Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Necrocastrum
#1
Ostatnio zebrałem się w sobie, by ponownie spróbować z pisaniem. Muszę przyznać, że dość długo mi zajęła sama poprawka tekstu, dopisywanie różnych rzeczy, zmienianie dialogów itd.
Nie jestem przekonany, co do dialogów, więc zrobiłem ich naprawdę mało. Wolę się skupić na opisach, ale wiem, że w poprzednich opowiadaniach akcja u mnie gnała zbyt szybko. No nic, czekam na opinie. :)
Enjoy!



Prolog

Środek dnia. Słońce całkowicie schowało się za chmurami. Najmniejszy promyk, usilnie próbujący się przedostać na ziemię, nie miał szans w tym istnym kłębowisku malującym się na niebie.
Wydawałoby się, że nic nie naruszy tej ciszy i spokoju, jakie panują teraz na wybrzeżu.
Oddalone od jakiegokolwiek zgiełku miasta, wsi, nawet królestwa zwierząt okoliczne łąki majestatycznie rozpościerały się na wzgórzach, na których chwiały się kłosy zbóż trącane przez lekki powiew wiatru.
Nagle, niczym szkarłatny topielec wydostający się z wody, przez szare obłoki przedarło się światło. W ułamku sekundy, na kamienistym brzegu pojawiła się postać w ciemnozielonej szacie.
Miejsce utraciło na kolorach. Zdarzyło się coś, jakby ta istota wyrwała wszelakie życie z otoczenia. Kwiaty zamarły, żeby po chwili zwiędnąć i opaść w objęcia traw, które zaczęły szybko schnąć. Gleba pojaśniała, a wszelkie żyjące w niej stworzenia padły niczym rażone nagłą błyskawicą.
Wiatr przestał poruszać taflą wody i fale zanikły. Powietrze stanęło w bezruchu, oczekując na dalszy bieg spraw.
Nic jednak się nie wydarzyło.
Bo chwilę później nastał ten sam błysk i postać zniknęła.
A miejsce pozostało martwe.

Rozdział 1

Ferr szedł przed siebie. Dosłownie i w przenośni.
Ruszył na tę wyprawę z przekonaniem, że pokona trudności na swojej drodze życiowej.
A dokładniej, że cel jego podróży odmieni go, pozwoli mu stać się wolnym i robić to, co kocha – poznawać, dokumentować, rysować. Zeszłej nocy życie zesłało na niego wielki ciężar, postawiło przeszkody, na których wielu by się zatrzymało bądź poddało.
Nie wyruszył z uśmiechem na twarzy. Była ona obecnie wykrzywiona w godnym współczucia grymasie. Smutek wręcz bił na odległość od tego samotnego wędrowca. Stan ten trwał od początku wędrówki, ale on postanowił nie załamywać się, poprzysiągł to sobie.
Poprzedniej nocy umarł jego ojciec, Hlomfar. Ostatnia osoba, jaka pozostała mu na tym małym świecie. Był dla niego ważny jak nikt inny, przekazał mu całą swoją wiedzę. Widać było to poświęcenie. Ferr czasami je odrzucał, ale ostatnio więzi były naprawdę silne, bo zrozumiał, że czas jest ważny. Nie żałował tych chwil.
Dlatego też przestał spędzać je na głupotach i zajął się pracą. Codziennie zbierał z miasta i z lasu różne gatunki roślin lub też polował na różne okazy owadów, które katalogował i szkicował w swoim skórzanym rysowniku, który teraz spoczywał w jego plecaku.
Jego ojciec zarabiał na lecznictwie. Przygotowywał różne napary, zbierał zioła, czasami nawet operował, gdy było to konieczne.
Umarł – może być nieodpowiednim słowem... W nocy zastał ojca leżącego na wznak z zakrwawionymi oczami. To nie była śmierć naturalna. Przynajmniej do tej pory nikt nie widział podobnego przypadku.
Nie czekając na pogrzeb, Ferr, wcześniej pożegnawszy się z ojcem i przysiągłszy mu, że go nigdy nie opuści w pamięci i wspomnieniach, wyruszył na wyprawę.
Myśli o śmierci Hlomfara zapełniały mu głowę cały dzień, gdy brnął przez łąki z gdzieniegdzie umiejscowionymi skalistymi formami i wzgórkami.
Cały tydzień utrzymywała się ta sama pogoda; słońce pierzchło, pozostawiając za sobą morze białych i szarych obłoków. Nigdzie nie dało się spostrzec błękitnego skrawka.
Dzisiaj jeszcze doszła przyziemna mgła.
Po godzinie widział już jedynie metr bruku wokół siebie. Dalej tylko białe mleko.
Młody zielarz nie miał na czym zawiesić wzroku, więc wpatrywał się jedynie w czubki butów. Czas mijał dla niego w zupełnie innym tempie. Z powodu mgły wchodził w swoisty trans – jak osoba we śnie nie czuł nic, nie liczył się dla niego świat zewnętrzny. Potrafił raptem wrócić do rzeczywistości przez myśli o swoim ojcu, by po chwili znów odpłynąć na morze niepamięci.
Droga wciąż biegła prosto albo po prostu Ferr przedziwnym sposobem nieświadomie skręcał, gdy nadarzył się zakos na trakcie.
Pogrążał się coraz mocniej w tym irrealnym stanie. Upłynęła minuta. Kwadrans. Godzina. Gdy nagle zaczęło mu się kręcić w głowie.
Trudno powiedzieć, żeby podróż w transie mijała przyjemnie, ale podobało mu się zbliżanie do celu wędrówki bez udziału myślenia. Szedł teraz zdenerwowany na zawroty głowy, które niespodziewanie przerodziły się w pulsujący ból. Zwolnił kroku.
Szelest.
– Halo? – wypowiedział niepewnie, lecz głośno. Żadnej odpowiedzi.
Panowała grobowa atmosfera ciszy i niepokoju, która została gwałtownie przerwana:
– Zawsze, zawsze, zawsze... – wypowiadane bez ustanku. Ferr nie potrafił określić czy to głos kobiety, czy mężczyzny.
Nie miał pojęcia, co robić. Biec? Krzyczeć o pomoc? Stanął w miejscu kompletnie zdezorientowany.
Szept rozlegał się na okrągło: "zawsze, zawsze...".
Dbał teraz wyłącznie o swoje bezpieczeństwo – rozglądał się nerwowo w nadziei, że zobaczy jakąś przyjazną duszę.
Na domiar złego nikogo nie dostrzegł, nawet potencjalnego napastnika.
Mętlik spowodował, że musiał przykucnąć i zamknąć oczy.
Szept wciąż rozlegał się echem. Ferr przestał być pewien, czy dochodzi on z doliny, czy z jego umysłu. Serce pulsowało mu w rytm grzechotek. Grzechotek... Skąd tu się wzięły grzechotki? Otworzył oczy i niemal obłędnym wzrokiem popatrzył na drogę przed siebie, skąd dobiegały te dźwięki.
Mgła się przerzedziła na tyle, że mógł dostrzec pnie drzew iglastych na zboczach niewielkiej doliny, którą przecinała droga.
Przed nim nie było ani śladu jakichkolwiek ludzi lub obiektów. To na pewno nie była wędrowna kapela. Zresztą w tym czasie powinni już przechodzić obok niego.
Strach zastąpił smutek. Niespokojny trucht zastąpił powolny, niespieszny krok.
Krzyki i piski zastąpiły dźwięk grzechotek, jakby zostały wyrwane ze świadomości niepoczytalnego podróżnika. Nie mógł tego znieść. Też zaczął wrzeszczeć, po czym zapadł się w siebie.
Ciemność zastąpiła światłość.


***


– Jak to nie macie dostaw pieczywa do mieściny? – Ferr wręcz błagalnym tonem spytał mężczyznę stojącego za ladą sklepową.
Jego twarz wręcz stała na warstwie fałd, a z niej małe oczka świdrowały zdenerwowanego kupującego.
Od kilku minut próbował się dogadać z tym wielkim gburem.
– Zrozum, panie, to nie jest zależne od nas. – Podrapał się po głowie i nagle spojrzał za siebie. – Eee, spóźniają się coś, to bywa coraz częściej w przeciągu ostatnich dni. Eee, no – dodał na końcu, nie okazując żadnych emocji.
Zabrzmiało to mało przekonująco, w dodatku zachowanie sprzedawcy nie pozostawiało wątpliwości, że coś z nim było nie tak.
Nie mam siły już się z tobą użerać, pomyślał Ferr, wychodząc ze sklepu.
Pomimo tego, że nie udało mu się kupić pieczywa, miał jeszcze na szczęście swoje zapasy. Oprócz tego w jego plecaku spoczywała również torba suszonych arotago, niebieskich owoców leśnych, które występują najczęściej w lasach iglastych na Północy.
Spodziewał się, że nie starczy mu to na tydzień w głębi mroźnych krain, więc zaopatrzył się w narzędzia potrzebne do upolowania niewielkich ssaków i ugotowania ich.
Pogoda była taka sama, a jakby inaczej. W dodatku teraz zaczął lać deszcz – codziennie przytrafiała mu się inna nagła niespodzianka.
Pobiegł do gospody, gdzie mógłby wziąć nocleg, chlupiąc na wszystkie strony wodą z kałuż. Tego dnia przeżył już zdecydowanie za dużo.
To, co zdarzyło się na drodze... Wolał o tym nie myśleć. Może to był koszmar podczas jego jawy sennej, a może halucynacje. Kto wie? Może rośliny na tych terenach produkują niebezpieczne opary, które wywołują wizje u mniej odpornych osobników.
Dziwił go jednak fakt, że obudził się na poboczu leśnej drogi. Nie wybierałby takiego miejsca na drzemkę w żadnym razie.
To zdarzenie budziło w nim niepokój, ale starał się nie przywracać go we wspomnieniach.
Na uliczkach nie było żywej duszy, wszyscy pewnie skryli się już w domach. Niektóre kobiety zamykały okiennice lub szybko chowały ubranie wiszące na zewnątrz.
Gospoda zdecydowanie wyróżniała się spośród innych budynków w mieście. Typowym wykonaniem domów było murowanie szachulcowe, tu zaś wznosiło się z ciosów.
Kształt miała złożony; kwadrat z dobudowanym po lewej stronie prostokątem – w tym pierwszym najpewniej znajdował się pub, a w drugim pokoje sypialne, gdyż okna były poustawiane w rzędzie i równych odstępach.
Dach gospody był dwuspadowy, dosyć płaski, wykonany z tych samych glinianych, brązowo-pomarańczowych dachówek, które wieńczyły górę domów miasteczka.
Kierował się w strony królestwa, w które mało kto miał odwagę brnąć. Odludzia, niezamieszkane dotąd tereny, rzekomo rozbijają się tam obozy bandytów i najemników, próbujących przedrzeć się z zachodu na wschód i z powrotem. Ten sam szlak na południu byłby dla nich niekorzystny, zważywszy na to, że drogi patrolowane są tam przez strażników.
Los jednak uśmiechnął się do niego, bo w gospodzie, jak mu się przynajmniej wydawało, siedział przy ścianie miecz do wynajęcia.
Ferr przysiadł się do człowieka w zbroi. Ten popatrzył na niego krótko i znów zatopił wzrok w swoim kubku, czasami wychylając się do tyłu, by spojrzeć za okno.
Młody zielarz odchrząknął i powiedział:
– Jestem Ferr Klihd, a ciebie jak zwą?
– Nilmund. – Obcy w końcu podniósł wzrok znad stołu. – Uprzedzając wszelkie pytania, nie, nie będę się z nikim pałętał po północy.
Szybko mnie rozgryzł, pomyślał Ferr.
– Słuchaj, zapłacę solidnie, to dla mnie ważne. Chcę się wyrwać z królestwa, może tam zacznę od nowa, być może dokonam ważnych odkryć. Możesz być tego częścią – zaakcentował na ostatnią część wypowiedzi.
– Ha! Odbiło ci, chyba. W tej skutej lodem krainie ma być lepiej, bez miast, bez żywności? Poza tym, wiesz co, całkiem dobrze mi się tu siedzi z dala od bandytów chcących zedrzeć ze mnie skórę i sakwę. – Wtulił się głębiej w fotel.
– W takim razie zamierzasz siedzieć tu bez przerwy i dzień w dzień upijać się? Wspaniały sposób na zarobek!
– Eee... – Wojownik zaciął się na chwilę. – Ale czy w tej chwili potrzebuję? Hmm, na pewno w... – Zaczął do siebie mruczeć, po czym oznajmił. – Niech będzie.
Że się dałem namówić – pomyślał najemnik. – Chociaż potrzebuję tej kasy.
– Bądź tu jutro rano, wtedy wyruszamy – rzucił Ferr, oddalając się w stronę drzwi.
Nie potrzebował już potwierdzenia. Wiedział, że tamten się stawi.
Nilmund tymczasem siedział przy stole, miarowo popijając swój trunek. Ten przybysz oszalał, że ma zamiar iść na północ? Wprawdzie najemnik nie miał ochoty ruszyć stąd tyłka, ale perspektywa otrzymania pieniędzy kłuła jego nędzne serce.
Zwykle mieszkańcy przychodzili do gospody, by się napić alkoholu, bo mało kto zapuszczał się w te strony. Bywali tu, owszem, podróżnicy z południa i wschodu, chcący odkrywać najdalej wysunięte miasta królestwa.
To była jego granica, jeżeli można tak rzec. Dalej są tylko mroźne lądy.
Stali bywalcy, porozrzucani po całym pomieszczeniu, rozmawiali ze sobą głośno, sącząc ze swoich kufli. W pewnym momencie jeden, siedzący w małej grupie, ryknął ze śmiechu, co brzmiało, jakby zachłysnęło się pijane zwierzę i zawarczało na głos.
Nilmund nadstawił ucha, gdy facet zaczął głośno gadać do starszego, niskiego mężczyzny.
– Ty, naprawdę myślisz, że tam na północy jest jakieś miasto? – Wyczekująco patrzył na rozmówcę, podtrzymując swój kpiący uśmieszek.
– Tak właśnie jest.
Odpowiedź znowu spotkała się z radosnymi okrzykami i chichotaniem.
– Wiesz co? Lepiej udaj się na Południe, słyszałem, że tam mają dobrze rozwinięte ośrodki lecznicze. Jak zaczynasz widzieć rzeczy, które nie mają prawa bytu, to nie jest dobrze.
– Chyba wiem, co widziałem! – zdenerwował się przybysz i zaraz potem dodał. – Chyba wiem... Co. Co widziałem! – krzyknął niespodziewanie i padł na kolana.
Goście rozglądali się po innych, nie wiedząc co robić, gdy nagle starszy mężczyzna, klęcząc na deskach, zaczął wydłubywać sobie oczy.
Dwóch prowokatorów próbowało go powstrzymać, ale tamten zdążył dokonać aktu. Teraz z jego oczodołów leciała ciemnoczerwona krew.
Mężczyzna w ogóle nie krzyczał, jedynie otwierał usta, a dźwięk jakby niknął w przestrzeni, nie docierając do uszu świadków.
Komuś ze stolika obok Nilmunda zbierało się na wymioty. Jego towarzysz wykonał już zapobiegawczy manewr, ale tamten zdołał się powstrzymać, był za to całkiem blady.
Chyba wszyscy zgodnie stwierdzili: obłąkaniec, wracając do swych czynności sprzed zdarzenia.
Dwóch ludzi z mieczami u pasa, którzy zapewne pełnili rolę wartowników w tej małej mieścinie, wzięło szalonego mężczyznę pod ramiona i wywlekło z gospody.
Drzwi huknęły i mroźne powietrze przestało wlatywać do środka. Pomieszczenie znów wypełniło się lekkim ciepłem, które dawały dwa ceglane paleniska.
Wojownik był zaskoczony, jak szybko mieszkańcy otrząsnęli się i wrócili do codziennego życia. Wystarczyło krótkie wychylenie się znad kufla, lady, miotły, księgi. I z powrotem.
Dranie mają zimną krew, pomyślał Nilmund i, wciąż wstrząśnięty tym, co zaszło, zawlókł się do swojego pokoju.
Jutro czeka go sporo pracy. Uśmiechnął się i położył na wielkim, lecz niewygodnym łóżku. Zasnął całkiem szybko. W nocy, jak zwykle, nawiedziły go koszmary. Bynajmniej nie był to starzec z wydłubanymi oczami – te sny nie dotyczyły jednej osoby.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Podziel to na kilka części, please ;o. Nie dam rady sprawdzić takiego tasiemca, bo głównie robię to w pracy.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#3
(24-08-2014, 23:17)Astronom napisał(a):
Prolog

Wydawałoby się, że nic nie ruszy (naruszy?) tej ciszy i spokoju, jakie panują teraz na wybrzeżu.

Oddalone od jakiegokolwiek zgiełku miasta, wsi, nawet królestwa zwierząt okoliczne łąki majestatycznie rozpościerały się na wzgórzach, na których chwiały się kłosy zbóż, (zbędny przecinek) trącane przez lekki powiew wiatru.

Gleba pojaśniała, a wszelkie żyjące w niej stworzenia padły, (zbędny przecinek) niczym rażone nagłą błyskawicą.

Wiatr przestał ruszać (poruszać albo kołysać) taflą wody i fale zanikły.

Rozdział 1

Był dla niego ważny,(zbędny przecinek) jak nikt inny, przekazał mu całą swoją wiedzę.

Codziennie zbierał z miasta i z lasu różne gatunki roślin lub też polował na różne okazy owadów, które katalogował i szkicował w swoim skórzanym rysowniku, który teraz spoczywa(ł) w jego plecaku.

Młody zielarz nie miał, (zbędny przecinek) na czym zawiesić wzroku, więc wpatrywał się jedynie w czubki butów.

Na razie tyle.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#4
(25-08-2014, 21:13)Nawka napisał(a): [quote='Astronom' pid='29572' dateline='1408915040']

Prolog

Wydawałoby się, że nic nie ruszy (naruszy?) tej ciszy i spokoju, jakie panują teraz na wybrzeżu.

Oddalone od jakiegokolwiek zgiełku miasta, wsi, nawet królestwa zwierząt okoliczne łąki majestatycznie rozpościerały się na wzgórzach, na których chwiały się kłosy zbóż, (zbędny przecinek) trącane przez lekki powiew wiatru.

Gleba pojaśniała, a wszelkie żyjące w niej stworzenia padły, (zbędny przecinek) niczym rażone nagłą błyskawicą.

Wiatr przestał ruszać (poruszać albo kołysać) taflą wody i fale zanikły.

Rozdział 1

Był dla niego ważny,(zbędny przecinek) jak nikt inny, przekazał mu całą swoją wiedzę.

Codziennie zbierał z miasta i z lasu różne gatunki roślin lub też polował na różne okazy owadów, które katalogował i szkicował w swoim skórzanym rysowniku, który teraz spoczywa(ł) w jego plecaku.

Młody zielarz nie miał, (zbędny przecinek) na czym zawiesić wzroku, więc wpatrywał się jedynie w czubki butów.

Szedł teraz zdenerwowany na pulsujący ból. (skąd wziął się ten ból, dotychczas był w transie, mógłbyś to odrobinę przybliżyć)

Dbał teraz wyłącznie o swoje bezpieczeństwo – rozglądał się nerwowo w każdą stronę (zbędne moim zdaniem, ponieważ "rozglądanie" oznacza patrzenie w różnych kierunkach) ,łudząc się (rozglądał się nerwowo w nadziei, że zobaczy... – tak możesz uniknąć powtórzenia), że zobaczy jakąś przyjazną duszę.

Na domiar złego, nikogo tak naprawdę z nim nie było. (a nie naprawdę był? "Niestety nikogo nie dostrzegł." albo jakoś tak)

To na pewno nie była wędrowna kapela dworna (dworska – ale jeśli tak, to raczej nie wędrowna).

Krzyki i piski zastąpiły dźwięk grzechotek, jakby (zostały) wyrwane ze świadomości poczytalnego (raczej niepoczytalnego, jeśli w jego umyśle tkwiły takie dźwięki) podróżnika.

Też zaczął wrzeszczeć, po czym zapadł się (niezrozumiałe – zapadł się w siebie, zemdlał, zwariował?).

***
– Jak to nie macie dostaw pieczywa do mieściny? – Ferr wręcz błagalnym tonem głosu (zbędne) spytał mężczyznę stojącego za ladą sklepową.

Spod warstwy fałd wyrastała twarz
(Problem jest z tym rzeczownikiem – http://portalwiedzy.onet.pl/140328,,,,fa...haslo.html – a właściwie tą częścią zdania, bo twarz już tam była, a nie dopiero wyrastała. Czy to były fałdy tłuszczu, czy pomarszczonej skóry? Proponowałabym jakoś to zmienić.), z której małe oczka świdrowały zdenerwowanego kupującego.

– Zrozum, panie, to nie jest zależne od nas. – Podrapał się po głowie i nagłym zrywem popatrzył się (nagle spojrzał) za siebie. – Eee, spóźniają się coś, to się zdarza (bywa coraz częściej) częściej w przeciągu ostatnich dni.

Pogoda była taka sama (czyli jaka? fatalna?), a jakby inaczej.

Dziwi(ł) go jednak fakt, że obudził się na poboczu leśnej drogi. Nie wybierałby takiego miejsca na drzemkę, oczywiście(w żadnym razie).

Na uliczkach nie było żywej duszy, wszyscy pewnie skryli się już w domach. Niektóre kobiety zamykały okiennice lub szybko chowały ubranie, (zbędny przecinek) wiszące na zewnątrz.

Kształt miała złożony; kwadrat z wbudowanym (dobudowanym) po lewej stronie prostokątem – w tym pierwszym najpewniej znajdował się pub, a w drugim pokoje sypialne, gdyż okna były poustawiane w rzędzie i równych odstępach.

Dach gospody był dwuspadowy, dosyć płaski, wykonany z tych samych glinianych, brązowo-pomarańczowych dachówek, co (które) wieńczyły górę domów miasteczka.

Kierował się w strony królestwa, w które mało kto się zapuszczał (Kierował się w rzadko odwiedzane rejony królestwa.). Odludzia, niezamieszkane dotąd tereny, rzekomo rozbijają się tam obozy bandytów i najemników, próbujących przedrzeć się z zachodu na wschód i w drugą stronę (z powrotem).

Ten popatrzył się (zbędne) na niego krótko i znów zatopił wzrok w swoim kubku, czasami wychylając się do tyłu, by spojrzeć za okno.

– Słuchaj, zapłacę tobie dużo (solidnie), to dla mnie ważne.

Więcej dziś nie dam rady.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#5
(24-08-2014, 23:17)Astronom napisał(a): Poza tym, wiesz co, całkiem dobrze mi się tu siedzi,(zbędny przecinek) z dala od bandytów, (zbędny przecinek) chcących zedrzeć ze mnie skórę i sakwę. – Wtulił się głębiej w fotel.

– Eee... – Wojownik zaciął się na chwilę. – Ale czy w tej chwili potrzebuję? Hmm, na pewno w... – (Z)zaczął do siebie mruczeć, po czym oznajmił. – Niech będzie.

W pewnym momencie jeden, siedzący w małej grupie, ryknął ze śmiechu, co brzmiało, jakby zachłysnęło się pijane zwierze(ę) i zawarczało na głos.

Goście rozglądali się po innych, nie wiedząc co robić, gdy nagle starszy mężczyzna, klękając (klęcząc) na deskach, zaczął wydłubywać swoje (sobie) oczy.

Drzwi huknęły i mróz przestał wlatywać (raczej mroźny wiatr) do środka.

Dranie mają zimną krew, pomyślał Nilmund, i wciąż wstrząśnięty tym, co zaszło, zawlókł się do swojego pokoju. (wtrąceniem będzie tu podkreślony fragment, więc przecinek należy przesunąć przed "wciąż")

W nocy, jak zwykle (przecinek) nawiedziły go koszmary.

Nazajutrz, (zbędny przecinek albo drugim zamknij wtrącenie po słowie "godzinach") o (w) porannych i mglistych (a jakby inaczej) godzinach Ferr wkroczył do opustoszałego pubu.

Przedtem jednak zgodnie wyłapali swoje spojrzenia i kilka sztuk złota zamieniło (zmieniło) właściciela.

Wychodząc z miasta (przecinek) nie zauważyli żywej duszy na ulicach.

Okiennice były pozamykane, stragany pozamiatane ze wszelkich dóbr, ubrania wystawione na powietrze wisiały na linach, (zbędny przecinek) nad ich głowami.

Jego ogon przejechał po kałuży, (zbędny przecinek) powstałej w dziurze w bruku, ochlapując przy tym dwójkę maszerujących (piechurów).

Najemnik wciąż miał przed oczyma obraz zwłok starszego mężczyzny, (zbędny przecinek) zjadanego przez te uliczne bestie.

Oboje (Obaj) wyjęli z bagażu skórzane płaszcze i założyli je na wierzchnią warstwę ubrań.

Od tej pory ich krok był podobny do skradania (ich chód bardziej przypominał skradanie), stawiali ostrożne i ciche kroki.

Wspięli się na skalne wzniesienie i wychylili ponad krawędź. W niewielkim kanionie paliło się (płonęło) ognisko.

Towarzysze zmienili nieznacznie pozycję, by mieć lepszy wgląd na (w) sytuację tam, w dole.

Nilmund z niesmakiem pokręcił głową, ale nie przytrzymywał (powstrzymywał) go, gdy ten zjechał po cichu do kanionu.

Mieli na sobie skórzane zbroje, a przynajmniej jej elementy, na to grube płaszcze, (zbędny przecinek) oraz sztylety bądź krótkie miecze u boku.

Nazbierał tyle, ile mógł, (zbędny przecinek) do plecaka i...

Otwór gębowy nie był otoczony wargami, a sam był kształtu owalnego. (nie był otoczony wargami, owalnego kształtu)

Krzyk rozległ się po skalistej kotlinie, (zbędny przecinek) skąpanej w blasku księżyca.

Była tam normalna twarz, jeżeli tak można nazwać tę prostokątną, długą facjatę, (zbędny przecinek) z przedziwnie wyolbrzymionym nosem.

W porę zauważył najważniejszy szczegół, który stwarzał mu obecnie zagrożenie, mianowicie dłoń napastnika,(zbędny przecinek) trzymająca sztylet.

Hałas zaalarmował resztę osób, (zbędny przecinek) siedzących przy ognisku i w głównym namiocie.

Niektórzy poderwali się z bronią w ręku i pobiegli za towarzyszem, a niektórzy wciąż siedzieli, myśląc (przecinek) że to kolejna bijatyka, jakich tu nie brak.

Ferr ślizgał się po kamienistym podłożu, ze stresu też potknął się raz (szyk – też raz się potknął), ale zdołał dotrzeć do góry.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#6
Dłuższego się nie dało?
Przeczytałem Prolog... Koniec :P Na razie odpuszczę sobie i przeczytam kiedy indziej, bo naprawdę tego jest tak dużo, że zaraz rzygnę literkami :P

PS. Co do prologu to się fajnie zapowiada, trzymam kciuki ;)
"Gdzieś pomiędzy złem a dobrem jest zdrowy rozsądek. Tego się trzymajmy." ~ Verguun z południa
"Pieprzyć przeciwników, to ty masz być tym wygranym!" ~ Polleck z Aster Mit

Myśliwi!!!!
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Dzięki wielkie za sprawdzanie, Nawka, i tobie, Drassen :D
Dotychczasowe poprawki naniesione, a tutaj wstawiam drugą część tekstu (podzieliłem go na pół):

***

Nazajutrz o porannych i mglistych (a jakby inaczej) godzinach Ferr wkroczył do opustoszałego pubu. Nikogo oprócz Nilmunda tam nie było.
Bez słowa wstał i udał się za swoim panem, którego teraz przyjdzie mu chronić. Przedtem jednak zgodnie wyłapali swoje spojrzenia i kilka sztuk złota zmieniło właściciela.
Wychodząc z miasta, nie zauważyli żywej duszy na ulicach. Okiennice były pozamykane, stragany pozamiatane ze wszelkich dóbr, ubrania wystawione na powietrze wisiały na linach nad ich głowami.
Pod nogami rycerza oraz zielarza przemknął wyrośnięty, ciemny szczur.
Jego ogon przejechał po kałuży powstałej w dziurze w bruku, ochlapując przy tym dwójkę piechurów. Stwór po chwili skrył się w zaułku między dwoma pochylonymi chatami.
Nilmunda przeszły ciarki, gdy spojrzał w tamtą stronę. Ferr chyba postanowił nie zawracać sobie myśli tym szczurem, bo szedł zupełnie spokojnie.
Najemnik wciąż miał przed oczyma obraz zwłok starszego mężczyzny zjadanego przez te uliczne bestie.

Wyszli z niewielkiego miasta, a bruk przerodził się natychmiast w dziką ścieżkę, która wraz z przebytą odległością coraz bardziej się zacierała.
Wędrówka na północ mijała bez jakichkolwiek przeszkód. Krajobraz w miarę pokonywanej drogi stawał się coraz bardziej górzysty. Nie było tu jednak żadnych lasów, a krzewy pojawiały się rzadko.
Podróżnym zaczął doskwierać chłód. Zbliżała się noc. Obaj wyjęli z bagażu skórzane płaszcze i założyli je na wierzchnią warstwę ubrań.
Gdy niebo pociemniało, zauważyli wznoszący się w górę niewielki słup dymu.
Bez słowa spojrzeli na siebie i kiwnęli głowami. Od tej pory ich chód bardziej przypominał skradanie, stawiali ostrożne i ciche kroki. Byli już blisko celu.
Wspięli się na skalne wzniesienie i wychylili ponad krawędź. W niewielkim kanionie płonęło ognisko.
– Bandyci... Czyli jednak tu są. – Ferr bacznie rozglądał się po ich obozowisku.
– A co myślałeś, chłopie, że wynieśli się z tych stron? Chyba tylko cud by to sprawił, ani im się śni przeprowadzka.
Towarzysze zmienili nieznacznie pozycję, by mieć lepszy wgląd w sytuację tam, w dole.
– Ty coś planujesz? – Nilmund popatrzył podejrzliwie na Ferra. Ten nie odzywał się. – Jak tam chcesz, poczekam tutaj.
– Spokojnie, mam w tym wprawę. Chcę tylko dorwać się do zapasów.
Nilmund z niesmakiem pokręcił głową, ale nie powstrzymywał go, gdy ten zjechał po cichu do kanionu.
Ferr uważnie stawiał kroki, by nie wywołać żadnego dźwięku, i krył się za kamieniami. W końcu dotarł do poziomego terenu, gdzie były porozstawiane niektóre namioty. Większość osób siedziała przy ognisku, grając, śmiejąc się głośno i pijąc. Mieli na sobie skórzane zbroje, a przynajmniej jej elementy, na to grube płaszcze oraz sztylety bądź krótkie miecze u boku.
Skorzystał z tego, że ktoś w ilro, hazardowej grze, wystawił cały swój dobytek.
Okrzyki odwróciły uwagę obozu oraz zagłuszyły to, jak wkradł się do namiotu.
Przytrzymał od razu płótno, w razie gdyby miał szybko zwijać nogi za pas. Szczęście mu dopisywało, bo w środku akurat były skrzynki z zapasami.
Nazbierał tyle, ile mógł do plecaka i... W tym momencie do namiotu z drugiej strony wkroczył ktoś inny. Postać miała twarz, jakby posklejaną z części innych. Ubrana w jakieś łachmany, bez butów. Wyglądała jak istny potwór z najgorszych koszmarów. Był to, według Ferra, mężczyzna. Na całym ciele jakieś blizny i zszyte rany. Otwór gębowy nie był otoczony wargami, owalnego kształtu.
Krzyk rozległ się po skalistej kotlinie skąpanej w blasku księżyca.
Zielarz próbował zawrócić, ale postać chwyciła go za ramię:
– Co ty sobie myślałeś, gnojku? – Mężczyzna odwrócił go sprawnym ruchem.
Była tam normalna twarz, jeżeli tak można nazwać tę prostokątną, długą facjatę z przedziwnie wyolbrzymionym nosem.
Wyglądał, jakby ktoś mu go złamał i zostawił tak, by kość już nigdy nie zrosła się prawidłowo. Kilkutygodniowy sterczący zarost i smród sugerowały, że ludzie z tego obozowiska nie mieli owocnych łowów.
Nadal był przerażony poprzednim widokiem i nie mógł uwierzyć własnym oczom. Co się właściwie stało?!
W porę zauważył najważniejszy szczegół, który stwarzał mu obecnie zagrożenie, mianowicie dłoń napastnika trzymająca sztylet.
Bandyta pchnął, ale Ferr był szybszy, uniknął ciosu, a następnie rozgniótł podeszwę buta na jego twarzy. Tamten zawył i w furii rzucił się za uciekającym już złodziejem.
Hałas zaalarmował resztę osób siedzących przy ognisku i w głównym namiocie. Niektórzy poderwali się z bronią w ręku i pobiegli za towarzyszem, a niektórzy wciąż siedzieli, myśląc, że to kolejna bijatyka, jakich tu nie brak. Duch rywalizacji nie znikał przy dwóch, nieporuszonych, grających w ilro, którzy wymieniali między sobą głośne komentarze.
Ferr ślizgał się po kamienistym podłożu, ze stresu też raz się potknął, ale zdołał dotrzeć do góry.
Nilmunda już tu nie było. W dali majaczyła uciekająca postać.
W tym momencie nastąpił błysk i wszyscy bandyci padli na ziemię. Ferr również poczuł bezwład w nogach i osunął się na skałę.
Nikt nie wypowiedział żadnego słowa. Wszyscy tracili świadomość, aż w końcu ciemność ich pochłonęła.
Oczy miasta zwrócone były na północną część nieba. Jak co miesiąc, podziwiać mogły zadziwiające białe błyski. Nie były to wspaniałe i barwne wstęgi zorzy, o nie.
Nikt jednak nie odważy się tam pójść i sprawdzić, co może być ich źródłem.
Wyprawa na północ zawsze jest niebezpieczna. Zresztą, przez dziesięciolecia ludzie powtarzali: nic, co magiczne, nie winno być wzbudzone ani odkryte.


***


– Cokolwiek się stanie... nigdy nie brudź się magią, synu. Nigdy. – Chłopiec patrzył na swego ojca, nie do końca rozumiejąc słów, które do niego docierają.
Mężczyzna pogładził jego główkę, z której sterczały krótkie, jasne włosy.
Ferr otworzył oczy. Niewygoda od razu dała mu się we znaki. Podniósł się z ziemi i rozmasował obolałe plecy. Musiał leżeć już jakiś czas, ponieważ zmarzły mu dłonie, stopy i twarz.
Dopiero teraz rozejrzał się wokoło. Leżał w zwykłej celi więziennej okutej z jednej strony mocnymi żelaznymi kratami. Nie było żadnych otworów czy okien.
Czemu ci bandyci mieliby mnie więzić? – Myślał przez dłuższą chwilę, ale nie mógł znaleźć żadnego konkretnego powodu.
W celi było niemal całkowicie ciemno, jedynie na korytarzu paliła się... pochodnia z niebieskim płomieniem. Ferr słyszał o nich jedynie w opowieściach. W tym celu zapalało się specjalny materiał drzewny, by uzyskać taki kolor ognia. Był strasznie rzadki, ponoć sprowadzany spoza kontynentu.
– Jest tam ktoś?! – krzyknął, wychylając nos zza kraty. Nie doczekał się odpowiedzi.
Na całej długości niskiego korytarza naliczył trzy przychodnie, jedna z nich rzucała odrobinę światła do jego celi.
Po obu końcach tego przejścia widać było solidne, hebanowe drzwi.
Nie miał innego wyjścia, jak zająć się szukaniem czegokolwiek przydatnego. Chociażby desperacka próba ucieczki, gdy będą mnie wyprowadzać z tej klatki. – Zatrząsł się na samą myśl.
Zrobiło mu się przejmująco zimno, ale w kącie znalazł niewielką płachtę, którą się szczelnie opatulił. Podczas gdy odpływał ze zmęczenia do krainy snu, wydawało mu się, jakby na przeciwległym końcu tunelu słyszał przeciągły krzyk kobiety przepełniony cierpieniem.


***


Czy to już koniec? Zwieńczenie tych niewyobrażalnych cierpień i zmagań, by powrócić do miasta?
Nilmund wszedł na skalne wzniesienie, by mieć lepszy widok na okolicę.
Na horyzoncie majaczył zamek, jednak najemnik nie wierzył już własnym oczom. Stracił poczucie rzeczywistości.
Pałętał się po pustkowiach od kilku dni. Skrajne wyczerpanie zwalało go z nóg, a głód doskwierał niewyobrażalnie.
Proszę... Niech to będzie to. – Błagalnym wzrokiem omiótł zabudowania leżące wiele kilometrów dalej, zbierając się do zejścia z góry. Znał przecież tę drogę, nie było szans, żeby się zgubił.


***


Nilmund szedł przez kępy trawy, raz po raz zatapiając buty w śniegu, uśmiechając się do siebie.
– Wspaniała pogoda, prawda? – Wskazał palcem na ciemne chmury, które całkowicie przysłaniały niebo. Można by jednak sądzić, że właśnie nastaje świt.
– Tak, sir, ma pan rację – odpowiedział palec Nilmunda, kłaniający się w jego stronę.
– Pamiętasz historię o tej bitwie na wschodniej rubieży? Pod miastem Hleztus zebrały się setki woja. Ba! To byli zwykli chłopi. Stali w niesfornym szyku, trzymając w łapach najniebezpieczniejszą broń, jaką mieli w swoich domach. – Tutaj opowiadający się zaśmiał pod nosem. – Wiesz, motyki, sierpy, młoty. I oczekiwali.
Zaledwie kilka godzin przed nieuniknioną bitwą zauważyli drżenie ziemi, a w oddali widać było powolnego, kroczącego w ich stronę cyklopa z gór północy.
Stawili mu czoła w obronie swoich rodzin i murów miasta.
Na darmo złożyli się wszyscy w ofierze! Ludzie leżeli pokonani, wręcz zmiażdżeni, u stóp cyklopa i bramy Hleztus.
Dopiero, kiedy przybyła odsiecz z większym uzbrojeniem i balistami, to zdołali zabić potwora. Czekaj, czy ty mnie w ogóle słuchasz? – warknął na swój palec, gdy ten zaczął grzebać w rozprutym brzuchu wisielca. Było to jedyne drzewo w okolicy. Dość nienaturalny widok, zważywszy na miejsce, w jakim się znajdowało.
Nilmundowi już to nie przeszkadzało, myślami krążył w niebiańskich marzeniach, równocześnie zapatrując się w czarny punkt na horyzoncie.


Chmury, chcąc urozmaicić repertuar ostatnich tygodni, ulotniły się na tę jedną, szczególną noc.
Nilmund biegł, krzycząc i wyrywając sobie włosy z głowy.
Kiedy w końcu przystanął, jego krzyk przerodził się w srogi płacz.
– Czym sobie na to zasłużyłem? – stękał przez łzy. – Czy to ogień piekielny, kara za moje życie? Czy już nie żyję? Wiem, co uczyniłem, wiem, że byłem zdradliwym dupkiem, wtrącając swoich panów w bagno i uciekając z pieniędzmi, które mi zostawili. – Zatrzymał się na chwilę i kontynuował. – Jeżeli tak jednak jest, o ile to rzeczywiście jest piekło – błagam, nie skazujcie mnie na wieczność w tym miejscu. Błagam! – krzyczał w stronę zamku.
Minęło kilka dobrych minut, nim się otrząsnął i wstał. Czuł, że jego umysł w pewnych momentach odpływa, jakby nie był do końca świadomy.
Jakże odmiennie od poprzednich dni wędrówki... Wtedy, wyznaczając własną ścieżkę wśród kwiatów, Nilmund mógł wyczuć przyjemną woń płynącą przez chłodne, nieruchome powietrze.
Teraz wszystkie te zapachy ulotniły się. Pozostało tylko niemiłe, wprawiające w dreszcze przeczucie, że w zamku nie znajdzie nic dobrego. Ruszył w tamtym kierunku, podczas gdy z jego twarzy wciąż skapywały łzy.
Niegdyś królestwo rozciągało się aż po te tereny, ale to było w czasach świetności.
W czasach, gdy jeszcze nie utracono kontaktu i handlu z innym kontynentem, a król zasiadający na tronie dbał mniej o swoje sprawy, a na wyższą półkę stawiał przede wszystkim dobro ludzi.
Obecnie nikt nie kontrolował, co się dzieje na Północy. Grabieże i napady były na porządku dziennym.
To Południe od zawsze było mniej narażone na ataki cyklopów, mogło się również rozwijać bez tak wielkiej przestępczości, jak w mroźnych krainach.
Niepokoiło to mieszkańców, jak obracają się sprawy w królestwie. To błędne koło toczyło się już od kilku lat z powodu rządów króla Hvansta I.
Nilmund przeszedłszy już niemały kawałek, podniósł głowę do góry i dokładnie, swym przenikliwym wzrokiem, wypatrzył wszelkie szczegóły.
Zamek był duży. Za duży jak na tak daleką północ. Czy jest możliwe, że ktoś go porzucił, gdy ludzie przenieśli się permanentnie na południe? Doprawdy, najemnik się dziwił, iż ten człowiek mógł postradać zmysły aż w takim stopniu.
Zresztą, może z nim się działo to samo: te okropne zwidy prześladowały go bezustannie, więc wziął nogi za pas? Nie. To nie może być prawda. Magia nie istnieje, jest tylko w bajkach.
Halucynacje nie dawały Nilmundowi spokoju, odkąd się zgubił. Teraz, o ile mu się wydawało, mógł odetchnąć od nich z ulgą.
Budowla przed nim była dość skomplikowaną, misterną mozaiką, w której istotne były połączenia mostowe, liczne schody prowadzące na różne poziomy oraz wieżyczki, zarówno większe, jak i mniejsze. Nie mógł dostrzec tego, co jest w środku, ale z pewnością zamek nie był zwieńczony jednym wielkim dachem. Musiałoby ich stać z kilkanaście, i to na różnych wysokościach, ponieważ budynki i wieże znajdywały się na różnej długości wertykalnej.
Nad solidną, drewnianą bramą, która mierzyła cztery metry, w kamienny mur wpleciony był wyblakły, zielonkawy bluszcz i liany.
Sama frontowa ściana z wejściem, oprócz dwóch wysoko położonych otworów, nie posiadała żadnych okien ani nawet wystających elementów. Bardziej przyciągające wzrok szczegóły kołatały się nad bramą, w głębi zamku.
Okna były tam oszklone, półokrągłe kolumny podpierały nasadę wysuniętych gzymsów.
Niektóre szyby biegły wzdłuż korytarzy zamku i zdawały się tworzyć istny labirynt przechodzący przez kompleks zabudowań.
Gdy Nilmund przeniósł wzrok na prawą stronę muru, cofniętego w stosunku do frontowej ściany, zaniemógł z wrażenia. W jednym z budynków-wieży, mniej więcej pośrodku jego wysokości, znajdował się otwarty z jednej strony jednokondygnacyjny krużganek.
Kolumny podpierały wejścia na balkon z zewnętrznej strony, a z wewnętrznej przebiegały tej samej wielkości łuki z grawerowanymi archiwoltami. Nie dało się jednak ujrzeć z dołu, co mieści się w obrębie tego, zapewne cudownego, ogrodu.
Odpowiedz
#8
(26-08-2014, 19:43)Astronom napisał(a): Nie było żadnych otworów, (zbędny przecinek) czy okien.

Czemu ci bandyci mieliby mnie więzić? – (M)myślał przez dłuższą chwilę, ale nie mógł znaleźć żadnego konkretnego powodu.

– Jest tam ktoś?! – krzyknął, wychylając nos za(zza) kraty.

Chociażby desperacka próba ucieczki, gdy będą mnie wyprowadzać z tej klatki(kropka)(Z)zatrząsł się na samą myśl.

Podczas gdy odpływał ze zmęczenia do krainy snu, wydawało mu się, jakby na przeciwległym końcu tunelu słyszał przeciągły krzyk kobiety, (zbędny przecinek) przepełniony cierpieniem.

Nilmund wszedł na skalne wzniesienie, by mieć lepszy wgląd na ("wgląd w" – zamień na "widok na") okolicę.

Stracił zaufanie do rzeczywistości. (stracić zaufanie można do kogoś – "Stracił poczucie rzeczywistości.")

Proszę... Niech to będzie to. – Błagalnym wzrokiem omotał (omiótł – bo omotał oznacza owinął, okręcił) zabudowania leżące wiele kilometrów dalej, zbierając się do zejścia z góry.

Na darmo złożyli się wszyscy w ofierze! Wszyscy(zbędne) ludzie leżeli pokonani, wręcz zmiażdżeni, u stóp cyklopa i bramy Hleztus.
Dopiero (przecinek) jak (kiedy) przybyła odsiecz z większym uzbrojeniem i balistami, to zdołali zabić potwora.

Wiem, co uczyniłem, wiem, że byłem zdradliwym dupkiem, wtrącając swoich panów w bagno i uciekając z pieniędzmi, które mi zostawili(kropka)(Z)zatrzymał się na chwilę i kontynuował.

Grabieże i napady stawały się coraz bardziej zdarzeniem na porządku dziennym (były na porządku dziennym).

Budowla przed nim była dość skomplikowaną, misterną mozaiką, w której istotne były połączenia mostowe, liczne schody, (zbędny przecinek) prowadzące na różne poziomy oraz wieżyczki, zarówno większe, jak i mniejsze.

Bardziej przyciągające wzrok szczegóły kołatały się nad tym, w głębi zamku.
(nie rozumiem tego zdania, co się kołatało i nad czym?)

Okna były tam oszklone, półokrągłe kolumny opierały (podpierały) nasadę wysuniętych gzymsów.

Gdy Nilmund przeniósł wzrok na prawą stronę muru, oddalonego trochę w tył od (cofniętego w stosunku do...) frontowej ściany, zaniemógł z wrażenia.

W jednym z budynków-wieży, mniej więcej pośrodku jego wysokości, znajdował się otwarty z jednej strony,(zbędny przecinek) jednokondygnacyjny krużganek.

Chyba skończyłam :). Chwilami tekst był trochę dziwny, z pogranicza psychologii i horroru, ale generalnie mi się podobał. Wątpliwości Nilmunda, jego zagubienie, oddałeś w sposób tragikomiczny. W niektórych momentach nie rozumiałam skomplikowanych zdań. Mam wrażenie, że chcąc opisać coś precyzyjnie, pokazujesz obraz ze swoich myśli, a to nie zawsze dobrze wychodzi. Ty rozumiesz, ale czytelnik niekoniecznie. Mam na myśli chociażby opis zamku. Opisy są niezwykle ważne, dlatego muszą być w miarę precyzyjne, a jednocześnie plastyczne, aby czytający potrafił to sobie wyobrazić. Piszesz dość ciekawie i masz dużą wyobraźnię, co pozwala ci na stworzenie i opisanie dziwnego świata i jeszcze dziwniejszych postaci.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#9
Dziękuję za poprawki, tę ostatnią za chwilę zrobię. ;)
Może za bardzo się próbowałem wzorować na Lovecraftowym stylu, by dużo opisywać. Zbyt skomplikowanie u mnie to wychodzi, widocznie. To jedyny opis zamku, jaki się pojawia, więc chciałem zawrzeć w nim wszystkie szczegóły. Chociaż może zrobię tak, że potem z wnętrza spróbuję napisać, jak wygląda to wszystko przez okno lub coś w tym stylu.

Poza tym zauważyłem, jak mnie napadł zły nawyk robienia przecinków, gdzie się tylko da. :D
Kiedyś to był ich brak, teraz przesadzam z ilością, najczęściej przed określeniem rzeczowników. Poprawię to.
No, i niby sam robiłem poprawki, a jednak nie spodziewałem się, ile błędów zrobię.

To nie jest koniec ofc, niedługo będę pisał dalej. ^^ Już bez takiego tasiemca.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości