Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Mistrz Złodziei (Tytuł roboczy)
#1
Witam! Nadrobiłem zaległości z regulaminu i dzielę się z wami początkiem kreowanej przeze mnie powieści o magu Yohanie. Czytajcie, dzielcie opiniami i nie szczędźcie mi krytyki :)
Pozdrawiam!

Mistrz Złodziei


Część I: Yohan



PROLOG


Pchnąłem żelazne drzwi, ukazując uciekinierowi drogę prowadzącą z lewego skrzydła Akademii do nieoświetlonego korytarza.
Powietrze w klaustrofobicznym przejściu było wilgotne i można rzec, że dosłownie lepiło się do naszych ciał. Śmierdziało szczynami, psim gównem i nic dziwnego, że nie dało się tam wytrzymać. Maszerowaliśmy w kompletnych ciemnościach. Podążaliśmy tak, jak prowadziły ściany, minęliśmy kilka zakrętów, po czym natrafiliśmy na zaskakująco długi korytarz, który (albo nam się tylko zdawało) jak na ironię śmierdział najpaskudniej.
Z zadumy wyrwał mnie oślepiający blask, wlewający się przez otwierane przez Yohana mosiężne drzwi. Zmusił mnie i mojego kompana do założenia czarnych, jedwabnych kapturów, by osłonić oczy. Choć zapewne mój towarzysz przeżył większy szok…
– Musimy iść, Isoghardzie – rzekł do mnie opanowanym tonem, ale wiedziałem, że panicznie się boi i nie wie, co począć. Nie pozostało nam nic innego jak „iść”, więc skinąłem głową i przez chwilę zastanawiałem się, czy zrobić pierwszy krok. No bo przecież Arcymag napiętnował Yohana. Ja byłem tylko odźwiernym... I jego najlepszym przyjacielem, fakt… Zebrałem się w duchu i skarciłem za to, że przez myśl mi przeszło opuszczenie przyjaciela.
Tak, więc kiedy wygnany i napiętnowany Yohan ruszył poprzez niemiłosiernie wilgotne Lasy Mędrców do Portu Hevuaz, ja, jego wierny kompan, Isoghard, ruszyłem za nim.
Kontynuując, musicie wiedzieć, iż światła niedane było widzieć Yohanowi przez dziewięćdziesiąt trzy dni i noce. Został skazany na pobyt w odizolowanym karcerze o zaklętych ścianach. Będąc więźniem, słyszało się rozmowy wszystkich przechodzących obok osób, ale nikt nie mógł usłyszeć wołania jeńca. Dziewięćdziesiąt trzy dni samemu ze sobą. Do tego dochodziły plotki, iż zawistni kucharze zwykli byli dosypywać więźniowi ususzonego korzenia pokrzywy królewskiej do herbaty.
I dosłownie niespełna przed godziną Arcymag, wraz z dwójką swoich parobków, wszedł do ciemnej celi, skrępował oślepionego więźnia i napiętnował go. Skazał go na banicję jednego z najwybitniejszych absolwentów Akademii, a ja głupi, sam na banicję siebie skazałem, pomagając wydostać się tak „niebezpiecznemu” zbiegowi. Byłem pewny, że ściga nas oszalała gawiedź głodna linczu i własnoręcznego wymierzenia kary, toteż musieliśmy „iść”.
Widziałem, jak Yohan co chwilę przekłada skórzaną torbę z ręki do ręki i niepokojąco często dotyka karku. Jego jedynym bagażem były szczątki połamanej różdżki z drewna czarnej olchy, którą ongiś samemu wystrugał, oraz kilka bezużytecznych przedmiotów, ofiarowanych (jak nakazywał zwyczaj) przez Arcykapłana banicie.
– Rana jeszcze nie zakrzepła – powiedział Yohan, idąc w moją stronę, palcami dotykając karku. – Do tego… Sączy się z tego jakaś lepka wydzielina.
Przezroczysta posoka zlepiała palce mojego przyjaciela. Wiedziałem, że rana zagoi się niebawem, lecz blizny po niej pozostaną na zawsze. Taka była rola Arcymagowego piętna.
Piętnem naznaczano najgroźniejszych i najpodlejszych przestępców, a ludzie wiedzieli bardzo dobrze, że ten, kto banicie udzieli jadła, napitku lub schronienia, w obliczu Prawa tak samo surowo sądzony będzie, co ów wygnaniec. I owo Prawo powiadało:

„… I też najniżej upadły plebs rękę podnieść na wygnańca może, lecz gdy wygnaniec pięść uniesie, kmieć rękę odciąć napiętnowanemu ma prawo. A ten, kto wygnańca niczym równego sobie potraktuje, równie jak banita traktowany będzie…”

Naszym celem był Darym. Stolica Królestwa Darymskiego, które rozciągało swe ziemie od najbardziej wysuniętego na wschodnich wybrzeżach Portu Loam, aż do głównego nurtu ogromnej Rzeki Shaï. Północną granicą była Brama, prowadząca do jarów – drogi do Wąwozu Poległych. Południowe tereny Królestwa uwieńczały strome klify. Występujące tam gleby, które idealnie nadawały się pod uprawy warzyw, więc przebiegało tamtędy sporo Traktów Kupieckich.
Tak, przyjaciele, właśnie tam zmierzaliśmy. W moje ojczyste strony. Yohan również pochodził z Lagarii, jednak gdy był bardzo młody magowie zabrali go na Wyspę i rodziny swojej nie pamiętał.
Do Portu Hevuaz dotarliśmy po dwóch dniach przedzierania się przez gęstwiny Lasu. Udało nam się złapać statek płynący prosto do Portu Loam. Podczas rejsu starą i niezbyt pewnie wyglądającą łajbą Yohan nie objawiał nadmiernej chęci rozmowy, więc samemu postanowiłem się nie narzucać. Poza palącym nozdrza smrodem zgnilizny w kajutach i plączącymi się między stopami szczurami nie mieliśmy na co narzekać; pogoda była piękna, na błękitnym niebie nie kłębił się ani jeden obłok, wiatry sprzyjały i jak mówił kapitan, (który był wyjątkowo podejrzanym dryblasem) już po zmierzchu powinniśmy ujrzeć rytmiczne błyskanie Nadziei Wędrowców w Porcie Loam.
Napiętnowanego, acz nader wybitnego absolwenta Akademii Magów po raz ostatni widziałem siedem dni później prze zachodniej bramie miejscowości Loam.
– Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłeś – powiedział Yohan, gdy uścisnęliśmy sobie dłonie. – Jesteś wolnym człowiekiem, a na mnie ciąży piętno samotnika. Zbyt wiele ci zawdzięczam. Nie mogę cię prosić, byś szedł dalej ze mną drogą, którą muszę kroczyć, niczym pustelnik, w cieniu wszystkich i wszystkiego. – Wiedziałem, o czym mówił mój przyjaciel. I nawet nie próbowałem spierać się z nim, ponieważ wiedziałem, że nie odniesie to najmniejszego skutku. Bo tak oto właśnie zaczął się nowy etap w życiu mego kompana. Etap, w którym będzie strzegł swego prawdziwego imienia, posługując się zmyślonymi nazwiskami i przydomkami. Etap, w którym priorytetem będzie, aby chroniąc swego „ja”, nie zgubił go. Milczeliśmy tak jeszcze przez moment w bezruchu, przenikając się spojrzeniami. Potem Yohan opuścił Port Loam i podążając Traktem Kupców udał się na zachód.
Następnym razem spotkałem go dopiero dwanaście lat później.


Isoghard An’furell
ݜ ےې


Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Wcięcia robimy za pomocą kodu [p] na początku akapitu.

(24-08-2014, 23:33)Yohan napisał(a):
Mistrz Złodziei
Część I: Yohan

PROLOG

Powietrze w klaustrofobicznym przejściu było wilgotne, (zbędny przecinek) i można rzec, że dosłownie lepiło się do naszych ciał.

Z zadumy wyrwał mnie oślepiający blask, wlewający się przez otwierane przez Yohana, (zbędny przecinek) mosiężne drzwi.

– Musimy iść, Isoghardzie – rzekł do mnie opanowanym tonem, ale wiedziałem, że panicznie się boi, (zbędny przecinek) i nie wie, co począć. Nie pozostało nam nic innego jak „iść”, więc skinąłem głową i przez chwilę zastanawiałem się (przecinek) czy zrobić pierwszy krok. No, bo przecież, (zbędne przecinki) Arcymag napiętnował Yohana.

Zebrałem się w duchu i skarciłem, (zbędny przecinek) za to, że przez myśl mi przeszło opuszczenie przyjaciela.

Został skazany na pobyt w odizolowanym karcerze, (zbędny przecinek) o zaklętych ścianach. Będąc więźniem (przecinek) słyszało się rozmowy wszystkich przechodzących obok osób, ale nikt nie mógł usłyszeć wołania jeńca.

I dosłownie niespełna przed godziną, (zbędny przecinek) Arcymag, wraz z dwójką swoich parobków, wszedł do ciemnej celi, skrępował oślepionego więźnia i napiętnował go.

Byłem pewny, że ściga nas oszalała gawiedź głodna linczu i własnoręcznego wymierzenia kary, to też (toteż) musieliśmy „iść”.

– Rana jeszcze się nie zaskrzepiła (zasklepiła albo zakrzepła) – powiedział Yohan, idąc w moją stronę, palcami dotykając karku.

Piętnem naznaczano najgroźniejszych i najpodlejszych przestępców, a ludzie wiedzieli bardzo dobrze, że ten, kto banicie udzieli jadła, napitku lub schronienia, w obliczu Prawa, (zbędny przecinek) tak samo surowo sądzony będzie, (zbędny przecinek) co ów wygnaniec.

A ten, kto wygnańca, (zbędny przecinek) niczym równego sobie potraktuje, równie jak banita traktowany będzie…

Występujące tam gleby, (zbędny przecinek) idealnie nadawały się pod uprawy warzyw, więc przebiegało tamtędy sporo Traktów Kupieckich.

Tak, przyjaciele, właśnie tam zmierzaliśmy. W moje ojczyste strony. Yohan również pochodził z Lagarii, jednak, (zbędny przecinek) gdy był bardzo młody magowie zabrali go na Wyspę i rodziny swojej nie pamiętał.

Udało nam się złapać statek, (zbędny przecinek) płynący prosto do Portu Loam. Podczas rejsu starą, (zbędny przecinek) i niezbyt pewnie wyglądającą łajbą Yohan nie objawiał nadmiernej chęci rozmowy, więc samemu postanowiłem się nie narzucać. Poza palącym nozdrza smrodem zgnilizny w kajutach, (zbędny przecinek) i plączącymi się między stopami szczurami, (zbędny przecinek) nie mieliśmy, (zbędny przecinek) na co narzekać; pogoda była piękna, na błękitnym niebie nie kłębił się ani jeden obłok, wiatry sprzyjały i jak mówił kapitan, (który był wyjątkowo podejrzanym dryblasem), (zbędne przecinki) już po zmierzchu powinniśmy ujrzeć rytmiczne błyskanie Nadziei Wędrowców w Porcie Loam.

Bo, (zbędny przecinek) tak oto właśnie zaczął się nowy etap w życiu mego kompana.

Potem Yohan opuścił Port Loam i podążając Traktem Kupców (przecinek) udał się na zachód.

Rozdział I

Arcykapłan był pewien, (zbędny przecinek) (bo wierzcie słowu prastarego elfa – swoje już w życiu wypatroszył i swoje już w życiu widział), że prawidłowo odczytał runy, (zbędny przecinek) i tylko dlatego zgodził się wystrugać z olszego (olchowego) drewna oraz pobłogosławić Rękojeść.

Brak jakichkolwiek wpisów, akt, dokumentów, (zbędny przecinek) na temat człowieka o takim rysopisie. Druga rzecz, acz również bardzo istotna (wtrącenia wydzielamy z dwóch stron takimi samymi znakami, więc albo z obu stron przecinki, albo myślniki) wiadomość adresowana jest, (zbędny przecinek) (na co wskazuje ostatnia linia po gładkim sztychu), (zbędny przecinek) bezpośrednio do elfów.

Wiadomość, którą przyniósł (przecinek) jest równie interesująca, zachęcająca (przecinek) by zagłębiać się dalej w nieustannej plątaninie pytań, co napawająca lękiem i obawą. Ten, kto ją pozostawił (przecinek) był zapewne jednym z nas – Obdarzonych.

Istota dobra, (zbędny przecinek) czy też nie – nie można było jej lekceważyć.

Pierwsze przebiśniegi wydostawały się już ponad powierzchnię wody i pięły w stronę, (zbędny przecinek) również dopiero co, (zbędny przecinek) budzącego się słońca.

Valhil Perrowal pochodził z małej miejscowości (raczej przecinek) Heb, leżącej mniej więcej siedem dni drogi, (zbędny przecinek) na północ od Darymu. Pochodzący z rodziny medyków (pradziad? – medyk, dziad? – medyk, ojciec? – brawo. I on, najstarszy z synów – medyk (WTF?)) reprezentant wagi ciężkiej, (zbędny przecinek) o pucołowatej twarzy i szpiczastym nosie, (zbędny przecinek) tak pilnie domagał się dotarcia w Góry Kal’arn, że chętnie przyjął warunki postawione przez nieznajomego Maga.

– Interesy – odsyknął krótko Valhil i Yohan mógłby przysiąc, że widział złowrogi błysk w oku pracodawcy (kropka i po myślniku dużą literą) – przyspieszmy! – Z(z)ażądał grubas, (zbędny przecinek) niczym rozpieszczone dziecko. – I nie bądź, (zbędny przecinek) pan tak bezczelnie wścibski, panie LaVegg.
– Wedle życzenia, panie medyku. (zbędna kropka i po myślniku małą literą) – Odparł i teatralnie pokłonił się Yohan. – Lecz, (zbędny przecinek) jeśli wolno mi, to radziłbym nie podnosić głosu, bo wkraczamy właśnie do Elfiego Gaju, a budzenie elfów przed świtaniem pecha sprowadza.

Choć fakt, iż potrzebował pieniędzy (przecinek) drastycznie zawężał wachlarz opcji. Szczęściem, (zbędny przecinek) bez trudu wynegocjował dwieście lunerów, co pozwoliłoby mu przeżyć przez miesiąc na dość nienajgorszym (nie najgorszym) poziomie!

Dalej nie sprawdzam, jestem zmęczony. Interpunkcja – masa zbędny przecinków, wtrącenia wprowadzasz podwójnymi znakami (nawiasem i przecinkami). Zapis dialogów – tu nie jest źle, ale jest kilka miejsc, w których trafiły się błędy. Fabuła – jakoś mnie nie wciągnęła, ale to rzecz gustu.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#3
Rozumiem, dzięki, z przecinkami miewam takowy problem :P
Odpowiedz
#4
Wybaczcie, ale, by wstawić akapity musiałem rozdzielić tekst na dwie części, ponieważ nie zmieściłem się w limicie znaków :) już wszystko gotowe, zapraszam do czytania :)

Rozdział I


Arcykapłan był pewien (bo wierzcie słowu prastarego elfa – swoje już w życiu wypatroszył i swoje już w życiu widział), że prawidłowo odczytał runy i tylko dlatego zgodził się wystrugać z olchowego drewna oraz pobłogosławić Rękojeść.
Znaki były bardzo stare, ale przesłaniem wprost raziły w oczy tak doświadczoną istotę jak Arcykapłan Leafyss. Nikt już nie posługiwał się takim zapisem. Leafyss od dwóch wieków nie spotkał się ze Znakami Pierwotnymi. Tak więc to, kto mógł ową wiadomość pozostawić, pozostawało dla elfa tajemnicą. Przynajmniej do czasu, aż człowiek się nie obudzi. Tego, kim jest mężczyzna, o dziwo, też nie udało się ustalić. Brak jakichkolwiek wpisów, akt, dokumentów na temat człowieka o takim rysopisie. Druga rzecz – acz również bardzo istotna – wiadomość adresowana jest (na co wskazuje ostatnia linia po gładkim sztychu) bezpośrednio do elfów. Dzień Odrodzonego nadejdzie dopiero za kilka miesięcy, lecz z tego, co zrozumiał Arcykapłan, trzeba zacząć działać już teraz.
Osoba, która pozostawiła wiadomość, musiała wiedzieć, że zostanie tu dostarczona. Kimkolwiek jest nieznajomy, trzeba o niego zadbać. Wiadomość, którą przyniósł, jest równie interesująca, zachęcająca, by zagłębiać się dalej w nieustannej plątaninie pytań, co napawająca lękiem i obawą. Ten, kto ją pozostawił, był zapewne jednym z nas – Obdarzonych. Niewielu innych posiada wiedzę o Znakach Pierwotnych, a co dopiero posługuje się nimi. Istota dobra czy też nie – nie można było jej lekceważyć.
I ten oto natłok pytań nakłonił Arcykapłana, by udać się do swego pokoju i wyciszyć, medytując w zacisznej izbie. Opuścił okrągły, ciemny gabinet, w którym walały się sterty różnorakich książek; od małych tomików, po wielkie, oprawiane w ShaꞌꞋańskie skóry woluminy. Przestronny dębowy stół przykrywały sterty dokumentów, kupki rejestrów i rozpisek. Arcykapłan zatrzasnął drzwi i przekręcił w zamku olbrzymi, żelazny klucz. Leafyss jeszcze przed odejściem położył rękę na zdobionych drzwiach do pracowni, szepnął coś niezrozumiałego pod nosem, i ostatnie światło w pomieszczeniu zgasło. Nie pozostawało nic, tylko czekać.


***


Ostatnie śniegi stopniały już niemal całkowicie, toteż polana, którą kroczyli dosyć żwawo, skrywała się pod warstwą krystalicznie czystej wody. Skórzane buty podróżników przemakały, co sprawiało, że marsz stawał się coraz bardziej nieprzyjemny. Pierwsze przebiśniegi wydostawały się już ponad powierzchnię wody i pięły w stronę również dopiero co budzącego się słońca.
Valhil Perrowal pochodził z małej miejscowości, Heb, leżącej mniej więcej siedem dni drogi na północ od Darymu. Pochodzący z rodziny medyków (pradziad? – medyk, dziad? – medyk, ojciec? – brawo. I on, najstarszy z synów – medyk) reprezentant wagi ciężkiej o pucołowatej twarzy i szpiczastym nosie tak pilnie domagał się dotarcia w Góry Kal’arn, że chętnie przyjął warunki postawione przez nieznajomego maga.
– A co pana medyka między Góry ciągnie, jeśli można, z łaski swojej? – spytał czarodziej.
– Interesy – odsyknął krótko Valhil i Yohan mógłby przysiąc, że widział złowrogi błysk w oku pracodawcy. – Przyspieszmy! – zażądał grubas niczym rozpieszczone dziecko. – I nie bądź, pan tak bezczelnie wścibski, panie LaVegg.
– Wedle życzenia, panie medyku – odparł i teatralnie pokłonił się Yohan. – Lecz, jeśli wolno mi, to radziłbym nie podnosić głosu, bo wkraczamy właśnie do Elfiego Gaju, a budzenie elfów przed świtaniem pecha sprowadza.
– Wieśniackie zabobony! – skwitował medyk i to tak głośno, że Yohanowi zadudniło w uszach. Miał ochotę podejść i utopić go w głębokim po kostki jeziorze, po którym kroczyli. Ale Valhil miał rację. Oczywiście, że elfy nie ścigały ludzi tylko za to, że ci śmieli wybudzić ich ze snu.
Elfy po prostu nie lubiły ludzi. Oszczędzały tylko znaczące w ludzkim świecie persony. Ale ze zwykłymi przejezdnymi, których życiem nie interesował się zupełnie nikt, obchodzili się na różne, często zaskakujące pomysłowością sposoby. Dlatego Yohan dobrze przemyślał przyjęcie tego zlecenia. Choć fakt, iż potrzebował pieniędzy, drastycznie zawężał wachlarz opcji. Szczęściem bez trudu wynegocjował dwieście lunerów, co pozwoliłoby mu przeżyć przez miesiąc na dość nie najgorszym poziomie!
Zadaniem Yohana było chronić karawanę Perrowala, a w szczególności samego pracodawcę. Trasa przebiegała im spokojnie. Z Heb wyprawa poprowadziła ich do prowincji Loob, gdzie kupili przepustki, następnie przez Północną Bramę wjechali do jarów. Szlak przyprawiał o dreszcze, to fakt – sięgające wysoko strome urwiska, ale to właśnie wtedy Yohan zaczął nazywać w myślach Valhila „panem nie mam jaj medykiem”, gdy ten mdlał za każdym razem, kiedy wiatr zaczynał przenikliwie zawodzić.
A potem napadli ich u wyjścia z Wąwozu Poległych. Ojcowie, co to, kurwa, była za rzeź! Niech Stwórca błogo…
Z zadumy oderwał Maga głuchy huk, po którym rozbrzmiał delikatny szelest. Yohan obrócił się, wykonując zwinny piruet i, z wyuczoną z czasów studiów precyzją, zaczął kumulować energię w dłoniach. Ale to, co ujrzał kompletnie go zszokowało i mężczyzna nie był w stanie niczego z siebie wykrzesać…
Być może nazbyt pozwolił sobie zagalopować się we wspomnieniach? A Valhil w tymże czasie co? Pokłada się na swym brzuszysku i chlupocze beztrosko we własnej krwi! Psia mać!
Yohan może by się przejął, gdyby nie brzydził się tak samolubnymi ludźmi. Ale i mamony nie będzie, a ten właśnie fakt dobijał czarodzieja włócznią w serce. Zawsze można było skroić denata póki ciepły, bo jak wystygnie to hańba i bezczeszczenie zwłok.
Schodząc z wystającego wysoko nad ziemią korzenia, dostrzegł wbitą w ziemię strzałę. I ujrzawszy w jednej chwili kunszt i artyzm, z jakim dane było odejść jego świętej pamięci pracodawcy, od razu wiedział, co należy zrobić. Cenił swoje życie, lecz czy to miało teraz jakiekolwiek znaczenie? Powoli uniósł ręce nad głowę i położył je na karku. Wstrzymał oddech, uklęknął.
I nie wiedzieć kiedy, poczuł nieprzyjemne ukłucie na nadgarstku. Niczym tnący komar, któremu jednak podczas lotu akompaniuje delikatny świst, a nie wkurwiające brzęczenie.
Słońce nie wypełzło jeszcze w pełni zza linii horyzontu, a ptaki zaczęły dopiero witać się ze sobą melodyjnym trelem.

Hej, mieszczuchu, nie krzycz tak,
Bo w lesie chrapie mroczny stwór,
Póki śpi słońce, nie budź też nas,
Gdy zbudzisz Fatum, oj módl się, módl.

Yohana otuliła cudowna ciemność, która pozwoliła mu zatracić się w beztrosce i zrelaksować za wsze czasy. Ciekawe czy dane mu będzie opowiedzieć o tym, co zobaczył.

***


Mag obudził się w ciemnej, nieoświetlonej izbie. Leżał w samych spodniach i lekkich, skórzanych butach. Powoli dźwignął się na łokcie, a następnie usiadł na skraju łóżka i rozejrzał dokoła. Pomieszczenie było okrągłe. I na tym praktycznie zakończyło się rozpoznanie terenu – było tak diabelnie ciemno.
W tym samym momencie w pokoju zapłonęły złotym blaskiem dziesiątki punkcików, które poszybowały w górę, a następnie zleciały się w jedno miejsce pośrodku sklepienia. Wszystko nagle stało się idealnie widoczne, jednak nim Yohan zdążył cokolwiek zobaczyć, do pokoju wszedł zwinnym krokiem wysoki, stary, bo jeśli widać pierwsze zmarszczki, to musi być naprawdę wiekowy, elf w długim do ziemi, szarym, dość mocno zniszczonym płaszczu.
Yohan odruchowo zaczął skupiać się na otaczającej go energii.
– To na nic – rzekł nagle elf mocnym, acz niezwykle melodyjnym głosem. – Twoja magia – wytłumaczył – to mój dom, a ty jesteś tu gościem. – Czarodziej nie wierzył własnym uszom. Elfy zabijają ludzi, a nie goszczą ich! – I wygląda na to, mój przyjacielu – mój przyjacielu? Yohan nie wiedział, jak długo spał i ile go ominęło, ale tok wydarzeń z każdą chwilą coraz mniej mu się podobał –, że nie mogę pozwolić ci odejść zbyt szybko.
– Kim jesteś? – To jedyne pytanie, jakie w tej chwili przyszło mu do głowy.
– Jestem Leafyss. Arcykapłan z rodu Lagar’een. Adresat wiadomości, którą przynosisz. A ciebie zwą?
– Yohan – odparł krótko i urwał, zdając sobie sprawę z jaką swobodą wyjawił elfowi swoje imię. Nie wypowiedział go przy kimś już od bardzo dawna. Odkąd opuścił Isogharda, tylko jedna istota usłyszała jego imię.
– Jak już mówiłem – wtrącił Leafyss wytrącając maga z rozmyślań – jesteś w moim domu, Yohanie, a my elfy od zarania dziejów bardzo cenimy sobie kulturę, do której na pewno nie wlicza się kłamstwo. Na każde zadane przeze mnie pytanie, odpowiadać będziesz z niezachwianą szczerością dopóty, dopóki przebywasz w tej izbie.
Mag spojrzał głęboko w przenikliwe, szmaragdowe oczy elfa. I kiedy tak patrzył, to niby patrzył w głąb leśnej puszczy. Elf był przebiegły. Czyżby wychwytywał moje myśli, zastanawiał się mężczyzna.
– Kim jesteś i skąd przybywasz, Yohanie? – oficjalnie, uśmiechnął się w myśli mag.
– Jestem absolwentem Akademii Magów na Wyspie Ago’hadd. Napiętnowany przez Arcymaga Ledrenna. – Odpowiedział powoli, lecz zgodnie z prawdą, a bo i co innego miał czynić?
A więc Ledrenn, pomyślał Arcykapłan. Faktycznie, Arcymag był jednym z Obdarzonych, jednak podczas posiedzeń zwykle milczał. Wielu miało wątpliwości, czy rzeczywiście Ledrenn jest prorokiem. Jednak Ostatni z Ojców nie miał wątpliwości, co do swej intuicji i pozwalał staremu człowiekowi sprawować posadę Arcymaga. Co dziwne, ostatnie posiedzenie, czyli zarówno dzień, w którym po raz ostatni widział Strażników, miało miejsce osiem zim temu.
– Dlaczego Arcymag przesyła mi zaszyfrowaną wiadomość na twoim ciele? – zapytał Leafyss. Nie było czasu do stracenia.
– Wiadomość na moim ciele? – parsknął Yohan.
– Twoje blizny na karku – wyjaśnił elf. Czarodziej początkowo podejrzewał, że ten żartuje, jednak domagające się wyjaśnień spojrzenie Arcykapłana rozwiało te myśli.
– Moje arcykapłańskie piętno?
– Piętno? Toż to wiadomość zaszyfrowana! W Pierwotnych Znakach! – wybuchł elf, co wydało się Yohanowi niezgodne z jego wyobrażeniem elfiej dostojności. Czarodziej patrzył na Leafyssa z zaciekawieniem.
– Każdy groźny kryminalista nosi takie piętno – tłumaczył Yohan.
– Niemożliwe! Coś takiego uczynił, czarowniku? – spytał elf, a mag dopiero wtedy zdał sobie sprawę…
– Nie pamiętam – rzekł krótko. I był to niezbity i zaskakujący fakt. Jak to możliwe, że nigdy o tym nie pomyślał? Zapomniał? Przez dziesięć lat uciekał, ukrywał się, chronił swego imienia. Przed kim? Za co? Przypomniał sobie dzień, kiedy udało mu się ukończyć Akademię… A potem nic już nie pamiętał. Niczym mur, torujący drogę do prawdziwych wspomnień, którego żadną siłą nie da się przebić. Niczym kurtyna, której nie dane mu było odsłonić. A dalej był Port Loam. Lecz co działo się między tymi wspomnieniami?
– Twoje znaki rozpoczęte są potrójnym cięciem, nie podwójnym – podjął Arcykapłan. – Czy wiesz, co to oznacza w alfabecie znaków? – mag zdał sobie sprawę, że nie ma w ogóle pojęcia o czymś takim jak „alfabet znaków”, więc tylko pokręcił powolnie głową. – Niczego was już nie uczą w tej Akademii? Eh… Zupełnie nic! – wytłumaczył gospodarz i zaśmiał się, jak gdyby był to świetny dowcip. – Jednak czytając Znakami Pierwotnymi, którymi posługiwali się Ojcowie, znaczyłoby to: „ Przyjaciele, zwróćcie się ku mnie, bowiem Stwórca chce zabrać głos.”
Jednak jedyne, czego chciał Yohan, to wyjść z pachnącej mchem izby. Wiedział, że jeśli będzie długo tu przebywał, elf może zdążyć dowiedzieć się o nim zbyt wiele.
– Czy dałem radę cię zaciekawić, młody czarowniku? Ledrenn posłużył się prastarym językiem Ojców, by przekazać wiadomość Strażnikom. Jesteś kimś, kogo nakazane jest mi chronić. – Yohan musiał przyznać – Strażnik, jak nazywał siebie elf, zaciekawił go niemiłosiernie. Postanowił siedzieć i słuchać. Arcykapłan hipnotyzował spojrzeniem, które prowadziło go za rękę coraz głębiej w leśną głuszę jego słów. A ty chciałeś siedzieć i słuchać. – Dalsza część tłumaczy nam, a konkretnie póki, co mnie, jaki los na tobie ciąży. Następnie mowa o Dniu Odrodzenia, święcie, które wypada, co dwieście pięćdziesiąty Dzień Wiosny. Wtedy winien umrzeć Ostatni z Ojców, pokonany przez Zann Shaa’r – przywódcę armii Nieumarłych. Równowaga zostanie zachwiana. Jednak proroctwa mówią o wojowniku.
„O sercu najmężniejszym z mężnych, bojowniku najwaleczniejszym z walecznych, i umyśle najprzebieglejszym z przebiegłych.”
I kiedy ów bohater zniszczy Jadeitowe Serce, a wraz z nim Zann Shaa’r, Stwórca powoła go swym Posłańcem. Yohan mógłby głowę katu pod ostrze podłożyć, jeśli się mylił, że słyszał napięcie w głosie Strażnika. – Arcymag twierdzi, że możesz być Wybranym. – dokończył. Mag nie odzywał się. Kompletnie nie wiedział, jak odparować. Za dużo myśli kłębiło się w jego głowie, zbyt wiele pytań zaprzątało jego umysł.
– Chciałbym odpocząć – powiedział. I była to prawda, choć prawda ta pozwalała odnaleźć dwa topielcze jaja w jednym bajorze. Arcykapłan spojrzał na przybysza przez moment i tylko skinął lekko głową. Opuścił izbę równie szybko, jak wślizgnął się tu z początku, a wraz za nim niby kaczątka goniące za kwoką (niestety zazwyczaj później, przekonują się, że wprost do paszczy jakiegoś węża bagiennego) umknęły oświetlające lokum świetliki.
Yohan wiedział, że musi wyjść z tego pokoju i dopiero wtedy będzie mógł prowadzić konwersację, którą byłby w stanie kontrolować.
Nie wiedział ile spał, nie wiedział ile prześpi, jeśli uśnie, ale wiedział, że uśnie i usnął, gdy tylko zamknął oczy, kładąc głowę na miękkiej poduszce.
Obudził się chwilę po świcie, dzięki Stwórcy! Wstał, przeciągnął się, któraś z kości chrupnęła przeraźliwie, wziął koszulę leżącą obok drzwi i wyszedł do korytarza za nimi. Był długi i, całe szczęście, oświetlony. Ciągnął się na lewo od drzwi, drewniane belki i podpory trzymały stabilnie wały ziemi, pod którą znajdował się korytarz. Mimo trudnych warunków wisiały tu co kilkanaście metrów pochodnie, oraz liczne obrazy w złoto zdobionych ramach. Mag nie poznał ani jednej elfiej twarzy, spośród widniejących na portretach. Na końcu były drzwi, które otworzyły się po lekkim pchnięciu i wylało się zza nich oślepiające światło. Słoneczne światło. Yohan na moment stracił wzrok, nie widział zupełnie nic. Biel. A może to czerń?
A problem ze wzrokiem spowodował zapewne korzeń pokrzywy w herbacie. Zawistni wrogowie Yohana pragnęli, by ten oślepł, gdy ten spojrzy w słoneczny okrąg na niebie po dziewięćdziesięciu trzech dniach w ciemności. Szczęściem, kaptur z magicznej szaty maga świetnie chronił przed naturalnym blaskiem.
Mimo to Yohan widział coraz gorzej. Jego oczy coraz częściej się męczyły, coraz częściej je przecierał. Wzrok przyzwyczajał się za każdym razem, lecz za każdym razem zajmowało mu to coraz więcej czasu.
Pomieszczenie, w którym się znalazł było o wiele większe niż pokój, w którym się obudził. Prostokątne dla odmiany. Ściany oblegały drewniane regały, po brzegi wyładowane księgami. Na środku stał duży dębowy, pięknie rzeźbiony stół, a wokół niego dziesięć miejsc w postaci równie spektakularnie wyrzeźbionych krzeseł. Po cztery po obu dłuższych bokach i po jednym u szczytów. Na jednym z bocznych miejsc zasiadał stary Leafyss.
– Już wstałeś. – rzekł nie patrząc w stronę czarodzieja, lecz przez okrągłą okiennicę, wprost na polankę przed wystającą częścią chaty. – Późno. No, ale nic. Wy ludzie jesteście… inni, i przed zabiciem cię powstrzymuje mnie tylko treść wiadomości, Przysięga i… To, iż od dwóch tygodni drążę w drewnie kanały i rzeźbię dla ciebie Rękojeść.
– Rękojeść? – Powtórzył mag bezmyślnie. Dwóch tygodni? Tyle tu jestem?
– Broń. Magiczna broń. – Zaczął tłumaczyć Arcykapłan. – Nieważne co, jesteś Magiem, natura dosłownie przepływa przez twoje ciało. Potrafisz kreować, zmieniać, ukrywać, tworzyć iluzje. A ja nauczę cię ujarzmić twój żywioł, Posłańcze. Tak, Posłańcze, bo jeśli Ostatni z Ojców wierzył w moc Arcymaga Ledrenna, to ja, Strażnik Komnat również. Dlatego kończę rzeźbić broń z drewna czarnej olchy, które przyniosłeś ze sobą.
Yohan zorientował się wtedy, że nie ma ze sobą torby. Swoją luźną, czarną koszulę znalazł bez problemu, na stojaku, przy wyjściu z pokoju. Zaś, o torbie zapomniał.
– Będę cię szkolił – zaczął elf – lecz pierwej wykonasz dla mnie zadanie. Jeśli ci się powiedzie zostaniesz moim uczniem, jeśli zawiedziesz… Cóż, jeśli zawiedziesz nie zobaczymy się więcej… – mówił niestosownie spokojnie Leafyss.
– A co, jeśli ja wcale nie chcę być twym uczniem? – wybuchł Yohan w jednej chwili przerywając Strażnikowi. Elf zamilkł, a jego przenikliwe oczy jak raz, straciły swój dotychczasowy blask. I elf słuchał. – Nie prosiłem o to. Dlaczego nie powiedział mi o tym sam Arcymag?
Elf spojrzał na niego spojrzeniem pełnym smutku i troski. Yohan nie spodziewał się takiego gestu. Było w nim coś, co sprawiało, że mężczyzna tracił wolę walki.
– Nie wiem – odrzekł krótko.
– Zniszczyliście mi życie… – mag opuścił głowę nisko, bezwładnie, a w następnej chwili między jego dłońmi uformowała się wielkości dwóch pięści rozżarzona kula ognia. Jednak Strażnik był szybszy. Stuknął, okutym srebrnym metalem, końcem laski, którą dotychczas trzymał w prawej ręce, w drewnianą podłogę chaty. Rozeszła się od niej przepływająca przez pomieszczenie, błękitna fala i Yohan stanął w bezruchu. Zaklęcie czarodzieja znikło, Arcykapłan wstał i podszedł do unieruchomionego maga.
– Jeśli nie interesuje cie takie przedstawienie sprawy, to spójrz na to z tej strony: Zostałeś powołany, by zostać Posłańcem samego Stwórcy. Jednym z Sześciu Ojców. Dane ci będzie władać żywiołem, posłusznym tylko i wyłącznie tobie. Będą krążyć o tobie bajki, legendy! Ludzie będą jednym chórem śpiewać szanty i hymny na twą cześć! Możesz zyskać wiele…
– A ile mogę stracić?
– Niewiele więcej niż masz teraz – skwitował elf. – Co powiesz na możliwość odzyskania swego prawdziwego imienia? – Miejsce jego oczu znów zastąpiły płonące szmaragdy. I Yohan zaufał Arcykapłanowi, a ten bezzwłocznie podjął: – Słyszałem, że jesteś wykwintnym złodziejaszkiem, Yohanie. Przyniesiesz mi jedną ze szkatułek należących do Piastunki Cierniowego Sadu. Tylko wybierz mądrze.
Czar Arcykapłana ustąpił w końcu. I dobrze, bo Yohan czuł jak jego ciało zaczyna drętwieć.
– Mam udać się do Cierniowego Sadu i okraść Sanno? – rzekł mężczyzna z nieukrywanym zdumieniem.
– Jak widzę, wszystko umiesz skroić – uśmiechnął się Leafyss. – Nawet zdanie potrafisz pozbawić opisu. Tak, masz przynieść mi szkatułkę Sanno. I lepiej dla ciebie, by miała nie najgorszą zawartością – dodał i zapanowała cisza.
– Mam tu coś – milczenie przerwał elf, podchodząc do kufra pod ścianą i wyciągnął z niego spory a wydawałoby się ciężki przedmiot. – Napierśnik ze smoczej skóry – wyjaśnił Leafyss. – Zatrzyma bełt wystrzelony z odległości trzydziestu metrów. W pancerz wszyłem kaptur; czarny, jedwabny, wzmacniany pajęczymi nićmi. Tak, żebyś oczu nie męczył – elf, czego mag by się w życiu nie spodziewał, klepnął go w ramię.
– A co z moją bronią? – zapytał mężczyzna. Nawet się nie opierał i mimo, że furia roznosiła go od środka, postanowił wykonać polecone mu zadanie. Wspaniale byłoby odzyskać swoje jestestwo. Obaj – on i elf – wiedzieli, że nie ma nic do stracenia, bo sam był niczym, nie istniał. Jeśli nie teraz, to kiedy nadejdzie pora, by rozwikłać zagadki postawione w przeszłości?
– Mam nadzieje, że nie mówisz o tych marnych kawałkach miedzi i najtańszej stali, które przy tobie znalazłem! A Rękojeść niech nie będzie twoim zmartwieniem, póki nie zdobędziesz szkatułki Wdowy Sanno. Ja sam mam kilka mieczy i trochę innego badziewia z Kryształowej Stali, hartowanej przez Krasnoludy.
– Krasnoludy? – spytał Yohan. I znów ta przenikliwa hipnoza. – Przecież wymarły…
– Być może – przerwał znów Arcykapłan, – kiedy wrócisz, gotów wypełnić nakazaną ci misję, pokażę ci świat, który znam ja. Spiesz się, czarowniku, albowiem czterdzieści zmierzchów pozostało, nim nadejdzie Dzień Odrodzenia
A, nim Odrodzenie dokona się w pełni, Czystka przerzedzi tłumy motłochu – zacytował Leafyss.
– W takim razie, potrzebuję pomocnika – oznajmił czarodziej. Nie myślał o nikim konkretnym, choć wpadła mu do głowy pewna osoba. Prawdę mówiąc, liczył na łaskę i pomoc Strażnika. Lecz on, z uśmiechem na twarzy odparł tylko pogodnie:
– Zabierz ją.
I Yohan nie musiał się dwa razy zastanawiać.
Tak, więc nim zaczęło świtać następnego. dość mroźnego, poranka mag, niby Wybrany, opuścił chatę Arcykapłana. Wybył odziany w nowy pancerz, z przypasanym u boku długim, jednoręcznym mieczem z Kryształowej Stali, i dwóch sztyletach wetkniętych za pas z tyłu. Przed niepotrzebnymi spojrzeniami zasłaniała je jedwabna, nieprzejrzysta, wzmacniana peleryna. Wyru-szył na wschód, na powrót w stronę Wąwozu Poległych, a potem musiał znaleźć najszybszą drogę do miejscowości Hossag. Z zacią-gniętym nisko na oczy kapturem, Yohan przemierzał Elfi Gaj w milczeniu. Wsłuchiwał się w śpiew ptactwa, zawodzenie wilków i warczenie innych bestii skrywających się w głębi, między drzewami lasu.
Definitywnie, miał dosyć budzenia elfów przed świtaniem na bardzo długi czas, bo jeżeli wierzyć wędrownym przyśpiewkom chłopskim to pozostało mu się wyłącznie modlić. Oj, modlić.

Odpowiedz
#5
(24-08-2014, 23:33)Yohan napisał(a): Kontynuuję, Stu :).

PROLOG


Południowe tereny Królestwa uwieńczały (wieńczyły) strome klify.

Rozdział I

I ten oto natłok pytań nakłonił Arcykapłana, by udać się do swego pokoju i wyciszyć się (tu zbędne), medytując w zacisznej izbie.

Szczęściem, bez trudu wynegocjował dwieście lunerów, co pozwoliłoby mu przeżyć przez miesiąc na dość nienajgorszym ("dość" – zbędne, "nie najgorszym") poziomie!

Zadaniem Yohana było chronić karawan(karawanę – biernik) Perrowala, a w szczególności samego pracodawcy(pracodawcę – biernik).

Szlak przyprawiał o dreszcze, to fakt, (zbędne) (sięgające wysoko urwiska skalne, po których toczyły i zsypywały się na dół pojedyncze głazy i kamienie), ale to właśnie wtedy Yohan zaczął nazywać w myślach Valhila „panem nie mam jaj medykiem”, gdy ten mdlał za każdym razem, kiedy wiatr zaczynał przenikliwie zawodzić. (Zdanie jest niepotrzebnie tak skomplikowane – cały opis urwiska powinien być oddzielony albo nawiasem, albo przecinkami, albo myślnikami, na pewno nie wszystkim naraz. Możesz jednak zrobić to prościej "To prawda, że szlak przyprawiał o dreszcze, strasząc lawinami kamieni spadającymi z sięgającego nieba urwiska, ale..." lub jakoś tak)

A potem napadli ich u wyjścia z Wąwozu Poległych. Ojcowie, co to (przecinek) kurwa (przecinek) była za rzeź! Niech Stwórca błogo…

Yohan obrócił się, wykonując zwinny piruet i (przecinek) z wyuczoną z czasów studiów precyzją (przecinek) zaczął kumulować energię w dłoniach. Ale to, co ujrzał kompletnie go zszokowało i mężczyzna nie był w stanie nic (niczego) z siebie wykrzesać…

Pokłada się na swym brzuszysku i chlupota (chlupocze) beztrosko we własnej krwi! Psia mać!

Yohan może i przejąłby się (szyk – może by się przejął), gdyby nie brzydził się takich samolubnych ludzi (takimi samolubnymi ludźmi – narzędnik).

Ale i (zbędne) mamony nie będzie,(zbędny przecinek) i ten właśnie fakt dobijał czarodzieja włócznią w serce ("ranił czarodzieja włócznią w serce" albo "dobijał czarodzieja").

Schodząc z wystającego, (zbędny przecinek) wysoko nad ziemię (ziemią) korzenia (przecinek) dostrzegł wbitą w ziemię strzałę. I dostrzegając (doceniając) w jednej chwili kunszt i artyzm, z jakim dane było jego świętej pamięci pracodawcy opuścić ten padół, od razu wiedział, co należy zrobić, jeśli on cenił swe życie (usunęłabym to, gdyż nawet nie wiadomo, kogo masz na myśli – siebie czy pracodawcę).

I nie wiedzieć kiedy, poczuł nieprzyjemne ukłucie na nadgarstku. (za dużo zdań zaczynasz od "I")

Hej, mieszczuchu, nie krzycz tak
Bo w lesie chrapie mroczny stwór
Póki śpi słońce, nie budź też nas
Gdy zbudzisz Fatum, oj módl się, módl
(Nawet w wierszu należy być konsekwentnym – albo stosujesz interpunkcję, albo nie. Jeśli zastosowałeś przecinki, to należałoby też postawić kropki. Nie znam się na poezji, ale tak myślę. Może Duś mnie poprawi.)

Ciekawe czy dane mu będzie opowiedzieć o tym, co zobczył (zobaczył).

Wszystko nagle stało się idealnie widoczne, jednak nim Yohan zdążył cokolwiek zobaczyć, do pokoju wszedł zwinnym krokiem wysoki, stary, (bo jeśli widać pierwsze zmarszczki, to musi być naprawdę wiekowy) (zbędne nawiasy) (przecinek) elf, (zbędny przecinek)w długim do ziemi, szarym, i (zbędne) dość porządnie (mocno, ponieważ "porządnie" raczej zaprzecza zniszczeniu) zniszczonym płaszczu.

– To na nic – rzekł nagle elf mocnym, acz niezwykle melodyjnym głosem. – Twoja magia – wytłumaczył.(bez kropki)(t)To mój dom, a Ty jesteś tu gościem. – Czarodziej nie wierzył własnym uszom. , (zbędny przecinek) Yohan nie wiedział (przecinek) jak długo spał i ile go ominęło, ale tok wydarzeń z każdą chwilą coraz mniej mu się podobał –, że sporo czasu jeszcze tu zabawisz (niezrozumiałe i zbędne).
– Kim jesteś? – (T)to jedyne pytanie, jakie w tej chwili przyszło mu do głowy.

Dalej nie mam czasu, może później. Byłaby to niezła historia, ale tak komplikujesz zdania, że trudno chwilami zrozumieć;>. Zdarzało mi się odpuścić książkę, kiedy nie mogłam przebrnąć przez zbyt skomplikowaną treść. Poczytaj na temat interpunkcji.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#6
Serdeczne dzięki za pomoc. Będę sukcesywnie starał się poprawiać błędy i pisać przejrzściej ;)
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Poprzednie teksty poprawione (tak myślę :)), a ja podsyłam kolejny rozdział :)

Rozdział II


Po mroźnej i, na dobrą sprawę długiej, zimie nie było już praktycznie najmniejszego śladu, kiedy czarodziej wydostał się z labiryntu prastarego Gaju. Ale, gdy Yohan na grzbiecie pozyskanego przy Północnej Bramie wierzchowca dotarł do Traktu Kupieckiego, zrobiło się piekielnie duszno. Mimo, iż opancerzenie było lekkie, to tkaniny czarne. Zakrywając oczy przed przynoszącym ból, rażącym słońcem Yohan skazywał się na wodospad potu sączący się z jego ciała.
Trakt kierował na wschód i prowadził przez most okraczający Rzekę Shaï, wprost na ziemie sąsiedniego Królestwa Solenn. Hossag znajdowało się dwa dni drogą Kupiecką na południe, jeśli nie oddalać się od nurtu Rzeki. Droga przebiegła bez problemów. Urządził, głównie dla wierzchowca, kilka postojów i dwa dni później, po zachodzie słońca, przejechał na kasztanowym ogierze przez bramę wjazdową miejscowości Hossag. Konia pozostawił stajennemu, który oferował przypilnowanie wierzchowca za jedynie lunera za dzień. Swoją drogą, Yohan umierał z ciekawości, czy starszy, zgarbiony stajenny zdawał sobie sprawę, że przybysz już nigdy nie wróci po swego kasztanowego ogiera?
Wysokie, czarne latarnie miejskie oświetlały brukowane chodniki. Dzienne życie dobiegało końca; ludzie zwijali kramy i stragany, dzieci zbiegały się do czekających u progów domów matek, mężowie wracali do żon. Miasto dzieliło się na cztery Dzielnice; tyle ile stało tu wysokich, ceglanych Warowni. Nie grzeszyło ni przepychem, ni splendorem, jednak tubylczy mieszczanie mogliby posłużyć pozostałym mieszkańcom Królestwa Solenn za przykład moralności.
Yohan szukał niewysokiej, szczupłej kobiety, o delikatnych rysach twarzy i wyjątkowo dużych, uwodzicielskich oczach. Owa niewiasta nazywana była Shösaną, a owa Shösana była wiedźmą. Młodą, piękną i dopiero zagłębiającą się w arkana wiedźmowego fachu adeptką. Jak dotąd nie popełniła jeszcze żadnego haniebnego błędu, jak na przykład pomylenie leczniczych grzybów z ropusznikiem, po którym skóra przybiera zielonkawy kolor, a na twarzy pojawiają się brodawki.
Pamiętał część miasta. Dzielnica, gdzie ostatnio mieszkała złotowłosa niewiasta znajdowała się przy Wschodniej Warowni. Nie pamiętał ulic, psia mać, a o Shösanę wolał nie pytać byle przechodnia. Gawiedź z natury panicznie bała się wiedźm, jednak lęk ten brał się wyłącznie z ludzkiej niewiedzy. Faktem było, że nie każda wiedźma zła tak, jak ją piszą. A Shösana muchy by nie tknęła, lecz uwielbiała stwarzać pozory i wielce bawiło ją, gdy chłopi brali nogi za pas, kiedy tylko mruczała coś pod nosem.
Nie było sensu czekać na ulicy w środku nocy na kogoś, kto nawet nie wie, iż mógłby łaskawie przytargać swoje cztery litery, więc czarodziej wynajął pokój w pobliskiej karczmie. Poczeka do rana, a potem przyczai się na dawną znajomą. Nie miał pewności, czy dziewczyna pójdzie wraz z nim. Szczerze? – wątpił w to. Ale musiał spróbować, ponieważ to Shösana wyprowadziła go ostatnio z Czarnoziemów i tylko ona mogła przeprowadzić go przez labirynty Ogrodów – zawiłą drogę do Cierniowego Sadu.

***

Poranek był chłodny. Yohan, stojąc na placu obok, od dobrej już godziny bacznie obserwował, co działo się na ulicach przyrzecznego miasta i kto kroczył szerokimi chodnikami Wschodniej Dzielnicy.
Shösana była dumną kobietą i kiedy maszerowała deptakiem miejskim Hossag wypinając swą (na oko Yohana godną uwagi) pierś, a jej ciemne, blond włosy powiewały swobodnie mierzwione jedynie pędem jej chodu, czarodziej wiedział, że to kobieta, której tak pilnie poszukiwał. Nosiła długą do ziemi spódnicę, w zgniłozielonym kolorze, z przyczepionymi nań barwnymi kwiatami. U pasa przymocowanych było wiele sakiew, mieszków i torebeczek, posegregowanych wedle wiedźmowego zdania.
Yohan poznał Shösane pięć lat temu, podczas jednego ze zleceń, które wykonywał na Czarnoziemach. Mag uratował życie, nieznajomej jeszcze, wtedy wiedźmie i jej młodszemu bratu, a w zamian ta przysięgła ofiarowywać pomoc, gdy tylko Yohan (znany jej jako Noran At’Arh) będzie tego potrzebował, lub zagości w przyrzecznym mieście. I czarodziej w ciągu tych pięciu lat mijał nieraz Hossag, a kiedy pomoc potrzebna mu była, kobieta wówczas wywiązywała się z obietnicy.
W takich chwilach właśnie Yohan myślał o targu dobitym z Kłusownikiem z Czarnoziemów.
Odegnał zbędne myśli z głowy, lekko zakręcił nadgarstkiem i niewidzialna siła pociągnęła niczego niespodziewającą się Shösanę za rękę. Kobieta pisnęła, rozejrzała się po placu i musiał minąć moment nim go ujrzała. Nie podbiegła i nie rzuciła się mu na szyję, jak zwykła to czynić ostatnimi razy, a podeszła zwolna i spojrzała mu głęboko w oczy. Był od niej o głowę wyższy, więc wschodzące słońce nie oślepiało go, gdy patrzył w jej piękne oczy, pełne zdumienia, domagające się wyjaśnień. Ale mag widział w nich coś jeszcze. Lęk. Dał jej znak skinieniem głowy, by odeszli w cień stojących na uboczu dębów.
– Witaj, Noranie. – powiedziała kobieta z powagą, gdy znaleźli się w bezpiecznej odległości od ciekawskich przechodniów. Jednak mimo stanowczego tonu, jej melodyjny głos pięknie odbijał się echem, między kamienicami otaczającymi plac. Spojrzenie miała zimne i przenikliwe. Usta pełne, nieumalowane.
– Przyszedłem prosić cię o pomoc. Muszę udać się do Cierniowego Sadu.
Strużki promieni słonecznych, przedzierające się przez korony olbrzymich drzew, delikatnie podkreślały rysy jej twarzy. Nie widział jej szmat czasu, a ona w ogóle się nie zmieniła. Była piękna jak wtedy, gdy ostatni raz widział ją opuszczając Hossag. Zmierzał wtedy do Ombrag, prowincji leżącej w Królestwie Darymskim.
– Nie mówisz poważnie! – wykrzyknęła Shösana w pierwszej chwili.
Mężczyzn stał, smutno patrząc w oczy zielonookiej wiedźmy.
– Nie namówisz mnie, bym po raz drugi podążyła na Czarnoziemy. – rzuciła pretensjonalnym tonem. – Przez dwie zimy nie dawałeś znaku życia, a teraz zjawiasz się w Hossag, bez wyjaśnień, bredząc o wyprawie do Cierniowego Sadu. Dobrze wiesz, ile znaczy dla mnie postawienie stopy na Czarnoziemach, a co dopiero miałabym iść na Dwór Rog’ghai – odwróciła wzrok. – Prosisz o zbyt wiele – podsumowała.
Yohan wiedział, co kobieta przeżyła na wyjałowionych Czarnoziemach. Odnalazł ją tam piętnastoletnią, na wpół nagą, z kilkumiesięcznym dzieckiem utulonym do piersi. Była głodna i przemarznięta, zupełnie jak płaczące niemowlę, które uspokajała. Jej matka pracowała w służbie Piastunki Sanno. O ile można nazwać to pracą, ponieważ niezbadane są wyroki demona, a zaprzedanej duszy nie odkupisz tanio. Yeanys, matka Shösany, spłacała długi zaciągnięte przez zmarłego męża.
Piastunka, zapewne w wyniku nieziemskiego smutku i nudy, postanowiła urządzić widowiskowy, krwawy spektakl na oczach dzieci. Stały się one świadkami kanibalistycznej uczty. Widziały, jak siedząc w Ogrodzie na sadzawoczarnej ławce, z której już dawno odeszła farba, Sanno konsumowała ciało wiernej służącej, Yeanys. Gdy zatapiała ostre zębiska w ciele swej ofiary strużki ciemnoszkarłatnej krwi spływały po jej białych policzkach i brudziły równie śnieżnobiałą, prostą suknię martwej kobiety.
Lorgan, braciszek Shösany zmarł cztery tygodnie później.
Yohan, widząc ile bólu sprawia kobiecie wspomnienie z dzieciństwa, postanowił nie rozgrzebywać bradziej, już i tak rozmemłanych ran. Czemu łudził się, by tu przyjechać? Wiedział o przeszłości Shösany, mógł się spodziewać takiego obrotu sytuacji…
Nim odszedł przeprosił kobietę za niestosowne najście.
– Nie szkodzi – odparła cicho, smutno, ocierając łzy z gładkich policzków. – Chroń ten swój świat.
– Tym razem, moja droga, muszę chronić świat znacznie większy, niźli ten mój własny – ogłosił spokojnie, szczerze, i wiedział, iż Shösana wierzy jego słowom, lecz nie do końca jeszcze rozumie ich znaczenie. Milczeli przez moment.
– Teraz odejdź. Mam przy sobie trochę gryzącego piasku, więc… – przerwała ciszę wiedźma. Głos jej się łamał.
Nie zaprotestował. Posłusznie odwrócił się, odszedł i mógłby przysiąc, że słyszał cichy szloch dobiegający ze strony placu, nim skręcił w uliczkę, kierującą w stronę zachodniej bramy.

***

Jeszcze tego samego wieczora Yohan opuścił miejscowość Hossag, wyjeżdżając na karym wierzchowcu przez wschodnią bramę. Na niebie iskrzyły się niezliczone punkciki gwiazd. Zmierzał na południowy-wschód w stronę Jeziora Dorh’Ai i wioski Haroy. Przez pięć dni spędzonych w drodze, przechodząc nieustannie z galopu w cwał, Yohan niemal nie zajeździł konia na śmierć nim dotarli do rozlewiska. Oczywiście przystawali na popas, ale nie było czasu do stracenia i mag świetnie zdawał sobie z tego sprawę. Puszcza An’Sai znajdowała się dzień drogi na zachód od wioski Haroy i rozciągała swoją florę od Jeziora, aż do terenów Solenn. Czarnoziemy leżały za nią.
Odpowiedz
#8
(25-08-2014, 22:38)Yohan napisał(a):
Rozdział II

Po mroźnej i, na dobrą sprawę (przecinek powinien być w tym miejscu) długiej, (a ten usunąć) zimie nie było już praktycznie najmniejszego śladu, kiedy czarodziej wydostał się z labiryntu prastarego Gaju. Ale, (zbędny przecinek) gdy Yohan na grzbiecie pozyskanego przy Północnej Bramie wierzchowca dotarł do Traktu Kupieckiego, zrobiło się piekielnie duszno. Mimo, (zbędny przecinek) iż opancerzenie było lekkie, to tkaniny czarne. Zakrywając oczy przed przynoszącym ból, rażącym słońcem (przecinek) Yohan skazywał się na wodospad potu sączący się z jego ciała.
Trakt kierował na wschód i prowadził przez most okraczający Rzekę Shaï, (zbędny przecinek) wprost na ziemie sąsiedniego Królestwa Solenn. Hossag znajdowało się dwa dni drogą Kupiecką na południe, jeśli nie oddalać się od nurtu Rzeki (to ta droga kupiecka – nie wiedzieć czemu pisana dużą literą – się rozgałęziała czy jak?).

Swoją drogą, Yohan umierał z ciekawości, czy starszy, zgarbiony stajenny zdawał sobie sprawę, że przybysz już nigdy nie wróci po swego kasztanowego ogiera? (raczej kropka, bo to nie jest zdanie pytające)

Miasto dzieliło się na cztery Dzielnice (dlaczego dużą literą?); tyle (przecinek) ile stało tu wysokich, ceglanych Warowni (dlaczego dużą literą). Nie grzeszyło ni przepychem, ni splendorem, jednak tubylczy mieszczanie mogliby posłużyć pozostałym mieszkańcom Królestwa Solenn za przykład moralności (co ma piernik do wiatraka – czyli – co ma przepych do moralności?).

Owa niewiasta nazywana była Shösaną, a owa Shösana była wiedźmą (pokrętne zdanie). Młodą, piękną i dopiero zagłębiającą się w arkana wiedźmowego fachu adeptką (adeptka to jeszcze nie wiedźma, dopiero się uczy – są to zatem sprzeczne informacje).

Dzielnica, gdzie ostatnio mieszkała złotowłosa niewiasta (przecinek) znajdowała się przy Wschodniej Warowni. Nie pamiętał ulic, psia mać (narratorze, czemu przeklinasz?), a o Shösanę wolał nie pytać byle przechodnia. Gawiedź z natury panicznie bała się wiedźm, jednak lęk ten brał się wyłącznie z ludzkiej niewiedzy. Faktem było, że nie każda wiedźma zła tak (jest tak zła), jak ją piszą.

Shösana była dumną kobietą i kiedy maszerowała deptakiem miejskim Hossag (przecinek) wypinając swą (na oko Yohana godną uwagi) pierś, a jej ciemne, blond włosy powiewały swobodnie mierzwione jedynie pędem jej chodu, czarodziej wiedział, że to kobieta, której tak pilnie poszukiwał. Nosiła długą do ziemi spódnicę, (zbędny przecinek) w zgniłozielonym kolorze, z przyczepionymi nań barwnymi kwiatami. U pasa przymocowanych było wiele sakiew (sakw), mieszków i torebeczek, posegregowanych wedle wiedźmowego zdania.
Yohan poznał Shösane pięć lat temu, (zbędny przecinek) podczas jednego ze zleceń, które wykonywał na Czarnoziemach. Mag uratował życie, (zbędny przecinek) nieznajomej jeszcze, (zbędny przecinek) wtedy wiedźmie i jej młodszemu bratu, a w zamian ta przysięgła ofiarowywać pomoc, gdy tylko Yohan (znany jej jako Noran At’Arh) będzie tego potrzebował, (zbędny przecinek) lub zagości w przyrzecznym mieście.

Kobieta pisnęła, rozejrzała się po placu i musiał minąć moment (przecinek) nim go ujrzała. Nie podbiegła i nie rzuciła się mu na szyję, jak zwykła to czynić ostatnimi razy, a podeszła zwolna (po pierwsze "z wolna", po drugie z wolna to osiada kurz na półce, a chodzi się powoli – jest subtelna różnica) i spojrzała mu głęboko w oczy.

– Witaj, Noranie. (zbędna kropka) – powiedziała kobieta z powagą, gdy znaleźli się w bezpiecznej odległości od ciekawskich przechodniów. Jednak mimo stanowczego tonu, jej melodyjny głos pięknie odbijał się echem, (zbędny przecinek) między kamienicami otaczającymi plac. Spojrzenie miała zimne i przenikliwe.

Była piękna jak wtedy, gdy ostatni raz widział ją (przecinek) opuszczając Hossag.

– Nie mówisz poważnie! – wykrzyknęła Shösana w pierwszej chwili.
(wcięcie) Mężczyzn (Mężczyzna) stał, smutno patrząc w oczy zielonookiej (pleonazm) wiedźmy.
– Nie namówisz mnie, bym po raz drugi podążyła na Czarnoziemy. (zbędna kropka) – rzuciła pretensjonalnym tonem.

Dobrze wiesz, ile znaczy dla mnie postawienie stopy na Czarnoziemach, a co dopiero miałabym iść na Dwór Rog’ghai (kropka i po myślniku dużą literą) – odwróciła wzrok. – Prosisz o zbyt wiele – podsumowała.

Jej matka pracowała w służbie Piastunki (dlaczego zawody, profesje piszesz dużą literą – wcześniej był też "Kłusownik") Sanno.

Yeanys, matka Shösany, spłacała długi zaciągnięte przez zmarłego męża. (to brzmi trochę tak, jakby martwy gość, po śmierci zaciągnął długi)

Gdy zatapiała ostre zębiska w ciele swej ofiary (przecinek) strużki ciemnoszkarłatnej krwi spływały po jej białych policzkach i brudziły równie śnieżnobiałą, prostą suknię martwej kobiety.
Lorgan, braciszek Shösany (przecinek) zmarł cztery tygodnie później.
Yohan, widząc (przecinek) ile bólu sprawia kobiecie wspomnienie z dzieciństwa, postanowił nie rozgrzebywać bradziej (bardziej), (zbędny przecinek) już i tak rozmemłanych (że co? słowo użyte niezgodnie ze znaczeniem) ran.

Nim odszedł (przecinek) przeprosił kobietę za niestosowne najście.
– Nie szkodzi – odparła cicho, smutno, ocierając łzy z gładkich policzków. – Chroń ten swój świat.
– Tym razem, moja droga, muszę chronić świat znacznie większy, (zbędny przecinek) niźli ten mój własny – ogłosił spokojnie, szczerze, (zbędny przecinek) i wiedział, iż Shösana wierzy jego słowom, lecz nie do końca jeszcze rozumie ich znaczenie.

Zmierzał na południowy-wschód w stronę Jeziora (małą literą) Dorh’Ai i wioski Haroy. Przez pięć dni spędzonych w drodze, przechodząc nieustannie z galopu w cwał (pokrętna logika – to tak jakbym jechał samochodem i ciągle tylko zmieniał bieg z trójki na czwórkę; wybijam trójkę i chcę wbić czwórkę, ale dalej mam trójkę, więc znowu ją wybijam i chcę wbić czwórkę... i tak bez końca), Yohan niemal nie zajeździł konia na śmierć (przecinek) nim dotarli do rozlewiska.

Puszcza An’Sai znajdowała się dzień drogi na zachód od wioski Haroy i rozciągała swoją florę od Jeziora (małą literą), (zbędny przecinek) aż do terenów Solenn.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#9
Jeszcze coś ode mnie do poprzednich fragmentów. :)

(24-08-2014, 23:33)Yohan napisał(a): PROLOG

Z zadumy wyrwał mnie oślepiający blask,(niepotrzebny przecinek) wlewający się przez otwierane przez Yohana mosiężne drzwi.(To powtórzenie według mnie bardzo źle brzmi.)

(akapit)
I dosłownie niespełna przed godziną Arcymag, wraz z dwójką swoich parobków, wszedł do ciemnej celi, skrępował oślepionego więźnia i napiętnował go. Skazał go na banicję jednego z najwybitniejszych absolwentów Akademii(Zdaje mi się, że "go" jest zbędne, skoro potem jest "jednego z najwybitniejszych"), a ja głupi, sam na banicję siebie skazałem, pomagając wydostać się tak „niebezpiecznemu” zbiegowi.

(akapit)Piętnem naznaczano najgroźniejszych i najpodlejszych przestępców, a ludzie wiedzieli bardzo dobrze, że ten, kto banicie udzieli jadła, napitku lub schronienia, w obliczu Prawa tak samo surowo sądzony będzie, co ów wygnaniec.

Północną granicą była Brama,(bez przecinka) prowadząca do jarów – drogi do Wąwozu Poległych.

Południowe tereny Królestwa(Po co z dużej litery?) uwieńczały(wieńczyły, jak już wspomniała Nawka) strome klify. Występujące(Występowały, skoro potem jest "więc" – imiesłów tu nie pasuje) tam gleby, które idealnie nadawały się pod uprawy warzyw, więc przebiegało tamtędy sporo Traktów Kupieckich.

Yohan również pochodził z Lagarii, jednak gdy był bardzo młody(przecinek) magowie zabrali go na Wyspę i rodziny swojej nie pamiętał.

Napiętnowanego, acz nader wybitnego absolwenta Akademii Magów po raz ostatni widziałem siedem dni później prze(przy) zachodniej bramie miejscowości Loam.

Nie mogę cię prosić, byś szedł dalej ze mną drogą, którą muszę kroczyć,(bez przecinka) niczym pustelnik, w cieniu wszystkich i wszystkiego.

Bo tak oto właśnie("Oto" i "właśnie" zaraz obok siebie mi nie pasuje, bo mają bardzo zbliżone znaczenie w tym kontekście, lepiej zostawić albo jedno, albo drugie.) zaczął się nowy etap w życiu mego kompana. (...)Potem Yohan opuścił Port Loam i podążając Traktem Kupców(przecinek) udał się na zachód.
(25-08-2014, 10:12)Yohan napisał(a): ROZDZIAŁ I

Leafyss jeszcze przed odejściem położył rękę na zdobionych drzwiach do pracowni, szepnął coś niezrozumiałego pod nosem,(bez przecinka) i ostatnie światło w pomieszczeniu zgasło.

– A co pana medyka między Góry(Po co ta duża litera?) ciągnie, jeśli można, z łaski swojej? (To połączenie moim zdaniem trochę zabawnie brzmi. Po pierwsze, samo "jeśli można" w mojej opinii jest niepełne, lepiej "jeśli można spytać". A co do "z łaski swojej", to w ogóle niezbyt rozumiem, jaką funkcję ono tu pełni. Raczej niezbyt pasuje do takiego zdania, bardziej do czegoś w stylu "Mógłbyś się, z łaski swojej, przesunąć?!") – spytał czarodziej.

– I nie bądź,(bez przecinka) pan tak bezczelnie wścibski, panie LaVegg.

– Wedle życzenia, panie medyku – odparł i teatralnie pokłonił się Yohan. (zbędny akapit)– Lecz,(raczej bez przecinka) jeśli wolno mi, to radziłbym nie podnosić głosu, bo wkraczamy właśnie do Elfiego Gaju, a budzenie elfów przed świtaniem pecha sprowadza.

Szczęściem bez trudu wynegocjował dwieście lunerów, co pozwoliłoby mu przeżyć przez miesiąc na dość nie najgorszym poziomie!(zbędny wykrzyknik)

Z zadumy oderwał Maga(z małej litery) głuchy huk, po którym rozbrzmiał delikatny szelest.

A Valhil w tymże czasie co? Pokłada się na swym brzuszysku i chlupocze beztrosko we własnej krwi! Psia mać(Psiamać)!

Yohan może by się przejął, gdyby nie brzydził się tak samolubnymi ludźmi.(zbędny akapit)Ale i mamony nie będzie, a ten właśnie fakt dobijał czarodzieja włócznią w serce. Zawsze można było skroić denata póki ciepły, bo jak wystygnie(przecinek) to hańba i bezczeszczenie zwłok.

Ciekawe(przecinek) czy dane mu będzie opowiedzieć o tym, co zobaczył.

– To na nic – rzekł nagle elf mocnym, acz niezwykle melodyjnym głosem. (zbędny akapit)– Twoja magia – wytłumaczył – to mój dom, a ty jesteś tu gościem. (...) Yohan nie wiedział, jak długo spał i ile go ominęło, ale tok wydarzeń z każdą chwilą coraz mniej mu się podobał –,(bez przecinka) że nie mogę pozwolić ci odejść zbyt szybko.

– Yohan – odparł krótko i urwał, zdając sobie sprawę(przecinek) z jaką swobodą wyjawił elfowi swoje imię.

– Jak już mówiłem – wtrącił Leafyss(przecinek) wytrącając maga z rozmyślań – jesteś w moim domu, Yohanie, a my elfy od zarania dziejów bardzo cenimy sobie kulturę, do której na pewno nie wlicza się kłamstwo. Na każde zadane przeze mnie pytanie,(bez przecinka) odpowiadać będziesz z niezachwianą szczerością dopóty, dopóki przebywasz w tej izbie.

– Kim jesteś i skąd przybywasz, Yohanie? – o(O)ficjalnie, uśmiechnął się w myśli mag.

Jednak Ostatni z Ojców nie miał wątpliwości, (bez przecinka) co do swej intuicji i pozwalał staremu człowiekowi sprawować posadę Arcymaga.

– Piętno? Toż to wiadomość zaszyfrowana! W Pierwotnych Znakach! – wybuchł(wybuchnął) elf, co wydało się Yohanowi niezgodne z jego wyobrażeniem elfiej dostojności.

Zapomniał? Przez dziesięć lat uciekał, ukrywał się, chronił swego imienia(swe imię). Przed kim? (...) Niczym mur, (bez przecinka) torujący drogę do prawdziwych wspomnień, którego żadną siłą nie da się przebić.

– Czy wiesz, co to oznacza w alfabecie znaków? – m(M)ag zdał sobie sprawę, że nie ma w ogóle pojęcia o czymś takim jak „alfabet znaków”, więc tylko pokręcił powolnie głową.

– Dalsza część tłumaczy nam, a konkretnie póki,(bez przecinka) co mnie, jaki los na tobie ciąży.
Następnie mowa o Dniu Odrodzenia, święcie, które wypada,(bez przecinka) co dwieście pięćdziesiąty Dzień Wiosny.

„O sercu najmężniejszym z mężnych, bojowniku najwaleczniejszym z walecznych,(bez przecinka) i umyśle najprzebieglejszym z przebiegłych.”

– Arcymag twierdzi, że możesz być Wybranym.(bez kropki) – dokończył.

Nie wiedział(przecinek) ile spał, nie wiedział(przecinek) ile prześpi, jeśli uśnie, ale wiedział, że uśnie i usnął, gdy tylko zamknął oczy, kładąc głowę na miękkiej poduszce.

Obudził się chwilę po świcie, dzięki Stwórcy! (Taka wstawka niezbyt mi pasuje do narracji trzecioosobowej. Odpowiednia byłaby do pierwszoosobowej. Albo do myśli bohatera.) Wstał, przeciągnął się, któraś z kości chrupnęła przeraźliwie, wziął koszulę leżącą obok drzwi i wyszedł do korytarza(na korytarz) za nimi.

Mimo trudnych warunków wisiały tu co kilkanaście metrów pochodnie,(bez przecinka) oraz liczne obrazy w złoto zdobionych ramach. Mag nie poznał ani jednej elfiej twarzy, (bez przecinka) spośród widniejących na portretach.

Zawistni wrogowie Yohana pragnęli, by ten oślepł, gdy ten spojrzy w słoneczny okrąg na niebie po dziewięćdziesięciu trzech dniach w ciemności.

Mimo to Yohan widział coraz gorzej. Jego oczy coraz częściej się męczyły, coraz częściej je przecierał. Wzrok przyzwyczajał się za każdym razem, lecz za każdym razem zajmowało mu to coraz więcej czasu.

Pomieszczenie, w którym się znalazł(przecinek) było o wiele większe niż pokój, w którym się obudził. Prostokątne dla odmiany. Ściany oblegały drewniane regały, (bez przecinka) po brzegi wyładowane księgami. Na środku stał duży (przecinek)dębowy, pięknie rzeźbiony stół, a wokół niego dziesięć miejsc w postaci równie spektakularnie wyrzeźbionych krzeseł.

– Już wstałeś.(bez kropki) – rzekł (przecinek) nie patrząc w stronę czarodzieja, lecz przez okrągłą okiennicę, wprost na polankę przed wystającą częścią chaty. – Późno. No, ale nic. Wy ludzie jesteście… inni,(bez przecinka) i przed zabiciem cię powstrzymuje mnie tylko treść wiadomości, Przysięga i…

– Rękojeść? – P(p)owtórzył mag bezmyślnie. Dwóch tygodni? Tyle tu jestem?

– Broń. Magiczna broń. (bez kropki)– Z(z)aczął tłumaczyć Arcykapłan. (...) Tak, Posłańcze, bo jeśli Ostatni z Ojców wierzył w moc Arcymaga Ledrenna, to ja, Strażnik Komnat (przecinek) również. (...)Zaś,(bez przecinka) o torbie zapomniał.

(...) Jeśli ci się powiedzie (przecinek) zostaniesz moim uczniem, jeśli zawiedziesz… Cóż, jeśli zawiedziesz(przecinek) nie zobaczymy się więcej… – mówił niestosownie spokojnie Leafyss.

– A co, jeśli ja wcale nie chcę być twym uczniem? – wybuchł(wybuchnął) Yohan w jednej chwili (przecinek) przerywając Strażnikowi. Elf zamilkł, a jego przenikliwe oczy jak raz(Nie wiem, jaką funkcję to ma pełnić. Jest zbędne.),(bez przecinka) straciły swój dotychczasowy blask.

(akapit)
Elf spojrzał na niego spojrzeniem pełnym smutku i troski. Yohan nie spodziewał się takiego gestu(Spojrzenie nie jest gestem).

– Zniszczyliście mi życie… – m(M)ag opuścił głowę nisko, bezwładnie, a w następnej chwili między jego dłońmi uformowała się wielkości dwóch pięści rozżarzona kula ognia. (rozżarzona kula ognia wielkości dwóch pięści)

Stuknął, (bez przecinka) okutym srebrnym metalem, końcem laski, którą dotychczas trzymał w prawej ręce, w drewnianą podłogę chaty.

– Jeśli nie interesuje cie(ę) takie przedstawienie sprawy, to spójrz na to z tej strony: Zostałeś powołany, by zostać Posłańcem samego Stwórcy.

(akapit)
Czar Arcykapłana ustąpił w końcu. I dobrze, bo Yohan czuł(przecinek) jak jego ciało zaczyna drętwieć.

(...) I lepiej dla ciebie, by miała nie najgorszą zawartością (zawartość)– dodał i zapanowała cisza.

– Mam tu coś – milczenie przerwał elf, podchodząc do kufra pod ścianą i wyciągnął z niego spory(przecinek) a wydawałoby się ciężki przedmiot.(...)Tak, żebyś oczu nie męczył (kropka)– e(E)lf, czego mag by się w życiu nie spodziewał, klepnął go w ramię.

Nawet się nie opierał i mimo,(bez przecinka) że furia roznosiła go od środka, postanowił wykonać polecone mu zadanie.

– Mam nadzieje(ę), że nie mówisz o tych marnych kawałkach miedzi i najtańszej stali, które przy tobie znalazłem! A Rękojeść niech nie będzie twoim zmartwieniem, póki nie zdobędziesz szkatułki Wdowy Sanno. Ja sam mam kilka mieczy i trochę innego badziewia ("badziewie" zdecydowanie nie pasuje do użytego języka) z Kryształowej Stali,(bez przecinka) hartowanej przez Krasnoludy.

– Być może – przerwał znów Arcykapłan, (bez przecinka)– kiedy wrócisz, gotów wypełnić nakazaną ci misję, pokażę ci świat, który znam ja.

A, (bez przecinka) nim Odrodzenie dokona się w pełni, Czystka przerzedzi tłumy motłochu – zacytował Leafyss.

– W takim razie,(bez przecinka) potrzebuję pomocnika – oznajmił czarodziej.

Lecz on, (bez przecinka) z uśmiechem na twarzy odparł tylko pogodnie:

Tak, (bez przecinka) więc nim zaczęło świtać(przecinek) następnego.(przecinek zamiast kropki) dość mroźnego,(bez przecinka) poranka mag, niby Wybrany, opuścił chatę Arcykapłana. Wybył odziany w nowy pancerz, z przypasanym u boku długim, jednoręcznym mieczem z Kryształowej Stali,(bez przecinka) i dwóch sztyletach wetkniętych za pas z tyłu.

Wyru-szył (Wyruszył) na wschód, na powrót w stronę Wąwozu Poległych, a potem musiał znaleźć najszybszą drogę do miejscowości Hossag. Z zacią-gniętym (zaciągniętym, ale chyba lepiej "naciągniętym") nisko na oczy kapturem, Yohan przemierzał Elfi Gaj w milczeniu.

Definitywnie,(bez przecinka) miał dosyć budzenia elfów przed świtaniem na bardzo długi czas, bo jeżeli wierzyć wędrownym przyśpiewkom chłopskim (przecinek) to pozostało mu się wyłącznie modlić. Oj, modlić.

Co do całości... Jakoś trudno mi się o tym wypowiedzieć. Zupełnie nie czuję tego tekstu, chociaż napisany jest całkiem porządnym stylem. Jest jakiś bohater, jest fabuła, są opisy, ale jakoś nie czuję po przeczytaniu żadnych wrażeń.
Przytłacza mnie ilość nazw miejsc, tytułów i jakichś obiektów. Nie mogę się w tym odnaleźć, jak na początek to za dużo dla mojego umysłu, w życiu tego nie spamiętam. Widać, że zaplanowałeś i stworzyłeś sobie bogate uniwersum, ale przedstawiasz je w taki sposób, że ja czuję się rzucona od razu na głęboką wodę i nie wiem, na czym mam się skupić.

A odnośnie fabuły... Póki co dość trudno oceniać, bo dopiero zaczęła się rozwijać, ale trochę opiszę swoje wrażenia na tym etapie; po prologu i początku pierwszego rozdziału oczekiwałam czegoś więcej, a tutaj taki "quest" niemal jak z gry – przynieś cośtam, to zostaniesz kimśtam. Oczywiście chyba z każdego wątku można wycisnąć coś ciekawego, więc rzecz jasna nie przekreślam fabuły już na wstępie, tylko liczę, aż czymś mnie zaskoczysz. :) Plus za to, że bohater nie zgadza się tak na ślepo, tylko ma swoje zdanie.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#10
Moi drodzy, wybaczcie, ze się nie udzielałem ostatnio acz byłem n spontanicznym wyjeździe ;)powiedzcie mi jak usunąć wątek? koncepcja zmieniona inaczej się wszystko zacznie, i ciut inaczej to będzie grać,wydaje mi się, że lepiej. :) Powracam, nadrabiam!
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Fantasy [North Region] Kraina Nocy (tytuł roboczy) Samotny wilk ze wschodu 10 2,713 28-05-2016, 02:29
Ostatni post: Samotny wilk ze wschodu
  Psychologiczne Rozum (tyt. roboczy) Haroshi 10 2,693 24-10-2015, 20:34
Ostatni post: Maro
  Fantasy Klątwa Przeznaczenia (tytuł roboczy) Quritto 6 1,714 12-01-2015, 01:35
Ostatni post: xsavier
  Fantasy Miasto wygnanych [ Tytuł roboczy ] van Tesse 23 6,890 06-03-2011, 20:30
Ostatni post: Sem
  Fantasy Gabriel [tytuł roboczy] Duśka 3 2,797 17-02-2011, 22:43
Ostatni post: Duśka

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości