Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Horror Erdemont
#1
Piszę to coś z myślą o powieści, książce, ale na razie można nazwać ten twór opowiadaniem, bo dopiero pierwszy rozdział w drodze :) Prolog większość może uznać za zwykłą nowelę dla nastolatek, ale niech Was nie zwiedzie początek. Mam tendencję do tego, że bardzo przeciągle opisuję różne rzeczy wydarzenia, to dlatego.

Miłej lektury,
Haroshi

Prolog

Była godzina trzecia, typowa pora obiadowa w niewielkim państwie Veronia, które miało dość niefortunne położenie, bo znajdowało się między Polską a Niemcami, najpotężniejszymi mocarstwami Europy. Rodzina Petersonów przygotowywała się właśnie do wspólnego posiłku przy wielkim drewnianym stole. Rodzina liczyła sobie pięcioro członków. Matka Lusy przygotowywała obiad. W zasadzie go kończyła, bo zostało tylko specjalne doprawienie ziemniaków, które według receptury jej babki musiały pachnieć na całe miasteczko, dosłownie. Była to kobieta o wysportowanej figurze, wysoka, zgrabna i piękna jak na swój wiek. Liczyła już czterdzieści pięć wiosen i jak zapewniała wszystkich wokół, nie używała żadnych kremów na zmarszczki. Oczywiście nikt w to nie wierzył. Jej włosy były nie wiadomo nawet w jakim kolorze. Ni to blond, ni to rudy, po prostu jakiś. Oczy jednak świetnie do nich pasowały, ciemnozielone zlewające się z włosami. Ojciec Herold wraz z dziećmi szykował nakrycie stołu – mężczyzna niezbyt wysportowany. Wysoki, chudy, mądry i przystojny. Tej ostatniej cechy może mu pozazdrościć chyba cała Veronia, bo rzadko kiedy spotyka się takiego mężczyznę. Płowe, czyste i gęste włosy, do tego gładka twarz sprawiały, że ludzie, którzy go widywali, nie zauważali tego, że nie trenuje za dużo i nie pała do sportu. Od pokolenia na pokolenia zastawa i sposób, w jaki stół przygotowywano, była taka sama, współczesna. Biały, czysty, bez skazy obrus, dwie świeczki pośrodku, między którymi stał główny składnik obiadu, eleganckie talerze, sztućce i serwetki, czarne, bez żadnych wzorów czy dziwnych szlaczków. Prosto i elegancko.
Cała piątka zasiadła przy stole. Ojciec i matka koło siebie, na tytułowanych miejscach. Dzieci – Shivell, Max i Rose – również koło siebie, lecz naprzeciwko rodziców. Wszystkie od siebie dwa lata młodsze lub starsze, zależy na jakie się pierwej spojrzy. Najstarsza była Rose. Zgrabna, wysportowana dziewczyna, o pięknej cerze i urodzie. Najmłodszy natomiast był Max, który liczył sobie dziesięć wiosen. Grzecznie usiadł przy stole, przeżegnał się i czekał, aż dosiądzie się do nich Shivell, średni wiekiem członek rodziny, który niebawem skończy dwanaście lat. Wyróżniał się on tym spośród rodzeństwa, że czytał, dużo czytał oraz był bardziej inteligentny niż większość dzieci w jego wieku. Rodzice nigdy nie potrafili pojąć tego, dlaczego. Nie zgłębiał on jednak wiedzy młodzieżowej, jaka była zalecana w jego wieku, lecz wiedzę paranormalną. Interesowało go to niezmiernie, poświęcał temu każdą wolną chwilę. Duchy to również jedna z zagadek Veronii, mała zagadka, która jeszcze nigdy nie została rozwikłana. Shivell pragnął ją do końca rozwiązać, wierzył, że mu się to kiedyś uda…
– Już dawno mieliśmy was o to zapytać – rzekł wreszcie ojciec, łżąc lekko, bo nigdy nie mieli tego w planie. – Macie już jakieś pomysły na swoją przyszłość, profil liceum czy gimnazjum?
Wszyscy, najwyraźniej zdumieni tym pytaniem, zamarli i lekko się uśmiechnęli, nie odwracając uwagi od twarzy głowy rodziny. Wreszcie Shivell, po przełknięciu kartofla, postanowił coś powiedzieć.
– Ja gdy skończę liceum, chciałbym pójść w wasze ślady, aczkolwiek zjawiska paranormalne nie byłyby moją pasją, a pracą, stałą i zarobkową. Jak już wam wiele razy wspominałem, traktuję ten pomysł za jak najbardziej poważny i nie ma w nim ani krzty kłamstwa.
Czytał książki, nadal czyta – pomyślał ojciec – ale żeby miał takie bogate słownictwo w wieku dwunastu zaledwie lat? Jasna cholera, zastanowimy się nad tym – pomyślał – poważnie zastanowimy. Matka, również zdziwiona, nie tak oszołomiona co ojciec i rodzeństwo, odchrząknęła i zupełnie szczerze, również bez krzty kłamstwa, postanowiła jednak utwierdzić syna w przekonaniu, że nie ma sposobu, aby z nimi gdziekolwiek jeździł.
– Shivell, słuchaj – odpowiedziała stanowczo, lecz z pewną łagodnością w glosie. – Wiem, że chciałbyś z nami pojechać na zapewne ekscytujący wyjazd, na który niedługo się wybieramy, ale zrozum. Masz dwanaście lat i dojrzewasz. To, co dzieje się podczas nocnych wypadów, jest irracjonalne i niezbyt przyjazne psychice dziecka. Jednym słowem – zbytnio by ci się to odbiło na psychice, mój drogi, przepraszam…
– Wiek, cholerny wiek! Czy wy nie widzicie tego, że ja jestem inni niż wszyscy? Że wolę czytać i zgłębiać wiedzę – właśnie, jak to nazwałaś – irracjonalnych rzeczach i zjawiskach, niż siedzieć przy komputerze i przeglądać cały dzień portale, na których ludzie wstawiają swoje głupie zdjęcia?! Naprawdę, zrozumcie to i przemyślcie. Jestem dojrzałym chłopcem, który głęboko ma zdanie innych. Wiecie, ile osób mnie nie rozumie? Właśnie, co wy możecie wiedzieć. Nie interesujecie się tym, co mnie interesuje, nie staracie się tej pasji rozwijać, tylko wciąż nauka i sport. Nie jestem tacy jak wszyscy. A teraz przepraszam, pozwolę sobie odejść od stołu… Aha, jeszcze jedno. Jutro mam wolne, raz w roku dyrektor wyznacza taki dzień. Przemyślcie to, radzę.
Chłopiec odszedł od stołu nie jako groźna i agresywna osoba, lecz bardziej przygnębiona i smutna. Poszedł w stronę swojego pokoju na piętrze.
Pokój był w miarę przyzwoitych rozmiarów. Na pewno nie można było go nazywać boksem, w którym nie ma miejsca nawet na małą szafkę czy spore, wygodne łóżko. Pomieszczenie było zadbane, nie sprawiało wrażenia, że jego lokatorem jest nastolatek w fazie dojrzewania. Masa książek o duchach elegancko poukładanych na dębowej półce, biurko, na którym stał monitor, a pod nim komputer stacjonarny o wysokich parametrach. Obok niego znajdowało się dwuosobowe łóżko z pościelą w kształcie obszernej, obrzydliwej istoty, irracjonalnej oczywiście. Ściany sąsiadujące z łożem miały kolor ciepłej zieleni, który sprzyjał temu, że w pokoju po prostu było miło i świeżo. Niepokoił jedynie mały, drobny szczegół. Pod biurkiem, nad drzwiami i ponad łóżkiem widniały po trzy pentagramy. Albo miało to związek z zainteresowaniem, albo w gorszym wypadku poniżaniem Trójcy Świętej. Były jednak one tak sprytnie ukryte, że żaden z domowników tego nie zauważył. Tu znów jest pytanie. Przeoczyli je, czy po prostu znaki znikały w ich towarzystwie, aby nikt z rodziny ich nie spostrzegł?
Shivell wszedł do pokoju, zamknął za sobą drzwi, położył się na łóżku i zasnął. Najzwyczajniej w świecie, jakby nigdy nic, usnął. Miał sen, dziwny i irracjonalny.
Pomieszczenie, w którym się znajdował i miał spędzić kilka swoich prawdziwych godzin życia, spowijały cienie. Było ciemne, wąskie i najwyraźniej otwarte. Shivell postanowił się ruszyć, nie czekać na rozwój wydarzeń, tylko nieco go przyśpieszyć. Oparł rękę na ścianie i począł czynić powolne, mozolne kroki. Bał się. Choć był to sen, wydawało mu się, że jednak to się stanie naprawdę, więc był bardzo ostrożny. Nie widział podłoża, cienie również były i tam. Nadal kroczył w ciemności. Nagle, ni stąd ni zowąd, przed nim pojawiło się światło. Nie czuł jednak ciepła. Było to zimne światło, jakkolwiek by to nie brzmiało. Mimo wszystko poszedł, chciał poznać źródło "życia" tej jasności, bo znikąd się tam nie pojawiła. Gdy po krótkiej przerwie od marszu począł znów czynić ruch, zaczął słyszeć niespodziewane krzyki, jakby jakichś ludzi obdzieranych ze skóry. Dosłownie. Brzmiało to tak, jakby ktoś wziął w ręce nóż lub inny przedmiot, w tym przypadku zbrodni, naciął na głowie otwór i zaczął rozrywać ciało aż do samych stóp. Nie było to miłe, ani przyjazne uszom uczucie, ale chłopiec zbytnio się tym nie przestraszył. Szedł. Trzaski usłyszał trochę dalej. Głośny huk jakby upadającego, sporego kawałka metalu, który jakimś cudem rozpadł się na parę kawałków, podniósł do góry, po czym opadł z większą siłą na podłogę. Tym również się nie przejął, zgiął tylko kolana pod ciężarem cieni spowijanych wielką chmurą wokół wszystkich ścian korytarza. Szedł. Był już blisko światła. Obawiał się jednak nadal tego, co może go spotkać przy tym dziwnym czymś, co wydaje się być źródłem nikłej jasności. Stanął w miejscu. Nie miał po co iść dalej, stał przy tym czymś, co w rzeczywistości, a być może tylko na jawie, bo mimo wszystko śnił, wydawało się nikłym płomieniem. Nie mógł zauważyć jednak, co tak naprawdę przed nim jest. Miał zamknięte oczy. Bał się i z lęku nie mógł ich otworzyć. Coś jednak kazało mu rozszerzyć powieki. Coś, bo nie wiedział, co to. Coś, bo bał się domyślić, co czuje. Coś, bo to coś nie chciało się ujawnić. Wystarczyło mu jednak wiedzieć tylko, że to coś istnieje i każe mu wrogim i złowieszczym szmerem otworzyć oczy i przemóc lęk, który samo tworzy. Posłuchał. Ujrzał szafot. Pal, na którym obwiązane były zwłoki istoty. Nie paliły się jednak. Ogień je tylko otaczał i ani myślał, żeby zwłok dosięgnąć. Mimo to kolejne coś, co ugrzęzło na palu, wydawało się być martwe, sine i zimne. Istota podniosła i odwróciła głowę w stronę Shivell’a, który nie był sparaliżowany lękiem. W nim już nie było lęku. Był cholerny strach, który się nie ujawniał, bo był to tylko sen, w którym kołysał się monotonnie niczym łódź na odległym morzu w czasie mało intensywnego wiatru. Coś miało twarz Lucyfera. Czarne oczy, sina skóra i szyderczy uśmiech. Ujawniał on szare, szpiczaste kły, które układały się w dziwny sposób, jakby w pentagram. Ogień zgasł, a istota oderwała się od pala i rzuciła na chłopca.
Shivell obudził się zlany zimnym potem, oddychał bardzo szybko. Wyglądało na to, że nadal nie miał w podświadomości tego, że właśnie się zbudził i był to tylko jednorazowy, zły sen, zwykły koszmar, który u dzieci występuje często, bardzo często. Nie było jednak normalne to, aby sny były tak szczegółowe, tak zapamiętywane, tak drastyczne... i takie prawdziwe. Było późno. Spał ponad dziesięć godzin.
– Lusy, słuchaj. – głowa rodziny starała się mówić półgłosem, aby jednak Shivell ani inne dzieci nie usłyszały dyskusji rodziców. – Shivell skończy niedługo dwanaście lat. Interesuje się tymi zjawiskami i bajeczkami tak bardzo, że dojrzał do tego, aby zabrać go na poważniejszą akcję. Mam na myśli taką, na jaką wybieramy się w przyszłym tygodniu.
– Mówisz o tym domu w Erdemont? – zbulwersowała się półgłosem matka. – Wiesz, co tam się działo? Mieliśmy już takie rudery, w których powiesiło się dwadzieścia osób, ale tam, w Erdemont, zginęło więcej osób, ha, nie zginęło śmiercią tragiczną ani naturalną. To było miejsce kultu, satanistyczne kapliczki i kultyści. Cała wieś pod pretekstem wydarzeń z przeszłości podpisała cyrograf. Nie, nie głupi kurwa kwitek, cyrograf. Pakt z Diabłem, Szatanem. Przynajmniej tak słyszałam.
– Dobra, Lusy, uspokój się – zniżył głos ojciec, widząc, jak jego żona przejmuje się tym, co ich czeka, a być może ich syna – pójdziemy jutro do biblioteki, tak? Znajdziemy historię tej rzekomo "diabelskiej" wsi, przeczytamy i będziemy mieli pewność co do tego. Wszystko będzie dobrze, Lusy. Wszystko będzie w porządku.
Herold objął żonę, jeszcze raz uspokoił. Miał zamknięte oczy, z przyzwyczajenia. Nie chciał ich otwierać. Otworzył. Mrugał. Ujrzał. Trzy odwrócone krzyże, a nad nimi pentagram. Mrugał szybciej. Twarz. Szare kły. Szafot. Pal, ogień. Nie! Nie rzucaj się na mnie, proszę. Mrugał szaleńczo. Wszystko znikło.
– Wszystko będzie w porządku, obiecuję ci to.
Lusy wcale w to nie uwierzyła, cały czas była przerażona. Wiedziała, że nadchodzi zło i cierpienie. Wiedziała, że to nie będzie zwyczajne cierpienie, na które przyjdzie czas w życiu każdego człowieka. To będzie niezwykła męka, trwoga i zło. Piekielne zło.
"Trudno. Nie jestem już wiedźminem. Przestałem być wiedźminem. Na Thanedd, w Wieży Mewy. W Brokilonie. Na moście nad Jarugą. W jaskini pod Gorgoną. I tutaj, w lesie Myrkvid. Nie, ja już nie jestem wiedźminem. Będę się więc musiał nauczyć obywać bez wiedźmińskiego medalionu." – Wiedźmin, "Wieża Jaskółki", chyba najbardziej wzruszający moment w całej sadze, no, oprócz odejścia Ciri w "Pani Jeziora" :)
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Cytat:Liczyła już czterdzieści pięć wiosen i [potraktowałbym jako wtrącenie i dał przecinek] jak zapewniała wszystkich wokół, nie używa żadnych kremów na zmarszczki.

Jej włosy są, nie wiadomo nawet w jakim kolorze.[bez przecinka, a to, co po przecinku, ma trochę zły szyk: "w nie wiadomo nawet jakim kolorze" imo wygląda lepiej]

Oczy jednak świetnie do nich pasowały, ciemne, zielone zlewające się z jakimiś włosami – przygotowywała obiad. [ok, ta druga część zdania musi być akurat w tym miejscu? Mogłeś przenieść to do innego zdania, bo pasuje tutaj jak pięść do oka xD]

Płowe, czyste i gęste włosy, do tego gładka twarz sprawiały, że jego całokształt, choć niezbyt wysportowany [przecinek] zdawał się być elegancki i dobry na wszystkie kobiety – wraz z dziećmi szykował stół do posiłku. [końcówka j/w]

Od pokolenia na pokolenia zastawa i sposób[przecinek] w jaki stół przygotowywano [przecinek] była taka sama, współczesna.["były takie same, współczesne", liczba mnoga (zastawa + sposób, nie oddzielnie a razem ; P)]

Duchy, [bez przecinka] to również jedna z zagadek Veronii(...)

– Ja, gdy skończę liceum [przecinek] chciałbym pójść w Wasze ślady(...)

– Shivell, słuchaj, [czo ten przecinek?!] – odpowiedziała stanowczo, lecz z pewną łagodnością w glosie –, [jak wcześniej] wiem(...)

Poszedł w stronę swojego pokoju, [bez przecinka] na piętrze.

Albo miało to związek z zainteresowaniem lub [raczej przecinek] w gorszym wypadku, poniżaniem Trójcy Świętej.

Były jdnak ["jednak"] one tak sprytnie ukryte, że żaden z domowników tego nie zauważył.

Przeoczyli je, [bez przecinka] czy po prostu znikali [przypadkiem nie chodzi o pentagramy? W takim wypadku powinno być "znikały"] w ich towarzystwie, aby ukryć oznaki osobowości syna?

Bał się. Choć był to sen, wydawało mu się, że jednak to się stanie naprawdę, więc był bardzo ostrożny.[się, się i się... można zamienić czasowniki na inne (np. wydawało mu się –> miał wrażenie)]

Mimo wszystko, [bez przecinka] poszedł, chciał poznać źródło "życia" tej jasności, bo z nikąd ["znikąd"] się tam nie pojawiła.

(...)pod ciężarem cieni spowijanych w wielkiech ["wielkiej"] chmurze wokół wszystkich ścian korytarza.

Nie, nie głupi [przecinek] kurwa [przecinek] kwitek, cyrograf.

Znajdziemy historię tej rzekomo "diabelskiej" wsi, przeczytamy i będziemy mieli pewność, [bez przecinka] co do tego. [chociaż lepiej byłoby "będziemy mieli co do tego pewność", szyk.]

Wszystko będzie dobrze, dziewczyno.[<–-– this. Do żony "dziewczyno"? xD]
Ok, z mojej strony to wszystko (jeżeli chodzi o poprawki). Osobiście rozbiłbym tę gigantyczną ścianę tekstu pod koniec na kilka oddzielnych akapitów, bo parę razy zgubiłem się podczas czytania tego fragmentu.

Co do samego tekstu.
Ciężko powiedzieć, jak wypada na poziomie forum. To jest chyba pierwszy horror, jaki czytam na tym forum (ach, wait, była "Cytadela" od Vet), no i sam czytam niewiele.
Mam takie dziwne wrażenie, że dajesz za duży nacisk na... hm... rzeczy związane z szatanem i piekłem? [hellou, epoN, okultyzm, horror i te sprawy, coś ci mówią?]. Choć czytało się naprawdę nieźle (poza tą ścianą tekstu), to było ciągle coś, co nieco mnie drażniło. Może zachowanie chłopaka (które przypominało zachowanie typowego 14-latka z "jestem tak bardzo dorosły, nikt mnie nie rozumie"), może dialogi miedzy rodziną. Masz sporo krótkich zdań, które momentami niepotrzebnie napędzają tempo akcji.
Z większym wyrażeniem opinii chwilowo wstrzymam się do następnego fragmentu, bo aktualnie mam mocno mieszane uczucia. Z jednej strony wygląda nieźle, jednak jak się zagłębić w to wszystko to... trochę odrzuca. W końcu to prolog, nie będę oceniał z góry całego opowiadania : P
Czekam na więcej.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#3
(11-08-2014, 14:02)Haroshi napisał(a): Była godzina trzecia, zwyczajna pora obiadowa w małym państwie Veronia, które miało dość niefortunne położenie, bo leżało między Polską a Niemcami, najpotężniejszymi państwami Europy.

Rodzina Petersonów właśnie przygotowywała się do wspólnego, czwartkowego posiłku,(bez przecinka) przy wspólnym stole i zazwyczaj w gronie rodziny. Matka Lusy, kobieta o wysportowanej figurze, wysoka, zgrabna i piękna jak na swój wiek. (Nie rozumiem tego przejścia od rodziny Petersonów i ich obiadu do opisu matki Lusy. Nie gra mi taki przeskok, coś przed tym by się przydało. Coś, co uczyniłoby zmianę tematu łagodniejszą) Liczyła już czterdzieści pięć wiosen i jak zapewniała wszystkich wokół, nie używa(używała – narrację prowadzi się w jednym czasie) żadnych kremów na zmarszczki.

Oczywiście nikt w to nie wierzy(wierzył). Jej włosy są(były), (bez przecinka)nie wiadomo nawet w jakim kolorze. Ni to blond, ni to rudy, po prostu jakiś. Oczy jednak świetnie do nich pasowały, ciemne, zielone(Lepiej po prostu "ciemnozielone") (przecinek)zlewające się z jakimiś włosami – przygotowywała obiad. (A, teraz już rozumiem to przejście. Ale to nie tak powinno działać, że jest podmiot, kilka odrębnych zdań opisu, a potem czynność. Lepiej napisać "Matka Lusy przygotowywała obiad. Była to kobieta taka a taka".)

W zasadzie go kończyła, bo zostało tylko specjalne doprawienie ziemniaków, które według receptury jej babki,(bez przecinka) musiały pachnieć na całe miasteczko, dosłownie.

Ojciec Herold – mężczyzna niezbyt wysportowany, typowy facet. Wysoki, chudy, mądry i przystojny. (O, to taki jest typowy facet? :D Dobrze wiedzieć. :D W każdym razie tak wychodzi z tych dwóch zdań, a raczej nie powinno, sądząc po tym kolejnym zdaniu.) Tej ostatniej cechy może(mogła) mu pozazdrościć chyba cała Veronia, bo rzadko kiedy spotyka się takiego mężczyzne(ę). Płowe, czyste i gęste włosy, do tego gładka twarz sprawiały, że jego całokształt, choć niezbyt wysportowany (przecinek) (Jak dla mnie całokształt nie może być wysportowany, trzeba by to inaczej ująć.) zdawał się być elegancki i dobry na wszystkie kobiety – wraz z dziećmi szykował stół do posiłku. (Tak samo jak w poprzednim opisie – nie podoba mi się taki zabieg.)

Od pokolenia na pokolenia zastawa i sposób(przecinek) w jaki stół przygotowywano(przecinek) była taka sama, współczesna. Biały, czysty(przecinek) bez skazy obrus, dwie świeczki po środku(pośrodku), między którymi stał główny składnik obiadu, eleganckie talerze, sztućce i serwetki, czarne, bez żadnych flaworków(A co to za słowo? Wnioskuję, że chodzi o "wzorki" albo ogólnie pojęte "esy-floresy", ale słowo "flaworki" nie istnieje.) czy dziwnych ślaczków(szlaczków).

Dzieci – Shivell, Max i Rose również koło siebie (przecinek) lecz naprzeciwko rodziców.
Zgrabna, wysportowana dziewczyna o przeciętnej inteligencji. (To o inteligencji bym sobie podarowała, zwłaszcza że określenie "przeciętna inteligencja" jest jak dla mnie niezbyt fortunne – bo jaka to inteligencja? Czym się wykazuje bądź nie wykazuje taka osoba?) Urodą jednak to przewyższała i zdawała(sprawiała) wrażenie młodszej i mądrzejszej niż w rzeczywistości jest(była).

Zadbany, dobrze i elegancko wychowany.(A inne dzieci tych rodziców były wychowane inaczej? Dodanie takiego zdania to by właśnie sugerowało.) Grzecznie usiadł przy stole, przeżegnał się i czekał (przecinek)aż dosiądzie się do nich Shivell, średni wiekiem członek rodziny.

Przewyższał(Wyróżniał) się on tym spośród rodzeństwa, że czytał, dużo czytał. Nie głębił(zgłębiał/zgłębił) on jednak wiedzy młodzieżowej, jaka była zalecana w jego wieku, lecz wiedzy paranormalnej(wiedzę paranormalną).

Duchy,(bez przecinka) to również jedna z zagadek Veronii, mała zagadka, która jeszcze nigdy nie została rozwikłana. Shivell pragnąć(–ął) ją do końca rozwikłać, wierzył, że mu się to kiedyś uda…

– Już dawno mieliśmy Was(zaimki z małej litery, bo to nie list) o to zapytać – rzekł wreszcze(wreszcie) ojciec, łgając(łżąc) lekko, bo nigdy nie mieli tego w planie(kropka) – Planujecie już swoją przyszłość, profil liceum,(bez przecinka) czy gimnazjum?

Wszyscy (przecinek)najwyraźniej zdumieni tym pytaniem, zamarli i lekko się uśmiechnęli, nie odwracając uwagi od twarzy głowy rodziny. Wreszcie Shivell, po przełknięciu kartofla (przecinek)postanowił coś powiedzieć.

– Ja,(bez przecinka) gdy skończę liceum (przecinek)chciałbym pójść w Wasze(wasze) ślady, aczkolwiek zjawiska paranormalne nie byłyby moją pasją, a pracą, stałą i zarobkową. Jak już Wam(wam) wiele razy wspominałem, traktuję ten pomysł za jak najbardziej poważny i nie ma w nim ani krzty kłamstwa.

Matka, również zdziwiona, nie tak oszołomiona co ojciec i rodzeństwo, odchrząknęła i zupełnie szczerze, również bez krzty kłamstwa i łgania(kłamstwo i łganie to to samo, zbędne powtórzenie) (przecinek)postanowiła jednak utwierdzić syna w przekonaniu, że nie ma sposobu, aby z nimi gdziekolwiek jeździł.

– Shivell, słuchaj,(bez przecinka) – odpowiedziała stanowczo, lecz z pewną łagodnością w glosie(kropka) –, (bez przecinka)w(W)iem, że chciałbyś z nami pojechać na zapewne ekscytujący wyjazd, na który niedługo się wybieramy, ale zrozum. (...) Jednym słowem – zbytnio by Ci(ci) się to odbiło na psychice(przecinek) mój drogi, przepraszam…

– Wiek, cholerny wiek! Czy Wy(wy) nie widzicie tego, że ja jestem inni niż wszyscy? Że wolę czytać i zgłębiać wiedzę o (przecinek)właśnie, jak to nazwałaś – irracjonalnych rzeczach i zjawiskach, niż siedzieć przy komputerze i przeglądać cały dzień portale społecznościowe?! (...)Wiecie(przecinek) ile osób mnie nie rozumie? Właśnie, co Wy(wy) możecie wiedzieć. Nie interesujecie się tym (przecinek)co mnie interesuje, nie staracie się tej pasji rozwijać, tylko wciąż nauka i sport.

Chłopiec odszedł od stołu nie jako groźny(groźna) i agresywna osoba, lecz bardziej przygnębiona i smutna. Poszedł w stronę swojego pokoju, (bez przecinka) na piętrze.

Na pewno nie można było go nazywać boxem(boksem), w którym nie ma miejsca nawet na małą szafkę czy spore, wygodne łóżko.

Masa książek o duchach, (bez przecinka) elegancko poukładanych na dębowej półce, biurko, na którym stał monitor, a pod nim komputer stacjonarny o wysokich parametrach. Obok niego stało dwuosobowe łóżko, (bez przecinka) z pościelą w kształcie obszernej, obrzydliwej istoty, irracjonalnej oczywiście. Albo miało to związek z zainteresowaniem lub(Lepiej przecinek i drugie "albo") w gorszym wypadku, (bez przecinka) poniżaniem Trójcy Świętej. Były j(e)dnak one tak sprytnie ukryte, że żaden z domowników tego nie zauważył.

Przeoczyli je, (bez przecinka) czy po prostu znikali w ich towarzystwie(Mowa o domownikach, a wychodzi na to, że znikali oni w towarzystwie pentagramów, co jak dla mnie nie ma sensu za bardzo.), aby ukryć oznaki osobowości syna?

I jak nigdy nic(jakby nigdy nic) miał sen, dziwny i irracjonalny.

Pomieszczenie (przecinek) w którym się znajdował i miał spędzić kilka swoich prawdziwych godzin życia, spowijały cienie.

Shivell postanowił się ruszyć, nie czekać na sam(zbędne) rozwój wydarzeń, tylko nieco je(go – rozwój wydarzeń) przyśpieszyć. Oparł ciężar ręki(Lepiej po prostu "oparł rękę", po co ten ciężar?) na ścianie i począł czynić powolne, mozolne kroki.

Nagle, ni stąd ni zowąd (przecinek) przed nim pojawiło się światło. Nie czuł jednak ciepła. Było to zimne ciepło(A nie "zimne światło"? Bo najpierw jest, że nie czuł ciepła, a potem, że czuł zimne ciepło, co dla mnie trochę się ze sobą nie zgadza) , jakkolwiek by to nie brzmiało.

Mimo wszystko, (bez przecinka) poszedł, chciał poznać źródło "życia" tej jasności, bo z nikąd(znikąd) się tam nie pojawiła. Gdy po krótkiej przerwie od marszu, (bez przecinka) począł znów czynić ruch, zaczął slyszeć(słyszeć) niespodziewane krzyki, jakby jakichś ludzi obdzieranych ze skóry. Dosłownie. Brzmiało to tak, jakby ktoś wziął w ręce nóż lub inny przedmiot, w tym przypadku zbrodni, naciął na głowie otwór i zaczął rozrywać warstwy skóry aż do samych stóp. Nie było to miłe(przecinek) ani przyjazne uszom uczucie, ale chłopiec zbytnio się tym nie przestraszył.

Głośny huk jakby upadającego, sporego kawałku(kawałka) metalu, który jakimś cudem rozpadł się na parę kawałków, podniósł do góry, po czym opadł z większą siłą na podłogę. Tym również się nie przejął, zgiął tylko kolana,(bez przecinka) pod ciężarem cieni spowijanych w wielkiech(wielkiej) chmurze(spowijanych wielką chmurą) wokół wszystkich ścian korytarza.

Obawiał się jednak nadal tego, co może go spotkać przy tym dziwnym czymś, co wydaje się być z(ź)ródłem nikłej jasności. Ustał(Przystanął/Zatrzymał się/Stanął w miejscu). Nie miał po co iśc(iść) dalej, stał przy tym czymś, co w rzeczywistości, a być może tylko na jawie, bo mimo wszystko śnił, wydawało się nikłym płomieniem.

Nie mógł zauważyć jednak (przecinek) co tak naprawdę przed nim jest. Coś, bo nie wiedział (przecinek)co to. Coś, bo bał się domyślić (przecinek)co czuje. Coś, bo to Coś(coś) nie chciało się ujawnić. Wystarczyło mu jednak wiedzieć tylko, że to Coś(coś) istnieje i każe mu wrogim i złowieszczym szmerem(Nie można otworzyć drzwi szmerem, można otworzyć drzwi ze szmerem) otworzyć oczy i przemóc lęk, który samo tworzy. P

Mimo to,(bez przecinka) kolejne Coś(coś), co ugrzęzło na palu, wydawało się być martwe, sine i zimne.

Był cholerny strach, który się nie ujawniał, bo był to tylko sen, w którym kołysał się monotonnie, (bez przecinka)niczym łódź na odległym morzu w czasie mało intensywnego wiatru. Coś miało twarz potwora, diabła i lucyfera(Wszystko naraz? Jakoś mi nie pasuje.) (Lucyfera). Czarne oczy, sina skóra i szyderczy uśmiech, który ujawniał szare, szpiczaste kły, które układając(układały) się w dziwny sposób, jakby w pentagram.

Wyglądało na to, że nadal nie ma(miał) w podświadomości tego, że właśnie się zbudził i był to tylko jednorazowy, zły sen, zwykły koszmar, który u dzieci występuje często, bardzo często.

– Lusy, słuchaj(kropka) – g(G)łowa rodziny starała się mówić półgłosem, aby jednak Shivell ani inne dzieci nie usłyszały duskusji(dyskusji) rodziców (kropka)– Shivell ma już dwanaście lat.

– Mówisz o tym domu w Erdemont? – zbulwersowała się półgłosem matka (kropka)– Wiesz, co tam się działo? Mieliśmy już takie rudery, w których powiesiło się dwadzieścia osób, ale tam, w Erdemont (przecinek)zginęło więcej osób, ha, nie zginęło śmiercią tragiczną ani naturalną.

– Dobra, Lusy, uspokój się – zniżył ton(głos) ojciec(przecinek) widząc, jak jego żona przejmuje się tym, co ich czeka, a być może ich syna – pójdziemy jutro do biblioteki, tak? Znajdziemy historię tej rzekomo "diabelskiej" wsi, przeczytamy i będziemy mieli pewność, (bez przecinka) co do tego.

– Wszystko będzie w porządku, obiecuję Ci(ci) to.

Lusy wcale w to nie uwierzyła, phi(Takie coś pasuje do dialogu albo ew. narracji pierwszoosobowej, a nie trzecioosobowej jak w tym tekście) , cały czas była przerażona. Wiedziała, że nadchodzi zło i cierpienie. Wiedziała, że to nie będzie zwyczajne cierpnienie(cierpienie), na które przyjdzie czas w życiu każdego człowieka.

Szczerze mówiąc, znudziłam się podczas czytania tego fragmentu, zainteresowała mnie tylko sama końcówka. Zmęczył mnie szczególnie ten opis rodzinnej sielanki. No i nie odczułam tego, co, jak mi się zdaje, powinnam odczuć – opisany sen ani trochę mnie nie przestraszył, nie czułam ciarek, które odczuwam czasem przy czytaniu horrorów. Dla mnie im więcej "straszności", tym opis mniej straszny, w horrorach cenię właśnie to, że nie jest ujawnione, co dokładnie ma miejsce, nie czułam czegoś takiego w opisie tego snu.

Momentami trochę się gubiłam w twoich zdaniach, ale poza tym czytało mi się nieźle. To dopiero prolog, więc jeszcze wiele może się wydarzyć. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#4
Na początku nico nudno. Nie lubię gdy w prologu, opisuje się bohaterów. Moim zdaniem powinno to następować, kiedy przychodzi ich pora w rozdziałach. Bo w takim prologu przeczytasz i zapomnisz..
Zmieniasz czas narracji. Co trochę denerwuję.
Dużo literówek, których nie powinno być (aby ich uniknąć, wrzuć tekst np. do Worda, on Ci je podkreśli). Wkradło się też trochę nielogiczności.
Poza tym jakoś ten horror nie zdaje mi się straszny, ale to dopiero początek, więc zobaczymy.
Z oceną fabuły zaczekam do kolejnych części.
Najważniejsze jest jednak to, że nie zmęczyłem się, czytając ten tekst. Napisany niezłym stylem, który potrzebuje dopracowania.;)
Czekam na więcej ;)
Once bitten, twice shy.

Moje opowiadania:
Odcienie
Dream
Opowieści menelskie
Odpowiedz
#5
Dziękuję za opinie :) Błędy poprawię, gdy będę miał nieco więcej czasu, czyli dziś wieczorem.

/Edit Błędy (mam nadzieję) poprawione :)
"Trudno. Nie jestem już wiedźminem. Przestałem być wiedźminem. Na Thanedd, w Wieży Mewy. W Brokilonie. Na moście nad Jarugą. W jaskini pod Gorgoną. I tutaj, w lesie Myrkvid. Nie, ja już nie jestem wiedźminem. Będę się więc musiał nauczyć obywać bez wiedźmińskiego medalionu." – Wiedźmin, "Wieża Jaskółki", chyba najbardziej wzruszający moment w całej sadze, no, oprócz odejścia Ciri w "Pani Jeziora" :)
Odpowiedz
#6
(11-08-2014, 14:02)Haroshi napisał(a): Rodzina Petersonów właśnie przygotowywała się do wspólnego czwartkowego posiłku, przy wspólnym stole i zazwyczaj w gronie najbliżej rodziny, a miała ona pięciu członków.

Ja tam dalej widzę błędy. Sprawdź jeszcze raz ;)
Once bitten, twice shy.

Moje opowiadania:
Odcienie
Dream
Opowieści menelskie
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Jutro jeszcze raz sprawdzę, dzięki.

/Edit Powtórzenie, zmienienie paru zdań + zmiana wieku Shivella wstecz o jeden rok.
"Trudno. Nie jestem już wiedźminem. Przestałem być wiedźminem. Na Thanedd, w Wieży Mewy. W Brokilonie. Na moście nad Jarugą. W jaskini pod Gorgoną. I tutaj, w lesie Myrkvid. Nie, ja już nie jestem wiedźminem. Będę się więc musiał nauczyć obywać bez wiedźmińskiego medalionu." – Wiedźmin, "Wieża Jaskółki", chyba najbardziej wzruszający moment w całej sadze, no, oprócz odejścia Ciri w "Pani Jeziora" :)
Odpowiedz
#8
Po dwóch dniach po wysłaniu prologu ukazuje się rozdział pierwszy, który mam nadzieję nie będzie aż tak nudny jak jego poprzednik.

Miłej lektury,
Haroshi


Rozdział I

Herold przeżył to, czego nigdy nie miał zamiaru doświadczyć. Odczucia, że praca odbija mu się na zdrowiu psychicznym. Jednak często myślał o tym, co się stanie, gdy zlecenie, jakie przyjmie, będzie tak straszne i niepowtarzalne, że jego psychika tego nie wytrzyma. Będą halucynacje, które sprawią, że nie będzie kontaktowy, popadnie w depresję i zamknie się w sypialni. Sam, bez żony. Ona odejdzie od niego, poczuje, że jeśli jednak wyjdzie z pomieszczenia, nie spotka w domu nikogo. Tylko pal, szafot i piekło. Mękę i zło. Piekielne zło, które nie wypuści go z domu. Zatrzyma go tam na zawsze. Pochłonie jego ciało i duszę.
Nie miał jednak czasu na przemyślenia na temat tego, czego nie rozumiał. Miał na głowie wyjazd do biblioteki, gdzie wraz z Lusy miał poznać prawdę o Erdemont oraz posiadłości, do której niebawem zamierzali się udać. Niestety, wyjazd wiązał się z okrutną prawdą, która również mogła zostać w psychice rodziny do końca życia.
Po śniadaniu rodzice postanowili wymyślić jakieś usprawiedliwienie dotyczące tego, gdzie wyjeżdżają i na jak długo.
Narada trwała dosyć długo. W końcu matka oznajmiła dzieciom, że jadą na urodziny do przyjaciela ojca i wrócą wieczorem. Nie mają się martwić, w razie czego niech dzwonią. Shivell ma się pozostałą dwójką opiekować oraz zostać w domu i pod żadnym pozorem nikomu nie otwierać drzwi. Nikomu.
Samochód rodziny Petersonów był czerwony, ale tak stary, że firmy, która go wyprodukowała, nie dało się rozpoznać, chociażby po znaku firmowym. Przynajmniej działał i służył, to było najważniejsze. Wiadomym jest, że chcieliby mieć nowy, ekskluzywny samochód, w którym czuliby się jak bogowie. Niestety, nie było ich stać. Dlatego wybrali takie zlecenie jak dom w Erdemont. Wyjechali.
Gdy minęli znak drogowy, który oznajmiał, że wkraczają do miasta Torvell, Lusy poczuła ciarki. Wiedziała, że miejscowość ma coś wspólnego z Erdemont. Wiele wspólnego. Może aż za wiele? Nie czuła jednak strachu, a przygnębienie i smutek, który ogarnął ją dopiero wtedy, kiedy minęli znak. Nie wiedziała, że to ostatni raz, gdy go czuje.
Gmach biblioteki pokrywał mech. Tak, cały pokryty był mchem, na pierwszy rzut oka nie dało się zauważyć żadnej połaci, czy dachówki. Natomiast sam budynek był piękny. Pomalowany na jasnozielony kolor zlewał się z dachem. Bogato zdobione drzwi nasuwały myśli o skradzionych z jakiejś świątyni. Kołatka w kształcie lwa, pozłacana, również bogato zdobiona. Okna miały kształt identyczny jak większość domów w Veronii. Okrągłe z przecinającymi je na ćwiartki paskami plastiku. Ogółem piękny był to budynek, ale za nic przypominający bibliotekę.
W środku natomiast zewsząd unosił się zapach książek. Tych starych z archiwum oraz nowych, dopiero co przywiezionych z drukarni. Biblioteka była ogromna. Jednak ludzi było w niej mało. Większość siedziała, czytała, a mniejszość wybierała lekturę. Co dwa metry wzdłuż budynku stały drewniane regały o wysokości przynajmniej sześciu metrów, a szerokości sięgającej jeden metr. Było ich przynajmniej trzydzieści dwa. Począwszy od wierszy, skończywszy na archiwum, biografiach i historiach miast. Te trzy właśnie regały interesowały Lusy i Herolda, bo tam skrywała się tajemnica dotycząca zła i cierpienia...
W dziale, który ich interesował, znajdowały się różne zapiski sprzed co najmniej stu lat. Nie były one aktualizowane o nowe zjawiska czy wydarzenia. Nie wiadomo, czy ludzie za nie odpowiedzialni bali się czegoś, czy po prostu nikomu się nie chciało tego robić, chociaż w konstytucji jasno było napisane, że co dziesięć lat wszystkie archiwa muszą być w pewnym sensie odnawiane.
Jak we wszystkich bibliotekach czy księgarniach, książki były ułożone alfabetycznie. Lusy i Herolda interesowała tylko i wyłącznie literka E. Znaleźli więc odpowiednią półkę, na której powinny być artykuły, biografie na właśnie tę literę.
– Herold, patrz! – krzyknęła Lusy, a w jej głosie czuć było ciepło. – Znalazłam coś o Erdemont, tylko czekaj, czekaj. Tu jest tylko jedna strona i niektóre słowa są zamazane. Pójdźmy przeanalizować to do czytelni. Proszę.
Gdy oddzielili parawanem jedno stoisko czytelnicze od drugiego, zapalili lampkę i zaczęli po cichu czytać tekst.

21.10.1900
Nie zniosę tego więcej. Robią to, czego nie powinni. Codziennie wieszają mnie na pal, co dwa dni dają coś do jedzenia. Niewystarczająco. Nazywam się ####### i nie jestem sam. Słyszę głosy, a nikogo nie widzę. Nie zniosę tego więcej. Wiem, że to, co słyszę jest we mnie, kiedyś było moim przyjacielem. Krzywdzi mnie. Pyta, czy chcę z nim żyć. Mówię nie, wtedy boli najbardziej. To coś mówi, że rodzice chcą mnie zabić i powiesić na szafot. Nie mam pojęcia, co to szafot, ale domyślam się, że nie jest to przyjemne. Mówi też, że oddadzą mnie do piekła. Zawsze się pytam, gdzie to jest. Odpowiada, że na dole. Nazywam się ####### i nie jestem sam. Chyba się zgodzę, wtedy nie wyląduję na szafocie i nie będę musiał iść do piekła. Są moje urodziny, ale nie dostanę prezentu.
22.10.1900
Mieszkam w ########, nie chcę iść do piekła, dlatego się zgodziłem. Moje zęby zaczęły się zmieniać. Istota mówiła, że będzie mi lepiej, że zabierze mnie tam, gdzie nie będzie rodziców. Rozwiązała mnie. Miałem coś podpisać. Nie pamiętam nazwy, ale nazywało się to chyba cyrograf, ale nie jestem pewien. Dzięki temu nie umrę. Będę miał nowych rodziców, lepszych. I będę miał przyjaciela. Mówił, że przyjdzie do mnie, będzie ze mną w snach. Mówił też, że teraz umrę, a za sto dwa lata znów się urodzę, ale będę wszystko pamiętał. Będę mądrzejszy od innych. Najbardziej cieszę się z nowych rodziców. Jeszcze ich nie widziałem.
23.10.1900
Moja skóra zmieniła barwę. Chyba jest szara, nie rozróżniam kolorów. Mój przyjaciel mówił, że jutro już umrę i za sto dwa lata będę miał nowe życie, ale będę się tak samo nazywał i wyglądał. Szkoda, że nie mogę uwiecznić tego, jak teraz wyglądam, może ktoś by mnie pamiętał. Nazywam się ####### i nie jestem sam. Ciekawe, czy będę miał grób. Chyba nie będzie mi potrzebny.
24.10.1900
####### nie żyje, rodzice jeszcze o tym nie wiedzą. Jestem jego przyjacielem. Nazywam się ####### i jestem w jego ciele.
xx.xx.xxxx
Napisz własną historię z nowego życia, #######, czekamy. Włącznie z Twoimi nowymi rodzicami.

Psychika Herolda przestała na chwilę funkcjonować. Przypomniał sobie to, co widział wieczorem. Szafot, pal i kły. Praca zaczęła odbijać mu się na zdrowiu. Tego się obawiał. Lusy pewnie niczego nie zauważyła – pomyślał. – To dobrze.
– Prawda jest chyba bardziej chora niż sobie wyobrażaliśmy – powiedziała Lusy. – To nie będzie, kurwa, zwykła sprawa. Możliwe, że będziemy mieli ją na karku do końca naszego życia. Tak, to nie jest zwykła sprawa. To jest zawiła tajemnica, do której musimy znaleźć klucz, bo inaczej ten ktoś zacznie pisać tę historię. Rzecz w tym, że to my musimy tego dwunastolatka znaleźć, cholera.
– Lusy – odrzekł Herold przytulając żonę. – Nic nie musimy. Możemy porzucić tę sprawę i przyjąć inną, łatwiejszą i dobrze płatną.
– Nie. Bierzemy ją. Nie mogę dopuścić, żeby jakieś dziecko miało za przyjaciela Lucyfera, podpisywało cholerny cyrograf. Jego rodzice pewnie o tym nie wiedzą. Trzeba ustalić, co to za rodzina, chodź, pójdziemy do ludzi, którzy potrafią jakoś te zamazane słowa rozszyfrować.
– Nie jestem pewny co do tego. – Herold cały czas pamiętał wydarzenia z poprzedniej nocy. – Boję się o nas, o nasze dzieci. Przemyślmy to, proszę.
– Przestań. Idziemy, nie możemy czekać.
Zapominając o spytaniu się odpowiedniej osoby o to, czy mogą pożyczyć kartkę, wzięli ją i wyszli z budynku biblioteki. Wsiedli do swojego samochodu i odjechali.
– W ogóle, Lusy, to ja jestem strasznie ciekaw tego, kto będzie tym dzieckiem, a przerażony myślą, co może nam się stać i czy zdołamy uratować rodzinę tej osoby przed nieszczęściem, bo spójrz. Sto dwa lata temu wydarzyła się w tym Erdemont straszliwa rzecz. Może... Może pojedziemy tam teraz i popytamy najstarszych z wioski o to, czy wiedzą coś na temat tego domu, tamtej rodziny. Nic nie zaszkodzi zapoznać się z terenem, a później pojedziemy do tego gościa, który wyjaśni zamazane słowa. Zgadzasz się, kochanie?
Kobieta przez parę minut zachowywała grobową ciszę i myślała.
– Dobrze. Pamiętnik może poczekać, jedziemy do Erdemont. Tylko pamiętaj, ani słowa o nim. Nikt nie może się dowiedzieć, że to coś jest w naszych rękach.
Gdy minęli już kolejny znak oznajmiający, że wkraczają do Erdemont, Lusy nie poczuła smutku. Poczuła gniew i złość. Zupełnie tak, jakby była tym demonem w czasie, gdy chłopiec nie zgadzał się na podpisanie cyrografu i oddania swojego życia Lucyferowi. Tak, to było to uczucie. Diabelskie uczucie.
Nie była to duża wioska. Mieszkało tam około tysiąca mieszkańców. Wszystkie domy były zamieszkane, oprócz jednego, tego na rozstaju dróg. Gdy go mijali, odwracali wzrok, bo bali się, że ujrzą chłopca lub jego serdecznego przyjaciela.
Przystanęli przy jednym z domów. Zwykła, murowana budowla pomalowana na kolor czerwony. W odróżnieniu od biblioteki dach miał ładną, brązową dachówkę oraz zwykłe, drewniane drzwi. Chwilę patrzyli na niego z okien samochodu, zastanawiając się, czy warto wyjść i zapukać.
– Dobra, idziemy, nie ma się co ociągać.
Gdy opuścili pojazd, zamknęli drzwi po czym westchnęli ciężko. Przygniótł ich chyba ciężar całego przedsięwzięcia. Jednak nikt z dwojga dorosłych nie pałał się do wyznania prawdy.
Po ruszeniu ręką i puknięciu w drzwi niemalże natychmiast otworzyła je niska, starsza pani o siwych włosach. Wzrok miała przyjazny, ale zaciekawiony. Chyba rzadko kto ją odwiedzał.
– Dzień dobry państwu – powitała ciepło Lusy i Herolda. – W czym mogę służyć, może wejdziecie, napijecie się czegoś?
– Nie chcemy psuć pani planów, ale chętnie byśmy weszli, bo mamy wiele pytań.
– Nie mam żadnych planów. Gdzie niby? W Erdemont? Proszę, nikt tu nie bywa. No, prawie nikt.
Budynek jak na zewnątrz, tak wewnątrz był zadbany i ustrojony po staremu, jak to na starszą osobę przystało. Coś jednak przykuło uwagę Herolda. Na komodzie obok szafki na buty stał oprawiony w ramkę tekst zapisany na kartce papieru. 1990 r. – pamiętamy. Podniósł go i jakby jakaś siła przeszyła go na wylot i powiedziała coś w niezrozumiałym języku. Coś na styl hebrajskiego czy arabskiego. Odłożył obrazek z powrotem, z nakazu, nie z dobrej woli.
Pokój gościnny był piękny. Przystrojony mnóstwem kwiatów, których zapach roznosił się po całym domu. Perski dywan na podłodze oraz wizerunek Jezusa na ścianie. Ściany były koloru zielonego, pasowały do kwiatów. Fotele, na których usiedli, były pięknie zdobione i głębokie.
– Bardzo się cieszę, że ktoś mnie odwiedził. Jak żyję równo sto lat ani razu mnie nikt nie odwiedził. A szkoda, mam tyle do opowiedzenia. Proszę, oto herbata dla państwa.
– Proszę pani. Chcemy wiedzieć wszystko o domu na rozstaju dróg. Jesteśmy specjalistami do spraw paranormalnych. Dostaliśmy sprawę właśnie w tym domu, za tydzień się tam wybieramy, dlatego chcemy poznać jak najwięcej szczegółów i tajemnic dotyczących tego budynku.
Starsza pani zamarła, nie miała zamiaru udzielać jakichkolwiek informacji na temat słynnego domu w Erdemont. Nie mogą się dowiedzieć, co dokładnie tam zaszło – pomyślała. Nie obchodzi mnie to, czy są jakimiś badaczami duchów czy nawiedzonych domów. Żadne osoby nie powinny wiedzieć o tym, co miało miejsce w tym budynku. Słynne wieszanie na pal, spalanie żywcem, opętanie. O nie, nic im nie powiem. Żadnego tropu też nie mogą znaleźć, bo wszystko zostało spalone… oprócz kartki z pamiętnika, tej jedynej, która została wyrwana z całości. Pewnie krąży gdzieś, nie ma szans, żeby wpadła w ich ręce, to niemożliwe.
– Nic nie powiem, idźcie sobie, nie mam zamiaru wyjawiać tej cholernej tajemnicy. Źle trafiliście, bardzo źle. Nie wiem, kto wydał wam to zlecenie, ale na pewno ta osoba nie miała pojęcia o tym miejscu albo chce się was pozbyć raz na zawsze. Lepiej będzie, jak stąd wyjedziecie i zapomnicie o wszystkim. Dla waszego dobra. Tylko i wyłącznie.
– Prosimy, za dużo już wiemy. Nie możemy pozwolić, aby temu chłopcu się coś stało…
Lusy urwała. Wiedziała, że powiedziała za dużo. Nie powinna tego mówić. Powinna zachować to w tajemnicy i nie rozgadywać na prawo i lewo tego, co jest zabronione.
– Czy wy… Czy to wy macie kartkę z pamiętnika? Cholera, nie żartujcie. Powiedzcie, że to wymyśliliście, bo oszaleję…
– Nie mamy wyboru – podjął Herold. – Byliśmy dzisiaj w bibliotece i jedyną rzeczą, jaką znaleźliśmy w indeksie o Erdemont, była tylko ta jedna kartka, proszę. Chyba nawet dobrze, że tylko jedna, bo całości notatek chyba byśmy nie przeżyli.
Starsza pani spojrzała z przerażeniem na kartkę papieru, westchnęła i poczęła mówić.
– Powiem wam tak. Rodzina Roswellów na początku była zwyczajna. Rodzice bardzo kochali swojego syna. Pierwsze osiem lat jego życie było istną sielanką. Otrzymywał to, na co miał ochotę, miał wielu przyjaciół, dobrze się uczył. Wszyscy go chwalili. Do czasu. Nic nie trwa wiecznie, jak to się mówi. Zaczęło się od wyobrażania sobie przez niego przyjaciela, nazywał się Shizomi, tak… Opowiadał on o nim wspaniałe rzeczy. Początkowo rodzice udawali, że też go znają. No ale słynny Shizomi zaczął opowiadać, że chcą z nim zrobić porządek. Oddać do domu dziecka i różne rzeczy, co oczywiście było nieprawdą. Biedny dzieciak nie wiedział, co o tym myśleć. Był zbyt mały, aby rozpoznać, co jest dobre, a co złe. Przygarnął demona do siebie i się zaczęło. Sprzeciwiał się rodzicom. Zamykał się w pokoju, bluźnił strasznie. Zaczął rysować przeróżne rzeczy. Pentagramy, rysunki obrażające Świętą Trójcę. Wtedy ojciec chłopca zaczął podejrzewać opętanie. Zaprosił do domu egzorcystę, ale było za późno. Gdy tylko ten wszedł do jego pokoju, chłopiec rzucił się na niego z nożem. Nie przeżył. Wciągnął zwłoki do pokoju, zamknął drzwi i już nikt nic nie słyszał. Nie wiadomo, co się z księdzem stało. Chłopiec nie wychodził z pomieszczenia, no, przez dobry rok, nic nie jadł, nie pił, a żył. W końcu był ze swoim przyjacielem, który nie opuszczał go ani na krok. Resztę już znacie. Ojciec przywiązywał syna najpierw do łóżka, później do pala, wtedy dzieciak podpisał cyrograf i zmarł. Z tym nowym życiem to chyba bujda, przynajmniej ja w to nie wierzę. Sądzę, że sprytny diabeł oszukał chłopca, a duszę zgarnął dla siebie. Cwane demony, oj, cwane. W każdym razie nikt nie może się dowiedzieć o tym, co wam powiedziałam, a kartkę z pamiętnika spalcie, bo imienia chłopca nikt nie znał i pewnie nigdy nikt się nie dowie, jak rodzice na niego wołali w domu. Wie to tylko jedna istota, jego zasrany przyjaciel, który podobno cały czas mieszka w tym domu. Mimo tego od stu lat jest na sprzedaż, ciekawe, czy ktoś się skusi… Ponoć nikt nie wie o żadnych wydarzeniach na rozstaju, a pusty stoi. Piękny dom, a cena niska. No cóż, tylko czekać. A jeśli chodzi o tę kartkę, co znaleźliście, nie wiem, jakim cudem przetrwała. Całość spalono pięćdziesiąt lat temu w centrum wioski. Wraz ze zwłokami syna Roswellów. Zjechali się wtedy ludzie nawet z Berlina i Warszawy, sławne wydarzenie, a jakie piękne, przynajmniej dla reporterów i dziennikarzy. Robili tylko zdjęcia, nikt nie pomodlił się o jego duszę, niewierne skurwysyny. Pozostały tylko wspominki, ale i tak nikt nie chce o tym rozmawiać, bo się boją, że Shizomi również wtargnie do życia ich dzieci, co jest zwykłą bajką. To chyba wszystko, co wiem, oprócz poprzednich lokatorów, co was chyba już nie interesuje.
– Chcemy poznać wszelkie szczegóły dotyczące tego domu, włącznie z poprzednimi właścicielami. Proszę, niech pani nam powie…
Starsza pani najwidoczniej chciała ukryć przed Petersonami część tajemnicy, ale wiedziała, że jej się nie uda. Za duży okres czasu nikt jej nie odwiedzał, do nikogo się nie odzywała. Uległa.
– No, powiem krótko i zwięźle. Piwnica. W piwnicy tego domu, gdzieś dwieście lat temu, praktykowano magię. Dziwną magię. Uważano, że psy i koty bez skór są znacznie piękniejsze, no i że po takim zabiegu przeżyją, tak… Żywcem zdzierali ze zwierząt skórę, w nadziei mając, że będą biegać jak wesołe baranki z nowym życiem. Gdy jeden nie przeżył, przygotowywano specjalną tablicę, która ponoć miała właściwości przywracania dusz. Pewnie leży gdzieś w piwnicy. Później było tylko gorzej. Gdy eksperymenty ze zwierzętami się nie udawały, brali ludzi. Przynajmniej tak słyszałam. No i wtedy, po śmierci czy raczej samobójstwie tej rodziny, wprowadzili się ci z synem. Piwnica już wtedy była zabita dechami i chyba dobrze, że tam nie wchodzili. Może chcieli, ale to był nakaz. Nieczysta siła kazała zostać tam, gdzie są. Na powierzchni. To wszystko, do widzenia.
Wcześniej mieliśmy do czynienia tylko i wyłącznie z jednym trupem w domu, którego dusza nie miała dużo szczęścia i zaczęła sobie straszyć, a teraz to – pomyślał Herold. Coraz bardziej nie jestem pewny co do tej roboty. Lusy i tak będzie chciała, nie pomogą moje prośby i płacz. Pomyśleć, że Shivell chciał jeszcze z nami jechać, o nie, tego by było za wiele dla tak młodego dziecka.
Lusy nic nie powiedziała, wstała, zabrała kartkę z pamiętnika i dziękując, podała na pożegnanie rękę starszej pani, i wraz z mężem opuściła budynek. Wiedziała już wszystko i nie mogła odpuścić, bo cały czas myślała o tym, że gdzieś tam żyje dwunastoletni chłopiec, którego niebawem odwiedzi demon. Wierzyła w to i nie dała się omamić i przestawić, że to wszystko to jedna zwykła bujda. Była już za daleko, żeby odpuścić. Wyszli z domu.
– Herold, słuchaj. Jest już osiemnasta, musimy szybko pojechać do faceta, który choć trochę rozszyfruje nam słowa na kartce, i wracać do domu, bo nie wiadomo, co z naszymi dziećmi. Nie są pełnoletnie.
– Przestań. Nie są też niemowlakami, które nie potrafią się umyć czy położyć spać. Jedźmy powoli i ostrożnie, bo jeszcze nam może się coś stać.
– To nie jest pora na żarty, ruszajmy.
Dojechanie na miejsce zajęło im nie więcej niż pół godziny. Nie zwracali uwagi na kolor domu, bo dobrze znali fioletowy budynek, mieszkał tam ich przyjaciel, John. Miał trzydzieści osiem lat, czyli osiem mniej od Herolda i Lusy. Nie miał żony ani dzieci. Postanowił prowadzić spokojne, samotne życie. Wraz z Petersonami jeździł na przeróżne akcje więc mimo samotności, czuł się bardzo dobrze.
– Któż to mnie odwiedził! – krzyknął John. – Co was do mnie sprowadza? Nowa sprawa czy może przyjacielska pogawędka?
– To i to. Mamy sprawę w Erdemont, pewnie słyszałeś. Znaleźliśmy kartkę z pamiętnika tamtego chłopaka, ale jak widzisz imię oraz nazwa miejsca jest zamazana, chociaż to drugie nie jest istotne. Dałoby się coś zrobić?
– Wy zawsze coś nie do znalezienia znajdziecie, dobrzy jesteście. Wiecie, to nie jest zwykłe zamazanie długopisem, trzynaście lat jak robię w branży, to na oczy czegoś takiego nie widziałem, no cóż. Zobaczę, co da się zrobić, chwila.
Wszyscy zeszli do dosyć dużej piwnicy. Na środku stał wielki stół służący ewidentnie do rozszyfrowania jakichś znaków czy rozpoznawania pisma. Cały pokryty był jakąś czarną cieczą, którą trzeba namoczyć papier i wsunąć go do specjalnego urządzenia stojącego zaraz koło blatu. John włączył komputer, zanurzył kartkę w ciemnym płynie, włączył specjalny program, wyjął papier i wsunął go do maszyny.
Minęło pół godziny, coś pisnęło w maszynie, John wyjął kartkę i usiadł przy biurku.
– Zwykle to trwa dwie minuty, już myślałem, że to cholerstwo zepsuło mi maszynę, ale po prostu tak to było zaszyfrowane, ale i tak niewiele widać. Jak pewnie już zauważyliście, nazwa to Erdemont, a imię to zlepki liter. #h####l, nic z tego nie wynika. To chyba wszystko. Więcej nie zdołam wyciągnąć, przykro mi.
– No nic. Dzięki chociaż za to, John. My już będziemy się zbierać, bo dzieciaki pewnie się martwią. Jak będziemy jechać do tego słynnego miasta, to wpadniemy po ciebie.
Herold uścisnął rękę Johnowi i razem z Lusy wyszli z domu. Nie mieli pojęcia, co to za imię, ale postanowili trochę pokombinować, bo w końcu to ich praca, więc nie mogli się poddać.
– Lusy, jak widzisz, to ktoś nie chciał, aby ktokolwiek poznał imię chłopca. Nie wiem dlaczego. Sam nie mam pojęcia, co to może być.
– Do tej pory nikt nie poznał, ale niedługo to się zmieni. A teraz jedźmy do domu, bo Shivell, Max i Rose pewnie rozrabiają i tęsknią.
– Rozrabiają na pewno, a czy tęsknią. Obawiam się, że nie.
Obaj udawali, że mają dobry humor, ale tak naprawdę oboje wiedzieli, że to dopiero początek, że zło i cierpienie dopiero nadejdzie. Jednak nie mogli dać sobie tego do wiadomości. Cały ból i cierpienie skrywali w swoich sercach. Zamykali je na kłódkę, aby nikt nie odkrył ich uczuć.
Wjechali samochodem do swojego garażu, wyłączyli silnik, wyszli z samochodu, odetchnęli i otworzyli drzwi wejściowe.
– Już jesteśmy, dzieci!
"Trudno. Nie jestem już wiedźminem. Przestałem być wiedźminem. Na Thanedd, w Wieży Mewy. W Brokilonie. Na moście nad Jarugą. W jaskini pod Gorgoną. I tutaj, w lesie Myrkvid. Nie, ja już nie jestem wiedźminem. Będę się więc musiał nauczyć obywać bez wiedźmińskiego medalionu." – Wiedźmin, "Wieża Jaskółki", chyba najbardziej wzruszający moment w całej sadze, no, oprócz odejścia Ciri w "Pani Jeziora" :)
Odpowiedz
#9
(14-08-2014, 16:03)Haroshi napisał(a): Jednak często myślał o tym, co się stanie, gdy zlecenie(przecinek) jakie przyjmie(przecinek) będzie tak straszne i niepowtarzalne, że jego psychika tego nie wytrzyma.

Nie miał jednak czasu na przemyślenia na temat tego (przecinek)czego nie rozumie(rozumiał). Miał na głowie wyjazd do biblioteki, gdzie wraz z Lusy miał poznać prawdę o Erdemont oraz posiadłości, do której niebawem mieli się udać. Niestety, wyjazd wiązał się z okrutną prawdą, która również może (mogła) zostać w psychice rodziny do końca życia.

Po śniadaniu, (bez przecinka) rodzice postanowili wymyślić jakąś wymówkę("wymówka" to coś, co mówi się, żeby czegoś uniknąć, np. jakiegoś wyjścia, a tutaj chodzi o "oficjalną wersję" czy coś w tym rodzaju, może "usprawiedliwienie" byłoby lepsze.) dotyczącej(dotyczącą) tego, gdzie wyjeżdżają i na jak długo.

Nie mają się martwić, mają sobie coś zrobić do jedzenia.

Samochód rodziny Peterson’ów był czerwony, ale tak stary, że firmy, która go wyprodukowała(przecinek)nie dało się rozpoznać, chociażby po znaku firmowym.

Gdy minęli znak drogowy, który oznajmiał, że wkraczają do miasta Torvell, Lusy poczuła ciarki. Czuła, że miejscowość ma coś wspólnego z Erdemont. Wiele wspólnego. Może aż za wiele? Nie czuła jednak strachu, a przygnębienie i smutek, który ogarnął ją dopiero wtedy, kiedy przekroczyli(Lepiej "minęli") znak. Nie wiedziała, że to ostatni raz (przecinek)gdy go czuje.

Pomalowany na jasny zielony(jasnozielony) kolor zlewał się z dachem.

Ogółem, (bez przecinka) piękny był to budynek, ale za nic przypominający bibliotekę.

Większość siedziała, czytała, a mniejszość wybierała lekturę do czytania. (zbędne, a tworzy powtórzenie)

W dziale, który ich interesował(przecinek) znajdowały się różne zapiski sprzed stu lat co najmniej(co najmniej stu lat). Nie były one aktualizowane o nowe zjawiska, (bez przecinka) czy wydarzenia. Niewiadomo(Nie wiadomo) (przecinek)czy ludzie za nie odpowiedzialni bali się czegoś, czy po prostu nikomu się nie chciało tego robić, chociaż w konstytucji jasno było napisane, że co dziesięć lat wszystkie archiwa muszą być w pewnym sensie odnawiane.

Począwszy od A, a skończywszy na Z.(No cóż, porządek alfabetyczny nie może wyglądać inaczej, więc według mnie to zdanie jest zbędne.) Lusy i Herolda interesowała tylko i wyłącznie literka E. Znaleźli więc odpowiednią półkę (przecinek)na której powinny być artykuły, biografie na właśnie tą literę.

Robią to (przecinek)czego nie powinni.(...) Pyta się(zbędne)(przecinek)czy chcę z nim żyć. (...)Nie mam pojęcia (przecinek)co to szafot, ale domyślam się, że nie jest to przyjemne. Mówi też, że oddadzą mnie do piekła. Zawsze się pytam (przecinek)gdzie to jest.

Mówił też, że teraz umrę(przecinek) a za sto dwa lata znów się urodzę, ale będę wszystko pamiętał.

Szkoda, że nie mogę uwiecznić tego(przecinek) jak teraz wyglądam, może ktoś by mnie pamiętał. Nazywam się ####### i nie jestem sam. Ciekawe (przecinek)czy będę miał grób.

– Prawda jest chyba bardziej chora niż sobie wyobrażaliśmy – powiedziała Lusy(kropka) – To nie będzie kurwa zwykła sprawa.

– Lusy – odrzekł, przytulając żonę, Herold.(Lepiej "odrzekł Herold, przytulając żonę") – Nic nie musimy.

– Nie. Bierzemy ją. Nie mogę dopuścić, żeby jakieś dziecko miało za przyjaciela lucyfera(Lucyfera), podpisywało cholerny cyrograf. Jego rodzice pewnie o tym nie wiedzą. Trzeba ustalić(przecinek) co to za rodzina, chodź, pójdziemy do ludzi, którzy potrafią jakoś te zamazane słowa rozszyfrować.

– Nie jestem pewny co do tego(kropka) – Herold cały czas pamiętał wydarzenia z poprzedniej nocy.

(...) Może pojedziemy tam teraz i popytamy najstarszych (z) wioski o to, czy wiedzą coś na temat tego domu, tamtej rodziny. Nic nie zaszkodzi zapoznać się z terenem, a później pojedziemy do tego gościa, który wyjaśni zamazane słowa. Zgadzasz się(przecinek) kochanie?

Gdy minęli już kolejny znak oznajmiający, że wkraczają do Erdemont(przecinek) Lusy nie poczuła smutku. Poczuła gniew i złość. Zupełnie tak, jakby była tym demonem, w czasie,(bez przecinka) gdy chłopiec nie zgadzał się na podpisanie cyrografu i oddania swojego życia lucyferowi(Lucyferowi – chodzi tu o imię, jak mniemam, więc dlatego poprawiam).

Wszystkie domy były zamieszkane, oprócz jednego, T(t)ego na rozstaju dróg. Gdy go mijali (przecinek)odwracali wzrok, bo bali się, że ujrzą chłopca lub jego serdecznego przyjaciela.

Zwykła, murowana budowla, (bez przecinka) pomalowana na kolor czerwony. W odróżnieniu od biblioteki, (bez przecinka) dach miał ładną, pomalowaną na brązowy kolor dachówkę oraz zwykłe, drewniane drzwi. Chwilę popatrzyli(Lepiej: patrzyli) na niego z okien samochodu, zastanawiając się, czy warto wyjść i zapukać.

Gdy opuścili pojazd, zamknęli drzwi (i/po czym/a potem by pasowało) westchnęli ciężko. Przygniótł ich chyba ciężar całego przedsięwzięcia. Jednak nikt z dwójki (Lepiej: dwojga/pary) dorosłych nie pałał się do wyznania prawdy.

Po ruszeniu ręką i puknięciu w drzwi, niemalże natychmiast otworzyła je niska(przecinek) starsza pani o siwych włosach.
– Dzień dobry państwu – powitała Lusy i Herolda ciepło starsza pani o siwych włosów(włosach).

Fotele(przecinek) na których usiedli (przecinek) były pięknie zdobione i głębokie.

– Bardzo się cieszę, że ktoś mnie odwiedził. Jak żyje(ę) równo sto lat(przecinek) ani razu mnie nikt nie odwiedził. A szkoda, mam tyle do opowiedzenia.

Nie mogą się dowiedzieć (przecinek) co dokładnie tam zaszło – pomyślała. Nie obchodzi mnie to (przecinek) czy są jakimiś badaczami duchów czy nawiedzonych domów. Żadne osoby nie powinny wiedzieć o tym, co miało miejsce w tym budynku. Słynne wieszanie na pal, spalanie żywcem, opętanie nie z tej ziemi(opętanie chyba nigdy nie jest "z tej ziemi"). (...)Pewnie krąży gdzieś, nie ma szans, żeby znalazła się w ich ręce(wpadła w ich ręce/znalazła się w ich rękach), to nie możliwe(niemożliwe).

(...) Nie wiem, kto wydał wam to zlecenie, ale na pewno ta osoba nie miała pojęcia o tym miejscu albo chce się Was(zaimki z małej litery) pozbyć raz na zawsze. Lepiej będzie(przecinek) jak stąd wyjedziecie i zapomnicie o wszystkim.

– Prosimy, za dużo już wiemy. Nie możemy pozwolić(przecinek) aby temu chłopcu się coś stało…

– Byliśmy dzisiaj w bibliotece i jedyną rzeczą(przecinek) jaką znaleźliśmy w indeksie o Erdemont(przecinek) była tylko ta jedna kartka, proszę.

– (...) Przez(zbędne) pierwsze osiem lat jego życie było istną sielanką.(...)Nic nie trwa wiecznie (przecinek) jak to się mówi. (...)Oddać do domu dziecka i różne rzeczy, co oczywiście było nie prawdą(nieprawdą). Biedny dzieciak nie wiedział, co o tym myśleć. Był zbyt mały, aby rozpoznać(przecinek) co jest dobre, a co złe. (...)Gdy tylko ten wszedł do jego pokoju, rzucił się na niego z nożem. (Zmieszały się podmioty, trochę wychodzi na to, że to egzorcysta rzucił się na chłopca z nożem i nie przeżył, wystarczy gdzieś dodać "dziecko" albo "chłopiec" czy coś.) Nie przeżył. (...) Niewiadomo (Nie wiadomo)co się z księdzem stało. (...)Cwane demony, oj (przecinek) cwane. W każdym bądź razie(W każdym razie) nikt nie może się dowiedzieć o tym, co wam powiedziałam, a kartkę z pamiętnika spalcie, bo imienia chłopca nikt nie znał i pewnie nigdy nikt się nie dowie, jak rodzice na niego wołali w domu. (...) Mimo tego, (bez przecinka) od stu lat jest na sprzedaż, ciekawe (przecinek) czy ktoś się skusi… (...)A jeśli chodzi o tą(tę) kartkę co znaleźliście, nie wiem jakim cudem przetrwała. Całość spalono pięćdziesiąt lat temu w centrum wioski.

(...)W piwnicy tego domu, gdzieś dwieście lat temu (przecinek) praktykowano magię. Dziwną magię. Uważno(Uważano), że psy i koty bez skór są znacznie piękniejsze, no i, (bez przecinka) że po takim przebiegu przeżyją, tak… (...)No i wtedy, po śmierci,(bez przecinka) czy raczej samobójstwie tej rodziny, wprowadzili się ci z synem.

Pomyśleć, że Shivell chciał jeszcze z nami jechać, o nie, tego by było za wiele, (bez przecinka) dla tak młodego dziecka.

Wiedziała już wszystko i nie mogła odpuścić, bo cały czas myślała o tym, że gdzieś tam, (bez przecinka) żyje dwunastoletni chłopiec, którego niebawem odwiedzi demon.

– Herold, słuchaj. Jest już osiemnasta, musimy szybko pojechać do faceta, który choć trochę rozszyfruje nam słowa na kartce i wracać do domu, bo niewiadomo(nie wiadomo)(przecinek) co z naszymi dziećmi.

(...) Jedźmy powoli i ostrożnie, bo jeszcze nam może się (coś) stać.

Nie miał żony, (bez przecinka)ani dzieci. Postanowił prowadzić spokojne, samotne życie. Prowadził spółkę razem z Petersonami, więc mimo samotności, czuł się bardzo dobrze.

– Co was do mnie sprowadza? Nowa sprawa, (bez przecinka)czy może przyjacielska pogawędka?

Cały pokryty był jakąś czarną cieczą, którą można było namoczyć papier i wsunąć go do specjalnego urządzenia, (bez przecinka)stojącego zaraz koło blatu. John włączył komputer, zanurzył kartkę w specjalnym płynie, włączył specjalny program, wyjął papier i wsunął go do maszyny.

Jak pewnie już zauważyliście(przecinek) nazwa do(to) Erdemont, a imię to zlepki liter.

– No nic, dzięki (przecinek) John chociaż za to.

Nie mieli pojęcia (przecinek) co to za imię, ale postanowili trochę pokombinować, bo w końcu to ich praca, więc nie mogli się poddać.
– (...) Nie wiem(przecinek) dlaczego.

– Już jesteśmy(przecinek) dzieci!

Hm, niezbyt wiem, jak podejść do tego tekstu. Zdaje mi się, że wziąłeś na siebie dość trudne zadanie.
Sam fakt, że taka rodzinka jeździ sobie po świecie i zajmuje się zjawiskami paranormalnymi wydaje mi się trochę nierealny, mało prawdopodobny.
Jeśli chodzi o klimat... nie czuję go. Jak już mówiłam, w horrorach cenię niedopowiedzenia, taki dreszczyk na karku podczas czytania, kiedy nie wiadomo, co się stanie w następnym zdaniu. Tutaj nie odczuwam tego "horrorowego" klimatu, na tym etapie wrzuciłeś już dużo elementów okultystycznych i dlatego moim zdaniem opowiadanie straciło na grozie.
Niezbyt podobają mi się dialogi, brzmią tak sztywno, nienaturalnie, jakby bohaterowie wcale nie przeżywali emocji, o których piszesz. Zwłaszcza ta wypowiedź starszej pani mi nie podeszła – była nieprzerwanym monologiem, jakby na jego czas wyłączył się narrator. Przydałyby się w nim wstawki typu: "powiedziała grobowym głosem", "w jej głosie zabrzmiał gniew" czy coś takiego – coś, co lepiej oddałoby emocje.
Tyle ode mnie. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#10
Nie będę tłumaczył się tym, że po raz pierwszy piszę horror, bo to nie byłoby na miejscu. Doskonale rozumiem o co Ci chodzi z tym dreszczykiem czy nie dopowiedzeniami, bo sam chciałbym, aby przy czytaniu jakiegoś innego horroru czuł to samo. Postaram urozmaicić rozdział drugi.

Jeśli natomiast chodzi o monolog starszej pani, również przepraszam. W następnej części tekstu postaram się dodać wiele rzeczy, które poprawią opowiadanie.

Błędy poprawię przy najbliższej okazji.

Dziękuję za opinię.

PS: Można dodawać jednocześnie na forum kilka opowiadań?

/Edit Błędy wytknięte przez Vetalę poprawione ;)
"Trudno. Nie jestem już wiedźminem. Przestałem być wiedźminem. Na Thanedd, w Wieży Mewy. W Brokilonie. Na moście nad Jarugą. W jaskini pod Gorgoną. I tutaj, w lesie Myrkvid. Nie, ja już nie jestem wiedźminem. Będę się więc musiał nauczyć obywać bez wiedźmińskiego medalionu." – Wiedźmin, "Wieża Jaskółki", chyba najbardziej wzruszający moment w całej sadze, no, oprócz odejścia Ciri w "Pani Jeziora" :)
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości