Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Horror Erdemont
#51
Cześć,

Czwarty rozdział to jednocześnie koniec historii Petersonów. Krótkiej i miejscami płytkiej fabuły. Zdaję sobie sprawę z tego, że zakończenie może być w niewłaściwym miejscu. Za szybko, źle. Jednak uświadomiłem sobie to, że w tym, a nie w innym momencie powinienem skończyć to opowiadanie. Sam nie spodziewałem się takiego obrotu spraw, który na pewno jest nieoczekiwany. Do zobaczenia w następnym opowiadaniu, którego pierwszy rozdział ukaże się prawdopodobnie pod koniec października, gdyż fabuła sama się nie napiszę!

Miłej lektury,
Haroshi

Rozdział IV

Dom na rozstaju w małej miejscowości był przeklęty. Nie było co do tego żadnych wątpliwości. Były ku temu dwa poważne powody.
Do odkrycia tego pierwszego trzeba było się trochę wysilić. Odszukać Panią Maers, poznać plugawą bestię o imieniu Shizomi i dowieść prawdy, która jeszcze nie została odkryta. Najpewniej nigdy nie zostanie, bo piekło ma swoje zasady i swoich podwładnych. A pogłoski na temat tego, że to Szatan jest panem tego miejsca, to zwykła bujda. Po prostu, piekło żyje i funkcjonuje samo, tylko po co ma się nadwyrężać?
Po drugie, wystarczyło popatrzeć. Drewniany budynek, który z pozoru wydaje się zwyczajny i nie odróżniający się niczym od pozostałego miliarda domostw na kuli ziemskiej wytwarza coś, co jest ostrzeżeniem. Coś, co jednocześnie chce, aby ktoś w nim zamieszkał, a coś odradza. Tylko, że to drugie coś, sprawia wrażenie dobrego, uprzejmego i życzliwego dla ludzi, bo nikt nie chciałby zamieszkać w domu z czymś, co ewidentnie emanuje złą mocą. Dziwne jest jeszcze to, że wystarczy spojrzenie, a ktoś się zakochuje lub wyraża obrzydzenie w stosunku do drewnianej budowli z niezadbanym ogrodem, który po odpowiedniej pielęgnacji byłby piękny.
Rodzina Petersonów właśnie podjeżdżała pod dom w Erdemont. Wszyscy byli przestraszeni, lecz jedna osoba z innego powodu. Herold miał coś do ukrycia i na pewno nie chciał, aby to się wydało. Nie mógł na to pozwolić. Miał nadzieję, że moc, która była w tym domu przed dwustu laty cały czas w nim jest. Tylko, czy aby wystarczająco potężna? Miał nadzieję, że tak, bo inaczej zostałby uwięziony w piwnicy, gdzie niby odprawiane były dziwne rytuały.
Lusy natomiast czuła podniecenie i strach. Strach, który powodował ugięcie się nóg. Widać było, że to nie byle jaki strach. Z jakichś powodów kobieta chciała pojechać i skończyć tę historię. Już nie dla pieniędzy, tylko dla świętego spokoju. Wierzyła, że jeśli wejdą, a może nawet zamieszkają w tym miejscu, uda im się odpędzić zło. Piekielny chaos i cierpienie, które ogarnęło ludzi tu mieszkających. Nie podejrzewała nic. Absolutnie nic.
Shivell miał w sobie odwagę. Czuł adrenalinę. Wiedział, że przeznaczone mu jest wejść i zaprzyjaźnić się z Shizomim. Może i nawet porzuci rodzinę dla pomiotu piekieł. Może i zostawi mu najbliższych i zostanie przygarnięty przez ludzi, którym był przeznaczony. Jednak jedno było pewne. To, co się stanie, drugi raz się nie wydarzy. Zamknięcie i koniec historii tak ważnej dla społeczeństwa. Tak znaczącej, że początku i jej końca nie zapomni nikt.
Usłyszeli śmiech. Szyderczy śmiech, który dobrze odzwierciedlał uczucia Piekła do ich rodziny. Naśmiewa się z nich, a oni idą w ponury, bezdenny ślad pozostawiony przez panią Maers i istoty spoza sfery ziemskiej.
Herold natychmiast zrozumiał do kogo skierowany był ten śmiech. Osobiście do niego. Wiedział, że zaraz wszystko się wyda. W głębi serca czuł narastającą moc. Przysięga. Shivell nie umarł. Nikt nie umarł sto lat temu, bo to nie miało miejsca w zeszłym stuleciu – pomyślał Herold – Nie umarł, cholera, bo stoi tu.
– Tak! – krzyknął wskazując palcem w starszą kobietę – To ja jestem ten, który przeżył. Nazywam się Shivell Roswell i zostałem uprowadzony przez Ciebie, nikczemna bestio! – strużka łez poleciała mu po obydwu policzkach. Złamałem przysięgę. Zrobiłem to. Wiesz dlaczego?
Opuścił rękę. Spojrzał na Lusy, która nie miała pojęcia co się działo, wyglądała tak jakby została zamieniona w głaz, który nie potrafi się poruszać. Złamał przysięgę. Obiecał demonom, obiecał Shizomiemu i pani Maers, że zostanie żywy, jeśli zmieni imię i nazwisko, przed nikim nie przyzna się do swojego pochodzenia i spłodzi syna, któremu nada „byłe” imię. Shivell Peterson, cholera.
Uklęknął pomiędzy swoją rodziną a plugawą bestia, która nie była już uśmiechnięta, a poirytowana, a nawet trochę przygaszona.
– Jednym się różnimy, Maers – zaczął. – Potrafię pokochać. Potrafię pokochać tę jedną osobę do końca życia. Choć żywot miałem kruchy, wiedziałem, że kiedyś spotkam się i z tobą i ze wszystkimi wspomnieniami. Było w paragrafie ósmym, jeśli dobrze pamiętam. Dobrze wiesz, co stałoby się, gdybym miał dokończyć tę straszną historię.
Urwał, opuścił głowę, głośno zaszlochał, po czym znów zaczął mówić w stronę Maers.
– Ustawiłbym rodzinkę w kółeczku, odmówiłbym modlitwę i co? – głos zmienił mu się lekko – Koniec. Oni by zginęli, ja bym miał życie wieczny i działałbym sobie dalej z tobą, tak? Nie potrafiłbym, przyrzekam i mówię ci to szczerze. Sam bym się zabił.
Herold wstał, spojrzał na Lusy, uśmiechnął się lekko i znów zaczął spoglądać i mówić w stronę pani Maers.
– Wiesz dlaczego nie potrafiłbym? – podszedł bliżej – Bo ja, droga Maers, mam uczucia. W głębi serca je mam. Tego nie przemyślałaś, wiem. Myślałaś, że będę taki sam jak ci twoi poddani. Karaluch, który nie jest wrażliwy na śmierć innych oraz swoją. Nie, bestio. Ja potrafię kochać, uwielbiam kochać. Ja…
Wyciągnął z kieszeni skrawek papieru. Widniała na nim czerwona pieczęć, trochę zniszczona. Herold podarł go, uśmiechając się lekko. Ręce mu drżały.
– Nie! – krzyknęła przerażająco Maers. – Ufałam ci, zakłamany idioto. Wiesz co teraz będzie, dobrze wiesz! Już zaraz!
Postać starszej kobiety rozpłynęła się. Wszyscy nadal byli przerażeni, nikt nie myślał, że historia potoczy tak, jak teraz się potoczyła. Jednak, Herold wiedział, że to już koniec. I zła i go samego.
– Herold! – wydarła się Lusy – Nic ci nie jest? Odezwij się, błagam, kochanie! Odezwij się!
– K… Koc… Kocham was. – wyjąkał.
– Herold, błagam, powiedz coś – kobieta płakała.
Jednak mężczyzna nie mógł nic odpowiedzieć. Nie oddychał. Umarł jednak jako człowiek prawy i z uczuciami. Cieszył się przed śmiercią tym, że wszystko skończy w taki sposób.
Spoczywaj w pokoju, Shivellu Roswell!

Koniec
"Trudno. Nie jestem już wiedźminem. Przestałem być wiedźminem. Na Thanedd, w Wieży Mewy. W Brokilonie. Na moście nad Jarugą. W jaskini pod Gorgoną. I tutaj, w lesie Myrkvid. Nie, ja już nie jestem wiedźminem. Będę się więc musiał nauczyć obywać bez wiedźmińskiego medalionu." – Wiedźmin, "Wieża Jaskółki", chyba najbardziej wzruszający moment w całej sadze, no, oprócz odejścia Ciri w "Pani Jeziora" :)
Odpowiedz
Reklama AdSense
#52
(14-09-2014, 16:01)Haroshi napisał(a): Dom na rozstaju w małej miejscowości był przeklęty. Nie było co do tego żadnych wątpliwości. Były ku temu dwa poważne powody.
Do odkrycia tego pierwszego trzeba było się trochę wysilić. Odszukać Panią Maers, poznać plugawą bestię o imieniu Shizomi i dowieść prawdy, która jeszcze nie została odkryta. Najpewniej nigdy nie zostanie, bo piekło ma swoje zasady i swoich podwładnych. A pogłoski na temat tego, że to Szatan jest panem tego miejsca, to zwykła bujda. Po prostu, piekło żyje i funkcjonuje samo, tylko po co ma się nadwyrężać?
Po drugie, wystarczyło popatrzeć. Drewniany budynek, który z pozoru wydaje się zwyczajny i nie odróżniający się niczym od pozostałego miliarda domostw na kuli ziemskiej wytwarza coś, co jest ostrzeżeniem. Coś, co jednocześnie chce, aby ktoś w nim zamieszkał, a coś odradza. Tylko, że to drugie coś, sprawia wrażenie dobrego, uprzejmego i życzliwego dla ludzi, bo nikt nie chciałby zamieszkać w domu z czymś, co ewidentnie emanuje złą mocą. Dziwne jest jeszcze to, że wystarczy spojrzenie, a ktoś się zakochuje lub wyraża obrzydzenie w stosunku do drewnianej budowli z niezadbanym ogrodem, który po odpowiedniej pielęgnacji byłby piękny.
Rodzina Petersonów właśnie podjeżdżała pod dom w Erdemont. Wszyscy byli przestraszeni, lecz jedna osoba z innego powodu. Herold miał coś do ukrycia i na pewno nie chciał, aby to się wydało. Nie mógł na to pozwolić. Miał nadzieję, że moc, która była w tym domu przed dwustu laty cały czas w nim jest. Tylko, czy aby wystarczająco potężna? Miał nadzieję, że tak, bo inaczej zostałby uwięziony w piwnicy, gdzie niby odprawiane były dziwne rytuały.
Lusy natomiast czuła podniecenie i strach. Strach, który powodował ugięcie się nóg. Widać było, że to nie byle jaki strach. Z jakichś powodów kobieta chciała pojechać i skończyć tę historię. Już nie dla pieniędzy, tylko dla świętego spokoju. Wierzyła, że jeśli wejdą, a może nawet zamieszkają w tym miejscu, uda im się odpędzić zło. Piekielny chaos i cierpienie, które ogarnęło ludzi tu mieszkających. Nie podejrzewała nic. Absolutnie nic.
Shivell miał w sobie odwagę. Czuł adrenalinę. Wiedział, że przeznaczone mu jest wejść i zaprzyjaźnić się z Shizomim. Może i nawet porzuci rodzinę dla pomiotu piekieł. Może i zostawi mu najbliższych i zostanie przygarnięty przez ludzi, którym był przeznaczony. Jednak jedno było pewne. To, co się stanie, drugi raz się nie wydarzy. Zamknięcie i koniec historii tak ważnej dla społeczeństwa. Tak znaczącej, że początku i jej końca nie zapomni nikt.
Usłyszeli śmiech. Szyderczy śmiech, który dobrze odzwierciedlał uczucia Piekła do ich rodziny. Naśmiewa się z nich, a oni idą w ponury, bezdenny ślad pozostawiony przez panią Maers i istoty spoza sfery ziemskiej.
Herold natychmiast zrozumiał do kogo skierowany był ten śmiech. Osobiście do niego. Wiedział, że zaraz wszystko się wyda. W głębi serca czuł narastającą moc. Przysięga. Shivell nie umarł. Nikt nie umarł sto lat temu, bo to nie miało miejsca w zeszłym stuleciu – pomyślał Herold – Nie umarł, cholera, bo stoi tu.
– Tak! – krzyknął wskazując palcem w starszą kobietę – To ja jestem ten, który przeżył. Nazywam się Shivell Roswell i zostałem uprowadzony przez Ciebie, nikczemna bestio! – strużka łez poleciała mu po obydwu policzkach. Złamałem przysięgę. Zrobiłem to. Wiesz dlaczego?
Opuścił rękę. Spojrzał na Lusy, która nie miała pojęcia co się działo, wyglądała tak jakby została zamieniona w głaz, który nie potrafi się poruszać. Złamał przysięgę. Obiecał demonom, obiecał Shizomiemu i pani Maers, że zostanie żywy, jeśli zmieni imię i nazwisko, przed nikim nie przyzna się do swojego pochodzenia i spłodzi syna, któremu nada „byłe” imię. Shivell Peterson, cholera.
Uklęknął pomiędzy swoją rodziną a plugawą bestia, która nie była już uśmiechnięta, a poirytowana, a nawet trochę przygaszona.
– Jednym się różnimy, Maers – zaczął. – Potrafię pokochać. Potrafię pokochać tę jedną osobę do końca życia. Choć żywot miałem kruchy, wiedziałem, że kiedyś spotkam się i z tobą i ze wszystkimi wspomnieniami. Było w paragrafie ósmym, jeśli dobrze pamiętam. Dobrze wiesz, co stałoby się, gdybym miał dokończyć tę straszną historię.
Urwał, opuścił głowę, głośno zaszlochał, po czym znów zaczął mówić w stronę Maers.
– Ustawiłbym rodzinkę w kółeczku, odmówiłbym modlitwę i co? – głos zmienił mu się lekko – Koniec. Oni by zginęli, ja bym miał życie wieczny i działałbym sobie dalej z tobą, tak? Nie potrafiłbym, przyrzekam i mówię ci to szczerze. Sam bym się zabił.
Herold wstał, spojrzał na Lusy, uśmiechnął się lekko i znów zaczął spoglądać i mówić w stronę pani Maers.
– Wiesz dlaczego nie potrafiłbym? – podszedł bliżej – Bo ja, droga Maers, mam uczucia. W głębi serca je mam. Tego nie przemyślałaś, wiem. Myślałaś, że będę taki sam jak ci twoi poddani. Karaluch, który nie jest wrażliwy na śmierć innych oraz swoją. Nie, bestio. Ja potrafię kochać, uwielbiam kochać. Ja…
Wyciągnął z kieszeni skrawek papieru. Widniała na nim czerwona pieczęć, trochę zniszczona. Herold podarł go, uśmiechając się lekko. Ręce mu drżały.
– Nie! – krzyknęła przerażająco Maers. – Ufałam ci, zakłamany idioto. Wiesz co teraz będzie, dobrze wiesz! Już zaraz!
Postać starszej kobiety rozpłynęła się. Wszyscy nadal byli przerażeni, nikt nie myślał, że historia potoczy tak, jak teraz się potoczyła. Jednak, Herold wiedział, że to już koniec. I zła i go samego.
– Herold! – wydarła się Lusy – Nic ci nie jest? Odezwij się, błagam, kochanie! Odezwij się!
– K… Koc… Kocham was. – wyjąkał.
– Herold, błagam, powiedz coś – kobieta płakała.
Jednak mężczyzna nie mógł nic odpowiedzieć. Nie oddychał. Umarł jednak jako człowiek prawy i z uczuciami. Cieszył się przed śmiercią tym, że wszystko skończy w taki sposób.
Spoczywaj w pokoju, Shivellu Roswell!

Koniec

Jak pisałem wcześniej. Moim zdaniem, zakończenie jest pisane na szybko. Spodziewałem się, że jeszcze pociągniesz tę historię, będzie jakiś punkt kulminacyjny. A tu siup i koniec.
No cóż, szkoda, ale Ty jesteś autorem (coraz lepszym zresztą) i Ty decydujesz:)
Once bitten, twice shy.

Moje opowiadania:
Odcienie
Dream
Opowieści menelskie
Odpowiedz
#53
(14-09-2014, 16:01)Haroshi napisał(a): Nie było co do tego żadnych wątpliwości. Były ku temu dwa poważne powody.

Po prostu, (bez przecinka) piekło żyje i funkcjonuje samo, tylko po co ma się nadwyrężać?

Tylko, (bez przecinka) że to drugie coś, (bez przecinka) sprawia wrażenie dobrego, uprzejmego i życzliwego dla ludzi, bo nikt nie chciałby zamieszkać w domu z czymś, co ewidentnie emanuje złą mocą.

Herold miał coś do ukrycia i na pewno nie chciał, aby to się wydało. Nie mógł na to pozwolić. Miał nadzieję, że moc, która była w tym domu przed dwustu laty (przecinek) cały czas w nim jest. Tylko, (bez przecinka) czy aby wystarczająco potężna?

Herold natychmiast zrozumiał (przecinek)do kogo skierowany był ten śmiech. (...) Nikt nie umarł sto lat temu, bo to nie miało miejsca w zeszłym stuleciu – pomyślał Herold (kropka)– Nie umarł, cholera, bo stoi tu.

– Tak! – krzyknął (przecinek)wskazując palcem w starszą kobietę(kropka) – To ja jestem ten, który przeżył. Nazywam się Shivell Roswell i zostałem uprowadzony przez Ciebie(zaimki z małej litery, to nie list) , nikczemna bestio! – s(S)trużka łez poleciała mu po obydwu policzkach. (...) Wiesz(przecinek) dlaczego?

Spojrzał na Lusy, która nie miała pojęcia (przecinek)co się działo, wyglądała tak(przecinek) jakby została zamieniona w głaz, który nie potrafi się poruszać.(To brzmi tak, jakby istniały głazy, które potrafią się poruszać.) Złamał przysięgę.

Uklęknął pomiędzy swoją rodziną a plugawą bestia(ą), która nie była już uśmiechnięta, a poirytowana, a nawet trochę przygaszona.

– (...) Choć żywot miałem kruchy, wiedziałem, że kiedyś spotkam się i z tobą (przecinek)i ze wszystkimi wspomnieniami.

– Ustawiłbym rodzinkę w kółeczku, odmówiłbym modlitwę i co? – g(G)łos zmienił mu się lekko(kropka) – Koniec. Oni by zginęli, ja bym miał życie wieczny(życie wieczne) i działałbym sobie dalej z tobą, tak?

Herold wstał, spojrzał na Lusy, uśmiechnął się lekko i znów zaczął spoglądać i mówić w stronę pani Maers.

– Wiesz (przecinek)dlaczego nie potrafiłbym? – p(P)odszedł bliżej (kropka)– Bo ja, droga Maers, mam uczucia.

– (...) Wiesz (przecinek)co teraz będzie, dobrze wiesz! Już zaraz!

Wszyscy nadal byli przerażeni, nikt nie myślał, że historia potoczy(się) tak, jak teraz się potoczyła. Jednak, Herold wiedział, że to już koniec. I zła(przecinek) i go(jego) samego.

– Herold! – wydarła się Lusy(kropka) – Nic ci nie jest? Odezwij się, błagam, kochanie! Odezwij się!
– K… Koc… Kocham was.(bez kropki) – wyjąkał.

Podobnie jak mojemu przedmówcy, koniec wydał mi się pisany w pośpiechu, trochę chaotycznie.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#54
Dzięki za opinię :) Wiem, wiem, przepraszam za ten koniec. Zapewniam Was, że następne opowiadanie, o wiele dłuższe od Erdemont, będzie (mam taką ogromną nadzieję) również lepsze. Dziękuję Vetala, Nawka i Stu za te wszystkie poprawki i uwagi :)

Błędy poprawię przy najbliższej okazji, czyli najprawdopodobniej w następny weekend :)
"Trudno. Nie jestem już wiedźminem. Przestałem być wiedźminem. Na Thanedd, w Wieży Mewy. W Brokilonie. Na moście nad Jarugą. W jaskini pod Gorgoną. I tutaj, w lesie Myrkvid. Nie, ja już nie jestem wiedźminem. Będę się więc musiał nauczyć obywać bez wiedźmińskiego medalionu." – Wiedźmin, "Wieża Jaskółki", chyba najbardziej wzruszający moment w całej sadze, no, oprócz odejścia Ciri w "Pani Jeziora" :)
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości