Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Horror BaneWood
#1
Jako, że liczba czytelników poprzednich wypocin spadła do prawie zera, a ta opowieść osiągnęła duży sukces na innej stronie, to wsadzam tutaj właśnie ją.
Był to eksperyment i myślę, że w miare udany, ponieważ spróbowałem sił w narracji pierwszo-osobowej. Post-apokalipsa! Yay!
Miłej lektury! ;)

*******************************************************************

Dzień I – Odwiedziny


Nazywam się Michael Black i jestem z pochodzenia Polakiem. Mieszkam w Chicago razem z piękną blondwłosą Millie – moją żoną, a to historia, która zmieniła mój światopogląd i moje życie.
Nigdy wcześniej nie byłem u rodziny w Bane Wood. Zawsze to oni przyjeżdżali do nas i przez ten czas zdążyłem już znielubić teściową. Millie jednak się uparła i stanęło na jej zdaniu. Jedynym plusem było to, że zawsze mogłem liczyć na szwagra, Arnolda, który mieszkał ze znienawidzoną przeze mnie teściową. Z nim przynajmniej mogłem udać się na jakieś piwko, czasami dwa, ewentualnie flaszkę Jacka Daniels'a. Po takich wypadach wracaliśmy zawsze w nocy, ale było mi wtedy wszystko jedno, czy dostanę od wrednej staruszki, czy od mojej urodziwej żony.
Nadszedł dzień wyjazdu, więc Millie z samego ranka zadzwoniła do swojej matki. Ku mojej radości nie odbierała, a gdyby Millie zmieniła zdanie, przez to, że teściowa nie odbiera, moglibyśmy nie pojechać. Wtedy włączyłbym sobie telewizor, rozłożył się wygodnie na kanapie i napił piwka. Lubiłem takie spokojne wieczory.
Niestety moja żona czekała na ten wyjazd dwa tygodnie i nie zamierzała odpuścić. Jeszcze przed południem wpakowaliśmy się do mojego żółtego camaro i wyjechaliśmy z naszej wielkiej posiadłości. Pierwszy raz od dwóch miesięcy opuściłem Chicago, ale nie wiedziałem wtedy, co czeka nas poza ogromnym gwarem, w miasteczku zwanym Bane Wood.
Po dwóch godzinach jazdy widok zakryła gęsta mgła, a przez otwarte okno dotarł do mnie fetor gnijącego mięsa. Ciepły ranek zamienił się w zimne popołudnie, a błękitne i przejrzyste niebo przesłoniły chmury burzowe. Powietrze zrobiło się ciężkie i dusiło mnie lekko.
Millie nie mogła w nocy spać, myśląc o matce, więc nadrabiała podczas jazdy, a że znajdowaliśmy się jakieś pięć kilometrów od Bane Wood, to obudziłem ją.
– Hej, skarbie – krzyknąłem, szturchając ją w ramię.
– Wiesz przecież, że nie spałam w nocy, nie? – warknęła na mnie, budząc się. Ten wyjazd zrobił z niej agresywną piękność, co zamiast straszyć, bawiło mnie.
– Dojeżdżamy, kochanie – wymamrotałem w odpowiedzi.
– Trzeba było tak od razu! – mruknęła łagodnie i przetarła oczy.
Z każdą minutą pogoda poprawiała się, niebo rozchmurzyło się lekko, a mgła zniknęła prawie całkowicie, dzięki czemu zobaczyliśmy pierwsze zabudowania. Matka Millie mieszkała na przedmieściach, tuż obok wjazdu do miasta, więc nie zostało nam dużo czasu do odwiedzin. Po prawej stronie rozciągała się wielka fabryka, a na bilboardzie przeczytałem "BaneWood Atomic Factory". Była to bardzo osobliwa nazwa, ponieważ nie wyglądało to wcale na elektrownie atomową ani na laboratorium. Wyglądało na to, że w budynku coś wybuchło, ponieważ widać było wielką dziurę w ścianie i zawalony dach.
Żona wskazała mi ulicę po lewej stronie, kiedy już wjechaliśmy do miasta, a było to tuż za tabliczką "Bane Wood". Miasto to było słynne z wycinki drzew, ale nigdy nie słyszałem o żadnej fabryce. Ulice świeciły pustkami, a w niektórych miejscach stały odpalone samochody z włączonymi wszystkimi światłami. W tym momencie zaczęło mnie znów dusić powietrze i kasłałem co jakąś minutę, ale gdy zakryłem usta chusteczką, oddychałem normalnie, podobnie Millie. Na trawnikach bogatszych mieszkańców działały bez przerwy spryskiwacze, a światła mieszkaniach świeciły się. Nad nami mrugały lampy i kiwały się pod wpływem podmuchu wiatru. Niebo poczerniało, jak gdyby nastała noc, ale widać było słońce prawie w zenicie, które nadal mocno prażyło. W końcu odkryłem, że to ciemne opary unosiły się nad nieboskłonem i zasłaniały błękitne niebo. Miasteczko wyglądało jak nawiedzone i w sumie pasowało to do natury mojej teściowej.
Moja żona była przerażona opustoszałą mieściną, ale i ja też miałem niemiłe pierwsze wrażenie. Szczerze powiedziawszy to, chciałem się stamtąd jak najszybciej ulotnić, niestety był jeden, bardzo duży problem – Millie. Żona wskazała mi ręką dom pomiędzy dwoma innymi, widocznie uboższymi, a ja zajechałem pod garaż. W mieszkaniu świeciły się wszystkie światła, a gdy wysiadłem z samochodu, poczułem wyraźny swąd zgnilizny. W pewnym momencie usłyszeliśmy krzyk, tak przerażający, że ugięły mi się kolana, a rozum mówił "Spieprzaj z tego wariatkowa!". Zarówno ja, jak i żona chcieliśmy dowiedzieć się, co tu się wydarzyło, ale nie w taki sposób. Jednak za namową Millie, weszliśmy prędko do domu teściowej.
Mieszkanie wyglądało na nienaruszone, ale było w nim coś mrocznego, coś co nie dawało mi spokoju. Zamknąłem za nami drzwi i poczułem wreszcie świeże powietrze, tylko czasami nawiedzał mnie fetor zgniłego mięsa.
– Mamo! – krzyknęła Millie, ale odpowiedziała jej jedynie cisza i ledwo słyszalne echo.
Spojrzałem na sufit, kołysał się na nim żyrandol, a żarówka mimo że była rozbita, świeciła nadal rażącym nas światłem. Na dywanie w holu zobaczyłem wielkie ślady zabłoconych buciorów. Było ich naprawdę wiele, ale nie dałem się ponieść emocjom i wkroczyłem do domu głębiej. Millie chwyciła mnie za rękę i wtuliła się w nie, a w jej oku zakręciła się łza. Cała się trzęsła i patrzyła w podłogę mętnym wzrokiem, toteż postanowiłem jej niepokoić jeszcze bardziej moimi przemyśleniami, które nie miały jednak sensu, aczkolwiek wzbudzały przerażenie. Spojrzałem przez okno na mroczne ulice rodem z horroru. Kątem oka zauważyłem człowieka snującego się chodnikiem wzdłuż ulicy. Ucieszyłem się, gdy go zobaczyłem, a swoim odkryciem podzieliłem się z Millie.
Żona spojrzała w okno, ale nie ucieszyła się tak samo jak ja. Po chwili wskazała palcem na drugą stronę ulicy, a jej oblicze poczerniało, zacisnęła dłoń na moim bicepsie, wtulając się coraz mocniej. Jak się okazało, w miejscu gdzie Millie wskazała palcem aż roiło się od ludzi, którzy snuli się na całej szerokości ulicy. Robiło się coraz ciemniej, a na ulicy zapaliły się lampy, wreszcie mogłem dojrzeć z jakimi ludźmi mieliśmy do czynienia. Większość z nich miała podarte ubrania i skórę poszarpaną przez dziwnego rodzaju szpony, przynajmniej tak to wyglądało. Głowy spuścili w dół, mierząc chodnik mętnym spojrzeniem. Twarze ich nie miały wyrazu, gdyż niektórzy nie mieli ust, inni nosów, a jeszcze inni nawet kończyn i poruszali się na czworaka bądź czołgali jak dżdżownice. Brwi powędrowały mi ku górze, gdy ujrzałem szanownych jegomości, którzy niczego nieświadomi spacerowali sobie spokojnie po ulicy. W grupce dojrzałem starą kobietę, w jednej chwili pomyślałem, że to moja teściowa zaaklimatyzowała się u żywych trupów, ale jej twarz była całkiem inna, choć nie różniła się zbytnio od reszty towarzystwa.
Żona osunęła się na podłogę, a ja natychmiast schyliłem się po nią i po chwili zobaczyłem, że zemdlała. Wcale się temu nie dziwię. Próbowałem ją ocucić, odkręciłem więc kran, ale nie spadła z niego ani jedna kropelka wody. Dopiero wtedy pomyślałem o zadzwonieniu po pomoc, ale niestety – jak zwykle w strasznych filmach – było brak zasięgu. Wtem usłyszałem skrzypienie desek na górnym piętrze i zamarłem w miejscu, spoglądając przez okno. Zobaczyłem, jak zombi dobierają się do mojego Chevroleta, widocznie im się spodobał. Jeden z żywych trupów oddalił się od Camaro i spojrzał w okna na górnym piętrze, a ja usłyszałem jęk umierającego człowieka. To był mój szwagier, nawet jęki były rozpoznawalne dla kolegi od kieliszka, więc osłupiałem jeszcze bardziej, myśląc od losie nieszczęsnego pijaczka. Zombi powąchał powietrze i uśmiechnął się pod połamanym nosem, z którego wystawała na wierzch kość. Po chwili truposz spojrzał się prosto w moją twarz, po czym rozdziawił gębę. Jęki szwagra ustały, lecz usłyszałem wolne kroki na górnym piętrze.
Nie zastanawiając się, zamknąłem drzwi na patent, zasłoniłem okno i nadal próbowałem ocucić żonę. Dlaczego? Może dlatego, że potrzebowałem duchowego wsparcia. Na zegarku widniała godzina w pół do jedenastej mimo że niedawno było popołudnie. Millie na moje szczęście przebudziła się i rzuciła mi w ramiona. Kroki nie ustawały, lecz zbliżały się do schodów na dół. Coś zaczęło głośno drapać i walić w drzwi, przez co żona jęknęła cicho. Z kuchni nie było wyjścia, chyba że do salonu, a tutot nóg nadchodzącego truposzwagra nabierały głośności, był coraz bliżej. Pomogłem Millie wstać i chwyciłem tasak leżący na desce do krojenia. Podałem Millie wielki nóż, aby miała czym się bronić przed atakiem rozwścieczonego zombi.
Coś zaczęło stukać w okno tak mocno, że myślałem, że zaraz pęknie. Nie miałem wyjścia, musiałem ratować nas, ruszając na górę, w stronę szwagra. To była nasza jedyna szansa wydostania się z tego bajzlu. Nie mogę opisać jak się wtedy czułem, byłem strasznie zdezorientowany, obleciał mnie niespotykany dotąd strach, podobnie żonę. Serce tłukło się jak szalone, a w głowie wirowały miliony myśli. W końcu przemogłem strach i poczucie bezradności i włączyłem instynkt przetrwania. Wolnym krokiem udaliśmy się na schody, aby uratować się przed głodnymi umarlakami.

CDN...
"Gdzieś pomiędzy złem a dobrem jest zdrowy rozsądek. Tego się trzymajmy." ~ Verguun z południa
"Pieprzyć przeciwników, to ty masz być tym wygranym!" ~ Polleck z Aster Mit

Myśliwi!!!!
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Cytat:Cała się trzęsła i patrzyła w podłogę mętnym wzrokiem toteż postanowiłem jej jeszcze bardziej moimi przemyśleniami[wut?], które nie miały jednak sensu.
Cytat:Jeszcze przed południem wpakowaliśmy się do mojego żołtego Camaro[marka samochodu, więc z małej litery]
Oprócz tych błędów powyżej jest ich więcej, ale to już ktoś inny powinien je wypisać. Co do tematyki zawsze bardzo lubiłam postapo, jednak to mnie nie przekonuje z prostej przyczyny – gdzieś to już widziałam. I to nie raz, nie dwa, ale dużo. Typowa apokalipsa, nic nowego. I żeby pomimo tego nie było całkiem nudno, to momentami osiągasz jakieś tam napięcie, ale czy ja wiem... jakieś wysokie ono nie jest. To nie tak, że mi się nie podoba, bo po takim krótkim fragmencie nie mam dużo do gadania, ale jeżeli w dalszych częściach będziesz wciąż trzymał się "typowego ataku zombie" w połączeniu z małą ilością napięcia, lub w ogóle jego braku( co raczej w horrorach wskazane nie jest :D), to raczej odpuszczę z czytaniem : p Czekam na więcej ;)
– Światło porusza się szybciej od światła.
– Bezwzględnie, pułkowniku Pickering?
– Absolutnie, generale Bingam.
Odpowiedz
#3
(31-08-2014, 13:21)Drassen Prime napisał(a): Nazywam się Michael Black i jestem z pochodzenia polakiem(Polakiem). Mieszkam w Chicago, (bez przecinka) razem z piękną blondwłosą Millie – moją żoną, a to historia, która zmieniła mój światopogląd i częściowo moje życie.

Jeszcze przed południem wpakowaliśmy się do mojego żołtego(żółtego) Camaro i wyjechaliśmy z naszej wielkiej posiadłości. Pierwszy raz, (bez przecinka) od dwóch miesięcy opuściłem Chicago, ale nie wiedziałem wtedy(przecinek) co czeka nas poza ogromnym gwarem, w miasteczku zwanym Bane Wood.

Po dwóch godzinach jazdy,(bez przecinka) widok zakryła gęsta mgła, a przez otwarte okno dotarł do mnie fetor gnijącego mięsa.

– Wiesz przecież, że nie spałam w nocy(przecinek) nie? – warknęła na mnie, ten wyjazd zrobił z nią(niej) agresywną piękność.

Z każdą minutą, (bez przecinka) pogoda zaczęła (Lepiej "z każdą minutą pogoda się poprawiała", bo potrzebny jest czasownik niedokonany) się poprawiać, niebo rozchmurzyło się lekko, a mgła zniknęła prawie całkowicie, dzięki czemu zobaczyliśmy pierwsze zabudowania.

Była to bardzo osobliwa nazwa, ponieważ nie wyglądało to wcale na elektrownie atomową,(bez przecinka) ani na labolatorium(laboratorium – błąd taki sam jak "lablador" :P).

Miasto to było słynne z wycinek drzew(wycinki drzew), ale nigdy nie słyszałem o żadnej fabryce.

W tym momencie zaczęło mnie znów dusić powietrze i kasłałem co jakąś minutę, ale gdy zakryłem usta chusteczką(przecinek) oddychałem normalnie, podobnie Millie.

Nad nami mrygały ("Takie światełko co mryga?", tak to było w ToyStory? :P – mrugały) lampy i kiwały się pod wpływem podmuchu wiatru. W końcu odkryłem, że to ciemne opary unosiły się nad nieboskłonem i zasłaniały błękitne niebo, aczkolwiek dość skutecznie.(To jest zbędne, trudno, żeby nieskutecznie zasłaniały, skoro wcześniej opisałeś, że okolica wyglądała, jakby zapadła noc.)

Moja żona była przerażona opustoszałą mieściną, a ja także miałem niemiłe,(bez przecinka) pierwsze wrażenie. Szczerze powiedziawszy(przecinek) to chciałem się stamtąd jak najszybciej ulotnić, niestety był jeden, bardzo duży problem – Millie.

W mieszkaniu świeciły się wszystkie światła, a gdy wysiadłem z samochodu (przecinek) poczułem wyraźny swąd zgnilizny. W pewnym momenci (momencie) usłyszeliśmy krzyk, tak przerażający, że ugięły mi się kolana, a rozum mówił "Spieprzaj z tego wariatkowa!". Zarówno ja, jak i żona chcieliśmy dowiedzieć się, co tu się wydarzyło(A dopiero co przeczytałam, że chciał się ulotnić.), weszliśmy więc prędko do domu teściowej.

Zamknąłem za nami drzwi i poczułem wreszcie świeże powietrze, ale także więcej zepsutego mięsa.(To wzajemnie sobie przeczy. Powietrze zdecydowanie nie jest świeże, kiedy unosi się w nim aromat gnijącego mięsa.)

Cała się trzęsła i patrzyła w podłogę mętnym wzrokiem (przecinek) toteż postanowiłem jej jeszcze bardziej moimi przemyśleniami(A tego kompletnie nie ogarniam. Brakuje tu czegoś. Co postanowił jej zrobić swoimi przemyśleniami, które nie miały sensu?), które nie miały jednak sensu.

Ucieszyłem się(przecinek) gdy go zobaczyłem, a swoim odkryciem podzieliłem się z Millie.

Jak się okazało, w miejscu(przecinek) gdzie Millie wskazała palcem (przecinek)aż roiło się od ludzi, którzy ciągnęli za sobą nogi. (To nie brzmi za dobrze, lepiej "powłóczyli nogami") Robiło się coraz ciemniej, a na ulicy zapaliły się lampy, wreszcie mogłem dojrzeć(przecinek) z jakimi ludźmi mieliśmy do czynienia.

Twarze ich nie miały wyrazu, gdyż niektórzy nie mieli ust, niektórzy nosów. Niektórzy nie mieli nawet kończyn i poruszali się na czworaka.

W grupce dojrzałem starą kobietę, w jednej chwili pomyślałem, że to moja teściowa zaklimatyzowała(zaaklimatyzowała) się u żywych trupów, ale jej twarz była całkiem inna, choć nie różniła się zbytnio od reszty towarzystwa.

Zobaczyłem(przecinek)jak zombi dobierają się do mojego Chevroleta, widocznie im się spodobał.

Zombi powąchał i uśmiechnął się pod nosem, po czym spojrzał się prosto w moją twarz i rozdziabił(rozdziawił) gębę.

Na zegarku widniała godzina w pół do jedenastej(przecinek)mimo że niedawno było popołudnie.

Z kuchni nie było wyjścia, chyba że do salonu, a kroki nadchodzącego truposzwagra nabierały na(zbędne) głośności, był coraz bliżej.

Nie miałem wyjścia, musiałem ratować nas(przecinek) ruszając na górę, w stronę szwagra.

Nie mogę opisać(przecinek) jak się wtedy czułem(A dlaczego? Czytelnik chyba powinien to wiedzieć. Albo przynajmniej to, dlaczego to było nie do opisania), ale obleciał mnie niespotykany u mnie dotąd strach, podobnie żonę. Serce tłukło się jak szalone, a w głowie wirowało(wirowały) miliony myśli. W końcu przemogłem strach i poczucie bezradności,(bez przecinka) i włączyłem instynkt przetrwania.

Hm, po tym tekście mam krótkie podsumowanie: nie ogarniam. Mógłby to być całkiem przyjemny kawałek tekstu, ale jak dla mnie nie jest.
A teraz postaram się wyjaśnić, dlaczegóż to.
Wszystko dzieje się za szybko, akcja gna na łeb na szyję, czasem gubiąc sens. Ja momentalnie wpadłam w trans czytania bez intonacji, więc miałabym trochę problemów w powtórzeniu, co się tutaj działo.

Co do fabuły... Nie wiem, jak chcesz to dalej pociągnąć, ale na chwilę obecną mi się nie podoba. Jest sztampowo – atak zombie, bleh. Pełno tego, jak już wspomniała moja przedmówczyni. Chyba nie trzeba nawet wymieniać, żeby to potwierdzić. :P Oczywiście z odrobiną pomysłu prawie każdy motyw można trochę odświeżyć, wszystko zależy od tego, jak to poprowadzisz.

Bohaterowie... Według mnie są płascy. Na razie nie ma w nich nic takiego, co sprawiałoby wrażenie, że to mogą być prawdziwe osoby. Ponadto ich niektóre reakcje (np. to uderzenie głównego bohatera w twarz przez małżonkę, bo śmiał ją obudzić) wydają mi się przesadzone. No i ten chyba stały motyw horrorów – dzieje się coś bardzo złego, boimy się, ale co tam, włazimy. :D Oczywiście chęć przekonania się, czy teściowa jest cała i zdrowa mogłaby być motywacją, ale musiałoby to być opisane przekonująco. Ty natomiast poświęciłeś znacznie większą uwagę akcji niż temu, co myśli i czuje bohater. I tutaj doczepię się do narracji – mimo że jest pierwszoosobowa, bardziej przypomina trzecioosobową – przeważa tutaj opis czynności i otoczenia, brakuje mi tutaj umysłu głównego bohatera.

No i nie wydaje mi się, żeby to podchodziło pod horror, bardziej pod fantastykę.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#4
No nic dziwnego, trudno jest mi się wyrwać po tylu dniach pisania fantasy :P
To nie będzie zwyczajny atak zombie, ponieważ to nie one są tutaj głównym motywem ;)
Uczucia? Już wiem czego mi tutaj brakowało, następny fragment będzie bardziej emocjonalny, że tak powiem
Bohaterowie rozwijają się dopiero w trzecim dniu, ponieważ już trochę tego mam (4 dni)
Czas na poprawki tego i następnego dnia
Dzięki za opinię :ok:
"Gdzieś pomiędzy złem a dobrem jest zdrowy rozsądek. Tego się trzymajmy." ~ Verguun z południa
"Pieprzyć przeciwników, to ty masz być tym wygranym!" ~ Polleck z Aster Mit

Myśliwi!!!!
Odpowiedz
#5
Kolejny dzień, trochę krótki, ale następny będzie o wiele dłuższy ;)
Nie wiem, czy osiągam tutaj jakiekolwiek napięcie, ale to jest spokojniejszy dzień :P
Miłego czytania :ok:


Dzień II – Koszmar


Oglądałem wiele horrorów, ale nigdy nie myślałem, że to może stać się naprawdę. The Walking Dead zrobiło na mnie duże wrażenie, gra Dead Island także była całkiem niezła, ale nigdy nie myślałem, że to może się przerodzić w rzeczywistość. Może gdybym miał lepszą wyobraźnię, to mógłbym to przewidzieć i temu zapobiec. Ale dość już tych teoretycznych rozważań.
Byliśmy tuż pod schodami na górne piętro i w tej chwili pomyślałem jak prawdziwy mistrz przetrwania.
– Musimy się zabarykadować!
– Co? – jęknęła Millie, patrząc na mnie bezradnym wzrokiem.
– Musisz mi zaufać, trzeba zabarykadować drzwi i okna jakimiś meblami, inaczej będzie po nas!
– Boję się – znów jęknęła i wtuliła się mocno w moje ramię.
Niestety nie mieliśmy czasu na barykady, bo ze schodów zeskoczył na nas szwagier i rozerwał bluzę żony. Stało się to tak błyskawicznie, że nawet nie zdążyłem ruszyć ręką, a rozwścieczony zombi stał już tuż obok mnie. Kiedyś dobierał się do Millie, ale to już zaszło za daleko, nawet po śmierci był dupkiem. Machnąłem tasakiem najmocniej jak potrafiłem, ale niestety chybiłem i truposz złapał mnie za przegub, po czym odrzucił moją broń, a sam zaśmiał się, prawie jak za życia. Uderzył mnie drugą ręką w klatkę piersiową z taką siłą, że odleciałem na jakieś dwa metry i uderzyłem głową o kant ściany. Pociemniało mi w oczach i nie pamiętam, co działo się w potem, na pewno zemdlałem. Jedyne co potrafię sobie przypomnieć to to, że moja żona dźgała zombi nożem w plecy, co niczym nie skutkowało i przez to ten złapał ją i rzucił o ścianę. Nie mogłem jej pomóc.
Obudziłem się w tym samym miejscu, w którym zemdlałem. Zerknąłem odruchowo na zegarek i zobaczyłem, że jest dziewiąta nad ranem. Nie słyszałem już jęków, stuków, drapań, ale nie widziałem też truposzwagra i mojej żony. Nie mogłem się podnieść, toteż rozmasowałem sobie skronie i uspokoiłem się lekko. Po kilku długich sekundach wstałem i zachwiałem się na nogach. Na podłodze leżał mój tasak oraz nóż, który dałem mojej żonie do obrony. Był zakrwawiony, ale niestety nie jestem badaczem DNA i nie potrafłem zbadać, czyja to krew.
– Millie! – krzyknąłem.
Odpowiedziała mi głucha cisza, nie słyszałem nic prócz cichego echa dobiegającego z górnego piętra, więc zacząłem się niepokoić. Zwiedziłem szybkim krokiem dom i nie znalazłem żadnych śladów żony ani truposza. Nawet na górnym piętrze wszystko wyglądało całkowicie normalnie. Wybiegłem frontowymi drzwiami i zobaczyłem mój zniszczony samochód. Zombi zdarły mi karoserię i wyrwały wszystkie drzwi, nie ruszyły natomiast silnika, dzięki czemu mogłem stamtąd czym prędzej odjechać.
Jedno mi przeszkadzało – moja żona. Zawsze z nią były problemy, jak nie zombi to wyjazd. Jednakże zaczęło mi jej brakować, to była moja żona, kochałem ją. Upadłem na kolana i zawyłem z bólu. Nie wiedziałem bowiem, na jak długo straciłem moją ukochaną, być może nawet na zawsze. Czułem się tak samotnie jak nigdy dotąd, a moja świadomość przeistoczyła się w instynkt przetrwania. Postanowiłem odszukać Millie, gdziekolwiek by nie była. Zebrałem wszystkie rzeczy z lodówki i wpakowałem do znalezionego plecaka. Po policzkach nadal spływały mi łzy, ale nie dałem ponieść się rozpaczy i strachowi, przemogłem to i przebiegłem cały dom w poszukiwaniu jakichś wskazówek. Niestety nic nie zobaczyłem ani zadrapanych ścian, ani pokrwawionej podłogi.
Wtem moje uszy nawiedził straszliwy hałas, jakby ktoś strzelił obok mojego ucha z broni palnej. Wybiegłem z mieszkania teściowej i obejrzałem dookoła. Z centrum miasta ulatywał kłębek dymu. Moją pierwszą myślą była ucieczka jak najdalej, jednakże musiałem ją znaleźć, toteż udałem się w głąb miasta szybkim krokiem.
Ulice były puste, samochody – zniszczone podobnie, co moje Camaro – stały na ulicy w nieładzie, jakby spadły z nieba i zaparkowały gdzie popadnie. Światła w autach pogasły, widocznie wysiadły akumulatory. Lampy uliczne leżały na ziemi bądź trzymały się tak jak powinny, świecąc pełnym światłem. Domy wyglądały na zamieszkane, zadbane i oświetlone, ale wiedziałem, że to tylko złudzenie.
Tak jak sądziłem, w dzień zombi znikają, ale gdzie? Ulice były opuszczone jak poprzedniego dnia, żadnego śladu żywego człowieka. Dym pochodzący z centrum znikał z każdą chwilą, więc postanowiłem się pośpieszyć, bo być może to właśnie od tego zależało życie Millie. Dopiero wtedy rozpoczął się prawdziwy koszmar.
Z dachu jakiegoś domu rzucił się człowiek i upadł prosto na twarz, mimo to wstał, przekręcił swój złamany kark, nastawiając głowę do pionu, po czym spojrzał na mnie i obnażył zęby. Zaczął biec na czworaka – wyglądał jak pies – po czym skoczył w moją stronę z niesamowitą szybkością. Udało mi się tylko dobyć noża z kieszeni, kiedy zombi runął ze mną na ziemię i chciał mnie ugryźć. Siła truposza była niesamowita, czułem się jak przygnieciony tłustą, cuchnącą łajnem krową. Wbiłem nóż w żebra umarlaka, ale ten sobie nic z tego nie zrobił i dalej drapał mnie po rękach. Złapałem jego twarz zalaną ropą i próbowałem odciągnąć ją od mojego ciała, chciał mnie bowiem ugryźć, był bardzo głodny. Obnażył zęby i rozdziawił gębę, był tuż-tuż.
Myślałem, że jest już po mnie, gdy nagle usłyszałem głuchy huk, jakby z wystrzał z wiatrówki, a po chwili truposz padł wreszcie trupem. Zrzuciłem z siebie cuchnące truchło i podniosłem się z ulicy, trzymając nóż w gotowości. Oglądałem się we wszystkie strony, ale nie widziałem żadnej żywej duszy. Nim się obejrzałem, za moimi plecami stało około pięciu mężczyzn z różnoraką bronią w rękach. Jeden z nich uderzył mnie łopatą w głowę, a potem zemdlałem.
Ocknąłem się dopiero na jakimś łóżku w pomieszczeniu przypominającym mieszkanie, lecz było jakoś inaczej. W rogu pokoju stała niska komoda, a na niej mały telewizorek pokazujący jakąś ulicę. Ściany były całe białe i nie miały na sobie ani jednej rysy. W końcu zobaczyłem obok siebie trzech mężczyzn i spoglądającą na telewizor kobietę, przez chwilę myślałem, że to Millie, ale jednak się myliłem.
– Sprawdziłaś dokładnie, Andrea? – odezwał się najwyższy z nich.
– Tak, nie ma żadnego śladu – odparła kobieta, wstając.
– A na...
– Tak, na fiucie też nie ma, jeśli o to pytasz, a jak nie wierzysz, to sam sprawdź! Cholera, spójrzcie, chyba się obudził! – powiedziała, wskazując na mnie palcem, a mężczyźni obrócili się w moją stronę.
– Jak się nazywasz? – spytał blondyn.
– Jestem Michael Black – odrzekłem po krótkim czasie, a w moim głosie nie było krzty roztrzęsienia, jakie spotkało mnie poprzedniego dnia. Doznałem spokoju, ale coś nie dawało mi go w pełni. Chciałem, aby moja żona była tam ze mną, ale ona nie żyła, tak przynajmniej sądziłem, i nie mogła ze mną być.
Popatrzałem na zegarek i ujrzałem na nim godzinę 00:00.

CDN...
"Gdzieś pomiędzy złem a dobrem jest zdrowy rozsądek. Tego się trzymajmy." ~ Verguun z południa
"Pieprzyć przeciwników, to ty masz być tym wygranym!" ~ Polleck z Aster Mit

Myśliwi!!!!
Odpowiedz
#6
(02-09-2014, 16:27)Drassen Prime napisał(a): Może,(bez przecinka) gdybym miał lepszą wyobraźnię, to mógłbym to przewidzieć i temu zapobiec. Ale dość już tych teoretycznych rozważań.(Dopiero się zaczęły. :P Za krótkie były jak dla mnie, żeby je w ten sposób ucinać.)

Machnąłem tasakiem najmocniej jak potrafiłem, ale nie trafiłem (To się rymuje, więc źle brzmi blisko siebie) i truposz złapał mnie za przegub, po czym odrzucił moją broń, a sam zaśmiał się, prawie jak za życia.

Pociemniało mi w oczach i nie pamiętam(przecinek) co działo się w potem, na pewno zemdlałem.

Był zakrwawiony, ale niestety nie jestem badaczem DNA i nie potrafię(nie potrafiłem) zbadać, czyja to jest(była – ale można też zostawić "czyja to krew") krew.

Odpowiedziała mi głucha cisza, nie słyszałem nawet żadnych ptaków, więc zacząłem się niepokoić. (Wątpię, żeby w takiej okolicy, jaką opisałeś w poprzednim fragmencie zostały jeszcze jakieś ptaki, no, chyba że padlinożerne. :P Poza tym w domu są chyba inne oznaki głuchej ciszy, odpowiedniejsze niż odgłosy ptaków.)

Zombi zdarły mi karoserię i wyrwały wszystkie drzwi, nie ruszyły natomiast silnika, dzięki czemu mogłem stamtąd czymprędzej(czym prędzej) odjechać.

Jedno mi przeszkadzało – moja żona. Zawsze z nią były problemy, jak nie zombi (przecinek) to wyjazd. Upadłem na kolana i zawyłem z bólu, w końcu straciłem żonę i nie wiedziałem(przecinek) na jak długo.(To średni do siebie pasuje. Najpierw jest o tym, że mu ta żona przeszkadzała i powodowała problemy, potem, jakby bohater zmienił zdanie w mniej niż sekundę, wpada on w rozpacz, a ponadto to wytłumaczenie "w końcu straciłem żonę i nie wiedziałem, na jako długo" brzmi według mnie bardzo topornie. Zdecydowanie odpowiedniejsze byłyby tu inne emocje, choćby niepokój, w końcu dopiero się zaczęło.)

Czułem się tak samotnie,(bez przecinka) jak nigdy dotąd, a moja świadomość zatopiła się w umyśle przetrwania.(Nie rozumiem tego sformułowania.)

Moją pierwszą myślą była ucieczka jak najdalej, jednakże musiałem ją znaleźć, toteż udałem się wgłąb(w głąb) miasta szybkim krokiem.

Ulice były opuszczone,(bez przecinka)jak poprzedniego dnia, żadnego śladu żywego człowieka.

– Tak, na fiucie też nie ma, jeśli o to pytasz, a jak nie wierzysz (przecinek) to sam sprawdź!

Chciałem, aby moja żona była tam ze mną, ale ona nie żyła, jak (tak)przynajmniej sądziłem, i nie mogła ze mną być.

Nie odczułam żadnego napięcia, czytając ten fragment. Maksymalnie skróciłeś ważniejsze momenty, a z obu ataków zombiaka można by wycisnąć coś całkiem fajnego. Tak samo jak z przemyśleń bohatera – momentami brzmiały dla mnie dość bezsensownie.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Meh – to tylko mogę powiedzieć po przeczytaniu tego fragmentu. Wiem, że w takich sytuacjach jak ta włączają się w człowieku jakieś dzikie instynkty przetrwania, ale główny bohater zachowuje się, jakby był już dawno przygotowany na apokalipsę zombie. No w dźganiu tasakiem szwagra nie widział żadnego problemu xD Tak jak mówiła Vet; z ataków zombie mogłeś wycisnąć coś fajnego, ale nie wycisnąłeś. Oczywiście koleś sobie znalazł jakąś grupkę, zobaczymy jak to będzie. A że tamta babka nazywa się Andrea wcale nie przypomina mi The walking dead, wcale! xD Ponadto jestem ciekawa, dlaczego tych zombie nie widać na ulicach podczas dnia. Czekam na więcej.
– Światło porusza się szybciej od światła.
– Bezwzględnie, pułkowniku Pickering?
– Absolutnie, generale Bingam.
Odpowiedz
#8
Cholera, nie oglądałem The Walking Dead szczerze mówiąc :P
Tak, to był czysty przypadek tej Andrei bo imię wpadło mi przypadkowo do głowy hehe to tak jak z tymi entami we Władcy Czasu i Chłopaku z wioski, ale to mówiła Vetala :P
Ciekaw jestem, co mógłbym wycisnąć z zombiaków, szczerze mówiąc to cel był jaki był i taki pozostał
"Gdzieś pomiędzy złem a dobrem jest zdrowy rozsądek. Tego się trzymajmy." ~ Verguun z południa
"Pieprzyć przeciwników, to ty masz być tym wygranym!" ~ Polleck z Aster Mit

Myśliwi!!!!
Odpowiedz
#9
Zmieniłeś "nie trafiłem" na "nie chybiłem", a to z kolei zupełnie zmienia sens zdania. Nie wiem czy wiesz, ale teraz wychodzi na to, że on jednak trafił tego zombiaka. ;) Po drugie szwagier Michaela to ojciec Milly? Tzn że jej własny ojciec od zawsze się do niej dobierał? To mi nie pasuje kompletnie. Co do samej fabuły to jeszcze się nie wypowiem, a poczekam na ciąg dalszy :)
"W tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem" – Ferdynand Kiepski
Odpowiedz
#10
Szwagier się do niej dobierał, jako brat, zboczeniec, kazirodzca :P
Nie musi być, że ojciec xd
Racja, dzięki za poprawkę z tym "chybiłem" ;)

PS. Vet, Trice – dodałem jakieś emocje w zombiaku drugim ;)
"Gdzieś pomiędzy złem a dobrem jest zdrowy rozsądek. Tego się trzymajmy." ~ Verguun z południa
"Pieprzyć przeciwników, to ty masz być tym wygranym!" ~ Polleck z Aster Mit

Myśliwi!!!!
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości