Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Zabójca (tytuł roboczy)
#1
Drzwi pokoju otworzyły się. Do środka ogromnego, okrągłego pomieszczenia niespiesznie wszedł gruby, przysadzisty mężczyzna. Delikatnie zamknął drzwi, jak gdyby nie chciał, żeby wiedziano o jego przybyciu. Przeszedł kilka kroków, zatrzymując się przed dużym, dębowym stołem. Oparł się o mebel, po czym zaczął rozglądać się po okolicy. Z lekkim uśmiechem oglądał regały zastawione księgami.
Wspaniale – pomyślał zarządca miasta Imbra. Właśnie wrócił ze stolicy, gdzie odebrał nominację na kolejne cztery lata rządzenia miastem. Panował już dwanaście, czyli trzy kadencje, jednak cieszył się tak, jakby było to pierwsze w jego życiu zwycięstwo. Udało mu się zneutralizować rywala do fotela zarządcy. Przeklęty półelf nie dość, że skutecznie oddalał go od następnych lat władzy, ale także przybliżał do królewskich lochów, a nawet publicznej egzekucji w Draven, stolicy państwa. Skurczybyk miał dobrych agentów. Zbyt szybko, zbyt łatwo dowiedzieli się nawet o najbardziej ukrywanych grzeszkach zarządcy. Było to dla niego bardzo niekorzystne.
Ech, trudne jest życie człowieka u władzy – rozpamiętywał ostatnie wydarzenia. – Trzeba cały czas zwalczać niewygodnych ludzi. Na szczęście ten psi syn, mieszaniec z piekła rodem, zniknął ze sceny. I ze świata. Och, trzeba będzie sowicie wynagrodzić doradcę za wspaniały pomysł, jak wykurzyć konkurenta. Numer z piratami był świetny. Ale cholernie drogi. Cóż, za spokój warto było wydać te kilkadziesiąt florenów. Jeden przeciwnik z głowy.
Ale jest jeszcze jeden. Wpływowy. Niebezpieczny. Bezwzględny. Cholerny skarbnik miasta Imbra. Mało mu stanowiska, które mu dałem, niegdyś zaufanemu partnerowi. Mało mu pieniędzy, którymi obraca i dość często defrauduje. Coraz częściej mi szkodzi, podcina nogi. Ostatnio nawet ważył się blokować dopływ pieniędzy na modernizację wschodniego muru, mojego oczka w głowie. Ale to nic, zapłaci mi za to!
Zarządca wstał, oparł się na blacie stołu. Spojrzał w okno. Słońce świeciło mocno. Zbyt mocno. Trzeba zasłonić okno.
Mężczyzna chwycił za jedwabne zasłony. Lecz zamiast je pociągnąć, spoglądał, jakby z tęsknotą, w okno. Nie, jednak niech słońce świeci. Niech opromienia pokój, podkreślając moją chwałę.
Miłościwie panujący miastem Imbra zasiadł w fotelu. Pieszczotliwie poprawił tabliczkę z nazwiskiem. Zarządca Nivel Hagen. Ech, trzeba będzie pomyśleć nad bezpieczeństwem. Może wynająć prywatnych ochroniarzy?

***

Dreszcz przeszył człowieka za zasłoną. Gdyby nie szczęśliwy przypadek, musiałby pracować w warunkach które nie są dla niego zbyt komfortowe. I niezbyt bezpieczne. Zamachu powinno się dokonywać szybko. Zabójstwo powinno być swoistym świętem, chociaż bez radości. A nie komiczną ganianiną kata za ofiarą. Która w lwiej części przypadków kończy się zaalarmowaniem osób postronnych i podejmowaniem spontanicznych prób ucieczki, nie rzadko kończących pokazem dla połowy miasta.
Grubas usiadł. Zajęty pielęgnowaniem swojego biurka nie będzie czujny.

Teraz.

Przyszły morderca delikatnie, by nie wzbudzić nawet najmniejszego hałasu, wyciągnął sztylet. Z czuciem odsłonił materiał, by podczas wychodzenia nie szeleścić nim. Ostrożnie, wyćwiczonymi, wręcz automatycznymi krokami bezgłośnie znalazł się przy ofierze. Subtelnym ruchem, niczym gest kochającej matki, odchylił głowę zarządcy. Ciałem targnął delikatny wstrząs zaskoczenia. Oprawca spojrzał w oczy zwierzyny. Ujrzał tam paraliżujący strach.

***

Nivel Hagen ujrzał w oczach zamachowca przerażającą obojętność. Bezdenna pustka ukrywała się w przeszywająco zielonych oczach. Ciało Hagena przeszyte niemocą z powodu strachu zdobyło się ledwie na lekki spazm. Ostatni ruch przed śmiercią.
– Witam, panie zarządco – przemówił głos, który zupełnie nie pasował do właściciela. Miast swą ostrością i przenikliwością przerazić ofiarę do końca, wyssać z niej ostatnie okruchy spokoju, uspokajał i – paradoksalnie – zbliżał do zamachowca.
Poczuł tylko chłód przykładanego metalu oraz ciepłą lawinę krwi spływającą na piersi. Oraz błogi stan nieważkości. Aż wreszcie nie czuł nic.
– Oraz żegnam.

***

Tłusta głowa uderzyła głucho o biurko. Czerwony bukiet krwi rozlewał się naokoło, zalewając papiery i tworząc fantastyczne kształty.
Zabójca wyciągnął zza pazuchy chusteczkę, którą otarł sztylet z krwi. Pamiętała ona krew szlachetną, jak i też plebejską. Krew panów i wielmożów, jak i zwykłych kupców czy rzezimieszków. Pochłonęła wiele krwi.
Chociaż wielkie cielsko zarządcy spoczywało na dębowym stole, ociekając krwią, trzeba było jeszcze zniknąć. Zamachowiec otulił się szczelnie płaszczem, by nie było widać narzędzi jego pracy. Teraz, gdy stanął wyprostowany przed drzwiami, widać było, że jest wysoki.
Delikatnie uchylił drzwi pokoju by ocenić sytuację na zewnątrz. Piętro gmachu było jednak puste. Niedzielne poranki nie są ulubioną porą mieszkańców by krzątać się nerwowo po ratuszu. Zabójca wyszedł spokojnie, jak gdyby nigdy nic zszedł raźnym krokiem ze schodów. Przy drzwiach przyjaźnie skinął głową do staruszka zamiatającego hol. Dozorca zaś odwzajemnił się uśmiechem odsłaniającym postępujące braki w uzębieniu.
Zamachowiec pchnął skrzydło dużych, żelaznych drzwi prowadzących do ratusza. Przystanął na stopniu schodów, by wziąć głęboki oddech.
– Hmm… Wspaniale – powiedział. – Szczyny, gówno i zapach świeżego chleba. Nie ma to jak miasto.
Ruszył dalej zadowolony, jak gdyby wyszedł po kojącej kąpieli, a nie zimnym mordzie. Żwawo ruszył w kierunku ulicy pełnej straganów, żebraków i brudnych, skaczących po kałużach dzieci. Zza pleców dobiegł go przeraźliwy krzyk.
– Morderca! Ludzie! – Histeryczką była kobieta widocznie pracująca w ratuszu. – Zarządca zamordowany! Jakiś zbój go zasztyletował!
Skrytobójca uśmiechnął się pod nosem.
– Ale przyznasz, że profesjonalna robota.
Na placu przed ratuszem rozgorzała wrzawa i harmider. Ludzie podzielili się nagle na dwa rodzaje: histerycznie biegających i krzyczących wniebogłosy oraz spokojnie stojących. Pierwsi płakali, wydzierali się i zamartwiali, jakby właśnie zamordowano im całą rodzinę. Wielu nie wyglądało na zbytnio zmartwionych. Widocznie udawali, by nikt na nich nie doniósł. Drudzy zaś nie sprawiali wrażenia przejętych czy choćby w jakimś stopniu zaszokowanych zaistniałą sytuacją. Stali beznamiętnie, czasem tylko odzywając się do sąsiada półgębkiem. Lub uśmiechając się znacząco, gdy nie było do kogo poszeptać.
Zabójca ruszył dalej, zostawiając ratusz dla ciekawskich, plotkarek czy szpicli. Poszedł między straganami, gdzie wrzało jak w ulu od ostrożnych rozmów. Ściągnął kaptur, pozwalając by lekki wiaterek potargał kruczoczarne włosy.
– Ja wiedziałam, że tak będzie. Doigrał się stary grubas.
– Skończył jak skończyć powinien. Dobrze mu tak.
– Bogowie, kto teraz będzie rządził miastem? Biada nam, biada!
– Znalazł się wreszcie ktoś sprawiedliwy. I wykończył ciemiężcę.
– I co teraz? Biada nam, biada!
– Miał ktoś śmiałość. I dobrze, nasze prośby podświadome spełnił!
– A mówiłam już, że biada nam?
Ruszył dalej w miasto, mijając kolejne stragany, potem kuźnię, potem zakład bednarza, potem żebraka, jeszcze później karczmę i wszystko inne, co zazwyczaj mija się w miastach. Smród rynsztoków wymieniał się z zapachami chleba, mydlin piorących ubrania mieszczanek czy jeszcze gorszym smrodem pijaków, leżących gdzieniegdzie po mieście. Czyli dzień jak co dzień w dużym skupisku ludzi.
Wszedł na rynek wypełniony ludźmi. Większość z nich skupiała się przy klombie dawno zwiędłych kwiatów, obserwując dwóch młodych mężczyzn. Podszedł bliżej. Ubiór wskazywał na to, że byli to rycerze, widocznie sposobiący się do bitki. Jeden był w wamsie, lekko odziany. Widocznie miejscowy na służbie u zacniejszych panów nadzorujących bezpieczeństwo miasta. Drugi zaś był w kolczudze i z pachołkiem. I usilnie poprawiał wymyślnie ufryzowane włosy. Po herbie na stroju pacholika widać było że nietutejszy.
Zabójca przepchał się bliżej zajścia. Lubił oglądać pojedynki. A jeszcze bardziej brać w nich udział. Stanął koło wystrojonego jak ptaszek kupca.
– Co się tu dzieje? O pannę się biją?
– A gdzieżby tam – odrzekł kupiec, nie zdejmując wzroku z centrum zdarzenia. – Nie o pannę. Ten tu, w kolczudze, podebrał temu drugiemu ostatni piernik na straganie sprzed nosa. Tamten mu go wyrwał, potem znowu ten drugi się szarpnął. Wreszcie ten w wamsie, to jest rycerz Hokenberg, tak zawzięcie mu piernik odebrał, że i mu z rąk poleciał, prosto w kupę łajna, o tamtą. Ten ze smokiem w herbie, nie znam jego miana, zdenerwował się niezmiernie, aż mu czerwień na twarz wystąpiła. Z początku chciał mu zwyczajnie w twarz dać, ale się zmitygował i rękawicę mu rzucił. No i teraz się do bitki sposobią, jeno im to długo schodzi.
Zamachowiec zaśmiał się głośno. Nie mógł uwierzyć, że rycerze biją się o piernik.
– Naprawdę biją się o piernik? Nie wstydzą się nadstawiać swój znamienity honor za kawałek wypieku?
– Oj, to pany są – odezwał się lekko już siwy chłop. – Kto by ich tam porozumiał, co im po głowach się szwęda. Nie o takie głupoty już się bijali. Ostatnio w karczmie pod miastem się potykali, bo jeden drugiemu w oczy spojrzał. I się pozabijali oba.
– Prawdę chłopie rzekłeś, samiusieńką prawdę – kiwnął głową kupiec. – Poprzewracało się pasowanym pod kopułą.
– A jak się nie pojedynkują, to biednych chłopów biją. I zawsze za nic. U nas na wsi już trzech ludzisków położyli tej wiosny. A do tego…
– Ucisz się –polecił mu zabójca. – Chyba zaczynają.
I rzeczywiście, przyjezdny rycerz wreszcie złapał za rękojeść i wyciągnął broń. Chcąc nie chcąc, również drugi pasowany musiał to zrobić. Rycerz ze smokiem w herbie zaczął wywijać młynki mieczem w powietrzu, jednak nie nastraszył przeciwnika, lecz trafił się w nagolennik, wzbudzając w tłumie nieskrywaną radość. Również w przeciwniku. Zamiast wykorzystać sytuację, ten w wamsie pokładał się ze śmiechu. Rycerz- Smok wstał, czerwieniąc się ze wstydu. Nagle rzucił się z uniesionym mieczem na zupełnie zaskoczonego Hokenborga, który w ostatniej chwili zdążył sparować. Nagle nie było mu już do śmiechu. Smok rzucił się wściekle na rywala, machając zupełnie przypadkowo bronią. Według zabójcy wyglądało to całkiem śmiesznie. Jeden z ledwie sparowanych ciosów przeciął wams na piersi, rozdzielając herbowy kwiat róży wzdłuż łodygi.
– Ty kutasie! Wiesz, ile on kosztował?!
Teraz to drugiego rycerza dopadła wściekłość. Chciał podciąć Smokowi nogi, jednak zapomniał że w starciu skórzanego buta z porządnym kawałem blachy noga musi ucierpieć. Padł, łapiąc się za nogę i krzycząc w niebogłosy. Jednak gdy upadał, przypadkowo rozciął przeciwnikowi skórę na policzku sztychem miecza. Krwi nie było wiele, rana również nie wyglądała na śmiertelną, jednak również on znalazł się na ziemi..
– Medyka! Medyka! Ja umieraaaam! – Wrzeszczał, trzymając się za twarz.
Obaj pojedynkujący się leżeli na ziemi. Hokenborg na przemian łapał się za nogę i za rozcięty wams. Rycerz-Smok wzywał medyka. Gapiowie pokładali się ze śmiechu.
Skrytobójca patrzył i z zażenowaniem kręcił głową. Nie wróżył nic dobrego stanowi rycerskiemu w tych okolicach.
– Bogowie! – krzyknął kupiec, wciąż nie mogąc opanować śmiechu. – Co to było! Ale nie handlowe z nich głowy, o nie. Mogli postawić budkę i sprzedawać bilety. Bo cyrk był przedni.
– Na waszym miejscu nie śmiałbym się – spojrzał się na kupca.– Ale płakał. Ci panowie w razie potrzeby broniliby miasta. A potrzeba może być bliska.
Kupiec od razu spoważniał.
– Prawiście, panie. Niespokojnie na granicy, a my przecie prawie graniczne przejście. To mi żeście humor popsuli.
– Nadzieja wasza w tym, że nie pasowani wojacy do boju mężnie staną. Słyszałem że komendant straży miejskiej srogi mąż.
– Ano – pokiwał głową. – Ten już o bezpieczeństwo miasta zadba. Tyle że mało ich jest, za mało. Stu chłopa na takie miasto? Murów nawet nie obsadzą.
Milczeli przez chwilę, nie mając pomysłu, co powiedzieć więcej na ten temat. Zamachowiec stwierdził, że najwyższy czas iść odebrać nagrodę.
– Muszę już iść. Żegnam pana.
– Jak mus to mus. A jak pan będzie kiedyś szedł koło bramy Leśnej, to może odwiedzi mój sklep. Bez trudu pan go pozna, wisi przed nim duży szyld z mieszkiem. Bardzo pana zapraszam, panie... Jak się pan nazywa?
– Calvert.
– A więc do zobaczenia, panie Calvert.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Na początek mam prośbę – usuń interlinie. Skoro na naszym forum jest możliwość robienia wcięć w akapitach, dodatkowe interlinie są zbędne.
PS
Wcięcia robi się również przy dialogach.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#3
(24-07-2014, 21:53)Bogus napisał(a): Delikatnie zamknął drzwi, jak gdyby nie chciał(przecinek)żeby wiedziano o jego przybyciu.

Podszedł(Przeszedł/postąpił – podejść można do czegoś) kilka kroków, zatrzymując się przed dużym, dębowym stołem.

Na szczęście ten psi syn, mieszaniec z piekła rodem(przecinek)zniknął ze sceny.

Och, trzeba będzie sowicie wynagrodzić doradcę za wspaniały pomysł (przecinek)jak wykurzyć konkurenta.

Mało mu stanowiska, które dałem mu(Albo "jemu", albo "mu dałem"), niegdyś zaufanemu partnerowi.

Zarządca wstał, oparł się na blacie stołu. Spojrzał w okno. Słońce świeciło mocno. Zbyt mocno. Trzeba zasłonić okno.(Bardzo brzydko brzmi te kilka krótkich zdań zaraz koło siebie.)

Lecz zamiast pociągnąć je(je podciągnąć), spoglądał, jakby z tęsknotą, w okno.

Gdyby nie szczęśliwy przypadek, musiałby pracować w warunkach (przecinek)które nie są dla niego zbyt komfortowe.

Z czuciem(To mi nie pasuje, zmieniłabym po prostu na "ostrożnie/delikatnie" czy coś podobnego.) odsłonił materiał, by podczas wychodzenia nie szeleścić nim(Lepiej: "nim nie zaszeleścić").

Ciało Hagena przeszyte niemocą z powodu strachu, (bez przecinka)zdobyło się ledwie na lekki spazm.

– Witam(przecinek) panie zarządco – przemówił głos, który zupełnie nie pasował do właściciela.

Poczuł tylko chłód przykładanego metalu oraz ciepłą lawinę krwi, (bez przecinka)spływającą na piersi.

Chociaż wielkie cielsko zarządcy spoczywało na dębowym stole (przecinek) ociekając krwią, trzeba było jeszcze zniknąć. (...)Teraz, gdy stanął wyprostowany przed drzwiami, widać było (przecinek) że jest wysoki.

Delikatnie uchylił drzwi pokoju(przecinek) by ocenić sytuację na zewnątrz. Piętro gmachu było jednak puste. Niedzielne poranki nie są ulubioną porą mieszkańców(przecinek) by krzątać się nerwowo po ratuszu.

Dozorca zaś odwzajemnił się uśmiechem, odsłaniający("odsłaniając" i wtedy z przecinkiem albo "odsłaniającym" i bez przecinka) postępujące braki w uzębieniu.

Zamachowiec pchnął skrzydło dużych, żelaznych drzwi,(bez przecinka) prowadzących do ratusza.

– Hmm… Wspaniale – powiedział. – Szczyny, gówno i zapach świeżego chleba. Niema(Nie ma) to jak miasto.

– Morderca! Ludzie! – h(H)isteryczką była kobieta, (bez przecinka) widocznie pracująca w ratuszu.(brak spacji)– Zarządca zamordowany! Jakiś zbój go zasztyletował!

(...)histerycznie biegających i krzyczących w niebogłosy(wniebogłosy) oraz spokojnie stojących.

Pierwsi płakali, wydzierali się i zamartwiali (przecinek) jakby właśnie zamordowano im całą rodzinę.

Drudzy zaś nie sprawiali wrażenia przejętych,(bez przecinka) czy choćby w jakimś stopniu zaszokowanych zaistniałą sytuacją.

Ściągnął kaptur, pozwalając(przecinek) by lekki wiaterek potargał kruczoczarne włosy.

– Ja wiedziałam(przecinek) że tak będzie.

Smród rynsztoków wymieniał się z zapachami chleba, mydlin piorących ubrania mieszczanek czy jeszcze gorszym smrodem pijaków,(bez przecinka) leżących gdzieniegdzie po mieście.

Wszedł na rynek, (bez przecinka)wypełniony ludźmi.

Widocznie miejscowy, (bez przecinka) na służbie u zacniejszych panów nadzorujących bezpieczeństwo miasta.

Po herbie na stroju pacholika widać było (przecinek) że nietutejszy.

– A gdzieżby tam – odrzekł kupiec (przecinek) nie zdejmując wzroku z centrum zdarzenia. – (...) Ten ze smokiem w herbie, nie znam jego miana, zdenerwował się niezmiernie, aż mu czerwień ta(na) twarz wystąpiła.

– (...) – Kto by ich tam porozumiał, co im po głowach się szwęda(szwenda).

– Prawdę chłopie rzekłeś, samiusieńką prawdę – kiwną(kiwnął) głową kupiec.

– Ucisz się –(brak spacji)polecił mu Zabójca("zabójca" – z małej litery, potem kropka i spacja.)– Chyba zaczynają.

Chcąc nie chcą(chcąc), również drugi pasowany musiał to zrobić. (...) jednak zamiast nastraszyć przeciwnika trafił się w nagolennik, wzbudzając w tłumie nieskrywaną radość. Również w przeciwniku. Zamiast wykorzystać sytuację, ten w wamsie pokładał się ze śmiechu. Rycerz- (bez spacji)Smok wstał, czerwieniąc się ze wstydu. Nagle rzucił się z uniesionym mieczem na zupełnie zaskoczonego Hokenborga, który w ostatniej chwili zdążył sparować. Nagle nie było mu już do śmiechu. Smok rzucił się wściekle na rywala, machając zupełnie przypadkowo mieczem.

– Ty kutasie! Wiesz(przecinek) ile on kosztował?!

Chciał podciąć Smokowi nogi, jednak zapomniał (przecinek) że w starciu skórzanego buta z porządnym kawałem blachy noga musi ucierpieć. Upadł, łapiąc się za nogę i krzycząc w niebogłosy(wniebogłosy). Jednak gdy upadał, przypadkowo rozciął przeciwnikowi skórę na policzku sztychem miecza. Krwi nie było wiele, rana również nie wyglądała na śmiertelną, jednak upadł on na ziemię.

– Medyka! Medyka! Ja umieraaaam! – Wrzeszczał(przecinek) trzymając się za twarz.

– Bogowie! – krzyknął kupiec, wciąż nie mogąc opanować śmiechu.(brak spacji)– Co to było! Ale nie handlowe z nich głowy, o nie.

– Na waszym miejscu nie śmiałbym się – spojrzał się na kupca.(brak spacji)– Ale płakał. Ci panowie w razie potrzeby bronili by(broniliby) miasta.

– Prawiście (przecinek) panie.

– Nadzieja wasza w tym, że nie pasowani(niepasowani) wojacy do boju mężnie staną. Słyszałem (przecinek) że komendant straży miejskiej srogi mąż.

– Ano – pokiwał głową.(brak spacji)– Ten już o bezpieczeństwo miasta zadba.

Milczeli przez chwilę, nie mając pomysłu (przecinek) co powiedzieć więcej na ten temat.

Tekst dość podobny do Twojego "Doriana", jeśli dobrze kojarzę, też opis zabójstwa.
Podpisuję się pod prośbą Stu – wstaw wcięcia, także przez każdym dialogiem, i usuń interlinie, brzydko wyglądają.

Nie jestem jakoś szczególnie zachwycona – ot, dobrze napisany kawałek tekstu. Nie przekonuje mnie taki nonszalancki zabójca przy pracy, który po dokonaniu mordu koniecznie musi odezwać się do swojej ofiary, choćby z jego ust miało paść tylko "witam" i "żegnam". Według mnie to psuje klimat grozy. No i jestem raczej sceptycznie nastawiona do tak beznadziejnych rycerzy, zwłaszcza że sugerujesz, że to nie były dwa wyjątki od reguły. Zastanawia mnie więc, za co otrzymuje się tytuł w wykreowanym przez Ciebie świecie, że aż tylu nieudaczników zostało pasowanych. :D
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#4
No więc tak, tekst dobry, jednak mnie nie porwał. Możliwe jednak, że po prostu chodzi o gust, bo nigdy nie ciągnęło mnie do klasycznej fantastyki. Trochę błędów/literówek się znalazło, ale przedmówca wymienił chyba wszystkie. Fabuła zdaje mi się dobra, jednak wątek takiego płatnego zabójcy-cwaniaczka jest według mnie dosyć oklepany, ale zobaczymy co stanie się dalej.
Dodam też, że niezbyt dobrze wyszły dialogi. Brzmiały trochę sztucznie, tak jakbym czytał wiersz z tamtej epoki, a na pewno nie pasuje to do mowy wieśniaka. Na twoim miejscu zamieniłbym je na normalną mowę, albo spróbował jeszcze poćwiczyć czytając coś w tych samych tematach [polecam np. Oko Jelenia, Pilipiuka].
Odpowiedz
#5
Nawet nie wiecie że cieszą mnie te w połowie krytyczne komentarze :P Wreszcie spotkałem się z komentarzami "ogół dobry, tylko czegoś brakuje", a nie "ogół do d**y, ale coś prześwita". Czyli progres jest.

Agor, uparłem się by napisać historię płatnego zabójcy. A to dla tego by sprawdzić, czy w tym jakże oklepanym temacie zdołam zrobić coś co wyróżni pracę. Taki swoisty test umiejętności.

A co do dialogów, to nie powiesz mi że wieśniak nie mówi jak wieśniak :D Za dużo dialogów z wieśniakami przeczytałem. A co do kupca, chciałem przedstawić go jako człowieka poliglotę, który za pomocą swojego pompatycznego języka podkreśla swoją wartość. Chociaż teraz wydaje mi się że źle to zrobiłem.

Dziękuję za komentarze :D
Odpowiedz
#6
Póki nie będą naniesione poprawki, nie zabieram się za czytanie, bo to nie ma sensu.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Zapomniałem się :p Już naniosłem poprawki. Kiedy ja się nauczę kiedy stawiać przecinki :)
Odpowiedz
#8
(24-07-2014, 21:53)Bogus napisał(a): Dreszcz przeszył człowieka za zasłoną. Gdyby nie szczęśliwy przypadek, musiałby pracować w warunkach (przecinek) które nie są dla niego zbyt komfortowe.

Grubas usiadł. Zajęty pielęgnowaniem swojego biurka nie będzie czujny.
(zbędna interlinia)
Teraz.
(zbędna interlinia)
Przyszły morderca delikatnie, by nie wzbudzić nawet najmniejszego hałasu, wyciągnął sztylet.

(wcięcie) Zabójca wyciągnął zza pazuchy chusteczkę, którą otarł sztylet z krwi.

(wcięcie) Chociaż wielkie cielsko zarządcy spoczywało na dębowym stole, ociekając krwią, trzeba było jeszcze zniknąć.

(wcięcie) Delikatnie uchylił drzwi pokoju (przecinek) by ocenić sytuację na zewnątrz.

Niedzielne poranki nie są ulubioną porą mieszkańców (przecinek) by krzątać się nerwowo po ratuszu.

Ściągnął kaptur, pozwalając (przecinek) by lekki wiaterek potargał kruczoczarne włosy.

Po herbie na stroju pacholika widać było (przecinek) że nietutejszy.

– Kto by ich tam porozumiał, co im po głowach się szwęda (szwenda).

Rycerz- Smok (Rycerz-Smok) wstał, czerwieniąc się ze wstydu.

Nagle rzucił się z uniesionym mieczem na zupełnie zaskoczonego Hokenborga, który w ostatniej chwili zdążył sparować. Nagle (powtórzenie) nie było mu już do śmiechu.

Padł, łapiąc się za nogę i krzycząc w niebogłosy (wniebogłosy).

– Medyka! Medyka! Ja umieraaaam! – Wrzeszczał (małą literą), trzymając się za twarz.

Gapiowie (Gapie) pokładali się ze śmiechu.

(wcięcie) Kupiec od razu spoważniał.

Słyszałem (przecinek) że komendant straży miejskiej srogi mąż.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#9
Trochę okepany temat, ale ogólnie spoko opowieść :P Tylko trochę bez sensu, że się przywitał i pożegnał ze swoją ofiarą :P
Fear is not "evil". It tells you what your weakness is. And once you know your weakness you can become strong as well as kind – Gildarts of Fairy Tail
Odpowiedz
#10
Mnie zaciekawiło :P Podoba mi się styl, a to witam i żegnam nadaje, według mnie, komizu sytuacji. Trochę jak w "Trzech Muszkieterach". Czekam na rozwinięcie.
"W tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem" – Ferdynand Kiepski
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Fantasy Najemnicy (tytuł prowizoryczny) Mr. Bard 8 2,739 27-08-2012, 01:08
Ostatni post: Megajra

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości