Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Obyczajowe Moja babcia Franciszka
#1
Opowiadanie napisane kilka lat temu na konkurs. Dziś jakby pasuje, bo jest troszeczkę o życiu, troszeczkę o relacjach rodzinnych, ale też zawiera wątek powstańczy. Opowiedziana historia jest prawdziwa. Może wam się spodoba? :)

BABCIA MOJA KOCHANA

Babcia moja, Franciszka, była kobietą charakterną. Taką, co to Bogu co boskie, a ludziom co ludzkie oddać umiała. Dwie wojny światowe przeżyła, pieriestrojkę, okrągły stół i demokrację. Ledwie kilka klas szkoły podstawowej ukończyła, ale wiedzę miała naprawdę imponującą na każdy temat. Czytała dużo i przy każdej okazji, a z telewizją też zaprzyjaźniła się tak szybko, jak szybko pierwszy telewizor w domu zawitał i choć spluwała za siebie podczas obrzydliwych, całuśnych scen, to nie odpuściła żadnego odcinka ulubionego serialu, a już nie daj Boże dziennika telewizyjnego. Metody wychowawcze babci były kategoryczne i nieodwołalne. Nie garbiły się dzieci, bo wcięta ręka babci błyskawicznie plecy prostowała. Nie obgryzały paznokci, a wszelkie natręctwa lub tiki kończyły się z chwilą ich przyuważenia – ścierką po łapach.
Nie była kobietą piękną w rozumieniu klasycznego piękna, ale postawną, jak sama mówiła o sobie, jak również elegancką. Wszystko musiało idealnie pasować do siebie. Rzeczy zawsze były czyściutkie i wyprasowane, poskładane w kosteczkę na właściwych półkach szafy. W każdych okolicznościach, czy to przy sianokosach, czy dojeniu krów, czysty fartuszek i chusteczka na głowie. Tego też nas nauczyła:
– Kobieta musi być czysta i zadbana – powtarzała jak pacierz nasza niewykształcona, starej daty babcia.
Ktoś mógłby rzec, że metody wychowawcze babci Franciszki to znęcanie się nad dziećmi – nic bardziej mylnego. To prawda, że wbijała w nasze głowy – czasem ścierką – szacunek dla pracy, porządku, ludzi i Boga. To prawda też, że wszelki sprzeciw duszony był w zarodku, ale swoje dzieci, a potem wnuki i prawnuki kochała nade wszystko i uważała za najpiękniejsze na świecie.
Najlepsze były wieczory w towarzystwie babci, a czasem całej rodziny, bo kiedy był czas na zabawę, to jej apodyktyczność ulatywała gdzieś bez śladu. Grała z nami w dupniaka i jeśli przegrała, to posłusznie przewieszała się przez taboret, wystawiała tyłek i zbierała klapsy jak wszyscy – to były chwile naszej zemsty.
Jednak najbardziej uwielbialiśmy opowieści, a jak wcześniej nadmieniłam, babcia była skarbnicą wiedzy i wspomnień.
Najciekawsze były te dawne, bo trzeba tu powiedzieć, że jej pamięć rosła wprost proporcjonalnie do odległości w czasie – jak to u starszych ludzi.
Zaczynała opowieść, rozwijała, wplatając coraz to nowe wątki, a czasem zapędzała się tak bardzo, że nie zawsze potrafiła do starych wrócić – chyba że pomagał jej w tym syn.
– To nie było tak, ja to dobrze pamiętam – wtrącał czasem.
– Co pamiętasz? Figę z makiem pamiętasz, szczyl wtedy byłeś, a w ogóle, to się zamknij, jak ja mówię.
Z grubsza tak wyglądały dyskusje, po czym ze spokojem w głosie kontynuowała swoją historię.
Jeden wieczór szczególnie utkwił w mojej pamięci.
Była już wtedy starszą panią po siedemdziesiątce, toteż opowieść mocno cofnięta w czasie toczyła się płynnie.
Historia dotyczyła wojny, II wojny światowej, gdyż, jak wspomniałam, babcia przeżyła obie.
– Mieszkaliśmy na wsi – zaczęła – ale nie takiej wsi zabitej dechami, bo do Warszawy ledwie trzy kilometry było. Obrabialiśmy z dziadkiem gospodarstwo, trochę ziemi własnej, trochę dzierżawionej. Oho! Dziadek to przystojny mężczyzna był na całą okolicę. – Przerwała, by otrzeć łezkę. – Roznosiłam mleko do pań z Marek (podwarszawska miejscowość – przyp. autora), a jak krowy dawały więcej mleka, to i na Zacisze z bańkami na plecach się szło. Najbardziej lubiłam zachodzić do Żydówek, bo zawsze kawą poczęstowały ze śmietanką i rogalikiem, porozmawiały i szanowały człowieka. To jeszcze przed wojną było, bo jak Niemcy przyszli, to Żydów zaraz z Marek wywieźli. Szkoda ich, ale co zrobić, takie to czasy. – Znów przerwa na otarcie łez. – Obok domu była sadzawka, gdzie dzieciaki latem schodziły się na kąpanie, a zimą na łyżwy.
Wasza ciotka Ulka dwanaście lat wtedy miała, a tak na łyżwach jeździła, że Niemcy schodzili się nad sadzawkę popatrzeć, a że śliczna była, to i zdjęcia chętnie robili, czekoladę dali albo puszkę mielonki. Nie raz stali nad brzegiem w tych swoich eleganckich płaszczach, w skórzanych rękawiczkach i szwargotali do siebie i machali Urszuli rękami, żeby jeszcze kółko zrobiła. A znowuż Natalcia to takie dobre dziecko, takie kochane.
– Usiądź, mamusiu – mówiła. – Nadźwigałaś się tych baniek, to ja ci herbaty zrobię, nogi rozmasuję.
Sąsiadki nieraz mówiły, że to dziecko bardziej do Boga pasuje, niż do ludzi…
Natalka to trudny i bolesny temat był dla babci. Kiedy o niej zaczynała mówić, to zaraz łzy w oczach się pojawiały, gdyż niedługo po wojnie zmarła z powodu choroby płuc.
– Często do kościoła w Markach chodziła z koleżankami na zebrania bielanek, bo bielanką była, poduszę na procesji nosiła najważniejszą, przed samym księdzem – kontynuowała z dumą babcia.
To było pierwszego sierpnia czterdziestego czwartego, czas żniw. Z samego rana dziadek zaprzągł konia i wszedł do domu na śniadanie. Dzieci już zjadły, a ja to tam niewiele, kawę prawdziwą z mlekiem i bułeczkę. Zebrałam koszyk z jedzeniem, bańkę z kawą i już mieliśmy wychodzić, kiedy Nacia cichutko powiedziała, że ona nie może.
– Co ty mówisz, Nacia? Jak to nie możesz, źle się czujesz, chora jesteś? – Bo chorowite dziecko było.
– Nie mamusiu, nie czuję się źle, ale nie mogę z wami jechać.
– No, nie mogłam ze zadziwienia wyjść, mówię wam. Czy ten dzieciak szaleju się opił, czy co?
Dziadek zaniemówił z nerwów, bo żeby to chłopak taki bunt urządził, ale Natalcia? Syn miał wówczas piętnaście lat, a że to wiek szczeniackiej dorosłości, to nie byłoby takie dziwne, gdyby inne rzeczy po głowie mu chodziły niż żniwa. Ale on się nie buntował, Urszula też nie, ale Nacia? – Babcia pokręciła głową nad tamtym wyjątkowym zachowaniem ukochanej córki.
– Nacia, no już koniec tych wygłupów, czas ucieka, a pszenica czekać nie będzie – przemawiałam do niej po dobroci.
– Mamuś, nie mogę jechać i nie mogę powiedzieć dlaczego. Jedźcie sami ten jeden raz.
Dziadka już nerwy takie złapały, że chyba strzeliłby ją przez łeb, aż tu drzwi się otwierają i paru chłopaków wchodzi do domu. Niektórzy znajomi z Marek, ale inni obcy.
– Chodź, Nacia, już czas – mówią – a państwo niech w domu zostaną, bardzo prosimy.
– Jak to w domu mamy zostać, co ty mnie będziesz w moim domu mówił, co mam robić? Ty... ty…
No wtedy, to już dziadek zagotował się ze złości, a jak wpadał w nerwy, to mało kto mógł mu stanąć na drodze. Ale oni nie ustępowali, a na podwórku jeszcze kilku czekało.
Nacia uściskała mnie i Ulkę i wyszła. Zamknęła drzwi, a klucz wsadziła do kieszeni.
– No co do cholery, co się dzieje? – Patrzyłam na waszego dziadka, a on zaniemówił, choć po prawdzie, to nigdy za bardzo gadatliwy nie był.
Wyjrzeliśmy przez okno, a oni drabinę do obórki przystawiają i na stryszek włażą, Nacia pierwsza, trzech chłopaków za nią, a reszta rozgląda się nerwowo dookoła.
Po paru minutach tamci z góry zaczęli podawać coś tym na dole, pakunki zawinięte w szmaty i woreczki zawiązane sznurkiem.
– To przecież moje woreczki od sera, a ja myślałam, że to wiatr te woreczki z płotu pozrywał i pognał gdzieś – gadałam bez sensu.
– Co oni tam mają? – zapytała Urszula.
– Jak to co, głupia, broń mają, granaty i pistolety, a to duże to karabin – odpowiedział Zdzisiek i aż mu się oczy zaświeciły.
Jakie pistolety, jakie granaty, co on gada? – po plecach przeszły mnie takie dreszcze, taki prąd serce przeszył, że nogi ugięły się pode mną. Patrzę na Władzia, a on bladziutki, po twarzy pot mu spływa, słowa wydusić nie może. "Umrze, zaraz chyba umrze" – pomyślałam wtedy.
A on, jak nie ruszy, jak nie zacznie szarpać za drzwi.
– Otwierać te drzwi, skurczesyny, bo jak wyważę, to łby wam pourywam. W mojej obórce pod samym nosem Szwabów takie rzeczy? – krzyczał i trząsł się jak galareta.
– Cicho, Władek, nie rób rumoru, bo jeszcze kto usłyszy, cicho. – I on ucichł, przysiadł na stołeczku i za głowę się złapał.
Tamci poznosili już wszystko, weszli z tym do szopy, a ci z podwórka za nimi. Po jakimś czasie zaczęli wychodzić, a pod koszulami tylko guzy wystawały od tej całej broni.
– Matko Boska Częstochowska, co to się dzieje!? – Modliłam się najpierw po cichu, a potem już głośno. – Klęknijcie, dzieci, i módlcie się razem ze mną. Za nich będziemy się modlić. Pozabijają ich, Boże ty mój Wszechmogący, pozabijają.
Zgrzyt klucza. Nacia weszła, przez ramię przewieszona torba z czerwonym krzyżem, na ramieniu opaska biało-czerwona, a w oczach tyle szczęścia, jak chyba nigdy dotąd.
– Mamusiu, tatusiu, pobłogosławcie nas, powstanie będzie w Warszawie, a my teraz na miejsce zbiórki idziemy. Przepraszam, że nie mówiłam wcześniej, ale nie mogłam dla waszego bezpieczeństwa. Nie mogłam – dodała cichutko.
– Co? Jakie powstanie? Jaka zbiórka? Przecież na zebrania bielanek chodziła tylko, a teraz AK, powstanie, o Jezusie Nazareński.
Ale podniosłam się, na rozdygotanych nogach do niej podeszłam, a ona uklękła. Przytuliłam jej głowę, na czole znak krzyża uczyniłam, ucałowałam, a łzy to tak mnie się lały, że Nacia całą głowę mokrą miała. Władek to nawet ze stołeczka nie miał siły się podnieść.
Odeszli w kierunku cmentarza w Markach, a w domu zapadła cisza i w pole już nie pojechaliśmy tego dnia.
– No i co, babciu, co było dalej?
Babcia Franciszka milczała przez chwilę, łzy otarła i dokończyła opowieść:
– Nacia wróciła po trzech tygodniach brudna, umęczona, wymizerowana. Nigdy nie opowiedziała nam, gdzie była ani co tam się działo. Rok później zachorowała na płuca i umarła, ale to już wiecie.
Nie rozmawialiśmy o tym później i przez wiele lat nikt nie pomyślał, żeby sprawdzić, w jakim oddziale była ciotka, czy przeżył ktoś z jej ówczesnych kolegów, jak i gdzie spędziła te trzy tygodnie. W mojej głowie ta historia tkwiła jednak i nie raz myślałam o tym, by komuś ją opowiedzieć. Teraz usiłuję odtworzyć powstańcze losy Natalki, choć nie jest to łatwe zadanie, gdyż w powstańczych źródłach brakuje nazwisk, imion – babcia nie znała pseudonimu Naci.
Wiem jedno, moja babcia Franciszka nigdy nie kłamała, toteż opowiedziana przez nią historia z całą pewnością była prawdziwa.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Dobrze się czytało i podobało mi się. Nie wiem w jakim to było czasie, ale miałam wrażenie, że niedawno, bo telewizor wydawał się zbyt współczesny. Z tego co opowiadała mi mama, a ona żadnej wojny nie przeżyła to kiedyś nie było tyle programów i seriali. Poza tym bardzo miła lektura :)
"W tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem" – Ferdynand Kiepski
Odpowiedz
#3
Piękna historia. Utwierdzasz mnie w mniemaniu, że jesteś świetną pisarką. :) Opowiadanie moim zdaniem najwyższych lotów. Dziękuje Ci za nie ;)
Once bitten, twice shy.

Moje opowiadania:
Odcienie
Dream
Opowieści menelskie
Odpowiedz
#4
Dziękuję serdecznie za wasze opinie. :D
Odpowiedz
#5
czytało się miło i przyjemnie, choć historia taka słodko-gorzka.
ale zdecydowanie, zdecydowanie mi się podobała. Nie była przesadzona, przede wszystkim : )
Say farewell to this predestined world.
Odpowiedz
#6
(01-08-2014, 09:42)Nawka napisał(a): Ktoś mógłby rzec, że metody wychowawcze babci Franciszki,(bez przecinka) to znęcanie się nad dziećmi – nic bardziej mylnego.

Zaczynała opowieść, rozwijała, wplatając coraz to nowe wątki, a czasem zapędziła(Lepiej wg mnie "zapędzała") się tak bardzo, że nie zawsze potrafiła do starych wrócić – chyba, (bez przecinka) że pomagał jej w tym syn.

– (...)Dziadek, (bez przecinka) to przystojny mężczyzna był na całą okolicę. – Przerwała, by otrzeć łezkę. – Roznosiłam mleko do pań z Marek ( (zbędna spacja) podwarszawska miejscowość – przyp. autora), a jak krowy dawały więcej mleka, to i na Zacisze z bańkami na plecach się szło.

A znowuż Natalcia,(bez przecinka) to takie dobre dziecko, takie kochane.

– Usiądź(przecinek) mamusiu – mówiła. – Nadźwigałaś się tych baniek, to ja ci herbaty zrobię, nogi rozmasuję.

Natalka, (bez przecinka) to trudny i bolesny temat był dla babci.

– Co ty mówisz (przecinek)Nacia? Jak to nie możesz, źle się czujesz, chora jesteś? – b(B )o chorowite dziecko było.

– No, nie mogłam z(ze) zadziwienia wyjść (przecinek) mówię wam. Czy ten dzieciak szaleju się opił, czy co?

(...)Ale on się nie buntował, Urszula też nie, ale Nacia? – Babcia pokręciła głową nad tamtym, (bez przecinka) wyjątkowym zachowaniem ukochanej córki.

– No co do cholery, co się dzieje? – p(P)atrzyłam na waszego dziadka, a on zaniemówił, choć po prawdzie, to nigdy za bardzo gadatliwy nie był.

– Jak to co, głupia, broń mają, granaty i pistolety, a to duże,(bez przecinka) to karabin – odpowiedział Zdzisiek i aż mu się oczy zaświeciły.

Jakie pistolety, jakie granaty, co on gada? – p(P)o plecach przeszły mnie takie dreszcze, taki prąd serce przeszył, że nogi ugięły się pode mną.

– Cicho, Władek, nie rób rumoru, bo jeszcze kto usłyszy, cicho(kropka)– i(I) on ucichł, przysiadł na stołeczku i za głowę się złapał.

– Matko Boska Częstochowska, co to się dzieje!? – Modliłam się najpierw po cichu, a potem już głośno. – Klęknijcie (przecinek) dzieci (przecinek) i módlcie się razem ze mną.

Władek,(bez przecinka) to nawet ze stołeczka nie miał siły się podnieść.

– No i co (przecinek)babciu, co było dalej?

– (...) Nigdy nie opowiedziała nam, gdzie była ani, (bez przecinka)co tam się działo. Rok później zachorowała na płuca i umarła, ale to już wiecie.

Teraz usiłuję odszukać losów(kogo? co? – los) Natalci w powstańczych źródłach.

Życiowe opowiadanie, dobrze oddałaś emocje towarzyszące opowiadającej historię babci, a i charakter babciny Ci się udał. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Dziękuję, Vet, już poprawiłam :). Sporo błędów, ale przyznaję się bez bicia, że wrzuciłam tekst tak, jak został napisany kilka lat temu, a powinnam sprawdzić. Zaczyna wyłazić rutyniarstwo, a to paskudna cecha ;/.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#8
(01-08-2014, 09:42)Nawka napisał(a): Nie raz stali nad brzegiem w tych swoich eleganckich płaszczach, w skórzanych rękawiczkach i szwargotali do siebie (przecinek) i machali Urszuli rękami, żeby jeszcze kółko zrobiła.

Jakie pistolety, jakie granaty, co on gada? – po (dużą literą) plecach przeszły mnie takie dreszcze, taki prąd serce przeszył, że nogi ugięły się pode mną.

Ciekawe opowiadanie – takie autentyczne. Przyjemnie się czytało :)
Na czasie – mamy przecież rocznicę.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#9
Ciekawa historyjka. Przypominają mi się opowieści moich babć, kiedy to z szeroko rozdziawionymi ustami słuchaliśmy opowiadań o wojnie i czasach powojennych.
–"We are leaves in the wind. Where will we fall? Nobody knows."
-Nadejdzie czas, kiedy zniknę stąd. Słońce zgaśnie, nadejdzie mrok. Stojąc na granicy, zrobię krok. Rozliczony zostanie, każdy mój błąd. Odejdę w wieczny byt. Czy zdążę dojść na szczyt?
Odpowiedz
#10
Grzebałem, grzebałem, żeby coś fajnego znaleźć i się nie przychrzaniać po swojemu ( bo znowu będę miał problemy). I znalazłem. Lekko płynie ta powiastka to i lekko się czyta. Język też mi się podoba. Długość też w sam raz. Jedyne co lekko zgrzyta to moim zdaniem sposób narracji w opowiadaniu Babci. Nadmierna ilość dialogów to w czyjejś opowieści trochę "zonk". Jak coś opowiadasz ludziom, też posiłkujesz się taką ich ilością?
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości