Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wątek zamknięty 
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Kapłan –- Przeniesiony przez Nidrax
#1
No cóż, nadszedł czas, abym znów coś publikował. Ostatnio wpadł mi pomysł do głowy pewnego opowiadania, więc postanowiłem je wykorzystać. Będzie to krótka przygoda z uniwersum "kapłana", które rozwinąłem w ostatnim czasie. Także nie wykluczam, że więcej opowiadań z tego uniwersum może się pojawić. Do rzeczy. Poniżej zamieszczam wam pierwszy rozdział.

(Jako, że głównie jestem poetą, proszę traktować z przymrużeniem oka. Nie piszę najlepiej prozą, to takie ćwiczenia :D Liczę na surową krytykę)



[chapter]Wstęp + Rozdział I[/chapter]



Wstęp

Coś wisiało w powietrzu, zdawało się ono ciężkie, jakby z każdym wdechem ciążyło w płucach. Dzień, a raczej poranek, nie należał do tych spokojnych. Słońce zalewało żarem wszystko w obrębie doliny nad którą wisiało.
Niespodziewanie ziemia zaczęła się trząść, zbocze góry osunęło się i ze szczytu poleciały ogromne głazy, zmierzając wprost do doliny. Drzewa łamały się pod naporem nieznanej siły, spadając jedno po drugim. Niebo momentalnie pokryło się jaskrawo-zieloną barwą. I miasto Caen zamieniło się w ogromne pogorzelisko…


Rozdział I

W całej kaplicy panował przyjemny chłód. Witraże przepuszczały drobne promienie światła, rzucając bladą poświatę na pomieszczenie, w którym teraz przebywał Vladik. Często tu przesiadywał, za młodu i teraz. Pogrążony w modlitwie, klęcząc, zdawał się układać myśli, których natłok powodował u niego niemożność logicznego myślenia i stres. Jego oczy wpatrzone były w marmurową figurkę przedstawiającą leśną driadę, bogini Zrael. Czytał o niej wiele legend, choć powszechnie wśród kapłanów trzech nacji uznawana była za wymysł czarodziejów i zakazana, to często się do niej modlił. Przynosiła upragniony spokój. Ciszę przerwał głos, dobiegający z prowizorycznych, drewnianych i mocno popękanych drzwi, które otwarły się z przenikliwym jazgotem.

– Widzę, że nadal masz tę figurkę. – wyrwał Vladika z zamyślenia.
– Witaj, ojcze Penn. Nie mogłem się jej pozbyć, przepraszam. – kapłan wstał z klęcznika i skierował się w stronę Penna.
– Dobrze, tylko proszę cię, dopilnuj, aby inni jej nie widzieli. To byłby nie tylko twój koniec, ale i mój. Rozumiesz? – spojrzał na niego wymownie.
– Tak jest, ojcze. – Vladik lekko spuścił głowę w pokornym geście. – ale chyba nie przyszedłeś do mnie w sprawie figurki? – dodał po chwili.
– Przychodzę z czymś gorszym. – Penn zamyślił się chwilę – Nie dalej jak tydzień temu, przyjechał nasz kupiec, którego wysłaliśmy do Caen. Sęk w tym, że nie zastał miasta, tylko jakieś pogorzelisko. Większość ruin jest dodatkowo przysypana przez kamienie. – skończył.
– Co tam się mogło stać? – w oczach młodego kapłana błysnęła ciekawość.
– Myślimy, że czarodzieje maczali w tym palce. Ale jak nadludzka musiała być to siła, żeby w jednej chwili zrównać całe miasto z powierzchnią ziemi? Pojedziesz to zbadać. – powiedział Penn.
– Kiedy?
– Nawet zaraz. Jedź tam i wróć z możliwie jak najobszerniejszym raportem. Liczę na ciebie. – ojciec poklepał go po ramieniu i odszedł, zostawiając za sobą otwarte drzwi.

Gdy opuszczał mury klasztoru, było już grubo po południu. Objuczył konia w niewielkie ilości prowiantu oraz wody, uznał, że będzie w stanie sam sobie je zapewnić, a nie ma co męczyć zwierzę, które i tak nie było najlepszej kondycji. Budynek opactwa leżał wysoko w górach, które były gęsto porośniętymi lasami. Przy takim ukształtowaniu terenu, ciężko dostarczać nowe wierzchowce. Było ich tu niewiele.

Vladik poruszał się wąskim, ubitym traktem. Znało go niewiele osób, toteż rzadko kto tu bywał. Drzewa rosły bardzo wysoko, mimo to, nie dawały upragnionego cienia. Promienie z łatwością przebijały się przez małe, wysuszone liście. Pnie natomiast, z daleka przypominały skały o szarym zabarwieniu. Były bardzo wytrzymałe i odznaczały się dużą objętością, drwale prawie nie bywali w tych rejonach, o ile bywali. Drewno było dostarczane za pomocą specjalnych kupców, którzy się tym zajmowali. Z resztą, nikt nie wiedział, czy owe drzewa w ogóle nadają się do ścięcia, a przynajmniej, nikt jak dotąd nie próbował tego robić. Po jakimś czasie owy trakt się skończył i Vladik zmuszony był przedzierać się przez las, który z każdą sekundą wydawał mu się coraz bardziej ponury.

Kapłan dotarł do ostatniego już zbocza, po zejściu, jego oczom ukazały się gęsto rozsiane, choć mało głębokie kotliny. Nie było tu gościńca, co mogło by wskazywać, że w pobliżu nie ma żadnych wiosek. Las także się skończył. Jak okiem sięgnąć, po polach uprawnych nie było ani śladu. Zamiast nich, gdzieniegdzie dało się zauważyć rzadkie odmiany polnych kwiatów. Chociaż i tak większość terenu pokrywały chwasty i różne dzikie trawy sięgające aż do kolan. Vladik domyślił się, że musiał zejść od złej strony i teraz czeka go jeszcze dłuższa wędrówka. Stanął przed wyborem, czy iść w nocy i dotrzeć wcześniej, czy odpocząć. Zdecydował się na to drugie. Teren w końcu temu sprzyjał, a i zmęczenie dało się we znaki.

Zapadła noc. Niebo pokryło się gwiazdami, które kontrastując na czarnym tle, świeciły naprawdę mocno. Ognisko zaczęło wydawać z siebie charakterystyczne dźwięki, od czasu do czasu trzaskając. Vladik w małym rondelku przygotował sobie potrawkę, dodając różne zabrane ze sobą warzywa i doprawiając ją znalezionymi kwiatami, które świetnie imitowały przyprawy, dodając aromatu i odrobinę smaku. Z tym trzeba było uważać. Aby nie zepsuć dania, należało odpowiednio wcześniej wyjąć gotujące się w garnczku kwiaty. Natomiast te pod wpływem temperatury, lubiły się rozdrabniać na małe kawałeczki. Ale Vladik był już doświadczony, wiele razy podróżował po górach i używał tego typu kwiatów. Znał się na tym.

Gdy już zjadł, ściągnął z siebie czarny habit związany pasem i podłożył go pod siebie, natomiast biały szkaplerz posłużył mu jako poduszka. Zwinięty w kostkę był bardzo wygodny. Dodatkowo odczepił spiczasty kaptur, w którym schował resztki kwiatów i przywiązał do juków. Noc była ciepła, także zwykła tunika wystarczała, a dzięki grubemu habitowi, mógł sobie zapewnić miękkie posłanie. Położył się wygodnie i zasnął, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo.


***


Vladik obudził się. Ognisko zdążyło już zgasnąć. Noc minęła, jednak słońca jeszcze nie było widać. Panował półmrok. Nagle kapłan poderwał się na nogi i lekko skulony zaczął przysłuchiwać się rozmowie, która dobiegła jego uszu.

– Psia mać, gdzie ta suka uciekła. Ani śladu. – powiedział tajemniczy głos.
– A czego się spodziewałeś po czarodziejce? – odezwał się kolejny.

Zdecydowanie było ich więcej. Zewsząd dobiegał dźwięk łamanego chrustu, można było naliczyć co najmniej pięć osób. Mimo to, nie było ich widać. Vladika skutecznie przysłaniały zbocza kotliny, a było ich tutaj wiele.

Kapłan obrócił się na pięcie i ujrzał młodą kobietę, pewnie niewiele starszą od niego. Przystawiała teraz palec do ust, usiłując przekazać Vladikowi żeby był cicho. Patrzyli na siebie przez chwilę. Ciszę przerwał basowy głos, wydobywający się całą mocą z gardła jednego z tajemniczych ludzi.

– Tutaj! Mam ją! – zawołał do towarzyszy, wyjmując w tym samym czasie prosty łuk.

Broń, który trzymał teraz nieznajomy, nie była najlepszej jakości. Mimo wszystko strzelec, który ją posiadał, miał nietuzinkowe umiejętności. Po samej postawie można było się domyślić, że trzyma go w ręce nie od dziś. Pierwsza strzała została wypuszczona w ciągu sekundy. Kobieta złapała Vladika i razem z nim rzuciła się na ziemie. Była nadzwyczaj silna, co rzadko było spotykane u płci pięknej. Drugiej strzały przeciwnik nie zdążył już wypuścić. Czarodziejka wyszeptała coś pod nosem i z ziemi wydobył się ogień, który strużką podążył do przeciwnika i podpalił go w mgnieniu oka. Łucznik wydał z siebie przeraźliwy okrzyk, rzucając się na wszystkie strony, wrzeszcząc i machając rękami.

– No, teraz to na pewno tu przyjdą. Dobra jesteś w informowaniu wroga. – rzucił Vladik.

Jednak na pogawędki już czasu nie było. Do kotliny zbiegło czterech kolejnych i otoczyło kapłana oraz czarodziejkę. Pierwszy podbiegł człowiek z wielkim toporem i z pikowaną czapką wiązaną pod brodą. Zamachnął się nim w czarodziejkę, lecz ta zrobiła unik, przewracając się do przodu. Złapała jegomościa za głowę i skręciła mu kark. W tym czasie Vladik rzucił się po swoją księgę i dobywając ją, przeczytał jakieś wersety w niezrozumiałym języku. Otoczenie rozbłysło białym światłem, odrzucając przeciwników na ponad parę metrów, uderzając nimi o zbocza. Jeden z nich, najwyraźniej dowódca, ubrany w długą kolczugę i pokrywającą ją kamizelkę, zamachnął się mieczem w kobietę. Ta znów wykonała ten sam unik, jednak mężczyzna nie dał się nabrać. Odskoczył w bok i rękojeścią uderzył czarodziejkę w twarz. Już szykował się do kolejnego cięcia, unosząc ostrze nad jej głowa. Reakcja była szybka. Wymamrotała coś pod nosem i rękoma zasłoniła uderzenie. Ku zdziwieniu pozostałych, ostrze stopiło się w jej rękach i rozpadło na części. Wykorzystując chwilę nieuwagi napastnika, wywróciła go na ziemie i chwilę później chwytając kamień, zadała kilka ciosów w głowę. Vladik skierował się do niej, podał rękę i pomógł wstać. Reszta przeciwników uciekła w popłochu.

– Przepraszam, że cię w to wciągnęłam. Myślałam, że nikogo tu nie zastanę. – powiedziała.
– W końcu uciekasz przed kimś. Też bym tak podążał na twoim miejscu. – uśmiechnął się Vladik.
– Mam na imię Teressa. Niezrzeszona czarodziejka.
– Ja jestem Vladik. Zrzeszony kapłan. – chwilę milczeli – wiesz co to byli za ludzie? – spytał.
– Nie słyszałeś? Po wydarzeniach w Caen, królestwa Północy, nasz rodzimy Xivenberg i Madred doszły do wniosku, że to wszystko wina czarodziejów. Zaczęły się ogromne represje. – chrząknęła – zaczęli nas wyrzynać po kolei, jak przystało. Pochodzę z Triden, byłam tam wyjątkowo znana, świadczyłam różne usługi. Po mnie też przyszli, ledwo udało mi się uciec. Chodzą słuchy, że to wszystko wina Chalmersa i jego dziwacznych eksperymentów. Co się okazało? Zbiegł dwa dni po zrównaniu Caen z ziemią. Oba królestwa powołały wspólną instytucje, która ma za zadanie wybijać wszystkich przedstawicieli magii. Nazywają ich Skazanymi. Nie bez kozery, są w niej głównie więźniowie, dezerterzy, dawni wojacy. Niby taka zbieranina, ale zbierają swoje żniwo. – dokończyła.
– Co teraz masz zamiar zrobić? – spytał ponownie.
– To chyba nie jest przesłuchanie? Mogłabym spytać ciebie o to samo. Tym bardziej, że nie wiem co tutaj robisz.
– Zbieram zioła. W pobliskich górach leży mój klasztor. Należę do zakonu Kalitów, trzeciej nacji.
– Wy kapłani, żyjecie w tych swoich klasztorach, nie mając pojęcia co się na świecie dzieje. Zbieraj te swoje zioła dalej, mi życie miłe, więc wyruszam w dalszą podróż. Żegnaj, kapłanie. – odeszła szybkim krokiem.

Nie miał już więcej pytań, dowiedział się wystarczająco dużo. Vladik został sam wśród ogniska i trupów leżących na ziemi. Wrzask palącego się łucznika dawno już ucichł. Kapłan, nie tracąc czasu, spakował to co potrzebne i wyruszył w dalszą podróż.

Jechał spokojnie, bez pośpiechu. Od miasta Caen dzieliło go zaledwie parę mil. Był teraz w środku lasu. Dość szeroki jar, bez przeszkód w postaci połamanych drzew, umożliwiał mu swobodną podróż. Od czasu do czasu zatrzymywał się przy większych kałużach, aby jego koń mógł się napić. Podłoże było grubo wyłożone liśćmi i chrustem, więc woda tak szybko nie wysychała.

W końcu dotarł na miejsce, z lasu, wyjechał na małe wzniesienie. Przed nim rozlegała się ogromna dolina, a po środku ruiny miasta Caen. Wyglądało to imponująco. Mury były popękane, niektóre części dosłownie odkleiły się od całości i osunęły w dół. Miasto wyglądało, jakby przeszło tędy kilka armii, a mimo to, zachowało swój kształt. Taki widok przyprawiał o dreszcze.

Zbocze było zbyt strome, aby zjechać po nim koniem. Dlatego też Vladik przywiązał go w pobliskim lesie i ruszył w stronę miasta, a raczej jego pozostałości. Brama przypominała wcześniej tunel, kraty znajdowały się na zewnątrz i wewnątrz. Teraz ten tunel się zawalił i aby dostać się do środka, konieczne było wspiąć się po kamieniach. Równo ociosane stawały się bardzo śliskie, to też ciężko było się dostać na drugą stronę. Vladikowi noga osunęła się parę razy, więc był podwójnie ostrożny, lecz to go znacznie spowolniło.

W końcu pojawił się po drugiej stronie. Rozejrzał się uważnie i nic nie dostrzegł. Wokół tylko spalone, zawalone domy, zniszczone drogi i co najważniejsze, ani jednej żywej duszy. Podążył w głąb miasta, rozglądając się po okolicy. Cały czas się zastanawiał, co tu się mogło stać. Podpalenie nie wchodziło w grę, miasto było zbyt duże, w większości zbudowane z kamienia. Mieszkańcy zdołaliby go ugasić. Po chwili udało mu się dojść do rynku. Wszędzie poustawiane były porzucone stragany, puste zaprzęgi, pozostawione skrzynie.

– Tu jestem. – rozległ się jakiś szept.

Vladik nerwowo się rozejrzał. Nikogo nie było widać. Nagle, jego uszu dobiegł śmiech dziecka. Było ich więcej. Nasilały się z każdą sekundą. Wszędzie pojawiły się wyraźne kształty. Ludzie, było ich dużo. Rynek tętnił życiem. Kapłan zaczął do nich krzyczeć, ale jego głos był stłumiony. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Miasto jakby wróciło do życia. Ale on to widział tylko przez mgłę, nie wszystko było wyraźne. Dźwięki niektóre mocniejsze, inne głuche. Wszystko przybrało bardzo jasne kolory. Nagle na niebie pojawiła się zielono-jaskrawa poświata.

– Cholera jasna! Co tu robisz, psia mać, kapłanie? – spytał czyiś głos.

Nagle wszystko wróciło do normalności. Jakby ktoś pstryknął palcem i krajobraz znów zamienił się w smętne pogorzelisko. Odwrócił się do osoby, która do niego przemówiła.

– Teressa. Czemu się temu spotkaniu nie dziwię? – ręce mu drżały.
– Daleko zaszedłeś po te zioła, kapłanie. – powiedziała z przekąsem czarodziejka. – przy okazji, widziałam twojego konia. Spokojnie, nic nie wzięłam. Poprawiłam tylko wiązania, jeszcze chwila i by ci uciekł. Siły to ty nie masz. Wy kapłani…
– Czego tu szukasz? – przerwał jej w pół zdania.
– Tego samego, co ty, kapłanie. – odparła. – artefaktu, który rzekomo został w starym kościele, niedaleko stąd. Pewnie nieźle go przysypało. – dokończyła.
– Nic o tym nie wiem.
– Boś niedoinformowany. Mówiłam już, co myślę o kapłanach. Chalmers potrzebował go, jako silne źródło energii. Próbował go przenieść z jednego miejsca na drugie, niestety to się nie udało i mamy teraz te ruiny. Może ten stary mag opracował pierwsze zaklęcia, ale najwyraźniej nie ma już tyle siły co kiedyś.
– Ale zrównać miasto z ziemią zrównał. – zauważył Vladik.
– To tylko wypadek przy pracy. Chyba rozumiesz. – powiedziała Teressa.
– I ty pewnie poszukujesz tego artefaktu. Zapewne się nie dowiem, po co i dlaczego.
– Otóż to. – czarodziejka uśmiechnęła się przeciągle – Ale możesz mi pomóc, jeśli chcesz. Warto go zbadać.
– Chodźmy zatem. – rzekł kapłan.

Obaj ruszyli w stronę kościoła, którego wieżę z wielkim dzwonem było widać już z rynku. O dziwo w nienaruszonym stanie. Vladik dalej miał przed oczami poprzednie zajście, nie wiedział, czy to halucynacje, czy rzeczywiście to się wydarzyło. Wyczuł tylko silne pokłady energii, które pulsowały co kilka sekund. Z resztą, Teressa też je pewnie wyczuła. Rozglądała się co rusz nerwowo.

Dotarli na miejsce. Dach był w dobrym stanie, weszli więc powoli do środka. Tam już było mniej ciekawie. Drewniany strop, wszystkie krzesła, ławki oraz ołtarz były porozrzucane. W zachodniej ścianie powstała ogromna wyrwa, która wpuszczała teraz światło do środka.

– No, to gdzie ten twój artefakt? – spytał Vladik.
– Cicho, kapłanie. – odparła czarodziejka.

Coś w nią wstąpiło, zaczęła się energicznie rozglądać, jakby czegoś szukała. W końcu znalazła miejsce, gdzie wcześniej leżał ołtarz. Odgarnęła kupę kamieni i jej oczom ukazał się czerwony dywan, cały pokryty piaskiem i kurzem. Jednym, zamaszystym ruchem ściągnęła go i ich oczom ukazała się drewniana klapa, zamykająca wejście.

– No, no, no, dwie pieczenie na jednym ogniu. – odezwał się nieznajomy głos.

Kapłan i czarodziejka poderwali się, ukazał im się mężczyzna dużej postury. Ubrany skromnie, w proste, skórzane buty, lniane spodnie z opaskami wokół łydek, kolan i bioder. Do tego skórzana kurtka z przypiętymi nożami i miecz w pochwie u boku.

– Gdy wysłano mnie, abym zbadał ten teren, nie sądziłem, że na kogoś trafię. Najwyraźniej, szczęście mi dopisuję. – mężczyzna zbliżył się nieznacznie.

– Ktoś ty? – powiedziała czarodziejka.

Lecz nic więcej nie usłyszała, ani Vladik. Ktoś zaszedł ich od tyłu i najwyraźniej ogłuszył, bo jedyne co zobaczyli, to ciemność przed oczami. Mężczyzna, kościół i całe pogorzelisko zniknęło w mgnieniu oka.
Reklama AdSense
#2
Błędów ortograficznych i interpunkcyjnych nie będę wytykać są tutaj dużo lepsi ode mnie w tej dziedzinie. Odniosę się do treści i fabuły. Nie miałem problemów, by przebrnąć przez tekst, co idzie na plus. Zauważyłem tylko, że starasz się wszystko bardzo dokładnie opisać, co szczególnie widać przy opisie drzew. Cóż, jak dla mnie taki zabieg nie jest specjalnie konieczny, swoisty zapychacz tekstu, mało to interesujące (kilka razy czytając opisy w tym tekście miałem jeszcze takie wrażenie). O bohaterach mało mam do powiedzenia. Nie specjalnie udało mi się poznać głównego bohatera, wczuć się w jego sytuację czy coś, no ale to początek więc zakładam, że będzie to postać bardziej "krwista". Fabuła też wydaje mi się na razie taka niezbyt porywająca i mam swoje przeczucia w jaką pójdzie stronę, tak samo relacje między bohaterami, które też dają mi wyobrażenie, w którą stronę pójdą. Ode mnie byłoby tyle. Nie jest źle, rzekłbym, że nawet dobrze, tylko musisz nad pewnymi aspektami w kreacji świata i bohaterów trochę więcej podłubać.
Heroizm nie jest w samych bitwach, ale we wszystkich polach życia i nieustannie. Owszem, bitwy dlatego tylko bywają, iż heroizm nie bywa pierwej na polach życia praktykowany.

Cyprian Kamil Norwid

#3
Dzięki, wezmę sobie to do serca ;)
#4
(22-08-2014, 00:18)Yerzay napisał(a):
Wstęp

Słońce zalewało żarem wszystko w obrębie doliny (przecinek) nad którą wisiało.

Niebo momentalnie pokryło się jaskrawo-zieloną (jaskrawozieloną) barwą.

Rozdział I

Ciszę przerwał głos, (zbędny przecinek) dobiegający z prowizorycznych, drewnianych i mocno popękanych drzwi, które otwarły się z przenikliwym jazgotem.

– Widzę, że nadal masz tę figurkę. (zbędna kropka) – wyrwał Vladika z zamyślenia.

– Witaj, ojcze Penn. Nie mogłem się jej pozbyć, przepraszam. – kapłan (dużą literą) wstał z klęcznika i skierował się w stronę Penna.

To byłby nie tylko twój koniec, ale i mój. Rozumiesz? – spojrzał (dużą literą) na niego wymownie.

– Tak jest, ojcze. – Vladik lekko spuścił głowę w pokornym geście. – ale (dużą literą) chyba nie przyszedłeś do mnie w sprawie figurki? – dodał po chwili.

– Przychodzę z czymś gorszym. – Penn zamyślił się chwilę (kropka) – Nie dalej jak tydzień temu, (zbędny przecinek) przyjechał nasz kupiec, którego wysłaliśmy do Caen. Sęk w tym, że nie zastał miasta, tylko jakieś pogorzelisko. Większość ruin jest dodatkowo przysypana przez kamienie. (zbędna kropka) – skończył.

– Co tam się mogło stać? – w (W) oczach młodego kapłana błysnęła ciekawość.

Pojedziesz to zbadać. (zbędna kropka) – powiedział Penn.

Liczę na ciebie. – o(O)jciec poklepał go po ramieniu i odszedł, zostawiając za sobą otwarte drzwi.

Budynek opactwa leżał wysoko w górach, które były gęsto porośniętymi (porośnięte gęstymi) lasami. Przy takim ukształtowaniu terenu, (zbędny przecinek) ciężko dostarczać nowe wierzchowce.

Drzewa rosły bardzo wysoko, mimo to, (zbędny przecinek) nie dawały upragnionego cienia.

Pnie natomiast, (zbędny przecinek) z daleka przypominały skały o szarym zabarwieniu.

Drewno było dostarczane za pomocą (przez) specjalnych kupców, którzy się tym zajmowali. Z resztą (Zresztą), nikt nie wiedział, czy owe drzewa w ogóle nadają się do ścięcia, a przynajmniej, (zbędny przecinek) nikt jak dotąd nie próbował tego robić. Po jakimś czasie owy (ów) trakt się skończył i Vladik zmuszony był przedzierać się przez las, który z każdą sekundą wydawał mu się coraz bardziej ponury.

Kapłan dotarł do ostatniego już zbocza, (raczej kropka) po zejściu, (zbędny przecinek) jego oczom ukazały się gęsto rozsiane, choć mało głębokie kotliny. Nie było tu gościńca, co mogło by (mogłoby) wskazywać, że w pobliżu nie ma żadnych wiosek. Las także się skończył. Jak okiem sięgnąć, (zbędny przecinek) po polach uprawnych nie było ani śladu. Zamiast nich, (zbędny przecinek) gdzieniegdzie dało się zauważyć rzadkie odmiany polnych kwiatów. Chociaż i tak większość terenu pokrywały chwasty i różne dzikie trawy sięgające aż do kolan.

Natomiast te pod wpływem temperatury, (zbędny przecinek) lubiły się rozdrabniać na małe kawałeczki.

Noc była ciepła, także zwykła tunika wystarczała, a dzięki grubemu habitowi, (zbędny przecinek) mógł sobie zapewnić miękkie posłanie.

Nagle kapłan poderwał się na nogi i lekko skulony zaczął przysłuchiwać się rozmowie, która dobiegła jego uszu.
(zbędna interlinia)
– Psia mać, gdzie ta suka uciekła. Ani śladu. (zbędna kropka) – powiedział tajemniczy głos.
– A czego się spodziewałeś po czarodziejce? – odezwał się kolejny.
(zbędna interlinia)
Zdecydowanie było ich więcej. Zewsząd dobiegał dźwięk łamanego chrustu, można było naliczyć co najmniej pięć osób. Mimo to, (zbędny przecinek) nie było ich widać. Vladika skutecznie przysłaniały zbocza kotliny, a było ich tutaj wiele.
(zbędna interlinia)
Kapłan obrócił się na pięcie i ujrzał młodą kobietę, pewnie niewiele starszą od niego. Przystawiała teraz palec do ust, usiłując przekazać Vladikowi (przecinek) żeby był cicho. Patrzyli na siebie przez chwilę. Ciszę przerwał basowy głos, (zbędny przecinek) wydobywający się całą mocą z gardła jednego z tajemniczych ludzi.
(zbędna interlinia)
– Tutaj! Mam ją! – zawołał do towarzyszy, wyjmując w tym samym czasie prosty łuk.
(zbędna interlinia)
Broń, który (którą) trzymał teraz nieznajomy, nie była najlepszej jakości.

Łucznik wydał z siebie przeraźliwy okrzyk, rzucając się na wszystkie strony, wrzeszcząc i machając rękami.
(zbędna interlinia)
– No, teraz to na pewno tu przyjdą. Dobra jesteś w informowaniu wroga. (zbędna kropka) – rzucił Vladik.
(zbędna interlinia)
Jednak na pogawędki już czasu nie było.

Otoczenie rozbłysło białym światłem, odrzucając przeciwników na ponad (zbędne) parę metrów, uderzając nimi o zbocza. Jeden z nich, najwyraźniej dowódca, (zbędny przecinek) ubrany w długą kolczugę i pokrywającą ją kamizelkę, zamachnął się mieczem w (na) kobietę.

Już szykował się do kolejnego cięcia, unosząc ostrze nad jej głowa (głową).

Ku zdziwieniu pozostałych, (zbędny przecinek) ostrze stopiło się w jej (To kto trzymał w końcu ten miecz? A może ona złapała ostrze miecza w locie?) rękach i rozpadło na części.

Reszta przeciwników uciekła w popłochu.
(zbędna interlinia)
– Przepraszam, że cię w to wciągnęłam. Myślałam, że nikogo tu nie zastanę. (zbędna kropka) – powiedziała.
– W końcu uciekasz przed kimś. Też bym tak podążał na twoim miejscu. – u(U)śmiechnął się Vladik.

– Ja jestem Vladik. Zrzeszony kapłan. – c©hwilę milczeli (kropka)w(W)iesz (przecinek) co to byli za ludzie? – spytał.

Zaczęły się ogromne represje. – c©hrząknęła (kropka)z(Z)aczęli nas wyrzynać po kolei, jak przystało.

Niby taka zbieranina, ale zbierają (ta gra słów źle brzmi) swoje żniwo. (zbędna kropka) – dokończyła.

Tym bardziej, że nie wiem (przecinek) co tutaj robisz.

– Wy (przecinek) kapłani, żyjecie w tych swoich klasztorach, nie mając pojęcia (przecinek) co się na świecie dzieje. Zbieraj te swoje zioła dalej, mi życie miłe, więc wyruszam w dalszą podróż. Żegnaj, kapłanie. – o(O)deszła szybkim krokiem.
(zbędna interlinia)
Nie miał już więcej pytań, dowiedział się wystarczająco dużo.

W końcu dotarł na miejsce, z lasu, (zbędny przecinek) wyjechał na małe wzniesienie. Przed nim rozlegała się (rozciągała się) ogromna dolina, a po środku ruiny miasta Caen.

Miasto wyglądało, jakby przeszło tędy kilka armii, a mimo to, (zbędny przecinek) zachowało swój kształt. Taki widok przyprawiał o dreszcze.
(zbędna interlinia)
Zbocze było zbyt strome, aby zjechać po nim koniem.

Wokół tylko spalone, zawalone domy, zniszczone drogi i co najważniejsze, (zbędny przecinek) ani jednej żywej duszy.

Wszędzie poustawiane były porzucone stragany, puste zaprzęgi, pozostawione skrzynie.
(zbędna interlinia)
– Tu jestem. (zbędna kropka) – rozległ się jakiś szept.
(zbędna interlinia)
Vladik nerwowo się rozejrzał. Nikogo nie było widać. Nagle, (zbędny przecinek) jego uszu dobiegł śmiech dziecka.

Nagle na niebie pojawiła się zielono-jaskrawa (jaskrawozielona) poświata.
(zbędna interlinia)
– Cholera jasna! Co tu robisz, psia mać, kapłanie? – spytał czyiś głos.
(zbędna interlinia)
Nagle wszystko wróciło do normalności.

– Teressa. Czemu się temu spotkaniu nie dziwię? – r®ęce mu drżały.
– Daleko zaszedłeś po te zioła, kapłanie. (zbędna kropka) – powiedziała z przekąsem czarodziejka. – p(P)rzy okazji, widziałam twojego konia.

– Tego samego, co ty, kapłanie. (zbędna kropka) – odparła. – a(A)rtefaktu, który rzekomo został w starym kościele, niedaleko stąd. Pewnie nieźle go przysypało. (zbędna kropka) – dokończyła.

– Ale zrównać miasto z ziemią zrównał. (zbędna kropka) – zauważył Vladik.
– To tylko wypadek przy pracy. Chyba rozumiesz. (zbędna kropka) – powiedziała Teressa.
– I ty pewnie poszukujesz tego artefaktu. Zapewne się nie dowiem, (zbędny przecinek) po co i dlaczego.
– Otóż to. – c©zarodziejka uśmiechnęła się przeciągle (kropka) – Ale możesz mi pomóc, jeśli chcesz. Warto go zbadać.
– Chodźmy zatem. (zbędna kropka) – rzekł kapłan.
(zbędna interlinia)
Obaj (Oboje) ruszyli w stronę kościoła, którego wieżę z wielkim dzwonem było widać już z rynku. O dziwo w nienaruszonym stanie (ale co? wieża, dzwon czy rynek?).

W zachodniej ścianie powstała ogromna wyrwa, która wpuszczała teraz światło do środka.
(zbędna interlinia)
– No, to gdzie ten twój artefakt? – spytał Vladik.
– Cicho, kapłanie. (zbędna kropka) – odparła czarodziejka.
(zbędna interlinia)
Coś w nią wstąpiło, zaczęła się energicznie rozglądać, jakby czegoś szukała.

Jednym, zamaszystym ruchem ściągnęła go i ich oczom ukazała się drewniana klapa, (zbędny przecinek) zamykająca wejście.
(zbędna interlinia)
– No, no, no, (raczej kropka i dalej dużą literą) dwie pieczenie na jednym ogniu. (zbędna kropka) – odezwał się nieznajomy głos.
(zbędna interlinia)
Kapłan i czarodziejka poderwali się, ukazał im się mężczyzna dużej postury. Ubrany skromnie, (zbędny przecinek) w proste, skórzane buty, lniane spodnie z opaskami wokół łydek, kolan i bioder.

Najwyraźniej, (zbędny przecinek) szczęście mi dopisuję. – m(M)ężczyzna zbliżył się nieznacznie.
(zbędna interlinia)
– Ktoś ty? – powiedziała czarodziejka.
(zbędna interlinia)
Lecz nic więcej nie usłyszała, (zbędny przecinek) ani Vladik. Ktoś zaszedł ich od tyłu i najwyraźniej ogłuszył, bo jedyne (przecinek) co zobaczyli, to ciemność przed oczami.

Główny problem to zapis dialogów. Polecam nasz forumowy poradnik:
http://podziemieopowiadan.pl/forum/threa...logow.html
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »
Wątek zamknięty 


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Fantasy Kapłan Yerzay 9 1,808 03-09-2014, 14:37
Ostatni post: Yerzay

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości