Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Obyczajowe Cykl opowiadań
#1
Witam Was, T(fuj)cy! Dużo tego, ale to cykl, który łączy postać głównego bohatera. Może ktoś weźmie na klatę jednorazowo ( w końcu) to portal literacki) lub podzieli na pięć. Chyba, że będzie miał dość po pierwszym. Ważny jest dla mnie odbiór, bo w końcu nic tak nie napędza, jak ewentualne uznanie. Niestety muszę podzielić, bo się nie mieści, cholera! Weszły dwa.
–-–-–-–

Pani da pięć biletów do nieba! – tytuł cyklu.


1. Bilet wstępu do ustępu.
–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-
Dzisiaj i tylko dzisiaj.
Mlecznobiała mgła przepływała przeze mnie, nasączając światłem i ciepłem każdą komórkę ciała. Nie wiem, czy składam się z czterech, czy czterdziestu milionów takich komórek, ale każda doświadcza tej cudownej energii, która wyłania człowieka z niebytu. Już wiem, Boże, ile lat przeżyję na tym obrzydliwym świecie ludzi oddychających dziwnym, zatrutym powietrzem. To musi być ohydne doświadczenie!
Wiem, co się stanie w każdym momencie życia. I wiem, że stracę tę pamięć, kiedy wyrwą mnie na zewnątrz, każąc żyć w toksycznym środowisku zdegenerowanych małp. Pewnie czasami coś się zatnie w zwojach (zawsze coś się zacina – nie jesteśmy najdoskonalszym tworem, wbrew temu, co nam się wydaje) i doznam pewnie swoistego „deja vu”. Przez moment coś sobie przypomnę. Coś co wiedziałem, a potem uciekło w najdalsze zakamarki mózgu. Bo jeszcze nikt nie zrozumiał, że ewolucja jest przede wszystkim tworem Najwyższego. Nie poszedłeś, Panie, na skróty, jak wydaje się ortodoksom, konstruując gotowca z gliny. Tak zamotałeś ścieżki, żeby żaden potomek szympansa nie doszedł prawdy. Stworzyłeś jakąś iskierkę energii i zostawiłeś. Niech się męczy! Niech się rozwija, kluczy po meandrach czasu, brnie w ślepe zaułki i wraca na dobrą drogę. Kiedy byłeś Bogiem Starego Testamentu, grzmiałeś, mściłeś się, interweniowałeś, ale... ale kiedy zawarłeś przymierze na pewnej górze, a potem wysłałeś Syna, wszystko się zmieniło! Jesteś najdoskonalszym Bogiem, właśnie dlatego, że się nie wtrącasz. Każesz kochać (kogo?), szanować (dlaczego?), wybaczać (z jakiej racji?), być dobrym (po co?). Popełniasz błędy, ale dużo rzadziej niż ja – i dlatego jesteś kim jesteś.
Wiem, jak będzie wyglądał mój dom, żona i dzieci. Co będzie z przyjaciółmi: Krzyśkiem, Szeryfem, Jarkiem, Syskiem, Rysiem i Mirkiem. Jak potoczą się losy Joli Adamik i Eli Leśniak. Kim będą, co zrobią lub nie zrobią. Kogo pokochają, a kogo znienawidzą. Jak ja będę żył, jak umrę i dlaczego? Ludzką miarą sekund – cyk, cyk, cyk – dałeś mi wiedzę, co stanie się w każdej chwili mojego życia. Potraktowałeś biednego robaczka tym istnieniem z pamięcią, wsadziłeś do najbezpieczniejszego domu pod słońcem w brzuchu matki – pompuje biedaczka przez pępowinową rurę wszystkie składniki odżywcze! – a potem mi to zabierzesz?! Dlaczego?
–-–
Czasami rytmiczne stukanie w mój dom budzi ze słodkiej drzemki. Słyszę przytłumione jęki i stęki. Tatuś dobija się chatki! A idźże! Mało ci, że jesteś współwinny tego poczęcia. No, ale z drugiej strony, jeśli przeszukujesz czasami ten przedpokój, to znaczy, że chciałeś, aby było to, co będziesz mieć. Przynajmniej uczucia były prawidłowe, choć skutku do końca nie przewidziałeś! Nawet nie wiesz staruszku, ile przysporzę ci zgryzot!
–-–
Coś zagrzechotało pod miękkim ciemiączkiem. Jak jest ciemiączko, to znaczy, że tych komórek jest już sporo. Na pewno więcej niż czterdzieści milionów. Poczułem skurcz ścian domu. Matka też musiała to boleśnie odczuć, bo zwinęła się w kłębek. Zauważyłem to poprzez zmianę płaszczyzny podłogi. Poleciałem na sufit. Mamo! Co się dzieje?!!! Mamo!
Mikroskopijna drobina rtęci z rozbitego termometru przesuwała się po moim mózgu – nie uważałaś Mamo! – powodując delikatne wyładowania elektryczne, rwąc połączenia, iskrząc i sycząc. Wyrywała z niego dłuto rzeźbiarzy, pędzle malarzy, pióra pisarzy. Architektura przyszłości stawała się coraz bardziej surrealistyczna! Zostawiła na koniec moich wspomnień z przyszłego życia, starego laptopa, wymęczonego Forda i psychodeliczną rzeczywistość XXI wieku.
Taką straszną pretensję mam do czasu, że umiejscowił mnie w tym czasie! Coś odebrał, czegoś nie dał.
Chlupocze płyn. w którym pływam! Narastający szum kaskady. Jak w dobrym kiblu! Strasznie ciasno i boleśnie robi się w tej zwężającej się coraz bardziej rynnie... – Mamo! – Głos z oddali:
– Wody odeszły!... Siostro, kleszcze!... Płód jest źle ułożony!... Pępowina!!!
Coraz bardziej duszno. I straszno. Zapominam. Jezu, Zapominam! Wszystko zapominam!!! Pełno śluzu w gardle, który ktoś wygrzebuje mi palcem. Krztuszę się. Nie chcę! Odczepcie się! I pierwszy łyk tego strasznego, zatrutego powietrza wdarł się w gardło razem z krzykiem...

2. Szkolny, ulgowy
–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–
Niedawno.
Inteligencja to dziwna, niedefiniowalna forma aberracji mózgu. Podobnie jak miłość, nienawiść, wiara, nadzieja. Niewielki ma związek z temperamentem, charakterem czy moralnością. Rozszyfrowywanie genotypu też prowadzi donikąd. Nie słyszałem o równie genialnych dzieciach Mozarta ani wybitnych potomkach Newtona. Dzieci profesora uniwersytetu rodzą się debilami, a te poczęte na klepisku w jurcie zapyziałego Mongoła na pustyni Gobi- Noble!
Inteligencja nie jest mądrością (choć lubi jej towarzyszyć). Mądrość to suma doświadczeń, którą człowiek potrafi spożytkować dla dobra siebie lub (i) ogółu.
Inteligencja nie jest wiedzą (choć lubi jej towarzyszyć). Wiedza to suma informacji padająca na żyzną rolę pamięci. Jak słyszę, że państwo kształci inteligentów, tworzy inteligencję, to nóż mi się w kieszeni otwiera! Wykształcenie ma bardzo niewiele wspólnego z inteligencją. Szczególnie w dzisiejszych czasach.
Inteligencja nie jest umiejętnością przystosowania (choć lubi jej towarzyszyć]). Inteligent może być głupi, niezorganizowany, nie umiejący odnaleźć się w otaczającej rzeczywistości. Einstein powiedział kiedyś, że nie rozumie dwóch rzeczy: własnej teorii względności i zeznania podatkowego. Był wyjątkowo niezaradny w codziennym życiu. Inteligencja umie się do tego przyznać. Nadęty bufon, pełen wiedzy i z tytułem naukowym – nigdy!
Inteligencja nie lubi władzy (choć czasami jej towarzyszy). Kiedy zderza się z osobnikiem bez moralności lub psychicznym dewiantem, podsunie nam Hitlera lub Stalina. Kiedy spenetruje człowieka o silnym charakterze i właściwej etyce, da męża stanu. Nie polityka właśnie, a męża stanu! Jak Charles de Gaulle lub Piłsudski.
Ci, co próbują zdefiniować inteligencję, wykazują się wyjątkowym jej brakiem. Jakaś „Mensa” z jej testami, formułki psychologów z ich przekrojem Weschlera, filozofów i innych –ów, są tylko plastrem dla osobników jej pozbawionych. Wymyślę definicję, dostosuję ją do rzeczywistości i wyskakują nam tłumy inteligentów! Mój Boże! Coś jest cenne dlatego, że jest rzadkie! Niekoniecznie dobre! Kawałek skamieniałego gówna dinozaura jest cenny, bo rzadki, ale nie wiem, czy dobry! Inteligencja spełnia wszystkie trzy kryteria: jest rzadka, cenna i dobra.
Inteligencja jest solą dla dobrze dobranych składników potrawy. Wyjdzie wtedy super żarcie. Ale jak się nie zna smaku soli, też będzie dobrze! Świat pichci swoje jedzonko bez soli, eksterminując domagających się solniczki przy wspólnym stole.
– Inteligencja jest myślącą emocją... To tak jakby opowiadać o racjonalnej miłości – pomyślałem otwierając kolejne piwo.

Wiele lat temu.
– ...i właśnie dlatego jest Pani durna! – odsunąłem gwałtownie krzesło, które z hukiem przewróciło się na stojącą z tyłu ławkę. Wiedziałem, co to oznacza – kłopoty – ale jak zwykle nie umiałem się powstrzymać. Lubię to liceum, ludzi, nawet niektórych nauczycieli, ale, do cholery!, niech nie robią wody z mózgu. Pani Kawalec, moja polonistka, postawiła mi kolejną pałę za interpretację „Stepów akermańskich” Mickiewicza. Moim zdaniem bredził wieszcz po spożyciu...
– Poeta ukazał w wierszach tęsknotę i umiłowanie ojczyzny, i...
– Pani profesor! Poeta nie wyszedł z łona matki odlany ze spiżu! Był taki sam jak my. Kochał, pił, swawolił, chędożył, co się rusza i na drzewo nie ucieka. Czytałem jego biografię. Pewnie zaciągnął się za dużo fają z haszem na tym zadupiu azjatyckim i napisał... no, to. Jego wielki talent przejawia się głównie w tym, że mimo swojego stanu, potrafił genialnie rymować i nawet jakieś patriotycznych przemyśleń można się tam doszukać,... jak się ktoś uprze!
Cisza w klasie była jak makiem zasiał. Wietrzyli kolejną scysję z moim udziałem i to ich rajcowało. Syn wicedyrektora i znowu dym. Mam jakieś dziwne, nieodparte wrażenie, że przewidywałem kłopoty ojca z synem już w wieku prenatalnym. Mirek – przyjaciel z podwórka, z którym razem poszliśmy do klasy humanistycznej – trącał mnie nerwowo łokciem, coś sycząc przez zęby. Ale już nie potrafiłem się opanować.
Kawalcowa zerknęła spod okularów.
– Drogi Michale. Masz podręcznik. Nie jest napisany przez murarza. Tak się składa, że ukończyłam studia, gdzie wykładali nie hydraulicy i ślusarze, a profesorowie, którzy znają temat. Tymczasem ty męczysz trzecią klasę... – zawiesiła głos – Więcej pokory!!!
W wieku, jakim jestem, najmniej szanowaną cechą charakteru jest pokora.
– Jak przez dwadzieścia sześć godzin na dobę myślał o ojczyźnie uciśnionej, to cud, że miał kiedy zjeść, wysikać się, no i te inne sprawy,... no, wie pani.
– Michał, twój język!!!
– A czy te profesory siedziały obok wieszcza, kiedy pisał swoje rymowanki? A może zajrzeli gościowi do mózgu jakimś cudownym, naukowym, analitycznym sposobem? Mickiewicz wielkim poetą był... – za późno!
Nerwowo poprawiła okulary na nosie. Widziałem, że ledwo panuje nad sobą. I sprawiało mi to dziwną, masochistyczną przyjemność.
– Gombrowicza się czytało?! Chyba nie jest w kanonie lektur? Nawet chyba nie jest drukowany. Mój mądralo, muszę porozmawiać z ojcem. A tym czasem będziesz się uczył wedle obowiązującego programu. Jeszcze nie ty go piszesz. No, ale jak będziesz ministrem,... a może ustrój się zmieni? – parsknęła ironicznie.
Faktycznie, przeczytałem taką wymiętoloną broszurę pt. „ Ferdydurke”, drukowaną w Paryżu. Wcale mi się nie podobało, ale tekst ze Słowackim był dobry!
A rozmawiaj sobie! Nie pierwszy raz. I tak będę miał w domu przejeb...!
– Pani jest durna!
–-–
– Obraziłeś panią Kawalec. Przeprosisz ją przy klasie. Sprawowanie oczywiście będzie obniżone, zawieszony będziesz w prawach ucznia na dwa tygodnie, co i tak jest niewielką karą... no, ze względu na ojca. Powinieneś być relegowany. Ma ten twój ojciec z tobą. Co się dzieje, Michał?
Gabinet dyrektora jest surowy, ascetyczny. Dyplomy, puchary, zdjęcia. Dyrektor jest jak ten gabinet. Garnitur, krawat, koszula i buty w najlepszym, siermiężnym wydaniu średniego socjalizmu. Profesjonalizm i kultura znamionuje tego pięćdziesięciolatka o arystokratycznych manierach. Nigdy nie słyszałem, żeby podniósł głos, i nie widziałem go wkurzonego. Kiedy lekko drżały mu nozdrza, to każdemu uczniowi mocno drżała dupa. Skąd się w związku z tym (lub bez związku) brał jego autorytet? Muszę to przemyśleć w wolnej chwili, ale chyba w najbliższym czasie nie będę jej miał .”Tata nie chciał uczestniczyć w tej rozmowie”. Wiem. Dopadł się do mnie na korytarzu podczas przerwy, jak pies do kości. Czyli głównie warczał i chciał gryźć.
Oczywiście przeproszę panią Kawalec. Nie dlatego, że każe mi dyro, ale dlatego, że faktycznie zachowałem się po chamsku. Kobieta robi, co może. I co umie. Nie jest złośliwa i ma rzeczywiście sporą wiedzę. Wydaje się, że mnie lubi i ja też w jakiś sposób ją lubię. Nie powinienem był,... no, ale mleko się rozlało.
Nie wrócę do domu! Matka mnie zarżnie!
–-–
Zezowata woźna, Durlikowa, nie zdążyła mnie przechwycić, kiedy wyciągałem rzeczy z szatni. Goniła zapamiętale szkolnego dysydenta aż na pobliski cmentarz. Musiała mieć chyba specjalne instrukcje od ojca, który coś pewnie dostrzegł w oczach syna, kiedy z nim rozmawiał na korytarzu. Mirkowi zdążyłem powiedzieć, że będę na skałce. Niech zawiadomi wszystkich.
Skałka jest częścią rezerwatu geologicznego położonego niedaleko osiedla, na którym mieszkałem. Kiedyś były tam kamieniołomy. W latach pięćdziesiątych przerwano eksploatację, a teren częściowo zalały podskórne wody. Utworzyło się przepiękne malachitowo-szmaragdowe jezioro, w którym kąpaliśmy się, mimo surowego zakazu. Centralnie pozostało wypiętrzenie wapienne, zwane „skałką geologów”. Jest tam jaskinia, do której ledwo daje się wpełznąć. Czasami całą paczką właziliśmy do niej w czasie upałów, ale głównie dlatego, że szesnastolatki lubią włazić tam, gdzie nie wolno. Pordzewiałe tablice z zakazem wstępu, wziąłem do domu i przykleiłem na drzwiach pokoju. Po początkowej awanturze o zniszczenie mienia domowego, matka sprawdziła tylko czy klej jest zmywalny.
Mirek przekazał. O siedemnastej przyszli wszyscy do mojej jaskini Dawida. Lwów prawdziwych wprawdzie nie było, ale moje myśli kąsały równie skutecznie, co te wygłodniałe bestie. Porównanie zresztą do dupy! Porządnego Dawida lwy nie pożarły, a mnie wpieprzały, aż miło.
Każdy z nich, Mirek, Sysek, Krzysiek, Jarek, Szeryf, Rysio – kolarz oraz Ela i Jola przytargali co się dało. Jarek harcerski śpiwór, Wojtek – Sysek, paliwo turystyczne – takie śmieszne, białe kostki śmierdzące spirytusem (żebym się nie bał wygłodniałych lwów w nocy!) Szeryf – paczkę fajek, dziewczyny jakieś kanapki, a Mirek dwa wina marki „Mistella”. Rysio ze spuszczonymi oczami wręczył mi malutką poduszeczkę. Wdzięczny im jestem. Krzychu przytargał gitarę, więc ostro udzielamy się wokalnie, aż nieliczni spacerowicze przyglądają nam się z dołu. Pewnie wiele kosztowało przyjaciół zorganizowanie tego wszystkiego. Inna sprawa, że przewidują mój pobyt w grocie na lata! Cholera! Ja też na razie tak przewiduję. Jestem zdeterminowany, zacięty i nie ustąpię. Nie bardzo wiem w czym mam nie ustąpić, ale nie ustąpię! Niech się starzy martwią! Niesprawiedliwość systemu.
Sysek zaczął pierwszy.
– Człowieku! Ale jazda jest na osiedlu. Twoja matula lata jak poparzona po wszystkich- po chwili mówili wszyscy chaotycznie jedno przez drugiego – u naszych staruszków też była (dla niezorientowanych wyjaśniam, że były kiedyś takie czasy, że mieszkający obok siebie ludzie, znali się, kontaktowali , zapraszali, bywali na imieninach, urodzinach, itd.).
– No i dobrze. Nie wrócę.
– Nie bądź idiotą! Mirek nam wszystko opowiedział. Po co ci te powalone dyskusje w szkole. Rób, co każą i zamknij się! – i to mówi moja tajemna miłość, Ela Leśniak!
Liczyłem, że ona właśnie mnie zrozumie. Będzie współczuć, głaskać po głowie, pocieszać, mówić o niesprawiedliwym świecie dorosłych. No, może pocieszać tak trochę bardziej. Najpiękniejsza dziewczyna na osiedlu! Rodzice – prawnicy. Kasa i klasa. Byłem w niej zabujany. Tą piękną, sławioną przez literaturę pierwszą miłością. Oszuści – literaci pisali o wszystkim, tylko nie o połączeniu czystych uczuć młodzieńczych z uciskiem spermy na przysadkę mózgową u szesnastolatka. Może kiedyś się uda połączyć z Elą te dwa nie wykluczające się problemy.
–-–
Około dwudziestej drugiej wyczerpał mi się repertuar pieśni obozowych w stylu „Majka”, „Gdybym miał te oczy”, itd. Wyrecytowałem wszystkie, pamiętane wiersze i zaczęło być trochę chłodno i straszno. Kanapki zjedzone, śpiwór sięgał najwyżej do pasa, zostały cztery fajki (przynieśli, a potem sami wypalili!).
Wyszedłem na zewnątrz. Wilgotno było, rosa zaczynała się osadzać na trawie, kamieniach i na mchu przerastającym szczeliny skalne. Wróciłbym do domu, ale nie mogę! Ambicja, honor, zawziętość, głupota (test wielokrotnego wyboru), nie pozwala się poddać.
Ależ byłoby super jak bym tu umierał. Jakież wyrzuty sumienia rodziców, szkoły! Skonałbym, zostawiając ich pełnymi winy, a oni darliby szaty, wyjąc, jak bardzo skrzywdzili Michała. A Ela by płakała. Cóż za piękna scena!
–-–

Ciemno było jak w dupie u Murzyna. Śliskość kamieni była wyjątkowo zdradliwa i noga pojechała; zabolało w kostce i poleciałem na dół. Kurczowo zacisnąłem palce na jakiejś krawędzi skały. Pod stopami (chwała Bogu!), wyczułem półkę, która, dając minimalną podporę na nogi, upuściła mi z tyłka trochę strachu wynikającego z lęku wysokości plus dwudziestu metrów wolnej przestrzeni pode mną. Ale i tak paraliżujący lęk ścisnął gardło do tego stopnia, że tylko coś cicho zaskrzeczało w tchawicy. Zesztywniały nie mogłem się poruszyć. Jezus, Maria!!! Jest noc, co ja zrobię!!! Ratunku!
Jakaś dłoń zacisnęła się jak imadło na moim nadgarstku. Mirek szarpnął w górę, aż zachrupało w barku. Ciągnął w górę sapiąc, czułem jak[/i] twarz rysowała po wystających krawędziach skały. Ciepła krew popłynęła po ramieniu, po brzuchu, po nodze.
Wyciągnął.
Ciężko dysząc, leżeliśmy na trawie przed wejściem do jaskini. Jakże pięknie pomrugiwały gwiazdy, na które patrzyłem rozszerzonymi ze strachu i wyczerpania, oczami.
– Skąd żeś się tu, k... wziął!?– wychrypiałem.
-Wiedziałem, że będziesz kogoś potrzebował. Słyszałem, jak darłeś mordę i świrowałeś wiersze... Poczekałem...Mnie też pewnie szukają. Chodź, wracamy- dyszał ostro i świszcząco.
Chciałem już wracać.
–-–
Panika wybuchła, jak weszliśmy na klatkę. Spory tłumek sąsiadów kłębił się na półpiętrze. Mamuśka dopadła mnie jak szpak świeżą glistę. Kompres na nogę, kartkowa czekolada od matki Joli, wyciągnięte z pawlacza pomarańcze, trzymane przez rodzicielkę Wojtka na czarną godzinę. Trochę już czekały, bo nieco się zeschły.
Wycierała mi gazą krew, opatrując zadrapania na buźce. I cały czas ryczała. Instynkt macierzyński na razie zdecydowanie przeważał nad cholerycznym charakterem. Jakby bardziej spuchła od płaczu, to łzy popłynęły by jej za uszami. Czyli wygrałem!
Ojciec milczał. Kiedy leżałem zaplastrowany w łóżku, wpieprzając deficytową czekoladę, podszedł do mnie z ponurą miną.
– Musimy jutro porozmawiać.
Poczułem się jak galernik, który po całodziennym wiosłowaniu dowiedział się, że właściciel galery ma ochotę na narty wodne.
–-–
Następnego dnia przeważył już w matce choleryczny charakter nad matczynym instynktem.
Kiedy na jej głupie pytanie „co robiłem na skałce?”– odpowiedziałem „gówno”– poczułem drewniaka na głowie. Znowu zaczęła krzyczeć i lamentować, a ojciec zawiózł mnie do szpitala, gdzie założono mi cztery szwy. Po co się tak odezwałem!? Mizerna jest ludzka inteligencja w zderzeniu z brutalną rzeczywistością.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
OK, zaraz się tym zajmę :)



(05-09-2014, 22:21)mirek13 napisał(a): Dzisiaj i tylko dzisiaj (kropka)

Nie wiem (przecinek) czy składam się z czterech, czy czterdziestu milionów takich komórek, ale każda doświadcza tej cudownej energii, która wyłania człowieka z niebytu. Już wiem (przecinek) Boże, ile lat przeżyję na tym obrzydliwym świecie ludzi oddychających dziwnym, zatrutym powietrzem.

Pewnie czasami coś się zatnie w zwojach (zawsze coś się zacina. (raczej myślnik i dalej małą literą) Nie jesteśmy najdoskonalszym tworem, wbrew temu, co nam się wydaje) i doznam pewnie swoistego „deja vu”.

Coś(przecinek) co wiedziałem, a potem uciekło w najdalsze zakamarki mózgu.

Nie poszedłeś (przecinek) Panie (przecinek) na skróty, jak wydaje się ortodoksom, konstruując gotowca z gliny. (ortodoksy skonstruowali "gotowca z gliny"? – tak właśnie wynika z szyku w tym zdaniu)

Kiedy byłeś Bogiem Starego Testamentu, grzmiałeś, mściłeś się, interweniowałeś, ale (zbędna spacja) ...(brak spacji)ale kiedy zawarłeś przymierze na pewnej górze, a potem wysłałeś Syna, wszystko się zmieniło!

Wiem (przecinek) jak będzie wyglądał mój dom, żona i dzieci.

(...), wsadziłeś do najbezpieczniejszego domu pod słońcem w brzuchu matki – pompuje biedaczka przez pępowinową rurę wszystkie składniki odżywcze!(brak spacji)– a potem mi to zabierzesz?!

Tatuś dobija się chatki! (że co?)

Przynajmniej uczucia były prawidłowe, choć skutku do końca nie przewidziałeś!. (zbędna kropka) Nawet nie wiesz (przecinek) staruszku, ile przysporzę ci zgryzot!

Mikroskopijna drobina rtęci z rozbitego termometru przesuwała się po moim mózgu – nie uważałaś Mamo!(brak spacji)– powodując delikatne wyładowania elektryczne, rwiąc (rwąc) połączenia (raczej przecinek) iskrząc i sycząc. Wyrywała z niego dłuto rzeźbiarzy, pędzle malarzy, pióra pisarzy. (WTF?) Architektura przyszłości stawała się coraz bardziej surrealistyczna! Zostawiła na koniec starego laptopa, wymęczonego Forda i psychodeliczną rzeczywistość XXI wieku. (o co chodzi – tu poród, tu laptop – to jak skok w nadprzestrzeń)
Taką straszną pretensję mam do czasu, że umiejscowił mnie w tym czasie! (pleonazm)

Chlupota (Chlupocze) płyn (przecinek) w którym pływam!

Strasznie ciasno i boleśnie robi się w tej zwężającej się coraz bardziej rynnie...(spacja)– Mamo!(spacja)– Głos z oddali:

Nie chcę! Spieprzaj! (noworodek myśli "spieprzaj" – przegięcie)

Niedawno (kropka, bo to nie tytuł)

Podobnie jak miłość, nienawiść ,(spacja w złym miejscu)wiara, nadzieja.

Rozszyfrowywanie genotypu też prowadzi do nikąd (donikąd). Nie słyszałem o równie genialnych dzieciach Mozarta, (zbędny przecinek) ani wybitnych potomkach Newtona. Dzieci profesora uniwersytetu rodzą się debilami, a te poczęte na klepisku w jurcie zapyziałego Mongoła na pustyni Gobi(spacja)Nobel! (Noble – skoro "te")

Jak słyszę, że państwo kształci inteligentów, tworzy inteligencję, to nóż mi się w kieszeni otwiera!. (zbędna kropka)

Inteligencja nie jest umiejętnością przystosowania (choć lubi jej towarzyszyć]). (o co chodzi z tymi nawiasami zamykającymi?)

Nie polityka właśnie, a męża stanu! Jak Charles de Gaulle lub Piłsudzki. (Piłsudski)

Jakaś „Mensa” z jej testami, formułki psychologów z ich przekrojem Weschlera, filozofów i innych –ów (do czego się to odnosi, bo nie widzę tu rzeczownika w liczbie pojedynczej rodzaju męskiego), są tylko plastrem dla osobników jej pozbawionych.

Coś jest cenne, dlatego, (zbędny przecinek) że jest rzadkie!

Kawałek skamieniałego gówna dinozaura jest cenny (przecinek) bo rzadki, ale nie wiem (przecinek) czy dobry!

Wyjdzie wtedy super- (zbędny myślnik) żarcie.

(spacja)Inteligencja jest myślącą emocją... – (zbędny myślnik i dalej dużą literą) to tak (przecinek) jakby opowiadać o racjonalnej miłości – pomyślałem (przecinek) otwierając kolejne piwo.

– ...i właśnie dlatego jest Pani durna!(spacja)– odsunąłem gwałtownie krzesło, które z hukiem przewróciło się na stojącą z tyłu ławkę. Wiedziałem, co to oznacza(spacja)– kłopoty(spacja)– ale jak zwykle nie umiałem się powstrzymać. Lubię to liceum, ludzi, nawet niektórych nauczycieli, ale, do cholery!(zbędny wykrzyknik), niech nie robią wody z mózgu!. (zbędna kropka)

– Poeta ukazał w wierszach tęsknotę i umiłowanie ojczyzny (przecinek) i...

Pewnie zaciągnął się za dużo fają z haszem na tym zadupiu azjatyckim i napisał...(spacja)no, to. Jego wielki talent przejawia się głównie w tym, że, (zbędny przecinek) mimo swojego stanu, potrafił genialnie rymować i nawet jakieś patriotyczne przemyślenia ("szukać" wymaga dopełniacza, a więc 'jakichś patriotycznych przemyśleń) można się tam doszukać, (zbędna spacja) ... jak się ktoś uprze!

Mirek – przyjaciel z podwórka, z którym razem poszliśmy do klasy humanistycznej, (raczej myślnik, bo wtrącenia wydzielamy z obu stron takimi samymi znakami) trącał mnie nerwowo łokciem, coś sycząc przez zęby.

Tymczasem ty męczysz trzecią klasę....(wielokropek składa się zawsze z trzech kropek; i spacja)– zawiesiła głos(kropka i spacja)– Więcej pokory!!!

W wieku (przecinek) jakim jestem (przecinek) najmniej szanowaną cechą charakteru jest pokora.
– Jak przez dwadzieścia sześć godzin na dobę (nie wiedziałem, że doba ma 26 godzin) myślał o ojczyźnie uciśnionej, to cud, że miał kiedy zjeść, wysikać się, no i te inne sprawy..., (zła kolejność – najpierw przecinek, potem wielokropek) no, wie pani.
– Michał (przecinek) twój język!!!

Mickiewicz wielkim poetą był...(spacja)– za późno! (dlaczego narrator krzyczy)

I sprawiało mi to dziwną (zbędna spacja) , masochistyczną przyjemność.

No, ale jak będziesz ministrem, ...(spacja w złym miejscu)a może ustrój się zmieni?(spacja)– parsknęła ironicznie.
Faktycznie, przeczytałem taką wymiętoloną broszurę pt. „ (zbędna spacja) Ferdydurke”, drukowaną w Paryżu.

Nigdy nie słyszałem, żeby podniósł głos (przecinek) i nie widziałem go wkurzonego.

(cudzysłów zamykający na początku? ciekawe)Tata nie chciał uczestniczyć w tej rozmowie”. Wiem. Dopadł się (zbędne) do mnie na korytarzu podczas przerwy, jak pies do kości.

Nie powinienem był, ...(spacja w złym miejscu)no, ale mleko się rozlało.

Skałka jest częścią rezerwatu geologicznego położonego niedaleko osiedla (przecinek) na którym mieszkałem.

Utworzyło się przepiękne malachitowo – szmaragdowe (malachitowo-szmaragdowe) jezioro, w którym kąpaliśmy się, mimo surowego zakazu.

Dokończę jutro.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#3
StuGraMP. Jestem pod wrażeniem ( i wdzięczny), za trud i czas jaki włożyłeś w tę korektę. Jeśli możesz, to proszę, kontynuuj. Niechluj ze mnie, a poza tym po prostu nie czytam i nie poprawiam tego, co piszę. Staranność to nie jest moje drugie imię. Mam wrażenie, że trochę zbyt mocno przywiązałeś się do korekty interpuncyjno-technicznej (podkreśliło mi. Nie wiem dlaczego.) Śpieszę więc wyjaśnić niektóre kwestie, których nie poprawiłem:
1. Chatka. Nie umiem wkleić cytatu więc posiłkuję się skrótami myślowymi. Chodzi o poetyckie ujęcie aktu penetracji członka mojego ojca w pochwie mojej matki.
2. Powtórzenie dwa razy w jednym zdaniu słowa czas. Zabieg był celowy dla podkreślenia myśli. Językowo może i nie poprawnie, ale to nie wypracowanie.
3. Nawiasy w drugim opowiadaniu. Pozostawiam, bo służą do wyodrębnienia myśli pobocznej w całym wątku o inteligencji.
4. Jeśli –ów, to dlatego, że mamy tam psychologów, filozofów itp. Nie bardzo rozumiem twoją uwagę.
5. Za późno! Wykrzyknik, bo krzyczy w myśli!
6. Cudzysłów zamykający na początku. Proza. Nie umiem zrobić tego na kompie poprawnie. Wspominałem, że jestem upośledzony pod tym względem. Stąd częściowo tyle błędów, bo nigdy nie pisałem na tym wynalazku diabelskim.
Poza tym wrzucę kolejne dwa ( bo tylko tyle się zmieści), i jak nie stracisz cierpliwości to przejrzyj. A tak na marginesie, zależy mi na informacji o odbiorze całokształtu (techniki można się nauczyć). Być może niepotrzebnie marnuję czas swój i innych. Hej.
Odpowiedz
#4
Zakaz spożywania w przedziale!

Tydzień temu.
„...I z ostatniej chwili! O 13.20 zawaliła się część dachu nad wybudowanym w ubiegłym roku centrum handlowym w Radomiu. W chwili katastrofy w obiekcie przebywało prawdopodobnie kilkaset osób. Nieznana jest obecnie liczba poszkodowanych i czy są ofiary śmiertelne. Na miejscu pracują ekipy ratownicze, dojeżdżają również zespoły ratunkowe pogotowia. O przebiegu akcji będziemy informować Państwa na bieżąco. A teraz dalszy ciąg informacji...”
Westchnąłem. Jakaś kobita poszła po chleb i mleko. O 13.15 skończyła zakupy. Przy wielkich, obrotowych drzwiach zawahała się i zawróciła. Takie piękne są te buty na wystawie w pasażu! Oglądała je od tygodnia, dopasowując do sukienki i torebki. Mój Boże! Jak ja będę wyglądać! Wypłata za tydzień, ale...ale jeszcze raz popatrzę! No i wzięło, gruchnęło, huknęło i nie ma czyjejś matki, żony, córki. Nie ma mleka, chleba, butów i kobity.

Cztery dni temu
„Służby ratownicze poinformowały o zakończeniu akcji ratowniczej. Budowlańcy przystąpią teraz do odgruzowania terenu za pomocą ciężkiego sprzętu. Oficjalnie już podano liczbę ofiar- 27 osób zginęło (no, to mogła tam jednak być moja kobita od butów!), 76 jest rannych, w tym 23 w stanie ciężkim. Premier i Prezydent Miasta wyrazili głębokie współczucie rodzinom ofiar i zapowiedzieli wszelką, możliwą pomoc. Obecnie rodziny poszkodowanych objęte są opieką psychologiczną.
Na miejscu tragedii rozpoczęła działalność komisja ds. zbadania przyczyn zawalenia się dachu. Firma budowlana „Budor” z Warszawy – główny wykonawca, jak i biuro projektowe S&S z Kielc, nie poczuwają się do odpowiedzialności za ewentualne błędy. Sprawą zajmuje się prokuratura w Radomiu...”
Moja pięcioletnia córka uwielbia chodzić do pobliskiego centrum handlowego. Mogłaby tam siedzieć godzinami. A to pokój bawialny, te wszystkie trampoliny, małpie gaje, basen z kulkami, a to lody, sklep z zabawkami, zoologiczny. Szlag mnie trafia jak tam idę! Teraz chociaż będę miał pretekst, żeby nie iść i żonę powstrzymać.
S&S...S&S z Kielc. Coś mi dzwoni w głowie, kołacze, ale nie mogę sobie przypomnieć. Skądś znam tą nazwę?.
Mam! Przypomniałem sobie zupełnie z głupia frant, siedząc na kiblu i patrząc bezmyślnie na logo producenta proszku do prania wydrukowane na pudełku. S&S – Syskowski& Syskowska, rodzice mojego przyjaciela z młodości – Wojtka, ksywa Sysek. Przed ‘89 rokiem pracowali „staruszkowie” na państwowej posadzie, aż rzucono hasło „bogaćcie się!” i odkopali w sobie stłamszone przez komunę pokłady kapitalizmu, zakładając prywatne biuro architektoniczne. Idealnie wstrzelili się w boom budowlany lat dziewięćdziesiątych, szybko wyrastając na poważnego gracza w branży. Zmusili Syska do zaocznych studiów na polibudzie, choć matura, którą zrobił dawno temu była szczytem jego intelektualnych możliwości. Myślę, że nawet przesadziłem z tym szczytem. Sysek osiągnął go dawno przed maturą. Plątał się wcześniej po jakiś biurach jako referent ds. czegoś tam. Rodzice uznali, że teraz będzie pracował w rodzinnym biznesie, na a jak się zestarzeją... No i został biedak inżynierem, ale męczył się strasznie. Takie to teraz piękne czasy – płacisz i masz!
Logo proszku to strasznie najeżony byk.

Sześć lat temu
Jedziemy na dwa samochody do jakiejś pipidówy koło Tarnowa. Do BMW Syska władowałem się razem z Rysiem Kolarzem i Jolką Adamik. Rysio – kolarz ma naprawdę na imię Darek. Rysio – kolarz, to ksywa urobiona od pewnego znanego polskiego szosowca rowerowego z lat siedemdziesiątych. Mimo to nie chodzi bynajmniej o zamiłowania Darka do jazdy na bicyklu, ale o szczegół mechanizmu napędu tego ustrojstwa. Konkretnie o pedały.
W ostatniej chwili na przednie siedzenie wjechała z miną udzielnej księżnej, Ela Leśniak. Odwalona w jakieś wystrzałowe ciuchy, miniówę, przywitała się zdystansowana – mnie omiotła zimnym wzrokiem, rzucając jakieś zdawkowe „ chow do you do?” Cholera! Panienka z okienka w wieku trolejbusowym z instrukcją obsługi po angielsku. Może zresztą słusznie. Słyszałem, że jest wielu amatorów ujeżdżania tego trolejbusu, a tu już widać trochę rdzy, nadwozie ciutkę spęczniało i jakiś taki silnik narowisty. A może i nie wszyscy kierowcy rozumieją po polsku?
Do Toyoty Krzyśka zapakował się Mirek i Szeryf. Zadzwoniło szkło. Kątem oka zobaczyłem jak Mirek – asystent w katedrze arabistyki na UJ – wyciąga z plecaka wino marki patyk i daje je Szeryfowi. Prosty murarz – Andrzej, zawsze był pod wpływem i urokiem Mirka. Ten „lekki” inteligent, który grał na kilku instrumentach, pisał wiersze, kręcił amatorskie filmy, malował, rzeźbił, a dziewczyny sikały na jego widok, zawsze wywierał na Szeryfa ogromny wpływ. Teraz chłop się krygował, ale tokowanie Mirka było całkiem w jego stylu.
– Andrzejku drogi! Spotykamy się całą paczką po tylu latach, a ty nie chcesz nawiązać do świetlanych tradycji naszych kontaktów interpersonalnych. Trochę frenetycznego hedonizmu, wolnego od drobnomieszczańskiej obłudy jest konieczne... Dalej już nie słyszałem, ale Andrzej zabrał się zębami za zerwanie plastikowego korka.
Chętnie przesiadłbym się do Toyoty, bo w BMW wiało od Eli rześkim powietrzem ze szczytowego okresu glacjalnego. I bynajmniej nie chodzi tu o podmuch z klimatyzacji!
Ale coś fałszywego, sztucznego pobrzmiewało w Mirka enuncjacjach. Nie żebym nie napił się wina, ale stać nas na kupienie jakiejś „Finlandii” po drodze, szczególnie przy takiej okazji. I nie muszę obudowywać chęci napicia się, w tanią filozofię, dobrą dla Andrzeja. Mirek zawsze lubił łyknąć, no ale teraz? „Finlandii” jeszcze nie ma, a on przyszedł już z tymi winami. Może głupio byłoby mu po prostu zaproponować „szczeniaka” po drodze (w końcu poważny naukowiec), a tak mamy filozoficzno – psychologiczne uzasadnienie. W końcu nie ważne co się pije, ważne żeby zaczęło poniewierać!
–-–
Zaprosił nas Jarek – ostatni z naszej grupy. Na studiach w Krakowie poznał swoją żabcię i w zgodnym, acz grzesznym pożyciu z nią, otrzymał prezent od bociana, kijankę o imieniu bodajże Józef – to od patrona parafialnego kościoła (taka była wola teściów, a kto ma pieniądze, ten ma władzę) i dodatkowo od ojca panny młodej, dom z gospodarką w Daskach pod Tarnowem. Pasowało jak nie wiem co, bo skończyli oboje Akademię Rolniczą. Nie wiem czego się naćpał, albo co mu się przyśniło po ciężkostrawnym grillu – dość, że zaprosił nas na wspominki młodości. Oby to nie były wypominki!
– No, nareszcie!!! Przez Gdańsk jechaliście!? Wysiadać! Wysiadać! – Jarek całował dziewczyny z dubeltówki, z nami uskuteczniał niedźwiedzia na sterydach. Aż dech zapierało!
– Szeryf!... o w mordę! Coś cię chwieje! – Andrzej wygramolił się z Toyoty – no i dobrze! Basia szykuje takiego grilla, żeście w Kielcach nie widzieli! Będziesz rozgrzany jak seksoholik na widok cycków Dody. He, He – dobre, co? – sam już chyba był po wstępnej rozgrzewce.– jutro u nas dożynki, to poimprezujecie po wsiowemu. Rano teść będzie robił wyroby, to spróbujecie, a i do domu coś weźmiecie... no siadajcie.
Zaprowadził nas do ogrodu pod wielki namiot. Basia – żabcia, była drobną blondynką o nieładnej twarzy. Miała jednak w sobie coś ciepłego, życzliwego i to wyczuwało się w niej natychmiast. Chyba dobrze zrobił Jarek umiejscawiając Józiokijankę w jej brzuchu. Basieńka właśnie przewracała na grillu smakowicie skwierczące przysmaki.
Przy stole siedziało już kilka osób; jakieś trzy miejscowe piękności i chyba ich bodyguardzi z lokalnej siłowni. Pewnie potem dowiem się, kto jest kto. Jakby to Ela powiedziała, „ Who is who?”
Ale potem zrobiło się gwarnie i wesoło i nie było czasu na dokładne inwigilacje. „ No to za stare czasy!...”, „...za spotkanie”, „ za tych, co nie mogą!” itd. Zresztą w miarę upływu czasu coraz więcej, coraz mniej mogło. Ściemniło się, słychać było intensywne cykanie świerszczy, a z oddali dudniło „ Jesteś szalona” Boysów. Impreza w centrum wsi rozkręcała się na całego. Z otwartej na oścież stodoły buchało intensywnym zapachem siana. Aż w nosie kręciło! Zresztą miałem wrażenie, że nasze spotkanie powoli przenosiło się do tego budynku. Coraz częściej dobiegały stamtąd podniesione głosy, jakieś śmiechy, popiskiwania itp. Sądząc z tego, że trzech miejscowych pakerów pochrapywało teraz na stole, a ich bogdanek przy nich nie było, konfiguracje dwustronne musiały być inne niż na początku. Moje podejrzenia wzmocniła nieobecność Wojtka, Szeryfa i Mirka. Kiedyś czytałem reportaż, jak w latach siedemdziesiątych przeprowadzono proste badania krzyżowe krwi pod kątem ustalania ojcostwa w pewnym amerykańskim miasteczku, którego nazwy przezornie nie podano. Był to jakiś projekt uniwersytecki, a rzecz odbywała się całkiem anonimowo. Okazało się, że już te proste badania w 20% wykluczyły biologiczne ojcostwo prawnych, szczęśliwych tatusiów. No i dobrze! Niech się geny mieszają! Te w Daskach pod Tarnowem też! Gdyby historia cywilizacji potoczyła się tropem nie myśliwego – wojownika, a matriarchatu, mielibyśmy taką samą ilość burdeli, w których swe wdzięki prezentowaliby dwudziestoletni Adonisi.
Pierwsze nietoperze pojawiły się na tle ciemniejącego nieba. Siedzieliśmy w piątkę przy stole: ja, Ela, Rysio i dwóch autochtonów (o ile przybijanie czołem gwoździa w blat można nazwać siedzeniem!), bo przed chwilą ten trzeci przyszły, prawny a szczęśliwy, przyszłościowy tatuś, zsunął się z ławy mamrocząc „csssso jest, k... z tym łóżkiem Halina!?” Milczeliśmy. W stodole słychać było tych, co upili się na wesoło. Tu została grupa smutasów.
Kroki. Ojciec Basi wyłonił się z mroku.
– Może Państwo chcecie się położyć? Basia przygotowała pokoje na piętrze. Poszła z Jarkiem i waszą koleżanką i kolegą na zabawę we wsi. Prosiła by zapytać...– spojrzał na nas wyczekująco.
Kawał chłopa! Jeśli pewna partia ludowa sporządziła w swej centrali algorytm idealnego działacza terenowego to na pewno pan Henryk się w niego wpisuje. Kolor nosa pomnożony przez wielkość dłoni (łopata!), podzielony szerokością klaty, odjęta długość siwych wąsów (Witos!), a dodana chęć rządzenia mierzona w obowiązującej walucie...z tego pierwiastek kwadratowy, silnia i... wyskakuje pan Henryk! Jarek mówił, że w najbliższych wyborach jest kandydatem na wójta. No, z takim algorytmem już jest wójtem!
Spojrzałem na Elę. Podniosła głowę. Cienie rzucane przez naftowe lampy rozwieszone wkoło altany zagrały na jej twarzy i w szklance, którą bezmyślnie obracała w palcach. Nie jest jeszcze tak źle, jak sądziłem na początku. Naprawdę ładna z niej dziewczyna! A ponieważ jednak jestem dalekim, choć mało udanym potomkiem myśliwego – wojownika, to może by tak człowiek pomyślał o mieszalniku genów?
– Nie będziemy kłopotać. Może prześpimy się tu...– skinąłem głową w stronę otwartych wierzei stodoły – co o tym Elizabeth myślisz? Nie mogłem sobie podarować tej instrukcji po angielsku. Zresztą z tym mieszalnikiem też przesadziłem. Słyszałem, że nie może mieć dzieci. Pozostaje zatem przyjemność czystego seksu.
Obróciła głowę w stronę jednej z lamp i przez dłuższą chwilę patrzyła w migoczące światło.
– Spier...!
Chociaż tyle dobrego, że nie powiedziała „ Fuck”!
Rysio roześmiał się krótko.
–-–
Źdźbło siana wierciło w nosie, aż wybudziło mnie całkiem. Spojrzałem na zegarek. Szósta. Gadzina drobiowa wrzeszczała na całe podwórko, przypominając o swoim istnieniu, dopominając się o codzienną strawę. To w zasadzie tak samo jak człowiek. Drze się tak samo jako dziecko o swoje, żeby potem i tak iść na rzeź tego świata. Jeszcze głośniej za zamkniętymi drzwiami innego budynku ryczał byk. Wiem, że byk, bo to on ma być dzisiaj zaszlachtowany na owe zapowiedziane wyroby. Świnka padła już wczoraj, a jak nam uświadomiono najlepsze wyroby kiełbasiane, to wieprzowo-wołowe.Trzeba by się iść umyć do domu.
Cofnąłem się od wrót. Przy nie posprzątanym stole nerwowo krzątał się Mirek, zerkając co chwila to na dom, to na stodołę. Sprawdzał zawartość butelek, ale nie wypadł chyba ten przegląd najlepiej, bo uwijał się coraz szybciej. Rozejrzał się jeszcze raz wokoło i zaczął zlewać resztki z kieliszków do kufla z piwem. Ręce latały mu jak przy zaawansowanym stadium Parkinsona. Trzymając oburącz szkło, duszkiem zaczął pić zawartość. Aż tu słychać było jak zęby dzwonią o brzeg. Chrupnęło. Gwałtownie zaczął pluć szkłem z ugryzionej szklanki. Z rozciętej wargi krew popłynęła do mikstury, zabarwiając ją na rubinowy kolor. Znowu się rozejrzał i szybko wypił to coś. Biedny Mirek!
–-–
Ruch na podwórzu zaczął się o ósmej. Wszyscy w miarę oczyszczeni z siana kręcili się przy przybudówce, gdzie coraz głośniej zawodził byk. Czyżby czuł, co go czeka? Do wnętrza w końcu wszedł teść Jarka z jakimiś fachowcami. Narzędzia jakie nieśli, nie spowodowały u mnie przypływu serdecznych, pełnych humanizmu uczuć.
– Mirek! Która ci tak przylała wczoraj- zapytała z troską i lekką nutą sarkazmu, Jola – przyglądając się jego wardze.
Jarek stał koło mnie, popijając piwo.
– Chcesz?– no pewnie!– tutaj to jest cały rytuał – z tym szlachtowaniem. Jak jeden walnie bydlę obuchem między ślepia, to drugi w tym momencie użyna mu jaja. Muszą zgrać się idealnie. Podobno mięso jest wtedy lepsze...! Jako przedstawiciel w końcu tej samej płci, sądzę, że to niczym nie uzasadnione barbarzyństwo!!! No, ale chłop potęgą jest i basta! Siła tradycji. W oczach dziewczyn widziałem niezdrowe, starannie maskowane podniecenie. Ciekawe czy zawsze mają mokro jak urzynają facetowi...!? Jest szansa, że nie mają empirycznych doświadczeń, więc to tylko moje czcze spekulacje.
Byk uwiązany do pionowego słupa i unieruchomiony w czymś w rodzaju kojca smętnie porykiwał. Jeden z członków klubu samarytańskiego „Animal”, ubrany w gumowy fartuch chirurga polowego, zamachnął się siekierą i w tym samym momencie pan Henryk sprawnym ruchem dokonał kastracji. RANY BOSKIE! W momencie zamachu siekiera wypadła ze styliska, a uderzenie samym drzewcem pewnie nie nabiło buhajowi nawet guza. Ale jaja odcięte!
Nie wiem jak zachowałbym się, gdyby obcięto mi jądra bez znieczulenia. Ale już wiem, jak zachowa się byk w tej sytuacji! Trzasnęła belka do której był przywiązany, a dach zaczął trzeszczeć i pochylił się na jedną stronę. Wszyscy rozbiegli się przed rozszalałym zwierzęciem, rycząc głośniej niż ono. Zdążyliśmy schować się w stodole, a Sysek zawarł wrota solidną belką .Z podwórka dobiegał wściekły ryk, chrzęst rozdzieranego metalu (przez szparę w deskach widziałem tratowaną Toyotę Wojtka), a potem rozjuszony buhaj wziął się za odrzwia naszej stodoły. Łup!, dup!, chrup! Drzwi zatrzęsły się i jednocześnie zatumaniło chmurą kurzu. Belka jęknęła, zatrzeszczała. Jolka i Ela uciekły po drabinie na coś w rodzaju stryszku skąd dobiegał również pisk jednej z wczorajszych , miejscowych gwiazd. Pewnie dopiero harmider ją obudził!
Męska część grupy stała na dole wpatrując się jak urzeczona w wyginającą się dechę. Łup!, łup! łup!
Rysio wydalił z siebie przedziwny dźwięk- ni to łkanie, ni śmiech.
– Jezu! Za tydzień mam jechać do ciotki do Niemiec!– łup!– zróbcie coś!
-Zamknij się! Jak chcesz to uciekaj za babami.
No tak, prawdziwi wojownicy nie uciekają przed głupią krową, tylko ją zabijają. Tylko czym? Nieważne. Prawdziwy Polak- wojownik stanie naprzeciwko czołgu z szabelką. Najwyżej w chwale i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku da się rozjechać.
Łup! łup! łup!
Sysek położył rękę na moim ramieniu bezwiednie coraz bardziej ją zaciskając.
– Wytrzyma!– wysyczał przez zaciśnięte zęby – wytrzyma...
– Skąd wiesz, durniu!?
Rzeczywiście durnie zaśmiał się.
– Przedwczoraj zdałem egzamin na polibudzie z wytrzymałości materiałów.
Sądzę, że wytrzyma...!
Łup! Lekki trzask.
– Sądzisz, czy już obliczyłeś?
– Nie wkurzaj mnie! Gość od materiałów robi u moich starych prace zlecone...zapier... jak mrówka za dobrą kasę... niechby spróbował mi nie zaliczyć!
– No to sądzisz, czy wiesz?!
-Wytrzyma! Wytrzyma! Wytrzyma ??!
Głośny bardzo trzask. Nie wytrzymała.
–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-

dzisiaj.
Praca kuriera była przedmiotem moich marzeń od urodzenia. Magister filozofii powinien czuć i rozumieć przypadkowość dziejów i związaną z tym zmienność kolei losu. Kto przeczytał (i zrozumiał!) opowiadanie Lema o profesorze Corcolanie, wie czym jest bezwzględny, mechanicystyczny determinizm połączony ze stoicyzmem, wyjaśniający również dziwne przypadki „ deja vu” . Dzisiaj ten skompilowany prąd filozoficzny ma swoją nazwę – „mam to wszystko w dupie!” No więc targam tę dwudziesto kilogramową paczkę do restauracji „Kolorowa” i nawet specjalnie się nie burzę.
Siedział przy barze, a przed nim stała szklanica jakiegoś drinka. Sysek nie wyglądał na gościa cieszącego się życiem, głowa kiwała się nad blatem i wciskał jakiś tani bajer dziewczynie za ladą. Gdyby nie krzyknął, nie zwróciłbym uwagi na pacjenta, taszcząc nieszczęsną paczkę na zaplecze.
– Pani Moniko!?... położyłem przesyłkę na podłodze – przyjmie pani?– uśmiechnęła się jak zwykle – Sychu! Co się tak katujesz?
Patrzył na mnie zamglonymi oczami, bujając się na barowym stołku.
– Taka firma! Taka firma i dupa...Źle obliczyłem i pierdolnęło!!! No popatrz, pierd...ło!!!
Nie wiedziałem o czym bredzi, a poza tym, śpieszyło mi się lekko. Naraz zatrybiłem! Galeria w Radomiu!
– Patrz i ucz się! – czkawka – ludzie zawsze za mnie przeliczali te pierdolone obciążenia, wytrzymałości i te inne pierdoły, ale założyłem się!...po ch... ja się założyłem!? Założyłem się na jakiejś głupiej imprezie, że przeliczę...śmiali się ze mnie, że inżynier ze mnie jak z koziej dupy trąba...no to przeliczyłem! Stary nie wiedział, że to ja!...Poszło!.. I pierd...ło!!! Pójdę siedzieć!... Firma...o Jezu!... jak się stary dowie! – zwilgotniały mu oczy. Monika dyskretnie dolała mu wyborowej do szklanki – Prawnicy!... tylko prawnicy! Jolka już jest adwokatem. No, Jolka Adamik! Nasza szanowna przyjaciółka z młodych lat. Mówiła, że wyciągnie,...ale kasy też wyciągnie...przyjaciółka, cholera! Może inna działalność? Znajomy namawia mnie na założenie biura deweloperskiego...to podobno przyszłość...stary odżałuje...pomoże...byle nie siedzieć!...Jolka !– pociągnął łyka i otrząsnął się jak pies – damy Michał radę!!!
-Obyś tylko stary nic już nie liczył. Nawet wytrzymałości belki w drzwiach stodoły – pomyślałem wychodząc z „Kolorowej”. I tak wypłyniesz. Tacy jak ty są w tym kraju niezatapialni. Może lepiej, że będziesz sprzedawał domy, niż sam je projektował. I może kiedyś zobaczę te osiedla, które zbudujesz...?
Jasny gwint!!! Lecha 5/16! Czwarte piętro, a paczka dobre dwadzieścia kilogramów!!!
Odpowiedz
#5
Ad. 1. Od tego jest cudzysłów – jest to bowiem przytoczenie pozorne.
"Możemy umieścić w cudzysłowie wyrazy i wyrażenia użyte metaforycznie, np.:
Zaczęła się prawdziwa „walka” biernika z dopełniaczem."
http://podziemieopowiadan.pl/forum/threa...4#pid11964

Ad. 2. Uwierz mi, w wypracowaniu szybciej by to przeszło. To nie jest powtórzenie tylko pleonazm – w skrócie napisałeś, że 'czas umiejscowił w czasie'. Zgrzyta – nie można było napisać 'los umiejscowił w czasie'?

Ad. 3. Nie czepiałem się samych nawiasów tylko umieszczenia dwóch różnych nawiasów zamykających (jeden za drugim), a nie było dwóch otwierających. Co więc zamykał ten drugi (kwadratowy)?

Ad. 4. Musiałem 10 razy to przeczytać, zanim zrozumiałem, o co Ci chodzi. Zatem tamto zdanie jest totalnie nie do przyjęcia. Powinno być coś takiego:
Jakaś „Mensa” z jej testami, formułki psychologów z ich przekrojem Weschlera, filozofów i innych – są tylko plastrami dla osobników jej pozbawionych.

Ad. 5. To wygląda jak dopisek narratora, a nie myśli bohatera – błąd zapisu. Powinno być coś takiego:
Mickiewicz wielkim poetą był... – zacząłem. – Za późno! – pomyślałem.

Ad. 6. Ale w tekście są też cudzysłowy otwierające, więc jednak Ci się udało :P
Edytor tekstu sam powinien podstawić prawidłowy cudzysłów – jeśli wciska się cudzysłów, a przed nim jest spacja, to będzie otwierający, jeśli nie było spacji, będzie zamykający.

Należę do ekipy sprawdzającej – my skupiamy się na 'technice'. Owszem, możemy też dodatkowo wyrazić opinię o całokształcie, ale to głównie pozostawiamy innym.

Kilka uwag technicznych:
1. Wcięcia akapitów robimy kodem [p].
2. Zamiast wielu wykrzykników i pytajników używaj jednego, bo tworzą się emotikony.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#6
(06-09-2014, 12:14)mirek13 napisał(a): Nieznana jest obecnie liczba poszkodowanych i czy są ofiary śmiertelne (to nie jest dobra część tego zdania, nieprofesjonalna dziennikarsko, spróbuj jakoś to przebudować).

Na miejscu pracują ekipy ratownicze, dojeżdżają również (zamiast tego – kolejne, ponieważ do ekip ratowniczych należą także pogotowia ratunkowe) zespoły ratunkowe pogotowia.

Wypłata za tydzień, ale...(brak spacji) ale jeszcze raz popatrzę!

Oficjalnie już podano liczbę ofiar(brak spacji)– 27 osób zginęło (no, to mogła tam jednak być moja kobita od butów!), 76 jest rannych, w tym 23 w stanie ciężkim.

Szlag mnie trafia(przecinek) jak tam idę!

Skądś znam tą (tę) nazwę?.

Przypomniałem sobie zupełnie z głupia frant (Niepotrzebne dobierasz takie związki frazeologiczne – co prawda jeden z synonimów "jakby nigdy nic" pasuje odrobinę do sytuacji, ale dotyczy raczej cwaniactwa, perfidii. Prostsze i adekwatne byłoby określenie "przypadkiem"), siedząc na kiblu i patrząc bezmyślnie na logo producenta proszku do prania wydrukowane na pudełku.

Przed ‘89 rokiem pracowali „staruszkowie” na państwowej posadzie, aż rzucono hasło „bogaćcie się!” (to jest raczej wtrącenie, więc należałoby zamknąć przecinkiem) i odkopali w sobie stłamszone przez komunę pokłady kapitalizmu, zakładając prywatne biuro architektoniczne.

Zmusili Syska do zaocznych studiów na polibudzie, choć matura, którą zrobił dawno temu (przecinek) była szczytem jego intelektualnych możliwości.

Rodzice uznali, że teraz będzie pracował w rodzinnym biznesie, na a jak się zestarzeją... (nie rozumiem)

Rysio – kolarz ma naprawdę na imię Darek. Rysio – kolarz (wcześniej pisałeś z dużej jako nazwę własną, a teraz z małej – trzeba zdecydować, czy to imię, czy jakaś funkcja), to ksywa urobiona od pewnego znanego polskiego szosowca rowerowego z lat siedemdziesiątych.

Mimo to nie chodzi bynajmniej o zamiłowania Darka do jazdy na bicyklu, ale o szczegół mechanizmu napędu tego ustrojstwa. Konkretnie o pedały. (masz na myśli orientację seksualną?)

W ostatniej chwili na przednie siedzenie wjechała (przecinek, jeśli to jest wtrącenie) z miną udzielnej księżnej, Ela Leśniak.

Prosty murarz – (raczej przecinek zamiast myślnika) Andrzej, zawsze był pod wpływem i urokiem Mirka.

Chętnie przesiadłbym się do Toyoty, bo w BMW wiało od Eli rześkim powietrzem ze szczytowego okresu glacjalnego. I bynajmniej nie chodzi tu o podmuch z klimatyzacji! (jeśli narrator jest w tym samym wieku, to i jego raczej dotyczą te pochlebne określenia ;/, a dowcip słaby)

Nie (przecinek) żebym nie napił się wina, ale stać nas na kupienie jakiejś „Finlandii” po drodze, szczególnie przy takiej okazji.

I nie muszę obudowywać chęci napicia się, (zbędny przecinek) w tanią filozofię, dobrą dla Andrzeja.

W końcu nie ważne (nieważne i przecinek) co się pije, ważne (przecinek) żeby zaczęło poniewierać!

Na studiach w Krakowie poznał swoją żabcię i w zgodnym, acz grzesznym pożyciu z nią, (zbędny przecinek) otrzymał prezent od bociana, kijankę o imieniu bodajże Józef – to od patrona parafialnego kościoła (taka była wola teściów, a kto ma pieniądze, ten ma władzę) i dodatkowo od ojca panny młodej, dom z gospodarką w Daskach pod Tarnowem. (Bardzo dziwna konstrukcja – w jednym zdaniu część "wtrąceń" oddzielasz myślnikiem, część nawiasami, po czym nie zamykasz tym samym. Tak dziwna, że nawet nie wiem, jak to poprawić. Moim zdaniem, zbyt wiele informacji zawartych w jednym zdaniu, stąd cały galimatias)

Pasowało jak nie wiem co, bo skończyli oboje Akademię Rolniczą. Nie wiem (przecinek) czego się naćpał, albo (przecinek) co mu się przyśniło po ciężkostrawnym grillu – dość, że zaprosił nas na wspominki młodości.

– Szeryf!... o w mordę! Coś cię chwieje! – Andrzej wygramolił się z Toyoty – no i dobrze![/b] (czy to jest dialog, monolog, przemyślenia, czy co?)


He, He – dobre, co? – (S)sam już chyba był po wstępnej rozgrzewce.– (J)jutro u nas dożynki, to poimprezujecie po wsiowemu.

Ściemniło się, słychać było intensywne cykanie świerszczy, a z oddali dudniło „(zbędna spacja) Jesteś szalona” Boysów.

Gdyby historia cywilizacji potoczyła się tropem nie myśliwego – wojownika, a matriarchatu, mielibyśmy taką samą ilość burdeli, w których swe wdzięki prezentowaliby dwudziestoletni Adonisi. (nie kumam związku matriarchatu z burdelami)

Siedzieliśmy w piątkę przy stole: ja, Ela, Rysio i dwóch autochtonów (o ile przybijanie czołem gwoździa w blat można nazwać siedzeniem!), bo przed chwilą ten trzeci przyszły, prawny a szczęśliwy, przyszłościowy tatuś, zsunął się z ławy (przecinek) mamrocząc (dwukropek, bo wprowadzasz wypowiedzenie, myślnik i z dużej litery) „csssso jest, k... z tym łóżkiem Halina!?” (od nowego akapitu) Milczeliśmy.

Prosiła (przecinek) by zapytać...(spacja)(S)spojrzał na nas wyczekująco.

Jeśli pewna partia ludowa sporządziła w swej centrali algorytm idealnego działacza terenowego (przecinek) to na pewno pan Henryk się w niego wpisuje.

Świnka padła już wczoraj, a jak nam uświadomiono najlepsze wyroby kiełbasiane, (zbędny przecinek) to wieprzowo-wołowe.(spacja)Trzeba by się iść umyć do domu.

Aż tu (czyli gdzie?) słychać było (przecinek) jak zęby dzwonią o brzeg.

Która ci tak przylała wczoraj(spacja) – zapytała z troską i lekką nutą sarkazmu,(zbędny przecinek) Jola – (przecinek zamiast myślnika) przyglądając się jego wardze.

– Chcesz?(spacja)– no pewnie!(spacja)– tutaj to jest cały rytuał – z tym szlachtowaniem. (to zdanie jest kompletnie niezrozumiałe, nie wiem, kto z kim rozmawia i czego miałby chcieć?)

Jak jeden walnie bydlę obuchem między ślepia, to drugi w tym momencie użyna (urzyna w tym wypadku – http://sjp.pwn.pl/szukaj/urzyna%C4%87) mu jaja.

Jako przedstawiciel w końcu tej samej płci, sądzę, że to niczym nie uzasadnione (nieuzasadnione) barbarzyństwo!!!

Ciekawe (przecinek) czy zawsze mają mokro jak urzynają (a tu urzynasz poprawnie) facetowi...!?

Nie wiem (przecinek) jak zachowałbym się, gdyby obcięto mi jądra bez znieczulenia.

Trzasnęła belka (przecinek) do której był przywiązany, a dach zaczął trzeszczeć i pochylił się na jedną stronę.

Jolka i Ela uciekły po drabinie na coś w rodzaju stryszku (przecinek) skąd dobiegał również pisk jednej z wczorajszych(zbędna spacja) , miejscowych gwiazd.

Męska część grupy stała na dole (przecinek) wpatrując się jak urzeczona w wyginającą się dechę.

Rysio wydalił z siebie przedziwny dźwięk(spacja)– ni to łkanie, ni śmiech.
– Jezu! Za tydzień mam jechać do ciotki do Niemiec!– (Ł)łup!– (Z)zróbcie coś!
-Zamknij się! Jak chcesz (przecinek)to uciekaj za babami.

Prawdziwy Polak(spacja)– wojownik stanie naprzeciwko czołgu z szabelką.

Sysek położył rękę na moim ramieniu bezwiednie (przecinek) coraz bardziej ją zaciskając.

Rzeczywiście durnie zaśmiał się.
(fatalne zdanie)

Kto przeczytał (i zrozumiał!) opowiadanie Lema o profesorze Corcolanie, wie (przecinek) czym jest bezwzględny, mechanicystyczny determinizm połączony ze stoicyzmem, (zbędny przecinek) wyjaśniający również dziwne przypadki „ deja vu” .

No więc targam tę dwudziesto kilogramową (łącznie) paczkę do restauracji „Kolorowa” i nawet specjalnie się nie burzę.

– Pani Moniko!?... położyłem przesyłkę na podłodze – (P)przyjmie pani?(spacja)(U)uśmiechnęła się jak zwykle – Sychu! Co się tak katujesz?

– Patrz i ucz się! – ©czkawka – (L)ludzie zawsze za mnie przeliczali te pierdolone obciążenia, wytrzymałości i te inne pierdoły, ale założyłem się!...(P)po ch... ja się założyłem!?

Założyłem się na jakiejś głupiej imprezie, że przeliczę...(spacja) śmiali się ze mnie, że inżynier ze mnie jak z koziej dupy trąba...(spacja) no to przeliczyłem! Stary nie wiedział, że to ja!...(spacja) Poszło!.. I pierd...ło!!! Pójdę siedzieć!... Firma...(spacja) (O)o Jezu!... (J)jak się stary dowie! – (Z)zwilgotniały mu oczy.

(T)
tylko prawnicy!

Mówiła, że wyciągnie,...(spacja) (A)ale kasy też wyciągnie...(spacja) (P)przyjaciółka, cholera!

Znajomy namawia mnie na założenie biura deweloperskiego...(spacja) (T)to podobno przyszłość...(spacja) [b](S)[/b]stary odżałuje...(spacja) (P)pomoże...(spacja) (B) byle nie siedzieć!...(spacja)Jolka !(spacja)(P)pociągnął łyka i otrząsnął się jak pies(kropka)(D)damy Michał radę!!!

(spacja)Obyś tylko stary nic już nie liczył.

Nawet wytrzymałości belki w drzwiach stodoły(kropka)(P)pomyślałem (przecinek) wychodząc z „Kolorowej”.

Skończyłam, choć zajęło mi to od groma czasu. Tworzysz jakieś dziwne konstrukcje, a przez to nie panujesz nad interpunkcją i zapisem dialogów. Chwilami nie mogłam zrozumieć tekstu, mając wrażenie, że wklejasz zdania wprost ze swojego mózgu, nie zastanawiając się, że czytelnik nie zna tych historii. Powiem tak, nie poruszyły mnie te opowieści. Oderwane od siebie, nie stanowią jakiegoś ciągu zdarzeń, który byłby o czymś, prowadził do jakichś wniosków, uczył albo bawił – nic z tych rzeczy. Ot, opowieści o ludziach, których nieszczególnie zarysowałeś, o historiach, jakich pełno na co dzień. Jedynie próba zarżnięcia byka była barwniejsza, choć okrutna.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Dokończenie pierwszej części:

(05-09-2014, 22:21)mirek13 napisał(a): Muszę to przemyśleć w wolnej chwili, ale chyba w najbliższym czasie nie będę jej miał .”Tata (w złym miejscu spacja – miał. „Tata – dlatego wyszedł cudzysłów zamykający; popraw to w swoim edytorze i wklej tutaj, bo nie wyjdzie ci ten cudzysłów) nie chciał uczestniczyć w tej rozmowie”.

Dopadł się (zbędne – nie poprawiłeś, a przecież 'dopaść' nie jest czasownikiem zwrotnym) do mnie na korytarzu podczas przerwy, jak pies do kości.

Kobieta robi, co może. I co umie. (połącz to w jedno zdanie; jeśli chciałeś podkreślić pauzę, to użyj wielokropka, bo kropka jest za mocnym znakiem – Kobieta robi, co może... i co umie.)

Utworzyło się przepiękne malachitowo-szmaragdowe jezioro, w którym kąpaliśmy się, (zbędny przecinek) mimo surowego zakazu.

Czasami całą paczką właziliśmy do niej w czasie (pleonazm) upałów, ale głównie dlatego, że szesnastolatki lubią włazić tam, gdzie nie wolno. Pordzewiałe tablice z zakazem wstępu, (zbędny przecinek) wziąłem do domu i przykleiłem na drzwiach pokoju. Po początkowej awanturze o zniszczenie mienia domowego, (zbędny przecinek) matka sprawdziła tylko (przecinek) czy klej jest zmywalny.

Mirek przekazał. O siedemnastej przyszli wszyscy do mojej jaskini Dawida. Lwów prawdziwych wprawdzie nie było (i mega Zonk – to nie Dawida, lecz Daniela wrzucono do lwiej jamy), ale moje myśli kąsały równie skutecznie, co te wygłodniałe bestie. Porównanie zresztą do dupy! Porządnego Dawida lwy nie pożarły, a mnie wpieprzały, aż miło. (na przyszłość sprawdzaj takie informacje)

Każdy z nich, (raczej dwukropek) Mirek, Sysek, Krzysiek, Jarek, Szeryf, Rysio – kolarz (jeśli 'kolarz' jest pseudonimem, to piszemy dużą literą, a w tym przypadku dwuczłonowo 'Rysio–Kolarz') oraz Ela i Jola przytargali (przecinek) co się dało. Jarek harcerski śpiwór, Wojtek – Sysek (jak wcześniej: Wojtek–Sysek), paliwo turystyczne – takie śmieszne, białe kostki śmierdzące spirytusem (żebym się nie bał wygłodniałych lwów w nocy!) (myślnik) Szeryf (zbędne) paczkę fajek, dziewczyny jakieś kanapki, a Mirek dwa wina marki „Mistella”.

Nie bardzo wiem (przecinek) w czym mam nie ustąpić, ale nie ustąpię!

Sysek zaczął pierwszy. (raczej dwukropek)
– Człowieku! Ale jazda jest na osiedlu. Twoja matula lata jak poparzona po wszystkich(kropka i spacja)po (dużą literą) chwili mówili wszyscy (przecinek) chaotycznie (przecinek) jedno (jeden) przez drugiego (kropka)u (U) naszych staruszków też była (kropka) ( (zbędny nawias i dalej dużą literą) dla niezorientowanych wyjaśniam, że były kiedyś takie czasy, że mieszkający obok siebie ludzie, (zbędny przecinek) znali się, kontaktowali (zbędna spacja) , zapraszali, bywali na imieninach, urodzinach, (zbędny przecinek) itd.). (zbędny nawias i kropka)

Rób, co każą i zamknij się! – i (I) to mówi moja tajemna miłość, Ela Leśniak!

Może kiedyś się uda połączyć z Elą te dwa nie wykluczające (niewykluczające) się problemy.

Około dwudziestej drugiej wyczerpał mi się repertuar pieśni obozowych w stylu „Majka”, „Gdybym miał te oczy”, (zbędny przecinek) itd. Wyrecytowałem wszystkie, (zbędny przecinek) pamiętane wiersze i zaczęło być trochę chłodno i straszno.

Wilgotno było, rosa zaczynała się osadzać na trawie, kamieniach i na mchu przerastającym (porastającym) szczeliny skalne.

Ależ byłoby super (przecinek) jak bym tu umierał. Jakież wyrzuty sumienia rodziców, szkoły (nauczycieli – szkoła nie ma wyrzutów sumienia)! Skonałbym, zostawiając ich pełnymi (z poczuciem) winy, a oni darliby szaty, wyjąc, jak bardzo skrzywdzili Michała.

Pod stopami (chwała Bogu!), (zbędny przecinek) wyczułem półkę, która, dając minimalną podporę na nogi, upuściła mi z tyłka trochę strachu (czyli się spierdziałeś – nie pisz takich metaforycznych stwierdzeń wynikającego z lęku wysokości plus dwudziestu metrów wolnej przestrzeni pode mną. (styl!!)

Mirek szarpnął w górę, aż zachrupało (chrupnęło) w barku. Ciągnął w górę (przecinek) sapiąc, (raczej kropka) czułem (przecinek) jak[/i] (zbędne) twarz rysowała po wystających krawędziach skały.

Jakże pięknie pomrugiwały gwiazdy, na które patrzyłem rozszerzonymi ze strachu i wyczerpania, (zbędny przecinek) oczami.
– Skąd żeś się tu, k... (kurwa – w tekstach literackich dozwolone są wulgaryzmy) (przecinek) wziął!? (kolejność znaków ?! oraz brak spacji)– wychrypiałem.
(spacja)Wiedziałem, że będziesz kogoś potrzebował. Słyszałem, jak darłeś mordę i świrowałeś wiersze... Poczekałem...(spacja)Mnie też pewnie szukają. Chodź, wracamy(spacja – skoro zwróciłem Ci na to uwagę w poprzednim komentarzu, to mogłeś już samodzielnie przejrzeć tekst do końca pod tym kątem)– dyszał ostro i świszcząco.

Poczułem się jak galernik, który po całodziennym wiosłowaniu dowiedział się, że właściciel galery ma ochotę na narty wodne (przejażdżkę nartami wodnymi).

Kiedy na jej głupie pytanie „co robiłem na skałce?” (zbędny myślnik) odpowiedziałem „gówno” (raczej przecinek) poczułem drewniaka na głowie.

Po co się tak odezwałem!? (?!)

Ciężko się czyta. Myśl o czytelniku, by przekaz był jasny i zrozumiałyy, by nie trzeba było dodatkowych wyjaśnień. Te rozważania o inteligencji i wcześniej o narodzinach były dość męczące i nic nie wnoszące do opowiadania.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#8
Nawka, trudno nie zgodzić się z problemem interpunkcji, konstrukcji itp. Niechluj ze mnie i o zgrozo dla trzech pokoleń polonistów, nieuk. Rzeczywiście piszę szybko, nie zastanawiam się i nie robię korekty. Dochodzi więc cecha totalnego lenia. Śpieszę wyjaśnić. Te pięć opowiadań luźno łączy postać głównego bohatera – od narodzin do śmierci. Nie ma jednolitego wątku dla wszystkich. Być może przeczytanie wszystkich jednocześnie ułatwiło by odbiór, ale, limit znaków na to nie pozwala. Może to i lepiej, bo mógłbyś sobie zrobić krzywdę. Rzecz jest ogólnie o nieprzystosowaniu do rzeczywistości. Nie aspirowałem do stworzenia lokalnej wersji 007. A przekaz jak wyżej.
StuGraMP. Jeszcze raz dzięki za trud korekty. Ideę być może nie ukazałem wystarczająco jasno, ale to w końcu tylko początki i coś muszę zrozumieć. Intencje tych opowiadań wyraziłem jak wyżej. Stąd element narodzin uszkodzonego płodu. Jeśli się nie zrozumie sensu dywagacji o inteligencji (w wypadku tego opowiadania – inteligencji emocjonalnej Mirka), to faktycznie nie ma co czytać dalej i się męczyć.
W dalszym ciągu nie rozumiesz istoty mojego problemu z komputerem. Np. ... kodem . Kompletnie nic mi to nie mówi!
Odpowiedz
#9
Postaram się nie powielać uwag Nawki. Dla odmiany mogę być bardziej sarkastyczny.
(06-09-2014, 12:14)mirek13 napisał(a): Oglądała je od tygodnia, dopasowując do sukienki i torebki. Mój Boże! Jak ja będę wyglądać! Wypłata za tydzień, ale...ale jeszcze raz popatrzę! (to wygląda, jakbyś nabijał się z kobiet – powiało trochę mizoginizmem)

Służby ratownicze poinformowały o zakończeniu akcji ratowniczej. (zgrzyta)

Premier i Prezydent Miasta (małymi literami) wyrazili głębokie współczucie rodzinom ofiar i zapowiedzieli wszelką, możliwą pomoc.

Firma budowlana „Budor” z Warszawy – główny wykonawca, (raczej myślnik, bo wtrącenia z obu stron mają mieć takie same znaki) jak i biuro projektowe S&S z Kielc, (zbędny przecinek) nie poczuwają się do odpowiedzialności za ewentualne błędy. ( :) za błędy muszą się czuć odpowiedzialni; mogą nie czuć się odpowiedzialni za zaistniałą sytuację, czyli nie przyznają się do błędów budowlanych)

Teraz chociaż będę miał pretekst (kolejny raz kłania się nie znajomość faktów i znaczeń – pretekst to fałszywa przyczyna, a tu nie ma pretekstu, bo dom handlowy faktycznie się zawalił, czyli to jest powód, a nie pretekst), żeby nie iść i żonę powstrzymać (a po co powstrzymywać; niech idzie i pomoże odgruzowywać).

S&S...S&S z Kielc. Coś mi dzwoni w głowie, kołacze, ale nie mogę sobie przypomnieć. Skądś znam tą nazwę? (a to nie Schutzstaffel? :D )

Plątał się wcześniej po jakiś (jakichś) biurach jako referent ds. czegoś tam. Rodzice uznali, że teraz będzie pracował w rodzinnym biznesie, na (chyba miało być 'no') a jak się zestarzeją...

Mimo to nie chodzi bynajmniej o zamiłowania Darka do jazdy na bicyklu, ale o szczegół mechanizmu napędu (napędowego) tego ustrojstwa. Konkretnie o pedały. (Znaczy homoseksualista? Pozostawiasz zbyt dużo niedomówień! – :) Nawka też miała wątpliwości)

(...) – mnie omiotła zimnym wzrokiem, rzucając jakieś zdawkowe „ (zbędna spacja) chow (to się pisze przez samo 'h' czyli 'how' – nie miałem angielskiego w szkole, a to wiem) do you do?” (kropka) Cholera!

Kątem oka zobaczyłem (przecinek) jak Mirek – asystent w katedrze arabistyki (dużymi literami) na UJ – wyciąga z plecaka wino marki patyk (dużą literą) i daje je Szeryfowi. Prosty murarz – Andrzej, (raczej myślnik – ciągle ta sama zasada: wtrącenia z obu stron maja mieć taki sam znak) zawsze był pod wpływem i urokiem Mirka.

Trochę frenetycznego hedonizmu, wolnego od drobnomieszczańskiej obłudy jest konieczne... (a myślnik gdzie?) Dalej już nie słyszałem, ale Andrzej zabrał się zębami za zerwanie plastikowego korka.

Chętnie przesiadłbym się do Toyoty, bo w BMW wiało od Eli rześkim powietrzem ze szczytowego okresu glacjalnego. I bynajmniej nie chodzi tu o podmuch z klimatyzacji! (Nawka ma rację – drętwe)

Może głupio byłoby mu po prostu zaproponować „szczeniaka” po drodze (w końcu poważny naukowiec), a tak mamy filozoficzno – psychologiczne (łącznie) uzasadnienie.

Na studiach w Krakowie poznał swoją żabcię i w zgodnym, acz grzesznym pożyciu z nią, otrzymał prezent od bociana, kijankę o imieniu bodajże Józef (żaba, bocian, kijanka – próbujesz na siłę być dowcipny jak Karol Strasburger)

– No, nareszcie!!! Przez Gdańsk jechaliście!? (?!)

– Szeryf!... o w mordę! Coś cię chwieje! – Andrzej wygramolił się z Toyoty (kropka) no (dużą literą) i dobrze!

He, He (śmiech – cha, che, cho, chi – zapisujemy z 'ch') – dobre, co? – sam (dużą literą) już chyba był po wstępnej rozgrzewce.(spacja a po myślniku dużą literą – jak można pisać małą literą po kropce?!)– jutro u nas dożynki, to poimprezujecie po wsiowemu.

Chyba dobrze zrobił Jarek (przecinek) umiejscawiając Józiokijankę w jej brzuchu (to się robi żałosne).

(zbędna spacja) No to za stare czasy!...”, „...za spotkanie”, „ (zbędna spacja) za tych, co nie mogą!” itd.

Gdyby historia cywilizacji potoczyła się tropem nie myśliwego – wojownika (łącznie), a matriarchatu, mielibyśmy taką samą ilość burdeli, w których swe wdzięki prezentowaliby dwudziestoletni Adonisi.

Siedzieliśmy w piątkę przy stole: ja, Ela, Rysio i dwóch autochtonów (o ile przybijanie czołem gwoździa w blat można nazwać siedzeniem!), bo przed chwilą ten trzeci przyszły, prawny a szczęśliwy, przyszłościowy tatuś, (bardziej tego zagmatwać nie można było?) zsunął się z ławy (przecinek) mamrocząc (...)

– Może Państwo (mała literą) chcecie się położyć? Basia przygotowała pokoje na piętrze. Poszła z Jarkiem i waszą koleżanką (przecinek) i kolegą na zabawę we wsi.

I znowu robię sobie przerwę. Nie wiem, kiedy dokończę.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#10
Ale co to jest ten kod i gdzie on jest!!!
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Fantasy Kilka opowiadań Eson 14 6,954 03-09-2011, 23:48
Ostatni post: Naxster

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości