie próbowali przebić się do wioski, jednak (powtórzenie) co chwilę ostrzał przygniatał ich do ziemi.

– Nasz dowódca to jednak łebski gość! – krzyknął John do swoich towarzyszy (przecinek) nie przerywając ognia.

Bał się każdej chwili spędzonej w ciszy, kiedy to zostawał sam na sam z samym sobą (więcej 'samów' nie dało się? :) wystarczyło przecież "sam ze sobą"), kiedy myślał, co oni tu właściwie robili.

Kilka bomb uderzyło na wioskę, jak i zbocza wzgórza. (myślałem, że bomby uderzają w cel, a nie na cel)

John wbiegł radośnie na sam jej środek, przez (tę) chwilę czuł się nieśmiertelny. Oddał kilka serii po zmasakrowanych domach, jednak jego entuzjazm opadł, kiedy do jego mózgu dotarło (przecinek) jak wygląda okolica.

Tekst może nie jest odkrywczy, ale bardzo dobrze napisany.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości