Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Kryminał Leonard Torosiewicz
#1
Zastanawiałem się, jak zwykle, w którym z działów powinno zagościć to opowiadanie (a raczej jego pierwsza, mała część, zobaczymy co z tego wyjdzie). Kiedy jednak zobaczyłem, że tutaj nie ma ani jednego aktualnego tematu... Czas przetrzeć stare, zapuszczone szlaki.
Pierwszy raz piszę z perspektywy pierwszej osoby, więc szczególnie ciekawi mnie Wasze zdanie na ten temat :). Może eksperyment się powiedzie.



Leonard Torosiewicz

Był wieczór. Jeden z tych zimnych, listopadowych wieczorów, kiedy człowiek zaczyna zastanawiać się, czy nie lepiej byłoby rzucić wszystko w cholerę, wrócić do domu i zaszyć pod kocem z kubkiem gorącej herbaty oraz kolejnym sezonem któregoś z sitcomów. Niestety, moje ciepłe mieszkanko było po drugiej stronie Wisły, ja zaś stałem w mrocznym Parku Krakowskim, moknąc coraz bardziej od nieustającej mżawki.
Dalej zastanawiałem się, co mnie podkusiło, aby wziąć fuchę reportera od spraw kryminalnych. Siedząc tydzień temu przed biurkiem redaktora naczelnego, inaczej sobie to wyobrażałem. Dreszczyk przygody, zawikłane tajemnice, a przede wszystkim nośny temat, gdyż, co jak co, ale cudze nieszczęście ciekawiło ludzi od dawna i nic nie zapowiadało, aby ten stan rzeczy miał się zmienić. Wyższa pensja oczywiście również była kusząca. Przede wszystkim jednak pociągała mnie możliwość tworzenia czegoś własnego od podstaw, co diametralnie różniło się od dotychczasowego mechanicznego przetwarzania i koloryzowania newsów z PAP'u.
Nie dziw więc, że z entuzjazmem zgodziłem się na propozycję naczelnego, nie pytając nawet, dlaczego stanowisko to się zwolniło. Nie pamiętałem nawet nazwiska swojego poprzednika, wszyscy mówili do niego po prostu Janek. Pewnego dnia zwyczajnie okazało się, że nie pracuje on już w naszej gazecie. Był raczej samotnikiem i mimo że wszyscy w miarę go lubili, nikt nie postanowił drążyć tematu jego odejścia.
Teraz jednak, stojąc nad odgrodzonymi policyjną taśmą zwłokami młodej kobiety, nie dziwiłem się decyzji Janka o rzuceniu pracy. Było mi zimno, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Jakoś wcześniej nie pomyślałem, że w tej robocie będę z bliska widywał martwe ciała. Nieuchronność tego faktu dopiero teraz spadła na mnie z impetem, powodując lekki ból głowy i dokuczliwy ucisk gdzieś głęboko w brzuchu.
Złapałem się na tym, że zamiast działać, wlepiałem tylko oczy w otaczający mnie park, próbując odwlec to, co i tak musiałem zrobić. Jeszcze raz przebiegłem spojrzeniem po drzewach, które cicho szeleściły na wietrze, i twarzach kilku gapiów zebranych wokół taśmy. Na większości z nich spostrzegłem mieszankę podniecenia i strachu. Zapewne było to jedno z ciekawszych wydarzeń dziejących się tu w minionych tygodniach. W końcu martwa dziewczyna biła raczej na głowę targi śniadaniowe czy też grupę neo-hipisów zakłócających parkową ciszę piosenkami o pokoju i braterstwie wszystkich ludzi.
Jedna z osób stojących przy taśmie diametralnie różniła się jednak od pozostałych. Był to średniego wzrostu mężczyzna z burzą ciemnych włosów wciśniętych pod szary kaszkiet. Na jego szczupłym i mocno osobliwym obliczu malował się wyraz skupienia i zaciętości.
Zapewne inny dziennikarz – pomyślałem, po czym stwierdziłem, że należy nareszcie się przemóc i bliżej przyjrzeć zmarłej.
Wyglądała młodo. Zapewne studentka, o czym świadczyły dwa duże zeszyty, które wysunęły się z kolorowej torby. Musiała wracać z wykładów, gdy została zaatakowana. Była ubrana bardzo starannie i stylowo, obraz psuła jednak rozmazana, zapewne od deszczu, czerwona szminka.
Brawo, Grzegorzu Holmesie – pogratulowałem sobie kąśliwie w myślach. Rzeczywiście nadajesz się do tej roboty.
Podszedłem trochę bliżej, wyjmując z głębokiej kieszeni mojego płaszcza notatnik i długopis. Wiedziałem, że trochę to już przestarzałe i wygodniej byłoby skorzystać ze smartfona, jednak lubiłem po prostu pisać na papierze. Łatwiej przychodziło mi wtedy porządkowanie własnych myśli.
– Dobry wieczór – powiedziałem cicho do stojącego najbliżej policjanta. – Czy wiadomo cokolwiek o tym, co się tutaj stało?
Nie miałem najmniejszego pojęcia, jaką minę i pozę powinienem przyjąć, więc z braku lepszych pomysłów postarałem się wyglądać na smutnego i zatroskanego. Jednak policjant, tęgi pięćdziesięciolatek z krzaczastymi, siwymi brwiami, zbadał mnie zmęczonym spojrzeniem i, sądząc po jego minie, szybko zaklasyfikował jako dziennikarza. No tak, notatnik i długopis mogły mnie nieco zdradzać.
– Nie – odpowiedział. – Niech pan poczeka na to, co powie lekarz. A może nawet lepiej – niech się pan prześpi i poczeka na jutrzejsze oświadczenie naszego rzecznika.
No tak, mogłem się tego spodziewać. Siwobrewy, jak nazwałem go w myślach, musiał mieć co najmniej dwudziestoletnie doświadczenie w spławianiu dziennikarzy. Ja zaś byłem jedynie nieopierzonym żółtodziobem.
Zastanawiałem się, co powinienem dalej czynić, gdy zauważyłem, że brunet w kaszkiecie odwraca się na pięcie i energicznym krokiem zaczyna oddalać w kierunku Placu Inwalidów. Zaciekawiło mnie to, gdyż wcześniej wydał mi się on mocno przejęty zaistniałą sytuacją. Okrążyłem policyjną taśmę i ruszyłem za nim dość szybkim korkiem, doganiając go po kilku chwilach. Przez moment zastanawiałem się, jak zacząć rozmowę.
– Przepraszam – powiedziałem, a on zatrzymał się i odwrócił. Ukazała mi się całkiem przyjazna twarz, na której teraz gościło jednak coś w rodzaju ironicznego uśmiechu.
– Dobry wieczór – kontynuowałem. – Nazywam się Grzegorz Kazimierczyk, jestem reporterem Dziennika Kraków. Zauważyłem, że od dłuższego czasu przypatrywał się pan tej zmarłej kobiecie. Czy nie ma pan może jakiś informacji o tym, co tu zaszło? Z tego, co zauważyłem, na jej ciele nie widać było żadnej rany.
Mówiąc to, czułem dziwny dyskomfort. Wydawało mi się, że brzmię okropnie śmiesznie, zadając takie pytania. Może jednak robota reportera nie była dla mnie?
Brunet w odpowiedzi pokręcił głową i wzruszył ramionami. Czy tylko mi się wydawało, czy w geście tym dostrzegłem politowanie? Zauważyłem, że w jego postawie i mimice coś mi nie pasuje. Dziwne uczucie, związane zapewne z osobliwością tego człowieka, przeszyło mnie do szpiku kości.
– Szminka, drogi panie – odrzekł. – Wystarczyło popatrzeć na szminkę.
– Była rozmazana – odpowiedziałem powoli. – I co z tego? Od trzech godzin pada.
– Drogi Grzegorzu. – Zdziwiło mnie, że tak szybko przeszedł ze mną na "ty". – Takie szminki nie rozmazują się od byle mżawki. Ona zaś nie wyglądała na kobietę, która pozwoliłaby sobie na jakiekolwiek niedoskonałości w makijażu. Dodajmy do tego siną twarz, obrzmiałe gardło i samo umiejscowienie ciała – z boku parku, wśród krzewów, koło ustronnej ławki. Czy to już nie oczywiste?
Zmarszczyłem brwi i zacząłem usilnie myśleć. Nie chciałem wyjść na kretyna, szczególnie, jeśli ktoś próbował podać mi rozwiązanie na tacy.
– Została uduszona? – spróbowałem, gdyż była to jedyna rzecz, która przyszła mi do głowy. Nijak nie mogłem jej jednak połączyć z rozmazaną szminką.
– Bardzo dobrze, ale nie wystarczająco – odpowiedział tonem profesora, który poucza swojego studenta. – Nasza ofiara została niezaprzeczalnie zacałowana na śmierć!
Dopiero teraz uzmysłowiłem sobie, że chyba wiem, co podpowiadało mi poprzednie przeczucie. Całkiem prawdopodobne było to, że stoję naprzeciwko człowieka niespełna rozumu.
– Tak na marginesie, jestem Leonard Torosiewicz – oznajmił z szerokim uśmiechem i wyciągnął do mnie rękę.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Podobało mi się. Uwielbiam kryminały, a ten fragment do mnie przemawia. Czekam na następne fragmenty.
"Trudno. Nie jestem już wiedźminem. Przestałem być wiedźminem. Na Thanedd, w Wieży Mewy. W Brokilonie. Na moście nad Jarugą. W jaskini pod Gorgoną. I tutaj, w lesie Myrkvid. Nie, ja już nie jestem wiedźminem. Będę się więc musiał nauczyć obywać bez wiedźmińskiego medalionu." – Wiedźmin, "Wieża Jaskółki", chyba najbardziej wzruszający moment w całej sadze, no, oprócz odejścia Ciri w "Pani Jeziora" :)
Odpowiedz
#3
Haroshi, dzięki za przeczytanie i komentarz. Trzeba przyznać, że masz tempo :). Co do następnych fragmentów – też na nie czekam :P. Może się wspólnie doczekamy, jak do głowy przyjdzie mi kilka nowych pomysłów, gdyż, posłużę się malowniczą metaforą – szczyt góry widzę, ale drogi do niego póki co ni ma.
Odpowiedz
#4
(21-08-2014, 22:59)Kenjik napisał(a):
Leonard Torosiewicz

Był wieczór. Jeden z tych zimnych, listopadowych wieczorów, kiedy człowiek zaczyna zastanawiać się, czy nie lepiej byłoby rzucić wszystko w cholerę, wrócić do domu i zaszyć pod kocem z kubkiem gorącej herbaty i kolejnym sezonem któregoś z sitcomów.

Dreszczyk przygody, zawikłane tajemnice, a przede wszystkim nośny(nie czasem: znośny?) temat, gdyż, co jak co, ale cudze nieszczęście ludzi ciekawiło od dawna i nic nie zapowiadało, aby ten stan rzeczy miał się zmienić.

Teraz jednak, stojąc za odgrodzonymi policyjną taśmą zwłokami młodej kobiety, nie dziwiłem się, że Janek rzucił tę pracę. Było mi zimno, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Jakoś wcześniej nie pomyślałem, że w tej robocie będę z bliska widywał martwe ciała.

Fajnie to wprowadza w klimat. Co do narracji, jest poprawa. Wychodzi ciekawy charakter (jak na bohatera opowiadania). Ciekawy jestem czy uda Ci się ją zachować taki stan rzeczy w kolejnych fragmentach. :)
Once bitten, twice shy.

Moje opowiadania:
Odcienie
Dream
Opowieści menelskie
Odpowiedz
#5
Dzięki za komentarz :).
Co do wieczorów – powtórzenie było umyślne, ale jak teraz to napisałeś, to zdałem sobie sprawę z tego, że rzeczywiście nie wygląda to najlepiej. Zastanowię się co z tym zrobić.
Nośne tematy to innymi słowami tematy poczytne, ciekawe, łatwe do wykorzystania. Tak mi się przynajmniej wydaje, wujaszek google też tak podpowiada :).
"Że" już poprawione.

A o charakterze którego bohatera mówisz, tak z ciekawości? :P Tytułowego, czy tego, z którego perspektywy prowadzona jest narracja?
Odpowiedz
#6
Ja bym usunął po prostu ten jeden wieczór ;) I zaczął "Był jeden z tych zimnych..."
Ten z którego perspektywy prowadzona jest narracja :)
Once bitten, twice shy.

Moje opowiadania:
Odcienie
Dream
Opowieści menelskie
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Kenjik, kiedy ktoś cos wstawia, zaraz jestem na forum. A tak serio, szybko się cos czyta, gdy jest ładnie napisane :)
"Trudno. Nie jestem już wiedźminem. Przestałem być wiedźminem. Na Thanedd, w Wieży Mewy. W Brokilonie. Na moście nad Jarugą. W jaskini pod Gorgoną. I tutaj, w lesie Myrkvid. Nie, ja już nie jestem wiedźminem. Będę się więc musiał nauczyć obywać bez wiedźmińskiego medalionu." – Wiedźmin, "Wieża Jaskółki", chyba najbardziej wzruszający moment w całej sadze, no, oprócz odejścia Ciri w "Pani Jeziora" :)
Odpowiedz
#8
Cytat: Jeden z tych zimnych, listopadowych wieczorów, kiedy człowiek zaczyna zastanawiać się (myśleć, dumać – będzie płynniej), czy nie lepiej byłoby rzucić wszystko w cholerę, wrócić do domu i (tu jeszcze możesz dać przecinek zamiast "i") zaszyć pod kocem z kubkiem gorącej herbaty i kolejnym sezonem któregoś z sitcomów.

Siedząc tydzień temu przed biurkiem redaktora naczelnego (przecinek) inaczej sobie to wyobrażałem.

Dreszczyk przygody, zawikłane tajemnice, a przede wszystkim nośny temat, gdyż, co jak co, ale cudze nieszczęście ludzi ciekawiło (szyk – ciekawiło ludzi) od dawna i nic nie zapowiadało, aby ten stan rzeczy miał się zmienić.

Nie pamiętałem nawet nazwiska swojego poprzednika, wszyscy mówili do niego po prostu Janek. Pewnego dnia po prostu (zbędne) okazało się, że nie pracuje on (on nie pracuje) już w naszej gazecie.

Był raczej samotnikiem i mimo to, (zbędne) że wszyscy w miarę go lubili, nikt nie postanowił drążyć tematu jego odejścia.

Teraz jednak, stojąc za (nad – chyba lepiej) odgrodzonymi policyjną taśmą zwłokami młodej kobiety, nie dziwiłem się decyzji Janka o rzuceniu pracy.

Nieuniknioność (Nieuchronność) tego faktu dopiero teraz spadła na mnie z impetem (mnie dopadła), powodując lekki ból głowy i dokuczliwy ucisk gdzieś głęboko w brzuchu.

Złapałem się na tym, że, zamiast działać, (to wtrącenie jest zbędne) zacząłem rozglądać się dookoła, próbując odwlec to, co musiałem zrobić. (Złapałem się na tym, że krążyłem wokół bez celu, próbując odwlec to, co musiałem zrobić. – tak zbudowane zdanie pozwala uniknąć powtórzeń "się")

Przebiegłem jeszcze raz
(Kolejny raz przebiegłem) spojrzeniem po cicho szeleszczących drzewach i twarzach kilku gapiów, (zbędny przecinek) zebranych wokół taśmy.

Na większości z nich dostrzec można było (szyk – można było dostrzec) mieszankę podniecenia i strachu. Zapewne było to jedno z ciekawszych wydarzeń (Zapewne to jedno z ciekawszych...) dziejących się tu w minionych tygodniach. W końcu martwa dziewczyna przebija (martwa dziewczyna niczego już nie przebije – jeśli chciałeś w ten sposób, to trzeba było napisać "W końcu zabójstwo biło na głowę targi...") raczej targi śniadaniowe, czy też grupę neo-hipisów zakłócających parkową ciszę piosenkami o pokoju i braterstwie wszystkich ludzi.

Jedna z osób przyglądających się ofierze diametralnie jednak (zbędne) różniła się od pozostałych.

Brawo, Grzegorzu Holmes(jeśli nie jest to jego nazwisko, to spolszczyłabym i odmieniła jak imię – Grzegorzu Holmsie) – pogratulowałem sobie kąśliwie w myślach. Rzeczywiście nadajesz się do tej roboty. (te zdania są myślami, należałoby wziąć je w cudzysłów)

Zaciekawiło mnie to, gdyż wydał mi się on wcześniej (szyk – gdyż wcześniej wydał mi się bardzo zainteresowany zaistniałą sytuacją) mocno wciągnięty (nie za dobrze to brzmi) w zaistniałą sytuację.

Z tego (przecinek) co zauważyłem, na jej ciele nie widać było żadnej rany.

Czy tylko mi się wydawało, czy w geście tym (w tym geście) dostrzegłem politowanie?

Ona zaś nie wyglądała na kobietę, która pozwoliła by (pozwoliłaby) sobie na jakiekolwiek niedoskonałości w makijażu.

Całkiem prawdopodobne było to, że stoję naprzeciwko człowieka niespełna zmysłów (rozumu).

Zaczyna się ciekawie, kontynuuj :). W kilku miejscach zauważyłam problem z szykiem. Usłyszałam gdzieś taką radę: Po napisaniu tekstu czytaj go sobie na głos. Miejsca, w których musisz się zatrzymać albo zwolnić należy poprawić, gdyż najczęściej szwankuje szyk. Faktycznie to działa.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#9
Dzięki wielkie Nawka, za jak zwykle wyczerpujące uwagi :).
Poprawiłem praktycznie wszystko, co wypisałaś, jednak trochę inaczej niż sugerowałaś. Pozbyłem się w każdym razie tych powtórzeń i niepoprawnego szyku.

Nie zgadzam się tylko z dwiema sprawami:

-szyk przestawny w rodzaju "nie pracuje on" stosuję celowo, żeby w owym zdaniu pewną rzecz podkreślić. Na przyszłość będę się starał, żeby rzeczywiście brzmiało to bardziej naturalnie.

(22-08-2014, 23:42)Nawka napisał(a): W końcu martwa dziewczyna przebija (martwa dziewczyna niczego już nie przebije – jeśli chciałeś w ten sposób, to trzeba było napisać "W końcu zabójstwo biło na głowę targi...") raczej targi śniadaniowe, czy też grupę neo-hipisów zakłócających parkową ciszę piosenkami o pokoju i braterstwie wszystkich ludzi. [/color]
-to metonimia, też użyta celowo. Jakoś mi pasuje do pierwszej perspektywy.


A, i jeszcze jedna rzecz – wziąłem do ręki trzy najbliższe książki, w tym jedną pisaną z pierwszej perspektywy, i w żadnej z nich myśli nie były brane w cudzysłów, albo pisane kursywą. Wydaje mi się, że jest to tendencja spotykana raczej na blogowych opowiastkach i PBF, niż w opowiadaniach czy powieściach :).
Odpowiedz
#10
Fajne, lekkie, wciągające. Czekam na więcej :)
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości