Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Kapłan
#1
Cóż, wcześniej już zamieszczałem pierwszy rozdział, ale stwierdziłem, że napiszę go inaczej. Jestem już podczas pisania ostatniego rozdziału, a jest ich 3. Wyjdzie może z 20-25 stron A4. Ot co, takie krótkie opowiadanko. Poniżej zamieszczam wam wstęp + rozdział I. Miłego czytania!

[chapter]Wstęp + Rozdział I[/chapter]
[chapter]Rozdział II[/chapter]


Wstęp


Coś wisiało w powietrzu, zdawało się ono ciężkie, jakby z każdym wdechem ciążyło w płucach. Dzień, a raczej poranek, nie należał do tych spokojnych. Słońce zalewało żarem wszystko w obrębie doliny, nad którą wisiało.
Niespodziewanie ziemia zaczęła się trząść, zbocze góry osunęło się i ze szczytu poleciały ogromne głazy, zmierzając wprost do doliny. Drzewa łamały się pod naporem nieznanej siły, spadając jedno po drugim. Niebo momentalnie pokryło się jaskrawozieloną barwą. I miasto Caen zamieniło się w ogromne pogorzelisko…


Rozdział I

Vladik otworzył oczy. W całym pomieszczeniu panował mrok i przeszywający kości chłód. Próbował się poruszyć, lecz po chwili spostrzegł, że jego ręce oraz nogi uwięzione są w łańcuchach, a on sam wisi co najmniej metr nad ziemią. Jakby tego było mało, na jego łysinę co jakiś czas spadała kropelka wody. Na początku nie było to uciążliwe, lecz po pięciu minutach stało się nie do zniesienia. Temperament kapłana, z którym tak ostatnio walczył, znowu dał się we znaki.

Rozejrzał się. Pomieszczenie nie było wielkie, a co godne uwagi, całkowicie puste. Oprócz Vladika, drzwi i łańcuchów nie znajdowało się tam zupełnie nic. Ściany zostały niedbale wyłożone kamieniem, który gdzieniegdzie porastał już mchem. W całym pokoju, bądź raczej celi, unosił się nieprzyjemny zapach wilgoci i co najgorsze, ludzkich odchodów. To miejsce zdecydowanie nie należało do tych przyjemnych, które przyszło odwiedzać kapłanowi. Na korytarzu paliły się pochodnie, stanowiąc jedyne źródło światła.

Z oddali dobiegł go dźwięk czyichś kroków, po chwili drzwi otwarły się i ukazał się w nich barczysty mężczyzna o lekko skrzywionym nosie. Pierwsze, co rzucało się w oczy to czarne, krzaczaste brwi zawieszone nad zielonymi oczyma. Wargi miał popękane i suche. Ubrany był natomiast w grubą, aksamitną sukmanę, a na głowie zawiązaną chustę w czarnym kolorze, przykrywającą siwiznę. Brzuch natomiast przepasany szerokim pasem o żółtozłotym zabarwieniu. Zbliżył się do kapłana.
– Pewnie wiesz, dlaczego tu jesteś – wycedził przez zęby.
Vladik poczuł odór wydobywający się z jego ust.
– Nie mam z tym nic wspólnego! Wypuść mnie, psie, to porozmawiamy inaczej – krzyknął ze złością.
– Bez wątpienia. Ale jak widzisz, sytuacja jest trochę inna. Chyba pozwolisz, abym zadał ci kilka pytań? – Wyszczerzył zęby w szyderczym uśmiechu.
Kapłan nie odpowiedział.
– Pewnie wiesz, co się przydarzyło nad Caen, w końcu czegoś tam szukałeś. Spokojnie, kapłanie, nie interesuję mnie cel twojej podróży.
– A zatem co? – przerwał mu Vladik.
– Wiesz kto to Regon? Znana wszystkim postać. Opracował pierwsze zaklęcia magiczne, a raczej pierwsze formuły – zamyślił się przez chwilę. – Ostatnio prowadził pewne badania, z tego, co nam wiadomo dotyczyły pól elektromagnetycznych. Najwyraźniej coś poszło nie tak, jak sam pewnie wiesz. Jak się potem okazało, zbiegł dwa dni po wydarzeniu. Przypadek? – dokończył.
– A co ja mam z tym wspólnego? Nie obchodzą mnie magowie i ich sprawy.
– W zaistniałej sytuacji? Bardzo dużo. Widzisz, nasz wielce czcigodny król Messarin, władca północnego Xivenbergu, powołał specjalną instytucję. Czas czarodziei i kapłanów minął. Trwają masowe pogromy.
– Dalej do jasnej cholery nie wiem, czego wy ode mnie chcecie.
– Widzisz, wy czarodzieje nie jesteście aż tak głupi, jak uważa król Messarin. Regon wymordował już co najmniej setkę moich ludzi. A jak mówią, ogień najlepiej zwalczać ogniem.
– Mamy robić za waszych zabójców? Pieprz się. – W tej chwili kapłan siarczyście splunął mu na twarz.
Agent otarł policzek. Po czym z całą siłą uderzył Vladika, tak, że przez chwilę nie mógł dojść do siebie.
– Nawet nie wiesz, cholerny kapłanie, jaką przysługę wam wyświadczam. Nie zginiecie od naszego kata tylko dlatego, że możecie nam pomóc.
– My?
– Cóż, sam byś tej misji nie podołał.
– A skąd pewność, że nie ucieknę, co? – uśmiechnął się niedbale.
– Jutro się dowiesz – skierował się w stronę wyjścia. – Przy okazji, jestem Valael.

Drzwi zamknęły się z hukiem. Słychać było tylko oddalające się kroki, a kapiąca woda znów dała o sobie znać. Mimo wszystko najbardziej irytujący był brak świadomości, czy jest obecnie dzień, czy noc. Lekko oszołomiony Vladik nie miał już siły na nic, głowa osunęła mu się powoli i zapadł w głęboki sen.

*

Obudził się, nie wiedząc, ile czasu minęło. Spostrzegł jedynie, że jest jeszcze bardziej wycieńczony niż wcześniej. Trząsł się z zimna, prosta, biała tunika nie powstrzymywała bijącego zewsząd chłodu. Czarne spodnie też nie były najlepszej jakości, w wielu miejscach poszarpane i brudne.

Nagle usłyszał dźwięk otwierającego się zamka. W drzwiach ukazał mu się Valael w towarzystwie dwóch zbrojnych. Zdjęli go z łańcuchów. Vladik podjął próbę samodzielnego stania na nogach, jednak zakończyła się ona niepowodzeniem. Zakręciło mu się w głowie i runął całym ciężarem na ziemię. Żołdacy podnieśli go i przez większość drogi musieli nieść. Lochy były pokaźnej wielkości, choć w większości puste. W innych częściach podziemi nie paliły się pochodnie, co mogło świadczyć o tym, że rzadko kto tu zagląda. W końcu opuścili ponure miejsce. Oczom Vladika ukazała się duża rezydencja.

Korytarze, którymi podążali, były zawiłe i szerokie, pokryte czerwonymi dywanami. Większość przejść była obstawiona dwoma lub trzema strażnikami. Gdzie jak okiem sięgnąć, straże patrolowały teren. Był środek dnia, ogromne okna, których także było wiele, wpuszczały ciepłe powietrze, które stanowiło miłą odmianę. Pokonali jeszcze parę schodów i znaleźli się na drugim piętrze, gdzie miejsca zajmowały pokoje mieszkalne. Do jednego z nich zaprowadzono kapłana.
– Wykąp się i przebierz. Jak skończysz, zapukaj trzy razy – rzekł Valael.
Wojacy wrzucili go do pokoju, Vladik upadł na kolana.
Został całkowicie sam. Pomieszczenie było przestronne. W środku znajdowało się duże, dwuosobowe i pościelone łóżko, nad którym został zawieszony zielony baldachim. Zaraz obok niego komoda z wieloma szafkami, na której ustawiona była woskowa świeczka. Dalej natomiast wejście na balkon. Vladik wstał powoli i rozejrzał, jego uwagę przykuły obrazy, których w tym pomieszczeniu było kilka. Jeden zaraz pod baldachimem, na ścianie, prezentował chłopów w polu zbierających żniwo. Obok drzwi balkonowych wisiało malowidło przedstawiające scenę bitewną. Pod względem tematyki i techniki różniły się od siebie diametralnie.

Kapłan podszedł do balkonu, szarpnął jeden raz, potem drugi. Zamknięte, pomyślał. Odwrócił się, zaczął wodzić wzrokiem po suficie i ścianach. Znajdowało się tam także drugie pomieszczenie, z którego wydobywało się przyjemne ciepło. Gdy tam wszedł, jego oczom ukazała się łaźnia, na środku której stała ogromna misa z wodą. Za nic nie dało się jej poruszyć. Buchała z niej tylko para wodna, wręcz paraliżując swoim ciepłem.

Dłużej się nie zastanawiał, zdjął z siebie ubrania, a raczej ich pozostałości. Był cały brudny, włożył rękę do wody i od razu ją wyjął. Nie była ona gorąca, to był wrzątek. Poczekał jeszcze jakiś czas, po czym wszedł ostrożnie. Od dawna nie zażywał kąpieli, ta była dla niego zbawieniem. Rozejrzał się po łazience, nieopodal na kołku leżał jego stary, czarny habit. Biały szkaplerz oraz równie czarny kaptur zawieszone były obok. Wytarł się, ubrał i skierował do drzwi. Chwilę potem zapukał.
Drzwi otworzył jeden z żołnierzy, którzy wcześniej prowadzili go do pokoju. Tym razem zastali Vladika umytego i przyodzianego w prosty, lecz budzący respekt habit. Mimowolnie rzucił na nich groźne spojrzenie, ponieważ dalej nie wiedział, w jakim celu się tutaj znajduje i co się z nim stanie w najbliższym czasie. Strażnik zaprowadził go na niższe piętra, gdzie słychać było krzątające się osoby. Stanęli przed wielkimi drzwiami ze złotymi wstawkami, konieczne było, aby otwierały je dwie osoby. Oczom kapłana ukazała się ogromna sala balowa, w której na środku stał długi na parę metrów stół, co ważne, zastawiony. Siedziało przy nim parę osób, w tym Valael.
– Wejdź, kapłanie, zajmij miejsce – zaprosił go gestem ręki.

Vladik usiadł na wolnym miejscu. Jedzenie pachniało wspaniale. Cztery rodzaje serów, świeżo wypieczone chleby, brzoskwinie, winogrona, wina i masa innych smakołyków. Brzuch kapłana odezwał się, burcząc przeciągle. Nikt jeszcze nie skosztował jedzenia, ciszę przerwał Regon.

– Pewnie zastanawiacie się, co tutaj robicie. W sumie powinniście dawno wisieć – podjął.
– Do rzeczy – przerwał Vladik.
– Najpierw was sobie przedstawię. Ta młoda, piękna kobieta nazywa się Sabeth. Niezrzeszona czarodziejka z nadmorskiego miasta Kewick, z północy.
Kobieta odgarnęła przydługie blond włosy i dumnie zadarła głowę.
– Ten oto człowiek nazywa się Cytio. Pochodzi…
– Znam go. Znany uczony, filozof, fizyk i biolog. Pochodzi ze stolicy, Olswood. Pracował na uniwersytecie Nula. Posądzony o używanie magii, a następnie wyrzucony. – Vladik spojrzał na niego z zaciekawieniem.
– T-tak, t-t-to ja. We-we własnej osobie.
Cytio odruchowo poprawił okulary i odgarnął czarne włosy lepiące się do jego twarzy. Najwidoczniej jemu nie zaoferowano usługi w postaci kąpieli. Musiał przybyć przed chwilą.
– I na końcu Vladik. Kapłan trzeciej nacji, kalickiej, o ile mnie pamięć nie myli. Niedawno ślubowany – dokończył Valael.
Vladik podniósł na niego wzrok, w jego oczach widać było zdziwienie.
– No! To zebrała nam się kompanija! Jakiś fanatyk i nie umiejący się wysłowić naukowiec. Co ja tutaj robię. – Sabeth schowała twarz w dłonie i oparła się o stół – Już lepiej mnie powieście…
– Cóż, jeszcze nie czas, bardzo mi się przydacie. Ale może zacznę od początku. Każde z was pewnie wie co zdarzyło się w Caen tydzień temu. Od tamtego czasu, powołano specjalną instytucje. Nazywa się nas Catunami. Słowo to pochodzi od ludzkiego „kat”, jednak my tępimy magię i tak się przyjęło. Podzielono nas na oddziały i ja mam przyjemność dowodzić jednym z nich.
– Daruj sobie, człowieku, powieś nas, może zdążymy przed zachodem słońca. – Podniosła się młoda czarodziejka.
– To nie takie proste. – Valael spojrzał na nią. – Jesteście mi potrzebni. Ostatnio dotarły nas informacje o ruchach Regona, wyznaczono za niego nagrodę. Cóż, jakby nie spojrzeć, sprawa jest prosta. Ja zgarnę pieniądze, wam daruję życie. Czy to nie brzmi wspaniale?
Vladik i Cytio nadal milczeli.
– Myślisz, że dla ciebie będziemy go ścigać? Chyba oszalałeś, pieprz się – warknęła czarodziejka.
– Na taką okazję także się przygotowałem. Z pewnością, Sabeth, twoi pacjenci i dzieci tęsknią. A eliksiry, które wytwarzasz, dużo kosztują.
– A niech cię… – urwała w połowie zdania.
– Natomiast ty, Vladik… Cóż, ojciec Penn nie byłby zadowolony, gdyby zamiast wieści o Caen, przywieźliby twoją głowę. Nieprawdaż? – Uśmiechnął się szyderczo.
– A ja je-je-jestem na o-o-ochotnika – wtrącił Cytio.
– Nikt nie pytał, stul dziób. Cóż, sprawa jest prosta. Zabijecie Regona i przywieziecie mi jego głowę, ja dostanę pieniądze, wy wolność i na zawsze nasze drogi się rozejdą. Czy to nie brzmi interesująco? No, chyba, że wolicie wisieć na szafotach? – dokończył Valael.
– Innego wyjścia nie mamy. – We Vladiku krew aż wrzała, choć starał się to ukryć.
– Czyś ty oszalał, kapłanie!? – krzyknęła czarodziejka. – co to za chora i niedorzeczna propozycja. – Uderzyła pięścią o blat stołu, aż wszystkie misy podskoczyły.
– W takim razie idź wisieć na szafocie, pieprzona czarodziejko. Zresztą, nie potrzebuję pomocy tych tutaj – powiedział ze spokojem Vladik.
– W takim razie macie problem. Cytio jedzie obowiązkowo, przyda się, na pewno. Sabeth, chyba nie masz innego wyjścia. Ale zawsze możesz powiedzieć, to spełnię twoje życzenie i zawiśniesz, jeszcze przed zachodem. Nie robi mi to wielkiej różnicy. – Valael usiadł na fotelu.
Chwycił soczystą brzoskwinię i ugryzł, aż sok popłynął mu po palcach. Czarodziejka usiadła, nie odzywając się już.
– No, zjedzcie porządnie. Na zewnątrz już przygotowują dla was konie i oporządzenie, plany także tam poznacie.
Kapłan i czarodziejka niechętnie zabierali się do jedzenia, lecz w końcu apetyt wziął górę. Chwycili jedzenie, które mieli pod ręką, i zapomnieli się kompletnie.


*

Była może czternasta. Słońce świeciło całą swoją mocą. Cytio siedział już na koniu, klacz niechętnie parskała i nerwowo ruszała się w miejscu. Naukowiec najwyraźniej nie umiał się obchodzić z końmi. Czarodziejka i kapłan stali przy dwóch pozostałych. Valael rozmawiał wraz z dwójką żołnierzy, wymachując rękoma i wskazując coś na mapie.
– Co my tu robimy, kapłanie, ta sprawa śmierdzi na kilometr! – szepnęła Sabeth.
– Jeśli jedno zapewnienie o podjęciu wykonania zadania wystarczy, aby wypuścił nas poza mury posiadłości, to jestem w stanie zgodzić się na wszystko – odrzekł kapłan.
– To szaleństwo, słyszałeś, co wie. – Czarodziejka spojrzała w jego kierunku.
Więcej powiedzieć nie zdążyli, Valael i żołdacy zbliżyli się do nich. Stojący obok właściciela posiadłości wojownicy byli dobrze wyposażeni. Długie kolczugi sięgały im do kolan, na torsie nosili lamelkowe zbroje. Ręce zdobiły im grube, skórzane rękawice. Zaraz nad nimi stalowe karwasze, które błyszczały teraz w promieniach górującego słońca.
– Sige i Robert będą wam towarzyszyć. Dobrze walczą, z pewnością się przydadzą. Sige to ten młodszy, Robert to ten ze szramą. – Spojrzał na niego z lekkim uśmiechem.
– Tylko tego brakowało… – wymamrotała Sabeth.
– Oni znają plan podróży, tyle wystarczy wam wiedzieć. Rychło wyruszajcie, szkoda marnować czas – skończył Valael.
Odwrócił się na pięcie i spokojnym krokiem poszedł w stronę ogrodów, z pewnością zaczerpnąć powietrza. Cytio nadal próbował uporać się z koniem, gdy pozostała czwórka patrzyła na siebie. W końcu Robert, ten ze szramą, podszedł do kapłana i patrząc prosto w oczy, zaczął swoją mowę.
– Posłuchaj no, kapłanie. Ja się na żadną misję nie pisałem, może i jesteśmy waszymi strażnikami, ale wiedz, że karku nadstawiać za ciebie nie będę – syknął.
– Hej, spokojnie, Robert. Od teraz w końcu łączy nas wspólna sprawa, póki taki stan rzeczy się utrzymuje, nie warto się spierać – powiedział pojednawczo Sige.
Klacz Cytia dalej parskała nerwowo i tańczyła w miejscu.
– Hej, patrzajta, naukowiec od siedmiu boleści, a konia uspokoić nie może. Włóż w to trochę krzepy! Coś taki cherlawy, to koń, nie pies. – Sabeth roześmiała się mimowolnie.
Cytio rzucił jej gniewne spojrzenie.
– Dobra, dobra, nie czas na pogaduszki. Im prędzej to załatwimy, tym lepiej. – rzucił Robert, wsiadając na gniadego rumaka. Reszta koni była podobnej maści.
– Valael mówił, że to wy macie plany – rzekł Vladik.
– Wsiadać na konie, natychmiast. Plany będę wam zdradzał stopniowo, nie czas teraz na to. Ruszymy leśnym duktem, potem zboczymy w jary i dojdziemy do rzeki Os. Następnie się przez nią przeprawimy, dalej powiem, co i jak.
Sabeth skrzywiła się, lecz nic nie opowiedziała.
W końcu wszyscy siedzieli na koniach. Klacz naukowca ociągała się, nie chciała słuchać, lecz udało się ją ujarzmić. Wszyscy byli w drodze. Przekroczyli bramy i ruszyli leśnym duktem. Drzewa tu były wysokie, a liście sporej wielkości. Był środek lata, słońce grzało jak szalone. Trakt był dobrej jakości, nieźle ubity, widać często po nim jeżdżono. Przez większość drogi towarzyszył im śpiew ptaków.

Potem nie było tak kolorowo. Zboczyli w wąskie jary, konie nie były zdolne jechać, dlatego musieli z nich zejść i prowadzić za wodze. Było to zadanie nadzwyczaj trudne. Drogę często zagradzały zwalone pniaki, na tyle grube, że zwierzęta nie mogły ich przeskoczyć. Byli zmuszeni obchodzić przeszkody naokoło. Jar był w miarę szeroki, lecz jego zbocza ostre. Konie od czasu do czasu potykały się i odmawiały posłuszeństwa. Na twarzy wędrowców było widać pot. Sabeth ganiła konia za każdy popełniony błąd, Robert klął plugawo. Sige i Cytio prowadzili jakąś rozmowę, bodaj na temat roślin. A Vladik siedział cicho, nasłuchiwał.

W końcu dotarli do rzeki, na pierwszy rzut oka płytkiej. Mimo to nurt rwał mocno w dół. Brzegi obsypane były masą kamieni. Puścili konie, aby się napoiły. Sami mogli w tym czasie odpocząć. Robert zaczął przeglądać mapę, po czym rzekł:
– Przeprawimy się tutaj. Potem, ruszymy w dół rzeki. Gdy las się skończy, na polach ujrzymy miasto Cheywick. Tam ponoć widziano Regona, zaczerpniemy informacji.
– Nie radzę – rzucił Vladik.
– Co tam mówisz, kapłanie? Głośniej, śniadania nie jadłeś? – Robert parsknął pogardliwie.
– Każdy głupek wie, że Os to siedlisko bandytów. Pływają łajdaki tu i tam. W innych częściach, rzeka jest głębsza, co nie znaczy, że szersza, a lasy gęste. Często przeprawiają się przez nią, gubiąc pościgi – zripostował kapłan.
– Paru więźniów się boisz, kapłanie, hę?
– Jak ich sam rozplatasz, to czemu nie, możemy iść.
Patrzyli sobie prosto w oczy. Sabeth robiła coś przy wodzie, a Sige i Cytio nadal byli pochłonięci rozmową.
– W takim razie co proponujesz? Jak takiś obeznany.
– Wspominałem już, lasy są gęste, ruszmy nimi. Jeśli rzeka dalej jest nadal wartka, będzie ją słychać, lasem jedźmy, bezpieczniej tam. Tu na otwartym terenie stanowimy łatwy cel.
– Niechaj tak będzie. Ale jeśli się zgubimy, to własnoręcznie cię wypatroszę.
– O ile zdołasz… – rzucił Vladik, tym razem pod nosem.

*

Jechali ospale, a przede wszystkim wolno. Roiło się tu od drzew. Tym razem panowała grobowa cisza, rzekę rzeczywiście było słychać, to znaczy, że wcale nie jechali daleko. Nagle coś się poruszyło. Kolumna stanęła.
– Cholera, bandy… – nie dokończył Robert.
Koń zarżał przeraźliwie. Wokół jego nóg oplątały się nieznanego pochodzenia liany. Było ich więcej, ciągnęły w ich stronę. Zwierzę z piskiem i dźwiękiem łamanych kości runęło na ziemię, zwalając Roberta. Sige zeskoczył z konia, wyjął z pochwy miecz. Stal błysnęła skąpana w słońcu. Zaczął ciąć, lecz to nie przyniosło skutku, liany ani drgnęły. Robert zdążył się podnieść.
– Uciekamy, psiamać, uciekamy! – krzyknął.
Cytio chował teraz głowę między kolanami, siedząc obok swojego konia. Cały drżał i łkał, wołając o pomoc. Sige chwycił go i posadził na swojego rumaka, po czym ruszyli czym prędzej do przodu. Nieważne było, przed czym uciekają, konie zostawili daleko w tyle, słysząc tylko ich przeraźliwe rżenie. To było coraz bliżej.
– Cholera, kapłanie, niech cię piekło pochłonie! – krzyknął Robert w biegu.
Więcej nie zdążył powiedzieć. Jeden z lianów nadszedł niespodziewanie z góry, oplątał się wokół jego szyi i Robert zawisnął, dygocząc, próbował wołać o pomoc. Sige ponownie próbował ciąć, krzycząc ile sił, ciął raz za razem. To na nic. Był bezsilny.
– Cholera, chodźże no! To koniec! – ponagliła Sabetha, oglądając się.
Sige ostatni raz spojrzał na konającego towarzysza, po czym ruszył za nimi. Reszta lianów oplątała się wokół Roberta, tworząc zielony kokon. Reszta wybiegła z lasu, znowu ujrzeli rzekę. Zdyszani spoczęli na jej brzegu.
– Wiedziałeś, wiedziałeś, co tam jest, byłeś tu, kapłanie, ty cholerna zarazo. Jeździłeś w te rejony – wydusiła z siebie Sabetha.
– Cóż, wysyłają nas w różne rejony po zioła i różne medykamenty – odpowiedział ze spokojem.
– Zioła!? To były według ciebie zioła!? Zabójcze te wasze medykamenty i zioła – podjęła dyskusję Sabetha.
Vladik poczuł od tyłu ostrze na gardle.
– Co to było, kapłanie, gadajże no! – Głos Sige’a załamał się.
– Pewne rzadkie rośliny z gatunku Enoryplis. Można powiedzieć, żyjące. Potrafią złapać człowieka i owinąć go w kokon, a potem żywić się nim przez kolejny miesiąc.
Cytio zwymiotował do rzeki. Sige opuścił miecz, upadł na kolana i opuścił głowę.
– Co ja tu robię, do jasnej cholery. Nie powinno mnie tu być, ani Roberta. – W jego głosie słychać było rezygnację.
– Sprytnie wymyślone kapłanie. Co teraz poczniemy? – spytała czarodziejka.
– Znajdziemy Regona na własną rękę – odpowiedział.
– Jak to!? To po jakiego biesa go zabiłeś? – zdumiała się Sabetha.
– Nie zrozumiesz. Zresztą… Nie był nam potrzebny…
Kapłan odsunął się dalej i nabrał czystej wody do manierki. Spojrzał w dół rzeki, po czym rzekł:
– No cóż, ruszamy do Cheywick. Czas nagli.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(31-08-2014, 17:09)Yerzay napisał(a): Agresywne przysposobienie(Nie pasuje mi to słowo, tutaj definicje: http://sjp.pwn.pl/szukaj/przysposobienie) i temperament kapłana, z którym tak ostatnio walczył, znowu dały się we znaki.

Oprócz Vladika, drzwi i łańcuchów,(bez przecinka) nie znajdowało się tam zupełnie nic. Ściany zostały niedbale wyłożone brukiem(Brukiem wykłada się ulice, do ścian bardziej pasuje "wyłożone kamieniem/cegłą" czy coś takiego), który gdzieniegdzie porastał już mchem.

Pierwsze(przecinek) co rzucało się w oczy,(bez przecinka) to czarne, krzaczaste brwi zawieszone nad zielonymi oczyma. Wargi miał popękane i suche. (...) Na głowie miał zawiązaną chustę w czarnym kolorze, przykrywająca(ą) siwiznę.

– Nie mam z tym nic wspólnego! Wypuść mnie(przecinek) psie, to porozmawiamy inaczej.(bez przecinka) – krzyknął ze złością(kropka)

– Pewnie wiesz, co się przydarzyło nad Caen, w końcu czegoś tam szukałeś. Spokojnie (przecinek)kapłanie, nie interesuję mnie cel twojej podróży.

– (...)Opracował pierwsze zaklęcia magiczne, a raczej,(bez przecinka) pierwsze formuły – zamyślił się przez chwilę(kropka) (zbędny akapit)– Ostatnio prowadził pewne badania, z tego(przecinek) co nam wiadomo, (bez przecinka) dotyczyły pól elektromagnetycznych.

– (...)Widzisz, nasz wielce czcigodny król Messarin, władca północnego Xivenbergu, powołał specjalną instytucje(ę).

– (...) A jak mówią, ogień, (bez przecinka) najlepiej zwalczać ogniem.

– Mamy robić za waszych zabójców? Pieprz się. – w(W) tej chwili kapłan siarczyście splunął mu na twarz.

– (...) Nie zginiecie od naszego kata, (bez przecinka) tylko dlatego, że możecie nam pomóc.

– Jutro się dowiesz – skierował się w stronę wyjścia(kropka) – Przy okazji, jestem Valael.

Mimo wszystko, (bez przecinka) najbardziej irytujący był brak świadomości, czy jest obecnie dzień, czy noc.

Obudził się, nie wiedząc(przecinek) ile czasu minęło.

Zakręciło mu się w głowie i runął całym ciężarem na ziemie(ę).

Korytarze, którymi podążali(przecinek) były zawiłe i szerokie, pokryte czerwonymi dywanami. Większość przejść była obstawiona dwoma lub trzema strażnikami. Gdzie (Jak)okiem sięgnąć, straże patrolowały teren. Był środek dnia, ogromne okna, których także było wiele, wpuszczały ciepłe powietrze, które stanowiło miłą odmianę. (...) Do jednego z nich zaprowadzono Kapłana(z małej litery – kapłan to nie jest nazwa własna).

– Wykąp się i przebierz. Jak skończysz, zapukaj trzy razy.(bez kropki) – rzekł Valael.

W środku znajdowało się duże, dwuosobowe i pościelone łóżko, nad którym został zawieszony zielony baldachim. Zaraz obok niego komoda z wieloma szafkami, na której ustawiona była woskowa świeczka. Dalej natomiast, (bez przecinka) wejście na balkon.

Jeden zaraz pod baldachimem, na ścianie, prezentował chłopów w polu, zbierających żniwa.(Zbierać można żniwo albo plon, nie żniwa.) Obok drzwi balkonowych,(bez przecinka) malowidło przedstawiające scenę bitewną. (Brakuje tutaj czasownika – co z tym malowidłem?) Pod względem tematyki i techniki,(bez przecinka) różniły się od siebie diametralnie.

Mimowolnie rzucił na nich groźne spojrzenie, ponieważ dalej nie wiedział, w jakim celu się tutaj znajduję(e) i co się z nim stanie w najbliższym czasie.

– Wejdź(przecinek) kapłanie, zajmij miejsce.(bez kropki) – zaprosił go gestem ręki.

Vladik usiadł w (na) wolnym miejscu.

– Pewnie zastanawiacie się, co tutaj robicie. W sumie, (bez przecinka)powinniście dawno wisieć. (bez kropki)– podjął.
– Do rzeczy. (bez kropki)– przerwał Vladik.
– Najpierw was sobie przedstawię. Ta młoda, piękna kobieta, (bez przecinka)nazywa się Sabeth.

– Ten oto człowiek, (bez przecinka)nazywa się Cytio. Pochodzi…
–(...) Pracował na uniwersytecie Nula. Osądzony(Lepiej "posądzony") o używanie magii, a następnie wyrzucony. – Vladik spojrzał na niego z zaciekawieniem.

Cytio odruchowo poprawił okulary i odgarnął czarne włosy,(bez przecinka) lepiące się do jego twarzy.

– I na końcu, (bez przecinka) Vladik. Kapłan trzeciej nacji, Kalickiej(To przymiotnik, więc z małej litery), o ile mnie pamięć nie myli. Niedawno ślubowany. (bez kropki)– dokończył Valael.

– No! To zebrała nam się kompanija! Jakiś fanatyk i nie umiejący się wysłowić naukowiec. Co ja tutaj robię (kropka)– Sabeth schowała twarz w dłonie i oparła się o stół(kropka) – j(J)uż lepiej mnie powieście…

– (...) Każde z was pewnie wie, co zdarzyło się w Caen, (bez przecinka) tydzień temu. Od tamtego czasu, (bez przecinka) powołano specjalną instytucje(ę). Nazywa się nas Catunami. Słowo to pochodzi od ludzkiego „kat”, jednak my tępimy magie(ę) i tak się przyjęło.

– Daruj sobie, człowieku, powieś nas, może zdążymy przed zachodem słońca. – p(P)odniosła się młoda czarodziejka.
– To nie takie proste(kropka) – Valael spojrzał na nią (kropka)– Jesteście mi potrzebni.

– Myślisz, że dla ciebie będziemy go ścigać? Chyba oszalałeś, pieprz się. (bez kropki)– warknęła czarodziejka.
– Na taką okazję także się przygotowałem. Z pewnością(przecinek) Sabeth, twoi pacjenci i dzieci tęsknią.

– Natomiast ty (przecinek)Vladik…

– A ja,(bez przecinka) je-je-jestem na o-o-ochotnika. (bez kropki) – wtrącił Cytio.

– (...) Czy to nie brzmi interesująco? No (przecinek) chyba,(przecinek) że wolicie wisieć na szafotach? – dokończył Valael.

– Czyś ty oszalał (przecinek)kapłanie!? – krzyknęła czarodziejka(kropka) – c©o to za chora i niedorzeczna propozycja. – Uderzyła pięścią o blat stołu, aż wszystkie misy podskoczyły.

– (...) Z resztą(Zresztą), nie potrzebuję pomocy tych tutaj.(bez kropki) – powiedział ze spokojem Vladik.

Chwycił soczystą brzoskwinię i ugryzł, aż sok popłynął mu po palcach. (zbędny akapit)Czarodziejka usiadła, nie odzywając się już.

Chwycili jedzenie (przecinek)które mieli pod ręką(przecinek) i zapomnieli się kompletnie.

– Co my tu robimy(przecinek) kapłanie, ta sprawa śmierdzi na kilometr! – szepnęła Sabeth.
– Jeśli jedno zapewnienie o podjęciu wykonania zadania wystarczy, aby wypuścił nas poza mury posiadłości, to jestem w stanie zgodzić się na wszystko. (bez przecinka)– odrzekł kapłan.
– To szaleństwo, słyszałeś (przecinek)co wie. – Czarodziejka spojrzała w jego kierunku.

Stojący obok właściciela posiadłości wojownicy, (bez przecinka) byli dobrze wyposażeni.

– (...) Sige,(bez przecinka) to ten młodszy, Robert to ten ze szramą. – s(S)pojrzał na niego z lekkim uśmiechem.

– Oni znają plan podróży, tyle wystarczy wam wiedzieć. Rychło wyruszajcie, szkoda marnować czas.(bez kropki) – skończył Valael.

Cytio nadal próbował uporać się z koniem, gdy pozostała czwórka patrzyła się (zbędne) na siebie. W końcu Robert, ten ze szramą, podszedł do kapłana i patrząc prosto w oczy (przecinek)zaczął swoją mowę.

– (...) Ja się na żadną misję nie pisałem, może i jesteśmy waszymi strażnikami, ale wiedz, że karku nadstawiać za ciebie nie będę. (bez kropki) – syknął.
– Hej, spokojnie (przecinek)Robert. Od teraz w końcu łączy nas wspólna sprawa, póki taki stan rzeczy się utrzymuję(e), nie warto się spierać.(bez kropki) – powiedział pojednawczo Sige.

Klacz Cytia dalej parskała nerwowo i nerwowo tańczyła w miejscu.

– Dobra, dobra, czas(A nie "nie czas"? Reszta zdania tak by sugerowała) na pogaduszki. Im prędzej to załatwimy, tym lepiej. (bez kropki)– rzucił Robert, wsiadając na gniadego rumaka.

– Valael mówił, że to wy macie plany. (bez kropki) – rzekł Vladik.
Sabeth skrzywiła minę (Nie można skrzywić miny, można skrzywić/wykrzywić się. I potem to "w grymasie" zbędne.) w grymasie, lecz nic nie powiedziała.

Drzewa tu były wysokie, a liście sporej wielkości. Był środek lata, słońce grało(Grało? Czy "gnało"? I jedno, i drugie mi średnio pasuje. "Gnało" mogłoby być, ale moim zdaniem lepiej nie samodzielnie, a w czymś podobnym do tego: zdawało im się, że słońce gnało jak szalone") jak szalone. Trakt był dobrej jakości, nieźle ubity, widać często po nim jeżdżono.

Było to zadania(e) nadzwyczaj trudne. Drogę często zagradzały zwalone pniaki, na tyle grube, że zwierzęta nie mogły ich przeskoczyć. Byli zmuszeni obchodzić przeszkody naokoło. (...) Konie od czasu do czasu potykały się i odmawiały posłuszeństwa. Na twarzy wędrowców było widać pot. Sabeth ganiła konia za każdy popełniony błąd, Robert klął plugawo.

Mimo to, (bez przecinka) nurt rwał mocno w dół.(...) Robert zaczął przeglądać mapę, po czym rzekł.(dwukropek zamiast kropki)

– Przeprawimy się tutaj. Potem,(bez przecinka) ruszymy w dół rzeki.

– Nie radzę. (bez kropki)– rzucił Vladik.
– Co tam mówisz, kapłanie? Głośniej, śniadania nie jadłeś? – Rober(Robert) parsknął pogardliwie.

– Każdy głupek wie, że Os to siedlisko bandytów. Pływają łajdaki,(bez przecinka) tu i tam. W innych częściach, (bez przecinka) rzeka jest głębsza, co nie znaczy, że szersza, a lasy gęste. Często przeprawiają się przez nią, gubiąc pościgi. (bez kropki)– zripostował kapłan.

– (...)Jeśli rzeka jest dalej jest nadal wartka, będzie ją słychać, lasem jedźmy, bezpieczniej tam. Tu na otwartym terenie, (bez przecinka) stanowimy łatwy cel.

Nagle coś się poruszyło, krzaki poruszyły się.

Wokół jego nóg oplątała(oplątały) się nieznanego pochodzenia liany. Było ich więcej, ciągnęły w ich stronę. Zwierzę z piskiem i dźwiękiem łamanych kości runęło na ziemie(ę), zwalając Roberta. (...) Zaczął ciąć, lecz to nie przyniosło skutku, liany ani tknęły(drgnęły).

– Uciekamy, psia mać(psiamać), uciekamy.(bez kropki) – krzyknął.

Nieważne było (przecinek) przed czym uciekają, konie zostawili daleko w tyle, słysząc tylko ich przeraźliwe rżenie.

– Cholera (przecinek)kapłanie, niech cię piekło pochłonie! – krzyknął Robert w biegu.
Jeden z lianów nadszedł niespodziewanie z góry, oplątał się wokół jego szyi i Robert zawisnął, dygocząc, próbował wołać o pomoc. Sige ponownie próbował ciąć, krzycząc ile sił, ciął raz za razem.

– Cholera, chodź że(chodźże) no! To koniec! – ponagliła Sabetha, oglądając się.

(Akapit w złym miejscu, powinien być przed myślnikiem) Wiedziałeś, wiedziałeś (przecinek)co tam jest, byłeś tu (przecinek)kapłanie, ty cholerna zarazo. Jeździłeś w te rejony.(bez kropki) – wydusiła z siebie Sabetha.

– Cóż, wysyłają nas w różne rejony, (bez przecinka) po zioła i różne medykamenty. (bez kropki)– odpowiedział ze spokojem.
– Zioła!? To były według ciebie zioła!? Zabójcze te wasze medykamenty i zioła.(bez kropki) – podjęła dyskusję Sabetha.

– Co to było, kapłanie, gadaj że (gadajże) no! – g(G)łos Sige’a załamał się.

– Pewne rzadkie rośliny,(bez przecinka) z gatunku Enoryplis.

– Co ja tu robię, do jasnej cholery. Nie powinno mnie tu być, ani Roberta. – w(W) jego głosie słychać było rezygnację.
– Sprytnie wymyślone(bez kropki) kapłanie. Co teraz poczniemy? – spytała czarodziejka.
– Znajdziemy Regona na własną rękę.(bez kropki) – odpowiedział.
– Jak to!? To po jakiego biesa go zabiłeś.(Znak zapytania zamiast kropki) – zdumiała się Sabetha.

– Nie zrozumiesz. Z resztą(Zresztą)… Nie był nam potrzebny…
Kapłan odsunął się dalej i nabrał czystej wody do manierki. Spojrzał w dół rzeki, po czym rzekł.(dwukropek zamiast kropki)

No, dzióbałam, dzióbałam, aż wydzióbałam. :) Spory kawał tekstu.

Masz kłopot z zapisem dialogów, a konkretniej z kropkami albo ich brakiem. Wkleję więc link do poradnika forumowego na ten temat, może z niego skorzystasz: http://podziemieopowiadan.pl/forum/threa...logow.html

W tekście przeszkadzają mi krótkie zdania blisko siebie, w niektórych miejscach było ich sporo (chodzi mi głównie o moment walki z pnączami). Krótkie zdania sprawiają, że włącza mi się tryb czytania bez intonacji, a poza tym uważam, że niepotrzebnie zwiększają tempo akcji, a kiepsko to wygląda, jeśli nie widać, że to zamierzony zabieg.

Poza tym zaczyna mi się podobać. :) Motyw tej przymusowej współpracy zdaje mi się całkiem ciekawy, zwłaszcza że bohaterowie już na tak wczesnym etapie zaczynają kombinować. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
Cóż, jutro wrócę ze szkoły i poprawię błędy. Czasami tak mam, że jak zaczynam pisać szalenie szybko, to zdania nie wyglądają za ciekawie. Postaram się to poprawić.

Jeśli chodzi o dialogi, w drugim rozdziale jest lepiej. Wiem gdzie stawiać kropki, a gdzie nie stawiać, ale mam pewne nawyki i czasami o tym zapominam.

EDIT: Wszystkie błędy poprawione.
Odpowiedz
#4
Rozdział II


Słońce powoli zmierzało ku horyzontowi, mimo to miasto wciąż tętniło życiem. Na rynku było tłoczno, kupcy przekrzykiwali się nawzajem. Karczmy jeszcze spały, pewnie po wczorajszej nocy. Zazwyczaj budzą się dopiero, gdy nastanie kolejna. Taki oto rytm karczmowy. Skierowali się na rynek. Dzieciaki biegały między nimi, handlarze zapraszali gestami na swoje stragany, a znajdowało się na nich dosłownie wszystko. Ryby, jabłka, broń, pierścionki, strzały, kusze. Jakby zgromadzili tutaj wszystkie towary świata. Brakuje tylko niewolników, zaśmiał się w duchu Vladik.
Po chwili ich uwagę przykuł tłum mieszczan, tworzących sporych rozmiarów okrąg. Gdy się zbliżyli, ujrzeli trzy stosy ustawione obok siebie. Na podwyższeniu stał człowiek, bogato ubrany, z beretem na głowie. Krzyczał wniebogłosy.
– Ci ludzie tutaj potraktowali nas ogniem! My zrobimy to samo! – zaryczał potężnym, basowym głosem.
Ludzie mu zawtórowali, wiwatując i rzucając bluzgi w stronę skazanych przywiązanych na stosie.
– Psiamać, Valael miał racje – syknął Vladik.
W tym czasie stosy zapłonęły, najprawdopodobniej czarodzieje zaczęli drzeć się i rzucać, a tłum zawtórował po raz kolejny, bluzgami i niechęcią rzecz jasna.
Widok dało się znieść, ale zapach był gorszy. Cytio ponownie łapiąc się za brzuch, zwymiotował pod siebie.
– Co robisz, baranie. Piękny chodnik paskudzisz. – Mieszczanin podszedł do naukowca i odepchnął go lekko.
– Hej, hej, spokojnie, panie. Nic takiego się nie stało. Powiedz no, co tu się dzieje – zagadnął Sige.
– Jak co tydzień, zwożą tu tych wszystkich czarodziejów i palą na stosach, ot co. Nic nadzwyczajnego. Od kiedy ten sławetny mag się zjawił i puścił z dymem gospodę, to zaczęła się jatka. Powiadam wam, żaden magik czy inny czart nie ujdzie z życiem – odpowiedział.
– Jaki mag? – kontynuował Sige.
– A no ten, panie, jak mu tam. Rigon, Regon, ten taki, co pierwszy parał się magią – machnął ręką.
– Gdzie ta spalona gospoda? – spytał Sige.
– A no tamtą uliczką i zaraz za rogiem. – Wskazał palcem. – Ale nic tam nie znajdziecie, powiadam wam, pogorzelisko okropne. – Wzdrygnął się na samą myśl.
Pożegnali się z mieszczaninem i ruszyli uliczką. Tutaj nie było już tak tłoczno. Większość miejsca zajmowały konie przeprowadzane przez ludzi. Kobiety wieszały pranie, dzieciaki walczyły na drewniane miecze. Im dalej wgłąb, tym spokojniej. W końcu dotarli. Nie ujrzeli tam nic ciekawego, a raczej nic, co mogłoby się przydać. Wszystko było zwęglone, przetrwały jedynie fundamenty, które i tak były przysypane czarnym jak smoła popiołem. Pogorzelisko jeszcze się tliło, lekko dymiąc.
– Wyczuwam jakąś siłę, ogromną. To na pewno magia – powiedziała Sabeth.
– Jesteś w stanie złapać trop? Jeśli to było zaklęcie magiczne, musiało być potężne. Może jeszcze nie wygasło, spróbuj – nalegał kapłan.
Czarodziejka skupiła się, ułożyła dłonie w nienaturalnym znaku. Opuściła lekko głowę. Stała chwilę w bezruchu, po czym złapała się nerwowo za głowę i przyklękła.
– Cholera jasna. Zaklęcie było naprawdę silne, nie mam tyle mocy, żeby je wyśledzić. Potrzebuję kryształu zasilającego. Mam schowany jeden medalion – powiedziała Sabeth, krzywiąc twarz z bólu.
– No to pięknie. Skąd ja ci teraz wezmę kryształ! Czy ty zdajesz sobie sprawę, ile to kosztuje? – oburzył się Vladik.
– Nie ma innego wyjścia, kapłanie, to jedyny trop. Musimy się spieszyć, nim zaklęcie wygaśnie na dobre. – Sabeth podniosła się.
– Mo-mo-może mają coś na ta-targu – rzucił Cytio.
– Oszalałeś chyba do reszty. Teraz nawet za drobne kontakty z magią wieszają albo palą na stosie. Idź szukaj kryształu zasilającego, długiego żywota ci nie wróżę – Zaśmiała się drwiąco czarodziejka.
– Obawiam się, że w obecnej sytuacji jest to konieczne. Vladik, Sabetha, pójdziecie na targ, powoli się ściemnia, musicie się spieszyć. Ja z Cytiem znajdziemy miejsce w tamtej gospodzie. – Wskazał palcem na głowę jelenia powieszoną nad drzwiami. – Wiecie gdzie nas szukać. – dokończył.
– Taa… My pójdziemy igrać z szafotem, a wy smacznie spać – burknęła czarodziejka.
– Sab, uspokój się. Dobrze, idźcie. – Vladik zdecydował.
Żołnierz i naukowiec oddalili się od nich.
– Sab? Od kiedy ty tak do mnie mówisz? – Czarodziejka spojrzała na niego ciekawskim wzrokiem.
– Od teraz.
Udali się w stronę targu.


*


Gwar już przycichł. Słychać było tylko patrolujące wojska wybijające rytm swoimi podkutymi metalem butami. Kupcy powoli pakowali towary, a słońce ospale chowało się za horyzontem. Na straganach wystawione było wszystko, czego dusza zapragnie. Bronie, jedne z najlepszych, wieloletnie wina, ale magii ani śladu.
– Do jasnej cholery, czego my tu szukamy… – zaklął kapłan.
– Cicho… Patrz! – Czarodziejka podekscytowała się.
Sabeth dostrzegła stragan z ziołami, było ich tam mnóstwo. Stoisko mieniło się tysiącami kolorów, a na pochylonym baldachimie widniała róża z ogromnymi kolcami owijającymi kwiat. Czarodziejka wyrwała jak strzała i szybkim krokiem dotarła na miejsce, zaraz za nią podążył Vladik.
– Co ty robisz? Zostaw, to tylko zioła – rzekł zrezygnowany Vladik.
– Cicho siedź! Witam, chciałabym… – urwała – obejrzeć towar specjalny – skończyła, tym razem ciszej.
Kupiec popatrzył po nich, podniósł jedną brew, potem drugą, lekko się zdumiał. W końcu, po długim namyśle, wyjął małe zawiniątko i rozłożył jego zawartość, przykrywając rękoma. Ich oczom ukazały się amulety, kryształy, pierścienie, fiolki i masa innych rzeczy.
– Czego potrzebujecie? Szybko, czas nagli – szepnął sprzedawca.
– Kryształ zasilający do amuletu o długości jednego cala – powiedziała czarodziejka.
Kapłan rozejrzał się nerwowo wokół.
– Pięćset koron. – Oczy kupca błysnęły.
– Do czorta! Nie widzisz, co się dzieje? Na co ci to, tobie, prosty człowieku – warknęła Sabetha.
– Cóż, obecnie wyceniam moje życie, mogę zacząć wasze, wtedy będzie o wiele drożej.
– Nie mamy pieniędzy. – czarodziejka odpuściła.
– Cóż – zamyślił się sprzedawca – ale jest coś, w czym możecie mi pomóc. Zakładam, że wy czarodzieje. – Schował zawiniątko.
– Przejdź do rzeczy – powiedziała spokojniejszym tonem kobieta.
– Otóż mam córkę. Władca i książę tego miasta, Goodwin, zakochał się w niej bez pamięci. A ona, głupia dziewucha, choć przyznam, oj przyznam, piękna ponad wszystko, nie chce za niego wyjść! Rzućcie no jakiś urok na nią. Wy dostaniecie kamień, ja pieniądze i sławę. Prosta umowa – zaproponował kupiec.
– Dobrze, niech będzie. – Sab zgodziła się bez wahania.
– Zaraz, zaraz, jak to? Nie można tak. – Vladik zaprotestował.
– A Robert, hę? – Spojrzała mu prosto w oczy.
– To było co innego.
– Nie wiem, jaki jest twój świat, kapłanie, ale w moim nie ma mniejszego i większego zła. Jest tylko zło konieczne. Chcę już to jak najszybciej zakończyć – Spojrzała na kupca. – Zobaczę, co da się zrobić – dokończyła.
– Dziękuję, dziękuję pani. Dostarczę wszystko co trzeba.
– Wezmę trochę ziół z tego straganu, nadadzą się. Resztę sama sobie zapewnię. Będzie tylko trzeba dosypać do jedzenia. Tylko jest jeden problem, a raczej dwa.
– Jakie? – spytał kupiec.
– Gdy proszek dostanie się do jedzenia, ważne, aby ów książę przebywał w pomieszczeniu. Dodatkowo… Potrzebuję jego włosa, jednego, choćby próbki.
Sprzedawca pobladł.
– No cóż, cóż… – zakłopotał się. – Mogę go zaprosić na obiad, mamy dobre kontakty, ale z tym włosem… To chyba nie najlepszy pomysł
– Ale jedyny.
– Dobrze, zapraszam do mnie, zrobimy, co trzeba. Poślę kogo trzeba do księcia. Przy okazji, mam na imię Falk. – Wyciągnął rękę.
– No to się zaczyna… – Vladik westchnął.


*

Falk był niskiego wzrostu. Do tego dodać pokaźnych rozmiarów brzuszysko. Jednakże jemu brakowało wąsów i brody, a twarz miał zgoła dziecinną.
Dom sprzedawcy pachniał przyprawami, intensywne zapachy dobiegały z kuchni, gdzie żona gotowała już kolację. Wszystko było przygotowane, stół zastawiony.
– Daj mnie to, szybciej, szybciej, nie upuść tylko – powiedziała czarodziejka z wyraźnym skupieniem.
Do miski dorzuciła jeszcze tylko parę listków. A w środku? Znajdowało się tam dosłownie wszystko. Od proszków po drobne kwiaty. Na końcu jeszcze dodała bazylii, aby zmienić trochę zapach. Chwyciła mały tłuczek i zaczęła nim ugniatać zawartość misy. Następnie ją przykryła. Skupiła się, wymamrotała coś pod nosem. Drewniane naczynie zakołysało się, a następnie wyleciał z niego bialutki dymek. Sabeth otworzyła.
– O proszę, udało się. Jak znalazł, jeszcze tylko najważniejszy składnik.
– I to jest ten proszek? Przecie to byle ślepak zauważy! – zdenerwował się Falk.
– Spokojnie, kupcze, to nie jest zwykły proszek. Po kontakcie z jedzeniem wnika w nie, nie zostawiając śladu – uspokoiła go Sabetha.
Nagle z dworu dobiegł ich tętent kopyt, nasilający się z każdą sekundą.
– Już czas. Niech to tu zostanie, chodźmy do stołu. Znacie plan? – sprzedawca spojrzał raz na kapłana, raz na czarodziejkę.
– Tak, czas zaczynać – odrzekł Vladik.

*




Nieopodal kominka siedziała młoda dama o przepięknych, prostych, czarnych włosach. Odruchowo odgarniała je co chwilę. Widać było, że jest bardzo pewna siebie, być może aż zanadto. Naprzeciw niej, po drugim końcu stołu, siedział wcześniej wspominany książe. Twarz miał dumną, zaciętą. Ubrany w piękne, czerwone szaty, a na nich kamizelka ze złotymi wstawkami. Widać było, że wyróżnia się od pozostałych. Po bokach ojciec i matka. Cała czwórka prowadziła ze sobą rozmowę, dyskutowali o polityce, o rycerzach, o bitwach. Książę przechwalał się co rusz, by zaimponować młodej niewieście.
– No! Czas coś zjeść! Proszę, proszę – dał znak kupiec.
Nagle do pokoju weszło dwoje ludzi. Ubrani bardzo prosto. Spodnie przylegały im do ciała, pokazując wyraźnie kształty. Na nogach założone mieli trzewiki o brązowych barwach. Lniane koszulę dopełniały całość. Owi słudzy nieśli teraz pokaźne dania, dobrze wypieczonoego świniaka nadziewanego brzoskwinią oraz ogromny talerz owoców. Tymi sługami okazali się być Vladik i Sabetha. Podeszli zgrabnie, powoli, z gracją. Vladik od lewej, Sabetha od prawej strony. Odbyło się bez problemu. Ruszyli do wyjścia, stanęli za księciem i ukłonili się, równie powoli i równie z gracją. W tym czasie czarodziejka z tylnej kieszeni wyciągnęła małe nożyczki, ucięła nimi malusieńki włos i złapała go w locie. Powstali, równie powoli i równie z gracją. Po czym udali się do pokoju, gdzie stała misa z przyrządzonym wcześniej proszkiem. Całość była gotowa, ich uszu znów dobiegł dźwięk rozmowy.
– Teraz idź po dzbanek z winem. Mam nadzieję, że dobrze odwróci ich uwagę. Wiesz, co robić – rzekła czarodziejka.
Kapłan chwycił w garść proszek, w drugą wino. Dłoń ze specyfikiem umiejętnie schował za plecami. Wszedł do pokoju, wszyscy zajęci byli jedzeniem. Podszedł do pięknej damy i zaczął nalewać jej wina, wtedy właśnie Falk dał pokaz swoich umiejętności aktorskich.
– Nic panu nie jest? – spytał Goodwin, reagując na energiczny kaszel kupca.
W tym czasie proszek wylądował na talerzu.
– Hej, hej! A ty co robisz! Patrzcie no na tego kmiotka, wsypał coś pannie do jadła. Może jej ojca też otrułeś, hę!? – rzucił się na Vladika, wyciągając zza pazuchy nóż.
Kapłan odsunął się, impet księcia przygwoździł go do ściany. Dzban z winem runął na ziemię i powstała wielka plama.
– Spokojnie! Panowie! Spokojnie! To tylko przyprawy, ja kazałem wsypać. Nic mi nie jest – Falk uspokoił towarzystwo.
Goodwin puścił kapłana, dumnym krokiem wrócił na miejsce, usiadł, po czym rzekł:
– Przepraszam, moja pani. – Schylił głowę w pokornym geście – nie chciałem przestraszyć, narobiłem tylko szkód – dokończył.
– Ależ nic się nie stało – uśmiechnęła się przeciągle.
Gdy wszyscy ochłonęli, wrócili do rozmów. Falk zaproponował, że sam posprząta. Na początku książę stawiał opór, ale w końcu dał się przekonać.
– Od tego jest służba, musi ich pan krótko trzymać – mówił.
Sprzedawca skierował się do kuchni, gdzie czekali już Vladik i Sabetha.
– Dziękuję wam serdecznie, w tamtym tobołku macie swoje rzeczy, kryształ także tam jest – rzekł uprzejmym tonem.
Czarodziejka zerknęła, rzeczywiście, był tam.
– Drobiazg. Efekt nastąpi najpóźniej za trzy dni, ruszajmy. – Dała znak Vladikowi.
Wyszli na zewnątrz, biorąc uprzednio tobołek. Był już kolejny dzień, samo południe. Słońce dzisiaj tak nie grzało, lecz gwar i tłok z poprzedniego dnia nadal tu panował, na rynku. Falk mieszkał w jednych z mieszkań otaczających go. Ludzie nazywali te domy kupieckimi, bo zazwyczaj kupowali je sprzedawcy, którzy chcieli mieć bliski dostęp do swoich straganów.
– Niezłe te wasze sztuczki, magiczko – rzucił kapłan.
– To tylko blef. Zwykłe zioła, nic więcej – odpowiedziała.
– Jak to!? – Zatrzymali się.
– Po prostu, nie wiedziałeś? Miłość musi sama zaiskrzyć. Tu nie pomogą zaklęcia, eliksiry czy proszki. – Zachowywała spokój, w przeciwieństwie do kapłana.
– To po co nam był ten włos?
– Żeby było wiarygodniej, rzecz jasna.
– A jednak… Wiedziałem! Ten pomysł nie podobał ci się od początku. Wybrałaś mniejsze zło, brawo, robisz postępy – zadrwił Vladik.
– Oj, odpieprz się, bo coś ci się zaraz stanie. – Definitywnie zakończyła rozmowę.
Odpowiedz
#5
(02-09-2014, 14:52)Yerzay napisał(a): Słońce powoli zmierzało ku horyzontowi, mimo to, (bez przecinka) miasto wciąż tętniło życiem.

Na podwyższeniu stał człowiek, bogato ubrany, z beretem na głowie. Krzyczał w niebogłosy(wniebogłosy).
– Ci ludzie tutaj, (bez przecinka)potraktowali nas ogniem!

– Psia mać(Psiamać), Valael miał racje(ę).(bez kropki) – syknął Vladik.

W tym czasie stosy zapłonęły, najprawdopodobniej czarodzieje zaczęli drzeć się i rzucać, a tłum zawtórował raz(po raz) kolejny, bluzgami i niechęcią, (bez przecinka)rzecz jasna.

– Co robisz, baranie. Piękny chodnik paskudzisz(kropka) – m(M)ieszczanin podszedł do naukowca i odepchnął go lekko.
– Hej, hej, spokojnie(przecinek) panie.

– Jak co tydzień, zwożą tu tych czarodziejów(przecinek) wszystkich i palą na stosach, ot co.

– Gdzie ta spalona gospoda? – spytał Sige(kropka)
– A no tamtą uliczką i zaraz za rogiem (kropka)– Wskazał palcem (kropka)– a(A)le nic tam nie znajdziecie, powiadam wam, pogorzelisko okropne(kropka) – Wzdrygnął się na samą myśl.

Nie ujrzeli tam nic ciekawego, a raczej nic, co mogło by(mogłoby) się przydać.

– Cholera jasna. Zaklęcie było naprawdę silne, nie mam tyle mocy(przecinek) żeby je wyśledzić. Potrzebuję kryształ zasilający(kogo? czego? – kryształu zasilającego).

– No to pięknie. Skąd ja ci teraz wezmę kryształ! Czy ty zdajesz sobie sprawę(przecinek) ile to kosztuje? – oburzył się Vladik.
– Nie ma innego wyjścia(przecinek) kapłanie, to jedyny trop. Musimy się spieszyć, nim zaklęcie wygaśnie na dobre(kropka) – Sabeth podniosła się.

– (...) Idź szukaj kryształu zasilającego, długiego żywota ci nie wróżę – Z(z)aśmiała się drwiąco czarodziejka.

– (...) Ja z Cytiem znajdziemy miejsce w tamtej gospodzie(kropka) – w(W)skazał palcem na głowę jelenia powieszoną nad drzwiami(kropka) – w(W)iecie (przecinek) gdzie nas szukać.(bez kropki) – dokończył.

– Taa… My pójdziemy igrać z szafotem, a wy smacznie spać.(bez kropki) – burknęła czarodziejka.

– Od teraz(kropka)

Gwar już przycichł. Słychać było tylko patrolujące wojska,(bez przecinka) wybijające rytm swoimi okutymi w metal(okutymi metalem, ale zastanowiłabym się, czy nie lepiej "podkutymi") butami. (...)Bronie, jedne z najlepszych, wieloletnie wina, ale magii, (bez przecinka) ani śladu.

Czarodziejka wyrwała jak strzała i szybkim chodem(krokiem) dotarła na miejsce, zaraz za nią podążył Vladik.

W końcu, po długim namyślę(e), wyjął małe zawiniątko i rozłożył jego zawartość, przykrywając rękoma. Ich oczom ukazały się amulety, kryształy, pierścienie, fiołki(fiolki – we fiołkach raczej nie ma nic niezwykłego :P) i masa innych rzeczy.

– Kryształ zasilający, (bez przecinka) do amuletu o długości jednego cala – powiedziała czarodziejka.

– Pięć setek(Jakoś mi to nie brzmi, nie lepiej po prostu "pięćset"?) koron. – o(O)czy kupca błysnęły.
– Do czorta! Nie widzisz (przecinek)co się dzieje? Na co ci to, tobie, prosty człowieku – warknęła Sabetha.

– Nie mamy pieniędzy (kropka)– c©zarodziejka odpuściła.

– Cóż – zamyślił się sprzedawca – ale jest coś, w czym możecie mi pomóc. Zakładam, że wy czarodzieje (kropka)– Schował zawiniątko.

– Otóż, (bez przecinka) mam córkę. Władca i książe(ę) tego miasta, Goodwin, zakochał się w niej bez pamięci. A ona, głupia dziewucha, choć przyznam, oj przyznam, piękna ponad wszystko, nie chcę(e) za niego wyjść!

– Dobrze, niech będzie(kropka) – Sab zgodziła się bez wahania.

– A Robert, hę? – s(S)pojrzała mu prosto w oczy.

– Nie wiem(przecinek) jaki jest twój świat(przecinek)kapłanie, ale w moim nie ma mniejszego i większego zła. Jest tylko zło konieczne. Chcę już to jak najszybciej zakończyć (kropka)– s(S)pojrzała na kupca(kropka) – z(Z)obaczę, co da się zrobić – dokończyła.

– Dziękuje, dziękuje(I w jednym, i drugim brakuje "ę") pani.

– Gdy proszek dostanie się do jedzenia, ważne, aby owy(Lepiej "ów")książe(ę) przebywał w pomieszczeniu. Dodatkowo… Potrzebuję jego włosa, jednego, choćby próbki.(Nie pasuje mi to, bo włosy raczej same nie dzielą się na kawałeczki godne nazwania "próbką", i tak będą musieli wpierw zdobyć cały.)

– No cóż, cóż… – zakłopotał się(kropka) – m(M)ogę go zaprosić na obiad, mamy dobre kontakty, ale z tym włosem…

– Ale jedyny(kropka)
– Dobrze, zapraszam do mnie, zrobimy (przecinek)co trzeba. Poślę kogo trzeba do księcia. Przy okazji, mam na imię Falk(kropka) – Wyciągnął rękę.

Falk był niskiego wzrostu. Gdyby do tego dodać pokaźnych rozmiarów brzuszysko, to wyszedłby krasnolud. Jednakże jemu brakowało wąsów i brody, a twarz miał z goła(zgoła) dziecinną, więc trudno byłoby go pomylić z krasnoludem.(Drugie zdanie zdaje się przeczyć pierwszemu – skoro trudno byłoby pomylić go z krasnoludem, to nie wystarczyłoby dodać brzucha, żeby wyszedł krasnolud.)

Dom sprzedawcy pachniał przyprawami, intensywne zapachy dobiegały z kuchni, gdzie żona przygotowywała kolację. Wszystko było przygotowane, stół zastawiony.

Od proszków,(bez przecinka) po drobne kwiaty.

– O(przecinek) proszę, udało się. Jak znalazł, jeszcze tylko najważniejszy składnik.

– Spokojnie (przecinek)kupcze, to nie jest zwykły proszek. Po kontakcie z jedzeniem, (bez przecinka) wnika w nie, nie zostawiając śladu – uspokoiła go Sabetha.

– Już czas. Niech to tu zostanie, chodźmy do stołu. Znacie plan? – s(S)przedawca spojrzał raz na kapłana, raz na czarodziejkę.

Naprzeciw nie(niej), po drugim końcu stołu, siedział wcześniej wspominany książe(ę). Twarz miał dumną, zaciętą. Ubrany w piękne, czerwone szaty, (bez przecinka)przepasane kamizelką(Kamizelką raczej trudno się przepasać.) ze złotymi wstawkami.
Książe(ę) przechwalał się co rusz, by zaimponować młodej niewiaście(niewieście).
– No! Czas coś zjeść! Proszę, proszę.(bez kropki) – dał znak kupiec.

Nagle do pokoju weszła dwójka(weszło dwoje – byli różnej płci) ludzi.
Lniana koszulka dopełniała całość. (Wychodzi na to, że obaj mieli jedną koszulkę. Jedną na dwoje.) Owi słudzy nieśli teraz pokaźne dania, dobrze wypieczony świniak nadziewany brzoskwinią oraz ogromny talerz owoców(kogo? co? – dobrze wypieczonego świniaka nadziewanego brzoskwinią oraz ogromny talerz owoców).

W tym czasie czarodziejka z tylnej kieszeni wyciągnęła małe nożyczki, ucięła nimi malusieńki włos, Vladik złapał go w locie.(A nie łatwiej, żeby to obcinająca złapała tego włosa? W końcu łatwiej nie zauważyć działań jednej osoby, niż pary)

– Teraz,(bez przecinka) idź po dzbanek z winem. Mam nadzieje(ę), że dobrze odwróci ich uwagę. Wiesz(przecinek) co robić – rzekła czarodziejka.

– Hej, hej! A ty co robisz! Patrzcie no,(bez przecinka) na tego kmiotka, wsypał coś pannie do jadła.

– Spokojnie! Panowie! Spokojnie! To tylko przyprawy, ja kazałem wsypać. Nic mi nie jest(kropka) – Falk się uspokoił.(Nie brzmi, jakby był uspokojony :P)

Goodwin puścił(Przydałoby się napisać co albo kogo, bo nie wiadomo w sumie, co dokładnie robił.) , dumnym krokiem wrócił na miejsce, usiadł, po czym rzekł.(dwukropek zamiast kropki)
– Przepraszam, moja pani. – s(S)chylił głowę w pokornym geście (kropka)– n(N)ie chciałem przestraszyć, narobiłem tylko szkód – dokończył.

– Dziękuje(ę) wam serdecznie, w tamtym tobołku macie swoje rzeczy, kryształ także tam jest – rzekł uprzejmym tonem.

– Drobiazg. Efekt nastąpi najpóźniej za trzy dni, ruszajmy(kropka) – d(D)ała znak Vladikowi.

Falk mieszkał w jednych z mieszkań okrążających go. (Mieszkania raczej nie mogą okrążać, bo się nie ruszają. Mogą ew. otaczać)

– Niezłe te wasze sztuczki, magiczko – rzucił kapłan.

– Jak to!? – z(Z)atrzymali się.
– Po prostu, nie wiedziałeś? Miłość musi sama zaiskrzyć. Tu nie pomogą zaklęcia, eliksiry, (bez przecinka) czy proszki (kropka)– z(Z)achowywała spokój, w przeciwieństwie do kapłana.

– Oj (przecinek) odpieprz się, bo coś ci się zaraz stanie(kropka) – Definitywnie zakończyła rozmowę.

Mam dwa zastrzeżenia:

1. Niezbyt podoba mi się sposób, w jaki zdobyli kryształ. Przeciętny kupiec na odpowiedź "nie mamy pieniędzy" zapewne odparłby coś w rodzaju "no to wynocha, nie marnujcie mojego czasu", zapewne miał innych klientów. Wątpię, żeby ktokolwiek zezwolił pierwszym lepszym napotkanym nieznajomym na wejście do swojego mieszkania, tworzenie jakichś dziwnych proszków i dosypywanie ich córce do jedzenia, tylko dlatego że są biedakami i nie stać ich na jakiś towar. To przypomina quest z gry – zrób tamto, to ja ci dam tamto. Owszem, przysługa za przysługę i takie tam, ale bez przesady, ja na miejscu tego gościa w życiu bym nie zaryzykowała. :P Plusa daję za to, że całość okazała się fałszerstwem, co nieco zmniejsza "questowość".

2. Naprawdę wątpię, że książę w ogóle zadawałby się z jakimś przeciętnym handlarzem, który codziennie rozkłada sobie straganik na rynku. Wątpię również, żeby chciał zadawać się z córką takowego. A nawet jeśli aż tak uwiodłaby go jej uroda, to nie sądzę, żeby ów książę patyczkował się z odwiedzaniem sprzedawcy w jego domu. Ale tu z kolei plus dla tej dziewczyny, że nie "poleciała na kasę". :D

Z mniej ważnych rzeczy – trochę kiepskie wydało mi się wytłumaczenie Vladika, dlaczego zaczął zdrabniać imię czarodziejki (to "od teraz"). Znają się w końcu bardzo krótko i niezbyt sobie ufają ani nieszczególnie się lubią, jak by wynikało. Takie spoufalenie jest jak dla mnie nie na miejscu.

To by było na tyle z mojego marudzenia. Ciekawa jestem, co z tego będzie. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#6
Jeśli chodzi o ten kryształ Vet. Cóż, chciałbym wyszczególnić pewien fakt, że panowały szeroko zakrojone represję. Cały sprzęt magiczny stracił na wartości, bo za posiadanie takowego można było przepłacić życiem. Chodziło o to, że ów kupiec miał taki na zbyciu i nie wiedział co z nim zrobić, to skuszony łatwym zarobkiem zgodził się na parę ustępstw.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
(02-09-2014, 18:20)Yerzay napisał(a): Cały sprzęt magiczny stracił na wartości, bo za posiadanie takowego można było przepłacić życiem. Chodziło o to, że owy kupiec miał taki na zbyciu i nie wiedział co z nim zrobić, to skuszony łatwym zarobkiem zgodził się na parę ustępstw.

Wybacz, ale mnie to nie przekonuje (wiem, wybredna jestem :P).

Skoro mógł przypłacić posiadanie klejnotu życiem i nie wiedział, co z nim zrobić, to tym bardziej nie przemawia do mnie takie postępowanie. Mógł przecież po prostu wcisnąć im ten kryształ za bezcen i mieć problem z głowy – w końcu życie ważniejsze, a skoro wpadł na parę gotową tak bardzo ryzykować... Poza tym jaki "łatwy zarobek"? Nie dostał przecież za ten klejnot ani grosza, a jak dla mnie na "zakochaniu" córki też niewiele by zyskał, jeśli w ogóle (a przy tym pamiętajmy, że mógł bardzo dużo stracić, zatrudniając obcych). Więc to jak dla mnie nie podchodzi pod łatwy zarobek. Bez względu na to, pod jakim kątem patrzeć, zatrudnianie takich nieznajomych do bądź co bądź delikatnego zdania jest sporym ryzykiem.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#8
Fakt. Po prostu słabo zarysowałem postać kupca pod względem jego chciwości, trochę mi się nie udał stąd te przypuszczenia. No, ale cóż, już nic nie mogę poprawić :D
Odpowiedz
#9
Fragment z opowiadania:
Cytat:– Gdy proszek dostanie się do jedzenia, ważne, aby owy książe przebywał w pomieszczeniu.
Po pierwsze 'ów', po drugie 'książę'.

Fragment z komentarza:
Cytat:Chodziło o to, że owy kupiec miał taki na zbyciu i nie wiedział co z nim zrobić, to skuszony łatwym zarobkiem zgodził się na parę ustępstw.
Tu również 'ów'.
"Nowy słownik poprawnej polszczyzny zawiera jednoznaczne wskazanie: ów (nie: owy), traktując owy jako błąd. Dodajmy, że błąd ten jest niestety rozpowszechniony. Podobnie jak często spotykane jest błędne użycie tegoż zaimka wskazującego w rodzaju nijakim: niepoprawna forma owe zamiast poprawnej owo (np. owe dziecko zamiast owo dziecko)." – http://www.jezykowedylematy.pl/2012/06/ow-czy-owy/



Vet, jesteś szybka – ledwie dałem komentarz, a tu już 'like' :)
Dodam, że wytknęłaś ten błąd w swoim poprzednim komentarzu.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#10
Dziękuję, już poprawiam ;)


EDIT: Poprawki od Vet już naniesione.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Fantasy Kapłan –- Przeniesiony przez Nidrax Yerzay 3 1,274 24-08-2014, 04:08
Ostatni post: StuGraMP

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości