Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Inne Ysolde
#1
Geez, teraz ja.

Wstępna (moja) korekta miała miejsce, nie wiem czy tak fachowo tu się robi akapity, ale coś zrobiłem.
Jestem przygotowany na lincz, dzięki.

***

"Jestem prawie na miejscu!"
Kuia skradał się nad wyraz ostrożnie w stronę łazienki pomimo odgłosów sumiennej eksploatacji prysznica przez służkę. Nie wydawało się, by ktokolwiek mógł go przydybać, co było dobrym znakiem. Pospiesznie podprowadzony strój kucharza i tak nie zasłaniał dostatecznie twarzy, a to niestety byłoby kluczowe przy bliższej identyfikacji hipotetycznego podglądacza.
Szczególnie biorąc pod uwagę niezaprzeczalny fakt, iż Kuia nie był owym kucharzem. Zasadniczo nie potrafił przyrządzić czegokolwiek wartego uwagi nawet dla, załóżmy, pięciolatka żyjącego w slumsach. Ale przynajmniej owej niepotrzebnej pomysłowości mu nie brakowało. Następnym razem trzeba tylko upewnić się, by owa umiejętność przestała być tak żałośnie bezużyteczna.
Powoli mijając okoliczne drzwi prowadzące do sypialni pokojówek, Pan Lubieżnik konsekwentnie zbliżał się do celu, po drodze karmiąc wyobraźnię widokiem nagiej Brianne. Brianne, która zazwyczaj sprzątała w gospodzie „Krwawy Topór”, gdzie pospolitym rytuałem wśród tamtejszej barbarzyńskiej gawiedzi było klepanie jej po tyłku i ustawiczne próby molestowania.
Nie tylko psychicznego.
Jednakże z uwagi na umiejętności, stosunek do pracy oraz wiek postanowiono uchronić dziewkę od fatalnego otoczenia i przenieść do zamku, gdzie tam momentalnie pospolitym rytuałem stało się klepanie jej po tyłku i ustawiczne próby molestowania.
Z tym, że zazwyczaj już tylko fizycznego.
Kuia dostał się wreszcie do łazienki. Serce zaczęło mu łomotać jak oszalałe. Zapewne łomotało mu już wcześniej, ale scenariusze, jakie zaczęły mu pojawiać się w głowie, skutecznie kierowały uwagę w zgoła inne miejsce. Wbił wzrok w parawan, przez który prześwitywał niewiarygodnie zgrabny cień Brianne. Nie zauważyła Kuia, co go niezmiernie podnieciło i dodało wszechogarniającej pewności, że nikt już nie przeszkodzi w chwalebnej misji oceny profesjonalizmu kadry pracowniczej.
Misji zakończonej wiekopomnym sukcesem, gdyby nie pewna rzecz, która spokojnie w tej sytuacji mógłaby zabić człowieka, powodując u niego zawał już i tak szaleńczo pracującej pikawy.
– Królu!
Kuia był przekonany, że ten znajomo skrzeczący głos zwraca się do niego, co było zupełnie pozbawione sensu. Nikt nie wszedł za nim, a korytarze były puste. Sprawdził kilka razy. Podczas gdy spalony pseudo-agent zaczął rozmyślać nad tym, jak to się stało, że jego fantastyczny plan wziął w łeb, Brianne zorientowała się, że coś jest nie tak i zaczęła krzyczeć. Chłopak natychmiast przerwał próby chowania się pod klozetem i zauważył ze zdziwieniem, że wszystko zaczyna się zmieniać, a kolory rozmywać w relatywnie szybkim tempie.
– Królu! Wstawaj!
Kuia, najwidoczniej będąc jeszcze jedną nogą w krainie marzeń sennych, czuł niezmierzoną złość. Musiał tkwić tam całkiem głęboko, bo tamtejszy rozwój wypadków w jego mniemaniu nie należał do najbardziej logicznych i dalej kwestionował możliwość złapania go na gorącym uczynku.
„Przecież, kurwa, zamknąłem za sobą drzwi...”
Po kilku chwilach dochodzenia do siebie zaczynał dostrzegać bezsensowność sytuacji, co przerodziło się z kolei w nad wyraz pospolite w takich przypadkach rozczarowanie – to był tylko sen.
Wrócił do szarej rzeczywistości.
– Czemu mnie obudziłaś? – spytał Kuia skądinąd lodowatym tonem, jednocześnie starając się przywołać odpływającą w otchłań niepamięci boginię Brianne.
Młoda służka, Ysolde, stała przy łożu z niepokojem wymalowanym na twarzy oraz, jak zawsze, towarzyszącym bezsensem jej jestestwa.
– Przepraszam, królu, pora na poranną kąpiel i śniadanie, jest już po dziewiątej. – To mówiąc, Ysolde zerknęła na wiszący nieopodal czarny zegar ze złoceniami. – Przepraszam, królu, ale spałeś tak smacznie, że nie chciałam cię budzić i przeszkadzać... – pośpiesznie dodała wystraszonym głosem.
Służka Ysolde od samego początku jej pracy dla Kuia była uważana przez niego za archetyp nieszczęścia, które to zsyłał niepokorny los na bogobojnych i prowadzących idealne życie ludzi. Dzięki temu owi nieszczęśnicy poczynali nienawidzić z głębi swoich złotych serc wszystkiego, co jest tylko możliwe do obdarzenia czegoś tak intensywnym uczuciem. Kuia traktował to jako wyjątkowo nieprawdopodobną, wręcz niemożliwą możliwość, żeby istniała na całym świecie tak pechowa, niezdarna i beznadziejna istota, jaką jawiła się służka Ysolde. Co prawda ze wszystkich swoich sił starała się nie zmieniać jego każdego dnia w piekło na ziemi, ale im bardziej się starała, tym gorzej to wyglądało. Młodzieniec coraz to częściej rozmyślał nad możliwie niepozornym zamordowaniem tej młodej kobiety, spaleniem jej zwłok i satysfakcjonującym odtańczeniu zwycięstwa. Nienawidził jej do tego stopnia, że zaczął w tajemnicy przekupywać służbę, by się nim częściej zajmowali zamiast niej. Niestety, sposób działał podejrzanie nieskutecznie z jakiegoś powodu. Do tego dochodził jej okropnie skrzeczący głos, w pewnym sensie przypominający tarcie widelcem pustego talerza.
Kuia powstrzymał się tym razem od rytualnego obrzucenia owego uroczego anioła stekiem wyzwisk i rozkazał spokojniejszym tonem:
– Podaj mi szatę.
Tamta wdzięcznym susem skoczyła do ogromnej szafy (prawie zabijając siebie, szkoda) stojącej obok łoża, wyjęła karmazynowe, lekkie okrycie i podała królowi. Kuia przebrał się, sięgnął po laskę, po czym na nowo ogarnęła go nieprawdopodobna irytacja.
– Gdzie jest moja laska?... – zapytał słabszym głosem. Ysolde z przerażeniem otworzyła szerzej oczy i wyrzuciła z siebie:
– Przepraszam, mój królu, schowałam razem z innymi! Już podaję!
Kuia, wiedząc, że ten dzień dopiero się zaczyna, poinstruował służkę zrezygnowanym tonem w celu zmniejszenia możliwych strat tudzież niebezpieczeństw:
– Brązowa z ostrym końcem.
Ysolde ponownie skoczyła w stronę szafy (uszkodziła drzwiczki, szkoda), wyszperała potrzebny kij. Chłopak zabrał przedmiot z trzęsących się niczym galareta rąk, wstał i udał się pewnie w stronę drzwi prowadzących na korytarz. Wyznaczając sobie przestrzeń, która dzieliła go od drzwi, zbyt późno wyciągnął rękę w poszukiwaniu klamki i uderzył w nie całym ciałem. Odbił się z impetem, a padając na podłogę, zrozumiał, że Ysolde nie jest człowiekiem wartym choćby krzty zaufania.
„Ja pierdolę.”
Po pozbieraniu się i zarejestrowaniu przepraszających krzyków (Kuia mimowolnie był przekonany, że psy zaraz zaczną ujadać) od których zaczęła boleć go głowa, sięgnął raz jeszcze po laskę i sprawdził jej koniec. Po chwili spytał cicho:
– Czy to jest według ciebie ostry koniec? – Wskazał na pomarańczową laskę posiadającą wykończenie, które śmiało pozwalałoby na swobodne ubijanie kotletów.
Gdyby można wtedy było uwiecznić mimikę i zachowanie Ysoldy na płótnie, z pewnością obraz zostałby uznany za najlepsze odwzorowanie rozpaczy dorosłego człowieka, a ją samą okrzyknięto by aktorką wszech czasów. A na to bynajmniej by nie zasługiwała swoją niezmiernie głupią i niebezpieczną dla wszelkiego organicznego środowiska egzystencją. Lub nawet większą liczbą takowych egzystencji, jeśli bralibyśmy pod uwagę reinkarnację.
Kuia, przewidując niechybnie nadchodzące załamanie nerwowe (którego nie chciał być świadkiem za żadne skarby oraz skarby swojego cennego zmysłu słuchu), mimo wszystko pospieszył jej z pomocą:
– Stój tutaj i nie ruszaj się, aż nie wyjdę z tego pokoju, zrozumiałaś?
Kiwnęła głową, zielone światło.
Chłopak nie tracąc cennego czasu, podszedł do szafy, poszukał odrobinę i zabrał to, czego potrzebował, uprzednio upewniając się, że tym razem nie będzie żadnych niespodzianek. Minął służkę, która wyglądała, jakby miała zaraz się zalać pomieszczenie łzami oraz swoją bezbrzeżną kompetencją, otworzył drzwi i wyszedł z komnaty.
Kuia miał tylko szczerą nadzieję, że Ysolde nie będzie dziś oddelegowana do podawania śniadania swojemu niewidomemu królowi.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Wybacz. Źle mi się to czytało. Masz problem ze zbudowaniem zdań. Poza tym za bardzo nie wiem, czy to średniowiecze, czy jednak współczesność(tu prysznic, a tu gospoda, służka zamiast budzika itd.). Wydaje mi się, że niektóre nawiasy są, po prostu zbędne. A te zdania w cudzysłowu. One są myślami Króla? I dlaczego Król nie wyrzuci służki, skoro jej nie lubi?
Miałem wskazywać błędy. Ale sądzę, że inni zrobią to po prosu lepiej :)
Pozytywnie wypowiem się o fabule, która zapowiada się ciekawie.
Nie bierz mojej wypowiedzi do serca. Po prostu pisz, pisz i czytaj :D

Ps. (Pytanie, które mnie nurtuję. Czy młody chłopak jest od urodzenia niewidomy? Czy uległ wypadkowi?)
Odpowiedz
#3
Cytat: Kuia skradał się nad wyraz ostrożnie w stronę łazienki ( przecinek ) pomimo odgłosów sumiennej eksploatacji prysznica przez służkę.

W okolicy nie wydawało się ( w okolicy czego? ) ( "Nie wydawało się, by..." – tak wystarczy, jest prościej i bardziej zrozumiale ), by ktokolwiek mógł go przydybać, co było dobrym znakiem.

Zasadniczo, to nawet ( tu zbędne ) nie potrafił przyrządzić czegokolwiek wartego uwagi ( nawet ) dla, załóżmy, ( całe to wtrącenie jest moim zdaniem zbędne, utrudniając czytanie ) pięciolatka żyjącego w slumsach.

Ale przynajmniej owej niepotrzebnej pomysłowości mu nie brakowało. ( Nie rozumiem – na co komu niepotrzebna pomysłowość. Powinno być raczej "owej niezbędnej pomysłowości" )

Brianne, która zazwyczaj sprzątała w gospodzie „Krwawy Topór”, gdzie pospolitym rytuałem wśród tamtejszej barbarzyńskiej gawiedzi było klepanie jej po tyłku i ustawiczne próby molestowania jej ( tu zbędne ).
Nie tylko psychicznego.

Jednakże z uwagi na jej umiejętności (i boskie kształty), stosunek do pracy (i brak elementarnej asertywności) oraz wiek (i obezwładniający urok) postanowiono uchronić od fatalnego otoczenia i przenieść do zamku, gdzie tam momentalnie pospolitym rytuałem stało się klepanie jej po tyłku i ustawiczne próby molestowania jej. ( To zdanie jest koszmarne, zbędne nawiasy i powtórzenia. "Jednakże z uwagi na jej umiejętności, boskie kształty, wiek i obezwładniający urok, a także właściwy stosunek do pracy została przeniesiona do zamku. Uchroniono ją od fatalnego otoczenia, w zamian oferując klepanie po tyłku i ustawiczne próby molestowania". Tak to powinno mniej więcej wyglądać )
Z tym, że zazwyczaj już tylko fizycznego.

Zapewne łomotało mu już wcześniej, ale scenariusze ( przecinek ) jakie zaczęły mu się pojawiać w głowie ( przecinek ) skutecznie kierowały uwagę w zgoła inne miejsce. Wbił wzrok w parawan, na którym było widać przepięknie ( przez który prześwitywał niewiarygodnie ) zgrabny cień Brianne.

Misji, która zakończyłaby się wiekopomnym sukcesem, gdyby nie fakt, który spokojnie w tej sytuacji mógłby zabić człowieka, powodując u niego zawał już i tak szaleńczo pracującej pikawy. ( kolejne skomplikowane zdanie i powtórzenia – przebuduj je i uprość nieco )

Tyle dałam radę. Jestem zbyt zmęczona, by przebrnąć przez te skomplikowane twory, bo zdaniami trudno je nazwać. Potrafisz zbudować normalne, nieźle brzmiące fragmenty, dlaczego więc co drugie komplikujesz tak bardzo? Postaram się jutro dokończyć.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#4
Dzięki, mam problem ze zdaniami : D, muszę coś z tym zrobić.

Król nie wyrzuca, bo chciałby, a nie może. Jest niewidomy od nie wiadomo kiedy, bo w zasadzie mam żadnego planu co do tej historii (wymyślam wszystko na bieżąco).

Dzięki bardzo, uciekam pracować.
Odpowiedz
#5
(14-07-2014, 20:44)devici napisał(a): (brak akapitu)Szczególnie biorąc pod uwagę niezaprzeczalny fakt, iż Kuia nie był owym kucharzem.

Zasadniczo, to (Usunęłabym to) nawet nie potrafił przyrządzić czegokolwiek wartego uwagi dla, załóżmy, pięciolatka żyjącego w slumsach.

Zapewne łomotało mu już wcześniej, ale scenariusze(przecinek) jakie zaczęły mu się pojawiać w głowie(Lepiej: jakie zaczęły pojawiać mu się w głowie) (przecinek)skutecznie kierowały uwagę w zgoła inne miejsce.

Nie zauważyła Kuia, co go niezmiernie podnieciło i dodało wszechogarniającej pewności, że nikt już nie przeszkodzi w chwalebnej misji penetrowania profesjonalizmu kadry pracowniczej. (Nie rozumiem tego podkreślonego. Rozumiem zabieg, który chciałeś zastosować, ale penetrowanie czyjegoś profesjonalizmu...? Nope.)

Misji, która zakończyłaby się wiekopomnym sukcesem, gdyby nie fakt, który spokojnie w tej sytuacji mógłby zabić człowieka, powodując u niego zawał już i tak szaleńczo pracującej pikawy.(Czy fakty mogą zabijać? Według mnie nie, w każdym razie nie same w sobie.)

Podczas gdy spalony pseudo-agent zaczął rozmyślać nad tym (przecinek)jak to się stało, że jego fantastyczny plan wziął w łeb, Brianne zorientowała się, że coś jest nie tak i zaczęła krzyczeć.

Młoda służka, Ysolde(przecinek) stała przy łożu z niepokojem wymalowanym na twarzy oraz, jak zawsze, towarzyszącym bezsensem jej jestestwa.(I ten bezsens jej jestestwa był też na jej twarzy? Średnie.)

– Przepraszam (przecinek)królu, pora na poranną kąpiel i śniadanie, jest już po dziewiątej(kropka) – to(To) mówiąc(przecinek) Ysolde zerknęła na wiszący nieopodal czarny zegar ze złoceniami, tak jakby miał zostać jej świadkiem koronnym w procesie dotyczącym budzenia monarchy z zimną krwią w akompaniamencie bezbrzeżnej głupoty. (To jest... straszne. Niezrozumiałe, a poza tym jakby się chciało to przeczytać na głos, to jeszcze gorzej.)

– Przepraszam(przecinek) królu, ale spałeś tak smacznie, że nie chciałam cię budzić i przeszkadzać... – pośpiesznie dodała wystraszonym głosem.

„...”(A co to? Milczenie w myślach króla?)

Służka Ysolde od samego początku jej pracy dla Kuia była uważana przez niego za archetyp nieszczęścia, które(który) to zsyłał niepokorny los (a konkretnie radny Ien) (Nie rozumiem. W ogóle. Los może być pokorny? I co on ma za związek ze służką i jakimś radnym?) na bogobojnych i prowadzących idealne życie ludzi. (Utopia? :P)

Dzięki temu owi nieszczęśnicy poczynali nienawidzić z głębi swoich złotych serc wszystko(wszystkiego), co jest tylko możliwe do obdarzenia czegoś (w tym wypadku kogoś) tak intensywnym uczuciem. (Przebudowałabym. Bardzo.)

Kuia traktował to jako wyjątkowo nieprawdopodobną, wręcz niemożliwą możliwość, żeby istniała na całym świecie tak pechowa, niezdarna i beznadziejna istota(przecinek) jaką jawiła się służka Ysolde.

Co prawda ze wszystkich swoich desperackich sił starała się (ze wszystkich sił desperacko starała się)nie zmieniać jego każdego dnia w piekło na ziemi, ale im bardziej się starała(przecinek) tym gorzej to wyglądało.

– Przepraszam(przecinek)mój królu, schowałam razem z innymi! Już podaję!

Wyznaczając sobie przestrzeń, które(która) dzieli(dzieliła) go od drzwi, zbyt późno wyciągnął rękę w poszukiwaniu klamki i uderzył w nie całym ciałem. Odbił się z impetem, a padając na podłogę(przecinek) zrozumiał, że Ysolde nie jest człowiekiem wartym choćby krzty zaufania.

– Czy to jest według ciebie ostry koniec? – w(W)skazał na pomarańczową laskę,(bez przecinka)posiadającą wykończenie, które śmiało pozwalałoby na swobodne ubijanie kotletów.

Gdyby można wtedy było uwiecznić mimikę i zachowanie Ysoldy na płótnie (przecinek)z pewnością obraz zostałby uznany za najlepsze odwzorowanie rozpaczy dorosłego człowieka, a ją samą okrzyknięto(okrzyknięto by) aktorką wszech czasów (przecinek)na co nigdy by nie zasłużyła swoją niezmiernie głupią i niebezpieczną dla wszelkiego organicznego środowiska egzystencją. (To zdanie to monstrum. Za długie, zbyt zagmatwane.)

– Stój tutaj i nie ruszaj się (przecinek)aż nie wyjdę z tego pokoju, zrozumiałaś?

Chłopak nie tracąc cennego czasu, podszedł do szafy, poszukał odrobinę i zabrał to(przecinek) co(czego) potrzebował, uprzednio upewniając się, że tym razem nie będzie żadnych niespodzianek. Minął służkę, która wyglądała (przecinek)jakby miała zaraz się zalać pomieszczenie łzami oraz swoją bezbrzeżną kompetencją (Pomieszczenie można zalać łzami, ok, ale kompetencją? Żadne znaczenie słowa "kompetencja" tutaj nie pasuje.), otworzył drzwi i wyszedł z komnaty.
(brak akapitu)Kuia miał tylko szczerą nadzieję, że Ysolde nie będzie dziś oddelegowana do podawania śniadania swojemu niewidomemu królowi.

Przebrnęłam. Uwag mam trochę. Może wypunktuję.

1. Zastanawia mnie, podobnie jak marookko, w jakim czasie się to dzieje. Rozumiem, można kreować własne uniwersum, ale mieszanie w jednym świecie królów, służek, karczem, pryszniców i klozetów wydaje mi się dziwne (powstanie prysznica w formie zbliżonej do obecnej to bodajże XIX wiek, więc musiałbyś bardzo wyraźnie pokazać, że akcja tego opowiadania nie jest umiejscowiona w czymś w rodzaju średniowiecza, żeby mnie do tego przekonać.)

2. Naprawdę musisz bardzo dobrze umotywować to, dlaczego król nie wyrzuci tej niewydarzonej służki. Nie znosi jej, jest beznadziejna, zwraca się do niego w sposób zakrawający o obrazę majestatu ("Królu! Wstawaj!", na ten przykład), więc dlaczego, do jasnej ciasnej, nie wywali jej na zbity pysk? Jakiż to powód go przed tym powstrzymuje? Tym bardziej, że jest niewidomy i powinien mieć kompetentną służbę. Musi to być naprawdę mocna przyczyna, osobiście nie znajduję żadnej takiej.

3. Zdania. Potwornie skomplikowane. Masz manierę udziwniana opisu każdej, nawet najprostszej czynności, w której naprawdę nie ma nic skomplikowanego. Często w taki sposób, że zdanie, zamiast osiągnąć zamierzony efekt, brzmiało może nawet kuriozalnie. W tekstach niektórych autorów znajduje się podobne zabiegi, mające nadać żartobliwości, jak mi się zdaje, tylko że nie są one stosowane na siłę, tak jak u Ciebie, zdanie nie traci przez nie sensu. Ten tekst przez te zdania naprawdę jest trudny do strawienia, często musiałam się zatrzymywać i poważnie zastanawiać, o co Ci chodziło.

4. Denerwują mnie te interlinie(?) w tekście, kiedy przechodzi od opisu do dialogu. Wystarczy zwykłe przejście do nowego akapitu, a tekst będzie wyglądał estetyczniej.

To wszystko ode mnie. Na razie nie widzę tutaj żadnej fabuły, więc nie będę komentować tej kwestii. Zastanawia mnie, co z tego wyjdzie. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#6
(15-07-2014, 08:34)devici napisał(a): Dzięki, mam problem ze zdaniami : D, muszę coś z tym zrobić.

Król nie wyrzuca, bo chciałby, a nie może. Jest niewidomy od nie wiadomo kiedy, bo w zasadzie mam żadnego planu co do tej historii (wymyślam wszystko na bieżąco).

Dzięki bardzo, uciekam pracować.

Może za bardzo się czepiam, ale jeśli jest niewidomy od urodzenia, to jego sny różnią się znacznie od naszych.:) A jeśli uległ wypadkowi, to warto byłoby o tym wspomnieć ;P
Once bitten, twice shy.

Moje opowiadania:
Odcienie
Dream
Opowieści menelskie
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Olaboga, strasznie toporny styl, mimo ewidentnego literackiego potencjalu. Przestan na sile wciskac to wszelkie przebarwione i kolokwialne slownictwo i w ogole zawijac kazde zdanie w precel i bedziesz kocurem. Niektorzy ludzie to by tu polowy wyrazow nie zrozumieli ;p Jednak ogolnie to piszesz ladnie i ja bym byla ciekawa dalszych losow tego krola, ale tylko pod warunkiem, ze przestaniesz tak na sile urozmaicac kazde zdanie. :>
Dżon Rambo z cyckami
Odpowiedz
#8
Poprawione! Dziękuję, dziękuję, dziękuję za uwagę.

1. W jakim czasie się to dzieje? Nie wiem, pisałem całkiem na bieżąco. Domyślnie mają to być czasy średniowieczne, ale rzeczywiście jest problem z pewnymi wspomnianymi przedmiotami.

2. Powiedzmy, że ma całkiem dobry powód, by nie wyrzucał służki.

3. Udziwnianie to w pewnym sensie efekt uboczny mojej niecierpliwości – tekst w zasadzie wpuszczony do sieci zaraz po napisaniu. Oczywiście i tak sprawdzam to, co piszę, ale niestety to nie wystarczyło. I dodatkowo mam manierę komplikowania tego co piszę.

4. Interlinie, w moim odczuciu, pomagają łatwiej przyswoić tekst.

5. Nie pomyślałem o tym jak niewidomi śnią, przydałoby się zacząć.

Przestanę kombinować, naprawdę.
Odpowiedz
#9
WITAM!

Mam dwie wiadomości, tradycyjnie dobrą i złą. Dobra: mam kolejne czytadło. Zła: może źle się czytać.
Często nie jestem człowiekiem, na którego można liczyć, zatem obiecane: "przestanę kombinować" możecie włożyć głęboko w... bajki (próbowałem, ale nie umiem tego okiełznać, może uda mi się poprawić następnym razem, może).
Wszystkim, którzy zdołają dobrnąć do końca tego tasiemca – niech Bóg Wam błogosławi w dzieciach, pieniądzach i czego tam sobie byście tylko życzyli.
Rozdział to kontynuacja poprzedniego tekstu, nosi tytuł: Generał Tyrt Oidimi.
Jeszcze raz z góry dzięki za poświęcony czas.

–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–

Kuia miał ochotę wymiotować.
– Imbecyle... – naszła go niemal codzienna już myśl.
Siedział w podłużnej komnacie, służącej Radzie do odbywania spotkań dotyczących działań około-wojennych królestwa Duskmole, które to, mówiąc eufemistycznie, nie były zazwyczaj spektakularne. Ale czego się spodziewać po generale Oidimi?
Generał Tyrt Oidimi, pełniący funkcję głównego dowódcy wojska, prędzej sam posłałby do diabła tuzin najlepszych rycerzy okolicznych księstw w pełnych zbrojach, niż pozwoliłby swojemu drogiemu oddziałowi na pozbieranie grzybów w lesie tuż za jeziorem, ze względu na ich domniemane właściwości trujące. Traktował żołnierzy niczym swoje nigdy nienarodzone dzieci. Nienarodzone, bo w całym swoim nieszczęściu generał odziedziczył prawie każdy element aparycji swojego ojca. Posiadał potężną, wyrzeźbioną sylwetkę, mierzył prawie dwa metry i był szpetny jak noc. Żadna kobieta nie chciała z nim mieć nic do czynienia. Mimo tego ewidentnego braku czułości w swoim życiu, generał żywił niezrozumiałe, wręcz matczyne uczucie wobec wojaków królestwa Duskmole. Być może poniekąd taka właśnie dobroć i troska o ludzi okazała się główną przyczyną tego, iż izba, w której obecnie z niepohamowaną radością przetrzymywał swoich zakładników, została starannie wyselekcjonowana z szeregu kilkunastu innych kandydatek w zamku. Po pierwsze: była długa i szeroka – potencjalny szpieg musiałby podejść bliżej naradzających się (którzy to siadywali w najdalszym końcu pomieszczenia) i, tym samym, zdradzić swoją obecność. Przeciwległy koniec natomiast jasno oświetlały świeczniki, a goła posadzka z szarego, wzorzystego marmuru nie pozwoliłaby z kolei żadnemu głośniejszemu dźwiękowi na rozpłynięcie się w nicość. Po drugie: mury charakteryzowały się wyjątkową grubością – eksperymenty wykonywane przez generała i doborowy oddział testerów wykazały, że ściany posiadają nieprzeciętnie niską przepuszczalność jakichkolwiek odgłosów ("Króla Chuja ledwo słychać, generale!"). Początkowo myślano o wykorzystaniu komnat królewskich (tam mury były jeszcze grubsze), ale ku wielkiej uldze młodego władcy zrezygnowano z tego szalonego pomysłu. Niestety, istniały też i wady takiego rozwiązania – akustyka pomieszczenia narad nie należała do najlepszych, a to oznaczało, iż ktokolwiek zaufany, przechodząc kilka kroków ze swoim ciężkim obuwiem, serwował istny horror dla bębenków słuchowych u naradzających się. W tym oto wypadku przeszło piętnaście metrów długości komnaty zdecydowanie nie pomagało.
– Nie ma to jak bezpieczeństwo, co? – zagajał okazyjnie generał.
Kolejną niezastąpioną zaletą podłużnej sali narad było obicie mosiężnych drzwi skórą świeżo upolowanych wilków, które to z kolei były moczone w jakimś diabelsko śmierdzącym płynie. Chodziło o zmylenie potencjalnego intruza – smród oraz estetyka drzwi miały rodzić wniosek, że za nimi ma miejsce coś, na kształt rzeźni lub cechu parającego się obrabianiem zdobyczy z polowań. Efekt był, krótko mówiąc, przygnębiający – wentylacja pomieszczenia w zasadzie nie miała racji bytu, więc narady trzeba było ograniczyć do długości dwóch kwadransów w obawie o zdrowie osób przebywających w środku. Radny Kareth często wymuszał przedwczesne przerwy, co generał Oidimi raczył czasami kwitować wyniosłym: "Mięczak!", poprawiając przy tym hełm, pod którym nosił szal ciasno owijający okolice nozdrzy. Wartownicy pełnili swój posterunek w najdalszych kątach korytarza, niepokojąc każdego nieszczęśnika, który musiał przejść koło nich w drodze na wyższą kondygnację.
Wspomniane drzwi posiadały jeszcze jedną cechę. Przy otwieraniu zawiasy skrzypiały tak mocno, że strażnicy pilnujący wejścia, prócz zatyczek chroniących przegrody nosowe, musieli również uważać na swoje uszy, by nie stracić obu zmysłów już po kilku wartach. Z powodzeniem można było stwierdzić, iż były to pierwsze (niezamierzone) w tym i okolicznych królestwach drzwi ze skutecznym systemem antywłamaniowym.
Zamykać nie trzeba było.
Tak zabezpieczona została komnata narad. Generał Oidimi niestety nie był z niej w pełni usatysfakcjonowany. W swoim paranoicznym postrzeganiu militarnego rzemiosła zdołał ubzdurać sobie, że zawsze jest szansa na poprawę swoich umiejętności. Niezależnie nawet od tego, jak często ludzie mdleją w jego obecności (generał rzadko się mył).
W takiej oto atmosferze Rada w składzie: król Kuia Duskmole, generał Tyrt Oidimi, radny Odo Nien, radny Smil Kareth, radny Argance Xavier, radna Aveine Yeena oraz skarbnik Felsa Koin odbywała kolejne posiedzenie w sprawie "poczynań" oddziału zwiadowców na terenie królestwa Duskmole. Żołnierze nieustannie zbliżali się do granicy z sojuszniczym państwem Tinwe, gdzie rządził miłościwie tam panujący król Mantu I.
Generał, stojąc nad rozłożoną na stole mapą, z dumą zaanonsował:
– Żadnych oznak nieprzyjaciela. Raporty donoszą, że nasze mocarstwo nie było jeszcze w przeszłości tak bezpieczne i wolne od jakiegokolwiek zagrożenia ze strony sąsiednich krajów.
Reszta obecnych milczała niezręcznie. Ktoś zaczął się wiercić na jednym z bogato zdobionych foteli, a radna Yeena poczęła nerwowo spoglądać raz na generała, raz na uczestników narady. W końcu nie wytrzymała.
– Słyszałam – zaczęła – że Szmaragdowy Zwierz...
– Szkarłatny Zmierzch – nonszalancko poprawił ją radny Xavier.
– Tak... Zmierzch i Kruki...
– Kruczy – przybył z pomocą Kuia.
Kobieta oblała się dorodnym rumieńcem.
– W każdym bądź razie, słyszałam pogłoski, że zbierają ponownie ludzi na jakieś kampanie... – skończyła nieśmiało, bardziej pytając niż stwierdzając fakt.
Szkarłatny Zmierzch oraz Kruczy były starymi organizacjami zrzeszającymi bandytów do sobie tylko znanych celów. Kruczy, wyjątkowo tajemniczy – mówiono tylko o tym, że zajmują się szeroko pojętym obalaniem rządów lub władców, a członkowie noszą na ramieniu tatuaż przypominający głowę kruka. Szkarłatny Zmierzch natomiast miał jeszcze gorszą reputację – tam kryminaliści lubowali się w barbarzyńskim zarzynaniu niewinnych ludzi, nie zapominając o grabieży, niszczeniu mienia i gwałtach. Podobno jako grupa zaczęli rosnąć w siłę, a ich ruchy stawały się bardziej wyrafinowane i wyważone.
O ile można w ogóle w taki sposób wypowiadać się o ludziach, których głównym życiowym marzeniem była wystarczająca ilość obiektów do dekapitacji.
Działania tych i podobnych organizacji spotkały się jednak z gargantuicznym przeciwnikiem – zawiązane ponad dwadzieścia lat temu porozumienie pomiędzy kilkunastoma okolicznymi państwami wręcz oczyściło sojusznicze tereny ze zbrodniczych działań różnorakich grup czy sekt.
Generał, kręcąc przecząco łbem, poddał w wątpliwość uwagę radnej.
– Niemożliwe, oni zostali dekadę temu przetrzebieni, nie ma po nich już śladu – powiedział z przekonaniem. Po chwili dodał z werwą: – Ludzie lubią plotkować, a ja mówię o prawdziwych żołnierzach, o wytrenowanej armii!
– Ale zdaje się – radny Nien zdawał się czytać w myślach generała – że żaden z naszych sąsiadów nie wypowiedział nam wojny... – zakończył z niejakim lękiem.
– Racja – zawtórował krótko Kuia. Nie kwapił się czegokolwiek dodawać – od jakiegoś czasu zasłaniał usta i ewentualność zwrócenia dzisiejszego obiadu była obrzydliwie realna.
Generał Oidimi niemalże fuknął, atakując te argumenty przekornym błyskiem w oku:
– Jeszcze! – Po czym dodał z teatralnym niepokojem: – Kto wie czy nienawiść nie rozsierdziła się w sercach naszych "przyjaciół", by w najbardziej dogodnym dla nich momencie wbić nóż w nasze plecy?
Kuia przywołał w pamięci obraz zapłakanego Mantu po tym, jak złamał sobie nadgarstek, popisując się sprezentowanym mu podczas gościny dwuręcznym mieczem.
– Idiota – zaśmiał się w duchu Kuia.
– Znając Mantu, prędzej on odda mi dobrowolnie koronę, przy okazji całując moje stopy, niż choć... – przerwał wpół zdania, w porę uświadamiając sobie, że żołądek wściekle mu bulgocze.
Radny Kareth, widząc nierówną walkę króla z problemami układu pokarmowego, przejął inicjatywę:
– Rozumiemy, że oddział nie zarejestrował żadnych śladów wroga. Biorąc pod uwagę ich obecne położenie, wystarczy nam czekać na ich ostatni już raport i wydać rozkaz powrotu do stolicy.
Radny Kareth uśmiechnął się do siebie i pozostałych. O dziwo reszta odwzajemniła uśmiech. Wszyscy naiwnie poczęli łudzić się, iż spotkanie jest zasadniczo omówione i za chwilę będzie można ratować się rozkoszująco ciepłą kąpielą. Wszyscy prócz generała. Niestety nie znali prawdziwego celu, dla którego ten stary głupiec zarządził naradę o charakterze priorytetowym. Tyrt Oidimi, nie będąc najwidoczniej świadom błogostanu, w jaki zdążyły wprawić się jego tymczasowe ofiary, wyprężył swoje tęgie, prawie dwumetrowe ciało i oznajmił głosem pełnym patriotycznej dumy:
– Nie wydamy takiego rozkazu!
W Radę jakby piorun strzelił. Po dłuższym momencie triumfalnej dla generała ciszy posypały się pytania:
– Jak to: nie wydamy?
– Generale, o co chodzi?
– Co takiego chodzi panu po głowie?
Generał był wniebowzięty. Myślał o tym już od jakiegoś czasu. Wewnętrzna ostrożność jednak nie pozwalała mu podjąć tak odważnej decyzji. Mimo wszystko stał tam osamotniony, mając przeciwko sobie sześciu militarnych ignorantów, by w końcu niczym heros, dokonujący epickiego czynu, zatryumfować. Od momentu kiedy został mianowany głównym dowódcą wojska, zawsze starał się dbać o swoich ludzi. Szanował ich wolną wolę i poczucie bezpieczeństwa. Nie pozwalał im nadstawiać karku, wykonywać rozkazów zagrażających pośrednio ich życiu. Żołnierze byli dla niego niczym wyrośnięte dzieci, o które przydałoby się dbać. Jednak wszystko co dobre szybko się kończy – generał właśnie postanowił poczynić kolejny krok w odpowiedzialnym wychowywaniu nieswoich latorośli. Nastał historyczny moment dla niego i wojska.
Pora pójść dalej.
Przyszedł moment przekroczyć bezpieczne wody.
Czas przekroczyć granice.
– Czas przekroczyć granice – zaanonsował rozmarzonym tonem.
Po tych słowach radni zaczęli spoglądać po sobie z przerażeniem.
Minęła krótka chwila, kiedy to generał przestał bujać w obłokach i oznajmił: – Będziemy śledzić, co dzieje się w sąsiednich prowincjach. Nasi ludzie będą szpiegować każdą gospodę, fort, zamek, pieczarę czy dwór w poszukiwaniu choćby najmniejszej informacji na temat zdradzieckich planów lub działań przeciwko naszemu ukochanemu królestwu!
Po kolejnej zatrważająco długiej ciszy Rada zaczęła powoli przyjmować do świadomości, jakie implikacje będą miały miejsce, pozwalając oddziałowi zwiadowców pałętać się po sąsiednich ziemiach. Pierwszy pękł skarbnik Koin:
– Generale, proszę nie działać pochopnie – błagał. – Taka wyprawa będzie zapewne wiązała się z dodatkowymi kosztami. Musielibyśmy oszacować wydatki, sprawdzić zapasy prowiantu, porozumieć się z sąsiadami. Być może mieliby coś przeciwko...
Generał bezceremonialnie przerwał skarbnikowi, kiwając przecząco przyłbicą:
– Proszę się o to nie martwić, rozmawiałem z namiestnikiem. Póki co potrzeby ekonomiczne okażą się minimalne. Po wstępnym zrealizowaniu operacji spotkamy się ponownie tutaj i ustalimy szczegółowy profil misji.
"Rozmawiałem z namiestnikiem".
Owo wyznanie usprawiedliwiało ze wszech miar konieczność przetrzymywania Rady w tym przybytku tortur. "Dyskutanci" porzucili już resztki nadziei na powstrzymanie niedorzecznej kampanii "ochrony" sąsiednich królestw. Kolejne dni będą teraz raczej przypominały nerwowe oczekiwanie na kolejne to spotkania, niczym skazaniec czekający na egzekucję.
Z tym, że skazaniec po wszystkim już nie musiał się już niczym przejmować.
Kuia przestał odczuwać nudności na rzecz mieszanki nienawiści, bezsilności i chęci zrzeknięcia się korony. Zapomniał nawet o gryzącym smrodzie.
– To by było na tyle z mojej strony. Czy Rada chce coś dodać? – spytał generał.
Zapadła grobowa cisza. Radny Xavier i Kareth przecząco pokiwali głowami, a radna Yeena ukryła niemłodą już twarz w dłoniach.
Obecni ponieśli się z foteli i w milczeniu ruszyli w stronę drzwi. Tuż przed dotarciem do nich, Kuia po raz ostatni usłyszał irytujący głos generała, doprowadzając ostatecznie chłopaka (i resztę) do białej gorączki:
– Zapomniałem dodać – zawołał – że narady od teraz będą odbywać się regularnie raz w tygodniu!


***


Król Kuia wracał z wielogodzinnej kąpieli. Jego nastrój poprawił się znacznie, samobójcze plany uciekły, napięcie zniknęło. W zasadzie to nawet czuł ulgę – wiedział, że za niedługi czas sytuacja się powtórzy, zatem starał się czerpać jak najwięcej z czasu wolnego od narad. Póki co postanowił uleczyć swoją delikatną duszę, która została sponiewierana stęchłym odorem, kakofonią ustawicznych dźwięków, bezsensownymi rozmowami na temat militariów oraz wręcz ordynarną postacią generała Oidimi. Kuia zdecydował, iż po bliżej nieokreślonym czasie rekonwalescencji musi poszukać sposobu na rozwiązanie problemu tak częstych męczarni.
Tak sobie rozmyślając, przemierzał korytarz prowadzący do królewskich komnat. Dotarł do pięknie zdobionych drzwi, wymacał klamkę
i wszedł do sypialni, zamykając za sobą wejście. Po chwili jego nozdrza zarejestrowały dziwny, zupełnie obcy zapach. Zaraz po tym usłyszał ciche stąpnięcie za jego plecami, po którym to miał miejsce odgłos zasuwanego rygla.
Ktoś włamał się do pokoju.
– Kim jesteś i co robisz w moich prywatnych komnatach? – zapytał Kuia lekko zirytowanym tonem. Nie miał pewności, czy to może być jakiś misternie obmyślony przez grupkę dzieciaków żart , które nader często uprawiały nieokazywanie królowi dostatecznej ilości szacunku. Któż inny chciałby fatygować się siedem pięter tylko po to, by zobaczyć człowieka, z którego kpili prawie wszyscy w królestwie?
Poczuł przed sobą czyjąś obecność, a po chwili w jego brzuch trafiła z całą mocą pięść.
Wielka pięść.
Kuia momentalnie upadł na posadzkę. Kiedy zwijał się z bólu, resztki jego wolnej od cierpienia świadomości rozpaczliwie doszły do dwóch wniosków: albo dzieciaki trochę wyrosły, a ich żarty zrobiły się bardziej wyszukane, albo coś takiego jak straż i bezpieczeństwo w tym zamku istnieje tylko na kartach encyklopedycznych tutejszej biblioteki. Łapiąc z trudem powietrze, podniósł się odrobinę i postanowił jeszcze raz poznać okoliczności zajścia.
– Kim jesteście, ludzie? Czego chcecie? – wykaszlał słowa w eter.
Odezwał się głęboki, basowy głos mężczyzny:
– Starm nas przysłał.
Kuia cały zesztywniał. Znał owo imię.
– Starm! – wyrwało mu się mimowolnie. Na śmierć zapomniał o tym człowieku.
Młody monarcha, klęcząc na ziemi, postanowił potulnie posłuchać, co takiego ma posłaniec do powiedzenia.
– Tak jest. Kazał przekazać, że czas dobiega końca.
Wtem, za plecami wstrząśniętego młodzieńca, odezwał się drugi, pyszałkowaty i szczeniacki głos:
– Tak jest! Pora zapłacić obiecany haracz, królu!
Nagle, jak grom z jasnego nieba, wściekle i z możliwie maksymalną dawką pogardy, huknął pierwszy:
– Zamknij ryj, zjebie!
Cont i Loof. Tak nazywali się bandyci, którzy mieli odwiedzić zamek Duskmole w celu grzecznego przypomnienia tamtejszemu władcy, że okres na zapłatę pożyczki powoli mija. Oboje ubrani w lekkie, ciemne, skórzane kurtki i buty, oboje nieogoleni, oboje z charakterystycznymi grymasami na twarzach. Cont, całkiem postawny, wyglądał, jakby wszystko go brzydziło. Mina, z jaką codziennie rano "witał" dzień, skutecznie eliminowała go jako kandydata na czułego i romantycznego kochanka lub człowieka, który miałby z egzaltacją tłumaczyć sens codziennego życia osobie planującej popełnić samobójstwo. Loof z kolei był chudym, wesołym, trochę głupiutkim chłopakiem z tragicznie wyglądającą grzywką. Uwielbiał się uśmiechać, niekiedy przerażając Conta, który zachodził w głowę, jak można tak długo, intensywnie i wariacko wyginać mięśnie swojej własnej mordy. Cont, zazwyczaj po tym wysiłku intelektualnym, zażenowany odwracał wzrok i nieświadomie wykrzywiał w obrzydzeniu własną mordę.
Loof skulił się pod natłokiem decybeli, które wysłał w jego stronę kompan. Czując się niekomfortowo, wstał z łóżka i, po chwili niezręcznej ciszy, doszedł do wniosku, iż poczuje się lepiej, kiedy usiądzie.
Oszołomiony Kuia zapytał niewinnie:
– Jaki haracz, jaka pożyczka, ludzie, o co wam chodzi?
Cont splunął i wycedził średnio pogardliwie:
– Rzygać mi się chce, jak na ciebie patrzę. – Zmierzył króla od stóp do głów i zagroził: – Nie zadziera się z nami, pamiętaj.
Loof nie mógł się opanować.
– Tak tak, nie zadziera się z Krukami!
Cont również nie mógł się opanować. Doskoczył do chuderlaka i zasadził mu prześlicznego sierpowego. Powalony na ziemię impetem ciosu rzezimieszek krzyknął boleśnie i zaczął gorączkowo masować pogruchotaną szczękę.
– Jeszcze, kurwa, jedno słowo i nawet jebany Starm ci nie pomoże! – powiedział złowrogo Cont w towarzystwie morderczego wzroku, którym był w stanie zdalnie załatwiać wszelkie potrzeby fizjologiczne danego odbiorcy tegoż spojrzenia.
Loof nie pisnął już ani słowem. Cont tymczasem po raz ostatni zwrócił się do monarchy:
– Za tydzień mija termin. – Zdawkowy, prawie że rozkazujący ton nie pozostawiał żadnego pola do negocjacji. Mięśniak kiwnął na swojego partnera i skierował się do wyjścia. Usunęli rygiel, wyszli na korytarz, uprzednio upewniając się, że teren jest czysty, i spokojnie zwrócili się w stronę schodów.
Nawet nie zrobili kilku kroków kiedy ich, najwidoczniej niedostatecznie doświadczony w tym miejscu, zmysł węchu odnotował nowego rodzaju zapach. Do tego po chwili dołączył chrzęst pancerza.
Zaraz po tym w korytarzu pojawił się zziajany generał Oidimi w pełnym ekwipunku.
Zlany obezwładniającym zmysły potem.
Dwójka bandytów z przerażeniem wzięła nogi za pas. Smród był taki duży, że musieli zasłaniać nos i usta obiema rękami. Generał nie miał najmniejszej możliwości dogonienia rzezimieszków, więc po satysfakcjonującym odprowadzeniu nieprzyjaciół wzrokiem, powoli (ale z wyraźną troską) udał się do komnaty, gdzie Kuia rozpaczliwie próbował zasunąć ciężki rygiel. Po marnym zabezpieczeniu się przed nadciągającą katastrofą, powłóczył nogami w przeciwnym kierunku. Postanowił dotlenić się przy oknie do czasu, aż przejdą mu na nowo dolegające nudności.
Generał nacisnął z drugiej strony na klamkę i znieruchomiał.
Kuia stojąc na galaretowatych nogach, trzymał się parapetu niczym tonący ostatniej brzytwy. Wiedział, że ma mało czasu, więc desperacko krzyknął w stronę drzwi:
– Generale! – Zdziwił go nadzwyczaj słaby głos. – Generale! Nic mi nie jest! Wszystko w porządku! Nic mi nie jest!
Osunął się na ziemię i zaczął przeczuwać najgorsze.
– Boże, tylko nie on tu, kurwa, nie wchodzi... – uczepił się myśli.
Było już za późno. Kombinacja wątłych jęków chłopaka oraz słaba przepuszczalność dźwięku przez mury i zbroję generała sprawiły, że ten ostatni już gotował się do staranowania wejścia. Ponad sto trzydzieści kilogramów żywej wagi, a także zbroja zrobiły swoje – zawiasy i zasuwa (która i tak była już wysłużona) puściły bez większych oporów, a drzwi padły z donośnym hukiem, ukazując potężną sylwetkę generała.
Scena była groteskowa. Pod otwartym oknem, półleżąc przy ścianie, Kuia jedną ręką wymachiwał protestująco w stronę generała, a drugą zasłaniał twarz, jednocześnie znajdując beznadziejny konsensus między ochroną swojego układu oddechowego a możliwością artykułowania zrozumiałych krzyków. Z drugiej strony w wejściu stał groźnie wyglądający, spocony kolos.
Niczym gwałciciel spoglądający milcząco na skamlącą w kącie ofiarę.
Co, w zasadzie, nie było tak dalekie od prawdy.
– Królu, dobrze, że zdążyłem! – zawołał generał. – Jeszcze trochę i mogliby ci coś zrobić, panie!
Kuia miał wrażenie, że wbrew powszechnym prawom fizyki, jego żołądek sam zaczął wywracać mu się na lewą stronę.
Generał Oidimi rozejrzał się po pomieszczeniu i naiwnie spytał:
– Gdzie są straże?
– Zgadnij, kurwa... – naszła chłopaka w myślach refleksja.
Tego jeszcze brakowało. Młodzieniec wiedział, co się teraz stanie. Nie ma strażników – zamek nie jest dostatecznie bezpieczny, a jeśli zamek nie jest dostatecznie bezpieczny, to trzeba sprawić, by zamek był dostatecznie bezpieczny. I nie pomylił się – dokładnie taki tok rozumowania obrał generał. Sęk w tym, że wszystkie hipotetyczne rzeczy, zadania, profilaktyczne zamiary, regulacje, pomysły, zastrzeżenia, ustawy, rozkazy, pisma, rozporządzenia, ćwiczenia, zabiegi, czynności, manipulacje, postępowania, akcje, przedsięwzięcia czy kampanie, które, w przypadku poczciwego generała Tyrta Oidimiego, miałyby prowadzić do zwiększenia bezpieczeństwa w zamku, będą prowadziły do wszystkiego prócz zwiększenia bezpieczeństwa w zamku. Talent generała Tyrta Oidimiego w dziedzinie niezwiększania bezpieczeństwa w zamku był szeroko znany w królestwie.
Tak oto generał, mając w pamięci krucze tatuaże Conta i Loofa, rzekł jakby do siebie:
– Muszę porozmawiać z namiestnikiem. Jutro trzeba zwołać nadzwyczajną naradę.
Kuia, zaraz przed tym, jak zemdlał, uderzyła pewność, że jutro w nocy ktoś z Rady zakradnie się do sypialni generała Odimiego i, czując szaleńczą rozkosz, powoli poderżnie mu jego patriotycznie śmierdzące gardło.
Odpowiedz
#10
Wydaje mi się, że siedzi tam trochę nieścisłości np. Kuia to król tak? Jeżeli to król młody (bo nazywasz go młodzieńcem) i na dodatek ślepy, to jest zbyt samodzielny jak na króla. Jeżeli chcesz pisać o niewidomych proponuję przeprowadzić mały eksperyment. Zamknij oczy i dla pewności zawiąż je jakąś chustką a potem spróbuj dojść o punktu a do punktu b. Najlepiej na dworze. Wyznacz sobie dystans o długości co najmniej pół kilometra i niech koniecznie towarzyszy ci ktoś drugi. Uwierz, że to nie jest proste a ,co dopiero wykonywanie codziennych czynności. Po drugie, traktujesz tego króla raczej jak królewnę, bo jeżeli ta akcja rozgrywa się gdzieś około średniowiecza to posiada on chyba we własnym zamku na tyle władzy żeby kazać się umyć generałowi. ;) Pomysł z tego co zrozumiałam jest raczej ciekawy. Czekam na ciąg dalszy. :)
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości